Look of The Day

Wpis powstał we współpracy z marką YES.

 

złote kolczyki z perłami – Biżuteria YES 

kamizelka zapinana na guziki – MLE

rozszerzane dżinsy  – Pull&Bear

skórzane baletki – Kazar

torebka – Studio Amelia

 

Mam nadzieję, że udało Wam się w ten weekend naładować akumulatory. Dzień Mamy zbliża się do końca, ale jeśli jeszcze nie zdążyłyście sprawić radości Waszym mamom, albo po prostu uważacie, że nie trzeba okazji, aby obdarować kogoś prezentami, to mam dla Was długo wyczekiwaną promocję od YES – z kodem WIOSNA otrzymacie 20% rabatu na drugi i każdy kolejny model biżuterii na YES.pl oraz w salonach YES. 

KIEDY LOS DAJE CI SZPARAGI I NIE CHCESZ ICH ROZGOTOWAĆ

​Szparagi nie potrzebują większej oprawy. Wystarczy kilka prostych kroków, żeby wydobyć ich głębie. Im mniej naszej ingerencji, tym bardziej pozostaną w smaku szlachetne. W dzisiejszym wpisie mam dla Was dwa przepisy, które wykorzystują szparagi do cna. Na zdrowie!
Skład:

 

 2 pęczki szparagów  

50 ml oliwy z oliwek  

1 łyżka octu balsamicznego  

1 łyżka miodu  

sól morska  

pieprz  

30 g prażonych migdałów  

garść tartego parmezanu  

pesto:

 końcówki szparagów z dwóch pęczków  

40 ml oliwy z oliwek  

2-3 ząbki czosnku  

50 g parmezanu lub innego twardego sera żółtego  

sól morska

 A oto jak to zrobić: 

1. Z umytych szparagów odrywamy twarde końce (będą potrzebne w kroku drugim do przygotowania pesto). Tak przygotowane szparagi wkładamy do miski i zalewamy wrzątkiem na 10 sekund. W drugiej misce nalewamy zimną wodę oraz ok. 6-8 kostek lodu i przekładamy odcedzone szparagi na 2 minuty. W filiżance łączymy oliwę, ocet balsamiczny, miód, prażone migdały, sól, pieprz i dokładnie mieszamy. Wykładamy szparagi na paterę i polewamy gotowym sosem oraz tartym parmezanem.

2. Umyte końcówki szparagów wkładamy do naczynia blendera i miksujemy razem z serem, czosnkiem oraz oliwą. Doprawiamy solą. W międzyczasie gotujemy ulubiony makaron według instrukcji na opakowaniu. W dużym naczyniu łączymy makaron z pesto.

 

 

Nie lubię lata, bo uświadamia mi, że zaniedbałam siebie – majowe umilacze czyli kilka sposobów, aby ekstremalnie szybko przywrócić wakacyjny „vibe” w głowie

Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Veoli Botanica i Awesome Cosmetics. 

 

  Trochę w tym tytule przesadziłam, ale gdy wszyscy na około cieszą się już na lato, ja odczuwam gdzieś pod skórą napięcie, że to już, lada moment. Nim się obejrzę przyjdzie czas rozprężenia, na który nie jestem gotowa. Tyle jeszcze spraw do załatwienia, tyle miałam zrobić, aby to lato było fajniejsze, no i ja miałam być już ciut inną osobą, gdy nadejdzie. Wysportowaną, opaloną i zrelaksowaną, bez listy zadań do wykonania, która z każdym dniem jest coraz dłuższa.

  Jestem mistrzynią w jesiennym „trybie goblina” czyli chowaniu się w swojej norce gdy przychodzi jesień, wynajdywaniu świątecznego nastroju i tak dalej. Ale z latem jest inaczej. Im bliżej do Nocy Świętojańskiej, tym częściej muszę walczyć ze swoją neurotyczną naturą, która podpowiada mi, że „aby móc cieszyć się letnim czasem, musisz jeszcze zrobić to, to i to”. Dokończyć remont porzucony na finiszu, zamknąć projekt, który zaczęłam trzy miesiące temu i w połowie zorientowałam się, że chyba nie dam rady go ciągnąć, jeśli chcę mieć tyle czasu dla rodziny, ile potrzebuję. Nie wspominając już o masie innych rzeczy, które udowadniają, że prokrastynacja to moje drugie imię.

  Według profesora Jarosława Michałowskiego (za „Wysokie obcasy”), psychologa i terapeuty, takie zachowania mogą wynikać z nieadaptacyjnego perfekcjonizmu, czyli „perfekcjonizmu podszytego niewiarą we własne możliwości. Jeśli nie zrobię czegoś perfekcyjnie, to poniosę porażkę. A że trudno o perfekcję, to ociągamy się z działaniem. Takie są przyczyny o podłożu psychologicznym”. Odkładamy coś „na potem”, które nigdy nie następuje, a my wciąż mamy poczucie, że nie zasłużyłyśmy na nagrodę i odpoczynek, no bo nie wykonałyśmy założonego planu. Inna sprawa, że gdy inni cieszą się z długich letnich wieczorów, hamaka i słodkiego lenistwa, my, kobiety, wciąż zastanawiamy się co można by było zrobić, aby wszystkim wokoło było jeszcze milej. Chcemy być idealne i idealnie wywiązywać się ze swoich obowiązków, bo od tysiącleci stawiano nam poprzeczkę bardzo wysoko.  

Przechodząc do meritum – chciałabym poczuć wakacyjny klimat już teraz, będąc nadal tą samą „ja” – trochę zdenerwowaną, martwiącą się na zapas, bez idealnych nóg i perspektywy dwóch tygodni na Malediwach. Typowe blogowe „pitu pitu” powinno się teraz rozpocząć od stwierdzenia, że wszystko jest w naszej głowie, ale uważam, że to tylko po części prawda. Aby do „randomowego” tygodnia wpleść trochę wakacyjnego nastroju trzeba konkretów. I kilka z nich mam zamiar Wam zafundować – może pomogą też Wam?

zestaw z muślinowej bawełny – MLE (dostępny na przełomie maja i czerwca)

 

1. Cykady, fortepian i szum fal.

  Zacznijmy od muzyki. Specjalnie dla moich Czytelniczek stworzyłam zupełnie nową playlistę na lato. Wiem, jak wiele z Was zapisało sobie moje poprzednie propozycje i cieszę się, że utwory, które tak pozytywnie działały na mnie w ciągu różnych pór roku, Wam też sprawiły przyjemność. „Lato w biurze MLE 2024” to blisko półtorej godziny muzyki, która w subtelny sposób doda do Waszej codzienności odrobinę letniej świeżości. Mam nadzieję, że gdziekolwiek będziecie jej słuchać, poczujecie się jak na pikniku w oliwnym gaju.   

"Lato w biurze MLE" 

 

2. Galette z brzoskwiniami.  

  Zadbałyśmy już o zmysł słuchu, teraz czas na smak. Zauważyłyście, że gdy rozmarzymy się na temat danej pory roku, zwykle wymieniamy to, co najbardziej lubimy wtedy jeść? „Wyjedziemy na wakacje i znów zjem tę pyszną włoską burratę” albo „zimą uwielbiam zapach gorących jabłek z cynamonem i wanilią”. Kilka tygodni temu niejedna z nas pewnie rzuciła, że „już nie może się doczekać szparagów z jajkiem sadzonym”, ale w przypadku lata ta lista jest chyba najdłuższa ze wszystkich. To czas obfitości i świeżości, a plony, które przynosi potrafi ożywić w nas najpiękniejsze wspomnienia. Wystarczy jeden kawałek ciasta z owocami polanego odrobiną śmietany, aby przenieść się na chwilę do sielskich obrazów, jak z Pana Tadeusza. Swoją drogą, ten przepis wygląda trochę jak wyciągnięty z jakiegoś dzieła epoki Romantyzmu. A smakuje jak poezja! Znalazłam go kiedyś u Rozkosznego i pokochałam za to idealne, kruche ciasto – mówię Wam, że już zawsze będziecie je chciały robić z tego przepisu.

PROSTE LISTKUJĄCE KRUCHE CIASTO Z OWOCAMI OD ROZKOSZNEGO

Skład:

na ciasto:

1 szklanka, plus dwie łyżki (150 g) mąki pszennej

1 łyżeczka cukru

¼ łyżeczki soli morskiej drobnoziarnistej

100 g zimnego masła, pokrojonego na małe kawałki

120 g serka kremowego typu Philadelphia

na wypełnienie:

dowolne owoce około 750 g (ja wybrałam brzoskwinie) 

100 g cukru pudru 

sok z ½ cytryny

szczypta soli

1 łyżka mąki ziemniaczanej

ziarenka z 1 laski wanilii (lub 1 łyżka ekstraktu, lub 1 cukier waniliowy)

1 łyżki bułki tartej

1 jajko, roztrzepane

cukier do posypania, najlepiej gruboziarnisty

śmietana lub lody do podania

A oto jak to zrobić: 

Wszystkie składniki na ciasto włóż do misy robota kuchennego. Możesz też zagnieść ciasto ręcznie. Uformuj dysk, spłaszcz go i owiń folią spożywczą. Wstaw do lodówki na godzinę lub 20 minut do zamrażarki, jeśli bardzo, ale to bardzo Ci się śpieszy. W międzyczasie przygotuj owoce. Owoce odpestkuj i pokrój na plasterki, dodaj 100 g cukru, skrop sokiem z cytryny, dodaj szczyptę soli, wanilię i mąkę ziemniaczaną. Odstaw na min. 30 minut, aż owoce puszczą sok. Sok przelej do garnuszka, zagotuj. Gotuj na małym ogniu, często mieszając, aż zgęstnieje na rzadki kisiel, około 3 minuty. Wymieszaj powstałą glazurę z owocami. Odstaw do całkowitego wystygnięcia. W międzyczasie rozgrzej piekarnik do 220 stopni Celsjusza (góra-dół). Galette wraz z papierem zsuń z talerza na blachę. Posmaruj boki roztrzepanym jajkiem i posyp cukrem, najlepiej gruboziarnistym. Piecz około 25 – 30 minut, aż spód i boki będą mocno zarumienione. Jeśli wierzch zacznie się zbyt szybko przypiekać, przykryj go folią aluminiową. Wystudź na blaszce. Zjedz koniecznie z lodami lub bitą śmietaną. Galette najlepiej smakuje w dzień wypiekania, ale raczej ma małe szansę przetrwać dłużej. 

3. Jak pachnie lato na naszej skórze?

  Sporo z Was pyta mnie w komentarzach o perfumeryjne polecenia, a ja, jak stara nudziara, od lat odpowiadam, że tylko Chanel 5, ale w tym sezonie trochę zaszalałam. Poniżej kilka moich wakacyjnych wyborów, a w nich zapach piasku i morza zamknięty w olejku, próba zamknięcia nastroju pewnego zdjęcia w butelce i coś, co będziecie mogły dzielić z Waszą drugą połówką. 

– L'APÉRO sea, sud & sun (maleństwo, które zmieści się do kopertówki)

Oplotka FUMÉE

Byredo 1996 

Chanel PREMIERE (odświeżona wersja kultowego zapachu)

Książki pokazane na zdjęciu to (od góry): "Provence Glory"  Francois Simon // "Sztuka podróży" Travelicious // "Great Escapes Europe" Angelika Taschen // "Chateau Life" Jane Webster, Robyn Lea // 

 

4. Podróże małe i… te jeszcze mniejsze.

  „Ten kto za dzieciaka opanował sztukę szukania przygód na podwórku tuż za domem, ten w dorosłości będzie potrafił odnaleźć radość w najprostszych rzeczach” – ktoś mądry powiedział mi to kiedyś, gdy jako mała dziewczynka, bawiłam się piątą godzinę na trzepaku. Dziś doskonale wiem, co miał na myśli. Te najcudowniejsze wakacyjne wspomnienia nie zależą zwykle od celu naszej podróży – nawet jeśli ten jest piękny i odległy – ale od pracy jaką włożymy w czas, który został nam dany. Tak, pracy, bo delektowanie się otoczeniem jest sztuką, której niektórzy nie opanują nawet w pięciogwiazdkowym hotelu na Lazurowym Wybrzeżu.

 Według ekspertów tegoroczne wakacje staną pod znakiem lokalnego odkrywania – chodzi o minimum stresu związanego z podróżą, a maksimum powolnego doświadczania. Chociaż przeglądając te piękne albumy, które widzicie na zdjęciu powyżej, można zacząć marzyć o Prowansji i Capri, to szybciej poczuję ten wakacyjny „vibe” gdy zaplanuję na sobotę wycieczkę rowerową. Mniej stresu, a dla dzieci dmuchanie dmuchawców to i tak najlepsza zabawa pod słońcem. 

Kosmetyki od tej polskiej marki używam już od października zeszłego roku. Awesome Cosmetics jest pierwszą i polską marką, która w swoich kosmetykach stosuje hypskin. Jest to bioaktywna substancja naturalnego pochodzenia, pozyskiwana jest z ekstraktu z rzadkiej odmiany alg morskich. Badania producenta substancji pokazują, że działanie 1% hypskinu może być porównywalne do działania 0,3% retinolu. Marka o wszystkich składnikach rzetelnie informuje klientki w imię idei: transparentność to podstawa budowania dobrych relacji, dlatego poza informacją o tym, że dany kosmetyk posiada na przykład ponad 98% substancji naturalnych, zawsze dostajemy także informację o tym, co składa się na te 2% i dlaczego ich wykorzystanie okazało się lepsze od naturalnych zamienników.

 

5. Hej! Nie czekaj na hotelowe SPA. 

  Przychodzi wieczór, a na ścianach mojej łazienki wciąż tańczą promienie zachodzącego słońca. To detale, ale czasem wystarczą, aby zamienić codzienne czynności w przyjemne chwile dla siebie. Wykorzystuję więc te kilka dodatkowych minut w dziennym świetle, aby przyjrzeć się swojej skórze, przewertować łazienkową szafkę i na spokojnie zastanowić się, które z kosmetyków mi służą, a o których lepiej zapomnieć… i Wam nie polecać (to, że tak często widzicie u mnie te same marki wynika z tego, że większość nowych ofert odrzucam po przetestowaniu – niestety nie wszystkie popularne kosmetyki po przeanalizowaniu składów są warte naszych pieniędzy). Moja letnia kosmetyczka przedstawia się w ten sposób:

  Awesome Cosmetics – zamiast ekspresowej pielęgnacji (mycie i krem) dodam jeszcze coś, tak aby pielęgnacja była szersza. Seria Hydro Feeling to kompletna pielęgnacja – od oczyszczania przez tonizowanie, nawilżanie i odżywianie. W jej skład wchodzi żel do mycia twarzy, esencja tonizująca, serum i krem. Esencja tonizująca to też świetny produkt na przykład w długą podróż, gdy chcemy dać naszej skórze odrobinę wytchnienia, ale bez dotykania jej palcami. „W każdym kosmetyku łączymy wiele składników aktywnych w naprawdę dużych stężeniach. Zamiast zrobienia z takiej mieszanki trzech kremów, my stawiamy na jeden o wyjątkowo bogatym wnętrzu.” – mówią twórcy marki. Z kodem rabatowym o treści KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na cały asortyment w Awesome Cosmetics (kod działa do 26 maja).

  Veoli Botanica – do mojej kosmetyczki wróciło w końcu serum pod oczy, które przez jakiś czas było wyprzedane, ale teraz znów można je kupić. Mówię Wam, że gdy raz go spróbujecie ciężko będzie Wam się  z nim rozstać. Niweluje cienie, oznaki zmęczenia i nie odkłada się w zmarszczkach. Po prostu hit! A skoro to wpis między innymi o letniej pielęgnacji, to nie mogę zapomnieć o filtrze – i Wy też proszę nie zapominajcie. Wyrzućcie kosmetyki przeciwsłoneczne z poprzedniego sezonu – nie nadają się już do uzytku. Na opakowaniach kosmetyków jest oznaczenie w postaci rysunku otwartego słoiczka – wskazuje on ile czasu po otwarciu produkt nadaje się do użycia. W przypadku kremów z filtrem najczęściej jest to czas od sześciu do dziewięciu miesięcy. Zwróćcie też uwagę na parametry ochronne kremu, tutaj mała ściąga:

SPF – określa stopień ochrony skóry przed promieniowaniem UVB, które odpowiada za opaleniznę oraz oparzenia słoneczne. Wartość SPF oznacza się poprzez porównanie czasu, po jakim na naszej skórze pojawi się rumień przy zastosowaniu produktu z SPF i bez niego. Należy pamiętać, że SPF nie zapewnia ochrony przed promieniowaniem UVA, które może prowadzić do przyspieszonego starzenia się skóry i zwiększonego ryzyka wystąpienia nowotworów.  

UVB – zawiera filtry przeciw promieniowaniu UVB odpowiedzialnemu m.in. za poparzenia słoneczne, reakcje alergiczne i nowotwory skóry.

PA ++++ – bardzo wysoka ochrona przeciwsłoneczna przed promieniowaniem UVA. Cztery plusiki to najwyższa możliwa ochrona.

HEV/IR – ochrona przed szkodliwym działaniem światła niebieskiego emitowanego przez ekrany (HEV) oraz ochrona przed promieniowaniem podczerwonym Infrared (IR).

PPD – wartość PPD stanowi wskaźnik skuteczności kremu z filtrem w ochronie przed promieniowaniem UVA, które jest głównym czynnikiem przyczyniającym się do fotostarzenia. Wartość PPD mówi nam o tym, ile razy zmniejszy się dawka promieniowania UVA absorbowanego przez skórę.

Lekki krem ochronny SPF przeciw fotostarzeniu BUT FIRST, SUNSCREEN (zawiera wszystkie wymienione powyżej zabezpieczenia) i rozświetlająco-liftingująco-naprawcze serum pod oczy i na powieki 20 SECONDS MAGIC EYE TREATMENT GLAM oraz  od Veoli Botanica. Kod rabatowy makelifeeasier20 daje -20% na wszystko.

4. A może to pokłosie funkcjonującego przekonania, że latem powinnyśmy być najlepszą wersją siebie?

  Na balet wróciłam miesiąc temu, zamiast – tak jak to sobie kiedyś obiecałam – we wrześniu zeszłego roku, nie pamiętam też kiedy ostatni raz biegałam. W przeszłości wydawało mi się, że nigdy nie dam się wplątać w gonitwę typu „zostało 63 dni do lata! Czas rozpocząć akcję bikini!”, ale po dwóch ciążach trochę inaczej na to patrzę. Podobno łatwiej jest być mamą, gdy zaakceptuje się fakt, że nie wszystko musi zawsze wyglądać idealnie. Albo dom, albo dzieci, albo ja – jeśli są kobiety, które siedem dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę kontrolują cały chaos wokół siebie i niczego nie odpuszczają, to chętnie poznam ich sekret. Póki co godzę się z faktem, że drabinki na brzuchu do czerwca nie wyhoduje (i bądźmy ze sobą od razu szczere – do września też pewnie się to nie uda) i stawiam tylko na ekspresowe rozwiązania. Opalenizna – to jest dla mnie klucz do tego, aby z większą przyjemnością wkładać letnie ubrania. W aplikowaniu samoopalaczy doszłam do prawdziwej perfekcji, więc zdradzę Wam kilka moich „lifehacków”, a raczej „tanhacków”:

– Jeśli nie masz czasu (albo ochoty) aby robić peeling przed użyciem samoopalacza, to wsmaruj krem albo balsam w kostki, pięty, kolana, nadgarstki i łokcie (także po wewnętrznej stronie) i po paru minutach rozpocznij aplikację samoopalacza.

– Zawsze nakładaj samoopalacz welurową rękawicą. Umycie rąk po aplikacji nie wystarczy, bo minimalna ilość produktu może zostać pod paznokciami, czy przy wysuszonych skórkach. Żółty kolor w tych miejscach nie wygląda dobrze ;).  

– Jeśli nie masz specjalnej rękawicy, możesz użyć jednorazowych rękawiczek silikonowych. Dobrze sprawdzą się w przypadku balsamów samoopalających, a jeśli używasz pianki to pamiętaj aby wsmarować ją jak najszybciej, bo rękawiczki nie zblendują produktu tak dobrze jak welurowa rękawica.  

Wszystko, co tylko może być potrzebne do uzyskania domowej opalenizny. Mamy tu "usuwacz" nieplanowanych przebarwień, silnie opalającą piankę (polecam tym bardziej doświadczonym, daje super mocny efetk), puder, który redukuje uczucie lepkości po nałożeniu samoopalacza, masło do ciała (ładny naturalny efekt, dobry dla początkujących), produkty pielęgnacyjne i jednocześnie opalające do twarzy, peeling, spray do twarzy i rękawicę do rozprowadzania kosmetyku. Wszystko od Azure Tan (z kodem mle15 macie 15% rabatu).

 

– Samoopalacza nie nakładamy na dłonie powyżej nadgarstka. Na koniec aplikacji możemy delikatnie przyłożyć rękawicę do nadgarstków i delikatnie „przeciągnąć” ją w stronę palców (podobnie postępujemy przy wierzchach stóp – nie dochodzimy do palców).

– Używając kropelek do twarzy największą ilość produktu nałóż na te miejsca, które zwykle są najbardziej wystawione na słońce – nos, kości policzkowe, szczyt czoła. Pamiętaj, że tego typu produkty lubią się odkładać na linii włosów, czyli przy uszach i linii brwi. Na końcu dobrze jest te miejsca delikatnie przetrzeć ręcznikiem czy chusteczką, aby ściągnąć nadmiar. Nie zapominaj nałożyć produktu na szyję!

Kolor opalenizny, który widzicie na zdjęciu to efekt tylko jednorazowego nałożenia Azure Tan Shimmering – stopniowo opalającego masła do ciała (po 24 godzinach od nałożenia, po 12 godzinach zmyłam produkt). Masło posiada też właściwości nawilżające. Z kodem mle15 otrzymacie 15% zniżki na całą markę Azure Tan w sklepie Organic Concept.

 

  Artykuł miał być o ekspresowych sposobach na wakacyjny nastrój, ale pozwólcie, że na koniec stanę jednak w kontrze do samej siebie. Na około wciąż słyszymy narrację, która mówi: rób tylko to, na co masz ochotę, ale z punktu widzenia procesów poznawczych naszego umysłu jest to kompletna bzdura. Prawdziwą satysfakcję i przyjemność daje nam osiąganie postawionych celów, często takich, które wymagają wysiłku. Ekspresowe przyjemności to w ogóle ryzykowny temat. Dzięki badaniom z dziedziny neuropsychologii wiemy, że kryje się za nimi nagły wzrost dopaminy, odpowiedzialnej za nasze poczucie zadowolenia. W naturze nie ma nic za darmo i najczęściej szybki skok oznacza później równie szybki spadek, czyli mocno obniżony nastrój i silną demotywację (za "Dopamine and effort" Walton, 2019). Ewolucja zaprogramowała nasz mózg w taki sposób, aby przez cały czas łaknął dopaminy. Pierwotnie miała ona powoli wzrastać w sytuacjach, które zwiększały nasze prawdopodobieństwo przetrwania, to jest:

– polowanie

– budowanie

– gotowanie

– odkrywanie

– stosunki seksualne

  Dopamina była "nagrodą" za odpowiednie zachowania. W którymś momencie zorientowaliśmy się jednak, że istnieją prostsze i mniej męczące sposoby na to, aby podnieść poziom dopaminy. Te „proste przyjemności” to przede wszystkim:

– cukier

– scrollowanie internetu

– alkohol

– nikotyna

– wciągające seriale

– gry

  Na dodatek jeśli nie reglamentujemy sobie „szybkich przyjemności”, to przestają nam dostarczać dopaminy i potrzebujemy ich coraz więcej. Jak zatem najlepiej złapiemy tę letnią atmosferą, skoro kieliszek wina o zachodzie słońca odpada? W akcji – jeśli chcemy zjeść coś słodkiego, niech będzie to własnoręcznie upieczone ciasto z czerwcowych owoców, a nie batonik z supermarketu. Jeśli potrzebujemy fizycznego odpoczynku, to nie na kanapie, tylko na trawie w parku, czy ogrodzie. Mamy kwadrans na reset po trudnym spotkaniu? Zamiast przeglądać rolki na instagramie, przejdźmy się i – jak idiotycznie to nie zabrzmi – powąchajmy kwiaty kwitnące na drzewach. Nie żebym wyrzucała Was teraz z bloga – co to, to nie… ale artykuł się właśnie kończy, więc zapraszam Ciebie na mały spacer. Popatrzymy – nawet jeśli z zupełnie innych miejsc – na to samo niebo, zapewnimy sobie powolny skok dopaminy i przestaniemy myśleć o tym, że lato nas pogania.  

 

*  *  *

 

 

 

Look of The Day

Wpis powstał we współpracy z marką Ryłko. 

 

skórzane białe trampki – Ryłko

kurtka z bawełny – Pull&Bear (dział męski)

dzianinowy komplet dresowy – MLE (dostępny pod koniec lata)

pleciona skórzana torebka – Dragon Diffusion

okulary – Ray-Ban

 

  Właściwie już od połowy kwietnia zaczynamy przed weekendem sprawdzać prognozę pogody i przebąkiwać o krótkim wypadzie za miasto, nawet jeśli miałby trwać tylko kilka godzin. Kierunek jest zawsze ten sam – okolice Lubiatowa, mniej więcej godzina od Trójmiasta. Mamy tam swoją ukochaną plażę (na szczęście nadal otwartą), restaurację z domowym jedzeniem (kto zna „Ewę„ ten zna ;)), no i oczywiście Pałac Ciekocinko – stary majątek ziemski, który ktoś postanowił uratować od zapomnienia. Jeśli spędzaliście tam ostatnio czas, to być może natknęliście się na mnie w trakcie spaceru albo na koniu, bo tam znalazłam w końcu chęć, aby wrócić do pasji z dzieciństwa.

  Gdybym miała kiedyś porzucić miejskie życie, to właśnie tam bym się przeniosła – Portos na pewno byłby za. I pewnie niewiele musiałabym zmieniać w swojej garderobie, bo od dawna widać w niej raczej stęsknioną za sielską naturą dziewczynę, niż bywalczynię warszawskich salonów ;). Wiecie, że moje polecenia są zawsze szczerze i sprawdzone osobiście, więc jeśli jesteście w trakcie poszukiwań białych trampek na ten sezon i przejrzałyście już oferty wszystkich dużych multibrandów, to zachęcam, aby spojrzeć jeszcze na ten model od Ryłko. Po co szukać po zagranicznych markach skoro w polskim sklepie znajdziecie skórzane, solidne trampki o ładnej smukłej linii i to jeszcze w lepszej cenie. Ja jestem z nich zadowolona! 

 

Na polskie lato

 

Artykuł zawiera linki afiliacyjne i lokowanie marki własnej. 

 

  Gdańsk, Sopot, Dębki czy Jurata – lato nad polskim morzem jest jedyne w swoim rodzaju. Dostrzegam pewien charakterystyczny styl kobiet, które chcą u nas wypocząć i jednocześnie dopasować się do zdradliwej majowo-czerwcowej pogody. Sprawdźcie moje propozycje, które dobrze się spiszą w nadbałtyckich miejscowościach. 

sweter z mieszanki wełny merynosowej i bawełny – MLE (dostępny w przyszłym tygodniu) // spodnie – Staud // kostiumu – Weekday // klapki – Arket // okulary – Mango // książka "Oczy Mony" // 

 
kurtka z mieszanki wełny i poliestru – MLE // spódnica – Abercrombie & Fitch // body – Bershka // sandały – Ancient Greek Sandals // torba – Elleme // szczotka do włosów – Olivia Garden // 

 

dzianinowa sukienka – MLE // torebka Elleme //  czółenka – Mango // okulary – Celine // kolczyki – YES // zapach do włosów – Balmain // 

 

 

ZAPISKI O MODZIE I STYLU – CO WAKACYJNA WALIZKA MÓWI O TWOJEJ OSOBOWOŚCI, czyli kilka błędów, które kiedyś popełniałam

Wpis zawiera lokowanie marki własnej.

 

sukienka z czerwoną lamówką – MLE (premiera w maju)

skórzane klapki – Hermes

 

  „Zostanę malarzem południa” – stwierdził kiedyś w liście do brata Vincent van Gogh, kiedy z zachmurzonej i szarej północno-zachodniej Europy przeniósł się na przepełnione słońcem południe Francji. Niektórzy znawcy malarstwa twierdzą, że zmiana otoczenia, a tym samym światła, stała się główną przyczyną ewolucji jego stylu.

  Nie wiemy czy w związku z tym zaczął też ubierać się inaczej, ale jeśli podróż na południe ma tak potężny wpływ na twórczość najzdolniejszych ludzi naszej ery, to chyba można założyć, że rzutuje też na estetyczne wyczucie zwykłych śmiertelników. Zresztą sama po sobie widzę, że szerokość geograficzna i wakacyjna atmosfera wpływa na mój styl, na to, jak czuję się w konkretnych ubraniach, jakie kolory i kroje chcę nosić i co chcę nimi przekazać (chociaż akurat ten ostatni aspekt pewnie w dużym stopniu pozostaje w mojej nieświadomości). Co więcej, psychologowie twierdzą, że mechanizm ten działa także w drugą stronę. Ojciec psychologii – William James – pisał kiedyś w swoim „The Sartorial Self”, że to, co nosisz na sobie determinuje Twoje zachowanie. Tym samym tworzy jakieś nawyki, które w dłuższej perspektywie kształtują codzienne życie. Przejaskrawionym przykładem byłyby pewnie wysokie szpilki – jeśli nosimy je codziennie, to wymuszają one na nas konkretne zachowania czy chociażby środki transportu (bo na rowerze raczej nigdzie nie dojedziemy). James żył na przełomie XIX i XX wieku, ale sto dwadzieścia lat po jego śmierci te przemyślenia są nadal aktualne i – co najważniejsze – potwierdzone badaniami.

  Chcecie dowodów? Proszę bardzo – w raporcie opublikowanym w 2015 roku w czasopiśmie „Social Psychological and Personality Science” naukowcy z Columbia University i California State University przeprowadzili serię pięciu testów, aby sprawdzić, czy noszenie formalnych ubrań (takich jak garnitury) pomaga lub utrudnia abstrakcyjne myślenie. We wszystkich przypadkach okazało się, że noszenie formalnych ubrań sprawiało, że badani byli statystycznie rzecz ujmując bardziej twórczy niż grupa kontrolna. W innym badaniu sprawdzano także różnice w samopoczuciu. Strój biznesowy zmieniał sposób w jaki badani myśleli o swoich kompetencjach i cechach charakteru.

  Temat formalnych strojów i ich wpływie na człowieka został przez badaczy wnikliwie przeanalizowany, bo wyniki były później wykorzystywane przez korporacje, aby jak najlepiej zarządzać potencjałem pracowników. Tak to bywa, że nauka często musi wchodzić w relacje z biznesem, bo badania są kosztowne i muszą przekładać się w dłuższej perspektywie na zysk. Pewnie dlatego mało kto zajmuje się profesjonalnymi analizami na temat naszej letniej garderoby (w tym miejscu widzę pole do popisu dla marek odzieżowych – może MLE opracuje kiedyś idealną, terapeutyczną garderobę wakacyjną ;)?). W tym temacie pozostają mi więc dywagacje i wyciąganie wniosków z własnego doświadczenia. A na to drugie naprawdę nie mogę narzekać.

   Myślę, że popełniłam w swoim życiu większość błędów, które można popełnić w trakcie pakowania wakacyjnej walizki – od zapomnienia szczoteczki do zębów, przez pomylenie moich skarpetek i t-shirtów ze skarpetkami i t-shirtami męża, aż po typowe i nielogiczne decyzje, które sprawiały, że właściwie przez cały wyjazd nie bardzo miałam się w co ubrać, chociaż po powrocie połowa moich rzeczy była nietknięta. O zostawieniu walizki z wszystkimi butami i bielizną na środku przedpokoju nie wspominając…

  Z perspektywy dorosłej już kobiety, która do wyjazdowych przygotowań podchodzi dziś beznamiętnie, widzę, że większość moich błędów wynikała z wielorakich emocji, które towarzyszyły mi na przestrzeni różnych etapów życia (no i moja pamięć na miarę złotej rybki też nie była bez znaczenia). Nadzieje, lęki, słabości, pragnienia – to wszystko wpływa na to jak się ubieramy. Pakując walizkę niektóre z tych uczuć możemy na chwilę zostawić za sobą, a innym dać w końcu dojść do głosu. Ale jak we wszystkim – tu też trzeba znaleźć balans. Szukanie go trochę mi zajęło.

  Na początku – tak jak w mitologii greckiej – był po prostu chaos. Nie potrafię nawet przypomnieć sobie czy w ogóle miałam jakieś „patenty” na wakacyjną garderobę. Pamiętam za to rozczarowanie, gdy byłam zmuszona wkładać to, co sama sobie wybrałam i wcale nie czułam się w tym dobrze. Z zazdrością patrzyłam na koleżanki, które spakowały chociaż jeden biały t-shirt, dżinsy i skórzane płaskie sandały. Albo czarną długa zwiewną sukienkę, którą mogły włożyć i na plażę (z klapkami i wiklinowym koszem) i na wieczór z innymi dodatkami.  Brałam za dużo eleganckich butów, a za mało takich, które nadawały się na długie spacery w upale i po brukowanych uliczkach. I prawie zawsze w którymś momencie było mi zimno, bo brałam za mało ciepłych rzeczy, albo kompletnie nie pasowały one do tych pozostałych. Miałam w głowie jakieś wyobrażenie wakacyjnej mody, ale zupełnie nie podejmowałam wysiłku, aby ta wizja przystawała do rzeczywistości.

  Na wakacje brałam to w czym myślałam, że wyglądam dobrze i niewiele analizowałam. Wraz z wiekiem – nie tylko w przypadku ubrań – zrozumiałam że ilość nie przechodzi w jakość, a doskonały styl w zdecydowanej większości przypadków jest efektem wykonanej pracy, a nie daru od Boga. Przestałam się też oszukiwać, że we wszystkim wyglądam dobrze. Nastała u mnie wtedy era pragmatyzmu. Na wakacje pakowałam się z taką samą sumiennością jak na służbowe wyjazdy. Przymierzałam wszystko po kolei, dzięki czemu wiedziałam, że muszę spakować taki, a nie inny stanik, aby nie wystawał spod ramiączek sukienki, analizowałam wszystkie sytuacje, w których mogę się znaleźć na wyjeździe, sprawdzałam czy jakiegoś elementu stroju nie można zostawić w domu, bo jego funkcja dubluje się z innym, już spakowanym. Zawsze zabierałam dodatkowy biały t-shirt. Nigdy nie robiłam „spontanicznych” zakupów na dzień przed wyjazdem. Robiłam dokładną listę i sprawdzałam ją dwukrotnie przed zamknięciem walizki. I chyba na jakimś etapie stałam się niewolnicą tego funkcjonalizmu. Był to też taki czas w życiu, w którym chciałam (a może nawet nie potrafiłam inaczej?) mieć wszystko pod kontrolą.

  I chociaż dziś trochę współczuję tamtej Kasi, to wiem, że praca, którą wtedy nad sobą wykonałam (i nie mówię tu tylko o umiejętnościach organizacyjnych) przydała mi się w nowej roli. Gdy zostałam mamą, na pakowanie moich ubrań miały wpływ właściwie tylko dwie rzeczy: pogoda i charakterystyka miejsca (wieś, atrakcje na łonie natury, miasteczka itd.). Nie bardzo miałam wtedy ochotę na eksponowanie ciała, bo po pierwsze, po ciąży nie wyglądało tak jak chciałam, a po drugie, byłam tak skupiona na pieluchach, turystycznych przewijakach i milionie innych bobasowych rzeczy, które trzeba było spakować, że najchętniej wzięłabym dla siebie to, co akurat wyciągnęłam z pralki. Kapsułowa garderoba, którą stworzyłam sobie wcześniej, świetnie zdała egzamin. Do perfekcji nauczyłam się oszczędzać miejsce (słoiki z potrawką z cielęciny i komplet pieluch na cały tydzień właściwie uniemożliwiają modowe szaleństwa na wakacjach) i przede wszystkim nie traktować własnego stylu zbyt ambicjonalnie.

  I właściwie wszystko było już OK, bo zawsze miałam ze sobą poprawny strój. Tylko jak czerpać przyjemność ze swojego stylu, gdy wszystko co związane z modą i ubraniami schodzi na drugi (a może raczej dwudziesty czwarty) plan? Może przydałoby się trochę szaleństwa i luzu? W końcu urlopy są o tym, by odreagować. By każdy aspekt naszej wakacyjnej codzienności przyniósł nam inną radość życia. Niech pierwsza rzuci kamieniem ta z nas, której nigdy nie kusiło, aby na wakacjach pokazać swoje alter-ego. Wpakować do bagażu wszystkie te sukienki, których z różnych powodów nie chcemy nosić w naszych rodzinnych stronach, postawić na mocny kolor albo śmigać przez cały dzień w kreacji z odkrytymi plecami. Pokazać się w innej odsłonie, nawet jeśli naszą widownią będą tylko krowy na pastwisko albo jaszczurka przy basenie.

   Rutyna dnia codziennego dla większości z nas oznacza wpisywanie w wiele różnych ról, a my musimy znaleźć jeden strój, który będzie pasował do nich wszystkich – od rana do wieczora. Na wakacjach jest o niebo prościej. Mamy wtedy przypisaną tylko jedną rolę – kobiety, która ma przede wszystkim miło spędzić czas. Wakacje dają nam przyzwolenie zarówno na wariactwo jak i spokój, wygodę i ekstrawagancję. No i utratę kontroli – nie tylko nad włosami, których nie możemy ułożyć tak jak zwykle, bo w apartamencie jednak nie ma suszarki. Piszę to ze świadomością, że sama mam z tym problem. A więc odnotowuję tutaj przy Was, że wychodzenie ze schematów to cel na najbliższą podróż.  

  A na koniec zapraszam Was na kilka kadrów z miejsca, gdzie nie potrzeba nic więcej poza kilkoma wakacyjnymi sukienkami i jednym swetrem. Zwłaszcza, gdy współtowarzyszkami są inne świetnie ubrane kobiety. 

sukienka z żakardowej tkaniny – MLE (premiera w maju)

dwukolorowa torebka – Polene

okulary – Celine

satynowy komplet Asi – MLE (premiera w maju)

wszystkie ubrania – MLE 

brązowa pleciona torebka – Dragon diffusion

czarna torebka – Bottega Veneta

czarne klapki – Hermes 

moje sandały – Ancient Greek Sandals

sweter z bawełny i wełny merynosowej – MLE (premiera w maju)