If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Z cyklu: śniadanie dla Niej…

…czyli propozycja dla wszystkich kobiet. W tej małej, niepozornej miseczce, aż roi się od bogactwa witamin. Jeżeli mam w palnie spędzić dzień na sportowo, to zaczynam poranek od poniższego zestawu śniadaniowego.

 

Skład:

jogurt naturalny

siemię lniane

suszone żurawiny

suszone banany

suszone śliwki

płatki owsiane

1 łyżka dżemu z domowej spiżarki

 

Nic nowego

     Witajcie :) Przedstawiam Wam strój dnia, który według mnie jest idealny, na wieczorne wyjście ze znajomymi. Ponieważ ostatnio postanowiłam ograniczyć wydatki, czekając do momentu w którym będę pewna, co chcę kupić na nowy sezon, mam na sobie rzeczy, które są w moje szafie już od dłuższego czasu.

    I tak tunika, którą mam na sobie, w rzeczywistości jest luźną sukienką (wydaję się taka krótka po przepasaniu paskiem). Kupiłam ją dokładnie 4 lata temu w Zarze. Miałam  nóż na gardle i musiałam wynaleźć kreację na wieczór,  w ciągu jednej godziny. Stwierdziłam wtedy (już w tam tym czasie cechowałam się dobrze rozwiniętymi instynktami przetrwania:)), że kupię coś klasycznego, żeby móc owy strój jeszcze kiedyś wykorzystać. Muszę przyznać, że był to naprawdę dobry zakup. W lecie nosiłam tą sukienkę do cielistych szpilek, a w tym roku w upalne dni, będę do niej ubierać baletki, przewiązywać w pasie paskiem, a potem maszerować w niej na plażę.

    Trencz zakupiłam w New Look w dziale dziecięcym. Zawsze chciałam mieć taki płaszczyk, a ten był naprawdę niedrogi (119 zł).  Z kolei  kardigan jest moim najnowszym nabytkiem, ma zaledwie roczek:). Zakupiony w H&M, świetnie sprawdza się jako eleganckie bolerko do sukienek, czy zwykły kardigan (lub, jak to lubi mawiać mój chłopak: liść) do jeansów. Kozaki firmy Nine West ustrzeliłam na przecenie (to te same, które widzieliście w stylizacji „Simple”) i chociaż mają już swoje lata, nadal się z nimi nie rozstaje.

    Zachęcam Was więc do tego, aby poszperać w swojej szafie i sprawdzić, jak można odświeżyć ulubione kreacje. Dodanie paska, jest według mnie, najprostszym rozwiązaniem. Spróbujcie też, z wieczorowej kreacji stworzyć coś, co nadawałoby się na imprezę czy do pracy, czasami wystarczy zarzucić sweterek a szpilki zamienić na kozaki.

    A jak Wam się podoba ta stylizacja? Macie w szafie jakieś ponadczasowe rzeczy? Albo takie do których jesteście specjalnie przywiązane? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Obiecuję, że następna stylizacja, będzie już trochę bardziej wiosenna. Póki co analizuję, na który z nowych trendów wydać pieniądze:) A Wy kupiłyście już coś na nowy sezon?

 

… krótka historia słodkiego musu malinowego.

… chciałam zostawić ten przepis na zbliżający się weekend. Ba! Myślałam nawet o tygodniu przedświątecznym. W końcu doszłam do wniosku, że w okresie wielkanocnym, będzie jeszcze tyle pyszności, że niechcący możemy o nim zapomnieć, kosztem uwagi zwróconej na mazurki. Z kolei w weekend, czas jest tak cenny, że nie każdy ma ochotę na poszukiwania malin po sklepach.

    Historia krótka, bo co tu dużo mówić jest to absolutna rewolucja smakowa. Chwila przygotowań i deser znika – uwierzcie mi i koniecznie wypróbujcie.

Skład:

500 g serka mascarpone

4 żółtka (jajka wcześniej sparzmy)

100 g cukru pudru

400 g malin (o tej porze tylko mrożone)

3 łyżki miodu

1 łyżka soku z cytryny

A oto jak to zrobić:

1. Ucieramy żółtka z cukrem na jednolitą masę. Dodajemy serek mascarpone i mieszamy tak długo, aż konsystencja będzie przypominała puszysty krem,

2. maliny podgrzewamy w garnku, dodając miód i sok z cytryny (jeżeli uznasz, że mogą być za kwaśne, dodaj cukru pudru). Po 5 min. maliny odsączamy od soku,

3. na dnie pucharka lub wysokiej szklanki, układamy warstwę miąższu malinowego i przykrywamy kremem z mascarpone. Odkładamy do lodówki na ok. 1 godzinę. Przed podaniem, możemy polać pozostałym (podgrzanym), sokiem z malin.

 

Miseczki z malinami umieściłam w szufladzie od lodówki, żeby łatwiej transportować. Deser schładzamy ok. 1 godz.

.. maliny i krem z mascarpone.

SH

  Zapewne część z Was domyśla się co oznacza ten skrót:). Secondhandy (czy ktoś wie jak to się powinno odmieniać? :)) w ostatnim roku, zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. I bardzo dobrze! Ja nigdy nie zapomnę swojej pierwszej trasy po trójmiejskich lumpeksach. Zabrała mnie na nią, moja przyjaciółka, która zna się na secondhandach jak nikt inny. Do dziś pękam z zazdrości, gdy widzę na jej nogach kozaczki, w camelowym kolorze od Jil Sander, które kupiła za 30 złotych (i to jeszcze z metką !!! Jak ktoś mógł je oddać?!).

    Gdy w mroźny poniedziałkowy poranek (akurat w te dni są u nas dostawy), przyjechała po mnie pod dom, w bojowym nastroju, kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Gdy pędziłyśmy na otwarcie pierwszego lumpeksu, M. dała mi tylko jedną radę: Pamiętaj! Od teraz musisz być czujna niczym ŁASICA!. Oczywiście myślałam, że sobie żartuje, ale mina mi zrzedła gdy przed sklepem zobaczyłam (godzina 8.50!) około 30 osób czatujących przy drzwiach. Dziesięć minut później zostałam dosłownie wgnieciona do środka, ale i tak byłam z siebie dumna, że w ogóle udało mi się przekroczyć próg.

     Pierwsza moja wyprawa, była całkiem owocna. Kupiłam parę białych koszulek na wagę (których według mnie, nie można mieć nigdy zbyt wiele), za jakieś 4 zł, oraz skórzany pasek za 9 złotych, który bardzo przypomina paski oferowane przez Levi's czy Diesel.

    Udało mi się też znaleźć, coś dla mojego małego bratanka. Jeśli chodzi o ubrania dla dzieci, to lumpeksy są naprawdę niezastąpione (trzeba tylko pamiętać o wygotowaniu ubranek w pralce, na wszelki wypadek).

Nie znalazłam jednak torebki Chanel czy płaszcza Burberry, ale M. powiedziała mi, że tego typu okazje, zdarzają się rzadko, i trzeba być naprawdę skrupulatnym poszukiwaczem aby coś takiego ustrzelić. Mnie to jednak nie zniechęciło i jeśli zdarza mi się mieć wolne Poniedziałki, z wielką chęcią wyruszam na łowy. :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powyżej chciałam Wam pokazać, co Zosi udało się znaleźć w secondhandzie. Płaszczyk, który ma na sobie, kupiła we wrześniu za 28 złotych (proszę nie dziwcie się ilości śniegu:), zdjęcia na potrzeby tego artykułu zostały zrobione już jakiś czas temu:)). Zosia oddała go do czyszczenia i teraz wygląda jak nowy! Według mnie to naprawdę udany zakup. Z resztą to samo powiedziałam Zosi, która przyzwyczajona do niskich cen w lumpeksach wahała się nad tym wydatkiem:).