If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Trzy książki do poduszki, trzy książki dla dzieci i kilka innych lipcowych umilaczy

   Jak wygląda mój wymarzony lipcowy wieczór? Pół godziny bujania na hamaku i czytanie historii Eli i jej psa. A później, gdy trzeba będzie już wracać do domu i powoli myśleć o łóżku, talerz jeszcze ciepłych jagodzianek, szklanka mleka, świeża „zimna” pościel i chociaż kilka stron prawdziwej, poważniejszej literatury, gdy brzdącowi śnią się już bajkowe stwory.

   Lipcowe „umilacze” to idealna okazja do zrecenzowania kilku książek – dla dzieci i dla nas. Pozwólcie, że zacznę od tych dla dorosłych (tak aby nie zniechęcić Czytelniczek, które nie mogą już słuchać o dzieciach ;)), a między wierszami podzielę się z Wami wartymi uwagi linkami – idealną, „nie-sieciówkową” pościelą i ulubionymi białymi sukienkami dla mnie i dla małej. Ach, no i dwoma sprawdzonymi przepisami na jagodzianki!

1. „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuval Harari.

    W maju polecałam Wam książkę „21 lekcji na XXI wiek” Yuvala Harariego – traktującą o wyzwaniach współczesności w kontekście historycznych doświadczeń ludzkości. W praktyce mówiąc językiem filmowym, niczym George Lucas z Gwiezdnymi Wojnami, zaczęłam od końca – bo ta pozycja to ostatnia z trzech głośnych książek tego autora. Od razu się usprawiedliwię – kolejność ich czytania nie ma żadnego znaczenia. „Sapiens. Od Zwierząt do Bogów” różni się od „21 lekcji” tym, że jest to książka historyczna, opowiadająca o rozwoju ludzkości od czasu pojawienia się gatunku Homo Sapiens na ziemi do czasów dzisiejszych (i według mnie jest chyba lepsza niż tytuł, który polecałam Wam ostatnio). Na tym różnice się kończą. „Sapiens”, podobnie jak „21 lekcji” czyta się jednym tchem, hipotezy autora są pociągające, choć często obrazoburcze (ale sprawiedliwe, bo Harari w równym stopniu dezawuuje religie, systemy gospodarcze czy liberalne dogmaty). Tutaj muszę zrobić pewne zastrzeżenie – pozycję tę należy traktować jako zachętę do otwartego myślenia, stawiania mądrych pytań i zbiór bardzo ciekawych, ale ciągle hipotez. Wiele zaproponowanych przez Harariego rozwiązań problemów historycznych budzi kontrowersje wśród jego kolegów historyków, antropologów czy kulturoznawców, choć wszystkie opierają się na uznanej bibliografii czy badaniach archeologicznych. Sam autor zresztą zastrzega wielokrotnie w tekście, że przy skąpych materiałach źródłowych, na przykład dotyczących czasów przed starożytnych, skazani jesteśmy na spekulacje i snucie domysłów.

2. "Wyzwanie Stoika" William B.Irvine.

   Kontynuując klimat filozoficznych rozważań proponuję – z kolejną książką – skierować uwagę na nas samych. Filozofia to nie tylko rozważania teoretyczne o pochodzeniu i przyszłości ludzkości, ale także źródło całkiem praktycznych rozwiązań codziennych problemów. Nie przepadam za książkami „samodoskonalącymi” więc z początku byłam sceptyczna, ale ta pozycja nie jest typowym coach-owo-motywującym laniem wody. Myślę, że będziecie nią bardzo mile zaskoczone. Wyzwanie Stoika Williama Irvine’a to poradnik radzenia sobie z codziennymi przeciwnościami, a w zasadzie z będącą ich efektem złością. Wszystko to za pomocą metod opracowanych w starożytności m.in. przez Senekę, Marka Aureliusza czy Chryzypa – czyli współtwórców ruchu filozoficznego znanego pod nazwą Stoicyzmu. Ich przemyślenia, połączone z osiągnięciami nowoczesnej psychologii, składają się razem na spójną i łatwą do wprowadzenia (przynajmniej w założeniu) metodę radzenia sobie z własnym gniewem, złością i smutkiem. Książka tą polecam wszystkim tym, którzy po uderzeniu małym palcem w mebel nie mogą się powstrzymać i muszą mu „oddać”, potrafią zwyzywać w samotności kierownictwo sieci komórkowej po piątym przerwanym połączeniu, a przejazd samochodem przez miasto łączą zawsze z tyradami przekleństw na innych kierowców.  Trochę jednak infantylizuję, bo ta książka w żadnym wypadku nie sprawia wrażenia trywialnej. Profesor Irvine w wyjątkowy sposób łączy naukę z prawdziwym życiem, a książkę czyta się jednym tchem. 

„Musisz ją przeczytać! I musi ją przeczytać Twój brat! I tata! W ogóle wszyscy powinni ją przeczytać” ta wypowiedź to wyjątkowo wyczerpująca recenzja mojej bratowej na temat książki "Wyzwanie Stoika", którą zafundowała mi, gdy zapytałam ją o opinię na jej temat, i z którą (już po wykonaniu rozkazu Ani) jak najbardziej się zgadzam. A tak na poważnie – to krzepiąca, mądra i wciągająca pozycja, którą gorąco polecam. (muszę tu wspomnieć o perfekcyjnie wykonanej pracy edytorskiej – oczywiście, że najważniejszą robotę zawsze wykonuje autor, ale format tej książki, czcionka, jej rozmiar, rozplanowanie na stronie jeszcze bardziej uprzyjemniło mi tę lekturę).  

3. „Historia piękna” Umberto Eco.

   Obie powyższe książki czyta się łatwo i szybko. Ale czy łatwość czytania musi być warunkiem dobrej lektury? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, warto sięgnąć po „Historię Piękna” Umberto Eco. Autora nie muszę chyba przedstawiać. Włoski filozof i pisarz, autor światowego bestselleru „Imię Róży” (kto nie czytał ten gapa) ma na swoim koncie kilkadziesiąt prac naukowych i esejów. Jednym z nich jest „Historia Piękna” – książka o encyklopedycznym charakterze, w szczegółowy, ale jednocześnie finezyjny sposób odnosząca się do rozwoju zmian idei piękna, ilustrowana setkami grafik, obrazów i fotografii. Według mnie, pozycja obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się – w profesjonalnym tego słowa znaczeniu – estetyką, a więc fotografią, modą czy makijażem. Nie jest to książka w typie powieści. Jej encyklopedyczno – podręcznikowy charakter przekłada się na konieczność skupienia umysłu podczas lektury. Nierzadko trzeba będzie cofnąć się o kilka stron by spojrzeć na wspomniany szczegół na grafice, czy przeczytać jeszcze raz przywołany później fragment, by przemyśleć go w innym, nowym kontekście. Eco piszę jednak o sztuce tak, że nawet laik bez problemu wyłapie wnioski autora. Tę książkę „podczytuję” sobie od kilku miesięcy, bo nie jest to pozycja „na raz”. Lubię mieć do niej odpowiedni nastrój i czysty umysł, aby móc analizować każdą myśl i bez pośpiechu przyglądać się dziełom wielkich twórców. 

"Historia piękna" Umberto Eco na ulubionej lnianej pościeli. 

   Polecane przeze mnie dzisiaj książki dla dzieci to bardzo subiektywny wybór. I bardzo niestabilny, bo właściwie z tygodnia na tydzień jedne wypadają z podium, a inne z impetem zajmują pierwszą pozycję. Pozwólcie więc, że z czasem będziemy aktualizować nasze wybory.

1. „Moja babcia, mój dziadek” Małgorzata Swędrowska, Joanna Bartosik.

   O książkach dla dzieci mogłabym gadać i gadać. Chętnie opowiedziałabym Wam o tym, jakie książeczki ja kochałam, gdy byłam dzieckiem i jak bardzo się cieszę, że moja mama, szepcąc przed laty pod nosem „może będzie kiedyś dla Twoich dzieci” przetrzymała jednak tę „Martynkę i Przyjaciół” pod łóżkiem. Albo o tym, dlaczego stare baśnie nie raz sprawdziłyby się w nowym świecie lepiej niż większość kreskówek na dziecięcych kanałach.  Nie będę jednak zanudzać Was moimi refleksjami (błagam! Napiszcie w komentarzach, że jednak byście chciały!) i spróbuję ograniczyć się do kilku zdań polecenia książeczki „Moja babcia, mój dziadek” od bardzo fajnego wydawnictwa Wytwórnia. Ostrzegam, że książeczka w nas – dorosłych – może wywołać nieopanowaną lawinę wzruszenia i łez, ale dla naszych dzieci będzie po prostu pięknie wydaną, mądrą opowieścią tłumaczącą reguły tego świata. 

2. Książeczki Erica Carle'a.

   Fakt, że książeczki Erica Carle'a, słynnego amerykańskiego grafika i pisarza, posiadam w języku angielskim nie jest bynajmniej efektem mojego snobizmu – dostałam je po prostu od kuzyna, który na stałe mieszka w Anglii. Dobrze się jednak złożyło, bo wspólne czytanie było miłym i subtelnym wprowadzeniem do obycia z językiem. Większość mam pewnie świetnie kojarzy „Miś patrzy” i „Bardzo głodną gąsienicę” ale być może któraś z Was jednak te pozycje przeoczyła. Z jakiegoś powodu dzieci już od ponad pięćdziesięciu lat kochają efekt pracy tego zdolnego artysty. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić w czym tkwi ich magia. Być może chodzi o technikę, z której korzysta Carle tworząc ilustracje do książek. Bazą każdej grafiki są kawałki papieru, które następnie pokrywane są kolorowymi farbami akrylowymi. Dopiero później autor nadaje im kształty, wycinając przeróżne postaci, tworząc ciekawe kompozycje, często z efektami dźwiękowymi czy migającymi światełkami.

3. „Piłka Eli” Catarina Krussval.

   Książeczki Catariny Krussval to udany kompromis między tym, co lubi moja córeczka (psiaki), a tym, co lubię ja (piękne ilustracje). Polujemy jeszcze na „Wszystkie psy Eli” i coś czuję, że ta książeczka będzie strzałem w dziesiątkę. Wydawnictwo Zakamarki ma zresztą w swojej ofercie wiele pięknych tytułów, ale większość z nich jest jednak dla starszych dzieci. A może Wy polecicie mi coś wyjątkowego dla półtoraroczniaka?

Bawełniana sukienka z podszewką od polskiej marki Louisse. Świetnie się pierze i po wielu imprezach z jagodziankami nadal wygląda jak nowa… 

   "Umilacze" bez słowa o modzie byłyby czymś nietypowym, ale dziś będą (już zresztą tradycyjnie) bardziej o oporze wobec niej niż podążaniu za nią. Biel to zdecydowanie mój ulubiony kolor na lato. Po przejrzeniu zawartości mojej szafy widać wyraźnie, że to właśnie takie ubrania służą mi najdłużej (najstarsza biała sukienka, którą mam, liczy sobie siedem lat i w tym sezonie też była już noszona). Niektóre z Was często się dziwią jak mama małego dziecka może w takim kolorze funkcjonować, co mnie osobiście trochę dziwi, bo moje doświadczenie pokazuje mi, że to właśnie białe ubrania najłatwiej doprać. I nie jest to bynajmniej kryptoreklama jakiegoś proszku do prania. W przypadku plam na kolorowych rzeczach ich wybawianie jest po prostu znacznie trudniejsze. Trzeba jednak pamiętać o jednej rzeczy! Materiał ubrań musi być na tyle trwały, aby przetrzymać wysoką temperaturę w pralce, czy potraktowanie odplamiaczem. W dzisiejszym wpisie widzicie bawełnianą sukienkę (dwa lata temu mogłyście przyjrzeć się jej lepiej), koszulę nocną (bardzo podobną znajdziecie tutaj) i kreację mojej córeczki od polskiej marki Louisse (w sklepie znajdziecie również podobny model Rose z rękawkiem). 

Pościel wykonana ze stuprocentowego lnu, uszyta w Polsce. Marka Bebelin dopracowała swoje modele do perfekcji. W ofercie znajdziecie też pościele dla dzieci. 

   Skoro tytuł dzisiejszego wpisu brzmi „książki do poduszki” to naturalną scenerią do zdjęć była oczywiście moja sypialnia. A ponieważ niezależnie od objętości czy tematu artykułów, które tutaj publikuję, pierwszym pytaniem od Was jest zwykle „skąd jest pościel?” to dziś Was przechytrzę :). Kiedyś lubiłam pościele z IKEA, ale odkąd mój mąż zażyczył sobie kołdrę o długości 220 centymetrów (ja mam co prawda zaledwie nieco ponad metr sześćdziesiąt wzrostu ale on nieco więcej), to oferta tego szwedzkiego giganta już mi nie wystarczała. Pościele kupuję bardzo rzadko (na pewno nie częściej niż raz na kilka lat) i dlatego sporo uwagi przywiązuję do tego, aby dobrze trafić. Wolę pościele z troczkami, bez guzików, bo niestety słabo znoszą maglowanie, z odpowiednio dużą zakładką, najlepiej wykonane z lnu typu prewashed, który z czasem tylko zyskuje na szlachetności, no ale jednocześnie materiału musi być na tyle gruby, aby pościel nie prześwitywała i… właściwie tych cech idealnej pościeli mogłabym wymieniać bez końca. Nie dziwię się więc Wam, że z taką skrupulatnością pytacie o markę moich pościeli, bo trafić na idealną nie jest łatwo. Ja wyszukałam taką i taką (a tę z dzisiejszych zdjęć znajdziecie tutaj). 

I obiecane dwa przepisy na jagodzianki. Pierwszy, który wypisałam poniżej jest autorstwa Zosi oczywiście – z tego przepisu uzyskacie około osiem niedużych jagodzianek. Więcej zdjęć z realizacji przepisu znajdziecie tutaj. Jeśli jednak nie uznajecie jagodzianek bez kruszonki i lukru to spróbujcie tego przepisu od Tosi

Skład:

Przepis na ciasto:

400 g mąki

150 ml ciepłego mleka

30 g świeżych drożdży

50 ml oleju roślinnego

2 jajka

60 g cukru

80 g masła

farsz:

ok. 200 g świeżych jagód

5-6 łyżek twarogu

2-3 łyżki brązowego cukru

A oto jak to zrobić:

 Świeże drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku z łyżką cukru i 2 łyżkami mąki. Zaczyn odstawiamy w ciepłe miejsce pod przykryciem folii. Po 15 minutach powinien podrosnąć. Aby przygotować farsz: oczyszczone jagody łączymy z twarogiem i cukrem. Do oddzielnej miski przesiewamy pozostałą mąkę, cukier i jajka. Dodajemy wyrośnięty zaczyn i jednocześnie mieszamy. Następnie dodajmy rozpuszczone i ostudzone (nie gorące!) masło i wyrabiamy ciasto (wyrabiam mechanicznie za pomocą haka). Po kilku minutach wyrabiania ciasta dolewamy cienkim strumieniem olej i ponownie ugniatamy ciasto. W efekcie końcowym ciasto nie powinno kleić się do rąk. Gotowe ciasto umieszczamy do naczynia i przykrywamy lnianą serwetką. Pozostawiamy ciasto na ok. 1,5 godziny do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto ponownie zagniatamy i dzielimy na 6-9 części. Z jednej części formujemy kulkę, lekko spłaszczamy i umieszczamy na niej gotowy farsz. Formujemy podłużną bułeczkę i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku w 200 stopniach C przez 15-18 minut.

Komentarz: Aby ciasto szybciej rosło, naczynie z zaczynem umieszczam na płycie grzewczej i włączam mały palnik. Z farszem możemy kombinować, np. zamienić twaróg na ricottę, cukier zastąpić miodem, skorzystać z przypraw – kardamon, cynamon lub odrobinę otartej skórki cytrynowej.

Last Month

   Skłamałabym twierdząc, że w ostatnich tygodniach nic się u mnie nie działo, a czas mijał błogo i spokojnie. Po pięciu latach prowadzenia MLE Collection zdecydowałyśmy się w końcu na duży krok wprzód, i to w niepewnych czasach epidemii. Wszystkie przygotowania do "startu" pochłonęły sporo czasu i nerwów, ale jesteśmy już na ostatniej prostej. Nie będę też ukrywać, że duże emocje w mojej rodzinie budzą wybory – dysputom w ostatnich tygodniach nie ma końca i czuć w powietrzu mobilizację ;). A skoro już mowa o rodzinie – w czerwcu wrócił też do nas mój tata, który przez ostatnie miesiące był "uwięziony" w Brukseli – powitanie pochłonęło sporo chusteczek ;). Na zdjęciach zobaczycie jednak przede wszystkim moją codzienną rutynę w roli mamy – bo mimo wyzwań, zmian i dziwnych zdarzeń właściwe proporcje muszą być zachowane (a odpowiednia liczba kilogramów truskawek zjedzona ;)). 

W czerwcu sporo czasu poświęciłam swojej drugiej firmie – MLE Collection. Przez pandemię znacznie trudniej było mi realizować wszystkie promocyjne działania, tym bardziej, że do samego końca nie miałyśmy pewności czy dane produkty wejdą do sprzedaży. W końcu udało się zebrać wszystkie modele sukienek i wyruszyć w plener, wcześniej trzeba jednak było zaplanować scenografię i wszystko skrupulatnie zapakować. 
1. Wielkie przygotowania do sesji. // 2. Stadniny przy Pałacu Ciekocinko. // 3. Chwila przerwy na kawę. // 4. Wszystkie zdjęcia i więcej zbliżeń na nasze flagowe produkty znajdziecie w tym i tym wpisie. //

Sukienka Kalgoorlie raz jeszcze.Wieloletni staż u Zosi jak widać bardzo się przydaje :D. 
Takie zdjęcia to ja rozumiem!Tak zwane "klamoty". Widok z tylnego tarasu pałacu. Ale MLE czynne jest całą dobę! :)1. Poarnki po burzy. W ogrodzie pachnie mokrą trawą, w dłoni trzymam kubek gorącej kawy, a Portos właśnie zaczął kopać błotną dziurę przy mojej ukochanej dalii. // 2. W komplecie najweselej! mój ulubiony i najdyskretniejszy fotograf na świecie na drugim planie. // 3. Czasem warto nie wierzyć prognozom pogody – miała być burza, a jest pełna lampa. Na zdjęciach moje Orłowo. Piszę „moje” bo kiedyś przez chwilę tu mieszkałam, a kto raz pokocha to miejsce już zawsze wraca do niego, jak do domu. // 4. No to jazda! Domowe biuro równa się domowy plac zabaw. //Przy orłowskim molo. Czytałyście artykuł o wakacjach w czasie pandemii? Sama nie wiem dlaczego te teksty na blogu wychodzą mi takie obszerne – może nie lubię, gdy ciekawe tematy są traktowane po łebkach? W każdym razie, artykuły na blogu nie blakną po pierwszym akapicie, nie trzeba wykupywać do nich dostępu ani rocznych prenumerat – zapraszam więc wszystkich do czytania bez wyjątku. W artykule pojawia się też mini recenzja mąk bezglutenowych i przepis dla perfekcyjnej niedorajdy kulinarnej.1. Kasztanowa, migdałowa, jaglana… mąki do wyboru, do koloru. Wszystko znalezione w moim ulubionym sklepie ze zdrową żywnością – Jadłosferze.  // 2. Szukamy książeczek na popołudniowe czytanie. // 3. Sto dni czekania na dziadka – bardzo tęskniliśmy! // 4. Nasze typowe śniadanie w ostatnich dniach.  //

Nie musi być wykwitnie…

… byleby truskawek nie zabrakło!1. Pachnący jaśmin z ogrodu mojej mamy. // 2. Gdy wszyscy goście, współpracowniczki, kurierzy i nie wiadomo kto jeszcze zamkną za sobą drzwi i w końcu mogę zjeść tę ostatnią babeczkę kajmakową w spokoju. // 3. Wersja dla bobasa i wersja dla mamy.  // 4. Grunt, żeby bałagan był kolorystycznie uporządkowany :D. //Wszystkie książeczki przeczytane trzy razy, myszki położone do łóżeczek, szuflada z kosmetykami mamy "posprzątana". Co tu robić gdy pada? Jeśli z kolei Wy chciałybyście przeznaczyć pięć minut na coś konstruktywnego, to chciałabym Was zaprosić do udziału w badaniu „Uczucia w słowach”. Jeśli interesujecie się rozwojem osobistym i macie trochę czasu, aby zaangażować się w trening kompetencji emocjonalnych i pogłębienie naukowego rozumienia emocji, to myślę, że warto spróbować i dołączyć do badania. Autorką treningu jest Profesor Ewa Trzebińska, która stworzyła hasło „piękna emocja” i jest to hasło przewodnie tego projektu. Zachęcam Was, aby dołączyć do badania na komputerze/laptopie, a jeśli to niemożliwe to możecie je zrobić również na telefonie (pamiętajcie o możliwości obrócenia ekranu).

"Telefonistka" autorstwa Berg Gretchen to coś w rodzaju kobiecego kryminału. Akcja tej książki toczy się w latach pięćdziesiątych w małym amerykańskim miasteczku. Bohaterka powieści zatrudniona jest w centrali telefonicznej i pomimo zakazu, z ciekawości często podsłuchuje rozmowy. Pewnego dnia podsłuchała plotkę, która dotyczy jej rodziny i za wszelką cenę próbuje zweryfikować szokujące informacje. Jak to jednak bywa w niewielkich miasteczkach – jedna tajemnica ciągnie za sobą kolejną. Takie czekanie na słońce nie jest najgorsze…Hmm… kiciusia Portos jest w stanie wypatrzeć z trzystu metrów, ale akurat tego jegomościa zupełnie nie zauważał. Czy ktoś tu czuje zapach tchórza? ;) Takie widoki w naszej okolicy nie są rzadkością. Mieszkamy blisko lasu i często zdarza się, że otwierając rankiem drzwi na zewnątrz kamienicy prawie mijamy się z dzikiem (czasem stoi tak, jakby chciał powiedzieć, że domofon nie działa i dlatego czeka pod drzwiami, aż jakiś miły sąsiad go wpuści). Niemniej jednak ostrożności nigdy za wiele – w takiej sytuacji powolutku się wycofujemy. Po raz kolejny odwiedziłam showroom Iconic Design w Gdańsku. I tym razem wcale nie chodziło o kanapę :). W ciągu najbliższych dni będę mieć dla Was naprawdę dużą niespodziankę i aż przebieram nogami, aby móc Wam o niej opowiedzieć.1. Poproszę o spakowanie tego pokoju i wysłanie na mój adres! // 2. O kostium pytało wiele z Was – to model od Kornelii Rataj. // 3. Praca na świeżym powietrzu i mój mały pomocnik. // 4. Wiele z Was zasypało mnie wiadomościami o tym jak dbam o włosy przy małym dziecku oraz jak podcinam grzywkę. Jeśli przeoczyłyście ten wątek to na moim Instagramie znajdziecie go w zapisanych relacjach. //Kiedy jest 28 stopni, a ty nadal jesteś blada jak ściana. 

Najpiękniejsze bukiety tylko w Narcyzie!

No i znów mamy niebieskie niebo! Korty w Gdyni to idealne miejsce dla "rekreacyjnych tenisistów" ;). Jak dobrze widzieć tę dwójkę razem! Przez pandemię moi rodzice zostali rozdzieleni na rekordowo długi czas. Mama na cztery dni przed zamknięciem granic wróciła do Polski, tata niestety już nie zdążył. Ale podobno nie ma tego złego – nadrabiamy stracony czas.
1. Gdy po dwunastu latach ktoś nadal daje "kwiaty bez okazji". // 2. Rzucam torbę i biegnę do wody! // 3. Porządki w szafie. Jak się pewnie domyślacie, te buty zostają ze mną! // 4. Na miły sen.  //

W ostatnim "Look'u" pokazywałam Wam wersję bez rękawów, natomiast ta sukienka sprawdzi się w chłodniejsze dni – piękny dekolt, obniżona linia ramion i pasek podkreślający talię. Ten model pochodzi ze sklepu Nudyess.

Bo dobrego nigdy za wiele! Bezglutenowe płatki owsiane to u mnie produkt pierwszej potrzeby. Znajdziecie je w Jadłosferze. Te perfumy w niczym nie odstępują tym najznakomitszym. Polska marka BOHOBOCO wypuściła kolekcję ośmiu niszowych zapachów unisex i od razu odniosła gigantyczny sukces – doczekała się nawet nominacji w prestiżowym konkursie The Fragrance Foundation UK Awards, określanym "Oskarami" branży perfum. Ja zakochałam się w dwóch zapachach: Vanilla Black Pepper oraz Olibanum Gardenia. Na koniec dodam tylko, że butelki są prawdziwą ozdobą łazienkowego blatu. Tłoczno w lokalach wyborczych (i to było super!) i na ulicach (z tym trochę gorzej), ale tubylcy mają swoje sposoby, aby cieszyć się Tym miastem nawet w sezonie – na słynne Molo lepiej wybrać się wieczorem.Takie upominki od mojej kochanej babci! Zabieram trochę tej łąki do domu.

Moja para rzezimieszków…
Czekamy na zachód w Jastrzębiej…

I kojący widok na koniec dzisiejszej relacji. Niech lipiec będzie jeszcze piękniejszy!

*  *  *

Jak epidemia zmieni nasze wakacje i czy aby na pewno na gorsze?

   Lato do niedawna oznaczało po prostu czas beztroskiego wypoczynku. Czas plaży, kąpieli, festiwali, zwiedzania wielkich miast, cudownych spotkań i ogólnie pojętej sielanki. O czymkolwiek nie pomyślicie w kontekście wakacji, w tym roku będzie to inne. Z reguły trudniejsze, czasem wręcz niemożliwe, na pierwszy rzut oka wydaje nam się, że po prostu gorsze.

    Miałyśmy przecież swoje plany, często kupione bilety, wycieczki, hotele. Wszystko jak zawsze zaplanowane „na tip top” – wciśnięte w wydarte siłą dni urlopu lub inne życiowe obowiązki. Coś jednak nagle zdemolowało nasz harmonogram i nakazało się zatrzymać. Ciężko zaprzeczyć, że wakacje ostatnich lat, czy to w formie całotygodniowych „turnusów”, czy kilkudniowego wypadu kojarzyły się nie tylko z wypoczynkiem, ale także wszechobecnym pędem. Pędem zamykaliśmy zaległe tematy na dzień przed wyjazdem. Pędem jechaliśmy na lotnisko czy dworzec. Pędem się przesiadaliśmy. Próbowaliśmy (z reguły bezskutecznie) pędem zaliczyć wszystko co się da, bo czasu jest mało, a za kilka dni trzeba wracać do codziennego… pędu. Na koniec po powrocie wpadamy w pęd pracy – trzeba odrobić zaległości, spiętrzone spotkania, ogarnąć odłożone na później sprawy osobiste. Ale dlaczego miałoby być inaczej skoro świat stoi przed nami otworem – jak z tego nie korzystać?

   Koronawirus i wywołana nim pandemia to straszna rzecz. A jednak, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przez wszechobecne obostrzenia łatwiej dostrzegamy istotę prawdziwych wakacji (a może nawet istotę szczęścia?). Choć na każdym kroku mówią nam, że musimy utrzymać dystans, to te wakacje sponsorować będzie słowo "bliżej". Bliżej siebie, bliżej natury, bliżej domu, bliżej najprostszych, zwykłych rzeczy. Wiem, brzmię trochę jak Amelia zachwalająca uczucie nurkowania palcami w koszach wypełnionych bakaliami na paryskim targu. A jednak jestem pewna, że wiecie o czym mówię.

1. Mikroturystyka.  

   Można by rzec, że wakacje w czasie epidemii wpisały się trochę w zmiany, które zachodziły w nas już od pewnego czasu. Aby zrozumieć to, jak bardzo nasze wyobrażenie o idealnym wypoczynku zmieniło się w ostatnich latach, wystarczy zerknąć do szklanej kuli zwanej Instagramem. Kiedyś synonimem luksusu był przepych, dziś są nim proste przyjemności. Nie lot prywatnym jetem czy lans po Monaco w cabrio zdobędzie teraz najwięcej lajków (chociaż, szczerze mówiąc, takie rzeczy nigdy nie wzbudzały we mnie jakiejś szczególnej ekscytacji). Tęsknimy (a tym samym częściej lajkujemy) za piknikiem na świeżym powietrzu, pustym kawałkiem plaży, spacerami po polnej drodze wieczorową porą, hamakiem, spotkaniami bez zadęcia. Chcemy odpoczywać jak na obrazach Podkowińskiego, a nie jak Kim Kardashian na Ibizie. A w tym, o dziwo, pandemia może nam nawet pomóc. Albo raczej zmotywować do zmian, których wcześniej nie chciało nam się podjąć.

    Gdy atakują mnie zewsząd informacje o nowych ograniczeniach i zaczyna mi się wydawać, że na tegorocznych wakacjach można już postawić krzyżyk, to staram się szybko przywołać wspomnienia z mojego dzieciństwa. Pamiętam przede wszystkim długie tygodnie spędzone na Kaszubach w okolicach Sulęczyna, obozy tenisowe w Rypinie, zjeżdżanie na pupie z wydm w Łebie, wycieczki do oliwskiego ZOO i oczywiście jezioro w Łączynie, gdzie codziennie rano zaglądały nam do okien owce (ku przerażeniu naszego owczarka niemieckiego, który o ironio panicznie się ich bał). Po co tak się na ten temat rozpisuję? Bo najdalsze z tych miejsc oddalone jest od Sopotu o dwie godziny drogi. Chociaż od dawna chciałam do nich wrócić, to dopiero z powodu koronawirusa (i powiedzmy sobie szczerze – brakiem alternatyw) zaplanowałam w końcu mikro-podróże.

   Bez względu na to, jaki jest nasz stosunek do pandemii, odwrót od masowej turystyki w kierunku bardziej spokojnych i indywidualnych form spędzania wolnego czasu jest oczywisty. Oznacza on wiele ograniczeń i  jednocześnie zmusza do odkrywania tego co niedaleko. Nie trudno dojść dziś do wniosku, że mikroturystykę czeka odrodzenie jakiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Nie wierzycie? Przyjrzyjmy się zatem liczbom. Po odwołaniu kwarantanny popyt na działki wzrósł trzykrotnie (według firmy HRE Investments). Działkowanie, które do niedawna uznawane było za szczyt obciachu, stało się marzeniem numer jeden ludzi po trzydziestce. Według badania przeprowadzonego przez Noclegowo.pl (na zlecenie TVN24) aż o 1900 procent w porównaniu z ubiegłym rokiem wzrosło zainteresowanie wynajęciem domów na wyłączność. O 240 procent wzrosło zainteresowanie agroturystyką, a o 380 procent domków letniskowych. Wiemy też, że przebojem tego lata będą przyczepy kempingowe i kampery, chociaż należy chyba powiedzieć, że  b y ł y  przebojem, bo wynajęcie jakiegoś na wakacyjny termin graniczy z cudem. Chorwacja zaczęła odmrażanie turystyki właśnie od kempingów, wychodząc z założenia, że świeże powietrze i duże odległości pomiędzy przebywającymi na kempingu osobami, to dobre zabezpieczenie przed wirusem. Jak będzie na Półwyspie Helskim? To się dopiero okaże, gdy spłyną statystyki z pierwszego długiego weekendu. Oprócz namiotów i wspomnianych kempingów, hasła przewodnie tych wakacji to żagle, mazurskie wsie, góry (ale nie przepełnione Tatry), słowem wszystko to, co dalekie od ciasnych miast i od tłoku w ogóle.

    Ale wracając do wakacji w okolicy – warto sięgnąć po relikt z zamierzchłych czasów czyli mapę i zakreślić promień dwustu kilometrów wokół miejsca, w którym mieszkamy. Czy aby na pewno zobaczyliśmy już wszystko w naszym regionie? Odkryliśmy najfajniejsze ścieżki rowerowe? Gospodarstwa w duchu „slow”? Parki? Plaże? Jeziora? A może wciąż odkładamy zaproszenie znajomych do ich domku letniskowego? Naprawdę można być u siebie i na wakacjach jednocześnie, ale jeśli musicie ruszyć się gdzieś dalej, to w moich okolicach polecam przede wszystkim dwa miejsca. Pierwsze to Pałac Ciekocinko – byłam tam już parę razy i zawsze z dużym uznaniem patrzę na dbałość o szczegóły i spójność całej architektury. Poczytajcie koniecznie więcej o tym miejscu (jeśli chcecie dokonać rezerwacji to najlepiej po prostu zadzwonić). Drugie to Willa Wincent w Gdyni. Wiele razy pytałyście mnie o hotel w Trójmieście, który byłby godny polecenia i ten na pewno taki jest. Rzut beretem od hotelu znajdują się gdyńskie korty tenisowe, a parę kroków dalej plaża. No i można tam przyjechać z psiakiem.

2. Kulinarna szkoła niemarnowania i wydajności.

   Wzrosło zainteresowanie działkami, ale prawdziwym sprzedażowym hitem czasu zarazy są… piecyki do domowego wypieku chleba. Po zabezpieczeniu rocznych zapasów papieru toaletowego najwyraźniej uznaliśmy, że istnienie piekarni jest podobnie zagrożone jak fabryk środków higienicznych i rzuciliśmy się do produkcji pieczywa.  Ja akurat chlebów nie piekę, ale czas epidemii bardzo wpłynął na moją kuchnię. Gotuję więcej i prościej. I też rozkochuję się w węglowodanowych przysmakach z przeszłości. Była już faza na tarty (za tą fazą mój mąż bardzo tęskni), placki ziemniaczane (za tą z kolei tęsknie ja), makarony przyrządzane na milion sposobów, racuchy z jabłkami (kiedyś myślałam, że nie można się nimi przejeść… i miałam rację), naleśniki i kopytka.

   A teraz powrót na ziemię – wiele z Was często zwraca mi uwagę, że przepisy które prezentuję na blogu nie są elementem mojego codziennego jadłospisu, bo to przede wszystkim ciasta – pyszne co prawda, ale na śniadanie się nie nadają, placków ziemniaczanych też nie jadam codziennie (niestety). No cóż, zawsze chcę Wam pokazać tutaj coś „ekstra”, a nie coś, co każda z Was zrobi w dwie minuty bez żadnej instrukcji – Czytelniczki pewnie wyśmiałyby takie potrawy. Ale skoro mówimy w tym wpisie o codziennej diecie i „zwykłym wakacyjnym życiu” to głupio byłoby chwalić się przepisem na truskawkowy tort z Prosseco. Pokażę więc Wam nasze przykładowe wakacyjne śniadanie, które modyfikuję w zależności od dostępnych produktów. Podstawą takiego śniadania są moje ukochane (i bezsprzecznie najlepsze) bezglutenowe płatki owsiane. Akurat za granolami nie przepadam, bo niektóre składniki czasem gryzą się z owocami, które akurat mam pod ręką. 

  Składniki na proste śniadanie dla naszej trójki.

Do wyboru:

jogurt naturalny, maślanka, a dla łakomczuchów gęsta śmietana.

Świeże, sezonowe owoce do wyboru:

truskawki, jagody, borówki (jeśli podajemy dzieciom do 5 roku życia muszą być przekrojone, maliny, morele.

 Bezglutenowe płatki owsiane (polecam te, bo są miękkie i łatwe do pogryzienia dla malucha).

 Dodatki dla dorosłych do wyboru:

płatki migdałów, orzechy pekan, płatki kokosowe, miód, syrop klonowy.      

   Gotowanie w domu i powrót do klasyki polskich wypieków i produktów zbożowych to na pewno fajna przygoda, ale za łakomstwem w czasach zarazy kryje się niemałe zagrożenie. W pierwszych dniach zakupowej paniki wiele z nas kupowało mąkę i cukier biorąc pod uwagę w zasadzie nieograniczony czas przechowywania tych produktów. Widząc zalegające zgrzewki mąki siłą rzeczy do głowy przychodziły zapomniane przepisy na wypieki, ciasta i właśnie domowy chleb. Podobno powstał nawet „czarny rynek zakwasu” (z powodu braku drożdży w sklepach ludzie zaczęli handlować domowym zakwasem). Natknęłam się nawet na angielski artykuł pod tytułem „co możesz zrobić z tego całego chleba, który upiekłaś”, gdzie znajdziemy nawet sposób na ulepienie z niego karmnika dla ptaków. Oczywiście, piszę to z lekkim przekąsem (może dlatego, że sama chleba nigdy nie upiekłam), ale tak naprawdę temat marnowania jedzenia nie powoduje uśmiechu na mojej twarzy.

    Czuję się więc nieco w obowiązku aby wspomnieć tu słowem o tym, co było bardzo widoczne na początku epidemii – o kupowaniu nadmiaru jedzenia. Marnowanie jedzenia powoduje aż 8% globalnej emisji gazów cieplarnianych, które, jak już powszechnie wiadomo, mają fatalny wpływ na planetę. Nie będę już wspominać o moralnych rozterkach, które pojawiają się na myśl o dzieciach, które tego jedzenia po prostu nie mają. Każdego dnia można marnować mniej jedzenia robiąc rozsądne zakupy, ale teraz pojawiają się jeszcze inne możliwości. Jeśli zdarza Wam się jeść na mieście, albo przechodzić codziennie koło piekarni, to koniecznie zainstalujcie w telefonie aplikacje Too Good To Go, która łączy wszystkich pogromców marnowania jedzenia i daje użytkownikom możliwość kupowania posiłków, które inaczej wylądowałoby w koszu. Aplikacja zrzesza naprawdę sporo znanych lokali (chociażby Starbucks) i nawet w Trójmieście znajdziecie spory wybór. Wystarczy przez aplikację znaleźć piekarnię czy restaurację w pobliżu i złożyć zamówienie, a następnie odebrać posiłek. Dodam jeszcze na koniec (chociaż być może to najważniejsza informacja), że zamówione mogą być nawet trzykrotnie tańsze.

Bardzo często pytacie mnie o to, która z mąk bezglutenowych jest najlepsza. Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Różne rodzaje mąk sprawdzą się przy różnych przepisach (czasem trzeba wymieszać kilka, aby uzyskać odpowiedni efekt). Na zdjęciu widzicie wszystkie moje ulubione mąki bezglutenowe (i płatki owsiane): płatki owsiane bezglutenowe (idealne na śniadanie, ale z masłem i cukrem nadadzą się również jako spody do ciast na surowo), mąka migdałowa (jest dosyć lepka z natury, więc dobrze zwiąże składniki na kruche ciasto, musi być jednak wymieszana np. z mąką owsianą lub kukurydzianą, nada się również na ciasteczka), mąka kukurydziana (polecana jest do wypieku naleśników, ciast, babeczek, chleba, placków, wafli; doskonale nadaje się również do panierowania, na tortille oraz jako dodatek do placków ziemniaczanych, deserów i puddingów; służy jako zagęszczacz do zup i sosów), mąka kasztanowa (polecana do mieszanek z innymi mąkami; nadaje potrawom wyjątkowy smak; polecana do wypieku chleba, ciast, naleśników), mąka gryczana (ma podobne właściwości jak mąka pszenna, ale niestety, nie dorównuje jej smakiem; dobrze traktować ją jako dodatek do innych mąk) i ta najbardziej po prawej stronie – mąka owsiana bezglutenowa (to moja ulubiona mąka bezglutenowa, bo jej smak jest bardzo zbliżony do mąki pszennej). Wszystkie te mąki pochodzą z mojego ulubionego sklepu ze zdrową żywnością – Jadłosfera (jeśli będziecie robić tutaj zakupy to koniecznie kupcie jeszcze to i to).

3. Przez pandemię do kultury.

   Ciężko będzie obronić tezę, że koronawirus ułatwił nam dostęp do kultury, z której większość z nas korzystała właśnie w trakcie wakacyjnych podróży. Znajduję tu jednak pewien pozytywny prognostyk na przyszłość.  Podobno istnieje zasada, że jeśli chcesz aby Polak w końcu coś zrobił, to po prostu zabroń mu tego. I trochę tak jest w przypadku kultury. Gdy okazało się, że kina, teatry, biblioteki i muzea są zamknięte nagle przypomnieliśmy sobie, że takie miejsca w ogóle istnieją. Tak przynajmniej można wnioskować po opiniach niektórych osób narzekających na antywirusowe obostrzenia. Jeśli mamy czegoś w bród z reguły nie jesteśmy tym zbytnio zainteresowani. Niestety, moja teoria i własne doświadczenia nie idą w parze ze statystykami.

   Rzut oka na wyniki wyszukiwań w Google pokazują, że pandemia głód kultury wywołała pozorny. Owszem, w ostatni tydzień marca (czas największych obostrzeń i de facto zakazu wychodzenia z domu bez powodu) wzrosła częstotliwość wyszukiwań frazy „teatr online”, ale nadal była ona 10 razy mniejsza niż w przypadku frazy „przepis na chleb”.  Nie poddaję się jednak. W uszach wciąż brzmią mi słowa teściowej o tym, z jakim namaszczeniem traktowała album z dziełami Picassa, który udało się przemycić zza Żelaznej Kurtyny. Wiem też jak zareagowałam, gdy jedna z Czytelniczek podesłała mi (w czasie najbardziej restrykcyjnej kwarantanny) link do „Spaceru po Rzymie śladem dzieł Gian Lorenza Berniniego” od Fundacji Niezła Sztuka. W czasach przed koronawirusem pewnie nie zwróciłabym na to uwagi. Dziś z kolei obejrzałam zdjęcia i przeczytałam ten artykuł z zainteresowaniem i poczuciem wielkiej nostalgii. Może dlatego, że Rzym wydaje się dziś tak odległy? Jedno jest pewne – gdy tam wrócę, obejrzę wszystkie te rzeźby z największym pietyzmem.

moja sukienka – Nago // czapeczka małej – Little Vintage // sukienka małej –  Sophie Kids // sweterek małej – Finkewear // Wszystkie wymienione marki są Polskie!

4. Rodzinnie jak nigdy.

   Jak już wcześniej wspomniałam, najlepszym sposobem na przekonanie się, jak zmienia się nasze życie, jest śledzenie zmian w sprzedaży poszczególnych produktów codziennego i niecodziennego użytku. Od początku kwietnia, jeśli wierzyć doniesieniom medialnym, hitem są wszelkiego rodzaju place zabaw do samodzielnego montażu, zjeżdżalnie wodne, baseniki – jednym słowem wszystko to, co możemy postawić w ogródku czy na działce letniskowej, by zrekompensować naszym dzieciom zamknięte place zabaw, aquaparki i centra rozrywki. Hitem są także planszówki. Eksperci z branży przewidują, że w wakacje ten trend jeszcze przyspieszy. W wielu firmach nadal obowiązywać będzie praca z domu, umożliwiająca podróżowanie po Polsce bez konieczności brania urlopu. Nikt nie zabroni nam więc wklepywania tabelek w excelu nad jeziorem, albo w bieszczadzkim schronisku (no dobra, w tym drugim przypadku konieczny może być satelitarny Internet). To wszystko w połączeniu z zamkniętymi szkołami może sprawić, że będzie to okres bezprecedensowego zbliżenia się rodziców i dzieci. Oczywiście, to zbliżenie może mieć różny charakter – od awantur sprowokowanych kolejnym dniem męczenia się ze zdalną nauką, po piękne, beztroskie chwile powrotu do tego, co ważne – tu i teraz, my i nasze dzieci. Bez dalekosiężnych planów, dorosłych ambicji, ciągłej gonitwy. Jazda na rowerze, łapanie żab, nauka smażenia kiełbasek nad ogniskiem, podchody, czytanie książek, oglądanie natury w wersji mikro (konik polny na kolanie) i makro (krowa goniąca Portosa), pokazanie czym się różni szczaw zajęczy od zwykłego i jak ugotować z nich pyszną zupę. Mając na uwadze, że niestety dla wielu dzieci więcej czasu z rodzicami to tylko więcej cierpienia i fizycznego bólu, róbmy wszystko, żeby dla naszych dzieci pandemia była strasznym z nazwy, ale w rzeczywistości miłym wspomnieniem z dzieciństwa. 

   Jestem zresztą przekonana, że tak właśnie będzie. Że gdy za kilkanaście lat, siedząc na kanapie, z kieliszkiem wina i dwoma (albo trzema) spanielami przy nogach, powiem do męża: a pamiętasz te wakacje w czasie pandemii? Były wyjątkowe, prawda? 

*  *  *