„Światło między oceanami” czyli jak Alicia Vikander podsunęła mi świetną książkę

5e1a0177

   The times when I was platonically in love with actors and book protagonists are gone forever, but I still clearly remember my poster with Mulder from "The X-Files" hanging above my bed and how I shrieked with happiness when they announced "Lethal Weapon" or "Braveheart" with Mel Gibson on television (back then, young and without any moral scandals). Today, I no longer draw hearts on the photos from magazines, and the level of resemblance between Brad Pitt and a potential representative of the opposite sex ceased to be the main criterion when it comes to assessing attractiveness. However, I still sometimes experience temporary infatuations, when after watching a movie I start to frenetically search for other productions with the same leading actor, productions that are directed by the same person or, at least, that were created in the same period of time (even if the average grade on filmweb doesn't even exceed six points for some of these movies). That was the case with the detective stories of the 60s, Jake Gyllenhaal, Sean Connery, the works of Scorsese, Villeneuve, or Alan J. Pakula.

   Approximately one year ago, I went to the cinema to see "The Man from U.N.C.L.E." about two spies during the times of the Cold War. It was light and pleasant, and my attention was mostly drawn by Alicia Vikander who had one of the leading roles in that movie. I really liked her natural charm, freshness, and girly looks. A couple of months later, a little bit out of lack of ideas for the evening, I watched "The Danish Girl," whose main asset was the acting of the talented Swedish woman. As it later turned out, I wasn't the only person who thought that. No more than a couple of weeks had passed and this beauty, who is one year younger than me, won an Oscar. The girl has a sharp eye for screenplays – I thought and decided to watch other productions with her hoping that I won't be disappointed. After "Testament of Youth", "Ex Machina," and the famous "A Royal Affair," released a couple of years ago, (unfortunately, I couldn't find it in a Polish version, only with English subtitles because it's a Danish production) I became a real fan of her talent.I was waiting for the subsequent movies just like children who are waiting for the first snowfall and, once in a while, I checked whether anything had been revealed about her consecutive professional choices. Therefore, I probably saw the trailer of "The Light Between Oceans" around ten minutes after it had been released, and I immediately decided that I would go to the cinema right after the premiere. Nay! I'd do more! I'd read the book that was the basis for the screenplay – since you need to be well-prepared and well-informer in the subject matter. Having familiarised myself with a short description of the book, I was a little bit discouraged as I don't really like melodramas – and the book really seemed to be corny. It has been read by more than two million people; therefore, there has to be something great about it – I was convincing myself, and I went to the bookshop with a pretended enthusiasm.

    "The Light Between Oceans" by M. L. Stedman is a story of a young married couple who live on Janus Rock, an island located one hundred miles from the Australian coast. Tom Sherbourne, who is still not able to tackle his memories from the Great War, decides to take the post of a lighthouse keeper and, together with his beloved wife, starts a new chapter of life, away from home and the demons of the past. However, fate puts them to a tough test and forces them to make a choice that will change their lives forever. The story shows how difficult it sometimes is to distinguish between good and evil and how little it takes for good people to make bad decisions.

   As I already mentioned above: I'm not keen on melodramas, but I wasn't bothered at all to cry buckets and wail under my breath once every ten pages – "oh, how he loves her!" or "forgive him, forgive him, don't be stupid!" and to pull up an all-nighter to read just one more chapter…or maybe four. To sum up, the book is really worth recommending, not only to Alicia's fans. And those who are interested in the adaptation can visit cinemas to see the movie already on the 18th of November.

***

 Czasy, kiedy kochałam się platonicznie w aktorach i bohaterach książek minęły już bezpowrotnie, ale wciąż dobrze pamiętam plakat z Mulderem z „Archiwum X" nad moim łóżkiem i to, jak piszczałam ze szczęścia, gdy w telewizji zapowiadano „Zabójczą broń" lub „Braveheart" z Melem Gibsonem (wtedy jeszcze młodym i bez skandali obyczajowych na koncie). Dziś nie rysuję już serduszek na zdjęciach z gazety, a stopień podobieństwa do Brada Pitta przestał być głównym kryterium przy ocenianiu i atrakcyjności płci przeciwnej. Nadal jednak zdarzają mi się chwilowe zauroczenia, kiedy po obejrzeniu filmu zaczynam gorączkowo szukać kolejnych produkcji z tym samym aktorem w roli głównej, będących dziełem tego samego reżysera albo choćby nakręconych w tym samym czasie (nawet jeśli na filmwebie średnia ocen części z nich nie przekracza nawet sześciu punktów). Tak było z kryminałami lat sześćdziesiątych, Jakiem Gyllenhaalem, Seanem Connery, twórczością Scorsese, Villeneuve, czy Alana J. Pakuly.

   Mniej więcej rok temu wybrałam się do kina na film „Kryptonim U.n.c.l.e." o dwóch szpiegach w czasach Zimnej wojny. Był lekki i przyjemny, a moją uwagę zwróciła przede wszystkim Alicia Vikander, która grała tam jedną z głównych ról. Spodobały mi się jej naturalny wdzięk, świeżość i dziewczęca uroda. Kilka miesięcy później, trochę z braku pomysłu na wieczór, obejrzałam film „Dziewczyna z portretu", którego głównym atutem była gra utalentowanej Szwedki. Jak się później okazało, nie tylko ja byłam tego zdania, bo nie minęło kilka tygodni, a ta rok młodsza ode mnie piękność została laureatką Oscara. Dziewczyna ma nosa do scenariuszy – pomyślałam sobie i postanowiłam obejrzeć inne produkcje z jej udziałem, licząc na to, że się nie zawiodę. Po „Testamencie młodości", „Ex Machine" i głośnym sprzed kilku laty „Kochanku królowej" (którego nie odnalazłam niestety w polskiej wersji językowej, a jedynie z angielskimi napisami, bo jest to produkcja duńska) stałam się prawdziwą fanką jej talentu.

   Czekałam więc na kolejne filmy, tak jak dzieci czekają na pierwszy śnieg i co jakiś czas sprawdzałam czy wiadomo już coś więcej na temat jej poczynań. Zwiastun do filmu "Światło między oceanami" zobaczyłam więc prawdopodobnie jakieś dziesięć minut po tym, jak został opublikowany i od razu zadecydowałam, że wybiorę się do kina zaraz po premierze. Ba! Zrobię więcej! Przeczytam książkę, na podstawie której napisano scenariusz – trzeba się przecież dobrze przygotować i być rozeznanym w temacie. Po zapoznaniu się z krótkim opisem książki trochę się zniechęciłam, bo nie przepadam za melodramatami, a tu zapowiadało się naprawdę ckliwie. Przeczytało ją ponad dwa miliony osób więc musi być w niej coś fajnego – przekonywałam sama siebie i z udawanym entuzjazmem podreptałam do księgarni.

    "Światło między oceanami" autorstwa M.L. Stedman to historia młodego małżeństwa, któremu przyszło mieszkać na położonej sto mil od wybrzeży Australii wysepce Janus Rock. Tom Sherbourne, który wciąż nie może uporać się ze wspomnieniami z wielkiej wojny postanawia przyjąć posadę latarnika i wspólnie z ukochaną żoną rozpocząć nowy etap w życiu, z dala od domu i demonów przeszłości. Los wystawia ich jednak na ciężką próbę i stawia przed wyborem, który na zawsze zmieni ich życie. Historia pokazuje, jak trudno czasem odróżnić dobro od zła i jak niewiele trzeba, aby dobrzy ludzie podejmowali złe decyzje.

   Tak jak wspominałam powyżej: nie lubię melodramatów, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to wylać litra łez i lamentować pod nosem co dziesięć stron "jak on ją strasznie kocha!" albo "wybacz mu, wybacz mu, nie bądź głupia!" i zarywać noce, aby doczytać jeszcze tylko jeden rozdział… ewentualnie cztery. Reasumując, książkę naprawdę polecam, nie tylko fanom Alicii. A tych, którzy są ciekawi ekranizacji, zapraszam do kin już osiemnastego listopada.

5e1a00965e1a01475e1a02735e1a02655e1a0305

wool sweater & silk skirt / wełniany sweter z kaszmirem i jedwabna spódnica – MLE Collection

Dobre życie według Duńczyków

5e1a8583

   Are you familiar with the blissful state when you curl up in a ball on an armchair and you're holding a mug of your favourite tea with your one hand and reaching for a captivating book with the other one? Or when it is cold and unpleasant outside the window, and you can spend the evening in your bed with a bowl of delicious spaghetti? Or when you have a meeting with your nearest and dearest for a supper, you look at their laughing faces in the glow of candles, and you think that you don't need anything else to achieve full happiness?  

   This atmosphere or feeling are difficult to describe with only one word, unless we're talking with a Dane. He won't hesitate to inform you that you're talking about hygge and that it is the key to your ultimate happiness. A Dane would know what he's talking about because Danish people have been winning plebiscites for the happiest nation in the world for years. They enjoy the little things, live slower, spend much times with their families, and celebrate everyday activities.

   I had been waiting for the première of "The Little Book of Hygge: Danish Secrets to Happy Living" by Meik Wiking for a couple of weeks. I was a little bit afraid that it will be another book about "nothing specific," with pieces of advice like "take a deep breath and don't worry." Therefore, I was much more pleasantly surprised to discover that after reading a couple of pages, I felt really hooked on the book, and I had to find someone to whom I could quote some fragment every now and then.

"Apparently, our heroes say much about ourselves. Americans have Superman, Spiderman, Batman. And Danes…well, Danish people have Gingerbread Man."

"Danes are obsessed with hygge. Everyone, with no exceptions. Even a man on a motorcycle wearing leather will recommend you a bar that is hyggelig."

"I live in Copenhagen. There are plenty of coffee houses here. One of them is located on the other side of the road, opposite my home. The coffee is hideous there. It tastes like fish. Yes, it was not a slip of the tongue, I was surprised myself as well. And additionally it costs five Euro. Despite that, I stop by from time to time. Because there is a fireplace that is very hyggelig."   

   In each chapter, I found many really specific information (without the redundant philosophising), which is probably an outcome of the fact that the author has approached the subject from a scientific point of view – Meik Wiking is the CEO of the Happiness Research Institute in Copenhagen (it sound a bit funny, but it is really a serious issue in Denmark).  I've learnt, among other things, how light influences our happiness and why Danish lamps are so popular. How to introduce hygge ambience into our homes and why it is worth trying after all. The author also recommends a couple of very simple ways to instantly feel the magic of "hygge." Below, I enumerate the ones that are effective for me as well.

1. Today, we had the season's first snowfall in Sopot. My cat is sitting on my lap, and my dog has rested on my left foot and is snoring. This is enough to feel an overabundance of hygge, but I added something more. When Danes were asked about their associations with hygge, eighty-five percent said candles. It is no accident that they use the term lyseslukker for someone who is a killjoy. This literally means: the one who has blown out the candle.

***

 Znasz ten błogi stan, kiedy zwijasz się w kłębek na fotelu, w jednej ręce trzymasz kubek ulubionej herbaty, a drugą sięgasz po wciągającą książkę? Albo gdy za oknem jest zimno i nieprzyjemnie, a ty możesz spędzić wieczór w łóżku z miską pysznego spaghetti? Albo wtedy gdy spotykasz się z bliskimi na kolacji, patrzysz na ich roześmiane twarze w blasku świec i myślisz o tym, że niczego więcej nie potrzeba ci teraz do pełni szczęścia? 

   Tę atmosferę czy uczucie ciężko jest opisać jednym słowem, no chyba, że mamy do czynienia z Duńczykiem. On bez najmniejszego zastanowienia powie ci, że chodzi o hygge i że jest to klucz do tego, aby być szczęśliwym. Duńczyk wiedziałby co mówi, bo mieszkańcy Danii od lat wygrywają plebiscyt na najszczęśliwszy naród na świecie. Cieszą się z drobnostek, żyją wolniej, spędzają dużo czasu z bliskimi i celebrują codzienne czynności. 

   Na premierę "Hygge. Klucz do szczęścia" autorstwa Meika Wikinga czekałam już od dobrych kilku tygodni. Trochę się bałam, że będzie to kolejna książka "o niczym", z radami typu "weź głęboki oddech i nie martw się", tym milej byłam zaskoczona, gdy już po pierwszych kilku stronach nie mogłam się od niej oderwać i co rusz szukałam kogoś, komu mogłabym zacytować jakiś fragment. 

"Podobno nasi bohaterowie dużo mówią o nas samych. Amerykanie mają Supermana, Spidermana, Batmana. A Duńczycy… no cóż, Duńczycy mają Pana Ciasteczko."

"Duńczycy mają obsesję na punkcie hygge. Wszyscy, bez wyjątku. Nawet ubrany w skórę facet na motorze poleci ci knajpę, która jest hyggelig."

"Mieszkam w Kopenhadze. Jest tu dużo kawiarni. Jedna jest po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko mojego domu. Kawa jest tam obrzydliwa. Smakuje jak ryba. Tak, nie przejęzyczyłem się, sam też byłem tym zdziwiony. A na dodatek kosztuje pięć euro. A mimo to zaglądam tam od czasu do czasu. Bo jest tam kominek, który jest bardzo hyggelig."

   W każdym rozdziale znalazłam wiele naprawdę konkretnych informacji (bez zbędnego filozofowania), co wynika pewnie z faktu, że autor podchodzi do tematu w naukowy sposób – Meik Wiking to dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze (brzmi trochę śmiesznie, ale w Danii to naprawdę poważna sprawa).  Dowiedziałam się między innymi o tym, jaki wpływ na szczęście ma światło i dlaczego duńskie lampy są tak popularne. Jak wprowadzić do naszego domu nastrój hygge i dlaczego w ogóle warto to zrobić. Autor poleca też kilka bardzo prostych sposobów na to, aby natychmiast poczuć magię hygge. Poniżej wymieniam te, które u mnie też się sprawdzają. 

1. Dziś spadł w Sopocie pierwszy śnieg, mój kot siedzi mi na kolanach, a pies ułożył się na mojej lewej stopie i chrapie. To już wystarczy, aby czuć aż nadmiar hygge, ale ja dorzuciłam do tego jeszcze coś. Gdy zapytano Duńczyków o to, z czym kojarzy im się hygge, osiemdziesiąt pięć procent wymieniło świeczki. Nieprzypadkowo na kogoś, kto psuje zabawę, mówi się po duńsku lyseslukker, co dosłownie znaczy: ten, który gasi świecę.

5e1a8686

świeczka H&M Home 29 złotych

2. A warming scent, applying some cream on hands that are parched from cold, or the sole thought that I can remove my makeup and apply a thick layer of something nourishing on my face because I know that I don't have to leave home in the evening – even the smallest way to take care of my body instantly improves my mood.

2. Rozgrzewający zapach, nałożenie kremu na spierzchnięte od zimna dłonie albo świadomość, że mogę zmyć makijaż i nałożyć na twarz grubą warstwę czegoś odżywczego, bo już nigdzie nie muszę dziś wychodzić, to zawsze mały luksus. Nawet symboliczne zadbanie o swoje ciało od razu poprawia humor. 

5e1a87115e1a8699

Uwielbiam polską ekologiczną markę IOSSI za wszystkie produkty, których używałam – za olejek do demakijażu z lnianką, za krem nawilżający o delikatnym ziołowym zapachu, czy za rozgrzewające masła z mandarynką. I za to, że wszystkie kosmetyki produkowane są ze składników posiadających certyfikat upraw organicznych.

 

3. Can there be something that is more hygge than a hot piece of chocolate pastry with advocaat? Well yes, namely a hot piece of chocolate pastry with advocaat that you have prepared on your own. According to Danish people, baking and cooking, best done with your closest people, are one of the most pleasant things that people can experience on a daily basis. However, to prevent it from changing into arduous labour with a lousy outcome, I wanted to share with you a recipe for a Scandinavian pastry, KLADDKAKA, which slightly resembles a souffle – it is delicious and very easy to prepare (you can find the recipe at the bottom of today's post).   

"Hygge" means warmth, comfort, safety, and happiness. Even though the word does not exist in our Polish language, nothing prevents us to transfer its power to our native environment and try to live a good life the way we want.

3. Czy może być coś bardziej hygge niż gorący kawałek ciasta czekoladowego z advocatem? Otóż tak, mianowicie gorący kawałek ciasta czekoladowego z advocatem, które zrobiło się samemu. Pieczenie i gotowanie, najlepiej razem z bliskimi, to według Duńczyków jedna z najmilszych rzeczy, które spotykają nas na co dzień. Aby jednak nie zmieniło się to w mozolną pracę z mizernym efektem, to chciałam podzielić się z Wami moim przepisem na skandynawskie ciasto KLADDKAKA, które przypomina odrobinę suflet. Jest pyszne, wilgotne w środku i bardzo łatwe w przygotowaniu (przepis znajdziecie na dole wpisu).

   "Hygge" oznacza ciepło, komfort, bezpieczeństwo i radość. I chociaż to słowo w naszym polskim języku nie istnieje, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby jego siłę przenieść na nasze rodzime podwórko i spróbować wieść dobre życie po swojemu. 

5e1a88345e1a8634

A recipe for KLADDKAKA – a Scandinavian chocolate pastry 

Ingredients:

150 gr of butter 

200 gr of icing sugar

2 bars of milk chocolate

220 gr of wheat flour

5 tablespoons of advocaat

3 tablespoons of milk

3 eggs

1. Melt the butter in a pot and delicately cool it. Then, pour the melted butter into a large bowl. Mix the butter with sugar until smooth.
2. Pour some milk into a small pot and add chocolate. Melt the chocolate on low heat – remember to stir the mixture thoroughly so that it does not burn. Slowly, add it to the mixed butter and sugar.
3. Add some advocaat while stirring at the same time.
4. Slowly, add the flour and then the eggs.
5. Pre-heat the oven to 180ºC. When the pastry is mixed well, pour it into the baking tin and put it in the oven. After 20 minutes, decrease the temperature to 140ºC and leave the pastry inside for additional 10 minutes.

***

Przepis na skandynawskie ciasto czekoladowe KLADDKAKA 

skład:

150 gr masła 

200 gr cukru pudru

2 tabliczki mlecznej czekolady

220 gr mąki pszennej

5 łyżek stołowych advocatu

3 łyżki stołowe mleka

3 jajka

Sposób przygotowania:

1. Rozpuszczam masło w garnuszku i delikatnie studzę, następnie przelewam do dużej miski. Miksuję masło z cukrem, aż do uzyskania jednolitej masy.
2. Do garnuszka nalewam mleko i dodaje czekoladę. Rozpuszczam ją na małym ogniu cały czas dokładnie mieszając, aby się nie przypaliła. Powoli dodaję ją do zmiksowanego masła i cukru.
3. Dodaję advocat cały czas miksując.
4. Powoli dodaję mąkę, a następnie jajka.
5. Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni. Gdy ciasto jest dobrze wymieszane przelewam je do formy i wstawiam do piekarnika. Po 20 minutach pieczenia zmniejszam temperaturę na 140 stopni i zostawiam na dodatkowe 10 minut. 

5e1a8542 5e1a8805 5e1a88015e1a8657

Last Month

img_8006

   I had been planning the events that were supposed to take place in the autumn for a considerable time. A couple of months ago, I was sure that I would cook my first pumpkin soup this year already in a renovated kitchen. Nothing like that – as of this day, I will have to wait for a while. In October, I had the deadline to submit written materials for another large project; therefore, there was stress, nerves, and great doubts concerning the effect of my own work – as it later turned out, they had been unnecessary. When enumerating all of the important moments of last month, I have to mention a certain little fluffy ball that appeared in our home precisely on the day of my birthday – which I treated like a little harbinger…

***

 Długo planowałam wydarzenia, które miały mieć miejsce jesienią. Kilka miesięcy temu byłam pewna, że pierwszą zupę dyniową w tym roku ugotuję już w wyremontowanej kuchni. Ale nic z tego – na ten moment będę musiała poczekać jeszcze trochę. W październiku miałam też wyznaczony termin na przekazanie materiałów do kolejnego dużego projektu, był więc stres, nerwy i wielkie wątpliwości co do efektu własnej pracy, jak się później okazało, zupełnie niepotrzebne. Wymieniając ważne momenty ostatniego miesiąca nie mogę nie wspomnieć o pewnej małej włochatej kulce, która pojawiła się w naszym domu akurat w dniu moich urodzin, co potraktowałam jako mały znak od losu…

img_728j5_fotor_collage

1. New windows installed. // 2. Repeated testing of recipes for a tart with forest fruits; it has to be ideal each time if I'm planning to share this recipe with you. // 3. The door that had to be opened… // 4. Have you had the chance to familiarise yourselves with "Tokimeki" after my review? //

1. Nowe okna wstawione. // 2. Wielokrotne testowanie przepisów na tartę z owocami leśnymi, za każdym razem musi wyjść idealnie, jeśli mam się z Wami nim podzielić. // 3. Drzwi, które trzeba było otworzyć… // 4. Czy po przeczytaniu mojej recenzji mieliście już szansę zapoznać się z "Tokimeki"? //img_7284

It is a slightly strange feeling when you have to wear a beanie in your future bedroom because you are still waiting for the radiators to be installed… the one that I'm wearing is my favourite – it really fits me well, and it is lined with polar fleece. Besides, it has replaceable pompoms – you can change them according to your mood.  Those who became interested can check out the website of a Polish company, POMPOMS.

To trochę dziwne uczucie, gdy w swojej przyszłej sypialni musisz nosić czapkę, bo wciąż czekasz na montaż kaloryferów… ta, którą mam na głowie to moja ulubiona – świetnie leży, a od spodu jest jeszcze podszyta polarem. Poza tym ma wymienne pompony – można je zmieniać w zależności od nastroju.  Zainteresowanych zapraszam na stronę polskiej firmy POMPOMS .fullsizerender_fotor_collage

A couple of photos from my short trip to Brussels. The weather wasn't favourable, but this time, I went to this city to clear my mind a little bit and focus on a couple of articles.

Kilka zdjęć z mojej krótkiej podróży do Brukseli. Pogoda nie rozpieszczała, ale tym razem przyjechałam do tego miasta, aby trochę oczyścić umysł i zająć się pracą nad paroma artykułami. img_6254 img_6256 img_737jj3_fotor_collage

1. Leaves are falling from the trees. // 2. This view always makes me miss home… // 3. My recipe for pasta with artichokes (use the search engine on the blog to search for "artichokes," and you will find the old post ;)). // 4. In Brussels – it's warming my heart when I see that picture. //

1. Liście lecą z drzew. // 2. Ten widok zawsze sprawia, że zaczynam tęsknić za domem… // 3. Mój przepis na makaron z karczochami (wpiszcie "karczochy" w wyszukiwarkę na stronie, to znajdziecie stary wpis ;)). // 4. W Brukseli – ciepło na sercu się robi, gdy widzę to zdjęcie. //img_8376

During the renovation, I had to take all of my things and jam them in a small room, which also has the function of a bedroom and an office for me. The blouse that I'm wearing is from MOHITO. I was really surprised by the fact that it fitted very well, even though I thought that this cut is not for me.

W trakcie remontu wszystkie swoje rzeczy musiałam wcisnąć do małego pokoju, który pełni jednocześnie funkcję sypialni i mojego biura. Bluzka, którą mam na sobie to MOHITO. Byłam naprawdę zaskoczona tym, jak ładnie leży, chociaż wydawało mi się, że ten fason nie jest dla mnie. fullsizerujender_fotor_collage img_5946 img_7444_fotor_collageimg_7053

This is him – the dog named Portos. This little devil gnaws at my desk legs and is totally oblivious to the commotion that he has done on my Instagram :).

Oto i on – pies Portos. Ten mały rozrabiaka obgryza właśnie nogi mojego biurka i zupełnie nie jest świadomy jakie zamieszanie zrobił na moim Instagramie :).img_7444h_fotor_collage

During my trip to Warsaw…

W trakcie podróży do Warszawy…fullsizerenderA morning in Warsaw. If you are searching for a capacious leather bag, I recommend the one from Shalimov. And if you are dreaming about an oversize coat, I recommend the one from MLE Collection (I've designed it in such a way so that it will be suitable for girls who don't feel too comfortable in this cut).

Poranek w Warszawie. Jeśli szukacie pakownej skórzanej torby, to polecam tę od Shalimov. A jeśli marzycie o oversizowym płaszczu to polecam ten od MLE Collection (zaprojektowałam go tak, aby pasował również tym dziewczynom, które nie czują się dobrze w takim fasonie). 

img_7h444_fotor_collage img_6189

When after five hours of writing, you have only half a page and forty used tissues…

Gdy po pięciu godzinach pisania masz pół strony i czterdzieści zużytych chusteczek higienicznych…img_8372

I'm really glad that my friends are fulfilling their dreams. I treat each of their success like my own, and I proudly watch how they raise the bar increasingly higher. Today, I received Zosia's second book, in which you can find recipes for the youngest.

Bardzo się cieszę, gdy moi przyjaciele spełniają swoje marzenia. Ich sukcesy traktuję właściwie jak własne i z dumą patrzę, jak podnoszą poprzeczkę coraz wyżej. Dziś dotarła do mnie druga książka Zosi, w której znajdziecie przepisy dla najmłodszych. 

img_6493hg_fotor_collageAutumn in Tricity… I can probably already forget about moccasins worn without socks. However, in my case, the season for reading books is already in full swing (my glasses are from MUSCAT).

Jesiennie w Trójmieście… O mokasynach noszonych na gołe stopy mogę już chyba zapomnieć. Za to sezon na czytanie książek właśnie rozpoczyna się u mnie na całego (okulary są od firmy MUSCAT).

img_6750img_6493_fotor_collageimg_8375

The "leave it" command still requires a little bit of practice… The scarf that you can see in the photos was made by Monika (kisses for you! :)), and the dress is a product by a Polish company, Cinamoon.pl.

Komenda "zostaw to" wymaga jeszcze małego przećwiczenia… Szalik, który widzicie na zdjęciach zrobiła mi Monika (ucałowania dla Ciebie! :)), a sukienka to produkt od polskiej marki  Cinamoon.pl.img_7372 img_7981When she is looking at him with dominance, and he is trying to clamber on the bed… Warm thanks to Dreamcatcher by Paula Glanc for the beautiful sheets – you just don't want to get up!

Kiedy ona patrzy na niego z wyższością, on próbuje wgramolić się na łóżko… Gorące podziękowania dla Dreamcatcher by Paula Glanc za tę piękną pościel – aż nie chcę się wstawać! 

img_7906

New duties and new adventures! :) Have a nice evening!

Nowe obowiązki i nowe przygody! :) Miłego wieczoru!

„Tokimeki” czyli dlaczego znowu muszę sprzątać?

5e1a6751

   I am a "clean slob" by nature, which means that I have many things that I don't put back; therefore, they can be found everywhere around me, but on the other hand, I always feel that I'm about to get a seizure when my floor isn't clean or my mug sticks to the kitchen counter because a drop of honey has fallen on it. There is an apparent conflict here – I want my home to be squeaky clean, yet the number of things around me requires a significant amount of time and, as a result, nerves to attain this clean state. However, I proudly inform you that the present state of my home is really satisfying in comparison to what I struggled against a couple of years ago. Undoubtedly, it is thanks to the discipline that I've imposed on myself (buy less, give away more), but in the meantime, I received one more very helpful lesson. Straight from Japan.

   I clearly remember when the first book by Marie Kondo, "The Life-Changing Magic of Tidying Up," landed in my hands. I was having a conversation about the last details of the agreement concerning my book at one of the Warsaw restaurants when the CEO of Muza publishing house said that he had brought me a "new" release, and he took a small willow-green book from under his blazer. Having examined the cover, I thought that it's another handbook for perfect housewives – numerous pieces of advice that I wouldn't even have the time to bring into existence. But I was wrong, and from the moment I read it I started to recommend it to everyone.

 However, a couple of questions appeared in my head. What did the author have in mind while writing about organising clothes in "standing rectangles"? How am I supposed to organise my wardrobe so that each piece of clothing can be easily accessible? Do I really have to throw e v e r y t h i n g away?

   I got another energy boost and a decent portion of new guidelines after reading the second volume of the book which is being introduced into the bookshops now – "Tokimeki, the Life-Changing Magic of Tidying Up in Practice." Not only may it be used as a supplement to the first book, which is presenting the philosophy of "konmari," but also as a useful repertory of pieces of advice on how to, step by step, regain order in your own house.

   The process of change can be started from small things. For instance, from putting each coin that you find in your house into your wallet (even a penny hiding under the sofa), instead of putting it on the window sill and waiting until it falls again. I also started to clear up my handbag whenever I use it for a couple of days and I am planning to replace it with another handbag on the next day. When it came to my desk, I left only things that are useful.

   However, Marie Kondo convinces us that it is worth doing a thorough clearing up, and she discloses multifold practical and surprising solutions. Superficial tidying up is not sufficient. In fact, we need to follow her strictly defined rules to introduce a change and achieve order in our house and mind. For example, she advises her readers to avoid cleaning up room by room, which seems a little illogical. However, after reading the chapter on categories, I look at it from a totally different angle. As a result, the space around us will be more organised, even though we will be tidying up less frequently. Sounds unbelievable? No wonder, that's magic after all. The magic of tidying up. 

***

   Z natury jestem "czystym bałaganiarzem", to znaczy, że mam za dużo rzeczy, których nie odkładam na miejsce, przez co wszędzie się pałętają, ale z drugiej strony, dostaję drgawek, gdy podłoga jest nieumyta, albo kubek przykleja się do blatu kuchennego, bo kapnęła mi na niego kropla miodu. Pojawia się tu oczywisty konflikt – chcę, aby mój dom lśnił, ale ilość rzeczy sprawia, że doprowadzenie go do takiego stanu wymaga sporo czasu, a tym samym nerwów. Z dumą jednak informuję Was, że obecny stan jest naprawdę zadowalający, w porównaniu do tego, z czym borykałam się jeszcze kilka lat temu. Niewątpliwie jest to zasługa dyscypliny, którą sobie narzuciłam (mniej kupować, więcej oddawać), ale w międzyczasie otrzymałam jeszcze jedną, bardzo pomocną lekcję. Prosto z Japonii. 

   Pamiętam bardzo dobrze, kiedy w moje ręce trafiła pierwsza książka Marie Kondo "Magia sprzątania". W jednej z warszawskich restauracji ustalałam ostatnie szczegóły umowy dotyczącej mojego "Elementarza", kiedy Prezes wydawnictwa Muza powiedział, że ma dla mnie "nowość" i spod marynarki wyciągnął małą seledynową książeczkę. Po przyjrzeniu się okładce pomyślałam, że to kolejny poradnik w stylu perfekcyjnej pani domu – mnóstwo porad, których i tak nigdy nie będę miała czasu wykorzystać. Ale pomyliłam się i od momentu, gdy ją przeczytałam, polecam ją wszystkim. 

   W mojej głowie pojawiło się jednak kilka pytań. Co autorka miała na myśli pisząc o układaniu ubrań "w stojące prostokąty"? Jak mam układać rzeczy, aby każda z nich   była łatwo dostępna? Czy naprawdę muszę wyrzucić  w s z y s t k o? 

   Kolejny zastrzyk energii i porządną porcję nowych wskazówek dostałam po przeczytaniu drugiej części, która właśnie wchodzi do księgarni – "Tokimeki, magia sprzątania w praktyce", może służyć zarówno jako uzupełnienie do pierwszej książki, przedstawiającej filozofię "konmari", ale również jako przydatny zbiór porad o tym, w jaki sposób, krok po kroku, odzyskać porządek we własnym domu. 

    Proces zmiany można zacząć od drobnostek. Na przykład od wkładania każdej napotkanej w domu monety prosto do portfela (nawet jednogroszówki schowanej pod kanapą), zamiast kłaść ją na parapecie i czekać aż znów gdzieś spadnie, ja zaczęłam też czyścić torebkę, jeśli chodziłam w niej kilka dni i na następny dzień chciałam wziąć inną, z kolei na biurku zostawiłam tylko te rzeczy, które są użyteczne.

   Marie Kondo przekonuje jednak, że warto przeprowadzić gruntowne porządki. Powierzchowne sprzątanie nie jest wystarczające. Tak naprawdę, aby osiągnąć ład w naszym domu i umyśle, niezbędna jest zmiana według ściśle określonego przez nią planu, autorka zdradza więc wiele pomocnych i zaskakujących rozwiązań. Zaleca na przykład, aby porządku nigdy nie robić pokój po pokoju, co wydaje się trochę nielogiczne, ale po przeczytaniu rozdziału o kategoriach, patrzę na tę sprawę zupełnie inaczej. W efekcie przestrzeń wokół nas będzie bardziej uporządkowana, chociaż my będziemy sprzątać rzadziej. Brzmi niewiarygodnie? Nic dziwnego, w końcu to prawdziwa magia – magia sprzątania.  

5e1a6665trousels / spodnie – Wood Wood // sweater / sweter – Other&Stories (podobny tutaj) // top / top – Massimo Dutti (podobny tutaj)

5e1a6679 5e1a6683 5e1a6721 5e1a6740