If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Szczęście ukryte w codzienności

   The set of bloggers' beloved terms such as slow life, slow food, or slow fashion has just been enriched with another one: slow home. An Australian writer and blogger, Brooke McAlary, has published a book that is supposed to help us with the reorganisation of our day so that it can bring us as much happiness as possible. It sounds trivial and you've probably assumed right away that you hear it for the hundredth time. However, even if you have already mastered all of the rules of minimalism, this inconspicuous book can turn out to be a real surprise.

   We often say with my girlfriends that a day without a moderate panic attack is a day wasted. We all rush somewhere, constantly forget about and stress out about things that are in fact irrelevant. We don't have to look at the clock because we know that if we feel as if we were ran over by a road roller, the clock has just struck 7 in the evening. Of course, that's a slight exaggeration – not everyone goes through the same process and not every day looks the same, but you can probably agree that we are still trying to outdo others in proving who is more overworked, tired, and sleep-deprived. We also repeat (to ourselves and others) that it's crucial to "slow down and enjoy the moment", but such words won't decrease the list of our everyday duties. That's why the things about which McAlary writes in her book stuck home with me even more. She admits that she was struggling with her professional burnout for a long period of time, that she didn't fulfil her duties, and that she failed her nearest and dearest in all areas because she wasn't able to define her priorities (it sounds terrible, but functioning at full speed for a longer period of time ends up that way) – you can clearly see that the author bases her writing on her own experiences and owing to that, it's easier for her to reach even suspicious readers.

***

   Do ukochanych przez blogerki terminów z cyklu slow life, slow food czy slow fashion, doszedł właśnie kolejny: slow home. Australijska pisarka i blogerka, Brooke McAlary, wydała książkę, która ma pomóc nam w reorganizacji dnia tak, aby czerpać z życia więcej przyjemności. Brzmi trywialnie i pewnie od razu uznałyście, że słyszałyście ten tekst ze sto razy, ale nawet jeśli wszystkie zasady minimalizmu macie w jednym paluszku, to ta niepozorna książeczka może Was zaskoczyć.

   Mamy w naszej kobiecej paczce takie powiedzenie, że dzień bez umiarkowanej paniki to dzień stracony. Wszystkie gdzieś pędzimy, o czymś zapominamy i denerwujemy się na rzeczy właściwie nieistotne. Nie musimy patrzeć na zegarek, bo wiemy, że jeśli czujemy się tak, jakby przejechał nas walec, to znaczy że właśnie wybiła dziewiętnasta. Oczywiście trochę przesadzam – nie każdy tak ma i nie każdy dzień tak wygląda, ale chyba zgodzicie się ze mną, że wciąż prześcigamy się w tym, kto jest bardziej przepracowany, zmęczony i niewyspany. Wciąż też powtarzamy (sobie i innym), że "trzeba zwolnić i bardziej cieszyć się chwilą", ale przecież od takiego gadania lista naszych codziennych obowiązków się nie skróci. Tym bardziej więc trafiło do mnie to, o czym pisała McAlary, bo sama przyznaje, że długo zmagała się z wypaleniem zawodowym, że nie wywiązywała się ze swoich zadań i że zawodziła bliskich na każdym polu, bo nie potrafiła zdefiniować priorytetów (brzmi strasznie ale funkcjonowanie na 110 procent przez dłuższy czas pewnie tak właśnie się kończy) – widać, że autorka opiera się na własnym doświadczeniu i dzięki temu łatwiej trafia do podejrzliwego czytelnika. 

Wnętrze mojej szafy. Staram się trzymać jej zawartość w ryzach – jeśli w czymś długo nie chodzę, natychmiast przekazuję tę rzecz komuś komu bardziej się przyda. 

  After reading a couple of books on minimalism, I'm more skilled when it comes to reducing the number of unnecessary items (again, the photo above reveals that I still have too many pairs of blue jeans…); I also see the effects of the imposed discipline (I'm less of a slob, and even when I forget myself, the cleaning takes me a moment). I can easily see those two changes when I look into my wardrobe or when I enter my house. It's considerably more difficult to see or measure the things that happen inside our minds. Are we truly happy? Were we able to calm down and become less cranky? "Destination Simple: Everyday Rituals for a Slower Life" is a book which helps us to work on our approach to life and everyday obligations. The exercises that are proposed by the author of the book may seem strange initially. However, I was really surprised how often her ideas about focusing on here and now and enjoying simple activities to the fullest popped in my head throughout the day. Literally – as the first exercise that we're supposed to do is hanging laundry without whining. The whole thing, however, isn't about stopping whining under your breath. If we want to learn how to gain our peace of mind anew, we need to start from scratch. The book will provide us with the knowledge on how to create tiny enclaves of peace and happiness. Enclaves that are tangible, like for example a spot in our bedroom, or the opposite, like a visit in our favourite greengrocer's shop and a talk with the shop assistant about the best types of tangerines or apples.   

   Our life won't fall into place after reading one book – that's true. But it might be helpful to slow down when everything around us is constantly accelerating. In times when our life rhythm is falling apart, the book seems really tempting, doesn't it?

***

   Po przeczytaniu kilku książek o minimalizmie coraz lepiej radzę sobie z ograniczaniem niepotrzebnych przedmiotów (chociaż na zdjęciu powyżej widać, że niebieskich dżinsów mam nadal za dużo…), widzę też efekty narzuconej dyscypliny (bałaganię coraz mniej, a nawet jeśli się zapomnę, to sprzątanie zajmuje mi chwilę). Te dwie zmiany łatwo zaobserwować gołym okiem zaglądając do szafy czy wchodząc do mieszkania. Znacznie trudniej dostrzec czy zmierzyć to, co dzieje się w naszych głowach. Czy faktycznie jesteśmy szczęśliwsi? Czy udało nam się uspokoić i mniej narzekać? "Prostota. Siła codziennych rytuałów" to książka, która pomaga nam pracować właśnie nad naszym nastawieniem do życia i codziennych obowiązków. Ćwiczenia, które proponuje autorka mogą się z początku wydawać dziwne, ale sama byłam zaskoczona, jak często w ciągu dnia dźwięczały mi w głowie jej pomysły na to, aby koncentrować się na tym co tu i teraz i czerpać z prostych czynności większą przyjemność. Dosłownie, bo pierwsze ćwiczenie jakie mamy do wykonania, to rozwieszenie prania bez jęczenia. Nie chodzi tu jednak tylko o to, aby przestać zrzędzić pod nosem. Jeśli chcemy nauczyć się na nowo spokoju ducha, musimy zacząć od podstaw. W książce przeczytamy też o tym, jak zacząć tworzyć chociaż mikroskopijne enklawy spokoju i szczęścia. Namacalne, jak kąt w sypialni, albo wręcz przeciwnie, jak wizyta w ulubionym warzywniaku i rozmowy ze sprzedawczynią o najlepszym gatunku mandarynek czy jabłek. 

   Nasze życie nie ułoży się po przeczytaniu jednej książki – to prawda. Może jednak pomóc nam wyhamować, gdy wszystko wkoło przyspiesza. W czasach, gdy coraz częściej rozjeżdża się nam rytm życia, brzmi to nad wyraz kusząco, prawda?

***

 

Moja "mikroskopijna enklawa spokoju i szczęścia" czyli ulubiony kąt w sypialni. To tu czytam, jem sobotnie śniadania, a czasem pracuję. Są tu moje ulubione książki, rodzinne pamiątki w postaci grafik na ścianie, miejsce na kwiaty, delikatne światło i mnóstwo miękkich tkanin – lniana pościel i wełniane koce. 

Instastories z pościelą od polskiej marki MIJO LINE wywołało prawdziwą lawinę wiadomości na moim profilu. Dodaję więc więcej informacji. Pościel uszyta jest ze zmiękczonego lnu, który świetnie wygląda i jest bardzo wytrzymały. Mam problem ze znalezieniem pościeli, bo moja kołdra ma niestandardowy wymiar, ale przemiłe Panie z MIJO LINE zgodziły się uszyć mi tę pościel na wymiar. Jeśli również będziecie potrzebowały pościeli w niestandardowych wymiarach, nie bójcie się poprosić o jej uszycie.
Udało mi się zdobyć dla Was kod rabatowy na wszystkie pościele. Otrzymacie 5% zniżki, jeśli przy zamówieniu wybierzecie z listy kod MLE – Make Life Easier. Promocja trwa do końca stycznia!

"Mikroskopijna enklawa spokoju i szczęścia" Portosa, czyli miejsce przy łóżku i mój kapeć do gryzienia. 

Val Di Fiemme – moje ulubione miejsca

    If I were to choose one place in the world that I'm most happy to revisit, I would choose Val di Fiemme Valley without a second thought. Even though I've visited this place already several times, I wouldn't even think about searching for a new place that would suit a ski trip. This scenic land is situated in the Italian Dolomites and you can find here everything that every fan of winter craze needs. You've asked thousands of questions on why I chose that place on my Instagram account. That's why I decided to shortly describe my thoughts about it and to recommend well-tried attractions in this post.

1. Mountain cuisine  

   Cuisine in that region has a lot to offer for a very simple reason – the area is a blend of Italian, Austrian, and German influences. Such a combination is a guarantee of delicious coffee, wine, and very satiating meals. Most of the mountain chalets will provide us with something unique. When you are finished with skiing for the day, you should try the famous "bombardino" – hot liqueur with whipped cream. Interestingly, when I chose Austria for a ski trip once in my life, literally 200 km away, there wasn't even a single person who knew anything about this drink. As you see, that's indeed a regional delicacy that you won't be able to find anywhere else. The best pizza is served in a mountain lodge on the summit of Alpe Cermis (tested by my whole family). In another mountain lodge in the foothills of Pale di San Martino, which can only be reached by foot, you will have a unique opportunity to try regional cuisine – from meat round potato dumplings with plenty of butter to pappardelle with game. I couldn't forget about the famous Strauben (something between angel wings and doughnuts) that you can eat on the northern slope of Alpe Lusia. If you try it once, you will always come back to Val di Fiemme.  

   On the other hand, if you would like to have a dinner with friends, I recommend an affordable and a really great restaurant near Majestic Hotel in Predazzo – just don't forget to book a table beforehand!

2. Slopes  

   I won't deceive you – I'm far from being a professional skier, both when it comes to my skills and my engagement in the trainings. I like when there are multiple skiing paths to choose from, few people, and when the area is close to the mountain lodge – these are my priorities. However, I can spot the difference between slopes that have been well prepared and those that haven't – you will find plenty of the former in Val di Fiemme. Those of you who would like to ski from eight to five o'clock will surely fall in love with Sellaronda – Europe's largest ski carousel (most ski lifts will require you to have the Dolomiti Superski skipass). Those who want to start their skiing right in front of the hotel will be disappointed – such areas in this region are scarce.   

   Via del Bosco on Alpe Cermis is a curiosity here – a long ski trail running through the woods. You will find a number of designated stops along the way. Each of them features riddles about trees, natural-sized sculptures of animals living in the nearby forests, or specially designated viewpoints. Another ski trail which became a source of numerous anecdotes (both funny and scary) is the famous Piavac on Alpe Lusia. You will find here a signpost saying "only for skilled skiers" at the very beginning of the trail. It is like a red rag to a bull for novices – I haven't met a single person who would try their hand at skiing down the trail after seeing the signpost. I can advise you to think twice because you may become an object of ridicule when you reach the wall, take off your skis, and meekly try to return to the place where you made the wrong decision.

3. Apres ski   

   Val di Fiemme Valley isn't a destination chosen by snobs and celebrities. It isn't as fashionable and popular as Sankt Moritz or Cortina d'Ampezzo, located two and a half hours away, but I treat it as an advantage of this land. Besides, admiring the charms of Cavalese, Predazzo, and my beloved Moena would surely keep you occupied for all the evenings of your trip. If you don't like wandering around mountain towns, you can always pay a visit at a night toboggan chute in Obereggen – I'm sure that you will be delighted. For those who are able to muster a little bit of energy after a long day full of skiing, I recommend "health paths".

 If you have any questions concerning this region, you should definitely write them down in the comments. Have a nice evening!

***

Gdybym miała wybrać jedno miejsce na świecie, do którego wracam najchętniej, to bez namysłu powiedziałabym: dolina Val di Fiemme. Chociaż byłam tam już kilkanaście razy, to nawet przez myśl nie przechodzi mi szukanie nowego miejsca na narciarską wyprawę. Ta malownicza kraina położona jest we włoskich Dolomitach i można w niej znaleźć wszystko, czego potrzebuje miłośnik zimowych szaleństw. Na Instagramie zadawałyście mi mnóstwo pytań o to, dlaczego właśnie to miejsce wybieram, postanowiłam więc w kilku zdaniach opisać Wam moje spostrzeżenia i polecić przy okazji sprawdzone atrakcje. 

1. Kuchnia na szczytach

   Kuchnia w tym rejonie ma nam wiele do zaoferowania z prostej przyczyny – wymieszały się tam wpływy włoskie, austriackie i niemieckie. Taka kombinacja to gwarancja dobrej kawy, wina i bardzo sycących posiłków. Właściwie każde schronisko uraczy nas czymś wyjątkowym. Po skończeniu zjazdów musicie spróbować słynnego "bombardino", czyli gorącego likieru z bitą śmietaną. Co ciekawe, gdy raz w życiu wybrałam się na narty do Austrii, dosłownie dwieście kilometrów dalej, nikt nie słyszał tam o tym drinku, jest to więc naprawdę regionalny przysmak, którego nie uraczycie nigdzie indziej. Najlepszą pizzę zjecie w schronisku na szczycie Alpe Cermis (przetestowane przez całą moją rodzinę). Za to w schronisku u podnóży Pale di San Martino, do którego dojść można tylko pieszo, spróbujecie prawdziwej regionalnej kuchni – od pyzopodobnych knedli z mięsem i dużą ilością masła, po pappardelle z dziczyzną. Nie mogę nie wspomnieć o słynnym Strauben (coś pomiędzy faworkami, a pączkiem), które zjecie w schronisku od północnej strony Alpe Lusia. Kto raz go spróbował, ten już zawsze będzie wracał do Val di Fiemme.

   Jeśli z kolei macie ochotę na kolację ze znajomymi, to polecam Wam niedrogą i naprawdę świetną restaurację przy hotelu Majestic w miasteczku Predazzo – tylko nie zapomnijcie wcześniej zarezerwować stolika!

2. Stoki

   Nie będę Was oszukiwać – daleko mi do zawodowego narciarza, zarówno pod względem umiejętności, jak i zaangażowania w treningi. Lubię, gdy tras jest dużo, ludzi mało, a do schroniska blisko – to moje priorytety. Potrafię jednak dostrzec różnicę pomiędzy dobrze, a źle przygotowanym stokiem – tych pierwszych w Val di Fiemme jest naprawdę pod dostatkiem. Ten, kto chce pojeździć na nartach od ósmej do siedemnastej z pewnością zakocha się w Sellaronda – największej karuzeli narciarskiej w Europie (na większość wyciągów potrzebny jest skipas Dolomiti Superski). Zawiedzeni będą jednak ci, którzy chcą zaczynać zjazdy prosto z hotelu – takich miejsc w tym regionie jest bardzo niewiele. 

   Do ciekawostek zaliczyć można Via del Bosco na Alpe Cermis – długą trasę biegnącą przez las. Wyznaczonych jest na niej kilka przystanków, a na każdym z nich znajdziemy zagadki o drzewach, naturalnych rozmiarów figury zwierząt mieszkających w pobliskich lasach czy specjalnie wyznaczone punkty widokowe. Kolejną trasą, która stała się źródłem wielu anegdot (śmiesznych i strasznych) jest słynny Piavac na Alpe Lusia. Tuż przed jej początkiem ustawiony jest specjalny znak z ostrzeżeniem "tylko dla bardzo dobrych narciarzy". Działa on na nowicjuszy, jak płachta na byka – jeszcze nie spotkałam osoby, która widząc ten napis nie powiedziałaby "ja nie zjadę?! ja nie zjadę?!". Wam radzę się jednak zastanowić, bo możecie stać się obiektem kpin, gdy po dotarciu do ścianki, ściągniecie narty i potulnie spróbujecie wrócić do miejsca, w którym podjęliście złą decyzję.

3. Apres ski 

   Dolina Val di Fiemme nie jest celem podróży snobów czy celebrytów, nie jest też tak modna jak Sankt Moritz, czy oddalona o dwie godziny drogi Cortina d'Ampezzo, ale ja traktuję to jako zaletę tej krainy. Zresztą podziwianie uroków Cavalese, Predazzo i mojej ukochanej Moeny z pewnością wypełniłoby Wam wszystkie wieczory wyjazdu. Jeśli nie lubicie się szwendać po górskich miasteczkach, to zawsze możecie się wybrać na nocny tor saneczkowy w Obereggen – jestem pewna, że będziecie zachwyceni. Tym, którzy znajdą jeszcze odrobinę energii po całym dniu szusowania, polecam ścieżki zdrowia.

   Jeśli macie jakieś pytania dotyczące tego regionu, to koniecznie napiszcie o nich w komentarzach. Miłego wieczoru!

 

kask – POC / gogle – POC / kurtka – Napapijri / spodnie – Moncler (podobne tutaj) / plecak – Even Odd

Via del Bosco, Alpe Cermis. Sellaronda, a właściwie nagrodę po walce o przetrwanie, czyli słynne bombardino.  Schronisko na szczycie Alpe Cermis.sweter – J. Crew (podobny tutaj i tutaj)  / okulary – Ray-Ban / spodnie – Moncler (podobne tutaj) Jedna z wielu ścieżek zdrowia i polski pies. 

Dobranoc!

***

 

Last Month

   I hope that Christmas was a time of relaxation full of only positive emotions for each of you.There's a moment of summing up ahead of us that I don't really like.I prefer looking into the future rather than into the past.But I won't get away from a brief retrospection today.Check out my December photos – I hope that Christmas atmosphere stays with us for as long as possible.

***

   Mam nadzieję, że Święta Bożego Narodzenia dla każdej z Was były czasem odpoczynku i samych pozytywnych emocji. Przed nami moment wielkich podsumowań, za którymi, powiem Wam szczerze, nie przepadam. Wolę patrzeć wprzód niż oglądać się za siebie. Ale od małej retrospekcji dziś nie ucieknę. Zapraszam Was serdecznie do obejrzenia grudniowych zdjęć – oby świąteczny nastrój został z nami jak najdłużej. 

Grudniowy Central Park. Poniżej widzicie kolejkę przed słynnym Buvette (jak dla mnie miejsce trochę przereklamowane). płaszcz – MLE Collection // szalik – ACNE // spodnie – Topshop // buty – Isabel Marant 1. i 4. Najlepszy stek na świecie w The Standard Grill. // 2. i 3. Słoneczny poranek na West Village. //Czekamy na zapalenie światełek. Rockefeller Center. Po trzech godzinach czekania – w końcu!Najbardziej magiczny wieczór w Nowym Jorku. Bilety na sztukę w broadway'owskim teatrze można kupić przez internet. My wybraliśmy "Madame Butterfly" z Clivem Owenem.  Niestety w trakcie sztuki nie można było robić żadnych zdjęć. 1. i 4. Biblioteka Publiczna i prawdziwy Kubuś Puchatek z przyjaciółmi, który mieszka w jej wnętrzach. // 2. i 3. Muzeum Historii Naturalnej – obowiązkowy punkt zwiedzania w Nowym Jorku. // Lodowisko w Central Parku. W sklepie Sezane (East Village). Poranna kawa z takim widokiem – czego chcieć więcej? Powrót do domu. Przywitał mnie pierwszy śnieg. Świąteczne przygotowania. Ten t-shirt dostałam od dziewczyn, które postanowiły zorganizować kampanię #legallyfashionable. Akcja ma na celu zwrócenie uwagi na ochronę praw tych, którzy działają na rynku modowym. Jeżeli jesteście ciekawe i chciałybyście dowiedzieć się więcej o ochronie praw autorskich w branży modowej to zapraszam tutaj. Jeden produkt do wszystkiego, czyli jak oszczędzić miejsce w łazienkowej szafce. Satynowy Olejek Odżywczy od Decléor można używać do twarzy, ciała i włosów. Zawiera substancje o działaniu regenerującym i zmiękczającym skórę takie jak olejek z kadzidłowca i olej kameliowy. Nietłusta konsystencja produktu szybko się wchłania. Bez parabenów. Bez oleju mineralnego. Bez barwników. Po tym jak zakochałam się w mandarynkowym kremie tej marki postanowiłam przetestować kolejne produkty. 1. Świąteczne elfy. // 2., 3. i 4. Domowe pielesze.Gdy nie ma miejsca w bagażniku, bo trzeba przewieźć choinkę. 1. i 3. Świąteczne ciasteczka. W tym roku nie tylko gwiazdki, ale też… Portos? // 2. i 4. Swetry, swetry i tylko swetry. Ten u góry jest od H&M, ten na dole od MLE Collection. // Jeden z wielu udanych prezentów w tym roku. Esencja Połysku od Kérastase to dwufazowa mgiełka do włosów. Dzięki połączeniu mieszanki naturalnych olejków i wody kwiatowej, tworzy wyjątkowo przyjemną konsystencję. Włosy stają się odżywione i pięknie pachną.czapka – PomPoms // płaszcz – Mango (stara kolekcja, podobny tutaj) // buty – UGG

Czekamy na kolejną porcję śniegu. Spokojnego wieczoru!

***

 

 

Look of The Day – one day in New York City

shoes / buty – Inuikii on eobuwie.pl

red sweater / czerwony sweter – Abercrombie & Fitch

coated jeans / woskowane dżinsy – Mango (stara kolekcja)

sunglasses / okulary – Ray-Ban

jacket / kurtka – Woolrich

    I've always dreamt about visiting New York City right around this time of the year as I wanted to feel like Kevin who was lost on the airport for a short moment. So far, I thought that I'm a little bit too crazy when it comes to Christmas, but New Yorkers beat me when it comes to the subject.The whole city is in the preparation mood, conifer wreaths are literally everywhere (even fire trucks and concrete mixers have them on their hoods), and Christmas songs can be heard on each corner.   

   Today's post is a great pretext to share with you some photos from my stay in New York City.I chose one day so that I don't bore you and I decided to leave the rest of the memories to myself.I will start right away to enumerate the places that you can see in the photos.The room with a free-standing bathtub can be found in The NoMad Hotel where I stayed. When choosing a hotel in New York, you need to remember about two things – the coolest ones (that aren't really the most expensive) should be booked as far in advance as possible (the prices can be even half as expensive).Secondly, you need to remember that prices provided by Booking.com don't include tax (in the USA, the tax is added when you are actually paying for your stay).  

   During my stay, I visited the Standard Grill as many as three times.This restaurant, located in West Village district, was pure perfection in all areas.I especially recommend ordering steak with onion sauce (it still comes back in my dreams). After breakfast, which was rather a dinner due to the time difference, I returned to the Upper Manhattan and rushed to Central Park.I waited for a couple of minutes to rent ice skates and already after a moment I could skate on the most famous ice rink in the world.   

   That day, I was able to reach Dean & Dulca – a grocery store that is unlike any other (560 Broadway).After quick shopping, there was one more attraction awaiting me – watching the skyline from the Top of The Rock viewing point (30 Rockefeller Plaza).Everyone who wants to have a beautiful photo in their collection should go there. Those of you who have seen my Instagram and Instastories posts know that I visited multiple other places that I can definitely recommend.Natural History Museum, Public Library, Grand Station – these are must-see places around the city.However, if you are searching for evening sensations, you should check out the repertoire of one of the Broadway theatres.We were able to see "Butterfly" with Clive Owen that you can remember from "Inside Man."  

   Since it is still a "Look of the Day" post, I'll add a couple of words about my outfit.I chose a comfortable and warm set for a long sightseeing around a town that is known for draughts and strong winds.I've had this coat for a long time, but the sweater is still available.Due to the fact that you've asked me multiple questions about the shoes by Inuikii, I'll write in short about most important details – in case of my model, the sizes are standard (I normally wear 36.5, but in this case I chose 37 and I just wear slightly thicker socks).The shoes are very comfortable, even though they've got an in-built platform (owing to which the legs appear longer).They will surely be practical during strong winter. Have a pleasant evening!

***

   Zawsze marzyłam, aby właśnie o tej porze roku odwiedzić Nowy Jork i poczuć się przez chwilę jak Kevin, którego rodzice zgubili na lotnisku. Do tej pory myślałam, że to ja mam trochę zbyt dużego bzika na punkcie Świąt Bożego Narodzenia, ale nowojorczycy biją mnie w tym temacie na głowę. Całe miasto żyje teraz przygotowywaniami, wieńce z iglaków wiszą dosłownie wszędzie (nawet wozy strażackie i betoniarki mają je przyczepione do masek), a świąteczne piosenki słychać na każdym rogu. 

   Dzisiejszy wpis to dobry pretekst, aby podzielić się z Wami zdjęciami z mojego pobytu. Wybrałam jeden dzień, tak aby Was nie zamęczyć, a resztę wspomnień zostawić dla siebie. Od razu więc zacznę wymieniać miejsca, które widzicie na zdjęciach. Pokój z wolno stojącą wanną znajduje się w The NoMad Hotel, w którym się zatrzymałam. Wybierając hotel w Nowym Jorku trzeba pamiętać o dwóch rzeczach – przede wszystkim te najfajniejsze (które wcale nie są najdroższe) należy zarezerwować z jak największym wyprzedzeniem (ceny mogą być wtedy nawet o połowę niższe). Po drugie, trzeba pamiętać, że ceny podane na przykład na Booking.com nie zawierają podatku (w Stanach Zjednoczonych podatek jest doliczany dopiero w momencie wykonywania płatności).

   W ciągu całego wyjazdu odwiedziłam The Standard Grill aż trzy razy. Ta restauracja, mieszcząca się w dzielnicy west village, była perfekcyjna pod każdym względem. Polecam Wam w szczególności steka z cebulowym sosem (do teraz śni mi się po nocach). Po śniadaniu, który ze względu na zmianę czasu pełnił właściwie funkcję obiadu wróciłam na górny Manhattan i popędziłam do Central Parku. Kilka minut stałam w kolejce do wypożyczalni łyżew i chwilę później mogłam już jeździć na najsłynniejszym lodowisku na świecie. 

   Tego dnia udało mi się też dotrzeć do Dean & Deluca – sklepu spożywczego zupełnie niepodobnego do innych (560 Broadway). Po szybkich zakupach czekała mnie jeszcze jedna atrakcja, czyli oglądanie panoramy miasta z punktu widokowego Top of The Rock (30 Rockefeller Plaza). Każdy kto, chce mieć w swojej kolekcji piękne zdjęcia powinien się tam wybrać. Ci z Was, którzy śledzili moje wpisy na instagramie oraz instastories, wiedzą, że odwiedziłam jeszcze wiele innych miejsc, które z czystym sumieniem mogę polecić. Muzeum Historii Naturalnej, Biblioteka Publiczna, Grand Station to obowiązkowe punkty zwiedzania. Jeśli natomiast szukacie wieczornych wrażeń, to sprawdźcie repertuar i wybierzcie się do któregoś z broadway'owskich teatrów. Nam udało się trafić na sztukę "Butterfly" z Clivem Owenem, którego możecie kojarzyć na przykład z filmu "Plan doskonały".

   Ponieważ to mimo wszystko wpis z cyklu "Look of The Day" to pozwolę sobie dodać jeszcze kilka słów na temat stroju. Na długie zwiedzania miasta, które słynie z przeciągów i wiatru urywającego głowę, wybrałam wygodny i ciepły zestaw. Kurtkę mam już od dawna, ale sweter wciąż jest dostępny. Ponieważ już w ostatnim wpisie pojawiło się mnóstwo pytań o buty marki Inuikii, to w skrócie napiszę o tym co najważniejsze – w przypadku mojego modelu rozmiarówka jest standardowa (normalnie noszę rozmiar 36.5, w tym przypadku wybrałam 37 i noszę do nich po prostu trochę grubszą skarpetkę). Buty są bardzo wygodne, chociaż w środku mają wbudowaną platformę (dzięki niej nogi wydają się dłuższe). Na pewno sprawdzą się w trakcie srogiej zimy. 

Udanego wieczoru!

***

Widok z pokoju The NoMad Hotel. Nowy Jork o świcie. 

The Standard Grill. 

Po śniadaniu szybko powrót do metra – to według mnie najlepszy sposób transportu w tym mieście. 

Cartier w świątecznej wersji. 

Lodowisko w Central Parku. Obyło się bez upadków. 

Dean & Deluca

Widok z Top of The Rock.