Kampania MLE wiosna/lato 2026 – szyć w Polsce to wielka rzecz

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

 

  Mamy rok 2015. Podjeżdżamy z Asią pod małą szwalnię, gdzieś w okolicach Pruszcza Gdańskiego. Mamy przy sobie próbki bawełny i wzór odszyty przez zaprzyjaźnioną krawcową. Jest zimno i ciemno, gdzieś w oddali słychać szczekanie psa. Przez okno, w którym widać zapalone światło, macha do nas pani z kubkiem herbaty w dłoni. Na oko jest w wieku mojej mamy.

  Wchodzimy do środka, a że jest to nasza trzecia szwalnia tego dnia, szybko przechodzimy do rzeczy. Pytamy o koszt uszycia stu T-shirtów (zabójczej wtedy dla nas liczby).

– Spadły mi panie z nieba, bo właśnie straciłam kontrakt z dużą sieciówką i mam wolne moce przerobowe. Dam rabat, chociaż zamówienie nie jest zbyt duże.

  Dziesięć lat później większość podobnych do nas marek przeniosła już produkcję do krajów, w których szycie jest nieporównywalnie tańsze (a czasem też szybsze). Czy im się dziwię? W ogóle. Przez minioną dekadę wiele razy stawałyśmy przed na pozór prostym pytaniem: czy zacząć szyć poza Polską i w związku z tym zarabiać znacznie więcej? Czy nie skrócić sobie drogi? Czy nie warto podjąć tej jednej decyzji i zadbać o własny interes? W obecnym krajobrazie szycie w Polsce nie jest romantyczne. Prędzej podejrzane.  

  Produkcja jest wolniejsza. Najpierw musi powstać prototyp, a konstruktor odzieży to dziś rzadkość – jak zegarmistrz. Zawód krawcowej starzeje się szybciej niż społeczeństwo, młodzi nie przychodzą, szkoły zawodowe zamykają kierunki. Gdy dociera do nas pierwsze odszycie, ktoś musi je przymierzyć i ocenić, a potem odesłać z poprawkami. Ktoś musi przeszyć ramię. Skrócić nogawkę. Przesunąć szew o pół centymetra. W świecie „fast fashion” pół centymetra nie ma znaczenia, ale w szwalni u pani Joli w Łodzi – już tak.

  Potem czekamy na wolny termin. Różne szwalnie specjalizują się w różnych ubraniach. Gdzie indziej szyjemy marynarki, gdzie indziej sukienki. Produkujemy krótkie serie, które kosztują więcej. Świadomie wybieramy trudniejszą drogę, licząc na to, że nasze Klientki to docenią. Że wiedzą, czym różni się „uszyte w Polsce” od „zaprojektowane w Polsce”. Wiemy, że tak jest, bo przecież od lat nam ufają — i to pozwala nam wciąż tworzyć ubrania bez kompromisów.

  Za ubrania szyte w Polsce płacimy więcej niż za te, które przypłynęły w kontenerze — to prawda. Ale część tej ceny krąży potem tu, między nami. Z tego droższego swetra jest składka, podatek, VAT. A z nich są szkoły, w których uczą się nasze dzieci. Przedszkola, w których ktoś zapala światło o siódmej rano. Drogi, po których jedzie kurier z paczką. Szpital, do którego trafisz przypadkiem w środku nocy.

  Kiedy kupujemy ubranie wyprodukowane daleko stąd, pieniądz, wraz z dokończeniem przelewu, znika. Zasila czyjeś drogi. Czyjeś szkoły. Czyjąś opiekę zdrowotną. Czyjąś przyszłość. Wybór miejsca szycia to decyzja, komu finansujemy codzienność.

  W tegorocznej kampanii wiosna/lato kładłyśmy taki sam nacisk jak zawsze, by dać Wam piękne, ponadczasowe i jednocześnie modne ubrania, które przyniosą Wam radość za każdym razem, gdy będziecie je zakładać. Ale tym razem postanowiłyśmy też bardzo mocno zaznaczyć to, o czym chyba mówiłyśmy za cicho: szyć w Polsce to wielka rzecz.  

 

 

*  *  *

 

 

  Na kampanii pokazujemy Wam jak zwykle jakiś ułamek, główny nurt tego, co znajdziecie w naszej nowej kolekcji. Wełniane marynarki w jasnych kolorach, swetry, które będziecie chciały nosić też wiosną i wczesnym latem, sukienki podkreślające to, co lubimy w sobie najbardziej. No i dżins. Przetarłyśmy pierwsze szlaki i teraz jesteśmy już odważniejsze, jeśli chodzi o ten materiał. Kolekcja jest kompletna – to znaczy, że wszystkie ubrania pasują do siebie i razem tworzą harmonijny i radosny obraz.  

  Poniżej znajdziecie daty wejść poszczególnych projektów. Wiele z nich już dziś jest w sprzedaży, na pozostałe otwieramy listę oczekujących.   Dajcie mi znać, co spodobało Wam się najbardziej!

 

 

SESJĘ  ZREALIZOWALI:  

Fotograf: Jakub Pleśniarski

Asystenci fotografa: Szymon Olasa, Mateusz Skarby

Stylizacje: Alicja Werniewicz

Asystent stylistki: Nikodem Gargula

Makijaż: Katarzyna Korszla

Włosy: Patryk Nadolny

Scenografia: Piotr Piwowar 

 

Taliowana marynarka w prążek o zupełnie nowym fasonie wejdzie do sprzedaży 20.03, ale już teraz otworzyłyśmy listę oczekujących. Białe odpinane mankiety, które można nosić na przykład pod swetrem, wejdą do sprzedaży tego samego dnia. Z kolei biała wersja naszej spódnicy bombki, którą tak pokochałyście w czerni, pojawi się 27.02.  

"Kamienny trencz". Od kilku sezonów robiłyśmy testy idealnego koloru, który będzie rozświetlał każdą karnację, a nie ją gasił. Wyszło idealnie. Lista oczekujących już ruszyła, a trencz w sprzedaży pojawi się w kolejny piątek (27.02). Pssst… będzie też w długiej wersji. 

Dżinsowa kurtka i powrót naszych spodni, które w zeszłym sezonie wykupiłyście w kilka sekund, to chyba mój ulubiony duet tej kolekcji (chociaż nie zawsze będę nosiła te rzeczy razem). I tu niespodzianka: obydwa te modele właśnie dziś weszły do sprzedaży. 

Czy ten komplet przypomina mi o zeszłorocznej porażce? Oczywiście! Czy cieszę się, że mimo trudności udało mi się stworzyć te prążkowane sety? I to jak! Marynarki, szorty, sukienka – będzie w czym wybierać (lista oczekujących na marynarkę już ruszyła). 

Wiecie, że nie mamy sobie równych, jeśli chodzi o swetry. Dlatego musiałyśmy stworzyć też coś, co nada się na wiosnę i lato – ten golf to dla mnie idealny balans między komfortem, a odrobiną szaleństwa. Wypatrujcie go dwudziestego marca, albo już teraz zapiszcie się tutaj – dostaniecie mejla z powiadomieniem. Spódnica ze strukturalnego materiału weszła do sprzedaży właśnie dziś. 

Mam już w oczach te ciepłe wieczory… na pierwsze letnie wyjście na pewno włożę ten zestaw (a spódnicę będę też nosić do japonek i swetrów). Te produkty czekają już na Was na stronie (spódnica tutaj, a marynarka tutaj). 

Planuję w tej szarej wełnianej marynarce przechodzić całą wiosnę. Uważam, że to najbardziej uniwersalny fason, a melanżowa struktura materiału będzie świetnie podbijać moje proste, codzienne stylizacje. To jeden z produktów, które wypuszczamy właśnie w dniu premiery kampanii, czyli dziś! Tutaj macie linkTen sweter, w wersji brązowej, zbiera od Was same pozytywne recenzje, nic dziwnego bo w składzie ma aż 60% wełny merynosowej. Na wiosnę kupicie go w odcieniu ciepłej bieli. To produkt, który jest już dostępnyCzy znajdziecie u nas sukienki na letnie upały? Oczywiście, że tak. I to takie, które zdetronizują wszystkie inne, które macie w szafie. Wypatrujcie ich, gdy tylko zrobi się odrobinę cieplej. Szczerze dziękuję Wam za poświęcenie tych kilku chwil, aby zobaczyć efekty naszej pracy. Wiem, że uwaga i czas to dziś najcenniejsza waluta, dlatego jestem tu dziś dla Was i będę odpowiadać na pytania dotyczące kolekcji. Czekam na Wasze komentarze!

 

 

Jeden dzień w Pączko-vanie MLE

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

  Tego nie było w moim bingo na ten rok. Tłusty Czwartek nie jest świętem o wysokiej randze duchowej, ani momentem, w którym dochodzi do jakichś szczególnych wzruszeń (chyba, że do łez doprowadza nas naprawdę pyszny pączek), a mimo to, ja na długo zapamiętam ten słodki dzień.  

  Od dłuższego czasu chciałyśmy zrobić z Asią coś dla Was, coś co sprawi, że poczujecie się wyróżnione, ale wczoraj to my, dzięki Wam, unosiłyśmy się nad ziemią. Do teraz wspominamy wszystkie te chwilę, gdy podchodziłyście do nas i pokazywałyście, co macie na sobie z MLE, jak długo to nosicie, jak wiele komplementów słyszałyście na temat swoich ubrań i w ogóle jak fajnie, że mogłyśmy tego dnia spotkać się chociaż na chwilę. Było mi strasznie zimno, ale dzięki Wam moje serce naprawdę rozgrzało się do czerwoności. No i wydałyśmy wszystkie 200 pączków!

  Mam nadzieję, że to dopiero początek naszej gastronomicznej MLE-kariery i za rok wrócimy do Was w kilku miastach! 

Punkt godzina dziesiąta ruszyłyśmy. Udało się zgodnie z planem, chociaż jeszcze godzinę wcześniej nic tego nie zapowiadało ;). 

Moja dieta pudełkowa. 

Nasz pączko-van stanął koło butiku Moodstore, jedynym miejscu w Trójmieście, w którym można kupić rzeczy MLE stacjonarnie. 

Chociaż rekordowe opady śniegu sprawiły, że ledwo dotarłyśmy na czas, to chyba nie mogłyśmy sobie wymarzyć bardziej nastrojowej aury, prawda?

Chwila przerwy na ogrzanie w Moodstore i wracamy ze świeżutką porcją pączków.  I ostatnia godzina otwarcia naszej pączkarni. Jak coś zostanie, to zabieramy do domu!

Po dzisiejszym dniu wiem jedno: AI nie wygeneruje ciepła pączka w Twojej dłoni. A wyjście zza ekranu bywa czasem naprawdę fajną przygodą. Dziękujemy za Waszą obecność!

 

*  *  *

Tłusty czwartek – słodkie świętowanie z MLE i przepis na pączki

  Uznajmy, że skoro już ta tradycja istnieje i zdarza się tylko raz w roku, to trochę szkoda z niej nie skorzystać. Tłusty Czwartek — legenda głosi, że kto tego dnia nie sięgnie po choć jeden pączek, musi liczyć się z brakiem szczęścia przez resztę roku. Nie jestem przesądna, ale gdy stawka jest tak słodka, wolę nie igrać z losem.

  Zacznijmy od tego, że od dawna nie wdaję się w te głupie dyskusje o nadzieniach. Każdy (powtarzam: k a ż d y), kto zjadł w życiu tyle pączków co ja, wie doskonale, że najlepsze są te bez zbędnych dodatków w środku, delikatnie twarogowe, zwane przez niektórych „gdańskimi” (a przez innych: „powód, dla którego warto biegać w lutym”). Można je jeść jedną ręką — stojąc w kuchni, odprowadzając dzieci do przedszkola, biegnąc na spotkanie z księgową albo czekając na kolejke. I można ich zjeść dużo.

  Poniżej znajdziecie mój ukochany, dokładny przepis. Z podanych proporcji wychodzi między pięćdziesiąt a sześćdziesiąt małych pączków. Jeśli jednak jesteście z Trójmiasta lub okolic, nie zawracajcie sobie głowy smażeniem. Usmażymy je za Was. W Tłusty Czwartek włóżcie na siebie cokolwiek, co kupiłyście w MLE i przyjdźcie na Garnizon, a my poczęstujemy Was pączkami z naszego pączko-vana (butik Moodstore, ul. Norwida 6/u3, Gdańsk). Zaczynamy o 10:00 i kończymy o 18:00 — albo wcześniej, jeśli zapasy się skończą.

  Na koniec dodam tylko jedno: coraz więcej rzeczy wydarza się tylko w wirtualnym świecie. Tym bardziej warto korzystać z okazji, kiedy coś dzieje się naprawdę. Żaden algorytm nie wygeneruje uczucia ciepła na dłoni, w której trzyma się świeżego, pachnącego, jeszcze ciepłego pączka.  

Składniki:

 500 g twarogu  

4 żółtka

140g cukru  

1 laska wanilii

 100 g śmietany 18%

 2 czubate łyżeczki sody oczyszczonej

 470 g mąki pszennej

 

  A oto jak to zrobić:

1. Rozgnieść w misce twaróg, dodać żółtka, cukier oraz wnętrze laski wanilii. Śmietanę wymieszać z sodą i również dodać do miski z twarogiem. Wsypać mąkę i wymieszać wszystkie składniki.  

2. Wyłożyć masę na stolnicę i krótko zagnieść powstałe ciasto. Podzielić je i ulepić z nich kulki wielkości orzecha włoskiego. Do szerokiego, dużego garnka wlać olej i rozgrzać do 180 stopni. Partiami wkładać pączki, tak aby każdy miał odstęp.  

3. Smażyć na złoty kolor, po około 1,5 minuty z każdej strony. Wyłowić łyżką cedzakową i ułożyć na papierze aby wchłonął nadmiar tłuszczu. Posypać cukrem pudrem.

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marą Olini i Francine&Mat, a także zawiera lokowanie marki własnej i linki afiliacyjne. 

 

  Fajny był ten styczeń. Taki nie za krótki. Właściwie to był jak wielka zimowa epopeja. Miesiąc, który zwykle jest czasem wyciszenia, tym razem był niekończącą się mroźną opowieścią, w której wszyscy graliśmy podobne postacie. Każdy spacer stał się małą (i nieco ryzykowną) przygodą, a spadające temperatury grały pierwsze skrzypce we wszystkich programach informacyjnych ostatnich dni.  

  Przy tych niecodziennych okolicznościach działo się u mnie wszystko to, co dziać się powinno. Codzienne obowiązki, praca, szukanie pomysłu na obiad, podróże, ferie, problemy i małe radości. Nic nie staje się wolniejsze ani szybsze w związku z tym, że za oknem zawierucha i temperatury jak na księżycu. Z jedną małą różnicą – przy wszystkich niedogodnościach i trudach, które przyniosła ze sobą ta zima, jedno trzeba jej przyznać. Będzie niezapomniana.  

  Zaparzcie więc sobie herbaty, zaciągnijcie koc aż po pachy. Spróbuję Was przekonać, że styczeń był jak serial, którego nikt nie wybrał, ale wszyscy oglądali go z ciekawością.  

 

Początek stycznia był dla mnie jak wejście do szafy skrywającej przejście do Narnii. Autor powieści, C.S. Lewis, widział w szafie symbol dziecięcej wyobraźni — tej niezwykłej zdolności, która potrafi zamienić najzwyklejszy mebel w portal do innego świata. I właśnie takie drobne, niemal baśniowe czary obserwowałam w pierwszy dzień nowego roku. Był kulig, było suszenie przemoczonych ubrań przy kominku, było bieganie między pokojami wśród śmiechu i pisków. A ponad tym wszystkim unosił się kojący spokój: świadomość, że choć świat wokół zmienia się nieustannie, dzieci wciąż odnajdują radość w tych samych, niezmiennie prostych zabawach.
 
Ten moment, gdy widzisz siebie sprzed 32 lat :). Najlepsze prezenty przychodzą na koniec. Dziękuję Chanel za odrobinę mroźnego blasku na mojej skórze. Gdy chcesz być idealną mamą, więc zabierasz dzieci na drugi w tym dniu zimowy spacer, na który one nie chcą iść jeszcze bardziej, niż na ten pierwszy (za karę musiałam nosić ich „bałwanka” przez 3 kilometry, bo przecież trzeba go zabrać do domu).
// czapka – prototyp MLE // rękawiczki, chusta, spodnie – MLE // kurtka – 303 Avenue (kupiona w 2023 roku) // buty – Inuikii // Pierwsza herbata na mrozie zawsze smakuje wyjątkowo!
Kroniki Makelifeeasier – Ciekocinko. Rok 2026.  1. Sprawdzam na ekranie telefonu, czy moje włosy nadal wyglądają idealnie ;). // 2. Niech to się tu wysuszy, a my idziemy grać w Jengę. // To ten produkt – zima w płynie. Pięknie rozświetla i pachnie No5. 1,2 i 4. Kocham święta i ciężko mi się z nimi żegnać, a jednocześnie odczuwam wielką ulgę, gdy udaje mi się uporać z choinką i toną ozdób w mieszkaniu. I gdy w pewne styczniowe popołudnie, z bólem serca, zakończyłam ten świąteczny pogrzeb i opłakałam każdą chowaną do pudełka bombkę, mój mąż powiedział, że według ChataGPT kolędy można śpiewać aż do 2 lutego, czyli do Święta Ofiarowania Pańskiego. I on, wraz z naszymi dziećmi, zamierza skorzystać z tej możliwości. Także czekał mnie wieczór z "Lulajże Jezuniu". Doprawdy, W S P A N I A L E. // 3. Kolejny rozdział pod tytułem "w MLE nie korzystamy z AI". W spadku po nagrywkach została mi ta góra masła. Nie zmarnowała się ani odrobina, bo w moim domu masło zawsze znika podejrzanie szybko.Idealny zimowy dzień w Trójmieście.  1. Jak dobrze, że w tym roku zrobiłyśmy w MLE najcudowniejsze rękawiczki (a ja nie ograniczyłam się do zostawienia sobie tylko jednego koloru). // 2. Jeśli jest Wam zimno, to idźcie z dwójką dzieci na lodowisko i próbujcie je uczyć jeździć na łyżwach. Gwarantuję saunę parową pod własną kurtką. Nie dziękujcie.  // Przyjechałam do gdańskiego schroniska w Alpach. Czy jakoś tak. Zapiszcie sobie to nowe miejsce na Garnizonie: SLOW1. Świetnie zaprojektowana przestrzeń. Surowa i przytulna jednocześnie. No i spotkałam moją Obserwatorkę! // 2. To nie jest oszroniona elewacja. To sufit, który wygląda niczym pokryty delikatną warstwą śniegu.  // 3. Nasz masełkowy Graz wciąż dostępny w MLE, ale w ostatnich sztukach. Gotowi na bardziej wiosenne kolory? // 4. Nawet zwykły omlet był naprawdę wyjątkowy. // "Asia, to moje rękawiczki, prawda?"
"Nie, moje."
"Chyba moje, bo je tu położyłam."
"Na pewno moje, bo też je tu położyłam."
Jeśli nie jadasz śniadań, to w SLOW zaczniesz. Wrócimy tu!1. Praca z domu oznacza mniej więcej tyle, że przygotowujesz sobie biurko, ale prawie w ogóle przy nim nie siadasz. // 2. Moja pierwsza książka w 2026 roku to…. ta książka jest jak namiastka prawdziwej podróży. Uwielbiam koncepcję tej serii przewodników, a Wenecja to chyba mój ulubiony (mam jeszcze Paryż i Tokio). // 3. Pogoda sprzyja tworzeniu kolejnej zimowej kolekcji :). // 4. Chyba czas o Ciebie zadbać, bo jesteś jakaś taka potargana. Ta lampa to jedna z tych rzeczy, która chyba nigdy mi się nie znudzi. //  Wracam do moich nierozwiązanych problemów. Frędzle, które miały być hitem MLE w kolejnej kolekcji FW 2026, wychodzą w produkcji tak drogo, że nikt by ich nie kupił. Nie ma to, jak ponieść pierwszą porażkę, jeszcze nim wyszło się z domu.   Na co nie wydam pieniędzy w 2026 roku? Na śliczne dziecięce ubranka wykonane w 100% z poliestru i akrylu. Na zabiegi medycyny estetycznej, których nie przetestowały wcześniej moje przyjaciółki :D. Na kosmetyki od influencerek, o których nie wiem nic poza tym, że są zbyt idealne, aby mogły być prawdziwe. Na jedzenie, które nie jest albo „mega zdrowe” albo „mega pyszne”. I na swetry. Za dużo o nich wiem, aby wybierać coś innego niż MLE.  
1. Mokro, zimno, zapachy trochę jak przy weneckim kanale. Widoki równie oszałamiające. // 2. Mam stosik zaplanowanych lektur na każdy miesiąc roku i dopóki ich nie przeczytam, nie kupuję nic nowego. (Chyba, że dacie mi znać, czy któraś z tych nie jest przypadkiem beznadziejna.)  // 

Sopot o 16:30. Za dwa miesiące będziemy tu podziwiać pierwsze tulipany. 

Pamiętam, jak lata temu po raz pierwszy odwiedziłam Cortinę d’Ampezzo we włoskich Dolomitach. I jak bardzo byłam zachwycona tamtejszym stylem. Mieszkańcy tego miasteczka pięknie łączyli modę z regionalnym rzemiosłem (a przyjezdni próbowali to podłapać). W oczy rzuciły mi się tam też białe dżinsy noszone dosłownie przez wszystkich. Przy minus dziesięć. Cóż to była za ekstrawagancja te piętnaście lat temu! A że lecę na imprezę Après-ski (to nic, że w Gdańsku) wskoczyłam właśnie w białe dżinsy. A co! Całe zamieszanie wynika oczywiście z nowej książki Zosi o Tyrolu. 

Ja: Och, dziękuję bardzo, ale ograniczam słodycze.  
Obsługa: Ok. Następny!  
Również ja: To w takim razie poproszę podwójną porcję.  

Fikka i tyrolskie klimaty to naprawdę świetne połączenie. A skoro już mowa o Tyrolu…Móc raz w roku, przez kilka dni, zobaczyć te widoki, to dla mnie zawsze największa nagroda. Nawet jeśli sporo czasu spędzałam pod kocem w swetrze, bo jak każda zapracowana mama, najbardziej lubię chorować na urlopie.     Nie mogę uwierzyć w to, co Włosi umieją wyczarować z pomidora, czosnku i kilku listków bazylii. I to zajmuje im 3 minuty. I jedzą to nawet moje dzieci. Czary. Val di Fiemme. Region, który traktuję trochę jak drugi dom. 
Każdy ma już swoje plany na tydzień. Chociaż naprawdę nie wiem, co oznacza plan na niedzielę. Mała przypominajka, że na blogu pojawił się cały artykuł o Cortinie w przeddzień Igrzysk. 

Gdy wydaje Ci się, że wyjeżdżasz z zimowej krainy i żegnasz się ze śniegiem, a okazuje się, że w domu czeka na Ciebie pogodowy kataklizm.

1. "Kasia, gdzie Ty poszłaś? Miałyśmy usiąść do ogarniania KSEF-u!" // 2. ​Nie wiem, czy to jakiś rodzaj psychologii krańców świata, ale ludzie znad morza wyjątkowo często mają słabość do gór. Jakby samo dotarcie do miejsca, gdzie coś się kończy – woda albo skała – pomagało poczuć się lepiej. A nasze Zakopane od ponad stu lat działa jak magnes, nie tylko jako miejscowość, lecz także jako obietnica intensywności. Wystawa "Pociąg do Zakopanego" dobrze łapała tę atmosferę i bardzo chciałam ją zobaczyć. Marzenia jednak mają to do siebie, że świetnie radzą sobie w teorii, a codzienność wciąż upiera się przy swoim. Zamiast pociągu – album. Zamiast wernisażu – kanapa. Dobre i to. Dziękuję DESA za tę namiastkę góralskiego życia.  //Miłe zadanie w pracy, czyli szukanie inspiracji do nowej kampanii MLE. Uwierzcie mi, że tym razem będzie to coś wyjątkowego. Poniedziałek na hołmofisie. Jak myślicie, Portos bardziej pomaga czy jednak przeszkadza?"Witkacy" Michała Zaborowskiego. Czy ten obraz nie jest rewelacyjny? Wystawa "Zakopane, Zakopane" do obejrzenia na ulicy Pięknej 1 w Warszawie do 12 lutego.  1. Wigilia, wigilii, wigilii […] wigilii Tłustego Czwartku to jeden z moich ulubionych dni w roku. // 2. Przepraszam, coś przerywa, muszę kończyć. // Nie pamiętam takiej zimy w Sopocie. Wiecie, że coraz więcej badań udowadnia, że chłód (niekoniecznie w wersji ekstremalnej) jest dla nas zdrowy, wzmacnia odporność, spowalnia procesy starzenia, zwiększa wydolność i możliwości regeneracyjne, a jego ciągłe unikanie może mieć negatywny wpływ na nasze ciało?  Ok. Nie poddajemy się i próbujemy dalej.1. Toteme. Marka założona przez jedną z pierwszych skandynawskich ifluencerek. // 2. Ostatni rzut oka, bo dziś ma przyjść odwilż.  Moje cele na dziś? Nie zrujnować efektów wczorajszej pracy i wrócić do domu z suchymi skarpetkami.  //Podobno w moim Gdańsku pierwszy raz od 16 lat wydarzyło się to… Czyli jednak to nie AI. (A chodzenia po Motławie i innych zamarzniętych rzekach nie polecam).Temperatura w kuchni wynosi 15.5 stopnia. Chyba wyciągamy świeczki z pieca kaflowego…
Utwór „Zima” Vivaldiego tak idealnie pasuje do tego, co teraz dzieje się w Sopocie, że aż przechodzą mnie ciarki (albo to ta śnieżka, która właśnie rozbiła się o mój kark).      "Sopotarktyda" i kilka zamarzniętych kadrów.Obita kość ogonowa za 3…2…1. Nie pamiętam takiej zimy. A Wy?
1. Ostatnie zdjęcie i… telefon zamarzł. // 2. Do truskawek i szparagów, jeszcze trochę czasu, ale robimy, co możemy, aby w tej styczniowej diecie było "trochę zielonego". Uprzedzając Wasze pytania – sweter pojawi się w najbliższy piątek. //
Bo w taką pogodę nawet sałatka musi mieć w sobie gorące składniki. Brukselka i ziemniaki to może nie jest szczyt naszych marzeń, ale wystarczy chwila, aby zrobić z nich zdrowy posiłek. 

Składniki: 

świeża brukselka (jedno z niewielu zielonych warzyw, które można teraz kupić w warzywniaku) 
ziemniaki (tu również nie więcej niż pół kilo wystarczy, łącznie mamy już kilogram)
szpinak
rukola 
orzechy pekan
​oliwa 
koperek 
sól i pierz do smaku 
pasta miso 
tran z Olinii o ulubionym smaku (ja tutaj polecam cytrynowy – pasuje do warzyw) 

 

Warzywa dokładnie myjemy. Brukselkę obieramy i kroimy na pół. Ziemniaki porządnie szorujemy i kroimy na kawałki. Zaczynamy od ziemniaków, które obtaczamy w oliwie, paście Miso, soli i odrobinie przypraw. Najpierw wrzucamy na blachę ziemniaki na 20 minut (w 180 stopniach) a po upływie tego czasu, dodajemy brukselkę skropioną oliwą i doprawioną solą i pieprzem. Gorące warzywa wrzucamy na talerz razem ze szpinakiem i rukolą. Doprawiamy solą, pieprzem, dorzucamy koperek oraz ulubione orzechy, a na koniec polewamy wszystko tranem od Olini (w ogóle nie ma zapachu ryby, a cytrynowy posmak, świetnie podbija smak dania). 

Przemycam zdrowe oleje do naszejd diety, jak tylko potrafię. Ten tran o smaku cytrynowym od Olini naprawdę świetnie pasuje do warzyw (danie nie może być bardzo gorące). Moje dzieci niechętnie jadłyby taki olej z łyżki, ale fasolkę szparagową z takim dodatkiem, to jak najbardziej (polecam też spróbować z  tostem z awokado).  (jak klikniecie w link, to od razu nalicza się na niego mój rabat). :) 

A tu kilka bardzo ważnych faktów o tranie Olini: producent ma certyfikat Marine Stewardship Council (MSC), który potwierdza, że ryby, z których jest tworzony, łowione są zgodnie z rygorystycznymi Standardami Zrównoważonego Rybołówstwa. MSC przyznaje się na 5 lat konkretnym rybakom, którzy prowadzą połowy określonego stada. Co roku muszą oni poddawać się audytowi i stale usprawniać swoje działania. Zrównoważone połowy w mniejszym stopniu wpływają na ekosystem morski. Zapewniają też bezpieczną przyszłość rybackim społecznościom i ludziom z branży rybackiej. Jego TOTOX wynosi 5*. Tran cytrynowy ma także korzystny stosunek omega-3, omega-6 i omega-9 – 12,1:1:14. Dlaczego to ważne? Kwasy tłuszczowe pełnią różne role w organizmie, więc należy dostarczać je we właściwych proporcjach. Olej z wątroby dorsza jest poddany delikatnemu oczyszczaniu, dzięki czemu nie zawiera zanieczyszczeń – w tym metali ciężkich (np. rtęci, ołowiu), dioksyn i pestycydów (PCB).

Nie lubię drastycznych zmian i nie uważam siebie za zeschizowaną fanatyczkę zdrowej diety, ale obstawienie się w kuchni takim zestawem sprawia, że małymi krokami i niewielkim wysiłkiem mogę dbać o zdrowie całej rodziny. Jeśli chciałybyście zacząć, ale nie wiecie jak, to Olini naprawdę zna się na rzeczy. 
Na mojej tacy z olejami znajdziecie też olej z wiesiołka (świetny do sałatek albo smoothie), olej z czarnuszki (ten piję w formie shota, bo ma bardzo intensywny smak, ale uważam, że warto – jego udowodnione właściwości prozdrowotne naprawdę robią wrażenie) i tran o smaku pomarańczowym (do owsianek i innych słodkich śniadań, pasuje nawet do naleśników).Jak widać afirmowanie plaży i wakacji niektórym wystarcza, aby się rozgrzać.
Ale mi z całą pewnością afirmacje nie wystarczają. Po ostatnim spacerze na mrozie, byłam tak skostniała, że pierwszy raz od roku postanowiłam zrobić sobie gorącą kąpiel we własnej wannie. Tym bardziej, że dotarła do mnie taka paczka. Wydawało mi się, że kosmetyki, sposób ich zapakowania, zapach i tak dalej, nie mogą już na mnie zrobić wrażenia. A jednak produkty Francine&Mat sprawiły, że od razu miałam ochotę je otworzyć i użyć. 

Dobra. Na pierwszy rzut biorę puder do kąpieli i ten olejek. Marka Francine & Mat  jest nowa na polskim rynku, ale myślę, że lada moment stanie się bardzo popularna. Z kodem MLE10 otrzymacie rabat na wszystko do 18 lutego (z wyłączeniem zestawu 3 mgiełek, bo jest on już w obniżonej cenie na stronie). 

Wszystko gotowe, trudno uwierzyć, że czeka mnie taki relaks, aż tu nagle… Pająk wyłowiony garnkiem. Kąpiel uratowana. Polecam takie odmrażanie każdej mamie, babci i prababci :). Czy może być bardziej trafiony film na dzisiaj niż "Pojutrze", w którym zamarza pół kuli ziemskiej? Chyba nie, prawda? A jeśli nie chcecie wracać do starych klasyków, to polecam film "Jedna bitwa po drugiej", który jest już dostępny na różnych platformach streamingowych. 

No i witamy luty! Pamiętajcie o blogu, bo będzie się tu dużo działo w najbliższym czasie. A trzeba jakoś zapełnić czas do wiosny, prawda? Dziękuję Wam bardzo za uwagę i idę się jakoś rozgrzać!

 

*  *  *