
Wpis powstał we współpracy z Krosno i Topestetic oraz zawiera lokowanie marki własnej.
Pewne rzeczy się nie zmieniają. W lipcowe upały Polska pachnie dokładnie tak samo jak dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt lat temu. Rozgrzanym asfaltem, lipami, jagodziankami, suchą trawą i wodą z pobliskiego jeziora. Lada dzień Instagram znowu zaleją zdjęcia termometrów, ktoś napisze, że „35 stopni w Polsce to nie to samo co 35 stopni we Włoszech”, a Castorama poinformuje, że właśnie sprzedała ostatni wiatrak. Jak co roku będziemy zachowywać się tak, jakby lato postanowiło zaskoczyć nas zupełnie bez zapowiedzi. Tymczasem nasi rodzice i dziadkowie też przeżyli niejeden gorący lipiec. Nie mieli klimatyzacji, aplikacji pogodowych ani butelek termicznych, które utrzymują temperaturę frappucino przez dwanaście godzin i kosztują tyle, co weekendowy wyjazd. A mimo to, potrafili znaleźć własny sposób na przetrwanie najbardziej gorących dni, nim ktokolwiek wymyślił pojęcie „wellbeing”.
A ponieważ druga połowa lipca zapowiada się wyjątkowo gorąco, pomyślałam, że zamiast szukać inspiracji na południu Europy, warto zajrzeć do naszego własnego letniego archiwum. Polskie lato nie potrzebuje egzotyki. Dzisiejsze umilacze będą o tym, że mamy w własne rytuały, własne smaki i własne piękno, które od lat towarzyszą nam w najcieplejszych miesiącach roku.
1. Nasi dziadkowie znali patenty na upały. Architekci właśnie odkrywają je na nowo.
Kiedy dziś czytamy o projektowaniu domów odpornych na fale upałów, łatwo odnieść wrażenie, że to zupełnie nowa wiedza. Tymczasem wiele rozwiązań, które architekci określają dziś mianem”passive cooling”, czyli pasywnego chłodzenia budynków, opiera się na zasadach doskonale znanych naszym babciom i dziadkom. Nie używali modnych angielskich nazw. Po prostu wiedzieli, że najważniejsze jest jedno – nie wpuszczać gorąca do domu. Weźmy choćby „night flushing”. Brzmi jak technologia rodem z Doliny Krzemowej, ale w praktyce oznacza po prostu otwieranie okien na noc i zamykanie ich rano. Innymi słowy – dokładnie to, co przez lata robiła każda babcia, powtarzając: „Nie otwieraj teraz, bo całe gorąco wejdzie do środka.”
Dzisiaj architekci projektują budynki dokładnie według tej samej zasady. Zewnętrzne żaluzje, rolety typu screen czy ruchome drewniane lamele mają zatrzymać promienie słoneczne zanim dotrą do szyby. To bardzo ważna różnica. Gdy słońce nagrzeje szybę, większość ciepła i tak przedostanie się do wnętrza. Dlatego współczesne osłony montuje się na zewnątrz budynku, podobnie jak dawniej okiennice chroniły wnętrza wiejskich domów.
A jeśli pamiętacie mokre prześcieradło wiszące w oknie, to nie był to odpowiednik foliowej czapeczki na przeziębienie, tylko całkiem sensowna metoda chłodzenia. Woda, parując, odbiera ciepło z otoczenia. Dziś tę samą zasadę wykorzystują nowoczesne systemy chłodzenia wyparnego. Okazuje się, że nie wszystkie domowe patenty naszych babć czekały na obalenie przez naukę. Niektóre nauka po prostu po latach potwierdziła.

2. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem i historia jednej szklanki.
Po zamknięciu okien przychodził czas na drugi, równie ważny rytuał – coś zimnego do picia. Najczęściej był to kompot, woda z domowym sokiem albo oranżada na specjalne okazje.I prawdopodobnie wszystko podawano w tej samej szklance. Szklanka Polka to jeden z tych przedmiotów, których przez lata właściwie nie zauważaliśmy. Była po prostu obecna – w kredensach naszych babć, na kuchennych półkach i w niemal każdym przepisie rozpoczynającym się od słów: „wsyp jedną szklankę mąki”. Zaprojektowana ponad osiemdziesiąt lat temu miała pojemność 250 ml i szybko stała się nieformalnym standardem w polskich domach.
Dziś, dzięki polskiej marce Krosno, wraca w odświeżonej formie – lżejsza, cieńsza i odporna na temperaturę. Na szczęście zachowała swój charakterystyczny kształt. Bo są rzeczy, których naprawdę nie trzeba było projektować od nowa.

Gdyby ktoś po lekturze doszedł do wniosku, że jednak potrzebuje w domu tej słynnej „szklanki z przepisu babci”, która stała się ikoną polskiego wzornictwa, to mam małą podpowiedź. Do 26 lipca kolekcja Polka marki Krosno jest objęta 15% rabatem z kodem MLE.

A skoro już mowa o letnich rytuałach, poniżej zostawiam przepis na napój, który w ostatnich tygodniach przygotowuję najczęściej. Gruszki, odrobina tymianku i dużo lodu.
Składniki:
4 miękkie gruszki
1 cytryna
kilka gałązek świeżego tymianku
ok. 500 ml wody gazowanej
2 łyżki miodu
2 szklanki kruszonego lodu

Sposób przygotowania:
Gruszki umyj, obierz, usuń gniazda nasienne i pokrój na małe kawałki. Wrzuć je do misy blendera razem z odciśniętym sokiem z całej cytryny i miodem. Zblenduj tak, aby nie było grudek, wrzuć kilka gałązek tymianku i odstaw na mniej więcej 2 godziny do lodówki (dzięki temu aromat tymianku stanie się lepiej wyczuwalny). Po tym czasie umieść w dzbanku kruszony lód, wlej lemoniadę i dolej wodę gazowaną. Na tym etapie możesz wszystko dokładnie wymieszać, a następnie dosłodzić lub dokwasić wedle uznania.

3. Cztery filmy, które najlepiej ogląda się wtedy, kiedy za oknem jest 33 stopnie.
Skoro już siedzimy zamknięci w mieszkaniu, z zaciągniętymi zasłonami, i próbujemy się schłodzić po całym dniu spędzonym w upale to przestańmy mieć wyrzuty sumienia, że cały wieczór spędzimy przed telewizorem. Przygotowałam cztery filmy, które najlepiej ogląda się z otwartymi oknami i szklanką czegoś zimnego w ręku.

„Utalentowany pan Ripley” (1999)
Jeżeli istnieje film, który skuteczniej niż Pinterest przekonuje do lnianych koszul, okularów przeciwsłonecznych i wakacji we Włoszech, to jest nim „Utalentowany pan Ripley”. Włochy końca lat 50., leniwe dni nad morzem, aperitivo, łodzie kołyszące się w porcie i poczucie, że czas płynie trochę wolniej. Oczywiście tylko do pewnego momentu, bo to jednak thriller.
„Heartbraker. Licencja na uwodzenie.” (2010)
Są filmy, które polecam tak często, że powinnam dostawać prowizję od platform streamingowych. „Heartbreaker. Licencja na uwodzenie” jest jednym z nich. To lekka francuska komedia z Monako w tle, świetnymi kostiumami i humorem, który nie obraża inteligencji widza. Jeśli po całym dniu upału marzy Wam się film, który poprawia nastrój równie skutecznie jak lemoniada, którą piję na tych zdjęciach, właśnie go znaleźliście.
„La Piscine” (1969)
Ten film udowadnia, że południe Francji potrafi być równie piękne, co niepokojące. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut kadry przypominają reklamę wakacji, na które wszyscy chcielibyśmy pojechać – elegancka willa, rozgrzane słońcem tarasy, cykady, błękitny basen i wnętrza, które mimo upływu lat wciąż wyglądają niezwykle stylowo. Jacques Deray wykorzystuje ten letni bezruch po mistrzowsku, stopniowo budując napięcie tam, gdzie pozornie nic się nie dzieje. Dodatkowego wymiaru całej historii dodaje fakt, że Alain Delon i Romy Schneider spotkali się na planie kilka lat po zakończeniu swojego głośnego związku. Widzowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że ekranowa chemia między nimi wykracza daleko poza aktorskie rzemiosło.
„Ziemia obiecana" (1975)
Na pierwszy rzut oka to dziwny wybór do letniego zestawienia. Ale wystarczy przypomnieć sobie sceny rozgrywające się w dusznych fabrykach, rozgrzanych kamienicach i zakurzonych ulicach XIX-wiecznej Łodzi. Czuć tam ciężkie, stojące powietrze, od którego aż chce się otworzyć okno. Jeśli nie widzieliście, to warto nadrobić – zwłaszcza z perspektywy dorosłego millenialsa.

4. Wieczór po plaży i kilka sposobów na schłodzenie rozgrzanej do czerwoności skóry.
Mam teorię, że polskie słońce ma najlepszy PR na świecie. Wyjeżdżając do Włoch czy Grecji, wszyscy nagle przypominamy sobie o SPF 50, kapeluszu i cieniu między 12.00 a 15.00. W Polsce? Przecież to tylko odrobina witaminy D…. Tymczasem temperatura i promieniowanie UV to dwie zupełnie różne rzeczy. W słoneczne dni indeks UV nad Bałtykiem czy w górach bardzo często osiąga latem 7–8, a zdarza się, że dochodzi do 9. To poziom, przy którym dermatolodzy zalecają wysoką ochronę przeciwsłoneczną i ograniczenie ekspozycji na słońce. Mimo to sama łapię się na tym, że to właśnie z plaży w Trójmieście najczęściej wracam z ramionami w kolorze pomidora. Najwyraźniej mój mózg uznaje, że skoro w zasięgu wzroku jest budka z goframi, zagrożenie nie może być poważne.
Po powrocie do domu plażowy kosz lądują na podłodze i natychmiast wysypuje z siebie pół plaży, a ja żałuję, że wychodząc nie wpakowałam do torby dodatkowo kremu spf do ciała zamiast oliwki przyspieszającej opalanie (nic się nie zmienia u mnie w kwestii kremu z filtrem do twarzy, to mój obowiązkowy ostatni krok porannej pielęgnacji i w moim przypadku spf do twarzy łączy pielęgnację, ochronę i makijaż). Schłodzony tonik wyjęty z lodówki, letni prysznic, lekki balsam po opalaniu i luźna bawełniana albo jedwabna piżama – brzmi, jak drobiazgi, ale naprawdę robią różnicę. Oto kilka moich poleceń na ten wieczór, kiedy pielęgnacja bardziej przypomina gaszenie pożaru niż wieczorne SPA.

To jeden z niewielu kosmetyków, który po upalnym dniu trzymam w lodówce. Nie wiem, czy działa lepiej, ale twarz jest zdecydowanie bardziej przekonana, że właśnie dostała urlop. Ta koreańska nawilżająco-rozświetlająca esencja działa wręcz jak serum. Oparta jest na zielonej kawie, peptydach i niacynamidzie. Ma bardzo wodnistą konsystencję, dlatego po dniu na plaży działa niemal jak pierwszy łyk zimnej wody dla odwodnionej skóry. W zależności od kondycji i potrzeb skóry esencję można zastosować na kilka sposobów – ja wybieram stosowanie warstwowe (zobaczcie na stronie Topestetic jak polecają kosmetolodzy).
JOONBYRD Moon Swim Hydrating Body Wash
Jeśli do tej pory (tak jak ja) uważałyście, że żel do mycia ciała może być byle jaki, to po użyciu tego produktu zmienicie zdanie. To nie jest zwykły żel pod prysznic. Zawiera kwas hialuronowy, witaminę E, prebiotyk (inulinę) i ashwagandhę, czyli adaptogen, który ma wspierać skórę narażoną na stres środowiskowy. Po dniu spędzonym na plaży ważne jest, żeby nie przesuszyć dodatkowo skóry agresywnymi detergentami, dlatego łagodne formuły mają tutaj sens. Zapach (wanilia, kawa i karmel) też robi swoje.
JOONBYRD Daydreamer Body Serum
To serum do ciała o żelowo-olejowej formule stworzone z myślą o skórze wymagającej ujędrnienia, ale i takiej zaawansowanej pielęgnacji. Nuty zapachowe tego serum otulają eleganckimi aromatami kaszmirowego piżma, bursztynu, drewna gwajakowego, jaśminu oraz karmelu. Ten kosmetyk zawiera biomimetyczny kompleks peptydowy z szafirem, który wspiera syntezę kolagenu i elastyny, poprawia gęstość skóry i wzmacnia jej barierę ochronną. Zielona kawa pobudza mikrokrążenie, a także działa ujędrniająco, a ekstrakt z parakrzesu zapewnia efekt wygładzenia i poprawy napięcia (koniecznie zobaczcie zdjęcia przed i po 4 tygodniach stosowania na stronie Topestetic, to w pełni zrozumiecie, jak ważny jest ten produkt w pielęgnacji ciała ;) ).

SKYMILK Panthenol Cream With Donkey Milk
A to już prawdziwa karetka na sygnale dla naszej skóry – krem z pantenolem i oślim mlekiem. Intensywnie nawilża, łagodzi wszelkie podrażnienia i przynosi natychmiastową ulgę – po długiej kąpieli słonecznej, albo męczącym dniu w upale, będzie jak plaster dla naszego ciała. Co więcej, ten krem jest odpowiedni do pielęgnacji każdego rodzaju skóry i dla każdej grupy wiekowej – od niemowląt po osoby dorosłe.
Physical Protectant Tinted SPF 30 Light To Medium
Ten spf już pewnie dobrze znacie z moich wcześniejszych poleceń blogowych – od lat po niego sięgam i niezmiennie jest w gronie moich ulubieńców. Daje piękny efekt na skórze twarzy. To ostatni krok mojej codziennej porannej pielęgnacji. Ale czasami stosuję go nawet na wieczorne wyjścia latem – po całym dniu na plaży często nie mam ochoty nakładać podkładu, a taki produkt załatwia trzy sprawy naraz (pielęgnuje, chroni i wyrównuje koloryt). Filtry mineralne (tlenek cynku i dwutlenek tytanu) działają od razu po aplikacji i są dobrze tolerowane przez skórę wrażliwą.

5. Dom MLE (mój top wchodzi do sprzedaży już w ten piątek).
Na koniec dwie krótkie informacje. Pierwsza jest taka, że to już ostatni moment aby kupić coś w czasie wyprzedaży w MLE. Nigdy nie lubiłam sytuacji, w której ubranie z tygodnia na tydzień traci kolejne 10 czy 20 procent swojej wartości. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec naszej pracy. Dlatego jeśli coś od dawna było na Waszej liście, to jest dobry moment. Jeśli nie było, to i tak nie powinnyście tego kupować tylko dlatego, że nagle stało się tańsze.
A druga informacja to raczej zaproszenie. Od kilku miesięcy rozwijamy coś, co nazwałyśmy Domem MLE. Od dawna mam poczucie, chociażby po naszych przypadkowych spotkaniach czy wiadomościach, które od Was dostaję, że łączy nas znacznie więcej niż ubrania. MLE i nasze projekty są raczej wynikiem tych wspólnych upodobań niż ich przyczyną. Ono po prostu sprawiło, że łatwiej było nam się odnaleźć. Dlatego pomyślałyśmy o miejscu dla tych z Was, które chciałyby być trochę bliżej. Nie tylko nowych kolekcji, ale też wszystkiego, co nas inspiruje i z czego to MLE właściwie się bierze. Do Domu MLE możecie zapisać wchodząc na naszą stronę (po kilku sekundach pojawi wyskakujące okienko, w którym podajecie potrzebne dane).

Mam wrażenie, że najłatwiej zachwycamy się tym, co nowe, egzotyczne albo trudno dostępne. Tymczasem przez cały ten wpis wracałam do rzeczy, które większość z nas zna od dziecka albo które otaczają nas przez cały czas. Z polskimi produktami często jest podobnie. Czasem trzeba, żeby ktoś opowiedział ich historię, zanim zauważymy, że od dawna mamy je obok siebie. I że ciężko jest znaleźć coś lepszego nawet na końcu świata.
Właśnie tego chciałabym sobie i Wam życzyć tego lata — żeby jak najczęściej zachwycać się tym, co nie próbuje na siłę zwrócić naszej uwagi.
* * *


Gdyby ktoś myślał, że w czerwcu nad polskim morzem nosi się bikini… Początek tego miesiąca nie zwiastował żadnej fali upałów.
Ukochane Lubiatowo, którego krajobraz wciąż się zmienia (ku naszemu niezadowoleniu).
Jazda konna w Folwarku Jackowo, opalanie w Sasinie i oczywiście obiad w Ewie Zaprasza (niektórzy przyjeżdżają do tej restauracji nawet z Krakowa ;)).
Konie na prawdziwym pastwisku. Wiele z nich miało swoje przejścia, ale odnalazły swój szczęśliwy przystanek.
1. Gdy nudzi Ci się powoli Twoje wnętrze, ale na myśl o remoncie od razu stwierdzasz, że jest ślicznie i jednak nic nie chcesz zmieniać. // 2. Gdy w końcu mogłaś spać do dziewiątej, ale od piątej nie możesz zmrużyć oka. // 3. Mini szampon, maska do włosów, balsam, płyn do mycia ciała i twarzy od Sensum Mare. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam na mój wyjazd pod namiot. A wiecie, że do 30 czerwca w
Nawigator taksówkarza – i od razu wiadomo, że jesteśmy w Paryżu!
Taka tam zwykła pierwsza lepsza uliczka w Paryżu. Ależ dobrą robotę wykonał ten Haussmann.
1. Gdy bardzo się śpieszymy, więc zamawiamy, co jest. // 2. Od lat wierzymy w nasze tenisistki i zawsze kupujemy bilety tylko na kobiecy finał – możecie się więc domyśleć, jaka to była radość, gdy okazało się, że niespodziewanie zagra w nim Maja Chwalińska. //
1. Krótka przerwa między gemami – przyglądam się więc widowni. // 2. Maja Chwalińska została pierwszą kwalifikantką w historii, która awansowała do finału French Open. Wcześniej żadna zawodniczka, która przebijała się przez kwalifikacje, nie zagrała w finale Rolanda Garrosa.
Łatwo podziwiać dwie godziny meczu, dużo trudniej pamiętać o tysiącach godzin treningów, których nikt nie ogląda. Będąc na trybunach, chyba łatwiej dojrzeć to, że oglądamy tak naprawdę człowieka z krwi i kości, który toczy właśnie najważniejszą walkę w swoim dotychczasowym życiu.
Niezależnie od tego, jak skończył się tamten mecz – Maja i tak sprawiła nam niesamowitą niespodziankę. //
Jeśli coraz częściej masz poczucie, że zaczynasz być brzydka i bez filtrów wyglądasz okropnie…
… I że Twoje ubrania do niczego się nie nadają…
… I że Twoje mieszkanie przestało Ci się już podobać…
… I że u Ciebie jest zawsze brzydka pogoda…
… I Twoja codzienność zaczęła wydawać Ci się nudna…
… I że jesteś złą mamą…
1. Gdy w radiu grają piosenkę "Torn" to millenialsom jakoś łatwiej wtedy wstać. // 2. Moje marne zbiory i stary pumpernikiel… zaraz coś z tego wyczaruję. //
„Dziś wiszą dumnie w salach polskich muzeów, ale zanim się tam znalazły, prowadziły zaskakująco bujne życie. Zaszywane w jedwabie, kradzione, darowane w prezencie lub przywożone jako pamiątki z podróży. Przenoszone z miejsca na miejsce albo ukrywane na długie lata. Mowa o dziełach najwybitniejszych mistrzów malarstwa europejskiego, które w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności trafiły do naszych rodzimych zbiorów.” To wielki talent opowiadać o sztuce tak, aby zainteresować każdego, nawet najbardziej zniechęconego słuchacza. Tę umiejętność posiada niewątpliwie Paweł Bień, a jego książka "
Być może o niektórych historiach tych obrazów słyszałyście, ale sposób, w jaki opowiada o nich pan Bień sprawia, że każdy wątek chcecie zapamiętać, aby umieć potem przekazać to dalej.
1. Szczypiorek czyli moje największe rolnicze osiągnięcie ostatnich lat. // 2. W sumie nie jestem pewna, czy jestem w piżamie i ubrałam na siebie byle co, aby wyjść po zioła na taras, czy jednak wymyśliłam cool zestaw na festiwal. //
Mój najwierniejszy asystent kucharza. Dba o zatowarowanie (albo jego brak). 
Trzynaście stopni, bo przecież połowa czerwca. Jak dobrze, że mam w swojej szafie naprawdę sporo swetrów.
MLExMORDOR, czyli comiesięczna sesja produktowa. Praca w taki dzień jest powtarzalna i trwa zawsze sporo czasu, ale i tak jestem dumna z tej zmiany, bo zdjęcia na stronie wyglądają teraz znacznie bardziej profesjonalnie. Mam wrażenie, że w MLE ogromną uwagę skupiamy na produktach, aby były dopracowane do ostatniej niteczki i potem brakuje nam już trochę tego zapału, aby móc zaprezentować efekty w odpowiedni sposób (Z kolei w dzisiejszej branży odzieżowej sukcesy odnoszą te marki, które robią dokładnie na odwrót ;)). A może to tylko moje subiektywne wrażenie?
1. z cyklu "Rozmowy dwóch CEO": "Asia, raz, dwa, trzy, ja zaklepuję ten
Poczułam pierwszą kroplę, więc wbiegam do środka – wiem doskonale , gdzie w Gdańsku schować się przed deszczem.
1. Za oknem grzmi, ale ja skryłam się w bezpiecznych murach galerii
Nicolas Grospierre kieruje obiektyw na budynki epoki modernizmu, obok których codziennie przechodzimy bez większych emocji. To, co zwykle wydaje się zwyczajne, nagle zaczyna wyglądać jak scenografia do futurystycznego filmu o przyszłości, który ktoś nakręcił kilkadziesiąt lat temu.
Czasem ciężko zdecydować, czy blokowiska i powojenny modernizm kochać, czy wyburzać. Wiele rozwiązań architektonicznych o światowym poziomie nie przetrwało zderzenia z bylejakością codziennego utrzymania. 
Dopiero teraz, po kosztownych remontach, odkrywamy zalety i skromną, ale na swój sposób fascynującą urodę takich dzieł architektury jak Dworzec Centralny czy katowicki Spodek. Trzeba uznać fakt, że każdy budynek stanie się obrzydliwy, jeśli przez 30 lat nie będziemy go myć, naprawiać i sprzątać.
Galeria NOMUS "Nicolas Grospierre. Permakryzys" 14.05 – 6.09.2026, Gdańsk.
A na parterze budynku, w którym mieści się galeria, możecie zjeść pyszną drożdżówkę, albo wypić pyszną kawę.
Pokazywać Wam więcej nieoczywistych miejsc związanych ze sztuką w Trójmieście?
A ten napis czekał na mnie tuż po wyjściu…
Czerwcowa puszcza za oknem.
Ja i koncerty to rzadkie połączenie, ale skoro Sopot jest taki "małomiasteczkowy"…
…to żal nie skorzystać z takiej okazji.
Chyba jesteśmy za młode na takie szalone wieczory ;).
1. Najlepsze polskie czerwcowe obiady. // 2. I najlepsze czerwcowe kwiaty…//
Kwitnący jaśmin to moja najlepsza motywacja do wspinaczki.
1. Herbata parzona na zimno. Znacie? Na pewno tak, ale wiem, że o dobrych rzeczach czasem warto przypomnieć (mi przypomniała o tym Meghan Markle, ale nie żebym oglądała jej program ;)). // 2. Upalne wieczory w Sopocie i podejrzliwi sąsiedzi. //
Herbatę parzoną na zimno polecam szczególnie tym z was, które nie przepadają za smakiem zielonej herbaty, ale chciałyby ją pić z prozdrowotnych względów. Herbata parzona na zimno jest zdecydowanie delikatniejsza, ma ładniejszy kolor i dużo przyjemniej się ją pije – jestem pewna, że gdy raz spróbujecie, to stanie się ona Waszym ulubionym rodzajem lipcowego nawodnienia.
Ja wybrałam „Green Lemon” od
Wystarczy dobrej jakości herbata z jakimiś owocowymi akcentami – zalewamy ją chłodną wodą i zostawiamy na godzinę.
Te dwie rzeczy razem oznaczają, że w mieszkaniu pachnie poezją.
"Slow" na Garnizonie.
1. Omlet, bo nawet ja uległam trochę tej białkowej propagandzie ;). // 2. "Drogi Panie Informatyku, niestety sweter padł i strona nie dziala. To znaczy swerter. To znaczy swerwer. To znaczy SERWER" – czyli ja i Monika gasimy poniedziałkowe pożary.
Nawodnienie od wewnątrz zamówiłam, a to od zewnątrz wyciągnęłam z torebki. Miło mieć taki krem do rąk, który nie dość, że pielęgnuje, to jeszcze cieszy oko. Te dwie tubki o nowoczesnym kształcie są od
1. Kocham tę spódnicę! // 2. Kompaktowy, ładny. Skuteczność oparta na składnikach naturalnych z kompaktowym designem może iść w parze. :). // 
Jeśli mainstreamowe treści dotyczące sztuki już Was męczą i potrzebujecie czegoś naprawdę wnikliwego, co rozgrzeje Wasze neurony do czerwoności, to ta pozycja Was nie zawiedzie (na tę książkę też działa kod do
Magia hamaka.
A tu magia Sopotu.
Udawajmy turystki, kupmy gofra!
Wszystkie trójmiejskie odcienie błękitów.
Analogowe życie. Trzeba się postarać, aby do niego wrócić, ale warto (zwłaszcza w wakacje).




Po takim spacerze lepiej od razu wystawić kącik ze zdrową lemoniadą z syropem z kwiatów bzu, niż co chwilę słyszeć, że komuś chce się pić.
Syrop z kwiatów czarnego bzu to mój ulubiony sposób na dobre nawodnienie wszystkich domowników. Nagle okazuje się, że wypicie 4 litrów w ciągu kwadransu nie jest dla nich żadnym problemem. Syrop jest od
Rodzinny wypad do stolicy zaczęliśmy już tradycyjnie od Łazienek. Był akurat Dzień Kobiet, świeciło piękne słońce, kaczki zażywały pierwszych słonecznych kąpieli, a ja marzyłam, żeby zatrzymać w miejscu tę beztroskę jak najdłużej.
Dziadek biegnie na pomoc wnuczkom. Czyżby dojrzały pawia?
W Warszawie zawsze jestem za krótko. Za krótko, żeby się z kimś spotkać, za krótko, żeby odwiedzić restaurację, którą chciałam, za krótko, żeby odpocząć i za krótko, żeby załatwić wszystko, co miałam do załatwienia. Wracam zwykle do domu z poczuciem, że mogłam to lepiej ogarnąć. Z pewnością pomocna byłaby tu umiejętność obiektywnego oceniania czasu. Na przykład na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie przeznaczyłam trzydzieści minut, a siedziałam tam blisko dwie godziny. Myślicie, że da się to jakoś leczyć?
1. "Autorka przy swoich zajęciach" autorstwa Marie-Nicole Vestier Dumont. W swoich czasach obraz był przełomowy, bo pokazywał coś rzadkiego: kobietę nie tylko jako matkę, czy ozdobę salonu, ale też jako profesjonalną artystkę przy pracy. To był sygnał, że kobiety mogą tworzyć i pracować, a nie tylko pozować. Dziś jednak patrzymy na ten obraz trochę jak na bardzo estetyczną wersję macierzyństwa: nie widać tu zmęczenia, artystyka ma ułożone włosy, maluje w pięknej jasnej sukni, jest uśmiechnięta. Dlatego obraz jest ciekawy podwójnie: kiedyś był symbolem emancypacji, ale dziś kobiety uznałyby to za zbyt wyidealizowaną sytuację. // 2. Nie było nam łatwo, ale niektóre z nas potrafiły wytyczyć nowe szlaki, dzięki którym dziś możemy więcej, a prawa przyznane kobietom są dla nas oczywistością.
Moja córeczka spytała o jeden z obrazów: dlaczego jest taki ważny i czemu mu się przypatruję. Powiedziałam, że jego autorka miała szczęście, bo w czasach w których żyła, kobiety nie mogły uczyć się malować – było to dozwolone tylko dla chłopców. W jej oczach widziałam wielkie zdziwienie. Ja z kolei czułam wdzięczność wobec kobiet, które przyczyniły się do tego, że dziś moje dziewczynki mogą bez przeszkód chodzić na swoje ukochane lekcje rysunku.
I pani Olga też jest. "KWESTIA KOBIECA 1550–2025" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – polecam gorąco tę wystawę, wciąż możecie ją odwiedzić.
No i kultowa już grafika, której historię pewnie większość z Was zna. W 1989 roku grupa aktywistek "Guerilla Girls" wykorzystała do swoich plakatów słynny obraz przedstawiający kobiecy akt („Wielka Odaliska”) i dokleiła jej małpią głowę. Po co? Zaczepny tekst “Czy kobiety muszą być nagie, żeby dostać się do Met. Museum?” umieszczony pod tytułem, mówi o niesprawiedliwym postrzeganiu kobiecej sztuki we współczesnym świecie – twórczość jedynie 5% artystek ma szansę na wystawę, podczas gdy 85% aktów przedstawia kobiecą nagość. Akcja była odpowiedzią na to, że MoMa zorganizowało wystawę „Międzynarodowy przegląd najnowszego malarstwa i rzeźby”, na której pokazano dzieła tylko czternastu kobiet na sto sześćdziesięcioro pięcioro uczestniczących. Przykry to dowód, że świat bardziej interesuje nasze nagie ciało, niż to, co chcemy przekazać.
I czas wracać! Następnym razem zrobię wszystko to, czego nie zdążyłam zrobić tym razem!
Tymczasem ja, pierwszego dnia wiosny.
Ta owieczka wymaga już chyba małego strzyżenia.
1. Ja, rok temu: "Tym razem naprawdę będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Również ja, w tym roku: "Ale tym razem, to już naprawdę, OBIECUJĘ, że będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Jassne… a teraz jadę do pralni… // 2. W nieładzie, w puchowej kurtce, idę grabić ogród. Ale popryskam się moim ukochanym Chanel 5, licząc na to, że dzięki temu w małym stopniu stanę się częścią tego magicznego, modowego świata. //
"Kasia, jeśli potrzebujesz pomocy, bo już nie masz siły grabić, to daj nam znak."
Gdy pogoda za oknem mało wiosenna, a w duszy już grają kolory. Kilka moich wyborów z Desenio.
1. Tulipany w wazonie i otwarte okna… znacie to uczucie? // 2. Rosół w wydaniu azjatyckim. Bo podobno jem za mało białka ;).
Długo myślałam o jakimś prima aprilisowym żarcie dla Was, ale uwierzyłam dziś już w tyle różnych dziwactw (między innymi w to, że miasto Sopot planuje wybudować zadaszenie nad molo), że nie będę się w to bawić – są lepsi ode mnie ;).
Nieważne co pokażę, i tak wszyscy pytają o ten obraz. "Un Po'Di Blu No1" wymiar 140×100 na płótnie (również od Desenio).
Bardzo cenię sobie marki, które nie dość, że produkują w Polsce, to dbają o środowisko. Marka Oio Lab współpracuje z polskimi Fundacjami i wspiera konkretne inicjatywy (między innymi z Fundacją Las na Zawsze, która zajmuje się sadzeniem młodych lasów i ochroną dojrzałych ekosystemów leśnych oraz z Fundacją MARE, która skupia się na ochronie ekosystemów morskich – szczególnie Morza Bałtyckiego). Ponadto, marka Oio Lab posiada certyfikat PETA, jest wegańska i wolna od okrucieństwa. A do tego wszystkiego minimalizują zużycie plastiku i używają ekologicznego (biofotonicznego) szkła.
A produkt, którego teraz używam, to holistyczne serum do twarzy. Ten kosmetyk pielęgnuje, ale jednocześnie daje efekt delikatnego makijażu: nawilża, wspiera mikrobom i przywraca blask a krycie to jedynie dodatek. Dostępny jest w trzech kolorach, a najciemniejszy może być stosowany jako bronzer. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% zniżki na wszystkie kosmetyki na stronie
Lata temu napisałam tekst o "Dziewczynach, które zawładną Warszawą". Wśród nich była Kamila, która z całą pewnością świetnie pasowała do tego tytułu. Po obejrzeniu jej
Przed…
… i po! Kupiłam na prezent, ale całkiem nieźle wyglądałby tu ten obrazek.
Szylkretowe guziki czy obciągane?
Praca w MLE ma różne oblicza, ale takie momenty uwielbiam! Przyszedł do nas pierwszy prototyp i dosłownie wstrzymałam oddech po tym jak go przymierzyłam.
A teraz mała odtrutka instagramowa, czyli temat numer 1 ostatnich dni w pracy. Przepięłyśmy MLE na nowy system i w związku z tym, wszystkie w zespole dostałyśmy małej nerwicy.
1. Gdy po przeczytaniu 10 mejli od Klientek o tym, że nie mogą dokończyć płatności, ty wiesz, że możesz w spokoju pić dalej matchę, bo informatyk mówi, że na jego komputerze wszystko działa :). A tak bez żartów. Chyba przetrwałyśmy najgorszy etap i wszystko już działa (a jeśli nie działa, to zgłaszajcie to do nas, a my będziemy reagować). // 2. i 3. No i podejmowane są też kluczowe decyzje. Ta na przykład jest prosta, bo przecież na pierwszy rzut oka widać, że próbka na dole jest lepsza ;). // 4. Znacie to ćwiczenie dla osób pracujących na telefonie? Dwie minuty z głową skierowaną w jedną stronę, a pote, w drugą. A dłonie mocno zadarte! Zakwasy gwarantowane. Tutorial
Dzień w którym bardzo się martwiłam, ale tym razem wszystko skończyło się dobrze. Cieszcie się Dziewczyny każdym miłym dniem!
Krzewy i drzewa jeszcze nie zakwitły. U nas, w Trójmieście, zawsze musimy dłużej czekać na zieleń (podobno, w porównaniu do innych regionów Polski, nawet dwa tygodnie).
"
Myślałam, że taki format będzie wciąż zbyt wymagający dla moich dzieci, ale te ilustracje i fascynujące opisy przyciągały jak magnez.
No kiedy one już wrócą z tego przedszkola i się ze mną pobawią?
"
Kod rabatowy MLE25 jest ważny do końca kwietnia, zarówno na "Sztukę cenniejszą niż złoto", jak i inne pozycje
Deser o nazwie "jeśli ładnie zjecie zupę".
1. Bez żadnych cukrów ani sztucznych dodatków – 100% pasty z miąższu kokosowego. Jest delikatnie słodka w smaku chociaż nie ma dodatku cukru. Uwielbiamy ją! // 
Pościel jest przejściem ze świata snu do rzeczywistości, pierwszą rzeczą, którą dotykamy w ciągu dnia i w której spędzamy 1/3 naszego życia. Nie wybierajmy jej przypadkowo. Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce i do tego ma przeróżne piękne opcje do wyboru.
A teraz pytanie do Was! Czy taka marynarka do Was przemawia? Szyć?
Był taki czas, kiedy uważałam, że "zdrowe słodycze" nigdy nie zastąpią tych od Kinder. A to jest jedna z najlepszych
Nie mogę się doczekać tej Wielkanocy. Planuję idealną równawagę między tradycją a bezczynnym bomblowaniem, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy.
Puk, puk, czy nasz kochany Narcyz w Gdyni jeszcze otwarty? Mamy alarm!
Bo w poniedziałek o 18:00 usłyszałam: "Mamo, a pamiętasz, że do jutra trzeba przynieść własnoręcznie zrobione wianki na konkurs?"
"Mamo, kupisz mi bazie na rynku?"














Gdy ma się markę odzieżową, to w Black Week nie kupuje się ubrań, ale… Ma się inne słabości.
Co myślicie? Obraz na płótnie zamówiłam na Desenio.
1 i 3. // Podobała mi się ta grafika i o włos nie wylądowała pod choinką, tylko u mnie na ścianie (również z Desenio). 2. Do wszystkich tych, którzy mają niespełnione marzenia z dzieciństwa… Zawsze możecie do nich wrócić. O ile nie liczycie na jakiekolwiek efekty :). Ja postanowiłam uczyć się gry na fortepianie razem z dziećmi. // 4. Nieco zapętlona rzeczywistość, czyli kończenie
Czy to przypadek, że właśnie w Gdańsku marka Chanel miała swoje najpiękniejsze świąteczne stoisko?
W Galerii Forum znajduje się oficjalny butik Chanel z produktami "beauty". Znajdziecie tam produkty niedostępne w innych drogeriach.
A ten produkt chyba nałożę w sylwestrową noc!
Przepraszam, gdzie realizuje się listy do Św. Mikołaja?
1. // 2. W tym grudniu zupełnie nie czułam się jak biznes-woman. Sporo było chorowania, a kołdra na kanapie była stałym elementem wystroju salonu. A więc, gdy przyszedł moment, że musiałam wyjść po ostatnie prezenty, papier toaletowy i kreta do zlewu (ciasto drożdżowe jak zwykle nie zawiodło mojej kanalizacji – zapchany zlew to już moja mała świąteczna tradycja), to czułam się, jakbym szła co najmniej na Piątą Aleję w NYC i miała robić świąteczne zakupy w Tiffany & Co. //
Nie jestem królową "selfie" ale to zdjęcie zrobiłam jako przypominajkę dla samej siebie, że kończę ten rok bez wysypu nieproszonych gości na twarzy. Przez miesiące walczyłam z problemami skórnymi, które osiągnęły apogeum na początku lata. Nie wiem, czy to zmiana diety, czy kochane Panie z Baloli w Sopocie, ale cieszę się, że się udało.
Ale nie osiadam na laurach i mam zamiar dalej poświęcać chociaż ciut więcej uwagi mojej skórze. Jeśli szukacie dogłębnego nawilżenia i odżywienia Waszej skóry, to
Prezent numer 23, więc wjeżdża już pakowanie na cukierek. Śmieję się sama do siebie, bo nie jestem mistrzem pakowania prezentów, ale chyba tym razem mi się udało?
A ten wiralowy zestaw kosmetyków
Ledwo wygrzebałyśmy się z jednej choroby i już czekała na nas następna. Łączenie pracy, opieki nad dziećmi i grypy to zawsze wyższa szkoła jazdy. Ale w grudniu, gdy nigdzie się nie spieszymy, nabiera dodatkowego klimatu, prawda? :D
Skoro śniegu brak, to chociaż za ozdoby się zabierzemy. Łańcuch z papieru to coś, co nie powinno mnie dziś przerosnąć (chyba).
Mój grudniowy cel "więcej analogowych wspomnień w te Święta" został osiągnięty.
1. W grudniu słońce w Trójmieście pojawiało się przez trzy dni. Jednego dnia pojawiało się przez cztery godziny, a w kolejne dwa dni świeciło o godzinę krócej. Policz, ile godzin słońce świeciło w grudniu. // 2. Kartka świąteczna, której nigdy nie wyrzucę. // 3. Gdy mama stawia cały dom na głowie i wyciąga z piwnicy drabinę, to znak, że zbliżają się Święta. // 4. Te łańcuchy to najfajniejsza ozdoba w naszym domu. //
Dziś żyjemy w świecie, w którym większość rzeczy da się wyjaśnić, sprawdzić, zaktualizować i zweryfikować. I może właśnie dlatego tak trudno jest nam poczuć to, co dla poprzednich pokoleń było oczywiste: że Święta miały w sobie coś, czego nie dało się rozłożyć na czynniki pierwsze. Nie wszystko musiało się zgadzać. Nie wszystko trzeba było rozumieć. Nie wszystko dało się udowodnić.
Balans w grudniu oznacza dla mnie, że czasem włożę perły i ubiorę się w coś innego niż legginsy, ale nijak nie znajdę czasu, aby ściągnąć pranie z kaloryferów przed przyjściem gości. Że uszka ulepię, ale barszcz kupię. Że będą pokoje, w których będzie porządek, i takie, w których go nie będzie. I że o trzydziestu ośmiu rzeczach będę pamiętać, ale pewnie o pięciu zapomnę.
Gdy dział marketingu w MLE próbuje być na bieżąco z najnowszymi trendami w branży i w związku z tym zamawia taką włochatą paczkę z Gisou.
Ten moment, w którym mogę zacząć spokojnie pakować prezenty i nie uciekać co chwilę przed dziećmi, to moje ulubione dziewięć sekund w ciągu dnia.
1. Jemioła, czyli najtańsza terapia rodzinna na Święta :D. // 2. To tutaj lada dzień stanie choinka. Czekamy chociaż do 20 grudnia! //
Szesnaście lat temu Twoja kuzynka powie Ci, że nie da się zrobić pierożków z przepisu babci Ewy z mąki bezglutenowej.
1. Czy ktoś jeszcze chodzi w tak wysokich szpilkach? I czy dla Magdy Butrym warto zrobić wyjątek? // 2. Zapomniane miejsca mają swój urok. Kto zgadnie, gdzie to jest? // 3. Ja krzyczę, żeby uważać na gałązki, on myśli, jak to potem odkurzy. // 4. Już prawie miałam usiąść i czytać, ale nie tak łatwo jest oszukać przeznaczenie. //
Zaraz przyjdzie ten moment, w którym nie myślimy, o tym dokąd biegniemy, a dokąd wracamy. W te kilka dni przed Świętami chodzi o powroty do domu. O powrót z dalekiej podróży. O powrót po trudnym spotkaniu w pracy, które tak bardzo chciałam mieć już za sobą. O powrót do tych, którzy na nas czekają. O powroty z tych wszystkich miejsc, w których załatwiamy sprawy Św. Mikołaja, bo on wziął wolne tuż przed Świętami. O powroty z paczkomatów. Chodzi o te momenty, gdy możemy ściągnąć buty i pomyśleć już tylko o setce innych rzeczy do ogarnięcia…
Ten jeden, najbardziej magiczny wieczór w roku, gdy wszystko zwalnia i staje się jakieś takie nostalgiczne. Uczucia, które przychodzą do mnie w Wigilię, trudno jest opisać. To chyba jacyś kuzyni tęsknoty i radości, ale też wiary w to, że dobro zwycięża.
A kolejnego dnia rozpoczęliśmy maraton świętowania. Jednego jestem pewna – nie kończę tego roku z poczuciem świątecznego niedosytu.
1. Uwielbiam ten widok! (A bajka to nasi ukochani "Aryskotraci" Disneya). // 2. Ktoś się chyba uparł na tę markę ;).
Jaś i Małgosia, edycja świąteczna.
Nie mam prawie żadnych zdjęć kolejnych dni Świąt, które nie byłyby zbyt prywatne, aby je tu publikować, ale to absolutnie bezwstydne panettone pistacjowe samo się pchało do zdjęć.
Którym typem jesteście? Mówicie gościom, że czas już iść, czy przetrzymujecie ich tak długo, aż zaczyna ich szukać policja?
Sękacz z Gołdapii, mandarynki, krem brulee w pomarańczach, szarlotka mamy, tiramisu. Jakim cudem nic nie zostało na drugi dzień?
Biegnę się schować z moją porcją!
1. Reset. // 2. W zeszłym roku trzymałam tę drewnianą pozytywkę przy łóżku do marca. // 3. "Im jest się mniejszym, tym Święta Bożego Narodzenia są większe." // 4. A jak wyglądają Wasze zakładki do książek w Święta? Czytam "Collette" Valerie Perrin, bo to kobieca literatura, ale nawet mojemu tacie się podobała, a to wymagający czytelnik. //
Nawet technologiczny gigant, marka Apple, 
No naprawdę nawet do lekcji angielskiego wracam jakby z nową energią. Nie mam czasu chodzić na lekcje. Ba! Nie mam nawet czasu umawiać się na spotkania zdalne.
No więc na Islandii wierzono w legendę, że ci, którzy nie zapracują sobie na nowe wełniane ubrania, mogą zostać pożarci przez czarnego kota-giganta. Ta legenda brzmi jak żart, ale w przeszłości przetrwanie surowych zim Islandii zależało od obróbki wełny. Nowe ubrania nie były luksusem, a dowodem na to, że ludzie pracowali i byli dobrze przygotowani na trudniejszy czas. Straszono więc żarłocznym kotem, aby zmotywować tych, którzy obijali się w czasie strzyżenia owiec i skręcania przędzy. 
Jestem w domu. Jest ciepło. Są tu moi bliscy, którzy czekają aż w końcu skończę "pisać ten comiesięszny artykuł". Fajnie tak wchodzić w nowy rok.
Ja wiem, że na większości z Was to może nie zrobić wrażenia, ale dziś w Sopocie spadł pierwszy śnieg w tym roku. Zdążył w ostatniej chwili! Odpoczywajcie, ile się da i widzimy się już w 2026 roku! Czy przyjmiecie ode mnie najserdeczniejsze życzenia noworoczne? :*
1. To było moje najdłuższe Halloween w życiu! // 2. i 3. Jak tu się dziwić, że jesień stała się gwiazdą Instagrama? // 4. Nie sądziłam, że moja stara książka "Szkoła malowania" jeszcze kiedykolwiek kogoś zainteresuje. Ale akwarele to bym już mogła nowe kupić ;). //
Zmierzam w stronę największej przygody ostatnich tygodni. Podobno obrabowanie Luwru ożywiło rynek sztuki, ale… Nie jest to najlepszy sposób na pozyskanie wartościowego dzieła. Trudno potem pochwalić się nim przy kolacji bez uwag o Interpolu. Znacznie rozważniej jest zaufać renomowanemu domowi aukcyjnemu, a potem kierować się własną intuicją i gustem. Bo pod koniec to my będziemy codziennie patrzeć na to dzieło. Z ogromną przyjemnością zapraszam Was na wyjątkową aukcję Desy, którą współtworzę w roli kuratorki.
Magdalena Berbeka "Głowa meduzy" z 2025 roku. Ta rzeźba także znajdzie się na aukcji drugiego grudnia.
A tu widzicie obraz Nikodema Szpunara. Kto nie chciałby mieć czegoś takiego w domu?
Od lat pytacie mnie gdzie i jak zacząć kolekcjonować sztukę. Mam nadzieję, że ta aukcja będzie dla Was podpowiedzią.
Na zdjęciu jeden z moich wyborów: obraz Anny Szprynger (
Jeśli macie coś w rodzaju zaufania do moich wyborów, to gorąco zapraszam Was do wizyty w Desa Unicum oraz do udziału w licytacji, która odbędzie się 2 grudnia, o godzinie 19:00 w Domu Aukcyjnym DESA Unicum na ulicy Pięknej 1A w Warszawie. Na licytację dzieł może przyjść każdy, kto ma ochotę. :)
Tak się kończy zbyt długie przesiadywanie na wystawach i w muzealnych salach. Wracasz do domu i od razu chcesz coś zmieniać, przestawiać, a w najgorszym wypadku – sama zaczynasz malować (na szczęście tylko z dziećmi).
1. To był ostatni moment na takie jesienne bukiety w domu. // 2. Deadline jest dzisiaj, a Ty w końcu osiągnęłaś odpowiedni poziom paniki, aby zacząć być produktywną. (Z wyrazami współczucia z powodu Black Week dla wszystkich firm.) // 3. Cafe Nero w Gdyni. Skąd fenomen tych kawiarni? Według założyciela tej sieciówki kluczową umiejętnością szefa jest zrozumienie, że warto zatrudniać ludzi mądrzejszych i lepszych w danej dziedzinie od siebie. Brzmi banalnie, prawda? // 4.
Czekam na ciasto i mogę pracować dalej.
Są ludzie, którzy czekają na piątek, aby wyjść z domu, spotkać się ze znajomymi, zrobić coś niezwykłego. Ja czekam na piątek, aby nie musieć spotykać się z nikim ;). Uwielbiam listopadowanie w domku!
1. Jeden silniejszy podmuch wiatru i to złoto zniknie. // 2. Wiele z nas miało tego dnia wolne (10 listopada), ale w MLE paczki wychodziły, bo wiemy, że zaczęłyście już marznąć i czekacie na nasze swetry, płaszcze i kurtki. Czy Świętomarcińskie przysmaki to wynagrodziły? Pewnie nie, ale to nie znaczy, że nie można zjeść trzech. //
Kiedy mówię listopad, myślę: gorący napar, spokojne wieczory w domu i zapach Portosa.
Portos, jak każdy spaniel, uważa, że to on jest najważniejszy w rodzinie i gdy czegoś mu nie pozwalamy, (na przykład porwania ze stołu naleśników dzieci) szczeka na nas i zachowuje tak, jakby chciał dać nam do zrozumienia, że to absolutny skandal. Ale są takie momenty, gdy staje się grzecznym i pokornym pieskiem. To dzień dostawy 
1. Ja dziś rano: nie zaczynam jeszcze żadnego przedświątecznego ogarniania. Jeszcze dużo czasu, bo przecież mamy dopiero połowę października (mamy, prawda?). // 2. Też ja, kilka godzin później, ciesząca się jak dziecko i wyciągająca wszystkie świąteczne ozdoby. //
Ten moment w roku, gdy walczą ze sobą dwa demony, czyli "to jeszcze za wcześnie" kontra… "W zeszłym roku o tej porze miałaś już ogarnięte połowę rzeczy, a i tak się nie wyrobiłaś!".
Nigdy, ale to N I G D Y nie rezygnujcie z tworzenia przedświątecznych wspomień, tylko dlatego, że efekty nie będą idealne.
Wiem, że gdybym narzuciła sobie stworzenie tych domków z piernika od zera, to istniałaby duża obawa, że w ogóle bym się za nie nie zabrała. (Ściany i dach z piernika kupiłam w Ikea.)
Ten jeden wyjątkowy wieczór, który wydarza się kompletnie przez przypadek. 
Opakowanie masełka zostało tak przemyślane, że ani się nie ubrudzicie, ani nie nałożycie za dużo kosmetyku.
Bardziej gotowa do spania już nie mogę być! Jeszcze tylko siedem odcinków "Kulawych koni" i lulu!
Ten jeden dzień, gdy dzieci mają wolne od przedszkola i wyciągają Cię do Centrum Nauki Eksperyment, ale tego dnia jedyne eksperymenty na które masz ochotę to sprawdzenie, jak długo zajmie dzieciom znalezienie Ciebie w kawiarni obok.
Dorwałam! Myślę, że Zosia napisała tę książkę dla największej fanki Południowego Tyrolu – czyli dla mnie. Ale u
Jest pięknie, zimno i wilgotno – ale to akurat nic nowego (witamy nad morzem). Podobno, gdy w VII wieku osiedlili się na Pomorzu pierwsi Słowianie, to od razu zamówili sobie w internecie czapki i rękawiczki od MLE (65% super kid mohair). Ale możliwe, że coś pokręciłam.
1. Jednego dnia złote liście mienią się w każdym kącie, kolejnego zalewa nas mgła. Gdyby ktoś szukał pleneru do drugiej części Heweliusza, to Gdynia chyba się nadaje. // 2. A skoro już mowa o książkach Zosi… //
To teraz jej przewodnik po Paryżu jest dołączony do prezentów 
Znaleziony w IKEA i nie wiem, czy jest piękny, czy wręcz przeciwnie. Nadaje się do biura MLE, które właśnie urządzamy?
Czymże byłby listopad bez mojej ukochanej słodkiej paczki?
Moje ulubione miodowe bombki, czyli wielki słodki zapas od
Dziś zaczynam pisać "Last Month" więc wyciągam największy dzbanek na herbatę!
Najpierw dam jedną łyżkę, a jak będą marudzić, to dopiero dam drugą.
Fabryka Elfów w Gdańsku. Najweselsza sobota listopada, nawet jeśli dorośli wiedzieli, że nie wszystko jest prawdziwe ;).
Gdy przeglądasz pinteresta i nagle widzisz swoje zdjęcie w… reklamie TEMU.
Ruszamy z Black Week, no i szykujemy materiały na kolejne tygodnie w MLE. A do tego był nam potrzebny nasz sweter – idealny dla kogoś komu zawsze jest zimno, czyż nie?
A po świąteczno-sylwestrowe kreacje zajrzyjcie za dwa tygodnie.
1. i 2. Ktoś musi nosić szpilki, aby ktoś mógł nosić kapcie. Chociaż akurat w tym przypadku chętnie byśmy się z Pauliną zamieniły. // 3. A może toczki w MLE? // 2. Czy ktoś powiedział "Dziadek do orzechów"? // 
Nie wiem, czy czujecie już tę przedświąteczną presję, ale do Wigilii zostały niecałe cztery tygodnie (tak tylko przypominam). Mnie uspokaja robienie list, najróżniejszych: od planowanego menu, przez świąteczne aktywności na grudzień, prezenty dla bliskich czy imiona osób, które jeszcze muszę zaprosić. To daje mi złudne poczucie, że o niczym nie zapomnę.
Okej, wszystko fajnie, ale gdzie w menu są pierogi?!
Oblężenie magazynu MLE w czasie Black Week. To ten moment, w którym przez chwilę wychodzi się z magicznej krainy przygotowań świątecznych. Chociaż z drugiej strony można zrozumieć jak naprawdę czują się elfy Św. Mikołaja w grudniu.
Dziś nic nie popsuje mi humoru. MLE ma swoją urodzinową, jubileuszową imprezę. Jesteście z nami już dziesięć lat! PS. My też w tym tygodniu mamy dla Was coś ekstra! Do 30 listopada możecie korzystać z kodu BF30 i daje on 30% na wszystko w
Żeby dalej było nam tak wesoło! Mimo wszystko!
Brut Bistro to stosunkowo młode miejsce na kulinarnej mapie Trójmiasta, ale przetestowałyśmy i dajemy znać – warto zajrzeć!
Banana split. Po ten deser szczególnie warto tu przyjść.
To była naprawdę szalona dekada i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. Dacie wiarę, że przez ten cały czas, mimo wielu niepowodzeń i kryzysów, nigdy się z Asią nie pokłóciłyśmy? I to na pewno nie jest moja zasługa :D. 