Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Wild Hill Coffee, wydawnictwem Media Rodzina, marką Francine&Mat oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Właśnie wróciłam z mojego ogrodu. Narwałam chyba ostatnie już kwitnące gałązki bzu – z większości sypią się już fioletowe płatki, które na trawie wyglądają jak confetti. Gdy położę dzieci, skończę zaległości w pracy i pisanie tego wpisu, to wrócę do oglądania „Nocy i dni” – nie wiem, jak to się mogło stać, że przez 38 lat omijała mnie ta ekranizacja, ale nie ma chyba lepszego momentu aby ją zobaczyć, niż przełom maja i czerwca. Trudno o piękniejszy obraz polskiej wiosny – rozkwitającej, pachnącej i nostalgicznej.  

  Lada moment jedne pejzaże ustąpią miejsca kolejnym. Bez odejdzie w zapomnienie, a w zamian na jeziorach zakwitną nenufary. Być może problemy, które zaprzątały mi głowę w maju, stracą na znaczeniu (choć zapewne pojawią się nowe). A może któreś ze wspomnień ostatnich tygodni szczególnie zapadnie mi w pamięć i będzie wracało każdej kolejnej wiosny? Zaraz przejrzę razem z Wami majowe kadry i sprawdzę, które z nich mają na to największą szansę.

 

Na początku maja ropoczęłam swoją najdalszą podróż w życiu. Japonia marzyła mi się od lat i powiem Wam, że już trochę za nią tęsknię – tutaj pierwszy przystanek, czyli Nikko.  Po prostu typowy dzień w Japonii. 

Nara Park, niedaleko Kioto. Jelonki (w teorii bardzo łagodne) zamieszkują jego teren i czekają na specjalne przekąski. 

1. Nigdy nie czułam się jednocześnie tak spokojna i tak zagubiona, jak tu – w Japonii. // 2. Mój ulubiony zestaw w tym sezonie (pomijając oczywiście siedem innych). Linkuję dla Was kurtkę i dżinsy. // 3. Kupiłam w słynnym parku Nara specjalne przekąski dla tych niewinnych jelonków i prawie zostałam przez nie pożarta żywcem. // 4. Spokojnie, czekają nas tylko cztery przesiadki Szinkansenem :). // 

– Jaką chcesz herbatę?

– Obojętnie jaką.  

Tymczasem „obojętnie jaka herbata” w Japonii.  

Dla wszystkich, którzy kochają drewno.

Co pokochałam w Japonii? I dlaczego tak łatwo romantyzować ten kraj z perspektywy Europejki? Swoje wyliczanie rozpoczynam od…

1. Japandi i estetyczny reset.

Czy właśnie przyszedł ten moment, kiedy po latach życia w miękkim, przytulnym „hygge wnętrzu” człowiek zaczyna potrzebować już nie tylko ukojenia, ale też ciszy wizualnej i porządku? Japońskie wnętrza były dla mnie zawsze czymś w rodzaju „podziwiam, ale nie zamieszkam”.  

Jednak zetknięcie ze stylem „Japandi” w jego bardzo dopracowanej wersji sprawiło, że całkowicie przewartościowałam to myślenie. Spotkanie dwóch porządków – skandynawskiego hygge i japońskiego wabi-sabi okazuje się być idealną syntezą.  

 2. Wytwórnia Ghibli i „Mój sąsiad Totoro”.  

O filmach wytwórni Ghibli pisze się dziś prace akademickie i eseje kulturoznawcze – i trudno się dziwić. To piękne opowieści, na czele z „Moim sąsiadem Totoro”, w których dzieci nie dostają pełnej kontroli nad sytuacją, nie „ratują” dorosłych i nie sprawiają magicznie, że cierpienie znika. Widzą natomiast, że mimo różnych trudności, wciąż można czuć się bezpiecznie i uczyć się być szczęśliwym. Dla mnie, to świetna alternatywa dla bajek zachodniego świata, które w ostatnim czasie stały się pobudzającą, dopaminową sieczką.  

3. Matcha.

Faktycznie nie smakuje jak "trawa po deszczu". Ta w Japonii jest kremowa, lekko umami, wręcz maślana.

4. Styl, w którym każdemu jest wygodnie, a jednocześnie, jest w nim coś wyrazistego.  

Japoński styl ma w sobie coś uwalniającego psychicznie. Tam nikt nie wygląda, jakby panicznie próbował być młodszy, sexy albo bardziej modny od innych. Trochę jakby moda przestała służyć ocenianiu, a raczej tworzyła własną, komfortową, przestrzeń wokół siebie.    

5. Spokój, harmonię, szanowanie granic innych.  

  Japonia działa tak, jakby ktoś ściszył świat o 40%. Przestrzeń publiczna opiera się na niepisanej zasadzie: „nie utrudniaj życia innym”. Co ciekawe – ten system działa dzięki społecznej świadomości, a nie ciągłym zakazom. Szacunek widać w drobiazgach. W nieprzepychaniu się, nawet, gdy jest tłum. W tym, że kierowca autobusu przeprasza za 30 sekund opóźnienia. Albo że nawet w zatłoczonym Tokio człowiek ma poczucie mniejszego przebodźcowania niż w europejskim sklepie w sobotę o 15:00.  

 Ten porządek bywa momentami komicznie doprowadzony do perfekcji. Istnieją instrukcje dotyczące ustawiania walizek w pociągu, odpowiednie kąty ukłonu i cała kultura „czy przypadkiem nie zajmuję za dużo przestrzeni swoim istnieniem”. Europejczyk początkowo jest zachwycony, a potem zaczyna się zastanawiać, czy właśnie nie przeprosił automatu z napojami za to, że za długo wybierał herbatę. Ale im więcej czytam o Japonii, tym bardziej widzę też drugą stronę… 

Tak wygląda wnętrze torebki, gdy wyruszam na lotnisko. Kilka godzin później, okazuje się, że w ciągu dnia moja torebka pełniła funkcję śmietnika do odpadów zmieszanych. Spódnicę znajdziecie tutaj, natomiast sweterek wraca czasami w pojedynczych sztukach i jest jeszcze do dorwania. Wygląda pięknie. Kuchnia japońska jest zaskakująca, ale na dłuższą metę wolę chybą naszą polską ;).  Niestety, tylko replika. Oryginał schowany dla bezpieczeństwa. W prawie całym muzeum nie można robić zdjęć z obawy o flesz, który może uszkodzić dzieła, a sale są tak ciemne, że czasem trudno jest odnaleźć drzwi. ​Nieco dziwna instalacja przedstawiająca starego Hokusaia pracującego nad rysunkiem obok jego córki, Katsushika Ōi. Wokół panował chaos — porozrzucane narzędzia, papiery, nieład. Podobno naprawdę tak żył i tworzył. Do późnej starości pracował niemal bez wytchnienia, a pod koniec życia mówił, że dopiero zaczyna rozumieć sztukę. Patrząc na tę scenę, myślę o tych wszystkich współczesnych opiniach, że „kiedyś nie było ADHD” albo innych neuroatypowości. Kiedy czyta się biografie wielkich artystów, wynalazców czy twórców, bardzo często widać ludzi bezgranicznie skupionych na swojej pasji, niepasujących do społecznych norm swoich czasów. Często byli samotni i niezrozumiani. Ich życie bywało trudne, ale właśnie ta inność mogła popychać ich do tworzenia rzeczy, których świat początkowo nie umiał pojąć.  

Czasem to właśnie z tej nieoczywistej wrażliwości, z chaosu i nadmiaru myśli rodzi się coś wyjątkowego. I może najważniejsze jest nie to, żeby je na siłę dopasować, ale żeby pomóc im odnaleźć miejsce, w którym ich sposób istnienia stanie się siłą, a nie ciężarem.  

Jeśli chcecie zobaczyć twórczość tego słynnego artysty to wybierzcie się do Muzeum Sumidy Hokusai. Przybijam sobie sama piątkę, że mimo głośnych protestów, postawiłam na swoim i udało mi się przywlec tu moją rodzinę, przeciągając ją przez całe Tokio (jedyne 14 milionów mieszkańców). I myślę, że nasi milczący współpasażerowie w metrze też są ze mnie dumni.  

Wymarzona marynarka do Japonii, ściągnięta prosto z maszyny do szycia, tuż przed wyjazdem. To taka moja europejska wersja geishy. ;)

Specjalnie dla tych wszystkich, którzy pytali o marynarkę – dodałyśmy już produkt jako "cooming soon", abyście mogły się zapisać na listę oczekujących – dostaniecie mejla, gdy tylko pojawi się w sprzedaży. Ten materiał jest wyjątkowy i bardzo trudno go było zdobyć, więc podejrzewam, że doszywek nie będzie.

Przyjeżdżając z Europy, bardzo łatwo można dać się uwieść elementom japońskiej kultury. Ale kraj ciszy, matchy, Hello Kitty i porządku ma też swoją drugą stronę.  Od ponad 30 lat mierzy się ze stagnacją ekonomiczną, samotnością, nierównościami płciowymi i narastającą frustracją swoich obywateli. To kraj, który przeżył bomby atomowe, katastrofy naturalne, atak terrorystyczny i utratę poczucia stabilności, na którym zbudowano powojenny sukces.  

Poza zbiorem pięknych nostalgicznych obrazów, zaskakującego jedzenia i postaci anime, jest też opowieścią o cenie, jaką płaci się za społeczną harmonię i nieustanny wymóg dostosowania się.  Japonia działa dziś trochę jak lustro dla Zachodu — pokazuje nie tylko to, czym chcielibyśmy się stać, ale też to, czego najbardziej się boimy: samotność mimo dobrobytu, kryzys więzi i zmęczenie społeczeństwa, które przez dekady próbowało spełniać narzucone sobie standardy.

Po powrocie rzuciłam się w wir pracy i rodzicielskich zajęć. Przez dobrych kilka dni nie włączyłam nawet aparatu w telefonie (co najwyżej po to, aby sfotografować lekarskie zalecenia czy plan przedszkolnej wycieczki wywieszony w szatni). Tempo codziennego życia było naprawdę bardzo szybkie… aż nagle zwolniło. Na lotnisku. Podróże to momenty, w których znów czuję tę młodzieńczą potrzebę fotografowania. Tyle że piętnaście lat temu za Chiny nie pojechałabym w takim stroju do miejsca, w którym właśnie wylądowałam.  1. Uznajcie tę kamienicę za podpowiedź. // 2. "Bardzo się cieszymy, że Pani przyjechała. Pokój będzie gotowy za 6 godzin, czy chce Pani w tym czasie napić się wody?" // 3. "Za sześć godzin, Madame, to ja będę mieć w aplikacji Zdrowie szesnaście tysięcy kroków. 4. Delikatne jak kamień. Rzeźby w Muzeum Orsay zawsze zatrzymują wzrok na dłużej. // To oczywiście Van Gogh a nie Renoir, ale gdyby wystawa, którą polecałam Wam się nie spodobała, to na innych piętrach Muzeum Orsay znajdziecie tak nieprawdopodobne zbiory najsłynniejszych artystów w historii, że nikt nie wyjdzie stamtąd zawiedziony. A jeśli wybieracie się do Paryża, to zachęcam jeszcze raz do lektury tego wpisu, gdzie znajdziecie trzy aktualne i najlepsze moim zdaniem wystawy nad Sekwaną.No i jestem. Świeżutka jak bułka z Żabki o godzinie 20:00.  Chlebek bananowy czy jednak ciasteczko z Matchą w ramach wspominania Japonii?Moje ukochane spodnie, które noszę już trzeci rok wróciły do sprzedaży. Model Ossie to nasz absolutny bestseller (jeśli wahacie się  między rozmiarami, to wybierzcie ten mniejszy). Wnętrze Grand Palais, które można też podejrzeć przy okazji wystawy Matisse'a. Ok, czy mam w walizce jeszcze jakieś buty, które mnie nie obtarły?
Milion bezsensownych zdjęć Paryża i wyładowana bateria, gdy w końca chciałaś sfotografować coś ważnego. Znalazłam w Paryżu idealny lokal dla MLE.  Ten trochę gorszy, ale od biedy może być.  Nie wiem czy można czuć większe „fomo” niż wtedy, gdy cały Paryż czeka na Ciebie, a Ty musisz usiąść do laptopa i odbębnić kolejne dwie godziny na szkoleniu. Chyba te wszystkie rolki na Instagramie o samorozwoju weszły trochę za mocno ;). A skoro już mowa o obtartych stopach, to czas na pierwsze obcasy na tym wyjeździe.Brasserie l’Emil. Idealna opcja, gdy w Paryżu pada. Tuż obok słynnej paryskiej opery.   Gdy od lat nie potrafisz zrobić czegoś dla siebie samej, ale Twoja przyjaciółka wręcz przeciwnie, wiec podłączasz się pod jej „dla siebie samej” i tym sposobem wchodzisz z nią teraz do Opery Paryskiej na Damę Kameliową.   Piękna i smutna historia o nieszczęśliwej miłości, chociaż jak dla mnie, to przede wszystkim opowieść o tym, że za błędy serca największą cenę na tym świecie zawsze płaci kobieta. 

Au revoir, Paris!  

Kolejny dzień mamy w Sopocie​ piękną pogodę. A przynajmniej tak słyszałam ;). Wczoraj wróciłam z Paryża, a dziś znów jesteśmy w naszym MLE Mordorze i robimy zdjęcia produktowe. Ale obiecałam sobie, że wieczór spędzę na hamaku! :)1. Gdy bardzo chcesz coś pokazać, ale naprawdę nie możesz tego zrobić. Jesień będzie piękna! // 2. Oj, jak dobrze wiem, że można wyglądać tak, jakby się skrolowało Tiktoka, a tak naprawdę właśnie ogarnia się logistyczną machinę. Prawda, Monika? // Patrzę na te wszystkie nasze zestawy i myślę sobie, że ja już naprawdę nic poza MLE w szafie nie potrzebuję.A w studio jest tak zimno, że aż miło omawiać swetry na sezon jesień/zima 2026/27.   Gdy wszyscy znajomi są na plaży ;). 
Wszystkie w MLE jesteśmy znad morza. I powiem Wam, że klimat spacerów po plaży, to my naprawdę rozumiemy, jak nikt inny. Ten sweter, piasek pod stopami i zapach opalonej skóry, to dla mnie kwintesencja eleganckiego (ale nadal "cool"), letniego stylu. Szklanka do połowy pełna czy do połowy pusta? Jakim typem osobowości jesteście?Ten moment, gdy nadal zapominasz ze Dzień Mamy to też Twoje święto, więc na żadne niespodzianki nie czekasz, tylko wstajesz i jedziesz do swojej mamy. A tu możecie zobaczyć moją mamę w jej zestawach od MLE. Gdy cała Polska rusza w moje strony, ja jadę dokładnie w przeciwnym kierunku. 
Czy zastanę kogoś w Krakowie i Wrocławiu?Boję się turbulencji, ale dzięki nim czytam więcej niż przez resztę roku. 
Trochę żartuję, a trochę nie. Samolot to jedno z niewielu miejsc, w którym nie mam wyrzutów sumienia, że czytam dla przyjemności. Ale zapeszyłam z tymi turbulencjami. Książka "Theo z Golden" Levi Allen. Myślałam, że dostanę książkę o sztuce. Dostałam książkę o tym, że ludzie też są dziełami sztuki. Cała historia kręci się wokół 92 portretów mieszkańców Golden, które wiszą w kawiarni. Tutułowy Theo wykupuje je, jeden po drugim. Ale to nie jest książka o obrazach. To książka o tym, jak bardzo wszyscy chcemy być przez kogoś zobaczeni. Dzień dobry. Nie, nie jesteśmy akwizytorkami, a ja nie mam w walizce nieoryginalnych części do Termomixa. Jeśli wydaje się Wam, że przedkładamy z Asią nasze potrzeby nad Wasze, to chciałam tylko dać, że po Dniu Mamy zabrakło dla nas tych ortalionowych kurtek. Przed tym wyjazdem została w magazynie jedna sztuka i uznałyśmy, że dopóki któraś z Was jakiejś nie zwróci to musimy się nią dzielić ;).

MLE jest już teraz także w Krakowie!

Jeśli jesteście z okolic, to teraz możecie przymierzyć i kupić nasze rzeczy w LA'ANA (Tadeusza Kościuszki 27, 30-105 Kraków).A tuż obok… Zaczyn.   
To danie zamówiłam dwa razy. I to nie w ciągu jednego dnia. W ciągu godziny. 

Może to miejsce Was naprowadzi, gdy będziecie poszukiwały kolejnego showroomu z MLE – dawny, średniowieczny klasztor, w którym obecnie znajduje się Muzeum Architektury. Mini Bebe jest dosłownie tuż obok! MLE jest teraz także w Mini Bebe we Wrocławiu – zapiszcie sobie adres: Bernardyńska 4B, Wrocław. Czy dorosła kobieta może mieć taką torebkę?  Nie odpowiadajcie. Chcę wierzyć, że tak.  1. Wiemy, że zakupy na żywo, to coś, czego Wam czasami brakowało. // 2. Są jeszcze miejsca, gdzie można kupić nasze dżinsowie kurtki ;). // Jaka to przyjemność chodzić, patrzeć i dotykać!

Nic nie kupuj… nic nie kupuj… nic nie kupuj…Co kupiłam. Co miałam kupić. 

Zapomniałam już jak miło podróżuje się pociągami (oczywiście, tylko pod warunkiem, że wykupiliście siedzącą miejscówkę i zdążyliście na pociąg). O nie, nie, nie. Jeśli faktycznie mam ogarnąć te porządki i wrzucić coś na Vinted, to najpierw potrzebuję drugiej kawy. 

Na szczęście w kuchni czeka na mnie dostawa moich dwóch ulubionych kaw. „Pocałunek Słońca w Jaen" (karmel, mleczna czekolada, mandarynka) i „Tajemnica Sierra Madre" (głębokie nuty czekolady i prażonych orzechów przełamane słodyczą maliny) od Wild Will Coffee.  

Lubię produkty, za którymi stoi nie tylko dobry smak, ale też konkretna jakość. Kawy Wild Hill Coffee pochodzą z certyfikowanych upraw organicznych, a każda partia ziaren przechodzi szczegółowe badania laboratoryjne pod kątem obecności pleśni, mykotoksyn i akrylamidu. To właśnie dzięki temu mam pewność, że w filiżance znajduje się wyłącznie wysokiej jakości kawa – czysta, bezpieczna i wolna od niepożądanych substancji, które niestety mogą pojawiać się w źle przechowywanych lub niskiej jakości ziarnach.
 
Kod "MAJ" daje 10% rabaty na nieprzecenione kawy Wild Hill Coffee (działa do końca czerwca). Dzisiaj wszystko idzie jak po maśle. U mnie od naprawdę długiego czasu, jak kawa to Wild Hill Coffee. Jest organiczna, uprawiana bez pestycydów, z poszanowaniem ekosystemu oraz zdrowia ludzi pracujących na plantacjach. Najważniejszym powodem, dla którego powinnaś kupować kawę "specialty" nie jest smak, a ochrona Twojego zdrowia.  No dobra, to ruszamy! Tej sukienki jednak nie oddaję! Pamiętacie ją z zeszłorocznych wpisów?Wszystkie wystawione przeze mnie rzeczy na Vinted znajdziecie tutajTo był tak stresujący dzień, że gdy w końcu weszłam do pociągu, gapiłam się w ten widok przez dłuższy czas, aby uspokoić nerwy. Są takie momenty, że chciałabym ponarzekać na rolę córki premiera i powiedzieć trochę więcej z czym to się wiążę ;). Ale na szczęście, szybko wracam na ziemię i przypominam sobie, że naprawdę może być gorzej, a uzewnętrznianie się jeszcze nigdy nie przyniosło mi nic dobrego. Dygresja, która nic nie wniosła, ale wiem, że mam tu wiele życzliwych osób, które rozumieją więcej niż mi się wydaje. Jeszcze przez te kilka dni mogę cieszyć się zapachem bzu… Mecz tenisa tak mnie stresuje, że na chwilę uciekam do ogrodu, żeby ochłonąć. 
To będzie długi wieczór… widzę, że z wiekiem nabyłam pewną umiejętność. Nawet, gdy moją głowę zaprzątają niemiłe myśli, albo wiem, że kolejny dzień będzie ciężki, to coraz łatwiej przychodzi mi nie tyle zapominanie o złych emocjach, co zamykanie ich w osobnej szufladzie. To że mamy cięższy czas, wcale nie oznacza, że nie możemy przeżywać miłych chwil, śiac się z dziecmi, pozwalać sobie na przyjemności. Perfekcyjne okresy zdarzają się rzadko (a mam wrażenie, że wraz z upływem lat zdarzają się coraz rzadziej) więc trzeba nauczyć się żonglerki trudami i radościami, bo zawsze będą się one przeplatać ze sobą. Nie wiem, czy w ogóle potrafię wytłumaczyć o co mi chodzi ;). A co to za piękna paczuszka do mnie dotarła?Little Pleasure Set to nowość w Francine&Mat – zestaw trzech mgiełek pielęgnacyjnych do ciała po 10 ml – po jednej z każdej kolekcji Francine & Mat: świeży Monterey Matcha Bay to mój ulubieniec. Zabieram jedną z tych buteleczek w kolejną podróż! Wymarzona kompozycja szlachetnych olejów roślinnych dla mojej skóry – migdał słodki, morela, makadamia, dzika róża. Olejek Marrakesh wygrał Glammies 2026 magazynu Glamour w kategorii ciało. Dla marki Francine&Mat to wielkie wyróżnienie i na pewno motywacja do dalszej pracy. I z tej okazji wyjątkowo chcą zachęcić Czytelniczki MLE, aby same sprawdziły czy wart jest tych nagród: kod MLE15 da Wam -15 %  (ważny do 12 czerwca). 1. Gdy do końca blefuję, że będziemy mogły spać w ogrodzie, bo wiem, że lada moment powiedzą, że jednak nie chcą. // 2. Nikt w MLE nie spodziewał się, aż tylu zamówień z okazji Dnia Mamy. Nie było więc żadnych wyjątków i przez Wasze zakupy wszystkie musiałyśmy pakować paczki. Jeśli więc ktoś z Was dostał pomylone zamówienie – no cóż, to może być dosłownie moja wina. Leci na Ciebie, gdy przychodzi wieczór. Wiecie kogo mam na myśli? 

Ślę do Was najszczersze pozdrowienia o zapachu bzu, licząc na to, że nie zanudziłam Was na śmierć tym wpisem. Czekam na Wasze komentarze, na które (mam nadzieję) w związku z długim weekendem będę mogła odpisać. 

Mam nadzieję, że czerwiec przyniesie Wam jak najwięcej zwyczajnych dni, które po czasie okazują się wyjątkowe.

*  *  *

 

3 aktualne wystawy w Paryżu, które polecam

 

  Nikt nie ustalał ze mną terminu tego wyjazdu, bo organizowała go przyjaciółka z okazji swoich czterdziestych urodzin, a ja wystąpiłam w roli wdzięcznej pasażerki na gapę. Ale z Paryżem właśnie tak jest: wpadasz obojętnie kiedy, na chwilę, nie oczekujesz niczego, ale na miejscu okazuje się, że każdego dnia możesz pójść na wystawę, której nawet nie śniło Ci się zobaczyć.  

  Miasto, które teoretycznie znam już naprawdę dobrze, nagle wyciąga z kapelusza Matisse’a, Renoira i Caldera, jakby mówiło: „nie myśl, że w końcu będziesz mogła poszwendać się bez celu po Montmartre”. I tak oto krótka urodzinowa wyprawa zmieniła się w trzy bardzo różne lekcje o starzeniu się, radości, dziwactwach, ograniczeniach i o tym, że sztuka najmocniej przemawia wtedy, gdy powstaje wbrew wszystkiemu. 

  Widziałam w telewizji, że na trybunach turnieju Rolanda Garrosa nie brakuje polskich flag. Wiem też, że loty nad Sekwanę cieszą się wielką popularnością – pomyślałam więc, że zostawię tu tę mini relację z wystaw – a nuż przyda się którejś z Was i będziemy mieć kiedyś okazję porozmawiać o wrażeniach? 

 

1. „Matisse. 1941 – 1954” w Grand Palais. Trwa do 26 lipca.

  Zaczynamy od Matisse’a w Grand Palais. To tutaj można zobaczyć ostatni rozdział życia jednego z największych artystów XX wieku — moment, w którym wszystko, co znał, musiał wymyślić od nowa. Nic mnie tak nie podnosi na duchu, jak historie wielkich artystów, którzy własne ograniczenia potrafili przekuć w sztukę, której nikt wcześniej nie wymyślił.

  Matisse swoje najsłynniejsze prace, czyli „wycinanki”, stworzył po ciężkiej chorobie nowotworowej, kiedy nie był już w stanie malować tak jak dawniej. Nie mógł stać przy sztaludze, nie mógł pracować w dotychczasowym rytmie, więc zaczął wycinać kształty z papieru pomalowanego gwaszem i układać je w kompozycje, które dziś rozpoznaje cały świat. Coś, co mogło zakończyć jego karierę, stało się początkiem najbardziej rozpoznawalnego etapu jego twórczości. Czy w świecie, w którym wszyscy mamy być w formie, na bieżąco, produktywni, wiecznie młodzi, a starość i słabość próbuje się ukryć za wszelką cenę, taka historia nie jest budująca? Matisse nie udawał, że słabość nie istnieje. On zrobił z niej metodę pracy.

  A ja mam teraz w telefonie niezbity dowód, że te legendarne wycinanki naprawdę były po prostu kawałkami papieru przyklejonymi klejem. Żadnej magii w sensie technicznym. Sama magia w sensie ludzkim.

  Tuż obok wystawy, również w Grand Palais, znajduje się jedna z najpiękniejszych paryskich restauracji, do której trafiłam kiedyś dzięki Zespołowi Chanel. "Le Grand Cafe".

 

 

2. „Renoir i miłość. Szczęśliwa nowoczesność (1865–1885)” w Musée d’Orsay. Trwa do 19 lipca.

 

  Czymże byłyby paryskie muzea bez impresjonistów? Wystawa numer dwa to Renoir — czyli artysta, który podobno był jednym z najsympatyczniejszych w całej tej genialnej, ale nie zawsze łatwej w obyciu grupie. Dużo bardziej pogodny niż zamknięty w sobie Monet i zdecydowanie mniej konfliktowy niż Degas (który, umówmy się, raczej nie wygrałby plebiscytu na najprzyjemniejszego kolegę z pracy).

  I naprawdę widać to w jego obrazach. W „Śniadaniu wioślarzy” czy „Balu w Moulin de la Galette” nikt nie siedzi sztywno, nikt nie pozuje jak do oficjalnego portretu. Przeciwnie. Ktoś rozmawia, ktoś patrzy w bok, ktoś jest zamyślony, ktoś flirtuje, ktoś najwyraźniej przyszedł tylko po to, żeby dobrze wyglądać przy stoliku. 

  Renoir specjalnie tworzył lekki chaos rozmów i spojrzeń, żeby scena wyglądała jak spontaniczne zdjęcie z imprezy (mimo, że pozowanie trwało miesiącami). Ta spontaniczność była oczywiście wielką iluzją. To, co wygląda jak uchwycony w sekundę moment z letniego popołudnia, było w rzeczywistości precyzyjnie budowaną sceną. Trochę jak dzisiejsze zdjęcia, które mają wyglądać na przypadkowe, choć wszyscy wiemy, że ktoś poprawiał włosy, przesuwał szklankę i robił piętnaście ujęć „tak jakby od niechcenia”.

 

  Na obrazie jest też Aline Charigot — kobieta bawiąca się z pieskiem, przyszła żona Renoira. Kiedy ją malował, nie była jeszcze „muzą wielkiego artysty”, tylko młodą krawcową z klasy pracującej. Scena ma w sobie tyle życia: gwar rozmów, ciepło popołudnia… i nikt jeszcze nie wie, że zwykłe spotkanie przy stole stanie się jednym z najsłynniejszych obrazów świata.

 

 

3. „Calder. Marzenia o równowadze” w Fundacji Louis Vuitton. Trwa do 16 sierpnia.

 

  Ostatnia moja wystawa w Paryżu: Alexander Calder. I szczerze? Trudno wyobrazić sobie lepszy finał. Bo Calder to artysta, którego dzieła bardzo łatwo zrozumieć, a jeszcze łatwiej pokochać. Nie trzeba mieć doktoratu z historii sztuki, znać wszystkich manifestów awangardy ani udawać, że „oczywiście widzi się napięcie między formą a przestrzenią”.

  Wystarczy stanąć przed jego pracami i zobaczyć, że one naprawdę żyją. Kto czytał o słynnych „mobile” Caldera, ten wie, że nawet najmniejszy ruch powietrza potrafił wprawić je w delikatny taniec. Eksponatów, co dość oczywiste, nie można było dotykać. Trzeba było też zachować odpowiednią odległość. Ale dmuchać nikt nie zabronił. Sprawdziłam. Faktycznie wystarczy.

  Calder tworzył prace, które wyglądają jak rysunki zawieszone w powietrzu. Jakby ktoś wziął kreskę, oderwał ją od papieru i przeciągnął przez przestrzeń trójwymiarowym pędzlem. Zerknijcie na zdjęcia poniżej i powiedzcie, czy właśnie tak to nie wygląda? I nagle zaczyna się ta najprzyjemniejsza muzealna dezorientacja: co tu jest rzeźbą, co cieniem, a co rysunkiem? Gdzie kończy się obiekt, a zaczyna jego odbicie na ścianie?

 

Która wystawa wydaje Wam się najciekawsza?

Wróćcie do tego artykułu, jeśli uda Wam się zaplanować podróż do Paryża!

 

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marą Olini i Francine&Mat, a także zawiera lokowanie marki własnej i linki afiliacyjne. 

 

  Fajny był ten styczeń. Taki nie za krótki. Właściwie to był jak wielka zimowa epopeja. Miesiąc, który zwykle jest czasem wyciszenia, tym razem był niekończącą się mroźną opowieścią, w której wszyscy graliśmy podobne postacie. Każdy spacer stał się małą (i nieco ryzykowną) przygodą, a spadające temperatury grały pierwsze skrzypce we wszystkich programach informacyjnych ostatnich dni.  

  Przy tych niecodziennych okolicznościach działo się u mnie wszystko to, co dziać się powinno. Codzienne obowiązki, praca, szukanie pomysłu na obiad, podróże, ferie, problemy i małe radości. Nic nie staje się wolniejsze ani szybsze w związku z tym, że za oknem zawierucha i temperatury jak na księżycu. Z jedną małą różnicą – przy wszystkich niedogodnościach i trudach, które przyniosła ze sobą ta zima, jedno trzeba jej przyznać. Będzie niezapomniana.  

  Zaparzcie więc sobie herbaty, zaciągnijcie koc aż po pachy. Spróbuję Was przekonać, że styczeń był jak serial, którego nikt nie wybrał, ale wszyscy oglądali go z ciekawością.  

 

Początek stycznia był dla mnie jak wejście do szafy skrywającej przejście do Narnii. Autor powieści, C.S. Lewis, widział w szafie symbol dziecięcej wyobraźni — tej niezwykłej zdolności, która potrafi zamienić najzwyklejszy mebel w portal do innego świata. I właśnie takie drobne, niemal baśniowe czary obserwowałam w pierwszy dzień nowego roku. Był kulig, było suszenie przemoczonych ubrań przy kominku, było bieganie między pokojami wśród śmiechu i pisków. A ponad tym wszystkim unosił się kojący spokój: świadomość, że choć świat wokół zmienia się nieustannie, dzieci wciąż odnajdują radość w tych samych, niezmiennie prostych zabawach.
 
Ten moment, gdy widzisz siebie sprzed 32 lat :). Najlepsze prezenty przychodzą na koniec. Dziękuję Chanel za odrobinę mroźnego blasku na mojej skórze. Gdy chcesz być idealną mamą, więc zabierasz dzieci na drugi w tym dniu zimowy spacer, na który one nie chcą iść jeszcze bardziej, niż na ten pierwszy (za karę musiałam nosić ich „bałwanka” przez 3 kilometry, bo przecież trzeba go zabrać do domu).
// czapka – prototyp MLE // rękawiczki, chusta, spodnie – MLE // kurtka – 303 Avenue (kupiona w 2023 roku) // buty – Inuikii // Pierwsza herbata na mrozie zawsze smakuje wyjątkowo!
Kroniki Makelifeeasier – Ciekocinko. Rok 2026.  1. Sprawdzam na ekranie telefonu, czy moje włosy nadal wyglądają idealnie ;). // 2. Niech to się tu wysuszy, a my idziemy grać w Jengę. // To ten produkt – zima w płynie. Pięknie rozświetla i pachnie No5. 1,2 i 4. Kocham święta i ciężko mi się z nimi żegnać, a jednocześnie odczuwam wielką ulgę, gdy udaje mi się uporać z choinką i toną ozdób w mieszkaniu. I gdy w pewne styczniowe popołudnie, z bólem serca, zakończyłam ten świąteczny pogrzeb i opłakałam każdą chowaną do pudełka bombkę, mój mąż powiedział, że według ChataGPT kolędy można śpiewać aż do 2 lutego, czyli do Święta Ofiarowania Pańskiego. I on, wraz z naszymi dziećmi, zamierza skorzystać z tej możliwości. Także czekał mnie wieczór z "Lulajże Jezuniu". Doprawdy, W S P A N I A L E. // 3. Kolejny rozdział pod tytułem "w MLE nie korzystamy z AI". W spadku po nagrywkach została mi ta góra masła. Nie zmarnowała się ani odrobina, bo w moim domu masło zawsze znika podejrzanie szybko.Idealny zimowy dzień w Trójmieście.  1. Jak dobrze, że w tym roku zrobiłyśmy w MLE najcudowniejsze rękawiczki (a ja nie ograniczyłam się do zostawienia sobie tylko jednego koloru). // 2. Jeśli jest Wam zimno, to idźcie z dwójką dzieci na lodowisko i próbujcie je uczyć jeździć na łyżwach. Gwarantuję saunę parową pod własną kurtką. Nie dziękujcie.  // Przyjechałam do gdańskiego schroniska w Alpach. Czy jakoś tak. Zapiszcie sobie to nowe miejsce na Garnizonie: SLOW1. Świetnie zaprojektowana przestrzeń. Surowa i przytulna jednocześnie. No i spotkałam moją Obserwatorkę! // 2. To nie jest oszroniona elewacja. To sufit, który wygląda niczym pokryty delikatną warstwą śniegu.  // 3. Nasz masełkowy Graz wciąż dostępny w MLE, ale w ostatnich sztukach. Gotowi na bardziej wiosenne kolory? // 4. Nawet zwykły omlet był naprawdę wyjątkowy. // "Asia, to moje rękawiczki, prawda?"
"Nie, moje."
"Chyba moje, bo je tu położyłam."
"Na pewno moje, bo też je tu położyłam."
Jeśli nie jadasz śniadań, to w SLOW zaczniesz. Wrócimy tu!1. Praca z domu oznacza mniej więcej tyle, że przygotowujesz sobie biurko, ale prawie w ogóle przy nim nie siadasz. // 2. Moja pierwsza książka w 2026 roku to…. ta książka jest jak namiastka prawdziwej podróży. Uwielbiam koncepcję tej serii przewodników, a Wenecja to chyba mój ulubiony (mam jeszcze Paryż i Tokio). // 3. Pogoda sprzyja tworzeniu kolejnej zimowej kolekcji :). // 4. Chyba czas o Ciebie zadbać, bo jesteś jakaś taka potargana. Ta lampa to jedna z tych rzeczy, która chyba nigdy mi się nie znudzi. //  Wracam do moich nierozwiązanych problemów. Frędzle, które miały być hitem MLE w kolejnej kolekcji FW 2026, wychodzą w produkcji tak drogo, że nikt by ich nie kupił. Nie ma to, jak ponieść pierwszą porażkę, jeszcze nim wyszło się z domu.   Na co nie wydam pieniędzy w 2026 roku? Na śliczne dziecięce ubranka wykonane w 100% z poliestru i akrylu. Na zabiegi medycyny estetycznej, których nie przetestowały wcześniej moje przyjaciółki :D. Na kosmetyki od influencerek, o których nie wiem nic poza tym, że są zbyt idealne, aby mogły być prawdziwe. Na jedzenie, które nie jest albo „mega zdrowe” albo „mega pyszne”. I na swetry. Za dużo o nich wiem, aby wybierać coś innego niż MLE.  
1. Mokro, zimno, zapachy trochę jak przy weneckim kanale. Widoki równie oszałamiające. // 2. Mam stosik zaplanowanych lektur na każdy miesiąc roku i dopóki ich nie przeczytam, nie kupuję nic nowego. (Chyba, że dacie mi znać, czy któraś z tych nie jest przypadkiem beznadziejna.)  // 

Sopot o 16:30. Za dwa miesiące będziemy tu podziwiać pierwsze tulipany. 

Pamiętam, jak lata temu po raz pierwszy odwiedziłam Cortinę d’Ampezzo we włoskich Dolomitach. I jak bardzo byłam zachwycona tamtejszym stylem. Mieszkańcy tego miasteczka pięknie łączyli modę z regionalnym rzemiosłem (a przyjezdni próbowali to podłapać). W oczy rzuciły mi się tam też białe dżinsy noszone dosłownie przez wszystkich. Przy minus dziesięć. Cóż to była za ekstrawagancja te piętnaście lat temu! A że lecę na imprezę Après-ski (to nic, że w Gdańsku) wskoczyłam właśnie w białe dżinsy. A co! Całe zamieszanie wynika oczywiście z nowej książki Zosi o Tyrolu. 

Ja: Och, dziękuję bardzo, ale ograniczam słodycze.  
Obsługa: Ok. Następny!  
Również ja: To w takim razie poproszę podwójną porcję.  

Fikka i tyrolskie klimaty to naprawdę świetne połączenie. A skoro już mowa o Tyrolu…Móc raz w roku, przez kilka dni, zobaczyć te widoki, to dla mnie zawsze największa nagroda. Nawet jeśli sporo czasu spędzałam pod kocem w swetrze, bo jak każda zapracowana mama, najbardziej lubię chorować na urlopie.     Nie mogę uwierzyć w to, co Włosi umieją wyczarować z pomidora, czosnku i kilku listków bazylii. I to zajmuje im 3 minuty. I jedzą to nawet moje dzieci. Czary. Val di Fiemme. Region, który traktuję trochę jak drugi dom. 
Każdy ma już swoje plany na tydzień. Chociaż naprawdę nie wiem, co oznacza plan na niedzielę. Mała przypominajka, że na blogu pojawił się cały artykuł o Cortinie w przeddzień Igrzysk. 

Gdy wydaje Ci się, że wyjeżdżasz z zimowej krainy i żegnasz się ze śniegiem, a okazuje się, że w domu czeka na Ciebie pogodowy kataklizm.

1. "Kasia, gdzie Ty poszłaś? Miałyśmy usiąść do ogarniania KSEF-u!" // 2. ​Nie wiem, czy to jakiś rodzaj psychologii krańców świata, ale ludzie znad morza wyjątkowo często mają słabość do gór. Jakby samo dotarcie do miejsca, gdzie coś się kończy – woda albo skała – pomagało poczuć się lepiej. A nasze Zakopane od ponad stu lat działa jak magnes, nie tylko jako miejscowość, lecz także jako obietnica intensywności. Wystawa "Pociąg do Zakopanego" dobrze łapała tę atmosferę i bardzo chciałam ją zobaczyć. Marzenia jednak mają to do siebie, że świetnie radzą sobie w teorii, a codzienność wciąż upiera się przy swoim. Zamiast pociągu – album. Zamiast wernisażu – kanapa. Dobre i to. Dziękuję DESA za tę namiastkę góralskiego życia.  //Miłe zadanie w pracy, czyli szukanie inspiracji do nowej kampanii MLE. Uwierzcie mi, że tym razem będzie to coś wyjątkowego. Poniedziałek na hołmofisie. Jak myślicie, Portos bardziej pomaga czy jednak przeszkadza?"Witkacy" Michała Zaborowskiego. Czy ten obraz nie jest rewelacyjny? Wystawa "Zakopane, Zakopane" do obejrzenia na ulicy Pięknej 1 w Warszawie do 12 lutego.  1. Wigilia, wigilii, wigilii […] wigilii Tłustego Czwartku to jeden z moich ulubionych dni w roku. // 2. Przepraszam, coś przerywa, muszę kończyć. // Nie pamiętam takiej zimy w Sopocie. Wiecie, że coraz więcej badań udowadnia, że chłód (niekoniecznie w wersji ekstremalnej) jest dla nas zdrowy, wzmacnia odporność, spowalnia procesy starzenia, zwiększa wydolność i możliwości regeneracyjne, a jego ciągłe unikanie może mieć negatywny wpływ na nasze ciało?  Ok. Nie poddajemy się i próbujemy dalej.1. Toteme. Marka założona przez jedną z pierwszych skandynawskich ifluencerek. // 2. Ostatni rzut oka, bo dziś ma przyjść odwilż.  Moje cele na dziś? Nie zrujnować efektów wczorajszej pracy i wrócić do domu z suchymi skarpetkami.  //Podobno w moim Gdańsku pierwszy raz od 16 lat wydarzyło się to… Czyli jednak to nie AI. (A chodzenia po Motławie i innych zamarzniętych rzekach nie polecam).Temperatura w kuchni wynosi 15.5 stopnia. Chyba wyciągamy świeczki z pieca kaflowego…
Utwór „Zima” Vivaldiego tak idealnie pasuje do tego, co teraz dzieje się w Sopocie, że aż przechodzą mnie ciarki (albo to ta śnieżka, która właśnie rozbiła się o mój kark).      "Sopotarktyda" i kilka zamarzniętych kadrów.Obita kość ogonowa za 3…2…1. Nie pamiętam takiej zimy. A Wy?
1. Ostatnie zdjęcie i… telefon zamarzł. // 2. Do truskawek i szparagów, jeszcze trochę czasu, ale robimy, co możemy, aby w tej styczniowej diecie było "trochę zielonego". Uprzedzając Wasze pytania – sweter pojawi się w najbliższy piątek. //
Bo w taką pogodę nawet sałatka musi mieć w sobie gorące składniki. Brukselka i ziemniaki to może nie jest szczyt naszych marzeń, ale wystarczy chwila, aby zrobić z nich zdrowy posiłek. 

Składniki: 

świeża brukselka (jedno z niewielu zielonych warzyw, które można teraz kupić w warzywniaku) 
ziemniaki (tu również nie więcej niż pół kilo wystarczy, łącznie mamy już kilogram)
szpinak
rukola 
orzechy pekan
​oliwa 
koperek 
sól i pierz do smaku 
pasta miso 
tran z Olinii o ulubionym smaku (ja tutaj polecam cytrynowy – pasuje do warzyw) 

 

Warzywa dokładnie myjemy. Brukselkę obieramy i kroimy na pół. Ziemniaki porządnie szorujemy i kroimy na kawałki. Zaczynamy od ziemniaków, które obtaczamy w oliwie, paście Miso, soli i odrobinie przypraw. Najpierw wrzucamy na blachę ziemniaki na 20 minut (w 180 stopniach) a po upływie tego czasu, dodajemy brukselkę skropioną oliwą i doprawioną solą i pieprzem. Gorące warzywa wrzucamy na talerz razem ze szpinakiem i rukolą. Doprawiamy solą, pieprzem, dorzucamy koperek oraz ulubione orzechy, a na koniec polewamy wszystko tranem od Olini (w ogóle nie ma zapachu ryby, a cytrynowy posmak, świetnie podbija smak dania). 

Przemycam zdrowe oleje do naszejd diety, jak tylko potrafię. Ten tran o smaku cytrynowym od Olini naprawdę świetnie pasuje do warzyw (danie nie może być bardzo gorące). Moje dzieci niechętnie jadłyby taki olej z łyżki, ale fasolkę szparagową z takim dodatkiem, to jak najbardziej (polecam też spróbować z  tostem z awokado).  (jak klikniecie w link, to od razu nalicza się na niego mój rabat). :) 

A tu kilka bardzo ważnych faktów o tranie Olini: producent ma certyfikat Marine Stewardship Council (MSC), który potwierdza, że ryby, z których jest tworzony, łowione są zgodnie z rygorystycznymi Standardami Zrównoważonego Rybołówstwa. MSC przyznaje się na 5 lat konkretnym rybakom, którzy prowadzą połowy określonego stada. Co roku muszą oni poddawać się audytowi i stale usprawniać swoje działania. Zrównoważone połowy w mniejszym stopniu wpływają na ekosystem morski. Zapewniają też bezpieczną przyszłość rybackim społecznościom i ludziom z branży rybackiej. Jego TOTOX wynosi 5*. Tran cytrynowy ma także korzystny stosunek omega-3, omega-6 i omega-9 – 12,1:1:14. Dlaczego to ważne? Kwasy tłuszczowe pełnią różne role w organizmie, więc należy dostarczać je we właściwych proporcjach. Olej z wątroby dorsza jest poddany delikatnemu oczyszczaniu, dzięki czemu nie zawiera zanieczyszczeń – w tym metali ciężkich (np. rtęci, ołowiu), dioksyn i pestycydów (PCB).

Nie lubię drastycznych zmian i nie uważam siebie za zeschizowaną fanatyczkę zdrowej diety, ale obstawienie się w kuchni takim zestawem sprawia, że małymi krokami i niewielkim wysiłkiem mogę dbać o zdrowie całej rodziny. Jeśli chciałybyście zacząć, ale nie wiecie jak, to Olini naprawdę zna się na rzeczy. 
Na mojej tacy z olejami znajdziecie też olej z wiesiołka (świetny do sałatek albo smoothie), olej z czarnuszki (ten piję w formie shota, bo ma bardzo intensywny smak, ale uważam, że warto – jego udowodnione właściwości prozdrowotne naprawdę robią wrażenie) i tran o smaku pomarańczowym (do owsianek i innych słodkich śniadań, pasuje nawet do naleśników).Jak widać afirmowanie plaży i wakacji niektórym wystarcza, aby się rozgrzać.
Ale mi z całą pewnością afirmacje nie wystarczają. Po ostatnim spacerze na mrozie, byłam tak skostniała, że pierwszy raz od roku postanowiłam zrobić sobie gorącą kąpiel we własnej wannie. Tym bardziej, że dotarła do mnie taka paczka. Wydawało mi się, że kosmetyki, sposób ich zapakowania, zapach i tak dalej, nie mogą już na mnie zrobić wrażenia. A jednak produkty Francine&Mat sprawiły, że od razu miałam ochotę je otworzyć i użyć. 

Dobra. Na pierwszy rzut biorę puder do kąpieli i ten olejek. Marka Francine & Mat  jest nowa na polskim rynku, ale myślę, że lada moment stanie się bardzo popularna. Z kodem MLE10 otrzymacie rabat na wszystko do 18 lutego (z wyłączeniem zestawu 3 mgiełek, bo jest on już w obniżonej cenie na stronie). 

Wszystko gotowe, trudno uwierzyć, że czeka mnie taki relaks, aż tu nagle… Pająk wyłowiony garnkiem. Kąpiel uratowana. Polecam takie odmrażanie każdej mamie, babci i prababci :). Czy może być bardziej trafiony film na dzisiaj niż "Pojutrze", w którym zamarza pół kuli ziemskiej? Chyba nie, prawda? A jeśli nie chcecie wracać do starych klasyków, to polecam film "Jedna bitwa po drugiej", który jest już dostępny na różnych platformach streamingowych. 

No i witamy luty! Pamiętajcie o blogu, bo będzie się tu dużo działo w najbliższym czasie. A trzeba jakoś zapełnić czas do wiosny, prawda? Dziękuję Wam bardzo za uwagę i idę się jakoś rozgrzać!

 

*  *  *

 

Cortina moim okiem w przeddzień Igrzysk Olimpijskich. Dlaczego jest wyjątkowa?

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  O obecności na ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich raczej nie mam co marzyć. Na szczęście, nikt nie zabrania ścigać ognia olimpijskiego — atrakcja ta, o ile akurat przebywa się we włoskich górach, kosztuje dokładnie tyle co nic. Tak się złożyło, że do Cortiny nie miałam daleko, mogłam więc przez chwilę poczuć namiastkę sportowego ducha, mimo że do pierwszych zawodów jeszcze trochę czasu.

  Cortina d’Ampezzo w przeddzień Igrzysk wygląda dokładnie tak, jakby nie miała zamiaru niczego udowadniać. Owszem, widać pewne poruszenie — reklamy sponsorów pojawiają się tu i tam, a kamery czujnie obserwują rynek — ale jednocześnie daje się odczuć, że gospodarze czynią światu uprzejmość, udostępniając na zawody swoje ukochane miasteczko.  

  Nieśpieszne ustawianie dekoracji, godzinne opóźnienie każdego punktu programu oraz brak komunikacji z setką dziennikarzy, którzy — dokładnie tak jak my — próbują odnaleźć sportowców niosących ogień, są jedynie potwierdzeniem, że Włosi zamierzają przeżyć tę wielką sportową imprezę we własnym stylu. Stylu, który zakłada, że pośpiech jest podejrzany, a improwizacja bywa cnotą.

A skoro już mowa o stylu — Cortina nie ma sobie równych, jeśli chodzi o zimową modę. Spacerując Corso Italia, głównym deptakiem miasteczka, natrafiłam na lokal idealny dla MLE. Z czystej ciekawości zadzwoniłam pod podany numer i zapytałam o wysokość czynszu. Pozostawiam to pytanie otwarte: czy polska marka miałaby szansę w sąsiedztwie Prady i Loro Piany? Cortina z całą pewnością ma wymagających klientów, ale śmiem twierdzić, że akurat z tym dobrze sobie w MLE radzimy.

  Ale przejdźmy do rzeczy. Niezależnie od tego, czy planujecie wizytę w Cortinie w najbliższym czasie, czy zamierzacie oglądać igrzyska z kanapy, zapraszam Was do poznania kilku zaskakujących faktów o mieście, które — choć niewielkie — od dekad z zadziwiającą łatwością mieści w sobie cały olimpijsko-zimowy czar. 

 

 

  Nowy tor bobslejowy — Eugenio Monti Sliding Centre — wyrasta dokładnie w tym samym miejscu, w którym stał poprzedni olimpijski tor. Nazwano go imieniem zawodnika, który nie zdobył złota w 1964 roku, choć mógł — bo zamiast gonić za zwycięstwem, pożyczył rywalom potrzebny element bobsleja, pozwalając im wygrać i jednocześnie zyskując pierwszy w dziejach Pierre’a de Coubertin Fair Play Trophy. Jak łatwo się domyślić, ten gest przyniósł mu większą sławę niż jakiekolwiek trofeum.  

  No i nie ma tego złego — cztery lata później w Grenoble zdobył wreszcie złote medale zarówno w dwójkach, jak i w czwórkach, przypominając światu, że można być zarówno uprzejmym, jak i szybkim.

  Cortina była pierwszym miastem w historii, które pokazało światu zimowe igrzyska w telewizji — w 1956 roku. Może to dlatego ma się wrażenie, że Cortina od zawsze wygląda trochę jak wymarzony plan filmowy?  

  Ja wiem jedno — rozpoczęcie tegorocznej Olimpiady będę oglądać siedząc na własnej kanapie, ubrana sweter Arosa.  

  Architektura Cortiny jest inna niż w większości alpejskich kurortów, bo przez wieki była bardziej związana z Wenecją niż z Tyrolem (stąd jasne fasady, loggie, proporcje kamienic, ekstrawaganckie, jak na górską miejscowość zdobienia). Cortina świetnie wygląda na zdjęciach, bo miasto jest niskie, jasne i zwarte — nie ma tu wieżowców ani agresywnych kontrastów. Strzeliste skały wychylają się dosłownie z każdej strony. Góry zamykają kadr jak naturalna scenografia, której nie da się źle skomponować.

  Hotel de la Poste w samym sercu Cortiny d’Ampezzo to coś więcej niż czterogwiazdkowy adres w alpejskim kurorcie. To instytucja z duszą, której historia sięga XIX wieku, gdy budynek pełnił funkcję poczty i zajazdu dla podróżnych przekraczających Dolomity. Z czasem stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych hoteli regionu — i nieformalnym salonem artystów, pisarzy oraz bywalców europejskiej bohemy.  

  Wśród nich był Ernest Hemingway, który zatrzymywał się tu kilkukrotnie. Jedna z hotelowych przestrzeni do dziś nosi miano Hemingway Room i przypomina, że pisarz chętniej niż na stok wybierał barowe rozmowy i długie wieczory przy whisky. Według lokalnych anegdot, pierwsze dni w Cortinie spędzał raczej na obserwacji ludzi i krajobrazu niż na nartach, co w jego przypadku nikogo szczególnie nie dziwiło.

  Jak myślicie, ile kosztuje miesięczny najem takiego lokalu w Cortinie? I czy jest drożej niż na naszym Monciaku?

  A tu spore rozczarowanie PR-owe. Miał być pop-up store marki The Frankie Shop „dla wszystkich, aż do czasu Igrzysk”, a jest łańcuch i plakietka, że do baru to trzeba iść naokoło. Niezbity dowód na to, że „wyhype'owane” marki i krótkotrwałe trendy do Cortiny nie pasują.

  Niestety. Robiłam tyle zdjęć Cortiny, że w momencie, gdy mijali nas sportowcy niosący płomień, mój telefon był już wyładowany (doprawdy bardzo profesjonalny dziennikarz sportowy ze mnie). Na szczęście, japoński fotograf, który wraz ze mną czekał na zawodników, powiedział mi, że płomień krąży po miasteczku cały czas i wieczorem znów będzie można go zobaczyć.

  Na pocieszenie jedno z tysiąca, nikomu niepotrzebnych zdjęć Tiramisu. (Dobrze czasem ogrzać się w kawiarni i dowiedzieć się, że Ogień Olimpijski będzie obok nas za jakieś trzy minuty.)

  Czy Wam też chce się płakać w takich momentach? Olimpijski ogień wrócił do Cortiny po 70 latach. I nieśli go ci sami zawodnicy, co w 1956 roku. Niezbity dowód, że Cortina się nie starzeje – jej historia po prostu zatacza koło.

  A co z jedzeniem? Moje ulubione i absolutnie wyjątkowe miejsce to San Brite (raz w życiu móc spróbować ich makaronu o smaku lasu iglastego, to już jest szczęście!). Dla wszystkich, którzy nie mają w zwyczaju rezerwować stolików, polecam 5 Torri w samym centrum (to jedno z niewielu miejsc w Cortinie, do którego można po prostu stanąć w kolejce). 

A tu regał ze swetrami w butiku Duca di San Giusto. Cortina skutecznie opiera się napływowi chińskich produktów. 

  Jeśli zaś komuś potrzeba dodatkowego dowodu na ponadczasowość Cortiny, wystarczy przypomnieć sobie jeden z najlepszych filmowych portretów Dolomitów — „Tylko dla Twoich oczu”. To właśnie tu James Bond przemierzał lodowe szczyty, udowadniając, że Cortina doskonale radzi sobie zarówno w roli olimpijskiej gospodyni, jak i spektakularnej scenografii. Nie zmienia się wiele: góry wciąż robią swoje, historia wraca, a Cortina — jak zawsze — gra samą siebie.

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Apimelium, Senelle, Wild Hill Coffee, Aruelle i zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Gdy tuż przed końcem września dopadły mnie jesienne smutki (w gruncie rzeczy wcale niezwiązane z porą roku), wyświechtane frazesy wydały mi się jakieś trafniejsze i mądrzejsze. „Skoro żadna roślina nie kwitnie na okrągło przez cały rok, to nie wymagaj czegoś takiego od samej siebie” – w uszach dudni mi ostatnio viralowy cytat z Instagrama. We wrześniu ciężko było mi znaleźć kompromis między swoimi rolami. Przegląd dziecięcej szafy, odkładanie na bok tego, co już za małe. Pranie mundurków, kupowanie bidonów, powrót do zbyt wczesnych poranków i codziennych zajęć dodatkowych, które każda mama musi wcisnąć w kalendarz. A do tego wiele zawodowych wyzwań i coraz wyższa poprzeczka. No i poczucie, że wcale nie przeskoczyłam tej poprzedniej. Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości co do tego, że nie można być idealną pod każdym względem?  

  Przypominam sobie o tym, dlaczego zawsze kochałam jesień. Bo właśnie nie wszystko musi być na błysk. Bo ludzie wpadają w pęd, więc łatwiej Ci uwierzyć, że nie mają czasu Cię oceniać. Bo porozrzucane buty i piórniki w przedpokoju to dowód, że życie wydarzyło się naprawdę. Jesień to czas, w którym można przestać gonić za światłem, skoro z każdym dniem będzie go coraz mniej. Gdy robi się ciemno i zimno, jakoś łatwiej docenić ten jeden gorący kubek herbaty z miodem, który ktoś dla nas zrobił. A czy lekcja wdzięczności nie jest właśnie tym, czego najbardziej dziś potrzebujemy? 

 

Zestaw z cyklu "włożyłam na szybko, bo musiałam podwieźć dzieci do przedszkola i tak już zostało do wieczora". Chodziłam tak cały wrzesień. 
T-shirt – Weekday // legginsy – Oysho // torebka – L37 // buty – New Balance // okulary – Shevoke // 
To tylko wizualizacje, ale już wiem, że będzie OK! Kochany Zespół architektów ze studia LOUD robi wszystko, aby przenieść na to poddasze świat z mojego Pinteresta ;). Czekamy tylko na przeprowadzkę rodziny gołębi i ruszamy :D. 
Jeśli miałyście do tej pory złe doświadczenia z architektami wnętrz, to ja gorąco polecam ekipę ze studia LOUD. Zrobiliśmy już wspólnie dwa remonty mojego mieszkania i teraz też urządzamy coś wspólnie, ale tym razem dla kogoś innego. I za każdym razem ta współpraca jest super :). Tymczasem schodzimy na ziemię i z wielkich, pięknych remontów i wizualizacji, przechodzimy płynnie do mniejszych zmian we wnętrzu – prania dywanu. Wiecie, jaka jest jedna z rzeczy, za które kocham mojego psa? Gdy wydaje mi się, że poniedziałek będzie ciężki, ale Portos pokazuje mi inną perspektywę i już parę minut po tym, gdy wytarza się w jasnym dywanie i czymś, co ukradkiem przywlókł ze spaceru, wiem, że ten poniedziałek sprzed kilku chwil nie był wcale taki zły. To taka lekcja "carpe diem" w psim wydaniu (a może raczej "carpet diem"?). //Czy kampania nad polskim wybrzeżem może okazać się kompletną klapą? Jak wiele rzeczy może się nie udać? Ja i reszta Zespołu MLE znamy już odpowiedzi na te pytania…Nasza fura już podjechała! Razem z Asią, Oliwią i Kasią Korszlą czekamy na resztę ekipy.To był jeden z najpiękniejszych świtów w moim życiu. Miks emocji, który mi wtedy towarzyszył, miał pewnie na to swój wpływ i podkolorował rzeczywistość.  1. Ale wracając do meritum: przeszkody zaczęły się od tego, gdy w nocy dowiedziałyśmy się, że jednak nie będziemy miały fryzjera, więc włosy pomogła mi zrobić Ola (która na co dzień zajmuje się u nas mediami społecznościowymi). Padło na nią, bo tylko ona wzięła ze sobą Dysona :). // 2. Udało nam się jakoś zapakować, ale meleks to nie to samo co profesjonalne studio. // 3. Czas rozłożyć garderobę na plaży! Skręcanie wieszaka na plaży i szukanie śrubek w piasku to właściwie coś, jak powrót do dzieciństwa. Co może pójść nie tak? // 4. No i po co przejmować się fryzurą, skoro meleks miał swój własny plan na moje włosy?  Grupka dziewczyn robi projekt na zaliczenie plastyki. A nie… to my i nasza wielkoformatowa kampania. Chaos i dezorganizacja to nieodłączny element procesu twórczego. Prawda? 1. Dziewczyny, wiem, że to tło to był mój pomysł, ale teraz czarno to widzę. // 2. Jak chmurka (chociaż tych na niebie tego dnia brakowało). Ten wyjątkowy model znajdziecie tutaj. // A to jest dla mnie stylizacja w stylu "gdyby Jackie Kennedy przyjechała jesienią nad polskie morze". Czy nie?  1. Co myślicie o tym modelu z łezką? // 2. Ponieważ mamy za mało atrakcji, na plan przyjechały właśnie trzy konie. // 3 i 4. Wiele projektów jest już dostępnych na naszej stronie. // "Na kozie kopyto, wełna lata w powietrzu, tło się przewraca na człowieków. Gdybyś Ty Portos wiedział, co tu się odwala". Wiecie, że ten sweter w ostatecznej wersji zobaczyłam dopiero tego dnia rano? Do sprzedaży wchodzi już w ten piątek.  1. Przez całe lato pogoda była jak w październiku, ale w dniu jesienno-zimowej kampanii akurat był upał. Także bardzo mi miło w tych moherowych kapturkach z szalikiem, czapkach i puchowych kurtkach. Swoją drogą – te dodatki to nowość i wiem, że je pokochacie. // 2. Nasze puchowe kurtki i płaszcze uzyskały certyfikat RDS. Zapewnia on, że puch i pierze pochodzą od kaczek i gęsi, którym zapewniono odpowiednie warunki przez cały okres hodowli. Certyfikat ten zyskał uznanie niezależnych organizacji prozwierzęcych, jednak trudność w jego pozyskaniu (i związane z tym wyższe koszty produkcji) sprawiają, że wciąż bardzo niewiele polskich marek może się nim poszczycić. Puchowe produkty marki MLE otrzymały oficjalny numer licencji (CU 1456815), dzięki któremu można sprawdzić, czy faktycznie mamy prawo posługiwać się tym certyfikatem (bo przecież wiemy, jak nieprzejrzysty jest rynek odzieżowy). // 

Jaki jest końcowy wniosek? Mimo przeszkód i niesprzyjających okoliczności wciąż uważamy, że polskie wybrzeże to najlepsze miejsce, aby zaprezentować nasze projekty. I to, co wydawało się prowizorką (a może po prostu nią było? :D) finalnie wyszło tak, jak sobie wymarzyłyśmy.

Kalendarz wejść modeli z kampanii, no i przede wszystkim zdjęcia, znajdziecie w tym wpisie na blogu.  A tu dalszy ciąg pracy. Może mniej widowiskowy, ale równie ważny co wielkie kampanie.  Morze, wiatr i sól zrobiły ze mnie wersję "before". Czas na etap "after".  Wybrzeże Półwyspu Helskiego jest mi bardzo bliskie. Wiąże się z nim wiele rodzinnych historii. Tych dobrych. Ale od zawsze uważałam, że poza sezonem to miejsce idealnie sprawdziłoby się jako plener do dobrego kryminału. Takiego z rodzinnymi tajemnicami, jakimś morderstwem i atmosferą małego miasteczka, w którym wszyscy wszystko wiedzą, jednak nikt niczego nie mówi wprost.  1. Wiem, że musiałyście długo czekać na kurtkę, ale już jest. Do tego w dwóch kolorach i w dwóch długościach. // 2. Jeśli pogoda w tym dniu byłaby piosenką, to padłoby na tę tutaj, którą słyszycie. Do tego kawałek placka wiśniowego i możemy ruszać, agencie Cooper. Kto z Was widząc wzburzone morze czuje spokój, a kto coś zupełnie odwrotnego? // 
Mokry pies, niczym żółte liście, nieodłączny wrześniowy element. Zatwierdzanie projektów, ustalanie warunków, nadrabianie mejli – czyli wszystko to, co możesz zrobić w piżamie. 

A jeśli wolicie polskie seriale, zamiast amerykańskiej klasyki to może "Scheda" przypadnie Wam do gustu? 

Jeśli jest w Polsce miejsce, w którym nawet najgorsza pogoda staje się idealnym plenerem dla nowej kolekcji MLE, to wiadomo, że może być to tylko i wyłącznie Pałac Ciekocinko.  Czy mamy zaledwie pięć minut, aby zamienić salon w pałacu w wymarzony jesienny showroom MLE? Być może.  Gdy okazuje się, że Twoja jesienna tablica na Pintereście istnieje naprawdę. Czy stresuję się tym, że lada moment wpadnie tu grupa przedstawicielek polskiej prasy, aby ocenić naszą kolekcję? Pomidor. Zgadniecie, który ze swetrów spodobał się najbardziej?Asia powtarza te dwa zdania, które musimy powiedzieć na forum. Ja nie powtarzam, bo wiem, że i tak nic nie zapamiętam. Bardzo (baaaaardzo) rzadko wychodzimy z Asią z naszej skorupki. Przez okrągły rok staramy się skupiać w stu procentach na tym, aby nasze produkty były idealne i pod koniec zapominamy niestety o tym, aby pochwalić się efektami pracy. A jednak zdarzają się takie okazje, jak ta. I chociaż obydwie się stresujemy, to potem jest nam tak miło, gdy widzimy Wasze pozytywne reakcje. To trochę tak, jakby nauczyciel chwalił Wasze dziecko :D.Nie wdając się w szczegóły, to co dziewczyny z @fashionvalleyagency wyczyniały dla nas, to jest po prostu magia. Wiem, że będę tego żałować, bo najlepsze kontakty trzeba trzymać dla siebie, ale te dziewczyny to niezwodność w każdym calu! Gdy dorosnę, chcę mieć taką agencję PR-ową jak Wasza ;). Co mam powiedzieć o tych dziewczynach? Mogę powiedzieć, że wszystkie, bez wyjątku, są cudowne. Które z nich znacie? W drodze na warsztaty zerkam jeszcze do stajni. Czyżby temu rumakowi wydawało się, że zgapiłam melanżowy wzór z jego sierści? Warsztaty w stajni. Chciałabym Wam teraz pokazać perfekcyjnie wykonany ścieg, ale moja robótka wygląda raczej jak kłak wypluty przez kota. Za to u Poli wygląda to rewelacyjnie. Jesteśmy marką produkującą najróżniejsze swetry, więc mamy z  przędzą – wspaniałą, ale nierzadko zaskakującą materią – kontakt na co dzień. I chociaż nie da się porównać pracy, jaką trzeba włożyć w sweter zrobiony ręcznie, do tego wykonanego w zakładzie dziewiarskim, to pewnie niewiele z Was wie, że wyprodukowanie jednego naszego swetra trwa nawet sześć godzin. No powiedzcie, czy może być lepsze rozpoczęcie jesieni?  Tak. Gorąca herbata się przyda.  Aj tam. Dziewczyny, trochę kropi. Jak dla mnie to idealna pogoda na plażę. 1. "Jenyyy Kasia, gdzie Ty ciągniesz te influ w taką pogodę?" // 2. "Pro tip" dla Was od mieszkanki znad morza: aby mieć całą plażę dla siebie, idź na nią w czasie deszczu. Nie dziękujcie. //  O tutaj.  1. No i wyszło słońce. // 2. W tej kolekcji nawet elegancki wełniany żakiet może ulec transformacji i stać się idealną opcją na sztorm. // Pogoda na opalanie trochę średnia, ale można przycupnąć i popatrzeć na sztorm. Kto słucha Karoliny?Pola w naszym total looku. Odpowiadając zbiórczo na pytania, o to, czy te wszystkie kapturki, czapki i chustki są od nas: tak. Pierwszy kolor jest już w sprzedaży. Tu możecie zerknąć na wszystkie dostępne obecnie modele Powiedzmy, że to, co dzieje się w Pałacu Ciekocinko, zostaje w Pałacu Ciekocinko. Ja, pies, laptop i dziewięć kubków herbaty. Ta środa to dla mnie ciąg dalszy wyłażenia z nory o wdzięcznej nazwie "Premiera kolekcji w MLE". Przez ostatnie kilka dni praca nad nową kolekcją odbywała się w takim tempie, że ciężko było mi nawet na spokojnie ocenić efekty. To nie tylko ostatnie etapy projektowania czy produkcji, ale też masa niezliczonych drobiazgów, takich jak opisy produktów na stronie, przygotowywanie prasówki, planowanie publikacji na mediach społecznościowych, spinanie premier z kalendarzem produkcji czy najnudniejsze z najnudniejszych – umowy, formalności, analiza danych. Wszystko na już, a najlepiej na wczoraj. Po całym tym pięknym kreatywnym procesie trzeba się też upewnić, czy na końcu komukolwiek się to opłacało. "​Your email found me here." 

Dużo było tych wyjazdów we wrześniu z MLE, więc doceniałam, jak nigdy, te nieliczne dni, kiedy mogłam być w pracy będąc jednocześnie w domu. W jakimś sensie wspominałam wtedy wakacje – gdy jestem bez makijażu posłonoczne przebarwienia przypominają mi o tym, jak często zapominałam użyć SPF-u. Na szczęście w ostatnim czasie nauka poszła w tym temacie bardzo mocno do przodu. Kubek rumianku i intensywnie rozjaśniające serum na przebarwienia od Senelle. Ten kosmetyk to rewolucja w walce z plamkami i przebarwieniami posłonecznymi oraz potrądzikowymi. Dzięki unikalnej formule wzbogaconej o Potrójną dawkę witaminy C, Azeloglicynę, Alfa-arbutynę oraz inne składniki aktywne, serum: widocznie redukuje przebarwienia i niedoskonałości. Do tego głęboko nawilża i odżywia, przywracając naturalny blask i witalność (95% kobiet to potwierdziło – ale czy ich skóra widziała tyle słońca co Twoja? Nie wierz liczbom, sprawdź i sama się przekonaj). Kod MLE daje 20% rabatu na wszystkie produkty w sklepie Senelle. 
Kolejne pomysły Oli na nasze media społecznościowe. Na szczęście obydwie pracujemy i konsultujemy się zdalnie w szlafrokach. A był taki czas, że przestałam lubić golfy…Gdy cieszyłaś się, że przetrwałaś wrześniowe poranki, ale pierwszego października orientujesz się, że w tym miesiącu będziesz robić dokładnie to samo. TYLE ŻE PO CIEMKU. Bez dobrej kawy ani rusz! U mnie to już od lat "Pocałunek słońca w Jaen" i  "Sen o La Jacoba" od Wild Hill Coffee. Kawa od Wild Hill Coffee to jakość "specialty", która oznacza najwyższy standard kawy, gdzie ziarna otrzymują minimum 80 punktów na 100 według skali Specialty Coffee Association (SCA). Taka kawa charakteryzuje się brakiem wad, unikatowym profilem smakowym, transparentnym pochodzeniem (najczęściej z konkretnej plantacji) oraz jest świeżo palona i świeża od ostatniego zbioru. Cały proces produkcji, od uprawy po palenie i parzenie, jest restrykcyjnie kontrolowany, by zapewnić perfekcyjną jakość. Jest też przebadana pod kątem szkodliwych substancji.  

Kod KT1025, ważny do końca października, da Wam 10% na wszystkie kawy nie objęte promocją. Jeśli kochacie ją pić tak jak ja, to nie wybierajcie przypadko i zadbajcie o to, aby Was nie truła.Poranne rytuały w kolorze brązowym.Ojeeej… chyba jestem bardzo niewyspana skoro widzę tu ziarna kawy. Przyznać się, Drogie Mamy – która musiała zbierać kasztany na piętnaście minut przed zajęciami w szkole/przedszkolu, bo Wasza pociecha zapomniała Wam powiedzieć? Brąz to podobno kolor sezonu, ale według mnie to od zawsze po prostu kolor jesieni. A w tej pidżamie czuję się trochę jak Winston Churchill. Myślę, że spodobałby mu się ten wzór. Moja piżama jest od ARUELLE. Podobnie jak ten pasiasty szlafrok, który widziałyście wyżej. Jeśli te modele wpadły Wam w oko, to mam dla Was kod rabatowy, który daje 20% rabatu – wystarczy, że użyjecie kodu KASIA20 (jest ważny przez tydzień; nie obejmuje produktów przecenionych ani kart podarunkowych i nie łączy się z innymi promocjami – działa również na nową kolekcję).  Zamiast rosołu – rozgrzewająca zupa dyniowa. Komu słoik?
No i nadszedł ten dzień, gdy jednak nie moge chodzić po domu w pidżamach i szlafrokach. Zdjęcia produktowe do MLE czas zacząć. I jak tu nie kochać tego swetra? To nasz absolutny bestseller sezonu. 
Nasza ulubiona zabawa w czasie, gdy często wyjeżdżamy – szukanie paczek. Czasem dostajesz mapę skarbów i wiesz gdzie szukać, czasem znajdujesz paczkę w ogrodzie sąsiadów, a czasem okazuje się, że została skradziona razem z samochodem. Ale ta od Apimelium na szczęście się znalazła i jest cała!

1. Czy to Paulinie jest we wszystkim dobrze, czy to rzeczy MLE są takie super? // 2. Pierwszy dzień w puchówce już za mną.  // 
Monika! Mam miód do herbaty! Możemy wyłączyć piekarnik i farelkę i wyjść spod koców!Paczki zebrane, kasztany i jesienne liście na zajęcia z plastyki też. No i jak zawsze te miodowe krówki, które kuszą przy otwieraniu przesyłki…

A tak serio – Apimelium to już nasz jesienny rytuał. Nie wyobrażam sobie października (listopada, grudnia, stycznia i lutego też!) bez miodów. Z kodem MLE otrzymacie 5% rabatu na wszystko (do 10 października). 

Czary mary, hokus pokus, były cztery krówki miodowe, a są tylko trzy. 

Daję Wam tydzień w mojej kuchni. 

Robimy ludziki z kasztanów? Taaak! To znaczy, że kto je będzie robił? Mamaaa!

Nic mnie tak nie przywołuje do porządku i nie pomaga nabrać dystansu, co zajrzenie do dziecięcego świata. Ciocia Ola dała nam piękny prezent – kolejne części "Martynki", czy opowiadań, które kochają moje dzieci, i które kochałam ja, gdy byłam małą dziewczynką. 

Kto by się spodziewał, że jednak coś na tym grzybobraniu znajdziemy?!

Nie wszyscy jesteśmy gotowi na to, aby zwolnić. Ale jeśli pojawia się w Was taka myśl, to w Folwarku Jackowo pomogą Wam ją przekuć w czyn. 

Styl „angielskiej wsi” to podobno gigatrend sezonu. A ja cały czas pamiętam, że te wszystkie kalosze, woskowane kurtki, wełniane swetry pojawiły się przede wszystkim dlatego, bo nie trzeba się w takich rzeczach bać brudu i różnych zapachów w stajni. Każdy, kto nosił te rzeczy z powodu ich funkcjonalności wie, że prawdziwy luksus to nie stylizacja, a sucha skarpeta po spacerze w błocie ;).  

W minioną niedzielę był pierwszy, od dziesięcioleci, galop bez nadzoru. Czy przede mną też wielki powrót do jazdy w terenie? :)

Babie lato na Kaszubach. Taka nasza ciepła kołdra między wakacjami a jesienią. Nawet jeśli już nie wróci do nas w tym roku, to przed nami październik – miesiąc, który udowadnia, że przemijanie też może być pełne uroku. Dziękuję Wam za uwagę – co to za luksus móc dzielić się z Wami moimi myślami!

 

*  *  *

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Veoli Botanica, platformą do nauki angielskiego Akcent oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Koniec wakacji. Dzieci w domu ze mną, przez okrągły miesiąc. Narzuciły zmianę rutyny, do której ledwo zdążyłam się przyzwyczaić. Z tyłu głowy wciąż pojawiają się myśli, że jeśli dobrze wykorzystam te ostatnie dni wakacji i przygotuję się ze wszystkim, jak na perfekcjonistkę przystało, to wrzesień zacznie się gładko, jak dotyk piasku na sopockiej plaży.  

  Sierpień to ambiwalencja w rozkwicie. Radość i smutek jednocześnie. Pełna mobilizacja przed nowym sezonem i totalne rozbestwienie, bo przecież trzeba korzystać, póki można. Prawdziwa niedziela wśród miesięcy. Pisząc to z perspektywy pierwszych wrześniowych dni, beztroskie kadry z wakacyjnej podróży wydają się wyjątkowo odległe. Ale od czego mam ten album tutaj? Zaparzcie sobie herbaty i wejdźmy spokojnie w tę jesień, nim rozpędzi się na całego. 

 

Sierpień stał pod znakiem obrazów. Jeden zawitał do naszego domu, niezliczone ilości naprodukowały moje dzieci (przyznajcie się, przechowujecie twórczość swoich pociech? Czy może jednak recykling? :)), ja z kolei przeszukałam internet, aby znaleźć chociaż kilka dzieł, które mnie poruszą i zainspirują do tworzenia kierunku dla MLE na kolejny sezon. 

O ten plakat miałam mnóstwo pytań, więc zdradzę, że to marka Desenio, a plakat jest autorstwa Merel Takken (powstał w ramach "Art for a Cause", akcji Desenio i The Art Therapy Project, czyli nowojorskiej organizacji non-profit, która zapewnia bezpłatną grupową terapię przez sztukę w bezpiecznym środowisku). 

"Kasia, Ty jako mieszkanka Sopotu, pewnie codziennie byłaś w sierpniu na plaży, prawda?"

"W sierpniu raczej nie, ale we wrześniu: kto wie?"

Ale gdy już się na tej plaży pojawiłam, to raczej nie w kostiumie kąpielowym ;). Ten zestaw znajdziecie tutaj

Jeden rzut oka na to zdjęcie i pewnie wiecie, gdzie mnie wywiało… Prowansja!

1. Odcisk muszelki, który znaleźliśmy w ruinach domu Juliusza Cezara. // 2. Wakacje, na których nauczyłaś się pływać i zaczynałaś dzień od wspinaczki na drzewo. // 3. Zielone frytki for life. // 4. Moja toaletka, przy której robiłam makijaż. // 

Gordes i szybsze bicie serca, gdy stoję na wprost restauracji z ukochanego filmu. Zgadniecie jaki ma tytuł?

1. Typowy prowansalski garaż ;). // 2. Niepopularna opinia: nie wierzę w horoskopy, układy Merkurego, wróżki. Ale gdy widzę spadającą gwiazdę, to zawsze mnie to rusza. Dwa lata temu jedną widziałam, i życzenie póki co się spełnia. A w sierpniu znów mieliśmy noc Perseidów – moment, w którym najłatwiej dostrzec spadające gwiazdy. Jeśli macie jakieś życzenia, patrzcie w górę, gdy zajdzie słońce. // 

Oby do następnego (dobrego) roku!

​1. Wzgórza przy Gordes. // 2. Plakat opisujący tradycyjne i opatentowane prowansalskie wzory tkanin. // ​

Dotarliśmy na szczyt góry, świetnie znanej wszystkim fanom kolarstwa i Tour de France – Mont Ventoux. Dzieci wypatrują przez lunetę naszego przyjaciela, który postanowił wbiec na górę o własnych nogach. I udało mu się!

1. Stoisko z regionalną kiełbasą na szczycie góry? To musi być Prowansja. // 2. Podobno to Mistral sprawił, że Mont Ventoux jest taka łysa ;). // 

Następnym razem może spróbuję wjechać na rowerze (elektrycznym :D).

Miejsce, które pewnie już kiedyś na blogu widziałyście. Jaskinia Świateł, nieopodal Baux de Provence. Tym razem głównym bohaterem był Monet. 

1. Ciężko wytłumaczyć dlaczego świetlne iluminacje obrazów robią w tych jaskiniach takie wrażenie, ale uwierzcie mi na słowo, że ludzie zaczynają tam płakać i spontanicznie klaskać pod koniec pokazów. // 2. W powszechnym rozumieniu Prowansja nie jest miejscem, gdzie moda gra pierwsze skrzypce. A jednak, to właśnie tu można nauczyć się o wakacyjnym stylu najwięcej. Zapewniam Was! A dlaczego tak jest? Odpowiedź znajdziecie w tym artykule. // 

Chciałoby się tu zostać do białego rana…

Mówisz, masz! A w tle dźwięk, który przywołuje u mnie najpiękniejsze wspomnienia. Cykady. Wiecie, że posiadają one na bokach ciałka membrany, zwane timbalami? Wprowadzają je w wibracje za pomocą mięśni, a dźwięki wzmacniane są przez specjalne poduszki powietrzne. Dzięki takiej budowie ich cykanie jest słyszalne nawet z odległości kilometra.

1. Kolejny poranek. Kolejna wspinaczka. // 2. A tym zdjęciem, z prowansalskim studiem pilatesu, próbowałam nakłonić Zosię do przyjazdu w te strony. // 3. i 4. Co mogę powiedzieć? Czy w prostocie nie kryje się najwięcej szlachetności?// 

Bonjour, proszę Pana, a Pan to chyba z Polski przyjechał. 

A no tak. Mam na imię Nenuś i lubię tu wracać. 

1. "Drogie dzieci, dziś też idziemy zwiedzać starożytne ruiny Cesarstwa Rzymskiego." // 2. "Ooo nie! Uciekamyyyy!// 

A to mój stały towarzysz posiłków. Nosimy go ze sobą wszędzie i w ten sposób odsuwamy w bliżej nieznaną przyszłość temat prawdziwego kota. 

A tu duże rozczarowanie. Bilety do domu Cezanne'a kupiliśmy na miesiąc wprzód, a ja dosłownie zagoniłam wszystkich towarzyszy podróży, abyśmy tu przyjechali. Niestety, dom został przerobiony przez późniejszych właścicieli, ogród dosyć zaniedbany, a obsługa… Zawsze znajdowałam w tej francuskiej obcesowości jakiś urok, ale tym razem… szkoda gadać. 

Podobno pracownia Cezanne'a, mieszcząca się nieopodal (Aix-en-Provence) jest warta odwiedzenia.

Kolory lata bez obróbki. 

Moja kochana mama i najlepsza reprezentantka MLE w Prowansji w jednym :). 

A tu już wybrzeże w nieco innej części Francji. 

Ciekawe, o czym rozmawia ta dwójka? Czy może być lepsze miejsce na randkę?

Gdy liczysz na ciepły wieczór, ale jesteś znad morza, więc wiesz, jak będzie. Im więcej swetrów weźmiesz ze sobą, tym lepiej.

Właśnie to miałam na myśli ;).

​Gdy wciąż mamy lato, ale myślami już przy jesieni. Ostatnie sztuki tej delikatnie prześwitującej spódnicy znajdziecie tutaj (ale zapisujcie się na swój rozmiar, bo wróci!). 

Piknik na plaży w wersji francuskiej. 

Młoda para to gatunek występujący na plażach niezależnie od szerokości geograficznej. 

Gdy chciałaś zrobić widok, ale miałaś włączoną przednią kamerkę ;). 

Problemy nie znikają na wakacjach, ale wiem, że gdy spojrzę na to zdjęcie w listopadzie, to i tak pomyślę sobie: "ale to był beztroski czas". 

Poszła szukać muszelek. 

Piękne Château de Monbazillac w tej części Francji, do której "turyści z lazurowego" już nie docierają :D. Zarządzane z taką perfekcją, że z łatwością można sobie wyobrazić, jak wyglądało tu życie tuż przed rewolucją francuską.

W sumie, po tym wydarzeniu życie nie zmieniło się tutaj aż tak bardzo, bo ówczesny właściciel zamku, François Hilaire de Bacalan, sprzyjał rewolucjonistom i jako jeden z niewielu arystokratów został oszczędzony i nie trafił na szafot.

Mogłyśmy się tu poczuć jak prawdziwe księżniczki ;). 

A te winogrona to nie jest żadna atrapa dla turystów!

"Mamo, ale co autor miał na myśli?"

Ach, te podziały w oknach! W Sopocie pewnie by nie pasowały, ale popatrzeć można. 

Muszelkowe bierki i kosz, w którym zawsze wszystko się znajdzie (ma już kilka lat, jest z 303 Avenue).

Gdy przez wiele dni pracujesz nad głęboką, równomierną opalenizną, ale w ogóle nie przejmujesz się, że Ci nie wychodzi, bo…

I tak wzięłaś ze sobą brązującą nowość od Veoli Botanica…

 Wygładzająco-brązujący balsam do ciała z wegańskim DHA, ekstraktem kawowym, sokiem z aloesu i pantenolem HERE COMES THE SUN . Moja gwarancja, że z Wakacji wrócę opalona. Balsamy brązujące to według mnie najlepsza opcja, gdy nie mamy czasu (ani ochoty) na taki "pełny seans z samoopalaczem". Po użyciu tego produktu kolor skóry jest delikatnie karmelowy. Bardzo łatwo go rozsmarować i chociaż używałam go na wyjeździe co drugi dzień, to nie dopatrzyłam się żadnej smugi.  
 
Z kodem: makelifeeasier20 dostaniecie -20% na wszystko od Veoli :).
"O" jak ostrygi. Jedząc je, zawsze czuję się jak prawdziwa ryzykantka. Pustki. 
Złociste zachody słońca. Ścigam się z nimi, ale one coś za szybko przechodzą w noc. Noc w Arcachon. 

To i moment, w którym nikt nie mówi: „mogę od Ciebie spróbować?”

Po wizycie w magazynie. Wzięłam sobie ostatnie sztuki z wyprzedaży, no i sweter, który mogłam już testować rok temu. Widziałyście już pierwsze jesienne nowości?

​Znacie historię koloru RAL 2902035?  Mowa o kobalcie oczywiście, gdyby ktoś nie poznał po numerze ;). 

Wiecie, że Matisse zaczął tworzyć swoje najsłynniejsze dzieła, zwane „wycinankami”, bo podupadł na zdrowiu i nie był już w stanie malować obrazów w tradycyjny sposób? Dla wszystkich, którzy czują się niedoskonali, mają gorszy czas w życiu albo poczucie, że ich sprawność przeminęła – sztuka nie raz udowodniła, że to nasza słabość może kiedyś stać się tym jednym czynnikiem, dzięki któremu będziemy mogli pokazać światu to, co w nas najwspanialszego. 

Sztuka Matisse’a, jak chyba żadna inna, pokazała niesamowitą moc koloru kobaltowego.  

Jak wygląda kuchnia po 7 sekundach od rozpoczęcia gotowania prostego makaronu?  

PRZEPIS NA PROSTY MAKARON
 
Skład:

makaron pappardelle  

cukinia  

zielona fasolka szparagowa  

świeża pietruszka

 Garść rukoli i ziół, które akurat masz (ja wzięłam tymianek i miętę)

czosnek

orzechy pini  

oliwa  

sól i pieprz 

parmezan 

A oto jak to zrobić: 

1. Na patelni prażę orzeszki piniowe (wiem, że wszystkim leniuszkom chce się pominąć ten krok, ale naprawdę to jest klucz do sukcesu). Gotuję makaron i fasolkę. Zdejmuję podprażone orzechy z patelni i wrzucam do osobnej miseczki. Będą mi potrzebne już na sam koniec.
2. Na gorącą wciąż patelnię dodaję oliwę i wrzucam czosnek przeciśnięty przez praskę. Po chwili smażenia dodaję cukinię i smażę około 2-3 minuty. W tym czasie odcedzam podgotowaną fasolkę (daję jej maks 3 minuty gotowania, żeby nadal była chrupiąca) i dodaję na patelnie. Gdy makaron się ugotuje i jest już idealny, odcedzam go i dodaję na patelnię. Zmniejszam gaz i dodaję pietruszkę, rukolę, resztę ziół, sól, pieprz i orzechy piniowe.    

​To wspaniałe, że ten makaron zjada cała moja rodzina. To znaczy… ja zjadam tę część tego dania… 

​A moje dzieci tę. I wszyscy zadowoleni. 

Rzeczy, które tej jesieni uważam za szczególnie eleganckie:  

Prześwitujące zwiewne ubrania połączone z ciepłymi swetrami.  

Rozmowy rodziców z dziećmi o tym, że nie jest fajnie śmiać się z tego, że ktoś wygląda inaczej, nie ma Labubu czy jest mniej sprawny. Tak na dobre rozpoczęcie roku szkolnego.  

Melanże (mowa oczywiście o splocie przędzy, a nie długich imprezach ;)).  

Pieczenie domowych ciast, których nie zobaczy instagram.  

Nienarzekanie na pogodę, na którą i tak nie mamy wpływu.

Nie wiem, ile z Was robiło dziś jesienne zakupy w sklepach, ale mi atmosfera przygotowań do rozpoczęcia roku faktycznie się udzieliła. Mejl o obowiązkowych strojach galowych wyrwał mnie z objęć miękkich, wygodnych ubrań, których nie trzeba prasować. O takich jak powyżej :D.

"My favorite season is when all mosquitos are dead." 

Najlepsza terapia relaksacyjna, jaką pamiętam z dzieciństwa. I pierwsze oznaki prokrastynacji, kiedy nie można było zacząć się uczyć dopóki nie zrobiło się idealnego porządku w piórniku :D. 

Zrobione!

A skoro już mowa o odwlekaniu nauki! Po wakacjach przyszedł czas, aby powrócić do platformy Akcent. To jedyne lekcje angielskiego, na jakie mogę sobie pozwolić w mojej codzienności. 

Wiem, że z początku to może wydawać się dziwne. Nauka języka angielskiego przez ekran komputera to coś, co jeszcze 10 lat temu byłoby nie do pomyślenia. Ale ci, którzy spróbowali, nie żałują. Dla wielu z nas to właściwie jedyna opcja, aby w ogóle tego języka móc się uczyć, bo możemy to robić wszędzie i kiedy tylko chcemy. Platforma Akcent łączy nowoczesną technologię ze sprawdzoną metodyką nauczania. Możemy ćwiczyć samemu w naturalnym środowisku lub z profesjonalnym lektorem, jeśli wybierzemy wersję Premium (wymiar czasowy lekcji można dowolnie dopasować po skontaktowaniu się z biurem). Po dobraniu właściwego poziomu, nauka nie przytłacza, dobieramy sobie własne tempo pracy. Możecie też liczyć na pełne wsparcie zespołu szkoły, zarówno w sprawach merytorycznych, jak i technicznych. Do kursów na platformie na wszystkich poziomach, od A1 do C1/C2 można dokupić przejrzyste książki. To taka platforma internetowa, ale z ludzką twarzą :). 

Na dobry początek nowego roku szkolnego mam rabat dla Czytelniczek i Czytelników -15% z kodem MLEnglish do 15.09.2025. Kod obowiązuje na wszystkie kursy i na książki. 

W weekend udało się nam zrobić wielkie porządki. Ale dziś nie ma już po nich śladu :D.

A to mój portret po pierwszym września :D.

A moją trójmiejską Prowansję znajdziecie tutaj. W Orłowie przy molo. 

Jeśli jesteście tu ze mną teraz, to znak, że jakoś udało się Wam przetrwać ten pierwszy wrześniowy poniedziałek. Gratulacje! Teraz będzie już z górki. Powiedzcie, że będzie? ;)

 

*  *  *