3 aktualne wystawy w Paryżu, które polecam

 

  Nikt nie ustalał ze mną terminu tego wyjazdu, bo organizowała go przyjaciółka z okazji swoich czterdziestych urodzin, a ja wystąpiłam w roli wdzięcznej pasażerki na gapę. Ale z Paryżem właśnie tak jest: wpadasz obojętnie kiedy, na chwilę, nie oczekujesz niczego, ale na miejscu okazuje się, że każdego dnia możesz pójść na wystawę, której nawet nie śniło Ci się zobaczyć.  

  Miasto, które teoretycznie znam już naprawdę dobrze, nagle wyciąga z kapelusza Matisse’a, Renoira i Caldera, jakby mówiło: „nie myśl, że w końcu będziesz mogła poszwendać się bez celu po Montmartre”. I tak oto krótka urodzinowa wyprawa zmieniła się w trzy bardzo różne lekcje o starzeniu się, radości, dziwactwach, ograniczeniach i o tym, że sztuka najmocniej przemawia wtedy, gdy powstaje wbrew wszystkiemu. 

  Widziałam w telewizji, że na trybunach turnieju Rolanda Garrosa nie brakuje polskich flag. Wiem też, że loty nad Sekwanę cieszą się wielką popularnością – pomyślałam więc, że zostawię tu tę mini relację z wystaw – a nuż przyda się którejś z Was i będziemy mieć kiedyś okazję porozmawiać o wrażeniach? 

 

1. „Matisse. 1941 – 1954” w Grand Palais. Trwa do 26 lipca.

  Zaczynamy od Matisse’a w Grand Palais. To tutaj można zobaczyć ostatni rozdział życia jednego z największych artystów XX wieku — moment, w którym wszystko, co znał, musiał wymyślić od nowa. Nic mnie tak nie podnosi na duchu, jak historie wielkich artystów, którzy własne ograniczenia potrafili przekuć w sztukę, której nikt wcześniej nie wymyślił.

  Matisse swoje najsłynniejsze prace, czyli „wycinanki”, stworzył po ciężkiej chorobie nowotworowej, kiedy nie był już w stanie malować tak jak dawniej. Nie mógł stać przy sztaludze, nie mógł pracować w dotychczasowym rytmie, więc zaczął wycinać kształty z papieru pomalowanego gwaszem i układać je w kompozycje, które dziś rozpoznaje cały świat. Coś, co mogło zakończyć jego karierę, stało się początkiem najbardziej rozpoznawalnego etapu jego twórczości. Czy w świecie, w którym wszyscy mamy być w formie, na bieżąco, produktywni, wiecznie młodzi, a starość i słabość próbuje się ukryć za wszelką cenę, taka historia nie jest budująca? Matisse nie udawał, że słabość nie istnieje. On zrobił z niej metodę pracy.

  A ja mam teraz w telefonie niezbity dowód, że te legendarne wycinanki naprawdę były po prostu kawałkami papieru przyklejonymi klejem. Żadnej magii w sensie technicznym. Sama magia w sensie ludzkim.

  Tuż obok wystawy, również w Grand Palais, znajduje się jedna z najpiękniejszych paryskich restauracji, do której trafiłam kiedyś dzięki Zespołowi Chanel. "Le Grand Cafe".

 

 

2. „Renoir i miłość. Szczęśliwa nowoczesność (1865–1885)” w Musée d’Orsay. Trwa do 19 lipca.

 

  Czymże byłyby paryskie muzea bez impresjonistów? Wystawa numer dwa to Renoir — czyli artysta, który podobno był jednym z najsympatyczniejszych w całej tej genialnej, ale nie zawsze łatwej w obyciu grupie. Dużo bardziej pogodny niż zamknięty w sobie Monet i zdecydowanie mniej konfliktowy niż Degas (który, umówmy się, raczej nie wygrałby plebiscytu na najprzyjemniejszego kolegę z pracy).

  I naprawdę widać to w jego obrazach. W „Śniadaniu wioślarzy” czy „Balu w Moulin de la Galette” nikt nie siedzi sztywno, nikt nie pozuje jak do oficjalnego portretu. Przeciwnie. Ktoś rozmawia, ktoś patrzy w bok, ktoś jest zamyślony, ktoś flirtuje, ktoś najwyraźniej przyszedł tylko po to, żeby dobrze wyglądać przy stoliku. 

  Renoir specjalnie tworzył lekki chaos rozmów i spojrzeń, żeby scena wyglądała jak spontaniczne zdjęcie z imprezy (mimo, że pozowanie trwało miesiącami). Ta spontaniczność była oczywiście wielką iluzją. To, co wygląda jak uchwycony w sekundę moment z letniego popołudnia, było w rzeczywistości precyzyjnie budowaną sceną. Trochę jak dzisiejsze zdjęcia, które mają wyglądać na przypadkowe, choć wszyscy wiemy, że ktoś poprawiał włosy, przesuwał szklankę i robił piętnaście ujęć „tak jakby od niechcenia”.

 

  Na obrazie jest też Aline Charigot — kobieta bawiąca się z pieskiem, przyszła żona Renoira. Kiedy ją malował, nie była jeszcze „muzą wielkiego artysty”, tylko młodą krawcową z klasy pracującej. Scena ma w sobie tyle życia: gwar rozmów, ciepło popołudnia… i nikt jeszcze nie wie, że zwykłe spotkanie przy stole stanie się jednym z najsłynniejszych obrazów świata.

 

 

3. „Calder. Marzenia o równowadze” w Fundacji Louis Vuitton. Trwa do 16 sierpnia.

 

  Ostatnia moja wystawa w Paryżu: Alexander Calder. I szczerze? Trudno wyobrazić sobie lepszy finał. Bo Calder to artysta, którego dzieła bardzo łatwo zrozumieć, a jeszcze łatwiej pokochać. Nie trzeba mieć doktoratu z historii sztuki, znać wszystkich manifestów awangardy ani udawać, że „oczywiście widzi się napięcie między formą a przestrzenią”.

  Wystarczy stanąć przed jego pracami i zobaczyć, że one naprawdę żyją. Kto czytał o słynnych „mobile” Caldera, ten wie, że nawet najmniejszy ruch powietrza potrafił wprawić je w delikatny taniec. Eksponatów, co dość oczywiste, nie można było dotykać. Trzeba było też zachować odpowiednią odległość. Ale dmuchać nikt nie zabronił. Sprawdziłam. Faktycznie wystarczy.

  Calder tworzył prace, które wyglądają jak rysunki zawieszone w powietrzu. Jakby ktoś wziął kreskę, oderwał ją od papieru i przeciągnął przez przestrzeń trójwymiarowym pędzlem. Zerknijcie na zdjęcia poniżej i powiedzcie, czy właśnie tak to nie wygląda? I nagle zaczyna się ta najprzyjemniejsza muzealna dezorientacja: co tu jest rzeźbą, co cieniem, a co rysunkiem? Gdzie kończy się obiekt, a zaczyna jego odbicie na ścianie?

 

Która wystawa wydaje Wam się najciekawsza?

Wróćcie do tego artykułu, jeśli uda Wam się zaplanować podróż do Paryża!

 

 

Zapiski o modzie i stylu. Eleganckie „capri” czy swojskie „rybaczki”?

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 
 
kolczyki – YES 
marynarka w paski – MLE 
krótkie legginsy – MLE 
topk – Skims
aponki – Ancient Greek Sandals
torebka – Bottega Veneta
 

  Spodnie "capri", a może po prostu swojskie rybaczki? Czy nazwa ubrania może mieć znaczenie w jego odbiorze?

   „Capri” brzmi jak włoskie lato, espresso wypite o 11:30 i lniana koszula przewiązana nonszalancko na biodrach. „Rybaczki” brzmią bardziej jak komunikat: „weź robaki na przynętę i suche skarpety na zmianę do traperów”. Branża modowa od lat doskonale wie, że trendy często wracają, ale muszą po drodze przejść mały rebranding.

   Nazwa oczywiście pochodzi od włoskiej wyspy Capri — miejsca kojarzonego z luksusowym wypoczynkiem, stylem "old money" i estetyką „wealth whispers”. I trzeba przyznać: marketingowo trudno konkurować z takim klimatem. Bo choć konstrukcyjnie to nadal spodnie 7/8, to „capri” od razu sprzedają wizję życia, w którym jedynym problemem jest wybór między bankietem nad basenem a kolacją na jachcie.

  Psychologia od lat potwierdza, że słowa realnie wpływają na nasze postrzeganie produktów. Badania Daniela Kahnemana i Amosa Tversky’ego pokazały, że ludzie inaczej oceniają dokładnie tę samą rzecz w zależności od tego, jak została nazwana lub przedstawiona.

  Moda wykorzystuje ten mechanizm perfekcyjnie i jest mistrzynią sprzedawania nam nostalgii w nowym opakowaniu. W branży od dawna wiadomo, że język potrafi nadać produktowi zupełnie nowe cechy — nawet jeśli fizycznie nic się nie zmieniło. Nie bez powodu second-hand stał się „vintage concept store”, a ortalionowa kurtka zmieniła się w „technical outerwear”.

  W każdym razie – mi się podoba. Ale tylko i wyłącznie w minimalistycznych kombinacjach. No i z moją ulubioną biżuterią, czyli złotymi klasycznymi kolczykami. Jeśli jesteście już w YES Club to przy zakupach za minimum 349 zł otrzymacie -20% (jeśli nie jesteście, to koniecznie dołączcie!). Promocja jest ważna do 26 maja, czyli do Dnia Mamy.

 

Dzień Mamy w MLE

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Zanim zbudowałam własny styl, najpierw podkradałam Jej. Pamiętam bardzo dokładnie tę jedną rzecz, którą pożyczałam regularnie — po jakimś czasie już nawet bez pytania. Trencz, z którego moja mama była bardzo dumna. Z ciasno tkanej bawełny, wiązany w pasie, z dwoma rzędami szylkretowych guzików. Kupiony w jednej z sieciówek — ale dwadzieścia lat temu jakość w sieciówkach znaczyła coś zupełnie innego niż dziś.  

  Pamiętam, jak opowiadała mi o „Śniadaniu u Tiffany’ego” i słynnej scenie, w której Holly Golightly, ubrana właśnie w beżowy prochowiec, szuka kota w czasie ulewy. O tym, jak wiele ikon stylu nosiło taki płaszcz. I jak bardzo cieszy się, że w końcu znalazła swój. Pamiętam też moment, w którym natychmiast wyłapała, jak bardzo mi się podobał. I bez chwili zawahania powiedziała: „Możesz jutro pożyczyć go do szkoły, jeśli tylko masz ochotę”.  

  Ten trencz — a właściwie zamiłowanie mamy do kultowych klasyków — ukształtowało mój styl na wiele lat.  

 

top Latina czarny  // spodnie Latina ecru //  piżama Forcey // kurtka Carniac // marynarka Larino // legginsy Caiolo // sweter Forio // sukienka Vence // trencz Leiden beżowy // top Latina ecru // spódnica Brema // 

 

  W MLE wyznajemy zasadę, że moda może łączyć pokolenia, pod warunkiem, że ubrania są piękne, dobrze odszyte i nowoczesne — mimo upływu lat. Dlatego z okazji Dnia Mamy mam dla Was -26% na wszystko, co warto pożyczać sobie nawzajem: od ulubionej pary dżinsów, po idealną letnią sukienkę. Wpiszcie kod MAMA a otrzymacie rabat -26% na wszystko w MLE.

 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi, Nanuki oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Co to za śmieszny wynalazek, ta wiosna. Jak wiele mówi nam o nas samych. Czuję tę niewypowiedzianą presję od natury, która niby niczego nie wymaga, a jednak mówi wszystko: „Rozkwitaj. Ja już zaczęłam i nie zamierzam się zatrzymać. Czas leci.” Jest w tym coś pięknego i bezwzględnego jednocześnie. Świat przyspiesza, robi się jaśniej, cieplej, lżej – a ja nagle widzę wyraźniej, ile rzeczy na mnie czeka. Ile planów jeszcze nie ma początku. Ile myśli krąży gdzieś pomiędzy „zaraz” a „kiedyś”. Chciałabym się na chwilę zatrzymać. Wyjść bez listy rzeczy do zrobienia. Po prostu popatrzeć, jak wszystko budzi się do życia – bez potrzeby nadążania. Docenić ten mój Sopot w kwietniu. 

  Jak zawsze, trochę pomogły mi w tym zdjęcia. Dzielę się nimi z Wami, mając nadzieję, że połączą nas te same emocje, tęsknoty i radości.  

Wielkanoc? Kiedy to było?! Patrzę na te zdjęcia i przypominam sobie, ile to spokoju – my, mamy – jesteśmy w stanie wyczarować, gdy chodzi o piękne święta dla naszych dzieci. Dom. Widzę tyle błędów i niedoskonałości. A jednak staram się sobie cały czas powtarzać, że za trzydzieści lat nikt nie powie: "A pamiętasz tę Wielkanoc w 2026 roku? Utkwiła mi w pamięci, bo mieszkanie było dobrze wysprzątane". 

Jejku, jak ja doceniam, że w Wielkanoc mogłam przez chwilę o tak, jak na tym zdjęciu. Prywatność, spokój, niespełnianie oczekiwań całego świata, to ogromne przywileje. Czasami zazdrościmy komuś czegoś, czego tak naprawdę nigdy byśmy nie chcieli. 

Dzień na wsi, wyrwany prawie siłą z miejskiego chaosu. Pogodę mieliśmy dla koneserów, ale tym ciaśniej siedzieliśmy dzięki temu na kanapie :). Poza tym, rozgrzewały nas gorące placki z jabłkami od ukochanej cioci Ani. To był jeden z tych nielicznych momentów, kiedy modlisz się o to, aby dzieci nie były głodne i zjadły jak najmniej.

Skaczę ostatnio z książki na książkę, aby liznąć każdej po trochu przed moją wielką wyprawą. A to drewniane jajko – nie wiem, skąd się tutaj wzięło.

Po ponad sześciu godzinach dotarłam na drugi koniec Polski. Czy takie mieszczuszki jak my, będą potrafiły się tu odnaleźć? Odpowiedź brzmi: niestety, nie będą miały żadnego wyboru, bo nie dla przyjemności tu przyjechałyśmy. 
To znaczy, gwoli ścisłości: ja przyjechałam tutaj, żeby z bezpiecznej odległości, z kawką w dłoni pracować na laptopie, sprawdzać, jak radzi sobie zespół MLE i doglądać, czy cały plan został wykonany, ewentualnie sprawdzić czy faktury wystawiono poprawnie, i żeby udawać bardzo ważną i zajętą osobę w białych spodniach na wsi. Plan był dobry. Naprawdę dobry. 

Ale wtedy wydarzyło się to… i cały plan legł w gruzach, a ja zapomniałam o białych spodniach.

Siedząc trzy godziny w oborze, dowiedziałam się jak skomplikowane bywa życie owiec. Miałyśmy tu najsłodszy i najbardziej puszysty oddział położniczy na świecie. I wiecie, co jest najlepsze? Że w którymś momencie usłyszałam: "Jedną owieczkę trzeba dokarmiać z butelki". Do wszystkich mam, które pamiętają swoje mniej lub bardziej mleczne przygody – to, co jest w teorii całkowicie naturalne, w prawdziwym życiu nie jest proste nawet dla owiec. Owcze mamy też potrzebują pomocy przy dostawianiu dzieci, a nierzadko zdarza się, że trzeba je dokarmiać z butelki. 
W Dworze Sanna do zagrody z noworodkami kilka razy dziennie przychodzi pan, który pomaga owczym mamom nakarmić młode.  

A teraz wracając do rzeczy, bo to jednak nie jest program "Damy i wieśniaczki" (chociaż… materiał by się znalazł). Sprawdźcie jak nasze wełniane swetry zrecenzowały owce.

Ostatnie przypomnienie o naszej akcji – kupując w MLE jakikolwiek sweter, dodajemy do niego teraz specjalny grzebień do czesania wełny. Akcja potrwa już tylko kilka dni. Mamy tu nawet Portosa w wersji owczarkowatej. Pamiątki z podróży do Roztocza.Żal niszczyć. 
Podobno żeby zasnąć, trzeba liczyć owce. Ja wiem, że zamiast je liczyć, będę za nimi trochę tęsknić. 
Bardzo, ale to bardzo chciałam mieć dzisiaj zły humor, ale widzę to i jakoś mi teraz trudniej w tym postanowieniu.  Do restauracji "Brut" mamy z Sopotu dosyć daleko, bo znajduje się ona w dzielnicy "Dolne Miasto" w Gdańsku. Zajrzyjcie, jeśli będziecie niedaleko. Można z dziećmi, ale najlepszy klimat poczujecie tam wieczorem. A skoro już nas wywiało do Gdańska w sobotę, to odwiedzamy jeszcze ulubiony Garnizon. 1. Jeśli macie przyjaciółkę, którą uwielbiacie, ale też trochę nienawidzicie, bo zawsze we wszystkim wygląda najlepiej, to naprawdę wiem, co czujecie. Asia od stóp do głów ubrana jest w MLE – od spodni, przez marynarkę, aż po torebkę. // 2. Czaję się na te wazy w Moodstore już tak długo!Co to się porobiło z tymi zakupami w "prawdziwych sklepach"?! Po pandemii mówiło się, że już zawsze będziemy zamawiać ubrania tylko w internecie, a kurier to nowy najlepszy przyjaciel człowieka. A teraz widzimy wyraźnie, że Wam to nie wystarcza i chcecie alternatywy. Kilka słów na ten temat i mapę Polski z miejscami, w których można kupić MLE stacjonarnie, znajdziecie tutaj (lada moment dojdą kolejne miejsca!). Teraz jest jeszcze miło, ale Asia lada moment powie, co tam słychać w księgowości i procedurach KSeF, i to skutecznie popsuje mi humor na resztę dnia ;). Nike, która w ostatnich miesiącach – mimo woli – usłyszała więcej zwierzeń, niż by chciała. ​1. Górny Sopot obsypany pachnącą bielą. // 2. Pijecie olej z czarnuszki? U mnie to już prawie rok! // 3. Bezsenność to podobno zaraza naszych czasów. Wiele czasu zajęło mi wyrobienie zdrowych nawyków, ale na szczęście było warto (wyjście na świeże powietrze przed godziną dziewiątą, opaska na oczy, brak telefonu w łóżku). // 4. Dodruk potrzebny do naszej swetrowej akcji. Jakoś nie spodziewałyśmy się, że wiosną spotka się z tak dobrym odbiorem :). // Paczka prawie gotowa do wysyłki!  Odpowiadam zbiorowo: mam rozmiar "s". Sweter zdążył się wyprzedać, ale niebawem wróci.Kwietniowe nudy: biuro w domu, wizyty przedszkolnych koleżanek i jaskry.

Pięć rzeczy, które chciałabym robić codziennie:

1. Ćwiczyć hula-hop (to trwa ledwie dwanaście minut dziennie, a i tak mi nie wychodzi).

2. Chociaż raz dziennie zastąpić samochód własnymi nogami. Albo rowerem! 

3. Pić olej z czarnuszki. 

4. Po godzinie 18:00 wyciszyć telefon. Albo jeszcze lepiej – odcinać go od internetu. 

5. Pić dwa litry płynów dziennie.

Spokojny dzień w Trójmieście, ale u nas od rana panowało napięcie. Przeżywaliśmy wybory u naszych sąsiadów i, co tu ukrywać, cieszyliśmy się, że Węgry wybrały nową drogę. Zapraszam do mojego klubu filmowego i służę poleceniami, jeśli tak jak ja, szukacie czasem wymówek, żeby z nikim się nie widzieć. 
Świeża pościel, piżama, naładowany laptop, czytaj: kwintesencja idealnej imprezy przed czterdziestką. Na Netflix trafiło niedawno 36 klasyków polskiego kina. Część z nich pewnie znacie, a część możecie kojarzyć z tego, że czasem tata męczył Was przed niedzielnym obiadem, aby obejrzeć jego ulubiony film, bo właśnie leci na "Jedynce". Dziś już dorośli, z różnymi doświadczeniami i w nowej (ale też skomplikowanej) rzeczywistości politycznej, warto się przeprosić z niektórymi tytułami. Jednym z nich jest na pewno "Człowiek z żelaza". 
Ten film powstał dosłownie rok po strajkach w sierpniu 1980 roku. To nie jest historia pisana z dystansu, tylko opowieść tworzona na gorąco, kiedy emocje, napięcia i nadzieje były bardzo świeże. Andrzej Wajda zrobił coś wyjątkowego – połączył fabułę z prawdziwymi wydarzeniami i postaciami (gościnnie pojawia się tam Lech Wałęsa), a część scen powstała w autentycznych przestrzeniach stoczni. Dzięki temu czuć w filmie atmosferę życia w tamtym czasie: niepewność, strach, ale też ogromną siłę i solidarność. Więcej filmowych ciekawostek znajdziecie w tym poście na moim Instagramie. Kosmetyki, do których powracam.Ten zestaw zawsze powraca do mnie na wiosnę. Serum Sunrise od Say Hi  działa rozjaśniająco, antyoksydacyjnie i zawiera stabilną witaminę C. Nawilża, wygładza i napina skórę. Ponadto, redukuje niedoskonałości i ślady potrądzikowe. Idealne zarówno na dzień, jak i na noc. Intensywnie nawilża, wygładza, napina i wypełnia zmarszczki. Redukuje niedoskonałości i ślady potrądzikowe. Idealne na dzień i na noc do każdego rodzaju skóry i wieku. Krem Bright Vibes natomiast sprawia, że moja skóra jest rozświetlona, zmniejsza przebarwienia i zmiany pigmentacyjne, a cera wygląda lepiej. Kosmetyczny duet idealny. 

Z kodem MLE20 możecie uzupełnić swoje kosmetyczne zapasy otrzymując 20% rabatu na zakupy w Say Hi. 

Gdy nadchodzi ten jeden dzień w tygodniu, gdy możesz wstać po dziewiątej, więc oczywicie budzisz się sama z siebie przed siódmą. Ale dobrze wykorzystam ten czas i po ulubionej pielęgnacji zrobię takie śniadanie, że piżamy im pospadają!  Co chciałam przygotować…. (japońskie puszyste placuszki).A co przygotowałam. Dzieeeeci! Śniadanie!Na szczęście w lodówce coś się znalazło.
To pozwoli nam przetrwać do obiadu u Babci. 
Gruby sweter i letnia spódnica – co myślicie o takim połączeniu?

Z majówki prosto do MLE Mordoru. 

Fotografujemy nowości na najbliższych kilka tygodni.
Jadąc tu, zgarnęłam z paczkomatu najwspanialszy przebłysk lata – kolekcję makijażową Les Beiges od CHANEL. 

Odłóżcie jedną dla mnie, bo do klapek też będzie dobrze wyglądać (nie pamiętam już, kiedy miałam na sobie obcasy)!

Chciałam Wam się pochwalić, że mamy w MLE niebieskie dżinsy, ale zanim się zebrałam, zostały już ostatnie sztuki. Ale dla tych zapisanych do powiadomień na pewno niedługo coś się znajdzie. 
W poszukiwaniu utraconego „summer healthy glow” z Les Beiges od CHANEL Beauty. Jakim cudem CHANEL przewidziało, że ja w ten poniedziałek wybiegnę z domu bez makijażu i okażę się idealną testerką? :)

Poniedziałek po majówce kończy się za trzy, dwa… 

Las i zawilce, po których nie wolno deptać. Moja wymarzona kwietniowa godzina – ileż to rzeczy się musiało wydarzyć, abym w końcu stwierdziła, że niektórych z nich nie wolno przekładać na później.Ornitolożka.To tylko majówkowe widoki i gra o ptaszkach, które można znaleźć w polskich lasach. Te ze zdjęcia udało nam się zobaczyć (a raczej tak nam się wydawało ;)). Ta gra to tak zwane "karty spacerowe" od NANUKI. To drobiazg, który może zmienić zwykły spacer w przyrodniczą przygodę. 

Na froncie każdej karty znajduje się realistyczna ilustracja ptaka oraz jego nazwa. Na odwrocie z kolei znajdziecie ciekawostki o gatunku, rysunek jaja w rzeczywistych rozmiarach, informację, czy ptak odlatuje na zimę, czy zostaje w Polsce. Bardzo serdecznie polecam :). 

Jak miło usłyszeć pod koniec spaceru, że jednak było fajnie, a przecież wychodząc z domu, słyszałam, że to najgorszy dzień ever. 
Kwietniowy banał musi być, bo czym byłby "Last Month" bez odrobiny kitnących drzew?Co ja tam widzę na horyzoncie? Czyżby wołał mnie zew podróży? Zdecydowanie nie! Im bliżej jakichkolwiek wyjazdów, tym mocniej zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nigdzie nie chcę się ruszać. Dysonans poznawczy wyraźny, jak w podręczniku dla pierwszego roku Psychologii :). Ale skoro już mowa o podróżach, to…… wyruszam w pogoń za ostatnimi kwitnącymi wiśniami. Ja mata!

*  *  *