If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

LAST MONTH

"Zimny kraj, zimny maj, koty śpią, miasto śpi, czarodziejskie śnią się sny…". Podobno mamy za sobą najzimniejszy maj od trzydziestu lat więc słowa piosenki Kory bardzo pasowały mi do klimatu ostatnich tygodni. Rok temu o tej porze grzałam już brzucha na sopockiej plaży, dla kontrastu w miniony piątek mimo kurtek i swetrów uciekliśmy z niej po pięciu minutach, bo wiatr urywał głowy. 

Chociaż epidemia coraz mniej daje się nam we znaki, to wyraźnie widać, że niechętnie ruszałam się z domu. Comiesięczne sesje dla MLE w Warszawie są już teraz odległym wspomnieniem, nie mówiąc już o majówkowych wyjazdach za granicę. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że jakoś szczególnie doskwierają mi te zmiany – codziennie staram się "miniprzestrzeń" wokół nas ulepszać i widzę efekty tej pracy. W końcu wykorzystujemy nasz mały ogród, tak jak należy i na nowo poznajemy okolicę. 

Pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne – w dzisiejszym zestawieniu znajdziecie więc sporo truskawek, piwonii i sielskich domowych scenerii. 

1. Ktoś zaczyna mieć już własne zdanie i odkrył, że łóżko rodziców jest najfajniejsze. // 2. I jak tu się dziwić, że malarze kochają kwiaty?  // 3. Wyklejamy kolejne pamiątkowe albumy. // 4. Ten wpis wywalił serwer w kosmos. //

Tak było jeszcze na początku miesiąca. Spacery w maseczkach żegnam z dużą ulgą.1. Chyba nigdy w historii MLE nie pracowałam nad jedną sukienką tak długo. Teraz mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że leży idealnie (jeśli macie większy biust od naszej boskiej modelki, to wytnijcie specjalne gumki między rękawkami). // 2. i 3. Stawiamy pierwsze kroki na spacerze. I ciągle walczymy, aby nie lizać ławki w parku ;|. // 4. Kiwi, banan, bezglutenowe płatki owsiane, kokos i migdały. Trzy śniadania w mgnieniu oka. Dla małej opcja bez kokosu i migdałów. Nareszcie nadszedł czas, żeby te wszystkie piękne sukienki nosić na co dzień. Wygladają bardzo elegancko, ale materiał w dotyku jest wyjątkowo przyjemny – nie trzeba się obawiać, że małej królewnie będzie niewygodnie i nastąpi próba rozbierania się w trakcie wizyty u teściowej ;). Sukienki znajdziecie w ofercie polskiej marki Louisse. W swoim asortymencie marka posiada także ubrania dla mam, które w delikatny sposób nawiązują do strojów dla dzieci. 1. A tak prezentuje się sukienka od Louisse na małej modelce. // 2. Modigliani. // 3. Takie światło o zachodzie tylko w Polsce. // 4. Ulice Sopotu dodają otuchy. //

Mój ulubiony kącik w mieszkaniu.1. Jeśli mała królewna wybierze coś w języku Szekspira to służba służy. // 2. Pamiętacie to pyszne zielone ciasto? Zrobiło ogromną furorę! Przepis znajdziecie tutaj. // 3. Moje miejsce pracy. // 4. Piwonie są jak kobiety. W każdym momencie piękne. //Bajki autorstwa Beatrix Potter. Stare wydania. Inni, ale jednak tacy sami. Ty też jesteś ważny Porti! 

Maj był dla Portosa miesiącem wielkiej zmiany. Musieliśmy poszukać dla niego nowej karmy – spaniele to bardzo wrażliwe psy i wszystko wskazuje na to, że Portos nabawił się jakiejś alergii. Po długiej konsultacji zdecydowaliśmy się na tę od Fitmin. Marka przekonała mnie do siebie przede wszystkim tym, że posiada własne Centrum Hodowlane, w której jakość i smak karm testują psy rasy border collie prowadzące aktywny tryb życia. Psy z tej hodowli wyróżniane są na wystawach, biorą udział w zawodach agility, frisbee i z powodzeniem zdają egzaminy psów pasterskich. Uczestniczą też w zajeciach dogoterapii. Ich dobra kondycja stanowią dla marki Fitmin najlepsze referencje. W swoim asortymencie mają także jedzenie dla kotów oraz koni.

Portos szczególnie upodobał sobie karmę, którą widzicie na zdjęciu.1. Produkty niezbędne na sesji zdjęciowej, w moim przypadku zalicza się do nich również pluszowa lama. // 2. Gdy brzdąc śpi i mamy chwilę na rozmowy we dwoje. // 3. Czy tylko ja podziwiam przekwitnięte piwonie? // 4. Ja śpię po lewej stronie, a Wy? //

Studio polowe. Zdjęcia z tego dnia znajdziecie w tym wpisie.1. Gdy mama chce skorzystać z łazienki… // 2. Takie miseczki z mieszaniną różnych zdrowych produktów to ostatnio moje ulubione posiłki. // 3. Domowa biblioteka. // 4. "Mamo wstawaj, przegapisz wschód słońca!". //

Mała aktualizacja samoopalaczy. Wiele z Was prosiło o takie zestawienie – mam nadzieję, że nie obrazicie się, że podam je w telegraficznym skrócie. Obecnie używam tych trzech produktów (poniżej znajdziecie dokładniejsze opisy). Wszystkie te produkty kupiłam w Douglasie.Collistar 360 Self-Tanning to spray samoopalający. Czemy go polecam? Przede wszystkim można go użyć bez rękawicy – po prostu spryskujemy nim całe ciało. Dyfuzor bardzo dobrze rozprowadza kosmetyk więc nie robi plam ani zacieków. No i można go łatwo nałożyć na całe ciało (działa również do góry nogami, więc można nim spryskać plecy czy tył nóg). 

James Read H20 krople do twarzy to moje najnowsze odkrycie. Jeśli do tej pory musiałyście wybierać czy użyć na twarz samoopalacz czy krem, to ten produkt rozwiąże problem. Wystarczy dodać kilka kropel do kremu, którego używacie na co dzień i delikatnie wymieszać, a następnie nałożyć na twarz. 

Self-tanning Lotion Balsam samoopalający daje mocny efekt jak na produkt, który powinien dawać stopniową opaleniznę, ale właśnie to mi się w nim podoba :). Ma bardzo przyjemny zapach i jest to produkt, którego używam teraz najczęściej. Zakupy. 
Miał być wypad na kaszuby i opalanie na leżakach, była ulewa i mokre buty.Ktoś tu miał imieninową kolację. bezglutenowe płatki owsiane, truskawki i syrop klonowy. Jogurt oddałam córeczce. 1. Kawa w ogrodzie smakuje lepiej. // 2. Kocham to miejsce! // 3. Po tak intensywnej lekturze czas na chwilę odpoczynku. Mój piękny koc znalazłam w Iconic Design w Gdańsku. // 4. Sezon na szparagi rozpoczęty! //A jak Wy wyglądacie, gdy obudzą Was w sobotę o szóstej rano? Uprzedzając pytania o dresik – nie, to niestety nie jest MLE. Wiem, że już od kilku miesięcy obiecywałam Wam coś podobnego, ale końca poszukiwań odpowiedniego materiału nie widać. Z czystym sumieniem mogę jednak podrzucić tu link do podobnego zestawu od marki, która ma moje zaufanie. HIBOU teoretycznie jest naszą konkurencją, bo również szyję swoje ubrania w Polsce i ma podobny przedział cenowy, ale szczerze uwielbiam ich rzeczy, mam ich w szafie pełno i nie będę zawistną przekupą ;). W ofercie HIBOU znajdziecie też wiele innych wersji kolorystycznych dresów i bardzo szeroki wybór ubrań domowych. Uprzedzam, że produkty HIBOU znikają równie szybko, jak te od MLE więc jeśli coś wpadnie Wam w oko to kupujcie od razu :). "Jak przestać się bać. Dla introwertyków, nieśmiałych i tych, którzy odczuwają lęki społeczne." Skąd u mnie ta książka? Coraz częściej widzę wokół siebie osoby, którym szerokopojęty lęk utrudnia szczęśliwe życie. Nie jest to zresztą moja subiektywna obserwacja – we współczesnym świecie dorośli coraz częściej mierzą się z wysokim poziomem lęku społecznego. Nie przepadam za psychologicznymi poradnikami, ale ten, autorstwa Dr Ellen Hendriksen przekazałam jednej z moich przyjaciółek z nadzieją, że trochę jej pomoże – jest mądry, wyważony i pomaga zrozumieć mechanizmy, które źle wpływają na nasze samopoczucie. 1. To był długi deszczowy dzień. Herbata i miód pomogły. // 2. Hamak i książka. // 3. Kocham resztki z zamrażalnika. // 4. Praca nad zdjęciami produktowymi. //

My też! Życzę powodzenia całej gastronomii!
1. Zestaw mydełek od Bebe Concept. // 2. Kolejna miseczkowa wariacja. // 3. Strój z tego wpisu możecie zobaczyć tutaj. // 4. Biuro. A może jednak przedszkole? //

Czym byłaby majowa relacja bez rzepaku?
Paryż, październik 2018 roku. Przy stoliku siedziały już trzy pokolenia kobiet (bo ktoś rósł w brzuchu). Dziękuję, że całe życie pokazywałaś mi jak być najlepszą mamą na świecie.1. Już prawie wyprzedana, a dopiero co weszła do sprzedaży :). / 2. Truskawkowe niebo. // 3. "Mleczny" wianek. // 4. Nareszcie zaczynasz jakoś wyglądać! Dziękuję Pani Ewie z Pracowni Florystycznej Narcyz w Gdyni za wszystkie kwiaty i sadzonki! //

Mogłabym tak bez końca. Tylko trochę kleszczy się boję. 

Kadr z ostatniego "Looku".

Przysięgam, że umiem za głowę! 

Wracamy do gry! (albo raczej do ćwiczenia serwisu)Najbardziej cieszą kwiaty z własnego ogrodu. Bez już mi przekwita, ale przez kilka pięknych wieczorów jego zapach otulał nasze sny. 

Drodzy turyści. Jeśli planujecie odwiedzić naszą plażę, bądźcie dla niej delikatni. Dziękuję. 

*  *  *           

Znacie te dziwne kosmetyki? I czy w pielęgnacji warto korzystać z nowych rzeczy?

   Ryzyko i uroda to dwie zmienne, które od setek lat przenikały się nawzajem. W czasach wiktoriańskich kobiety by uzyskać idealną biel skóry, kąpały się w niszczącym czerwone krwinki arszeniku, który sprawiał, że cera była dosłownie przezroczysta. Stosowano też krople z wilczej jagody, aby uzyskać efekt rozszerzonych źrenic (ich długie stosowanie groziło ślepotą). Gdy czytam jednak o tym, jak wieki temu kobiety poddawały się przedziwnym i niebezpiecznym zabiegom, to zamiast szoku nachodzi mnie refleksja, czy aby na pewno tak wiele od tego czasu się zmieniło.

    Podobnym wyrazem desperacji jest chyba operowanie piersi i nosa (czasem za jednym razem) bez medycznych wskazań, czy przeszczepianie tłuszczu z brzucha na twarz. Bardziej popularne zabiegi jak traktowanie laserem okolic bikini czy wstrzykiwanie toksyny botulinowej w czoło też w sumie nie brzmi najlepiej. Być może za sto, dwieście lat, opisy dzisiejszych zabiegów poprawiających urodę też będą jeżyły włosy na głowie.

   Po dłuższej refleksji stwierdzam jednak, że zmieniło się sporo. Kultura piękna ma bardzo długą historię, ale dopiero od krótkiego czasu została ujęta w prawne ramy. Dziś nikt nie sprzeda nam już eliksiru z rtęcią na przebarwienia (nawet jeśli jego skuteczność była ogromna), a przed wprowadzeniem kosmetyku do obrotu, każdy producent musi spełnić szereg wymogów.  To taki plus wynikający z członkostwa w Unii Europejskiej – niezależnie od poglądów politycznych trzeba podkreślić, że międzynarodowe traktaty wymuszają określone normy. Prawo dotyczące kosmetyków jest identyczne we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) z dnia 30 listopada 2009 roku oprócz bezpieczeństwa kosmetyków reguluje również skład, oznakowanie, warunki produkcji i obrotu, dokumentację i sposób nadzorowania rynku przez władze. Co szczególnie istotne każda deklaracja marketingowa musi mieć swoje odzwierciedlenie w odpowiedniej dokumentacji. To oznacza, że sformułowania typu „skóra jędrniejsza o 20%” muszą być potwierdzone badaniami klinicznymi.

    Ten wstęp miał więc Was na początku trochę przestraszyć, a później uspokoić, bo oczywiście warto korzystać z nowych kosmetycznych rozwiązań i to z kilku powodów. Pierwszym, który od razu nasuwa się na myśl jest czynnik ekologiczny – jeszcze parę lat temu zupełnie bagatelizowany przez firmy kosmetyczne. Skuteczność to kolejna zaleta kosmetyków nowej generacji. Do tego dochodzi również dopasowanie do indywidualnych potrzeb klienta, estetyka opakowań, łatwość w stosowaniu. Poniższe przykłady stanowią zapewne tylko procent rynkowych nowości, które warto poznać, ale niestety moja szafka w łazience ma określone wymiary, więc ograniczam się do pokazania tych sześciu produktów.  

1. Filtry w codziennym życiu.  

Musiałabym zastosować jakieś bardzo wyrafinowane techniki wyparcia, aby mając 32 lata wciąż negować zasadność stosowania wysokich filtrów. Wielokrotnie podawałam już ten przykład (chociaż naprawdę nie lubię być złośliwa), ale po moich koleżankach naprawdę bardzo wyraźnie widać, kto korzystał ze słońca bez umiaru. I nie mówię tu nawet o przebarwieniach czy poważnych problemach zdrowotnych (których powinniśmy się przecież obawiać) ale o pomarszczonej, przesuszonej, po prostu zniszczonej skórze, która już nigdy nie odzyska delikatności. Jeśli więc idę się opalać to twarz zawsze osłaniam lub stosuję wysokie filtry. Ale takie momenty w ciągu roku zdarzają się rzadko (a w te wakacje będą pewnie jeszcze rzadsze niż kiedyś) i stanowiąc może 25 procent sytuacji, w których nakładam na twarz ochronne kosmetyki. Często używam kremów, które posiadają aktywne składniki (na przykład retinol) i tym samym powinny być używane wraz z ochroną przeciwsłoneczną. Korzystam też z zabiegów dermapen, po których trzeba bezwzględnie używać blokerów nawet przez miesiąc. Mam więc spore doświadczenie w używaniu kosmetyków ochronnych, które mają służyć nam w codziennym życiu, a nie tylko na wakacjach. Jeśli szukacie standardowego kremu do twarzy z filtrem to polecam ten. Świetnie się wchłania, nie zostawia filmu, dobrze zachowuje się pod makijażem i nie jest po prostu zwykłym kremem z filtrem – niweluje przebarwienia i wspomaga regenerację skóry. Doskonale jednak rozumiem te z Was, które mają swój ukochany krem na dzień (bez filtra) i nie chcą z niego rezygnować. Po ostatnim zabiegu dermapen testowałam Colorescience Sunforgettable Brush-On Sunscreen ze sklepu Topestetic.pl, czyli lekki w 100% mineralny puder, który zapewnia niedrażniącą i natychmiastową ochronę przed promieniowaniem UVA PA ++++ i UVB SPF 50, a także światłem niebieskim (HEV), promieniowaniem podczerwonym oraz zanieczyszczeniami. Można go bezpiecznie nałożyć na makijaż – więc sprawdza się idealnie do reaplikacji ochrony przeciwsłonecznej w ciągu dnia (ma on samo-dozujący się pędzel) albo jako wykończenie podkładu – pozostawia on matową skórę, bez mocnego krycia.

Filtr w pudrze od Colorescience, o którym wspominałam w tekście. Kupiłam go w tym samym sklepie internetowym, co krem który pokazywałam Wam w tym wpisie. Lada dzień kończę tę kurację i była to na pewno najbardziej skuteczna domowa kuracja dla skóry, jaką robiłam (to nie taki zwykły krem, warto przeczytać sposób jego używania). Wszystkie profesjonalne kosmetyki kupuję w  Topestetic.pl – przy takich zakupach warto sprawdzić, który produkt będzie skuteczny i jak bezpiecznie go stosować, a w tym sklepie możecie skorzystać z bezpłatnej porady kosmetologa, który pomoże Wam uporządkować aktualną pielęgnację, aby osiągnąć pożądane efekty.

2. Produkty marki Schmidt's.

Domyślam się, że większość z Was (tak jak ja do skończenia trzydziestki) przez prawie całe swoje życie kupowała dezodoranty przy okazji wizyt w drogerii. Wybierałyśmy je spośród dosłownie trzech marek, które znałyśmy od zawsze i bezrefleksyjnie wrzucałyśmy do koszyka z domową chemią. Swoją drogą to ciekawe, że kosmetyk, który kupujemy najczęściej, jest jednocześnie tak rzadko weryfikowany i zamieniany na produkt innej marki. Domyślam się, że czytałyście już niejeden artykuł na temat składów popularnych dezodorantów, powiem więc Wam tylko jednym zdaniem, że trzeba szukać zdrowszej alternatywy. Ponieważ sprawa jest poważna, to z przyjemnością dzielę się recenzją produktu od marki Schmidt's, bo warto przekonać się do czegoś innego, co jest zarówno naturalne i skuteczne. W ciągu ponad dwóch lat przetestowałam dziesiątki dezodorantów bez aluminium i niestety nie wszystkie były „ok” –  ten mogę jednak śmiało polecić (wybrałam zapach kokos i ananas, ale jest też opcja o ledwo wyczuwalnym  zapachu). Firma Schmidt’s rozpoczęła swoją działalność w 2010 roku w Portland, w Oregonie. Jaime Schmidt, stworzyła dezodoranty na bazie roślinnej, które pomagały jej rodzinie zachować świeżość. Sukcesy na targach farmerskich przyciągnęły uwagę przedsiębiorcy Michaela Cammarata, który postanowił zaopiekować się tym projektem. Duet założycielki i biznesmena przekształcił firmę Schmidt’s w imperium produktów naturalnych w USA. Obecnie, w gamie produktów sporządzonych na bazie roślin i minerałów, można znaleźć mydła, pasty do zębów i właśnie dezodoranty.

Jeśli chciałybyście wypróbować produkty marki Schmidt's to mam dla Was kod rabatowy – SCHMIDTS30. Musicie go aktywować na tej stronie, po jego wpisaniu zobaczycie produkty już w rabatowych cenach. :)

3. Chłodniejszy odcień blondu.

Podobno w czasie epidemii dziewięćdziesiąt procent blondynek przestało istnieć. Ha. Ha. Ha. To oczywiście głupi żart nawiązujący do zamkniętych salonów fryzjerskich. Łatwo mi w tej sytuacji zachować dystans, bo na palcach jednej ręki (i to takiej trzy palczastej, jak w przypadku jaszczurki) można policzyć wszystkie profesjonalne koloryzacje w salonach fryzjerskich w całym moim życiu. Aby nie przedłużać (i uniknąć miliona pytań) podsyłam tutaj link do starego artykułu, w którym więcej piszę o rozjaśnianiu włosów we własnym domu. Drogeryjne farby mają jednak swoje wady. Bardzo trudno osiągnąć dzięki nim chłodny odcień blondu. Po kilku myciach, nawet na moich delikatnych refleksach widać żółć. Oczywiście, wszystkie znamy niebieskie szampony dostępne w drogeriach, ale (i to jest prawdziwa deklaracja) po wielu latach stosowania chyba jestem gotowa się z nimi pożegnać, bo znalazłam coś lepszego. Maska Medavita nie ma charakterystycznego niebieskiego koloru (nazwałabym go raczej burgundem), a mimo to pięknie gasi żółte odcienie przez co nadaje włosom beżowy ton. Niebieskie drogeryjne szampony są zazwyczaj kiepskiej jakości i trochę wysuszają włosy – ale po użyciu tej maski włosy są miękkie, gładkie, bardzo łatwo się rozczesują i pięknie błyszczą po wysuszeniu (jeśli nakładam ją po umyciu włosów to nie używam już potem żadnej odżywki). Co więcej, maska nie tylko gasi żółty odcień, ale też delikatnie ociepla te refleksy, które są zbyt chłodne. Mój wybór to odcień beżowy, ale w ofercie każdy może znaleźć coś dla siebie, bo kolorów jest aż 9.

Maska poprawiająca tonację włosów. Jeśli w tym momencie nie do końca podoba Wam się ich kolor, to koniecznie ją wypróbujcie. Już po jednym użyciu widać dużą różnicę.  

4. Szampony bez plastiku i bez opakowań w ogóle.

Nie byłabym sobą, gdybym w tym wpisie nie zwróciła uwagi na ekologiczne kwestie, chociaż od razu zaznaczam, że nie chcę się z nikim ścigać o pałeczkę pierwszeństwa. Mam wrażenie, że dziś chętnie dzieli się kobiety na dwie grupy. Pierwsza to zachłanne konsumentki nie segregujące śmieci i wrzucające do ubikacji patyczki do uszu, a druga to eko-minimalistki, które piorą ubrania w orzechach, lepią naczynia z kompostu i jedzą tylko to, co uprawiają w ogródku. Jeśli zjesz gołąbki z mięsem, to druga grupa obrzuci twój samochód farbą, a jeśli zbierasz deszczówkę, to pierwsza grupa uzna ciebie za dziwaka. Brakuje mi trochę akceptacji dla tych, którzy są gdzieś po środku i tym bardziej dla tych, którzy konsekwentnie przesuwają się w stronę neutralnego dla środowiska życia, ale jednak od czasu do czasu kupią maskę do włosów w plastikowej tubce. Nie krzyczcie więc proszę na mnie, że nie wszystkie kosmetyki zastępuję tymi naturalnymi. W tym akapicie chciałam jednak wspomnieć o czymś, co naprawdę zmniejszy ilość plastiku w łazience, a na dodatek bardzo dobrze działa. Być może używałyście już kiedyś „jakiegoś” szamponu w kostce, ale ten naprawdę jest lepszy niż inne. Nie „generuje” odpadów (folia, plastikowa butelka), nie zawiera mydła (po umyciu włosów mydłem trzeba zazwyczaj zrobić płukankę octową, aby zakwasić włosy), jest odpowiedni dla wegetarian i wegan, wydajny (nawet do 50 użyć), sprawdzi się w podróżach, bo zajmuje mało miejsca i można nim umyć również całe ciało. Kupując szampon w kostce od Herbs&Hydro możecie wybrać opcję, czy zamawiacie je w wielorazowej puszce czy bez żadnego opakowania (można je wtedy trzymać w łazience na przykład na mydelniczce). Moimi ulubieńcami są kokosowy i konopny

A tak wyglądają te małe rewolucyjne szampony. Jeśli chciałybyście je wypróbować to mam dla Was 20% zniżkę na hasło nowaste2020. Kod jest aktywny od dzisiaj do 31 maja.

5. Zagadkowe hydrolaty i olej Moringa.

No dobrze. Trochę mijam się z prawdą, bo markę Creamy znam już od jakiegoś czasu, ale nie mogłam pominąć jej w tym wpisie – mimo mijających lat wciąż uznałabym ją za bardzo nowatorską. Nawiązując do kwestii z poprzedniego podpunktu – marka Creamy narzuca nowe standardy w walce ze śmieciami. Opakowania wykonane z metalu lub szkła są wielorazowego użytku i wyglądają naprawdę pięknie – nie trzeba ich chować w żadnych szafkach czy szufladach, bo same w sobie staną się ozdobą naszej łazienki. Kosmetyki przychodzą do nas w paczkach nie zawierających nawet grama plastiku. Co do tej pory przetestowałam? Wielofunkcyjny czysty olejek migdałowy, regenerujące serum Nourishing Marula i oczywiście hydrolaty (mój ulubieniec to hydrolat różany). Te ostatnie służą mi jako tonik, ale same w sobie są już dobrą pielęgnacją dla skóry. Wspominałam już o tym, że Creamy to oczywiście polska marka?

Prawda, że piękne? Jeśli chciałybyście zakupić któryś z kosmetyków Creamy to na hasło MLE osoby zainteresowane otrzymają 15% rabatu na cały asortyment w regularnej cenie (kod jest aktywny do połowy czerwca). Na zdjęciu widzicie hydrolat różany (doskonale nawilża, lekko ściąga i napina skórę, stosuję go zamiast toniku) oraz serum Nourishing Marula (zawiera w składzie między innymi witaminę C i koenzym Q10 przez co skóra jest idealnie nawilżona i pełna blasku. Koenzym Q10 to jedna z niewielu substancji, której działanie odmładzające zostało potwierdzone naukowo). 

 

6.  Filtry, filtry i jeszcze raz filtry. Wspominałam już o filtrach?

Jeśli któraś z Was nie zauważyła jeszcze, że ochrona przed słońcem jest dla mnie bardzo ważna, to po tym akapicie z pewnością się to zmieni. Powyżej była już mowa o filtrach, które będą świetnie współpracowały z naszym makijażem i codzienną pielęgnacją, ale ponieważ zbliża się lato to o klasycznym kremie przeciwsłonecznym też trzeba pomyśleć. Ja wybrałam naturalny od Salt & Stone SPF 50, który mogę używać razem z moją córką (to zawsze jakaś oszczędność miejsca w plażowym koszyku). Kupiłam go w sklepie BebeConcept z asortymentem dla dzieci i mam (tam też znajdziecie nasze ukochane „chustonosidło” od Studio Romeo i wiele innych fajnych rzeczy dla bobasów). Jeśli szukacie filtra, który sprawdzi się w trakcie długich spacerów i mini wyjazdów na działkę, to gorąco go polecam (dla dzieciaków, które nie znoszą smarowania polecam wersję w sztyfcie). To też świetna opcja dla wszystkich, którzy uprawiają sporty wodne – krem mimo wysokiej ochrony jest bezpieczny dla rafy i środowiska, kąpiąc się w morzu nie zmywamy więc z siebie warstwy chemii, tylko naturalne składniki. Drogeryjne blokery nie mają do niego startu. 

   Dla naszych mam wosk w plastrach był zapewne czymś niezwykłym i strasznym, nasze babcie nie potrafią zrozumieć po co nam te całe rozświetlacze, a moja córka za paręnaście lat pokaże mi pewnie coś, co całkiem zmieni moje podejście do pielęgnacji. Patrząc na postęp kosmetologii ciężko zaprzeczyć temu, że warto zmieniać swoje przyzwyczajenia. Podacie mi więcej takich przykładów? 

*  *  *

moje body – polska marka NAGO // dżinsy – NAKD // kolczyki – YES

Kilka rzeczy, które sprawiły, że moje macierzyństwo stało się jeszcze piękniejsze.

   Nie chcę zaczynać od łzawych  tekstów (wystarczy już, że kończę nimi ten artykuł) mówiących o tym, jak piękne jest dla mnie macierzyństwo. Dzisiejszy wpis nie ma nic wspólnego z typową wyprawkową listą ubranek, butelek i smoczków (jeśli takowej szukacie to ja wykorzystałam tę od Mamy Ginekolog). Wręcz przeciwnie – chciałam tu opisać kilka rzeczy, które przydały mi się… ba! Właściwie zmieniły na lepsze moją nową codzienność, chociaż z początku wcale nie upatrywałam w nich jakiegoś większego znaczenia.

    Nawet jeśli uważam, że ostatnio w mediach trochę za bardzo demonizuje się macierzyństwo, to dzisiejszy artykuł nie miałby sensu, gdybym pisała tylko o bezproblemowych momentach. Wiem, że jako blogerka, fotografka czy dyrektor kreatywna własnej firmy odzieżowej łatwo wpadam w pułapkę pokazywania tylko tego, co „ładne i spójne” z moją marką, ale dziś starałam się wyjść trochę z narzuconych samej sobie schematów. Mi też zdarza się palnąć tekst w stylu „ktokolwiek powiedział, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem zapewne nigdy nie karmił piersią”, albo poczuć nieodpartą pokusę rzucenia pełną pieluchą w kogoś, kto twierdzi, że „wstał dziś o szóstej rano i ledwo widzi na oczy”.

    Z kolei nie dalej jak tydzień temu, gdy jedna z czytających bloga mam zostawiła zabawny komentarz na temat tego, że o godzinie dziesiątej mogłaby już zjeść obiad, bo od czwartej jest na nogach, ale jednak trochę głupio, bo nadal jest w pidżamie, ktoś odpisał jej: po co w takim razie ludzie decydują się na dziecko skoro potem wciąż narzekają? No cóż. Z tym narzekaniem to jest taki paradoks, że niby jesteśmy zmęczone, nie mamy czasu dla siebie, nasz dom wygląda jak poligon, a jednak wszystkie te trudności w gruncie rzeczy nas bawią. Czasem jest ciężko, ale tak naprawdę nigdy nie było lepiej. Tym optymistycznym akcentem kończę i tak już przydługawy wstęp i przechodzę do konkretów. Mam nadzieję, że poniższe spostrzeżenia będą pomocne nie tylko dla świeżo upieczonych mam i kobiet w ciąży, ale również dla tych, dla których temat macierzyństwa jest w jakimś sensie bliski. 

1. Zawsze razem, czyli „chustowyzwanie”.

  Jeśli miałabym ponumerować kilka najbardziej kontrowersyjnych macierzyńskich tematów, to w pierwszej dziesiątce na pewno znalazłby się ten o chustach i nosidłach. Co sprawia, że tysiące użytkowniczek Instagrama rzuca się sobie do gardeł, a właścicielki profili promujących nosidełka nie nadążają z blokowaniem obserwatorów? To szeroko pojęta troska o dziecko, która czasem wykracza poza dobre wychowanie. Czy nosidełkowe hejterki mają rację? Odpowiedzi lepiej szukać u fizjoterapeuty, niż na lifestylowym blogu. Ja powiem tylko, że przed tym, jak zostałam mamą chusty wydawały mi się mało nowoczesne, a nosidełka wręcz przeciwnie. Ale wystarczyło kilka prób włożenia maleństwa do nosideł (trzech różnych, niby-ergonomicznych, „najlepszych” i polecanych przez wszystkich na około) abym oddała je komuś innemu. Nie potrafię tego opisać w profesjonalny sposób (i nawet nie będę próbować), ale po prostu czułam, że coś jest nie tak. Dopasowywałam je na wszystkie możliwe sposoby, oglądałam dedykowane filmiki na youtubie, ale cały czas miałam poczucie, że mojemu dziecku nie jest do końca wygodnie. Bardzo się cieszę, że w trybie ekspresowym postanowiłam jednak przetestować chusty, bo jestem typem kangurzycy i w pierwszych miesiącach po narodzinach córeczki chciałam mieć ją non stop blisko siebie. Nie mówiąc już o tym, że cały czas prowadziłam  bloga i  MLE Collection i siłą rzeczy wolne ręce naprawdę mi się przydały.

Miękkie ergonimiczne nosidło Studio Romeo od Bebe Concept (chociaż ja bym to nazwała "nowoczesną chustą"). Nosidełka są dostępne w dwóch rozmiarach: T1 i T2, które należy dobrać do rozmiaru rodzica (ja wybrałam T1). Na Instagramie Bebe Concept znajdziecie bardzo dokładne filmiki pokazujące sposób wkładania nosidła w zależności od wielkości dziecka. 

    Na początek wybrałam więc popularną chustę kółkową marki Moon Sling. Przez pierwsze kilka tygodni sprawdzała się rewelacyjnie, ale jeśli planujecie nosić dziecko przez dłuższy czas, to przemyślałabym dobrze ten zakup. Gdy moja córeczka zaczęła ważyć nieco więcej, to po półgodzinnym spacerze zaczęły pobolewać mnie plecy. Przy asymetrycznych chustach trzeba też pamiętać o tym, aby regularnie zmieniać strony ich nakładania. Odkryciem i moim chusto-nosidłem numer jeden jest ten od Studio Romeo – działa dokładnie tak jak chusta, ale nie trzeba wiązać go w żmudny sposób. Jest wyjątkowo wygodny – nawet teraz, przy dziesięciokilogramowym bobasie, plecy spokojnie wytrzymują nawet godzinę noszenia. Posiada trzy opcje zakładania/wiązania, które pozwalają dopasować nosidło do ciężaru dziecka. Najważniejsze jednak jest to, że od pierwszego założenia widziałam, że zarówno ja, jak i mała, czujemy się z nim dobrze. Trochę żałuję, że nie kupiłam go wcześniej (tak, kupiłam, a nie dostałam), bo bardzo ułatwił mi życie i dziś nie wyobrażam sobie bez niego naszej codziennej rutyny, mojej pracy i spacerów z Portosem.

    Aby już nie przedłużać: w tym akapicie nie chodzi mi bynajmniej o to, aby wszystkie świeżo upieczone mamy kupiły sobie chustę Studio Romeo (co nie zmienia faktu, że gorąco ją polecam). Po swoim przykładzie widzę, że niektóre nasze wyobrażenia o tym, co się nam przyda po porodzie mogą być nietrafione. Gdy byłam w ciąży spędziłam długie godziny na szukaniu najlepszego i najpiękniejszego nosidełka, żeby potem sprzedać je na OLX-ie w trzy minuty, bo w prawdziwym życiu w ogóle mi nie podpasowało. Warto sprawdzać jak najwięcej opcji i mieć elastyczne podejście, bo macierzyństwo to pewnego rodzaju transformacja – to co kiedyś wydawało się „nie w naszym stylu” z dnia na dzień może stać się wielkim ułatwieniem. 

 2. Kilka innych gadżetów, które ułatwiły mi codzienność.

   Dostawka, kołyska, kosz Mojżesza ze stojakiem – nieważne, na którą z tych opcji się zdecydujecie, ale naprawdę warto, jeszcze przed porodem, zaopatrzyć się w coś, co będzie można przystawić do łóżka. Ja nie planowałam takiego zakupu, bo w moich wizualizacjach dziecko od pierwszej nocy miało spać w klasycznym niemowlęcym łóżeczku w swoim pokoju. Na szczęście, wbrew swojej woli, dostałam kołyskę w prezencie (kosz plus stojak). To kolejny przykład tego, że gdy w naszym domu pojawiło się dziecko, wcześniejsze założenia poszły sobie w las. Właściwie już w szpitalu wiedziałam, że nic nie zmusi mnie do tego, aby to słodkie zawiniątko kłaść spać w osobnym pokoju. I wtedy przeprosiłam się z kołyską. Służyła nam dzielnie do szóstego miesiąca, a teraz znalazła nowy dom u Zosi – no dobra, właściwie to wcisnęłam ją Zosi na siłę (tak jak ktoś wcześniej mi), mówiąc, że po prostu musi spróbować jej używać. Z tego co mi wiadomo spełnia swoje zadanie wyśmienicie. Mamy karmiące naturalnie, mogą dzięki takiemu rozwiązaniu naprawdę lepiej spać, bo gdy nabierze się wprawy nie trzeba nawet zapalać światełka ani ruszać się z łóżka, a w którymś momencie każde „nieschylenie się” jest na wagę złota. Ale nawet jeśli nie planujecie karmić piersią to myślę, że podziękujecie mi za tą radę. To ogromny komfort móc w każdej chwili, bez wstawania czuwać nad dzieckiem – nie ma chyba co się bronić przed tą potrzebą bliskości.

Nasze ulubione książeczki. Nie bez powodu mówię „nasze", bo ja uwielbiam stare angielskie wydania bajek Beatrix Potter, a moja córeczka kocha „Pucia”. Mogłaby je przeglądać bez końca, najlepiej u mamy na kolanach. Nie, nie będę, tak jak poniektórzy celebryci, opowiadać o tym, że moja półtoraroczna córka czyta, albo zachwyca się Rembrandtem. Po prostu lubi ze mną przewracać strony, a każda kolejna część „Pucia” wywołuje wielki uśmiech na jej twarzy. "Pucio mówi dzień dobry" i „Pucio mówi dobranoc” to nowe mini opowieści, które za pomocą pięknych ilustracji uczą nasze dzieci przekraczania kolejnych etapów rozwoju. Ta pierwsza pokazuje jak z radością rozpocząć nowy dzień, ta druga pomoże wyciszyć szkraba wieczorem i sprawić, że sam będzie chciał wskoczyć do łóżeczka. 

   Krzesełek i stojaczków dla niemowląt jest mnóstwo i nie śmiem stawiać tezy, że to, które ja kupiłam, to jedyna słuszna opcja. Mogę jednak szczerze przyznać, że gdybym musiała, to kupiłabym je po raz kolejny i nie zastanawiałabym się nad niczym innym nawet przez sekundę. Mowa oczywiście o kultowym Tripp Trapp od Stokke. Dla mnie wybawieniem było to, że nawet bardzo małe dziecko było usadowione wysoko, a to, jeśli sporo pracuje się przy komputerze, było dużym udogodnieniem. Ale Tripp Trapp tak naprawdę doceniam dopiero teraz – towarzyszy nam każdego dnia (wystarczy zmieniać dodatki, aby krzesełko z czasem dopasowywało się do potrzeb dziecka) i jest już nierozłącznym elementem naszego salonu. To jedno z niewielu dziecięcych mebelków, które dobrze wygląda wśród mebli dla dorosłych. I pomyśleć, że zaprojektowano je w 1972 roku, czyli prawie pięćdziesiąt lat temu!

    „Biały królik, biały królik, bardzo luuuuubi chodzić lulkuuu” – te wyśpiewane słowa zawsze oznaczają zbliżającą się porę snu. Kołysanka o białym króliku, który bardzo chciałby już pójść spać stała się u nas naprawdę kultowym kawałkiem i co miesiąc dopisujemy do niego nową zwrotkę. Nie da się przewidzieć tego, która z zabawek stanie się pierwszym przyjacielem naszego dziecka, ale ta, którą upatrzyła sobie nasza córeczka, miała być po prostu miłym gadżetem do łóżeczka, a dziś jest właściwie piątym członkiem rodziny. O króliczku Moonie pisałam już w tym wpisie, ale dziś patrzę na tamtą recenzję z rozrzewnieniem – teraz biedny królik co chwilę jest przebierany, ciągnięty za uszy, ogólnie rzecz biorąc torturowany na różne sposoby. Ale wciąż jest też nieodłącznym elementem wieczornego rytuału usypiania.   

Nasz królik po przejściach to ten w sweterku. Nie chcę Was zmylić – oryginalny króliczek Moonie nie ma ubranek, ale za to jest zdecydowanie bielszy :). Najlepszą recenzją króliczka jest chyba to, że uznałam go za idealny wyprawkowy prezent dla przyjaciółki. Królik przychodzi w ładnym pudełku, a jeśli ktoś nie chce, aby wydawał z siebie dźwięki, to z powodzeniem może służyć jako delikatna lampka nocna w pokoju dziecka. Dodam jeszcze tylko, że Moonie to polska marka. (wózek dla lalek jest stąd)

3. Co dwie (albo trzy) mamy to nie jedna. 

   Przyznaję, że, tak jak wiele z Was, ja też swego czasu czułam zmęczenie (albo i nawet irytację) sytuacją, w której podczas spotkań towarzyskich temat dzieci przejmował całkowitą kontrolę nad dyskusją. Dyskusją w podgrupach, bo grupa „matek” dyskutowała z reguły ze sobą, a reszcie pozostawało przysłuchiwanie się. Taka jest chyba kolej rzeczy – to, co wtedy było uciążliwe stało się pomocne i naturalne po urodzeniu dziecka. Przez lata cierpliwie przyjmowałam na barki narzekania najbliższych przyjaciółek na temat ich macierzyńskich problemów i złych doświadczeń i dziś widzę, że to nie ja pomogłam im, tylko one mnie. Dzięki tym opowieściom macierzyństwo nie było dla mnie czymś nieznanym i wyidealizowanym. To trochę jak wtedy, gdy czytasz fatalną recenzję filmu, a potem idziesz do kina i stwierdzasz, że wcale nie był taki zły, a recenzja była mocno przesadzona.  Miłe zaskoczenie to jedno, ale grono zaufanych osób bardzo przydaje się też w przypadku kryzysowych sytuacji. Fakt, że w każdej chwili mogę zadzwonić do co najmniej kilku „supermam” i rozhisteryzowanym głosem zapytać co zrobić, gdy niemowlę ma  K A T A R  naprawdę mnie uspokaja. Nowe obowiązki, nieprzespane noce i hormonalne burze są zdecydowanie łatwiejsze, gdy wiemy, że bliskie nam osoby przechodziły to samo, a mimo to nadal żyją, a nawet mają się dobrze i często nie boją się powtórki!

4. Odskocznia.

   Nie miałam problemu z akceptacją faktu, że macierzyństwo mnie zmieniło. Nie mam też zamiaru udawać, że moje życie wygląda tak samo jak wcześniej, bo byłoby to kłamstwo. Siłą rzeczy, część mnie pozostała jednak taka sama – od wielu lat pracowałam nad swoimi dwiema firmami i chciałam pozostać aktywna zawodowo także po porodzie. Chociaż, zwłaszcza na początku, było to trudne, to myślę, że nawet chwilowe oderwanie myśli od pieluszek, karmienia i walki z kolkami, pozwoliło uniknąć mi tych typowych smutków pierwszych miesięcy, na które narzekają niektóre mamy. Odskocznia to coś, o co każda z nas powinna powalczyć – nie tylko z innymi, ale przede wszystkim z samą sobą. Przez pierwsze tygodnie mroziłam spojrzeniem każdego, kto chciał pomóc mi w opiece nad dzieckiem – wszystko chciałam robić sama, a poproszenie męża, aby poszedł z wózkiem na spacer przychodziło mi naprawdę z dużym trudem. Tym bardziej cieszę się, że trochę z tą pracą nie miałam wyjścia, bo mogę się założyć, że z własnej woli nie zmusiłabym się do niczego, co nie dotyczyłoby bezpośrednio mojego dziecka.

   Pamiętam też pierwszą podróż służbową do Warszawy, która trwała dwanaście godzin (wolałam zrobić w jeden dzień osiemset kilometrów niż rozstać się z małą na noc) i mój szok, gdy na służbowym spotkaniu usłyszałam, że „w ogóle nie wyglądam jak mama”. Według autorki tej uwagi miał to być komplement, ale ja sama nie bardzo wiedziałam czy poczułam się dzięki temu lepiej. Te wszystkie emocje trzeba pewnie poczuć na własnej skórze, aby zrozumieć, jak nasza osobowość zaczyna się roztapiać, jak bardzo zaczynamy utożsamiać nasze „ja” z byciem mamą i jak trudno znów wyłapać w swojej głowie przestrzeń dla kobiety, którą byłyśmy wcześniej. Warto jednak pielęgnować w sobie ten pierwiastek i o nim nie zapominać. 

Pamiętam pierwsze spotkania służbowe po moim porodzie, na których ustalałyśmy nowe projekty dla MLE. Miałam to szczęście, że mogłam je urządzać w domu i dziś bardzo doceniam fakt, że moje współpracowniczki wykazywały się cierpliwością, gdy co chwilę szłam karmić lub usypiać małą i właściwie w ogóle nie słuchałam co do mnie mówiły :D. 

5. Uwiecznienie i docenienie własnej historii życia.

    Aparat fotograficzny to jeden z najpiękniejszych ludzkich wynalazków. Dzięki niemu możemy zobaczyć jak zmienia się świat, jak zmieniamy się my, jak zmienia się nasze życie, jak dorastają nasze dzieci i w końcu, jak wyglądali ci, których kochaliśmy, a których już z nami nie ma. Daje nam poczucie ciągłości i pozwala docenić każdą chwilę – tę piękną czy zabawną, ale też tę smutną i trudną. Macierzyństwo, nawet jeśli jest spełnieniem marzeń, potrafi dać się we znaki. Jeśli dopada Cię czasem irytacja, zmęczenie, czy zwykła bezsilność to pomyśl o tym, że ten moment zaraz przeminie i że jest tylko niewielką częścią, małym skrawkiem, tej wielkiej i pięknej przygody. A jeśli to nie pomoże, to zastanów się, czy za rok, dwa, (albo dziesięć lat!) ta zupka wsmarowana w dywan, albo płaczliwe „mama, mama” domagające się czułości w najmniej odpowiednim momencie nie wyda Ci się wtedy czymś bajecznie pięknym. To jedna z wielu magii macierzyństwa: każda, nawet najbardziej denerwująca historia z ukochanym dzieckiem, uwieczniona na zdjęciu i oglądana po jakimś czasie staje się miłym wspomnieniem.

   Oczywiście, samo robienie i wywoływanie zdjęć nie sprawi, że staniemy się szczęśliwsi, ale z pewnością pomaga inaczej spojrzeć na daną chwilę i złapać do niej dystans. Być może niektóre z Was pamiętają o moim tradycyjnym prezencie dla taty – pod choinkę i na urodziny zawsze daję mu taki sam prezent – skrupulatnie wyklejony album ze zdjęciami. Od samego początku wiedziałam, że on taki prezent zawsze doceni, ale ku mojemu zdziwieniu coraz więcej członków mojej rodziny zaczyna przebąkiwać, że oni „też by w sumie chcieli taki album”. Nie ukrywam, że na początku bardzo mnie to ucieszyło – mój pomysł na prezent okazał się być pożądanym skarbem. Prawda jest jednak taka, że wybór zdjęć, ich wywołanie, a potem uzupełnienie takiego albumu, to praca co najmniej na kilka godzin. A trzeba pamiętać, że w przypadku albumu dla taty taką pracę wykonuję mniej więcej co pół roku, czyli w miarę na bieżąco. Gdybym miała dla kogoś za jednym razem stworzyć album z kilku lat, to zajęłoby mi to pewnie tydzień (i potrzebowałabym kilkunastu albumów). Do czego zmierzam? Lepiej zacznijcie już teraz, bo za parę lat nie odkopiecie się spod stosu zdjęć Waszego brzdąca. Sama skorzystałam z tej rady i mimo marudzenia (i przerażenia) postanowiłam jednak zabrać się za pierwszy album dla męża.

A to albumy, o których wspominam poniżej. Ten niebieski to specjalnie zaprojektowany album "Twoje Dzieciństwo" od LuiLuk, o którym autorka pisze tak: "Gdy urodził się mój młodszy syn chciałam stworzyć dla niego elegancki album wspomnień i długo szukałam takiego, który by mi się podobał. Niestety wszystkie były kolorowe, z infantylnymi ilustracjami, a mi zależało na tym, aby taka pamiątka była ponadczasowa, żeby jej wygląd odzwierciedlał ważność tych pierwszych lat i emocji im towarzyszącym". Znajdziecie tam miejsce na zdjęcia z USG, pierwszych ząbków, drzewo genealogiczne i wszystko czego potrzebujecie do upamiętnienia najważniejszych chwil z pierwszych pięciu lat życia dziecka. Ten beżowy to tradycyjny album na zdjęcia. Również oprawiony w płótno. Jeśli szukałyście kiedyś ładnego albumu to mam dla Was kod rabatowy dający 15% zniżki na zakupy w sklepie LuiLuk. Wystarczy, że użyjecie kodu MLE15.

    Jeśli wywoływanie zdjęć skutecznie zniechęcało Was do rozpoczęcia pracy nad własnym rodzinnym albumem to uwierzcie mi na słowo – nie jesteście same. Moje doświadczenia z wywoływaniem zdjęć też były bardzo różne. Czasem nie byłam zadowolona z kolorystyki odbitek, czasem okazywało się, że zdjęcia zostały źle przycięte albo trwało to niemiłosiernie długo. W stacjonarnych drukarniach koszt wywołania trzystu zdjęć potrafił zjeżyć mi włosy na głowie. Po latach żmudnego tworzenia rodzinnych albumów nabrałam nieco wprawy i wiem już, że odbitki najlepiej zamówić przez internet – tak będzie najtaniej i najwygodniej. Warto też zainwestować w ładny album, który sam w sobie mógłby być prezentem. Mój tata z początku dostawał niezbyt urodziwe wersje (w końcu najważniejsze jest to, co w środku, a poza tym kupowałam je zwykle na ostatnią chwilę w Empiku), ale teraz znalazłam wreszcie naprawdę piękną opcję, więc kupiłam od razu kilka, aby tworzyły spójną kolekcję. 

Jeśli szukacie najlepszego (moim zdaniem) narzędzia do wywoływania zdjęć, to polecam aplikację ColorlandGO na telefon. Odbitki mają ładne kolory i można dodać do nich opcję białej ramki (do wyboru są dwa formaty: 10×15 albo 15×21). Aplikacja jest bardzo prosta w użyciu i pozwala wybrać zdjęcia z całej naszej telefonicznej galerii. Jeśli, poza zdjęciami z telefonu, chcę wywołać parę z aparatu to wysyłam je sobie na telefon przez WeTransfer. Korzystanie z tej aplikacji naprawdę usprawniło moją pracę nad rodzinnymi albumami. Minimalne zamówienie to 20 sztuk, ale same zobaczycie, że tych zdjęć będziecie chciały zamówić znacznie więcej. ​Tym bardziej, że teraz mam dla Was kod rabatowy. Wystarczy, że w podsumowaniu zamówienia wpiszecie KASIA1015 a zapłacicie w aplikacji za odbitki 0,19 zł za sztukę zamiast 0,23 zł. Miłej pracy przy tworzeniu rodzinnej pamiątki!

   Rozpoczynając ten wpis chciałam ująć w kilku słowach to jak niezwykłą i piękną rzeczą jest dla mnie macierzyństwo, ale uznałam, że skoro nawet najwybitniejszym poetom przychodziło to z trudem, a tym średnim wychodziły banały, to chyba powinnam odpuścić. Tym bardziej, że odkąd zostałam mamą, rozklejam się nawet na reklamach lokat oszczędnościowych – pewnie pisząc o tym, ile znaczy dla mnie ten cały rodzicielski galimatias nie skończyłabym ryczeć do niedzieli, a i tak nie przekazałabym Wam nic, czego same byście nie wiedziały. Są rzeczy, których nie da się opisać. Miłość do dziecka zdecydowanie zajmuje w tym rankingu pierwsze miejsce.  

PS. Jeśli choć kilka Czytelniczek, które nie są mamami, dotarły jakimś cudem do końca tego artykułu, to bardzo chciałabym Was uspokoić – to wyjątek od reguły, że pozwoliłam sobie na tekst w całości poświęcony dziecku. Obiecuję teraz przestać na jakiś czas ;). 

*  *  *