Last Month

   Sprawy wagi lekkiej i ciężkiej. Dnia codziennego i te całkiem zaskakujące. Odległe, dotyczące nieznanych mi osób i bliskie – ze mną w roli głównej. Ostatnie tygodnie dla wielu z nas były trudniejsze, bardziej wymagające. Tęsknimy za przejmowaniem się błahymi problemami, a jednocześnie przepełnia nas wdzięczność, że mimo ogólnonarodowej nerwowości chodzimy spać bez strachu. I na tym ostatnim dziś się koncentruję, gdy chcę poczuć się lepiej. Na wdzięczności – za każdą drobną rzecz, za każdą normalność i za każdy dzień.

    W dzisiejszej fotograficznej retrospekcji zobaczycie powolne wychodzenie z paraliżu, oczekiwanie na wiosnę i trochę moich zawodowych sprawunków, bo do nadrobienia miałam (i mam nadal!) naprawdę sporo. 

Pewnego mglistego dnia w Sopocie. To ogród przed słynnym Sofitel Grand Hotel. Gdybym nie była mieszkanką Trójmiasta, chętnie zamieszkałabym tu na weekend!1.Który to już dzień wojny? // 2. Magiczne miejsca warto odwiedzać o każdej porze roku.  // 3. Marcowe spacery po plaży. // 4. Paleta kolorów moich okolic. Na sweter też się nada! // Gdy bardzo chcesz dostać angaż w filmie o kobiecej wersji agenta na miarę Roberta Redforda (i upchnąć tam jeszcze swojego psa). 
Gdybyście nie mieli pomysłu na Wielkanoc i chcielibyście spędzić ją w Trójmieście to zapraszam tutaj1. Miałam w tym miesiącu odwiedzić Francję wraz z innymi przyjaciółmi marki CHANEL, ale postanowiłam jeszcze trochę wstrzymać się z pierwszym wyjazdem bez dzieci. Śledziłam więc relacje Agaty Tanter – mojej koleżanki – która doglądała procesu produkcji nowej serii tej marki. // 2. Król nadchodzącej kolekcji Chanel Haute Couture – nieśmiertelny tweed. Tym razem jako element zdobiący zaproszenie na pokaz. // 3. On: "I jak Kochanie? Dzieci dały Ci dziś popracować?" // 4. A showroom powoli przenosi się do… Sopotu! // Poszukiwania idealnego miejsca na kalendarz, który nie jest do końca zwykłym kalendarzem…A tu już po rozpakowaniu… Prawda, że reprodukcja obrazu Agnieszki Rowińskiej świetnie pasuje do trzeciego miesiąca tego roku? Kalendarz urodzinowy MNIMI ma w zamyśle służyć Tobie latami. Nie jest datowany a zatem możesz zacząć zapisywać go w dowolnym momencie roku i swojego życia. Kalendarz urodzinowy MNIMI nie odlicza nam lat, jedynie gromadzi wzruszenia i nowe radości. Daty raz wpisane pozostaną ze mną na kolejne lata. Kalendarz składa się z czternastu kart: dwunastu kart miesięcy i dwóch kart okładki. Wydrukowany został na eleganckim, matowym papierze. Dla tych, którzy nie lubią masówki. Na hasło MLE15 otrzymacie 15% rabatu na ten alendarz. Rabat będzie działał od 30.03.2022 do 5.04.2022 czyli przez tydzień.

1. Beżowy melanż to nie taka prosta sprawa. Aby swetry były gotowe na październik już teraz trzeba zamówić konkretną ich liczbę. // 2. "Mamo, zrobiłam tak, że jest lepiej." // 3. To po pandemii ma się jeszcze koleżanki?! ;) // 4. A może jednak szary? //Ten Dzień Kobiet był inny niż wszystkie. Zamiast czekać na kwiaty od mężczyzn kupiłyśmy innym kobietom to, czego potrzebują – podpaski, tampony i pieluchy, a potem zaniosłyśmy do Gdańskiego Centrum Pomocy Ukrainie. 1.Tego dnia bardziej harder niż easier. // 2 i 3. Gotowe do zasadzenia w moim ogrodzie. W gdyńskim Narcyzie kupicie wszystko, czego potrzeba do ogrodu. // 4. Pomoc musi być stała i wieloetapowa. Najlepiej zaimplementować ją w naszej codzienności. Pomagać przy okazji i prawie bezwiednie. Kupując ulubiony magazyn, wybierając biżuterię dla żony, wracając z zakupów spożywczych. Dziś możemy się dzielić wcale nie płacąc więcej. W marcu można to było zrobić na przykład kupując elektroniczne wydanie polskiej edycji Vogue. // Gdy łapiesz się za głowę w poniedziałkowy poranek. (Portos, a co Ty właściwie robisz na kanapie?)
1. Dwa najlepsze prezenty pod słońcem. // 2. Niby to tylko makaron z pesto, a jednak tajemnicze składniki robią swoje. // 3. To już ostatni dzień aby złożyć zamówienie w przedsprzedaży na te elastyczne spodnie ze strzemieniem. Jako właścicielka marki mam tę możliwość wznawiania ukochanych produktów, gdy sama ich potrzebuję i czynię to właśnie teraz ;). // 4. Architektura w pigułce i ostatnie przeglądanie książek z showroomu w starym miejscu. // 

Nie wiem czy bez „super-hiper” kosmetyków moja skóra faktycznie wyglądałaby gorzej na zdjęciach, ale wolę się o tym nie przekonywać ;). Jednym z tych, które regularnie używam jest serum naprawcze od polskiej marki Oio Lab. Zawiera on unikalny ferment – pozyskiwany biotechnologicznie, w sposób przyjazny dla środowiska, z wykorzystaniem odpornych na promieniowanie mikroorganizmów ( wyizolowane z wodospadu w Pirenejach Wschodnich zgodnie z praktykami przyjaznymi dla środowiska, nie wymagających dużej ilości naturalnego surowca). Przy okazji mam dla Was kod rabatowy dający 15% rabatu na zakupy w www.oiolab.co . Wystarczy, że użyjecie kodu MLE15 do 3 kwietnia.

1. Abstrakcyjne opakowanie przykuwa uwagę. // 2. Ostatnie sztuki. // 3. Ten dzień, w którym Twoja kawa potrzebuje kawy. // 4. To niby słodki ciężar, ale prawe biodro zaczyna już myśleć co innego :D. //

Do wszystkich mam – niby banalne, a takie genialne. Kolorowanki w rolce to jeden z moich ulubionych sposobów na „cichy kwadrans” jeśli wiecie co mam na myśli ;). Znalazłam je na stronie Coloresca (polecam stamtąd także kredki i inne przemyślane produkty dla dzieci). Na hasło MLE15 otrzymacie 15% rabatu do sklepu!

Metry kolorowanki, które starczą na baaardzo długo. Że też wcześniej tego nie znałam!1. I pomyśleć, że nie tak dawno temu dokładnie tę samą książeczkę czytałam mała Kasia. // 2. Niby normalny poranek, a jednak ma w sobie wszystko czego potrzebuję. // 3. Wróciła! Zobaczcie tutaj, czy jest jeszcze Wasz rozmiar. // 4. A któż to tak wcina naleśniki? Niby tylko pierwszy powinien mieć dziwny kształt, ale ja jestem taka zdolna, że u mnie każdy naleśnik jest zupełnie inny. Za to w smaku podobno lepszy niż u mamy (ale tak właściwie to czyjej?!). // Smakowały lepiej niż się spodziewałam.1. Jeśli przeoczyłyście ten artykuł to koniecznie nadróbcie! // 2. Miałam okazję informować Was o tym profilu na Instagramie, tutaj również dodam coś od siebie. Poproszono mnie, abym pokazała miejsce, gdzie kobiety i dzieci z Ukrainy znajdują najważniejszą, doraźną pomoc. Fundacja Gdańska w ramach akcji @gdanskpomaga przeszła samą siebie i w parę dni zorganizowała miejsce, gdzie ludzie uciekający przed wojną znajdą tłumacza, podstawową opiekę medyczną, ciepły posiłek, wsparcie w znalezieniu noclegu, ale też opiekę psychologiczną.
W tym miejscu wiedzą jak pomagać systemowo i długofalowo. Wolontariusze dają z siebie sto procent. Nie wszystko jednak publikuję, bo chciałabym uszanować prywatność ludzi, którzy tu dotarli. Są zmęczeni, głodni, wystraszeni. Ale dostają tu bezcenne wsparcie. Wesprzeć finansowo fundację możecie jednorazowo albo cyklicznie. Jeśli zdecydujecie się na tę drugą opcję, możecie również same zdecydować na co przeznaczone są środki, a jest to między innymi: posiłek, konsultacje psychologiczne czy bon na kurs językowy. Każda złotówka jest tu dobrze spożytkowana. 

Jeśli szukacie idealnego połączenia jedwbistego smaku z intensywnością, bez śladu goryczy, to polecam kawę mieloną BOU Cafe. To mieszanka pochodząca w 100% z ekologicznej arabiki, z aromatami karmelu i owoców oraz subtelną kwasowością.

1. Gdy tata zrobi mamie kawę to od razu wszyscy jacyś tacy weselsi. // 2. Idealnie zmielona, intensywna, z nutami karmelu i owoców. Może być coś lepszego o poranku? // 3. Niezbędnik zoombie. A tak na poważnie kawa jest u nas codziennym rytuałem, dlatego stawiam na najlepsze i sprawdzone gatunki. Natomiast proces przygotowywania kawy, to już konik mojego męża. // 4.Że niby po covidzie odpoczniemy i wrócimy do podróży?  Do zobaczenia o szóstej rano Moja Droga!
1. Czas na lunch. // 2. Chociaż myli nas czasem nawet mój mąż to nasze osobowości są jak ogień i woda. Ktoś pewnie powiedziałb, że bardzo się różnimy, ale naszym zdaniem my się po prostu uzupełniamy :). // 3. Zabieram do domu. // 4. Nowo poznane miejsce na kulinarnej mapie Warszawy – restauracja Joel. // 
Ja otwieram torbe, a ty sprawdzaj czy nikt nie idzie. Śniadaniowe pyszności od Bistro Charlotte, które zadbało, aby cała moja załoga miała siłę do działania podczas pracy nad kampanią MLE. 

1. Pyszności z Osaka Sushi. // 2. Hummus, a może sałatka? Stanęło na pieczonym kalafiorze. // 3. W tym pięknym studiu powstawały zdjęcia, które na stronie MLE Collection będziecie mogły zobaczyć już w piątek… // 4. Kolejna karta z kalendarza MNIMI. Autorką obrazów w nim wykorzystanych jest Agnieszka Rowińska – absolwentka warszawskiego ASP. Swoje prace prezentowała w kraju i za granicą, a malowane przez nią obrazy balansują na granicy figuracji i abstrakcji. //Czy to marzec czy już maj?Wracajmy!Może nie brzmi to jeszcze jak IV sonety Beethovena, ale kto wie co będzie kiedyś. ;)1. Cała rodzina na zdjęciu. // 2. Lista zakupów w warzywniaku zrobiona. // 3. Pakowanie się w podróż służbową, która zamieni się później w wyjazd z mężem i dziećmi. Ma ktoś pożyczyć kontener? // 4. Pierwsze przebiśniegi. Dziś rano mieliśmy niezbity dowód na to, że ich nazwa nie wzięła się z przypadku. // Dawna droga z liceum do domu.

To i nic więcej. Dobranoc!

*  *  *

 

 

 

Co tu się wydarzyło!? Czyli jak to się stało, że Instagram został zamieszany w wojnę i co z tego wynika dla każdego z nas.

   Najpiękniejsze hotele na lazurowym wybrzeżu, przepisy na tosty z awokado i sernik z pistacjami, relacje z Paryża, znudzona panda u MakeLifeHarder, kilka pomysłów na stylizacje z wykorzystaniem modnych w tym sezonie szerokich spodni – jednym słowem obraz beztroski i ładnego życia. Co za paradoks, że właśnie w Tłusty Czwartek, dwudziestego czwartego lutego –  czyli w dniu, w którym Instagram powinien świętować najsłodszy dzień w roku i niczym Maria Antonina opływać w najtłustszych łakociach świata, kapać lukrem i konfiturą z róży na idealnie zaaranżowanych relacjach – w Ukrainie wybucha wojna. Świat zamarł. Pączki się nie klikały, a użytkownicy (przynajmniej ci polscy) podzielili się zasadniczo na trzy grupy. Pierwsza, która zamilkła na wiele dni. Druga, która udawała, że nic się nie stało (bo przecież materiał z pączkami już przygotowany, a i umowy z reklamodawcami podpisane więc przyjmujemy taktykę „ nie wiem, nie orientuje się, telewizora i Internetu też nie mam”). I trzecia, chyba najliczniejsza (przynajmniej w moim odbiorze), która porzuciła dotychczasową komunikację na rzecz publikowania doniesień z frontu, informacji o zbiórkach, noclegach, transporcie i innych pomocnych informacji dla wszystkich tych, którzy musieli uciekać przed wojną.

   Miałam wrażenie, że w ciągu kilku godzin nasz cybernetyczny świat zrobił zwrot o 180 stopni. Zamiast sprawdzać co Negin Mirsalehi pakuje do walizki na paryski „faszynłik” nasze oczy zwrócone były na profil Wojciecha Bojanowskiego – reportera TVN24, który od pierwszych dni wojny z narażeniem życia relacjonował dla nas jej przebieg. Na jego Instagramie widzieliśmy nie tylko oficjalne materiały przygotowane dla stacji telewizyjnej, ale też ujęcia na których jego mały synek ogląda tatę w telewizji (na tle zbombardowanego wieżowca), albo przekomarzanie się z kolegami operatorami, gdy okazało się, że w schronie mają do dyspozycji tylko dwie karimaty (a panów było trzech). Trudno powiedzieć, aby te treści oglądało się „z przyjemnością” ale tak czy siak  zdetronizowały one relacje osób, które śledziłam do tej pory.

   Początek wojny zbiegł się z tygodniem mody w Mediolanie, który oczywiście okazał się marketingową klapą, trochę na życzenie organizatorów, którzy przyjęli taktykę numer dwa z powyższego akapitu (nic się nie stało, wojna wojną, my robimy swoje), ale o tym później. Ciężko było w nowej rzeczywistości tworzyć posty o tak przyziemnym siłą rzeczy wydarzeniu. Co zupełnie nie oznacza, że media społecznościowe należało sobie odpuścić – wręcz przeciwnie.

    Paradoks polega na tym, że żyjemy w czasach Facebooka i Instagrama – nawet najstraszliwsza wojna tego nie zmienia. Tak jak w filmie „Nie patrz w górę”, gdy większość przechodniów na widok komety wyciąga smartfony, tak samo teraz przez media społecznościowe przetacza się fala obrazów – z uchodźcami, z bombardowanymi miastami, a nawet „shortfilmy” z działań dronów bojowych ukraińskiej armii. Dla niektórych to szokujące, dla wielu z nas to za dużo, ale Facebook, Instagram to najlepszy sposób na dotarcie do opinii publicznej, a opinia publiczna jest tu bardzo ważna i to na wiele sposobów – Ukraińcy muszą utrzymać wysokie morale swojego społeczeństwa i równocześnie zabiegać o poparcie zachodnich sojuszników, na których z kolei najlepiej działa presja własnych społeczeństw. Rosja próbuje robić w zasadzie to samo, ze średnim skutkiem. Na tyle średnim, że na własnym podwórku, żeby mieć szanse w tej walce, zarówno Facebooka jak i Instagrama musiała wyłączyć, zamknąć ostatnie niezależne media, a niepokornych Rosjan uciszyć drakońskim prawem. Nie rozpisując się zbytnio: na działaniach propagandowych w Internecie w czasie tego konfliktu będą pewnie pisać w przyszłości bestsellery na miarę „Serca Europy” Normana Daviesa.

    Wszystkie pseudo problemy instagramowego świata mają się nijak do prawdziwej walki na froncie, strachu o własne życie, codzienności w schronie… a jednak naiwnością byłoby twierdzić, że wpływ mediów społecznościowych w tej wojnie możemy sobie tak po prostu olać. Skoro nie olewa go nasz wróg, to my też nie powinnyśmy. Dziś podsumowuję tu kilka najważniejszych i najciekawszych instagramowych przewrotów z ostatnich kilku tygodni. Po co? Bo dziś ta aplikacja przez niektórych przestaje być traktowana jako przestrzeń do publikowania „ałtfitów”, a staje się polem cybernetycznej wojny. Warto się w tym orientować, aby – zamiast stać się biernym narzędziem w tej grze – działać zgodnie z własnymi wartościami.  

Głupio dodawać do tego wpisu zdjęcia, ale głupio też tego nie robić. W ostatnich tygodniach ciężko było nie odczuwać poczucia winy tylko dlatego, że wciąż miało się dach nad głową, ciepłą wodę w kranie, a w niedzielny poranek można było roztrząsać czy pójść z dzieckiem do lasu czy na plac zabaw. Z jednej strony chciałoby się stanąć w miejscu i załamywać ręce, z drugiej – nasz wróg liczy na to, że wstrząśnięty Zachód będzie się zbierał do kupy jak najdłużej. Pamiętajmy, że nasz smutek i stagnacja nikomu nie pomogą. 

1. Moda i Zachód.

   Dla sporej części środowiska influencerek i w ogóle branży modowej, wydarzenia takie jak rosyjska inwazja na Ukrainę stanowią bardzo niezręczny problem. Łatwiej jest nie zabierać głosu na żaden istotny temat („nie interesuję się polityką, pragnę pokoju na świecie”), bo to mniej grozi negatywnymi emocjami, niż nazywanie rzeczy po imieniu. Jest to mniej widoczne w Polsce, gdzie siłą rzeczy rozumiemy geopolityczne znaczenie obecnych wydarzeń. Za to doskonale było to zauważalne w reakcjach francuskich i włoskich domów mody, które dosyć długo zwlekały z jasnym stanowiskiem dotyczącym wojny w Ukrainie. Podczas gdy huczał już o tym cały Instagram, na profilach Prady, Louis Vuitton, Gucci i innych nie działo się kompletnie nic.

   W niektórych przypadkach było potem tylko gorzej. Gdy zaczęły się pojawiać oficjalne komunikaty niektóre marki (prawdopodobnie nie chcąc narażać się swojej rosyjskiej klienteli) używały zwrotów promowanych przez Kreml, czyli między innymi „jesteśmy poruszeni sytuacją w Ukrainie”, „mamy nadzieję na szybkie zażegnanie kryzysu w Ukrainie” i tym podobne, pewnie licząc na to, że zachowują w ten sposób neutralność. Na profilu marki Prady pojawiła się nawet poprawka – po paru godzinach skasowano post gdzie użyto słowa „sytuacja” i zastąpiono je w końcu słowem „wojna”. Stało się to jednak po tym, jak tysiące użytkowników zaczęło krytykować na ich profilu tego rodzaju wygładzanie lingwistyczne.

   Momentami trudno było nie odnieść wrażenia, że za takim fatalnym podejściem stoi nie tylko infantylna chęć utrzymania specyficznie pojmowanej „bezstronności”, ale też brak podstawowej wiedzy z zakresu globalnej ekonomii. Gdy wielcy projektanci niezdarnie próbowali wybrnąć z tej pułapki (tylko się pogrążając), każda rozgarnięta osoba po maturze oglądająca CNN wiedziała już doskonale, że w Rosji torebki z Mediolanu i Paryża nie będę najbardziej pożądanym towarem i, że na tle innych problemów wywołanych sankcjami, mało kto będzie zwracał uwagę na zbyt dosłowne wsparcie zaatakowanego państwa.

   Za producentami szły reakcje niektórych gwiazd Instagrama. Granice były jasno wytyczone i można było je łatwo zidentyfikować, na przykład po reakcji na komentarze. Jeśli pod postem większość z ponad tysiąca domaga się jakiejś reakcji na wydarzenia nad Dnieprem i nie ma to żadnej odpowiedzi, to znaczy, że gdzieś leży problem. Oczywiście nie zawsze było to całkowite przemilczenie sprawy. Tu, podobnie jak w przypadku oficjalnych komunikatów modowych gigantów, można było obserwować wyścigi na jak najbardziej zawoalowany opis rosyjskiej agresji. A więc ponownie odmienianie przez wszystkie przypadki „sytuacja”, „tragedia”, „kryzys” i nawoływanie do pokoju nie mówiąc jednocześnie, czyje działania ten pokój zburzyły.

    Bombardowanie miast to nie jest powódź w Indiach, ani pożary lasów w Australii. Nazwanie rzeczy po imieniu, nie tylko samej wojny, ale także agresora powinno być naturalne dla każdej osoby, która stara się być uczciwa wobec swoich czytelników. Dlatego brak tych elementów w komunikatach bardzo uderza. Oczywiście rozumiem, że dla wielu blogerek, szczególnie z Zachodu, jest to zupełnie nowe doświadczenie. Zamiast słodkiego, neutralnego – za przeproszeniem – pierdzenia trzeba jasno się określić. Do tego potrzebna może być wiedza i umiejętności, które – jak się niestety okazało – nie są najmocniejszą stroną części osób zajmujących się modą w Internecie.

[To nie jest „współpraca”.] Instagram stanął na wysokości zadania na wielu płaszczyznach. Informacje z frontu, koordynowanie noclegów dla uchodźców, udostępnianie zbiórek, a także długofalowe akcje pomagające Ukrainkom w asymilacji to inicjatywy, które dosłownie zalały tę aplikację w ostatnich tygodniach. Na powyższym zdjęciu widzicie profil dziewczyn HerImpact, które są świetnym przykładem na to, jak można nieść realną pomoc. 

   Ostrożność w opisywaniu wojny jest tym bardziej irytująca, że w momencie, w którym w Ukrainie Rosjanie mordują i porywają dziennikarzy, a w Rosji kilkanaście tysięcy ludzi siedzi w aresztach za protesty (niektórzy za to, że stali na ulicy z pustymi kartkami A4!), „ktoś sławny” we Włoszech woli nie mówić o tym, że tę wojnę wywołał konkretny człowiek stojący na czele konkretnego państwa, bo nie chce urazić swoich rosyjskich obserwatorów (lub boi się o niektóre swoje kontrakty reklamowe).

   Dobra wiadomość jest taka, że opisane powyżej zjawiska są w zdecydowanej mniejszości. Całościowa reakcja Zachodu, w tym największych firm z wszelkich branż jest zdecydowana i bardzo budująca. Od McDonald’sa po H&M – jednoznacznie pokazujemy Rosji, że podeptanie zasad cywilizowanego świata oznacza odcięcie się od tego świata z wzajemnością. I nie zmieni tego tych kilka firm, które udają, że nic się dzieje (dla porządku o to lista „łamistrajków”, aktualna na niedzielę wieczór: Nestle [właściciel takich marek jak KitKat, Princessa, Nan, Bobo Frut, Nescafe, Nałęczowianka], Winiary, Auchan, Leroy Merlin, Decathlon, Spar, Pirelli, Oriflame, Koti, Ecco, Salvatore Ferragamo). 

 2. Kto i jak walczy na Instagramie?

  Co ciekawe, w mediach społecznościowych swoje „racje” próbowała także przedstawić druga strona. Choć może „przedstawić” to zbyt mocne słowo. Na Instagramie przed wojną funkcjonowało bardzo dużo Rosjanek. Furorę (w negatywnym sensie) zrobiła pewna dziewczyna z Moskwy, która chciała zaprotestować przeciwko sankcjom wyrzucając z krzykiem swoje ubrania i akcesoria luksusowych, europejskich marek do kubła na śmieci. Wyszło chaotycznie, bo nawet w Rosji uznano, że sprowadzanie trudnej sytuacji kraju do ciuchów i torebek to przesada, a sama bohaterka potem przyznała, że protest był mocno wirtualny, bo wyrzucone rzeczy po nagraniu ostrożnie ze śmietnika wybrała i dalej w nich chodzi. Wyszło wręcz symbolicznie – Putin mówi rodakom, że Ukrainy Rosja nie zaatakowała, tylko prowadzi operację specjalną przeciwko jakimś nazistom, a Rosyjska influencerka chce pokazać, że obraża się na zachodnie marki z powodu sankcji przekonując, że nie potrzebuje ich ciuchów by potem je szybko odzyskać. Jedne z głośniejszych działań propagandowych Rosji skierowanych głównie na Instagram to promowanie akcji związanej z literą „Z”, a także nagłaśniając niszowe wypowiedzi z państw NATO które mają potwierdzać, że od lat wspólnie z Litwinami, Łotyszami i Estończykami jedyne czym się zajmowaliśmy to przygotowaniem inwazji na Rosję niczym w 1610 roku.

   A teraz coś krzepiącego. Masowe, spontaniczne i wynikające z czystej chęci niesienia prawdy, działania użytkowników Instagrama w ostatnich tygodniach pokazały, że prawdziwe zrywy społeczne są warte więcej niż najlepiej opłacane trolle. Influencerzy skrupulatnie wykorzystywali swoje zasięgi aby edukować swoich obserwatorów w jaki sposób docierać do rosyjskich użytkowników i przekazywać prawdziwe informacje na temat wojny ( polecam na przykład relacje pana Kempy). Próby przedstawienia treści zgodnych z rosyjską propagandą wywoływały lawinę komentarzy opisującą faktyczną sytuacją w Ukrainie. Skutek był więc raczej odwrotny od zamierzonego. Rosyjskie służby chyba szybko się zorientowały, że zachodnich społeczeństw raczej w mediach społecznościowych do swoich racji nie przekonają, a z kolei zagrożenie, że w Rosji kolejne osoby zaczną powątpiewać w państwową propagandę przez treści z Facebooka, Youtube’a czy Instagrama jest duże i 13 marca ogłoszono zamknięcie tych platform w Rosji (blokada jest do ominięcia przy odrobinie wiedzy informatycznej). Efekt jest taki, że wszyscy w Rosji przenieśli się na Telegram, który w zasadzie jest klonem Whats'appa z pewnymi dodatkowymi funkcjonalnościami, ale mającym opinię – nie wiadomo czy słusznie – bardziej anonimowego. Podobno niektórzy aktywiści pozakładali nawet profile na rosyjskim Tinderze i tam również próbuję przebić się przez cenzurę i zamiast zaproszeń na randki wysyłają zdjęcia zbombardowanego Charkowa.

   Oczywiście w Internecie jest także sporo Rosjan, którzy sami stoją po stronie napadniętego sąsiada i próbują przebić się ze swoim przekazem. Warto pamiętać, że obecnie, za przekazywanie informacji z frontu odmiennych od rządowej propagandy w Rosji grozi 15 lat więzienia. Dostępne są nagrania z ulic Moskwy, Petersburga i innych miast, na których ludzie są brutalnie aresztowani nie tylko za aktywne protesty z transparentami, ale często po prostu za stanie w grupie bez celu. Wspomniałam już o kartkach A4. To autentyczna historia, w zeszłą niedzielę w centrum Nowosybirska młody chłopak stanął na placu z pustą kartką A4, po 30 sekundach z wykręconymi rękami był już prowadzony do policyjnej ciężarówki. To tak w temacie zapędów niektórych, by natychmiast każdy samochód z rosyjską rejestracją w Polsce traktować jak czołg okupantów (nie mówiąc już o Białorusinach, którzy bardzo często są w Polsce, bo uciekli przed swoim dyktatorem). 

3. Kropla drąży skałę.

   Pozostaje pytanie, czy poza zaangażowaniem się w pomoc uchodźcom i działania humanitarne coś możemy zrobić? Uważam, że jak najbardziej tak.  Z dnia na dzień okazało się, że każdy z nas jest w jakiejś siatce powiązań i lajkując profile ze zdjęciami kwiatów i rolkami z przygotowywania makaronu też może stać się narzędziem w konflikcie, który militarnie co prawda nie wypływa poza granice Ukrainy, ale cybernetycznie już tak.

    To, że reakcja zachodniego świata na rosyjską agresję jest tak konsekwentna i doskwierająca to w dużej mierze efekt społecznego oburzenia, którego ujściem jest Internet. Sankcje nie objęły BigMaców i McRoyalów, czy Coca-Coli. Światowe koncerny mogły dalej, w majestacie prawa zarabiać w Rosji i sprzedawać Rosjanom to, do czego przywykli. Presja zwykłych ludzi robi swoje i chociaż ciężko w to uwierzyć wpływa na decyzję prezesów największych spółek na świecie. Sprawdźcie profil facebookowy polskiego oddziału sieci Decathlon. Ostatni wpis jest z 24 lutego (wcześniej kolejne posty pojawiały się co 2-3 dni). Chłopaki od czterech tygodni siedzą i zastanawiają się co zrobić. Albo i nie – niewykluczone, że żadna agencja zajmująca się obsługą profili firmowych nie chce już po prostu z tą siecią współpracować i nowych postów nie ma kto wrzucać. Wbrew pozorom takie problemy nie pozostają w korporacjach bez echa.

   Warto przypomnieć sobie także metody działania internetowych trolli. I nie mam tu na myśli jakichś 14-letnich złośliwców z wykopu, ale profesjonalne farmy siejące rosyjską propagandę. Schemat ich działania był już przedmiotem wielu badań. Zaczyna się zawsze tak samo, od budowy bazy followersów za pomocą wrzucania śmiesznych kotów, paczaizmu i tak dalej. Gdy posty z danego profilu wyświetlają się na tablicach odpowiedniej ilości ludzi, zaczyna się konsekwentny dryf w odpowiednią stronę. Schematy są przewidywalne – obecnie rosyjską propagandę promują konta, które wcześniej podważały szczepienia. Pamiętajmy o tym i wystrzegajmy się followowania każdego konta, na którym mignął nam śmieszny obrazek (o dziwo ruskie trolle trafiły także na ten blog i próbowały się rozpanoszyć w komentarzach).

   Korzystanie z mediów społecznościowych od zawsze traktowane jest jako coś mało poważnego. Wiele osób bardzo irytują kariery instragramowych celebrytek (zapewne niejedna osoba mnie również do tego grona zalicza – co zrobić ;)) i ciężko jest im zrozumieć, że to, co kryje się pod „tworzeniem treści w mediach społecznościowych” nie jest wyłącznie infantylną, niepoważną zabawą. No cóż, gdyby tak było, druga największa potęga militarna świata nie uznałaby przecież Instagrama za zagrożenie dla swoich działań, które trzeba pilnie zneutralizować. Informacja jest jednym z kluczowych elementów tej wojny, a media społecznościowe stanowią jej źródło dla miliardów ludzi na Ziemi. Zaprzeczanie temu to naiwność.

   Nawet jeśli wydawało się nam, że Instagram jest oderwany od rzeczywistości, a jego użytkownicy nie są zainteresowani problemami świata, to teraz widać czarno na białym, że zwykła aplikacja w telefonie może stać się polem informacyjnej bitwy. Jedni ruszają ze zorganizowaną propagandą, a inni bezinteresownie chcą pisać o prawdzie i nieść pomoc. Oby tych drugich było nieporównywalnie więcej. 

*  *  *

Last Month

   Przez ostatnie lata każdy nowy miesiąc rozpoczynałam od pisania Last Month i planowania dalszych publikacji. W ostatnim czasie – z osobistych przyczyn –  moje życie zawodowe wywróciło się do góry nogami i z trudem przychodziło mi wypracowanie rutyny w szpitalnych salach. Chociaż nie ukrywałam przed Wami, że świat to nie tylko jednorożce, kawusie z pianką i przepisy na makaron, starałam się, aby blog dalej spełniał swoją rolę. Dosyć szybko zauważyłam zresztą, że praca przynosi ulgę przede wszystkim samej mnie. Nie wdając się w szczegóły – marzec miał być miesiącem, w którym wrócimy już do normalności, zapomnimy o szpitalach i wielodniowych rozłąkach, a do naszej rodziny powróci spokój. Tę ulgę przyćmił gwałtownie wybuch wojny w Ukrainie ze wszystkimi jej następstwami. 

   To już ósmy dzień dramatu milionów ludzi. Do informacji i zdjęć, które do nas docierają, nie sposób przywyknąć. Nie potrafię też odseparować tego tematu od żadnej z dziedzin mojego życia. I z dzisiejszym wpisem nie będzie inaczej. 

Jesteście nie do złamania.

   Można sobie na różne sposoby radzić z poczuciem przytłoczenia. Można też uznać, że z tymi emocjami nie trzeba walczyć, bo obserwowanie dzisiejszych wydarzeń właśnie taką reakcję powinno w nas wywołać. To, co na pewno może stłamsić poczucie bezradności to pomoc innym. Pomoc przemyślana, realna, odpowiedzialna. Powszechny i całkowicie bezinteresowny zryw, który zainicjowali Polacy pozwala nam dalej wierzyć, że ludzi dobrej woli jest więcej. W pierwszym odruchu wszyscy rzuciliśmy się do najróżniejszych działań na rzecz naszych przyjaciół z Ukrainy. Dziś wiele osób pracuje nad tym, aby to skoordynować i jak najlepiej wykorzystać nasz potencjał. Przed nami długa droga i trzeba dobrze spożytkować energię. Poniżej postanowiłam podzielić zweryfikowane strony tak, aby łatwiej było Wam przekazać pomoc, bo każdy z nas ma co innego do zaoferowania. Kolejna sprawa: nie działajcie na własną rękę, bez porozumienia z organizatorami oraz organizatorkami danej zbiórki. Jeżeli nie możecie skontaktować się z nimi bezpośrednio, zaglądajcie na ich profile w mediach społecznościowych. Najprawdopodobniej to właśnie za pośrednictwem Facebooka czy Instagram poinformują o postępach zbiórki albo o najpilniejszych potrzebach. Chodzi o to, abyśmy nie przekazywali rzeczy, które zostały już dostarczone w nadmiarze – oszczędźmy wolontariuszom kłopotów.

Jeśli jesteś w stanie zorganizować transport wejdź 
TUTAJ (w tym serwisie znajdziecie już podzielone formy pomocy w kwestii transportu).

Jeśli chciałabyś przekazać rzeczy pierwszej potrzeby to wejdź:
TUTAJ (tu znajdziecie listę największych miast, w których organizowane są zbiórki)

Jeśli chciałbyś dać komuś pracę to wejdź: 
 TUTAJ (to serwis, który pomaga kobietom się rozwijać i odnaleźć swoje miejsce na rynku pracy; teraz skupiają się na pomocy również kobietom z Ukrainy).
TUTAJ (serwis onet.pl we współpracy z gratka.pl pozwala przeglądać i zamieszczać ogłoszenia między innymi w kategorii "praca", ale są również inne kategorie między innymi "nocleg" czy "transport". 

Jeśli chcesz zaoferować lokum to najlepiej będzie wejść TUTAJ i wyrazić swoją gotowość do przyjęcia ukraińskich gości w mieszkaniu. 

TUTAJ (w tym artykule znajdziecie kilka ważnych informacji a na końcu listę zbiórek w największych miastach)

   Warto zaglądać na strony swoich miast/powiatów, gdzie na bieżąco pojawiają się informacje o nowych zbiórkach. Są również miejsca, gdzie można znaleźć wszystkie te kategorie i wyrazić chęć pomocy w wielu kategoriach i są to między innymi wspomniany wyżej portal gratka.pl lub na najbardziej powszechnym portalu czyli pomagamukrainie.gov.pl lub uapomoc.pl oraz na stronie pah.org.pl/ukraina. Warto też przejrzeć kompendium.

Czeka nas nowa, nieznana przyszłość. Pod wieloma względami trudniejsza. Nie pozwólmy ugasić naszej motywacji do działania. A tu kilka kadrów z początków najzimniejszego miesiąca w roku (przynajmniej w teorii). Spokojna domowa codzienność przeplatała się z pracą, do której zabierałam się jak pies do jeża. Najsłodsza przesyłka, na którą wszyscy czekają. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o "miodowej prenumeracie" od razu wiedziałam, że to świetna opcja dla nas, ale nie sądziłam, że aż tak przywykniemy do tych stałych dostaw. W każdym kartoniku od Apimelium, poza paroma słoikami, znajdziecie też kilka krówek. "Mamo, bo to było tak… mówiłam tacie, że potrzebujesz jeszcze tej paczki do zdjęć, ale potem spojrzeliśmy na to z dystansem i stwierdziliśmy, że jeśli zabierzemy tylko trzy z czterech słoików, no i nie wyrzucimy papierków po zjedzonych krówkach, to nadal będziesz miała sporo do sfotografowania". Tak więc dziś reklama Apimelium bez zdjęć słoików. W każdym razie gorąco polecam – to najfajniejsza prenumerata, jaką miałam.1. Tej zimy załapałam się na ledwie dwa śnieżne dni. // 2. Gdy trzy razy zamawiasz ekipę do prania kanapy, a pod koniec stwierdzasz, że i tak trzeba go po prostu wrzucić do pralki… // 3. Gdy już brak pomysłu na śniadanie dla trzylatki, a ona ciągle woła o cini minis. // 4. Klimaty marynistyczne w historii mody. To jedna ze stron przepięknej książki "Moda Vintage". // Ostatnie płatki śniegu na molo w Sopocie. Tego dnia sztyblety zamieniłam na łyżwy. Więcej zdjęć z tego dnia znajdziecie tutaj1. Trochę czasu minęło od ostatniego razu… // 2. Tak mocno wszyscy trzymaliśmy kciuki, Kruszynko. Rośnij nam zdrowo i już nigdy nie strasz! // 3. Na pierwszy rzut oka wydawał mi się idealny, ale już wrócił do zakładu dziewiarskiego z milionem poprawek do zrobienia. // 4. Ja do Paryża nie mogłam jechać, więc Paryż zjawił się w Sopocie. // Walki o "pingwina łyżwiarza" zmusiły właścicieli do jasnych komunikatów.1. i 2. A można pozaznaczać wszystkie kratki? Wizyta w gdańskim "Ping-Pongu". // 3. Dobrze być w domu nawet jeśli tylko na chwilę. // 4.On:  "Mamy jakieś plany na kolację?" Ja: "Tak, wykręcić numer w telefonie i zamówić ją na wynos". // Przez pandemię długo nas tu nie było.1. Mówimy jej "pa pa" i czekamy na wiosnę. // 2. "To chyba ten moment, w którym bierzesz mnie na smycz i idziesz na zakupy". // 3. Mroźny weekendowy poranek. // 4. Po wielu rozłąkach, na które nie byłam gotowa. Nadrabiamy te zaległości. // A gdy mama zmienia pościel łóżko staje się placem zabaw.1. Jajko sadzone, łosoś wędzony, pieczywo z guacamole i kiełkami. Nasze śniadania bez flitra. // 2. I tak przez godzinę. // 3. Przesyłka z Warszawy. // 4. W bałaganie, bez planu. Najlepiej. // Kruche poczucie bezpieczeństwa.
1. Zdrowie na widelcu. // 2. Pogoda w kratkę. Wichury, słońce, deszcz, grad – w tym miesiącu meteorolodzy nie mieli łatwo. // 3. Jasne, że nadal karmię! // 4. Godzina 11.00. Kawa już zimna, jajko też, ale w szale codzienności zapomniałam, że w ogóle to przygotowałam. // Porównanie kolorów na prośbę Czytelniczki (light, medium i dark). Ja używam obecnie medium i świetnie komponuje się z moją karnacją (jasny super się sprawdz w strefie T). Różnica między kolorem "medium" i "dark" jest dosłownie minimalna.  Przypominam o wciąż aktualnym kodzie rabatowym od marki Sensum Mare dającym 20% zniżki na cały asortyment. Wystarczy, że w podsumowaniu zakupów wpiszecie kod MLE.
 O tym kremie BB od Sensum Mare już Wam opowiadałam w tym wpisie. To najmocniej kryjący krem BB jaki miałam.  1. Ale że herbatniki na śniadanie?! // 2. Ten model to chyba najbardziej dopieszczony produkt w tym sezonie… Trencz Rovigo będzie wysyłany już w ten poniedziałek. // 3. Zapachy z przeszłości. // 4. Sentymenty. // Nasz ukochany koc. Wrócił z prana po szpitalnych przeszkodach i dalej świetnie nam służy. Jest lekki i ciepły jednocześnie, miękki i mięsisty. Ma piękny kolor – w sieciówce takiego nie znajdziecie (od Mongolian, koniecznie zobaczcie też inne rzeczy od tej marki ).  A tu kolejna jego funkcja! 1. Wszystko musi się zmieścić. // 2. Miło znów złapać za aparat. // 3. To chyba nie jest zbyt profesjonalny sposób wiązania figurówek… // 4. Szykowaliśmy się na ten czwartek, ale już wszyscy wiemy, że tylko dzieci przy stole miały tego dnia wesołe miny.Jedno z wielu miejsc w Trójmieście, gdzie można było przynosić paczki dla uchodźców. Wielkie wyrazy uznania dla tych wszystkich, którzy spędzają całe dnie na sortowaniu produktów, które przekazujemy. Jeśli Wy też chcecie coś przekazać to wspierajcie tylko sprawdzone zbiórki (na przykład tutaj). Nie bardzo wyobrażamy sobie z dziewczynami z MLE Collection powrócić teraz do normalnego funkcjonowania naszej marki na Instagramie. Z oczywistych względów zatrzymałyśmy w ostatnim czasie cały plan marketingowy. Nie miałam więc szansy dać Wam znać, że w końcu udało się nam stworzyć ten sweter, o który pytałyście mnie od wakacji. 
MODA VINTAGE – to jeden z najpiękniejszych albumów o modzie jaki kiedykolwiekk miałam w ręku. Jego autorka – Nicky Albrechtsen, kostiumografka i właścicielka studia Vintage Labels – swoją 432 stronicową publikację zilustrowała ponad 1300 fotografiami najróżniejszych części garderoby: sukien, bluzek, butów, kapeluszy, torebek, biżuterii i różnych bibelotów, które powodują, że nie ma się ochoty odkładać tej książki na półkę. Jest przepięknie oprawiona i dobitnie pokazuje, że prawdziwy kunszt szycia odchodzi dziś w zapomnienie. Dzięki temu kompletnemu (i najobszerniejszemu z dotychczasowych) przewodnikowi po "modzie z przeszłości" możemy prześledzić historię kobiecego ubioru poprzez starannie wybrane przykłady od lat dwudziestych aż do osiemdziesiątych XX wieku. Nie jest on kolejną zwykłą historią mody, ale raczej próbą ukazania, jak przeszłość mody aktywnie kształtuje jej teraźniejszość – co wyraźnie widać na ulicy, wybiegach i w stylizacjach wpływowych wielbicielek mody vintage takich, jak Kate Moss czy Sienna Miller. W albumie zamieszczono prace wybitnych projektantów światowej sławy oraz projekty artystów mniej znanych, ale uwielbianych przez kolekcjonerów, jak chociażby Lilli Ann i Horrockses Fashions. Zaprezentowano tu niepowtarzalne egzemplarze rzemieślniczego wzornictwa, jak i ikoniczne elementy mody vintage: stanik Marilyn Monroe czy suknię Ossie'ego Clarka uwiecznioną na znanym obrazie Davida Hoppera. Gorąco polecam!1. Zajęcia plastyki z ciocią Anetą. // 2. Wszystkie plany i cele jakoś uciekły i nawet nie chcę ich szukać. // 3. Pierwszy cieplejszy wiatr, który w ciągu paru godzin zamienił się w prawdziwy huragan. // 4. Niekończące się pranie stało się już u mnie elementem wystroju. // Spokój i rześkie powietrze, które studzi emocje. Weekendowa atrakcja dzięki której przez chwilę odrywaliśmy się od telewizyjnych doniesień.Ciekawe czy ten lód wytrzyma do kwietnia?

   Codziennie rano zadajemy sobie teraz pytanie o to, co będzie dalej i jaka jest nasza rola w tym wszystkim. Ogromną siłą w tej wojnie jest informacja, a każda osoba mająca dostęp do internetu może pomóc. Druga strona doskonale o tym wie i robi wszystko, aby jej retoryka przedzierała się do nas coraz skuteczniej. Spróbujmy na każdym możliwym polu pisać i mówić o wojnie na Ukrainie. Podawać fakty, publikować zdjęcia, próbować zmienić punkt widzenia chociaż jednej osoby zza wschodniej granicy. Poniżej podsyłam Wam kilka profili na Instagramie (tak, Instagram to niezwykle ważne medium w tej wojnie, bo korzysta z niego wiele Rosjanek, które na co dzień mają dostęp tylko do propagandy), które warto śledzić i nieść dalej ich treści. 

@faktytvn

@w.bojanowski 

@nytimes

@make_life_harder

@bbcnews

@washingtonpost

   Przez ostatnie dni wszyscy skupieni byliśmy na doraźnej pomocy – tej w internecie i tej bardzo realnej, nastawionej na konkretną osobę. Na pewno nie przywykniemy do tego co się stało, ale musimy zaadaptować się do zmian i długotrwałych potrzeb naszych przyjaciół z Ukrainy. Nie mamy co prawda wakatu w MLE ale sytuacja jest wyjątkowa, więc zapisujemy się do akcji @herimpact.co zrzeszającej firmy, które chcą pomóc kobietom z Ukrainy w znalezieniu pracy, która będzie odpowiadała im kompetencjom i doświadczeniu. 

   Jeśli do tej pory pracowałaś w branży mody i chciałabyś do nas dołączyć to możesz zgłosić się tu @herimpact.co lub bezpośrednio napisać do nas. Nieważne czy nie jesteś pewna jak długo zostaniesz w Polsce. Dopasujemy się do Twojej sytuacji i spróbujemy pomóc na różnych etapach. // Якщо ви раніше працювали в індустрії моди і хотіли б приєднатися до нас, ви можете подати заявку тут @herimpact.co або написати нам безпосередньо. Не має значення, якщо ви не впевнені, як довго пробудете в Польщі. Ми адаптуємось до вашої ситуації і постараємося допомогти на різних етапах. 

1. Metki z przeszłości. Kolejna ciekawa strona z albumu "Moda vintage". // 2. Najsłodszy pączek na świecie. // 3. Porządki zeszły u nas ostatnio na dalszy plan.  // 4. Żyrafa, której największą pasją jest nurkowanie w zupie. // I kolejny apel. Wyjątkowy Szpital Polanki w Gdańsku, który wiele razy miał nas pod swoją opieką szuka firm albo osób o dobrym sercu, którzy pomogą zebrać środki na nowy sprzęt (aparat RTG, pulsoksymetry przyłóżkowe, respiratory transportowe). Być może ktoś z Trójmiasta chciałby zyskać dzięki temu miłą reklamę na Makelifeeasier? :) Chętnie napiszę o takim geście. Zainteresowane firmy mogą zgłaszać się do rzecznika prasowego szpital  ([email protected].). Tak, to państwowy szpital ale mimo wszystko środków brakuje…
1. Precyzyjna robota nie wychodzi z mody. // 2. Gdy zza chmur wychodzi słońce. // 3. Marynarka zamiast płaszcza. // 4. Młodzi artyści inspirują się Pollockiem ;).  //    Coraz częściej w sieci pojawiają się pytania czy w ogóle można wrócić do normalności. Nie można. Normalności, do której przywykliśmy już nie ma. W jej miejsce pojawiły się nowe wyzwania, które nie znikną ani jutro, ani za tydzień. Zmieniło się zbyt wiele, ale to nie znaczy, że z trwogi i bezsilności mamy wszyscy stanąć w miejscu i czekać na ruch wroga. Jest dokładnie na odwrót. Musimy być silniejsi niż wcześniej i wzmacniać nasz kraj i Europę tak jak potrafimy najlepiej. I nie mam tu na myśli tylko nowej ustawy o obronności Polski, ale też gospodarkę i naszą kondycję psychiczną. Skumulujmy moce i nie traćmy zapału. Przyszłość pokaże nam, że wysiłki i poświęcenie miały sens. 

*  *  *

 

 

Lutowe umilacze. Zamiast czerwonych róż i szminki – zadbana cera i zdrowe jedzenie, czyli Walentynki po trzydziestce.

   Walentynki. Tłusty Czwartek. Dzień Chłopaka. Międzynarodowe Święto Pizzy, liczby Pi i Hipopotama. Czy w ogóle potrzebujemy jeszcze tego rodzaju okazji? Świętowanie i cykliczne rytuały są zjawiskiem wyłącznie ludzkim, niewystępującym u zwierząt w żadnym podobnym wymiarze. I podobno są nam one potrzebne, aby odłożyć na chwilę zwyczajny rytm dnia, uwolnić się od napięć i korzystać z prostych przyjemności. Pozwalają nie myśleć o przeszłości ani przyszłości, tylko cieszyć się teraźniejszością.

    O ile dzień, w którym wszyscy wcinamy pączki na potęgę, wzbudza prawie same pozytywne emocje, to święto zakochanych już zdecydowanie nie. Walentynkom dostaję się z każdej strony – że to nie polskie a amerykańskie święto (zdradzę Wam sekret: choinkę z kolei wymyślili Niemcy), że samotne osoby czują się wtedy gorzej, więc nie powinno się epatować szczęściem (sama w zeszłym roku dostałam od kilku Czytelniczek po nosie, że zbyt ostentacyjnie chwalę się związkiem, bo 14 lutego to dla wielu dzień smutniejszy od innych i powinnam mieć to na względzie), że zostało skomercjalizowane do granic możliwości (ale że „z okazji Walentynek płyn do mycia naczyń gratis” to jednak niezbyt trafiona promka?). Mam wrażenie, że to święto pokochały agencje marketingowe, ale niekoniecznie Polki.

    Im głośniejsze reklamy, im więcej fajerwerków, plastikowych serduszek w galeriach handlowych i pytań „co robicie w Walentynki?”, tym skromniej mam ochotę świętować. Zamiast czerwonych róż wolałabym dostać idealnie skomponowaną sałatkę. Zamiast wypić „Tequila Sunrise” – nałożyć nawilżającą maseczkę. Zamiast robić precyzyjny makijaż i malować usta na czerwono – mieć czas na kolejny rozdział rozpoczętej książki. Do poniedziałku jeszcze parę dni, więc kto wie? Może zmienię zdanie? Dzisiaj wolę jednak samą siebie wepchnąć w schemat i uznać, że Walentynki po trzydziestce mają być czasem dla mnie, a nie gonitwą za wolnym stolikiem w restauracji. Od razu więc uspokajam – aby skorzystać z dzisiejszych „polecajek” niepotrzebny jest Wam ani partner, ani partnerka.  

Miłość na talerzu.

   I mowa tu o miłości do samej siebie, czyli o zbilansowanym, zdrowym i pysznym posiłku. Ja funduję sobie coś smaczniejszego niż gotowana fasolka szparagowa, ale jednocześnie coś zdrowszego niż randkową kolację. Małym grzechem jest tutaj awokado, które w ostatnim czasie – z przyczyn środowiskowych – ograniczyłam (uwielbiam, ale dwa razy w miesiącu wystarczy). Wyrazem troski o samą siebie jest też to, że jej przygotowanie zajmuje mniej więcej dwie minuty. Mamy tu cztery rodzaje zieleniny bogatej w antyoksydanty, odrobinę słodyczy jabłka i zdrowych tłuszczy. Na zdjęciu widzicie w wersji z orzechami włoskimi, ale pekan moim zdaniem lepiej się sprawdzają.

Walentynkowa sałatka dla mnie samej

Skład:

 garść szpinaku, zielonej pietruszki, liści selera naciowego, jarmużu

dojrzałe awokado

orzechy pekan

pół jabłka

łyżka soku z cytryny

oliwa z oliwek (ja wybieram pikantną, truflową lub bazyliową)

pieprz i sól

Sposób przygotowania: Połowę awokado ugniatamy z ulubioną oliwą, sokiem z cytryny, szczypta soli i pieprzu. Kroimy jabłko w drobną kostkę i mieszamy z umytymi sałatami i orzechami. Dodajemy druga połowę awokado. Dodajemy wcześniej rozgniecione awokado z oliwą.

Z miłości do mojej skóry.

   Ostatni mój wpis pielęgnacyjny pojawił się na blogu… 16 września. Z czego wynikała ta prawie półroczna przerwa? Z kilku powodów – przede wszystkim zawartość mojej kosmetyczki jest już naprawdę dopracowana i zdecydowaną większość produktów, które polecam, kupuję wielokrotnie. Ich rotacja nie jest więc duża i nie widziałam sensu, aby pisać Wam, że nadal używam produktów od Veoli, Kire czy Sensum Mare skoro opisywałam je już wielokrotnie. Gdy decyduję się przetestować coś nowego, to też trochę trwa, bo wpierw muszę skończyć, to co mam. No i surowo oceniam działanie każdego kosmetyku, a to oznacza, że sporo z nich odpada i nigdy nie doczekują się publikacji. Dziś polecę Wam tylko dwie nowe marki, spośród dziesiątek, które chciały pojawić się na blogu, ale niestety nie sprostały moim oczekiwaniom.

Kire Skin Energetyzujące Serum Czarna Herbata & Komórki Macierzyste Mangostanu

Kire Skin to marka, którą pewnie już dobrze znacie. Uwielbiam ich oczyszczający żel do twarzy z wodą ryżową, żółtą maskę, no i to serum. Kosmetyk wart swojej ceny. Za 131 złotych dostajemy produkt w pięknym, dopracowanym opakowaniu, o potwierdzonym przez badania kliniczne działaniu. Zawiera wyciągi z czarnej herbaty, jaśminu indyjskiego, witaminę B i przeciwutleniacze. Używam go pod krem na dzień. Jeśli chcecie go wypróbować albo tak jak ja, macie już innych ulubieńców od tej marki i chciałybyście uzupełnić zapasy, to mam dla Was kod MLE dający -10% zniżki (na wszystkie produkty). Będzie działał do końca marca 2022.

Kuracja Dermz Laboratories

   Luty i marzec to taki czas, kiedy moje włosy są najsłabsze (i sporo zostaje na szczotce), ale zwykle przymykałam na to oko, bo wiedziałam, że wraz z nadejściem wiosny wszystko minie. Tym razem jest gorzej. Karmienie piersią, przebyty covid, wielki stres z ostatnich kilku tygodni, niedoczynność tarczycy – to wszystko sprawia, że gumki do włosów są ostatnio jakieś luźniejsze… Już na początku stycznia widziałam, że coś jest z nimi nie tak, więc zdecydowałam się przetestować tę czterostopniową kurację od Dermz Laboratories. Od razu uprzedzam – nie wiem, jaką skuteczność ma używanie tylko jednego produktu z serii (domyślam się, że większość z Was wybrałaby tylko wcierkę czyli serum). Ja używałam "szamponu oczyszczającego" na zmianę z tym od poprawy blond tonacji (tego peelingującego z kolei używam maksymalnie raz na dwa tygodnie), za każdym razem nakładałam odżywkę i na sam koniec serum. Na finalne efekty będę musiała poczekać jeszcze co najmniej kilka tygodni (całą gamę zaczęłam stosować w połowie stycznia), ale już widzę pierwsze efekty u nasady, tak zwane "baby hair". No i odżywka sprawia, że włosy wyglądają lepiej, są bardziej lśniące i ładnie się układają – to produkt, który wiem, że będę chciała używać przez cały rok. 

   Na stronie marki jest też sporo innych produktów do włosów. Jeśli chciałybyście je przetestować (myślę, że nie pożałujecie), to skorzystajcie z mojego kodu do Dermz Laboratories. Wpiszcie Hermz20 aby otrzymać -20% na zestaw HairLXR oraz pojedyncze produkty z serii HairLXR.

Krem na noc na niedoskonałości Veoli Botanica Overnight BHA Treatment 

   Marka Veoli już niejednokrotnie pojawiała się u mnie na blogu. W ofercie pojawiło się teraz sporo nowości – na przykład krem na noc redukujący niedoskonałości z kwasem salicylowym BHA 1,5% i aktywnym ekstraktem z zielonej herbaty z EGCG (139 złotych). Czekam też na pierwsze zamówienie z produktami brązującymi, bo dotarły do mnie bardzo pozytywne opinie na ich temat. Dzięki podjęciu współpracy z tą marką mam dla Was kod, który daje 20% zniżki na wszystko (poza zestawami i akcesoriami) do końca niedzieli tj. 13.02 włącznie na hasło MLE na stronie Veoli Botanica. A w przypadku zakupów powyżej 159 PLN dostaniecie darmową wysyłkę i antybakteryjne mydło w prezencie.

Krem intensywnie nawilżający do twarzy HYDRA TOUCH od Laboratories Vivacy 

   To druga nowość w dzisiejszym wpisie. Francuska marka Vivacy oferuje profesjonalne dermo-kosmetyki o bardzo intensywnym działaniu. W swoim składzie ma kompleks VIVASOME opracowany dzięki zaawansowanym badaniom. Podstawą tej technologii jest zasada transportowania składników czynnych, zamkniętych w liposomach. Można je sobie wyobrazić jako małe „kuleczki” o strukturze podobnej do błony komórkowej. Liposomy są w stanie przedostać się przez wierzchnie warstwy skóry, co z kolei umożliwia przeniknięcie składników czynnych. Składniki tego kompleksu to: woda mineralna z treignac, sorbitol (naturalny przeciwutleniacz, który często spotykany jest w medycynie estetycznej np. mezoterapii) oraz składniki czynne o działaniu biostymulującym. Jeśli poszukujecie kremu, który da naprawdę spektakularne efekty, to mogę go Wam polecić. Ja mam wrażenie, że po trzech dniach jego stosowania moja skóra odżyła i stała się bardziej sprężysta. W ofercie znajdziecie też krem pod oczy z tej samej serii. Podsyłam tutaj ciekawy wywiad w Vogue z dyrektorem marki, w którym opowiada o tym, jak wyglądała droga do stworzenia produktów o tak skutecznym działaniu.

Sensum Mare multi pielęgnujący krem BB Algorigh

   Gdy marka Sensum Mare powiedziała mi, że szykuje nowość i chciałaby, abym ją przetestowała, to chętnie się zgodziłam. Od lat używam serum, wracałam też nie raz do ich kremu i ciekawa byłam czy sprostają wysokiej poprzeczce, którą sami sobie zawiesili. Miło, że się nie zawiodłam. Z ciężkich makijaży – w Walentynki i dni powszednie – już dawno zrezygnowałam – ten multi-pielęgnacyjny krem BB ułatwi to każdej kobiecie, która do tej pory czuła się bezpieczniej z klasycznym podkładem. Pięknie kryje, genialnie się rozprowadza i dobrze pracuje z kremowymi kosmetykami do makijażu. Ma też miły, zaskakujący zapach i posiada filtr SPF. Ja wybrałam odcień medium. O kod do Sensum Mare pytacie mnie średnio raz na tydzień i cieszę się, że tym razem też mogę się nim z Wami podzielić. Jeśli wpiszecie MLE w trakcie dokonywania zakupów to otrzymacie aż 20% zniżki na cały asortyment. 

Nim przejdę do komercyjnej rozrywki przed ekranem laptopa, poświęcę chwilę na książkowe "nowości". Piszę to w cudzysłowie, bo większość powyższych tytułów mam od jakiegoś czasu, ale nie miałam jeszcze czasu Wam o nich wspomnieć. Przyszedł ten moment, że mogę bezkarnie kupić kolejną edycję serii "Gdzie jest Wally?" – niestety mimo wielu prób nie udało nam się go odnaleźć na jednym z obrazków. Tytuł "Matka Polka"  autorstwa Anne Applebaum jest nieco mylący, ale myślę, że czytelnik nie będzie w związku z tym zawiedziony. "Old World Italian" to kolejna książka Mimi Thorisson, która zawitała w mojej biblioteczce. Znajdziemy w niej tradycyjne, nieco zapomniane włoskie przepisy, no i oczywiście masę pięknych zdjęć, za które najbardziej kocham Mimi (a właściwie – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – jej męża Oddura). Na zdjęciu widzicie też "What a Beautiful World!" – piękną, bogato ilustrowaną książkę, w której założycielka marki Sisley, Isabelle d'Ornano, po raz pierwszy otwiera drzwi do swoich osobistych, rodzinnych i zawodowych przestrzeni – od serca paryskiego mieszkania po wiejski dom i prawdziwy raj na łonie natury. Ta intymna podróż trafia do Londynu, a kończy w Paryżu w siedzibie Sisley, którą stworzyła wraz z mężem Hubertem d'Ornano. No i na koniec mój urodzinowy prezent: The James Bond Archives 007 by Paul Dungin, który zasłużył chyba na osobny akapit w przyszłości…

Bardzo oryginalny pomysł na Walentynki, czyli kilka recenzji najgorętszych serialowych premier.

1. „Emily w Paryżu” i „I tak po prostu”.

    Nie bez powodu te dwie nowości wrzucam trochę do jednego worka. Byłam wielką fanką pierwszych sezonów SATC i z zażenowaniem oglądałam później pełnometrażowe wersje, które niewiele miały wspólnego z przełomowym – jak na swoje czasy – serialem. Mam wrażenie, że producenci „I tak po prostu” chcieli w pewnym sensie powrócić do źródła w przełamywaniu tabu i poruszaniu tematów nieoczywistych i był to chyba dobry kierunek – śmierć, choroby, ból kręgosłupa, siwe włosy czy pierwsza miesiączka u córki, to przecież wszystko to, co spotyka nas w normalnym życiu. Jednak w anturażu nowojorskiego blichtru i oderwania od rzeczywistości na nieznaną wcześniej skalę, to wszystko wyszło jakoś tak groteskowo. Zgadzam się też z opiniami krytyków, że poprawność polityczna w tym wydaniu zaczyna być karykaturą samej siebie.

    Z kolei w drugim sezonie „Emily w Paryżu” nie szokuje i nie dziwi kompletnie nic. Czekałam na premierę z wytęsknieniem, ale ani widoki z Saint Tropez, ani kreacje, ani nawet Sylvie (moja ulubiona bohaterka) nie zainteresowały mnie na tyle, aby odłożyć telefon i nie czytać drugim okiem o podatkach w Nowym Ładzie. A to drugie też nie należy do najciekawszych rzeczy na świecie.  Jestem teraz typowym narzekaczem, bo krytykuję dwa seriale, które – mimo wad – obejrzałam do ostatniego odcinka. Gdybym miała jednak wybrać, które połączenie tortury i przyjemności bardziej mi odpowiadało, to wybrałabym Carrie i jej koleżanki. I mój mąż też tak powiedział (dzielnie obejrzał ze mną jedno i drugie), więc jeśli w poniedziałek, z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, nie będziecie chcieli oglądać walentynkowych Milionerów, a na nic bardziej ambitnego nie starczy Wam sił to „I tak po prostu” będzie mniejszym złem (i na pewno mniejszą nudą).  Lily Collins nad Sekwaną to produkcja Netflixa, z kolei kontynuacja kultowego „Seksu w wielkim mieście” znajdziecie na HBO GO.

2. „Oszust z Tindera” i „Jestem Georgina”.

   I kolejne nieprzypadkowe połączenie dwóch produkcji, o których rozpisują się portale plotkarskie. Moja recenzja będzie krótka: nie wiem, nie oglądałam, to zupełnie nie mój typ rozrywki. Obydwa ta reportaże pasują jednak na Walentynki jak ulał (wyczuwacie tę subtelną ironię, prawda?). Kto wie? Może w ramach socjologicznego eksperymentu obejrzymy i to? A może (tak jak kilkorgu z moich znajomych) oglądaliście już te produkcje i przypadły Wam do gustu?

3. „Downton Abbey”.

   A oto najlepszy dowód na to, jak bardzo jestem w tyle, jeśli chodzi o seriale, nowinki i świat w ogóle. Podczas gdy inne influencerki czekają na kolejny sezon „Squid Game”, ja oglądam perypetie mieszkańców posiadłości lorda Granthama. I nie mogę tego nawet zwalić na to, że „jestem mamą i nie mam czasu być na bieżąco z serialami”, bo „Downton Abbey” miało swoją premierę w 2010 roku…

    Sielska atmosfera, idealna harmonia między służbą a państwem, problemy typu „zdjęłam już suknię, więc nie mogę z powrotem zejść na kolację” to oczywiście miła w odbiorze fikcja i każdy średnio rozgarnięty widz zdaje sobie sprawę z tego, że życie z początku XX wieku zostało w tym serialu przedstawione w jasnych barwach. Niemniej jednak ta fantazja o przeszłości umila nam ostatnie wieczory. No i wszystkie sześć sezonów czeka sobie na obejrzenie – luksus w XXI wieku.  

jedwabna koszula – Zara Home (po przeróbkach) // wełniany koc – Arket 

 

 

Last Month

   Podobno właśnie doszliśmy do finału epidemii, która przez ostatnie dwa lata przejęła kontrolę nad naszym światem. W filmach „finał” oznacza kulminację zdarzeń, najostrzejszą rozgrywkę, moment, w którym wstrzymujemy oddech z obawy o to, co stanie się w następnej scenie i jak potoczą się losy bohaterów. No cóż – tak właśnie opisałabym ostatnich kilka tygodni.

    W styczniu w domu spędziłam raptem parę dni, ale jakie one były słodkie! Myślę, że luty będzie dla mnie bardziej łaskawy, a emocje i szpitalne obrazy zbledną wraz z czasem. Powoli wracam na stare tory i dziękuję Wam za cierpliwość i wszystkie ciepłe słowa – mam nadzieję, że ten wpis będzie dla Was miłą niespodzianką po tej długiej nieobecności. A teraz zapraszam Was na tradycyjne zestawienie i żegnam nim wszystkie smutki!

1. Wyszło prawie… idealnie. Testowanie przepisów z instagramowych rolek ma różne efekty. Więcej na ten temat przeczytacie w tym wpisie. // 2. Jak miło zobaczyć znajomy widok zza okna sypialni. Takich słonecznych dni było w styczniu tyle co kot napłakał. // 3. Nic nie smakuje tak dobrze, jak kawa od męża. Zwykła kawiarka to jednak cudowny wynalazek. // 4. Tester smaku. //

Patrząc na rosnącą liczbę zakażeń zgaduję, że nie tylko ja byłam w tym miesiącu trochę odosobniona. Jeśli czas w domu Wam się dłuży, to polecam Wam książkę, którą warto przeczytać – optymistycznie zakładam, że później już nie będzie na to czasu, bo zrobi się ciepło, długo jasno i każdy z nas będzie po omikronie. "Hej dziewczyno!" autorstwa Patrycji Mnich to powieść o kobietach z krwi i kości – nie poddających się jakimkolwiek schematom myślenia i działania, realizujących cele w zgodzie ze sobą. To opowieść o sile, którą chwilami stać nawet na słabość. Jestem pewna, że ta książka, jak i sama autorka, zrobią prawdziwą furorę. Ciekawostka: autorka od lat współpracuje z telewizją, pisze scenariusze do filmów fabularnych, sztuki teatralne, eseje i prozę. Jest finalistką Konkursu Scenariuszowego Script Pro 2018 (dawniej Hartley-Merrill). Studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest członkinią Gildii Scenarzystów Polskich i współscenarzystką filmu "Bo we mnie jest seks" o Kalinie Jędrusik. Co za talent!

Chciałoby się czytać dalej, ale stos mejli dosłownie zalewa mi skrzynkę. Przepraszam tych, którzy od grudnia czekają na odpowiedź ;). Praca musiała poczekać.

1. Gdy po trzech pierwszych dniach stwierdzasz, że lepiej jednak poprosić męża o prześcieradło, poduszkę i koc. Są miejsca w których nie chcemy się rozgościć. // 2. Izba przyjęć w czasach pandemii. // 3. Za tym tęskniłam najbardziej. // 4. Blog pozwalał mi oderwać na chwilę myśli. Jak miło tworzyć dzisiejsze zestawienie z własnej kanapy! //

Wolność! Śnieg pod stopami, niebo nad głową. 

I nic więcej nie potrzeba.

Mój niezbędnik przy łóżku. To nie jest lokowanie produktu ;). 

1. "Mamo, ja Ci pomogę z Look Of The Day!" // Na wiosnę póki co chyba nikt nie liczy, ale trochę świeżego powiewu w szafie by się przydało. // 3. Nagranie dla WOŚP. Brzmi profesjonalnie, ale to po prostu ja, ajfon, statyw i Portos w roli reżysera. Pamiętajcie, że moja licytacja z MLE Collection wciąż trwa i link do niej znajdziecie tutaj.  // Tata i czytanki. W takich momentach przech chwilę nikt nie woła "mamooooo!". // 

Zbieranie resztek z lodówki, czyli chleb, który miał już parę dni, ale po wizycie w tosterze jeszcze dał radę, jajo, pasta pomidorowo-paprykowa i pasta marchewkowa. 

A propos finałów: w ostatnich dniach cała Polska żyła finałem WOŚP. To małe zrządzenie losu, że ze szpitalnego okna miałam widok akurat na Olivia Star – to właśnie tam, na najwyższym piętrze, w restauracji Trienta y Tres spotkam się ze zwyciężczynią (lub zwyciezcą) jednej z moich aukcji, która właśnie się zakończyła. Nie wiem czy to zasługa inflacji (ha..ha…ha), ale udało się dzięki niej zebrać ponad 30 000 złotych :). 

A tu już jubilatka, która w styczniu miała swoje trzecie urodziny! :) Rośnij nam zdrowo mój kwiatuszku!

Światłocienie. 

1. Posag dla jednej już mam ;). // 2. A jeszcze wczoraj nosiłam w tej chuście Twoją siostrzyczkę… // 3. To co my zrobimy z tym pięknym dniem? Lodowisko? Spacer? Nieee… dziś lenimy się na kanapie, oglądamy telewizję, jemy parówki na śniadanie i pijemy kawę siedząc na podłodze. // 4. A może w końcu zajrzę do nich? //

Nowa dostawa najlepszych czapeczek na świecie (od polskiej marki Bambolina).

1. Dali radę bez mamy! // 2. I kolejne dziwne resztki :)/ // 3. Nie, to niestety nie jest moje pismo ;). // 4. Ominęły mnie te piękne śniegi na przełomie grudnia i stycznia. Mam nadzieję, że jeszcze wrócą. Tutaj moje nieśmiertelne wełniane skarpety i super ciepłe rękawiczki dla trzylatki. // 

On: Kto normalny trzyma oprawione grafiki na podłodze?  Ja: Nie wiem, ale zamówiłam dziś kolejne :). 

W czasie pandemii, gdy na oddziały nie można swobodnie wchodzić, ludzie dobrej woli robią takie cuda, aby chociaż przez chwilę umilić chorym dzieciom pobyt w szpitalu. Jesteście wielcy! 

… a my po kolejnym tygodniu tutaj w końcu wracamy do domu. Mam nadzieję, że powiedzenie „do trzech razy sztuka” sprawdzi się też w przypadku szpitalnych pobytów na Polankach ;). Personel cudowny, ale mimo wszystko wolimy być w domu ;). 
1. Owsianki razy trzy poproszę! // 2. Aż takiej miłości do siostrzyczki się nie spodziewałam <3. // 3. Rekonwalescencja. // Tu wydaje się mały, ale w rzeczywistości miałam wrażenie, że zaraz spadnie nam do ogrodu :). //W przerwie od zimowych zabaw. Długo szukałam idealnych dziecięcych rękawiczek, ale przyznaję, że nie było to proste zadanie. Sieciówkowe nie nadają się do niczego, za to te od Mongolian są wełniane i przy okazji pięknie wyglądają. Sama miałam od tej marki skarpety, rękawiczki, no i ukochany koc, więc wiem, że to dobry wybór. 1. Ta książka wprowadza do mojego domu "charlottowy nastrój" lepiej niż słoik białej czekolady (no dobra, chyba trochę przesadziłam). // 2. Drzemki w wózku, kopanie piłki, bieganie za Portosem. Próbujemy korzystać z ogrodu ile się da. // 3. Gdy wracasz do domu i okazuje się, że ktoś cię bardzo kocha ;). // 4. Czuję w kościach, że w najbliższym sezonie nawet ja przekonam się do kolorów… piżama od Môme Studio. Występuje w wersji dla dzieci i dorosłych (ja mam rozmiar s). //Z delikatnej organicznej bawełny, z piękną czerwoną lamówką (jako właścicielka marki odzieżowej wiem ile to roboty), w piękny kolorowy wzór. Koszula zapinana jest na guziki z masy perłowej. Ja mam swoją, ale jest też dziecięca wersja. Znalazłam je w Môme Studio (wraz z mnóstwem innych pięknych rzeczy dla mamy i dziecka). Smacznie ale i zdrowo. Ogórek, komosa, szczypiorek, pietruszka, sok z cytryny i oliwa. Ja mogę jeść codziennie. Reszta domowników niekoniecznie. 1. Niby podobne, a przecież zupełnie inne (wszystkie od Luvlou). // 2. Dziadek w telewizji?! Tak! W tym roku na WOŚP przeznaczył hulajnogę ze swoim podpisem. I zgarnął dzięki temu dla WOŚP ponad 100 000 złotych :0! // 3. Jackie O. // 4. Kolejny rozdział "Hej Dziewczyno!". // Ewidentnie za dużo czasu z ciocią Zosią…

No i ten widok na koniec. Dla Was to pewnie nudy na pudy. Dla mnie – najlepsza rzecz pod słońcem. Trzymajcie się i wyczekujcie kolejnych wpisów, bo nie zamierzam próżnować! :)

 

Jak posegregować nawał treści tak, aby dobrze się ubrać, znaleźć przepis na obiad albo kupić coś taniej. Czyli co mądrego może przynieść nam Instagram i podobne twory?

   Pamiętam bardzo wyraźnie jak rodzice naszego pokolenia załamywali ręce i zastanawiali się gdzie skończymy, skoro tyle czasu spędzamy przed diabelskim wynalazkiem – telewizorem. Portale parentingowe jeszcze wtedy nie istniały, ale coś na kształt programów śniadaniowych już tak i jednym z często powtarzających się w nich tematów było analizowanie tego, ile godzin w ciągu dnia dziecko może siedzieć przed szklanym ekranem nim całkiem się napromieniuje. Albo jak reklamy wpływają na rozwój mózgu i czy jako dorośli ludzie nie będziemy od telewizji ciężko uzależnieni.

    No cóż. Chociaż programów jest teraz kilkaset (a nie trzy) i o każdej porze dnia mogłabym znaleźć coś ciekawszego niż „Jeden z dziesięciu”, to od wielu lat spędzam przed telewizorem raczej kwadrans dziennie niż godzinę. Mimo wielkich społecznych obaw okazało się, że oglądanie za młodu Telezakupów Mango na Polsacie nie zlasowało nam doszczętnie mózgów i domyślam się, że dla większości z Was korzystanie z telewizora z umiarem nie jest nawet najmniejszym wyrzeczeniem.

    Nie będę zbyt odkrywcza jeśli napiszę, że każdy technologiczny przełom daje ludziom szereg korzyści, ale niesie też za sobą nowe zagrożenia. Dziś dużo mówi się o szkodliwości mediów społecznościowych, z Instagramem na czele. O tym, jak zaburza nam postrzeganie rzeczywistości i nas samych, o frustracji jaką generuje. Nie będę temu zaprzeczać – mi samej zdarza się czasem wzdrygnąć, gdy natrafię na dziwaczne filmiki z wrzucaniem niemowlaków w zaspy śnieżne czy ze zbliżeniami na przekłuwane uszy. O treściach zachęcających młodych ludzi do naprawdę niebezpiecznych zachowań nawet nie wspominając. Nie muszę tu nawet rozwijać tych wątków, bo w społecznej świadomości utarło się już, że „Instagramy i inne Tiktoki” to czyste zło, które degeneruje młode pokolenie. No i te trochę starsze – powiedzmy w okolicach trzydziestki – również.

   No dobrze, czy to oznacza, że miliony kobiet na całym świecie spędza przed telefonem mnóstwo czasu, chociaż nie przynosi im to żadnej, nawet najmniejszej korzyści, a jedynie kradnie czas, który mogłyby spędzić znacznie lepiej? Spuentuję to ulubionym sformułowaniem tych, którzy boją się podawać jednoznaczne odpowiedzi, a mianowicie: „to zależy”. Ja myślę, że nie musi tak być.  Poniżej znajdziecie coś w rodzaju nietypowej instrukcji obsługi Instagrama, która (mam nadzieję) pomoże spędzać na nim mniej czasu, a jednocześnie sprawi, że to, co znajdziemy będzie użyteczne w prawdziwym życiu, które jest przecież nieporównywalnie ważniejsze. 

1. Inspiracja, organizacja i realizacja, czyli lepszy styl bez wysiłku.

   Pracując w modowej branży bardzo ciężko być na czasie, jeśli nie jest się stałym obserwatorem Instagrama. To tu najszybciej wyłapuję nowe trendy (albo wręcz przeciwnie – widzę, że coś bardzo mi się opatrzyło) i czytam o najważniejszych wydarzeniach. Jednym kliknięciem mogę przejść z relacji z pokazu Chanel do profilu ifluencerki, która jako pierwsza założy te projekty w codziennym życiu. Dzięki oznaczeniom poznaję coś nowego – niszowe szwedzkie marki, ręcznie dziergane kominiarki „baklavy” (które zamówić można tylko pisząc prywatną wiadomość) albo dobrej jakości buty (ale jednak tańsze niż te od słynnych domów mody).

    Ale użyteczność tej aplikacji może śmiało wykraczać poza te z nas, których praca zawodowa związana jest z modą. Każda dziewczyna, która chce fajnie wyglądać i sprawnie wybierać codzienne zestawy na pewno widzi potencjał w bezkresach Instagrama. Aby przełożyć to na konkretne codzienne decyzje przed szafą proponuję zaobserwować kilka profili, które pokazują wyłącznie stylizacje w potrójnych zestawieniach (allblackvis, modeblogg). Jeśli chodzi o konkretne ifluencerki, to zawsze warto wybierać te, których zawartość szafy już na starcie podobna jest do tej, którą same posiadamy (nie chodzi oczywiście o marki, a o styl czy kolorystykę). Chodzi o to, aby „papugowanie” nie polegało na kupowaniu nowych rzeczy, a na łączeniu tego, co już mamy w oparciu o zestawy naszej instagramowej przewodniczki. Jeśli natrafiamy w „feedzie” na fajną stylizację, którą same mogłybyśmy powtórzyć od razu użyjmy opcji „zapisz”.

    Skupmy się na dobrej stronie medalu – można patrzeć na zdjęcia świetnych stylizacji i nakręcać się przez to na kolejne zakupy. A można tak wyselekcjonować treści, aby z pomocą tych, którzy dzielą się swoimi stylizacjami w sieci, korzystać z zawartości własnej szafy w bardziej przemyślany i jednocześnie szybszy sposób. 

2. Przepis z „rolek” i Tiktoka. Hit czy kit?

    Gdy natrafię na Instagramie lub Tiktoku na rolkę pod tytułem „szybki przepis na kokosowe mini-pączki” albo „kurczak z ziemniakami w pięć minut” to w pierwszej chwili po jej obejrzeniu myślę sobie „genialne!”. Później zaczynam się jednak zastanawiać, czy to ja utrudniam sobie życie i nie ogarniam gotowania, czy może jednak te filmiki są kolejną fikcją, zaraz po „tęczowym konturowaniu twarzy”, które nikomu nigdy nie wyszło w prawdziwym życiu. 

    Postanowiłam podjąć się wyzwania i przetestować kilka najbardziej apetycznych pomysłów. Na pierwszy ogień poszła tarta o smaku Snickersa (celowo go nie podlinkowuję, bo mam mieszane uczucia co do jego jakości). Filmik wydawał się banalnie prosty, chociaż już w proporcji składników na ciasto coś mi nie pasowało, ale postanowiłam nie modyfikować przepisu, za wyjątkiem kremu kakaowo-orzechowego (w oryginale jest „ten słynny” z olejem palmowym, a ja wolę zdrowszą i pyszniejszą wersję).

Przepis na tartę o smaku Snickersa z Tiktoka (z moimi poprawkami)

SKŁAD

kruche ciasto:

150 g mąki

25 g cukru pudru

125 g pokrojonego w kostkę masła

kremy:

puszka mleka skondensowanego

puszka słonych orzeszków

słoik kremu kakowo-orzechowo (ja wybrałam ten)

Sposób przygotowania:

1. Na blacie ugniatamy mąkę, pokrojone na kawałki masło i cukier puder. Zdecydowanym ruchem zagniatamy ciasto i odkładamy na 30 minut do lodówki. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni C. Ciasto wyjmujemy z lodówki i wykładamy nim formę wyłożoną papierem do pieczenia. Wierzch ciasta nakłuwamy widelcem. Pieczemy ok. 25 minut, aż ciasto uzyska złoty kolor. 2. W czasie pieczenia przekładamy mleko skondensowane do garnka i na wolnym ogniu, mieszając, czekamy aż zamieni się w kajmak. Dodajemy solone orzeszki ziemne. Wykładamy masą tartę (lepiej nie czekać z tym aż zastygnie). Na sam wierzch nakładamy krem orzechowo czekoladowy i gotowe. 

    Nieskromnie napiszę, że w przygotowywaniu tart jestem naprawdę doświadczona i jak dobrze pójdzie to z tą cytrynową potrafię się uwinąć nawet w pół godziny. Myślałam, że w tym przypadku będzie podobnie (w końcu miała być „błyskawiczna”) ale nawet gdyby zwolnić filmik z przepisem stukrotnie, to chyba nie zmieściłabym się w czasie. Na dodatek ciasto było zbyt kruche, a krem krówkowy z orzeszkami bardzo się ciągnął (za to ElCrem jak zawsze dawał radę, ale to już akurat nie jest zasługa przepisu). Pominięto też wiele istotnych informacji (wyłożenie formy papierem do pieczenia, mieszanie kremu z orzeszkami jeszcze na ogniu, aby nie stwardniał, schłodzenie go po wyłożeniu na ciasto i tak dalej). Nie wiem, czy gdybym nie miała w tym temacie doświadczenia, to ciasto w ogóle utrzymałoby odpowiedni kształt (krojenie nie szło zbyt sprawnie). Tarta w smaku była pyszna, ale chyba już jej nie powtórzę.

Najlepszy składnik mojej snickersowej tarty z "rolki", czyli krem orzechowo-kakaowy ElCrem bez oleju palmowego (posiada także najniższą ilość cukru w kategorii kremów bez słodzików). Używam go do naleśników, ciast albo po prostu jem łyżką, gdy mam gorszy humor ;). 

    Wniosek? Dzięki instagramowym przepisom raczej nie nauczysz się gotować, ale możesz podpatrzeć ciekawe triki (jak ten z przekrajaniem pomidorków na pół) albo znaleźć pomysł na coś nieskomplikowanego, gdy brakuje pomysłu na obiad (ten przepis był OK, ale musiałam do niego dodać więcej przypraw i trochę pokombinować z ustawieniami piekarnika). Nie liczyłabym też na nie w sytuacjach, kiedy chcemy podać coś bardziej wykwintnego. No i pamiętajmy, że wrzucanie do miski marchewki, ziemniaków, cebuli, papryki, czosnku i cukinii trwa trzy sekundy, ale ich umycie, obranie i pokrojenie już nieco dłużej, a jakoś nie jest to zwykle uwzględniane w kadrze ;). 

Ciasto z tą herbatą to najlepszy styczniowy duet. Jest wyjątkowo delikatna, nie ma w sobie ani odrobiny cierpkości, nawet jeśli będziemy ją parzyć odrobinę za długo (to mieszanka czarnej herbaty assam z prażonymi migdałami i olejem z migdałów od Newbytea – mojego sprawdzonego sklepu z herbatami). Jest sprzedawana w pięknej puszcze, którą z premedytacją można później trzymać na blacie w kuchni i mieć zawsze pod ręką.

3. Zakupy. Można więcej i drożej, a można mniej i taniej.

    Mój makijaż od dekady niewiele się zmienił. Z trudem wprowadzam do swojej codziennej rutyny nowinki kosmetyczne, chociaż wzdycham do pięknych rozświetlonych makijaży z Instagrama. Parę razy zdarzyło mi się też kupić kredkę czy puder licząc na to, że uzyskam dzięki jednemu produktowi ten sam efekt, co makijażowe influencerki. No cóż… tak nie było. Niestety, to typowy błąd, który popełnia się wtedy, gdy brak umiejętności próbujemy zrekompensować sobie lepszym „sprzętem”. Wiem dobrze o czym mówię, bo gdy zaczynałam przygodę z fotografią byłam przekonana, że lepszy aparat oznacza lepsze zdjęcia. Dziś wiem, że piękne zdjęcie można zrobić naprawdę najprostszym aparatem czy nawet zwykłym instaxem, ale świetny sprzęt wcale nie daje nam pewności, że po sesji cokolwiek będzie się nadawało do publikacji.

    Na dodatek filmiki makijażowe nie są zindywidualizowane – nawet jeśli z założenia mają pełnić funkcję dydaktyczną, to ich masowy przekaz nie może być zastosowany w przypadku kogoś o innym typie kolorystycznym, kondycji skóry i tym podobnych. Niektóre marki wykupują lokowania (takie jak to), w których nakazują wykorzystanie wyłącznie produktów ich marki i zaprezentowanie makijażu krok po kroku. Odbiorca, zwłaszcza niekompetentny, czyli taki jak ja, zapewne pomyśli „jeśli kupię cały zestaw na pewno uda mi się odtworzyć ten sam efekt”. Ale byłabym ostrożna z takimi wnioskami. Produkty do makijażu są jak farby dla malarza – najważniejsza jest technika i pewność przy „pociąganiu pędzlem po płótnie”. Szczerze mówiąc, często sama nie potrafię dokładnie określić dlaczego danego dnia umalowałam się ładniej niż 24 godziny wcześniej, nie wiem więc dlaczego łudzę się, że nowy róż podniesie moje kompetencje w tym temacie.

    Wróćmy na chwilę do wstępu i Telezakupów Mango – w ciągu paru minut te reklamy potrafiły przekonać nas, że mop, otwieracz do butelek albo pompowany materac na zawsze zmienią nasze życie. Wiele się przez ten czas zmieniło, ale czasem widzę na Instagramie pewne analogie… Jeśli coś jest piękne, proste i szybkie bardzo możliwe, że jest też nie do końca prawdziwe.

Do sprzedaży w Jotex wróciła moja ulubiona poszwa na pościel i poduszki, którą już parę razy u mnie widziałyście. Z grubej, porządnej bawełny, zapinana na zamek. Poniżej znajdziecie na nią kod zniżkowy. 

    Na Instagramie można jednak znaleźć wiele postów, które pozwalają nam kupić wcześniej zapisane na liście rzeczy taniej. „Kiedy będziesz mieć kod do Jotex?” to jedno z najczęstszych pytań jakie dostaję od przyjaciółek (i Czytelniczek też!). To samo tyczy się rabatów na kosmetyki, Balagan, MLE i tak dalej. Jeśli związek przyczynowo skutkowy jest właśnie taki (mamy upatrzone rzeczy, a gdy znajdujemy na Instagramie rabaty, to dopiero wtedy decydujemy się na zakupy), to ciężko odmówić aplikacji użyteczności. 

Lampa, świeca oraz filiżanka (no i pościel, fotel i dywan z innych zdjęć) pochodzą ze sklepu Jotex. Wiem, że wiele z Was na niego czekało – mam w końcu kod rabatowy! Na hasło KASIAJAN30 otrzymacie aż 30% rabatu* na całe zamówienie + 5% dodatkowego rabatu do cen na czerwono! (*warunek: jednorazowa promocja dla każdego Klienta). Macie czas do 28 lutego. 

   Dla jednych media społecznościowe to dżungla, w której czyhają na nas zagrożenia. Dla innych to praca albo miejsce gdzie można od niej uciec. Dla kogoś jeszcze Instagram i jemu podobne aplikacje będą oknem na świat, skarbnicą feministycznych myśli albo przepustką do ważnej dla nas wspólnoty. To prawda, że atakuje nas tam mnóstwo głupot, ale nie rzadko jest też tak, że jakaś grupa rozpoczyna kierować się mądrą ideą, a reszta chętnie za tym podąża. W realnym życiu tego rodzaju „oddolne zrywy” byłyby właściwie niemożliwe (i to nie tylko w czasach pandemii). W ostatnim czasie szczególnie mocno doceniłam tę siostrzaną moc megabajtów, które płynęły do mnie wirtualnie ze wszystkich stron, chociaż nim znalazłam się w kryzysie też wyraźnie to dostrzegałam. Po takich doświadczeniach i otrzymanym wsparciu ciężko jest uznać, że media społecznościowe nadają się tylko do kosza. 

    Telewizja, Gadu-Gadu, Nasza Klasa, niebawem pewnie Facebook i Instagram, a kiedyś – kto wie – może nawet Netflix? ;) Każdy z tych rewolucyjnych wynalazków przeminie prędzej czy później, a wraz z ich obumieraniem zaczną znikać zagrożenia i możliwości z nich płynące. Bez obaw – z całą pewnością w ich miejsce pojawi się coś nowego, co na nowo rozbucha socjologiczne rozważania.

wełniany sweter – MLE z odrzutu (podobny tutaj) / cygaretki – MLE sprzed paru sezonów / kapcie – Flattered / dziecięcy sweterek – Mille Baby / dziecięce dżinsy – Zara