Nikt nie ustalał ze mną terminu tego wyjazdu, bo organizowała go przyjaciółka z okazji swoich czterdziestych urodzin, a ja wystąpiłam w roli wdzięcznej pasażerki na gapę. Ale z Paryżem właśnie tak jest: wpadasz obojętnie kiedy, na chwilę, nie oczekujesz niczego, ale na miejscu okazuje się, że każdego dnia możesz pójść na wystawę, której nawet nie śniło Ci się zobaczyć.  

  Miasto, które teoretycznie znam już naprawdę dobrze, nagle wyciąga z kapelusza Matisse’a, Renoira i Caldera, jakby mówiło: „nie myśl, że w końcu będziesz mogła poszwendać się bez celu po Montmartre”. I tak oto krótka urodzinowa wyprawa zmieniła się w trzy bardzo różne lekcje o starzeniu się, radości, dziwactwach, ograniczeniach i o tym, że sztuka najmocniej przemawia wtedy, gdy powstaje wbrew wszystkiemu. 

  Widziałam w telewizji, że na trybunach turnieju Rolanda Garrosa nie brakuje polskich flag. Wiem też, że loty nad Sekwanę cieszą się wielką popularnością – pomyślałam więc, że zostawię tu tę mini relację z wystaw – a nuż przyda się którejś z Was i będziemy mieć kiedyś okazję porozmawiać o wrażeniach? 

 

1. „Matisse. 1941 – 1954” w Grand Palais. Trwa do 26 lipca.

  Zaczynamy od Matisse’a w Grand Palais. To tutaj można zobaczyć ostatni rozdział życia jednego z największych artystów XX wieku — moment, w którym wszystko, co znał, musiał wymyślić od nowa. Nic mnie tak nie podnosi na duchu, jak historie wielkich artystów, którzy własne ograniczenia potrafili przekuć w sztukę, której nikt wcześniej nie wymyślił.

  Matisse swoje najsłynniejsze prace, czyli „wycinanki”, stworzył po ciężkiej chorobie nowotworowej, kiedy nie był już w stanie malować tak jak dawniej. Nie mógł stać przy sztaludze, nie mógł pracować w dotychczasowym rytmie, więc zaczął wycinać kształty z papieru pomalowanego gwaszem i układać je w kompozycje, które dziś rozpoznaje cały świat. Coś, co mogło zakończyć jego karierę, stało się początkiem najbardziej rozpoznawalnego etapu jego twórczości. Czy w świecie, w którym wszyscy mamy być w formie, na bieżąco, produktywni, wiecznie młodzi, a starość i słabość próbuje się ukryć za wszelką cenę, taka historia nie jest budująca? Matisse nie udawał, że słabość nie istnieje. On zrobił z niej metodę pracy.

  A ja mam teraz w telefonie niezbity dowód, że te legendarne wycinanki naprawdę były po prostu kawałkami papieru przyklejonymi klejem. Żadnej magii w sensie technicznym. Sama magia w sensie ludzkim.

Tuż obok wystawy, również w Grand Palais, znajduje się jedna z najpiękniejszych paryskich restauracji, do której trafiłam kiedyś dzięki Zespołowi Chanel. "Le Grand Cafe".

 

2. „Renoir i miłość. Szczęśliwa nowoczesność (1865–1885)” w Musée d’Orsay. Trwa do 19 lipca.

 

  Czymże byłyby paryskie muzea bez impresjonistów? Wystawa numer dwa to Renoir — czyli artysta, który podobno był jednym z najsympatyczniejszych w całej tej genialnej, ale nie zawsze łatwej w obyciu grupie. Dużo bardziej pogodny niż zamknięty w sobie Monet i zdecydowanie mniej konfliktowy niż Degas (który, umówmy się, raczej nie wygrałby plebiscytu na najprzyjemniejszego kolegę z pracy).

  I naprawdę widać to w jego obrazach. W „Śniadaniu wioślarzy” czy „Balu w Moulin de la Galette” nikt nie siedzi sztywno, nikt nie pozuje jak do oficjalnego portretu. Przeciwnie. Ktoś rozmawia, ktoś patrzy w bok, ktoś jest zamyślony, ktoś flirtuje, ktoś najwyraźniej przyszedł tylko po to, żeby dobrze wyglądać przy stoliku. 

  Renoir specjalnie tworzył lekki chaos rozmów i spojrzeń, żeby scena wyglądała jak spontaniczne zdjęcie z imprezy (mimo, że pozowanie trwało miesiącami). Ta spontaniczność była oczywiście wielką iluzją. To, co wygląda jak uchwycony w sekundę moment z letniego popołudnia, było w rzeczywistości precyzyjnie budowaną sceną. Trochę jak dzisiejsze zdjęcia, które mają wyglądać na przypadkowe, choć wszyscy wiemy, że ktoś poprawiał włosy, przesuwał szklankę i robił piętnaście ujęć „tak jakby od niechcenia”.

 

  Na obrazie jest też Aline Charigot — kobieta bawiąca się z pieskiem, przyszła żona Renoira. Kiedy ją malował, nie była jeszcze „muzą wielkiego artysty”, tylko młodą krawcową z klasy pracującej. Scena ma w sobie tyle życia: gwar rozmów, ciepło popołudnia… i nikt jeszcze nie wie, że zwykłe spotkanie przy stole stanie się jednym z najsłynniejszych obrazów świata.

 

 

3. „Calder. Marzenia o równowadze” w Fundacji Louis Vuitton. Trwa do 16 sierpnia.

 

  Ostatnia moja wystawa w Paryżu: Alexander Calder. I szczerze? Trudno wyobrazić sobie lepszy finał. Bo Calder to artysta, którego dzieła bardzo łatwo zrozumieć, a jeszcze łatwiej pokochać. Nie trzeba mieć doktoratu z historii sztuki, znać wszystkich manifestów awangardy ani udawać, że „oczywiście widzi się napięcie między formą a przestrzenią”.

  Wystarczy stanąć przed jego pracami i zobaczyć, że one naprawdę żyją. Kto czytał o słynnych „mobile” Caldera, ten wie, że nawet najmniejszy ruch powietrza potrafił wprawić je w delikatny taniec. Eksponatów, co dość oczywiste, nie można było dotykać. Trzeba było też zachować odpowiednią odległość. Ale dmuchać nikt nie zabronił. Sprawdziłam. Faktycznie wystarczy.

  Calder tworzył prace, które wyglądają jak rysunki zawieszone w powietrzu. Jakby ktoś wziął kreskę, oderwał ją od papieru i przeciągnął przez przestrzeń trójwymiarowym pędzlem. Zerknijcie na zdjęcia poniżej i powiedzcie, czy właśnie tak to nie wygląda? I nagle zaczyna się ta najprzyjemniejsza muzealna dezorientacja: co tu jest rzeźbą, co cieniem, a co rysunkiem? Gdzie kończy się obiekt, a zaczyna jego odbicie na ścianie?

 

Która wystawa wydaje Wam się najciekawsza?

Wróćie do tego artykułu, jeśli uda Wam się zaplanować podróż do Paryża!