
Wpis powstał we współpracy z Krosno i Topestetic oraz zawiera lokowanie marki własnej.
Pewne rzeczy się nie zmieniają. W lipcowe upały Polska pachnie dokładnie tak samo jak dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt lat temu. Rozgrzanym asfaltem, lipami, jagodziankami, suchą trawą i wodą z pobliskiego jeziora. Lada dzień Instagram znowu zaleją zdjęcia termometrów, ktoś napisze, że „35 stopni w Polsce to nie to samo co 35 stopni we Włoszech”, a Castorama poinformuje, że właśnie sprzedała ostatni wiatrak. Jak co roku będziemy zachowywać się tak, jakby lato postanowiło zaskoczyć nas zupełnie bez zapowiedzi. Tymczasem nasi rodzice i dziadkowie też przeżyli niejeden gorący lipiec. Nie mieli klimatyzacji, aplikacji pogodowych ani butelek termicznych, które utrzymują temperaturę frappucino przez dwanaście godzin i kosztują tyle, co weekendowy wyjazd. A mimo to, potrafili znaleźć własny sposób na przetrwanie najbardziej gorących dni, nim ktokolwiek wymyślił pojęcie „wellbeing”.
A ponieważ druga połowa lipca zapowiada się wyjątkowo gorąco, pomyślałam, że zamiast szukać inspiracji na południu Europy, warto zajrzeć do naszego własnego letniego archiwum. Polskie lato nie potrzebuje egzotyki. Dzisiejsze umilacze będą o tym, że mamy w własne rytuały, własne smaki i własne piękno, które od lat towarzyszą nam w najcieplejszych miesiącach roku.
1. Nasi dziadkowie znali patenty na upały. Architekci właśnie odkrywają je na nowo.
Kiedy dziś czytamy o projektowaniu domów odpornych na fale upałów, łatwo odnieść wrażenie, że to zupełnie nowa wiedza. Tymczasem wiele rozwiązań, które architekci określają dziś mianem”passive cooling”, czyli pasywnego chłodzenia budynków, opiera się na zasadach doskonale znanych naszym babciom i dziadkom. Nie używali modnych angielskich nazw. Po prostu wiedzieli, że najważniejsze jest jedno – nie wpuszczać gorąca do domu. Weźmy choćby „night flushing”. Brzmi jak technologia rodem z Doliny Krzemowej, ale w praktyce oznacza po prostu otwieranie okien na noc i zamykanie ich rano. Innymi słowy – dokładnie to, co przez lata robiła każda babcia, powtarzając: „Nie otwieraj teraz, bo całe gorąco wejdzie do środka.”
Dzisiaj architekci projektują budynki dokładnie według tej samej zasady. Zewnętrzne żaluzje, rolety typu screen czy ruchome drewniane lamele mają zatrzymać promienie słoneczne zanim dotrą do szyby. To bardzo ważna różnica. Gdy słońce nagrzeje szybę, większość ciepła i tak przedostanie się do wnętrza. Dlatego współczesne osłony montuje się na zewnątrz budynku, podobnie jak dawniej okiennice chroniły wnętrza wiejskich domów.
A jeśli pamiętacie mokre prześcieradło wiszące w oknie, to nie był to odpowiednik foliowej czapeczki na przeziębienie, tylko całkiem sensowna metoda chłodzenia. Woda, parując, odbiera ciepło z otoczenia. Dziś tę samą zasadę wykorzystują nowoczesne systemy chłodzenia wyparnego. Okazuje się, że nie wszystkie domowe patenty naszych babć czekały na obalenie przez naukę. Niektóre nauka po prostu po latach potwierdziła.

2. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem i historia jednej szklanki.
Po zamknięciu okien przychodził czas na drugi, równie ważny rytuał – coś zimnego do picia. Najczęściej był to kompot, woda z domowym sokiem albo oranżada na specjalne okazje.I prawdopodobnie wszystko podawano w tej samej szklance. Szklanka Polka to jeden z tych przedmiotów, których przez lata właściwie nie zauważaliśmy. Była po prostu obecna – w kredensach naszych babć, na kuchennych półkach i w niemal każdym przepisie rozpoczynającym się od słów: „wsyp jedną szklankę mąki”. Zaprojektowana ponad osiemdziesiąt lat temu miała pojemność 250 ml i szybko stała się nieformalnym standardem w polskich domach.
Dziś, dzięki polskiej marce Krosno, wraca w odświeżonej formie – lżejsza, cieńsza i odporna na temperaturę. Na szczęście zachowała swój charakterystyczny kształt. Bo są rzeczy, których naprawdę nie trzeba było projektować od nowa.

Gdyby ktoś po lekturze doszedł do wniosku, że jednak potrzebuje w domu tej słynnej „szklanki z przepisu babci”, która stała się ikoną polskiego wzornictwa, to mam małą podpowiedź. Do 26 lipca kolekcja Polka marki Krosno jest objęta 15% rabatem z kodem MLE.

A skoro już mowa o letnich rytuałach, poniżej zostawiam przepis na napój, który w ostatnich tygodniach przygotowuję najczęściej. Gruszki, odrobina tymianku i dużo lodu.
Składniki:
4 miękkie gruszki
1 cytryna
kilka gałązek świeżego tymianku
ok. 500 ml wody gazowanej
2 łyżki miodu
2 szklanki kruszonego lodu

Sposób przygotowania:
Gruszki umyj, obierz, usuń gniazda nasienne i pokrój na małe kawałki. Wrzuć je do misy blendera razem z odciśniętym sokiem z całej cytryny i miodem. Zblenduj tak, aby nie było grudek, wrzuć kilka gałązek tymianku i odstaw na mniej więcej 2 godziny do lodówki (dzięki temu aromat tymianku stanie się lepiej wyczuwalny). Po tym czasie umieść w dzbanku kruszony lód, wlej lemoniadę i dolej wodę gazowaną. Na tym etapie możesz wszystko dokładnie wymieszać, a następnie dosłodzić lub dokwasić wedle uznania.

3. Cztery filmy, które najlepiej ogląda się wtedy, kiedy za oknem jest 33 stopnie.
Skoro już siedzimy zamknięci w mieszkaniu, z zaciągniętymi zasłonami, i próbujemy się schłodzić po całym dniu spędzonym w upale to przestańmy mieć wyrzuty sumienia, że cały wieczór spędzimy przed telewizorem. Przygotowałam cztery filmy, które najlepiej ogląda się z otwartymi oknami i szklanką czegoś zimnego w ręku.

„Utalentowany pan Ripley” (1999)
Jeżeli istnieje film, który skuteczniej niż Pinterest przekonuje do lnianych koszul, okularów przeciwsłonecznych i wakacji we Włoszech, to jest nim „Utalentowany pan Ripley”. Włochy końca lat 50., leniwe dni nad morzem, aperitivo, łodzie kołyszące się w porcie i poczucie, że czas płynie trochę wolniej. Oczywiście tylko do pewnego momentu, bo to jednak thriller.
„Heartbraker. Licencja na uwodzenie.” (2010)
Są filmy, które polecam tak często, że powinnam dostawać prowizję od platform streamingowych. „Heartbreaker. Licencja na uwodzenie” jest jednym z nich. To lekka francuska komedia z Monako w tle, świetnymi kostiumami i humorem, który nie obraża inteligencji widza. Jeśli po całym dniu upału marzy Wam się film, który poprawia nastrój równie skutecznie jak lemoniada, którą piję na tych zdjęciach, właśnie go znaleźliście.
„La Piscine” (1969)
Ten film udowadnia, że południe Francji potrafi być równie piękne, co niepokojące. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut kadry przypominają reklamę wakacji, na które wszyscy chcielibyśmy pojechać – elegancka willa, rozgrzane słońcem tarasy, cykady, błękitny basen i wnętrza, które mimo upływu lat wciąż wyglądają niezwykle stylowo. Jacques Deray wykorzystuje ten letni bezruch po mistrzowsku, stopniowo budując napięcie tam, gdzie pozornie nic się nie dzieje. Dodatkowego wymiaru całej historii dodaje fakt, że Alain Delon i Romy Schneider spotkali się na planie kilka lat po zakończeniu swojego głośnego związku. Widzowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że ekranowa chemia między nimi wykracza daleko poza aktorskie rzemiosło.
„Ziemia obiecana" (1975)
Na pierwszy rzut oka to dziwny wybór do letniego zestawienia. Ale wystarczy przypomnieć sobie sceny rozgrywające się w dusznych fabrykach, rozgrzanych kamienicach i zakurzonych ulicach XIX-wiecznej Łodzi. Czuć tam ciężkie, stojące powietrze, od którego aż chce się otworzyć okno. Jeśli nie widzieliście, to warto nadrobić – zwłaszcza z perspektywy dorosłego millenialsa.

4. Wieczór po plaży i kilka sposobów na schłodzenie rozgrzanej do czerwoności skóry.
Mam teorię, że polskie słońce ma najlepszy PR na świecie. Wyjeżdżając do Włoch czy Grecji, wszyscy nagle przypominamy sobie o SPF 50, kapeluszu i cieniu między 12.00 a 15.00. W Polsce? Przecież to tylko odrobina witaminy D…. Tymczasem temperatura i promieniowanie UV to dwie zupełnie różne rzeczy. W słoneczne dni indeks UV nad Bałtykiem czy w górach bardzo często osiąga latem 7–8, a zdarza się, że dochodzi do 9. To poziom, przy którym dermatolodzy zalecają wysoką ochronę przeciwsłoneczną i ograniczenie ekspozycji na słońce. Mimo to sama łapię się na tym, że to właśnie z plaży w Trójmieście najczęściej wracam z ramionami w kolorze pomidora. Najwyraźniej mój mózg uznaje, że skoro w zasięgu wzroku jest budka z goframi, zagrożenie nie może być poważne.
Po powrocie do domu plażowy kosz lądują na podłodze i natychmiast wysypuje z siebie pół plaży, a ja żałuję, że wychodząc nie wpakowałam do torby dodatkowo kremu spf do ciała zamiast oliwki przyspieszającej opalanie (nic się nie zmienia u mnie w kwestii kremu z filtrem do twarzy, to mój obowiązkowy ostatni krok porannej pielęgnacji i w moim przypadku spf do twarzy łączy pielęgnację, ochronę i makijaż). Schłodzony tonik wyjęty z lodówki, letni prysznic, lekki balsam po opalaniu i luźna bawełniana albo jedwabna piżama – brzmi, jak drobiazgi, ale naprawdę robią różnicę. Oto kilka moich poleceń na ten wieczór, kiedy pielęgnacja bardziej przypomina gaszenie pożaru niż wieczorne SPA.

To jeden z niewielu kosmetyków, który po upalnym dniu trzymam w lodówce. Nie wiem, czy działa lepiej, ale twarz jest zdecydowanie bardziej przekonana, że właśnie dostała urlop. Ta koreańska nawilżająco-rozświetlająca esencja działa wręcz jak serum. Oparta jest na zielonej kawie, peptydach i niacynamidzie. Ma bardzo wodnistą konsystencję, dlatego po dniu na plaży działa niemal jak pierwszy łyk zimnej wody dla odwodnionej skóry. W zależności od kondycji i potrzeb skóry esencję można zastosować na kilka sposobów – ja wybieram stosowanie warstwowe (zobaczcie na stronie Topestetic jak polecają kosmetolodzy).
JOONBYRD Moon Swim Hydrating Body Wash
Jeśli do tej pory (tak jak ja) uważałyście, że żel do mycia ciała może być byle jaki, to po użyciu tego produktu zmienicie zdanie. To nie jest zwykły żel pod prysznic. Zawiera kwas hialuronowy, witaminę E, prebiotyk (inulinę) i ashwagandhę, czyli adaptogen, który ma wspierać skórę narażoną na stres środowiskowy. Po dniu spędzonym na plaży ważne jest, żeby nie przesuszyć dodatkowo skóry agresywnymi detergentami, dlatego łagodne formuły mają tutaj sens. Zapach (wanilia, kawa i karmel) też robi swoje.
JOONBYRD Daydreamer Body Serum
To serum do ciała o żelowo-olejowej formule stworzone z myślą o skórze wymagającej ujędrnienia, ale i takiej zaawansowanej pielęgnacji. Nuty zapachowe tego serum otulają eleganckimi aromatami kaszmirowego piżma, bursztynu, drewna gwajakowego, jaśminu oraz karmelu. Ten kosmetyk zawiera biomimetyczny kompleks peptydowy z szafirem, który wspiera syntezę kolagenu i elastyny, poprawia gęstość skóry i wzmacnia jej barierę ochronną. Zielona kawa pobudza mikrokrążenie, a także działa ujędrniająco, a ekstrakt z parakrzesu zapewnia efekt wygładzenia i poprawy napięcia (koniecznie zobaczcie zdjęcia przed i po 4 tygodniach stosowania na stronie Topestetic, to w pełni zrozumiecie, jak ważny jest ten produkt w pielęgnacji ciała ;) ).

SKYMILK Panthenol Cream With Donkey Milk
A to już prawdziwa karetka na sygnale dla naszej skóry – krem z pantenolem i oślim mlekiem. Intensywnie nawilża, łagodzi wszelkie podrażnienia i przynosi natychmiastową ulgę – po długiej kąpieli słonecznej, albo męczącym dniu w upale, będzie jak plaster dla naszego ciała. Co więcej, ten krem jest odpowiedni do pielęgnacji każdego rodzaju skóry i dla każdej grupy wiekowej – od niemowląt po osoby dorosłe.
Physical Protectant Tinted SPF 30 Light To Medium
Ten spf już pewnie dobrze znacie z moich wcześniejszych poleceń blogowych – od lat po niego sięgam i niezmiennie jest w gronie moich ulubieńców. Daje piękny efekt na skórze twarzy. To ostatni krok mojej codziennej porannej pielęgnacji. Ale czasami stosuję go nawet na wieczorne wyjścia latem – po całym dniu na plaży często nie mam ochoty nakładać podkładu, a taki produkt załatwia trzy sprawy naraz (pielęgnuje, chroni i wyrównuje koloryt). Filtry mineralne (tlenek cynku i dwutlenek tytanu) działają od razu po aplikacji i są dobrze tolerowane przez skórę wrażliwą.

5. Dom MLE (mój top wchodzi do sprzedaży już w ten piątek).
Na koniec dwie krótkie informacje. Pierwsza jest taka, że to już ostatni moment aby kupić coś w czasie wyprzedaży w MLE. Nigdy nie lubiłam sytuacji, w której ubranie z tygodnia na tydzień traci kolejne 10 czy 20 procent swojej wartości. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec naszej pracy. Dlatego jeśli coś od dawna było na Waszej liście, to jest dobry moment. Jeśli nie było, to i tak nie powinnyście tego kupować tylko dlatego, że nagle stało się tańsze.
A druga informacja to raczej zaproszenie. Od kilku miesięcy rozwijamy coś, co nazwałyśmy Domem MLE. Od dawna mam poczucie, chociażby po naszych przypadkowych spotkaniach czy wiadomościach, które od Was dostaję, że łączy nas znacznie więcej niż ubrania. MLE i nasze projekty są raczej wynikiem tych wspólnych upodobań niż ich przyczyną. Ono po prostu sprawiło, że łatwiej było nam się odnaleźć. Dlatego pomyślałyśmy o miejscu dla tych z Was, które chciałyby być trochę bliżej. Nie tylko nowych kolekcji, ale też wszystkiego, co nas inspiruje i z czego to MLE właściwie się bierze. Do Domu MLE możecie zapisać wchodząc na naszą stronę (po kilku sekundach pojawi wyskakujące okienko, w którym podajecie potrzebne dane).

Mam wrażenie, że najłatwiej zachwycamy się tym, co nowe, egzotyczne albo trudno dostępne. Tymczasem przez cały ten wpis wracałam do rzeczy, które większość z nas zna od dziecka albo które otaczają nas przez cały czas. Z polskimi produktami często jest podobnie. Czasem trzeba, żeby ktoś opowiedział ich historię, zanim zauważymy, że od dawna mamy je obok siebie. I że ciężko jest znaleźć coś lepszego nawet na końcu świata.
Właśnie tego chciałabym sobie i Wam życzyć tego lata — żeby jak najczęściej zachwycać się tym, co nie próbuje na siłę zwrócić naszej uwagi.
* * *


Gdyby ktoś myślał, że w czerwcu nad polskim morzem nosi się bikini… Początek tego miesiąca nie zwiastował żadnej fali upałów.
Ukochane Lubiatowo, którego krajobraz wciąż się zmienia (ku naszemu niezadowoleniu).
Jazda konna w Folwarku Jackowo, opalanie w Sasinie i oczywiście obiad w Ewie Zaprasza (niektórzy przyjeżdżają do tej restauracji nawet z Krakowa ;)).
Konie na prawdziwym pastwisku. Wiele z nich miało swoje przejścia, ale odnalazły swój szczęśliwy przystanek.
1. Gdy nudzi Ci się powoli Twoje wnętrze, ale na myśl o remoncie od razu stwierdzasz, że jest ślicznie i jednak nic nie chcesz zmieniać. // 2. Gdy w końcu mogłaś spać do dziewiątej, ale od piątej nie możesz zmrużyć oka. // 3. Mini szampon, maska do włosów, balsam, płyn do mycia ciała i twarzy od Sensum Mare. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam na mój wyjazd pod namiot. A wiecie, że do 30 czerwca w
Nawigator taksówkarza – i od razu wiadomo, że jesteśmy w Paryżu!
Taka tam zwykła pierwsza lepsza uliczka w Paryżu. Ależ dobrą robotę wykonał ten Haussmann.
1. Gdy bardzo się śpieszymy, więc zamawiamy, co jest. // 2. Od lat wierzymy w nasze tenisistki i zawsze kupujemy bilety tylko na kobiecy finał – możecie się więc domyśleć, jaka to była radość, gdy okazało się, że niespodziewanie zagra w nim Maja Chwalińska. //
1. Krótka przerwa między gemami – przyglądam się więc widowni. // 2. Maja Chwalińska została pierwszą kwalifikantką w historii, która awansowała do finału French Open. Wcześniej żadna zawodniczka, która przebijała się przez kwalifikacje, nie zagrała w finale Rolanda Garrosa.
Łatwo podziwiać dwie godziny meczu, dużo trudniej pamiętać o tysiącach godzin treningów, których nikt nie ogląda. Będąc na trybunach, chyba łatwiej dojrzeć to, że oglądamy tak naprawdę człowieka z krwi i kości, który toczy właśnie najważniejszą walkę w swoim dotychczasowym życiu.
Niezależnie od tego, jak skończył się tamten mecz – Maja i tak sprawiła nam niesamowitą niespodziankę. //
Jeśli coraz częściej masz poczucie, że zaczynasz być brzydka i bez filtrów wyglądasz okropnie…
… I że Twoje ubrania do niczego się nie nadają…
… I że Twoje mieszkanie przestało Ci się już podobać…
… I że u Ciebie jest zawsze brzydka pogoda…
… I Twoja codzienność zaczęła wydawać Ci się nudna…
… I że jesteś złą mamą…
1. Gdy w radiu grają piosenkę "Torn" to millenialsom jakoś łatwiej wtedy wstać. // 2. Moje marne zbiory i stary pumpernikiel… zaraz coś z tego wyczaruję. //
„Dziś wiszą dumnie w salach polskich muzeów, ale zanim się tam znalazły, prowadziły zaskakująco bujne życie. Zaszywane w jedwabie, kradzione, darowane w prezencie lub przywożone jako pamiątki z podróży. Przenoszone z miejsca na miejsce albo ukrywane na długie lata. Mowa o dziełach najwybitniejszych mistrzów malarstwa europejskiego, które w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności trafiły do naszych rodzimych zbiorów.” To wielki talent opowiadać o sztuce tak, aby zainteresować każdego, nawet najbardziej zniechęconego słuchacza. Tę umiejętność posiada niewątpliwie Paweł Bień, a jego książka "
Być może o niektórych historiach tych obrazów słyszałyście, ale sposób, w jaki opowiada o nich pan Bień sprawia, że każdy wątek chcecie zapamiętać, aby umieć potem przekazać to dalej.
1. Szczypiorek czyli moje największe rolnicze osiągnięcie ostatnich lat. // 2. W sumie nie jestem pewna, czy jestem w piżamie i ubrałam na siebie byle co, aby wyjść po zioła na taras, czy jednak wymyśliłam cool zestaw na festiwal. //
Mój najwierniejszy asystent kucharza. Dba o zatowarowanie (albo jego brak). 
Trzynaście stopni, bo przecież połowa czerwca. Jak dobrze, że mam w swojej szafie naprawdę sporo swetrów.
MLExMORDOR, czyli comiesięczna sesja produktowa. Praca w taki dzień jest powtarzalna i trwa zawsze sporo czasu, ale i tak jestem dumna z tej zmiany, bo zdjęcia na stronie wyglądają teraz znacznie bardziej profesjonalnie. Mam wrażenie, że w MLE ogromną uwagę skupiamy na produktach, aby były dopracowane do ostatniej niteczki i potem brakuje nam już trochę tego zapału, aby móc zaprezentować efekty w odpowiedni sposób (Z kolei w dzisiejszej branży odzieżowej sukcesy odnoszą te marki, które robią dokładnie na odwrót ;)). A może to tylko moje subiektywne wrażenie?
1. z cyklu "Rozmowy dwóch CEO": "Asia, raz, dwa, trzy, ja zaklepuję ten
Poczułam pierwszą kroplę, więc wbiegam do środka – wiem doskonale , gdzie w Gdańsku schować się przed deszczem.
1. Za oknem grzmi, ale ja skryłam się w bezpiecznych murach galerii
Nicolas Grospierre kieruje obiektyw na budynki epoki modernizmu, obok których codziennie przechodzimy bez większych emocji. To, co zwykle wydaje się zwyczajne, nagle zaczyna wyglądać jak scenografia do futurystycznego filmu o przyszłości, który ktoś nakręcił kilkadziesiąt lat temu.
Czasem ciężko zdecydować, czy blokowiska i powojenny modernizm kochać, czy wyburzać. Wiele rozwiązań architektonicznych o światowym poziomie nie przetrwało zderzenia z bylejakością codziennego utrzymania. 
Dopiero teraz, po kosztownych remontach, odkrywamy zalety i skromną, ale na swój sposób fascynującą urodę takich dzieł architektury jak Dworzec Centralny czy katowicki Spodek. Trzeba uznać fakt, że każdy budynek stanie się obrzydliwy, jeśli przez 30 lat nie będziemy go myć, naprawiać i sprzątać.
Galeria NOMUS "Nicolas Grospierre. Permakryzys" 14.05 – 6.09.2026, Gdańsk.
A na parterze budynku, w którym mieści się galeria, możecie zjeść pyszną drożdżówkę, albo wypić pyszną kawę.
Pokazywać Wam więcej nieoczywistych miejsc związanych ze sztuką w Trójmieście?
A ten napis czekał na mnie tuż po wyjściu…
Czerwcowa puszcza za oknem.
Ja i koncerty to rzadkie połączenie, ale skoro Sopot jest taki "małomiasteczkowy"…
…to żal nie skorzystać z takiej okazji.
Chyba jesteśmy za młode na takie szalone wieczory ;).
1. Najlepsze polskie czerwcowe obiady. // 2. I najlepsze czerwcowe kwiaty…//
Kwitnący jaśmin to moja najlepsza motywacja do wspinaczki.
1. Herbata parzona na zimno. Znacie? Na pewno tak, ale wiem, że o dobrych rzeczach czasem warto przypomnieć (mi przypomniała o tym Meghan Markle, ale nie żebym oglądała jej program ;)). // 2. Upalne wieczory w Sopocie i podejrzliwi sąsiedzi. //
Herbatę parzoną na zimno polecam szczególnie tym z was, które nie przepadają za smakiem zielonej herbaty, ale chciałyby ją pić z prozdrowotnych względów. Herbata parzona na zimno jest zdecydowanie delikatniejsza, ma ładniejszy kolor i dużo przyjemniej się ją pije – jestem pewna, że gdy raz spróbujecie, to stanie się ona Waszym ulubionym rodzajem lipcowego nawodnienia.
Ja wybrałam „Green Lemon” od
Wystarczy dobrej jakości herbata z jakimiś owocowymi akcentami – zalewamy ją chłodną wodą i zostawiamy na godzinę.
Te dwie rzeczy razem oznaczają, że w mieszkaniu pachnie poezją.
"Slow" na Garnizonie.
1. Omlet, bo nawet ja uległam trochę tej białkowej propagandzie ;). // 2. "Drogi Panie Informatyku, niestety sweter padł i strona nie dziala. To znaczy swerter. To znaczy swerwer. To znaczy SERWER" – czyli ja i Monika gasimy poniedziałkowe pożary.
Nawodnienie od wewnątrz zamówiłam, a to od zewnątrz wyciągnęłam z torebki. Miło mieć taki krem do rąk, który nie dość, że pielęgnuje, to jeszcze cieszy oko. Te dwie tubki o nowoczesnym kształcie są od
1. Kocham tę spódnicę! // 2. Kompaktowy, ładny. Skuteczność oparta na składnikach naturalnych z kompaktowym designem może iść w parze. :). // 
Jeśli mainstreamowe treści dotyczące sztuki już Was męczą i potrzebujecie czegoś naprawdę wnikliwego, co rozgrzeje Wasze neurony do czerwoności, to ta pozycja Was nie zawiedzie (na tę książkę też działa kod do
Magia hamaka.
A tu magia Sopotu.
Udawajmy turystki, kupmy gofra!
Wszystkie trójmiejskie odcienie błękitów.
Analogowe życie. Trzeba się postarać, aby do niego wrócić, ale warto (zwłaszcza w wakacje).




Po takim spacerze lepiej od razu wystawić kącik ze zdrową lemoniadą z syropem z kwiatów bzu, niż co chwilę słyszeć, że komuś chce się pić.
Syrop z kwiatów czarnego bzu to mój ulubiony sposób na dobre nawodnienie wszystkich domowników. Nagle okazuje się, że wypicie 4 litrów w ciągu kwadransu nie jest dla nich żadnym problemem. Syrop jest od
Rodzinny wypad do stolicy zaczęliśmy już tradycyjnie od Łazienek. Był akurat Dzień Kobiet, świeciło piękne słońce, kaczki zażywały pierwszych słonecznych kąpieli, a ja marzyłam, żeby zatrzymać w miejscu tę beztroskę jak najdłużej.
Dziadek biegnie na pomoc wnuczkom. Czyżby dojrzały pawia?
W Warszawie zawsze jestem za krótko. Za krótko, żeby się z kimś spotkać, za krótko, żeby odwiedzić restaurację, którą chciałam, za krótko, żeby odpocząć i za krótko, żeby załatwić wszystko, co miałam do załatwienia. Wracam zwykle do domu z poczuciem, że mogłam to lepiej ogarnąć. Z pewnością pomocna byłaby tu umiejętność obiektywnego oceniania czasu. Na przykład na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie przeznaczyłam trzydzieści minut, a siedziałam tam blisko dwie godziny. Myślicie, że da się to jakoś leczyć?
1. "Autorka przy swoich zajęciach" autorstwa Marie-Nicole Vestier Dumont. W swoich czasach obraz był przełomowy, bo pokazywał coś rzadkiego: kobietę nie tylko jako matkę, czy ozdobę salonu, ale też jako profesjonalną artystkę przy pracy. To był sygnał, że kobiety mogą tworzyć i pracować, a nie tylko pozować. Dziś jednak patrzymy na ten obraz trochę jak na bardzo estetyczną wersję macierzyństwa: nie widać tu zmęczenia, artystyka ma ułożone włosy, maluje w pięknej jasnej sukni, jest uśmiechnięta. Dlatego obraz jest ciekawy podwójnie: kiedyś był symbolem emancypacji, ale dziś kobiety uznałyby to za zbyt wyidealizowaną sytuację. // 2. Nie było nam łatwo, ale niektóre z nas potrafiły wytyczyć nowe szlaki, dzięki którym dziś możemy więcej, a prawa przyznane kobietom są dla nas oczywistością.
Moja córeczka spytała o jeden z obrazów: dlaczego jest taki ważny i czemu mu się przypatruję. Powiedziałam, że jego autorka miała szczęście, bo w czasach w których żyła, kobiety nie mogły uczyć się malować – było to dozwolone tylko dla chłopców. W jej oczach widziałam wielkie zdziwienie. Ja z kolei czułam wdzięczność wobec kobiet, które przyczyniły się do tego, że dziś moje dziewczynki mogą bez przeszkód chodzić na swoje ukochane lekcje rysunku.
I pani Olga też jest. "KWESTIA KOBIECA 1550–2025" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – polecam gorąco tę wystawę, wciąż możecie ją odwiedzić.
No i kultowa już grafika, której historię pewnie większość z Was zna. W 1989 roku grupa aktywistek "Guerilla Girls" wykorzystała do swoich plakatów słynny obraz przedstawiający kobiecy akt („Wielka Odaliska”) i dokleiła jej małpią głowę. Po co? Zaczepny tekst “Czy kobiety muszą być nagie, żeby dostać się do Met. Museum?” umieszczony pod tytułem, mówi o niesprawiedliwym postrzeganiu kobiecej sztuki we współczesnym świecie – twórczość jedynie 5% artystek ma szansę na wystawę, podczas gdy 85% aktów przedstawia kobiecą nagość. Akcja była odpowiedzią na to, że MoMa zorganizowało wystawę „Międzynarodowy przegląd najnowszego malarstwa i rzeźby”, na której pokazano dzieła tylko czternastu kobiet na sto sześćdziesięcioro pięcioro uczestniczących. Przykry to dowód, że świat bardziej interesuje nasze nagie ciało, niż to, co chcemy przekazać.
I czas wracać! Następnym razem zrobię wszystko to, czego nie zdążyłam zrobić tym razem!
Tymczasem ja, pierwszego dnia wiosny.
Ta owieczka wymaga już chyba małego strzyżenia.
1. Ja, rok temu: "Tym razem naprawdę będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Również ja, w tym roku: "Ale tym razem, to już naprawdę, OBIECUJĘ, że będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Jassne… a teraz jadę do pralni… // 2. W nieładzie, w puchowej kurtce, idę grabić ogród. Ale popryskam się moim ukochanym Chanel 5, licząc na to, że dzięki temu w małym stopniu stanę się częścią tego magicznego, modowego świata. //
"Kasia, jeśli potrzebujesz pomocy, bo już nie masz siły grabić, to daj nam znak."
Gdy pogoda za oknem mało wiosenna, a w duszy już grają kolory. Kilka moich wyborów z Desenio.
1. Tulipany w wazonie i otwarte okna… znacie to uczucie? // 2. Rosół w wydaniu azjatyckim. Bo podobno jem za mało białka ;).
Długo myślałam o jakimś prima aprilisowym żarcie dla Was, ale uwierzyłam dziś już w tyle różnych dziwactw (między innymi w to, że miasto Sopot planuje wybudować zadaszenie nad molo), że nie będę się w to bawić – są lepsi ode mnie ;).
Nieważne co pokażę, i tak wszyscy pytają o ten obraz. "Un Po'Di Blu No1" wymiar 140×100 na płótnie (również od Desenio).
Bardzo cenię sobie marki, które nie dość, że produkują w Polsce, to dbają o środowisko. Marka Oio Lab współpracuje z polskimi Fundacjami i wspiera konkretne inicjatywy (między innymi z Fundacją Las na Zawsze, która zajmuje się sadzeniem młodych lasów i ochroną dojrzałych ekosystemów leśnych oraz z Fundacją MARE, która skupia się na ochronie ekosystemów morskich – szczególnie Morza Bałtyckiego). Ponadto, marka Oio Lab posiada certyfikat PETA, jest wegańska i wolna od okrucieństwa. A do tego wszystkiego minimalizują zużycie plastiku i używają ekologicznego (biofotonicznego) szkła.
A produkt, którego teraz używam, to holistyczne serum do twarzy. Ten kosmetyk pielęgnuje, ale jednocześnie daje efekt delikatnego makijażu: nawilża, wspiera mikrobom i przywraca blask a krycie to jedynie dodatek. Dostępny jest w trzech kolorach, a najciemniejszy może być stosowany jako bronzer. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% zniżki na wszystkie kosmetyki na stronie
Lata temu napisałam tekst o "Dziewczynach, które zawładną Warszawą". Wśród nich była Kamila, która z całą pewnością świetnie pasowała do tego tytułu. Po obejrzeniu jej
Przed…
… i po! Kupiłam na prezent, ale całkiem nieźle wyglądałby tu ten obrazek.
Szylkretowe guziki czy obciągane?
Praca w MLE ma różne oblicza, ale takie momenty uwielbiam! Przyszedł do nas pierwszy prototyp i dosłownie wstrzymałam oddech po tym jak go przymierzyłam.
A teraz mała odtrutka instagramowa, czyli temat numer 1 ostatnich dni w pracy. Przepięłyśmy MLE na nowy system i w związku z tym, wszystkie w zespole dostałyśmy małej nerwicy.
1. Gdy po przeczytaniu 10 mejli od Klientek o tym, że nie mogą dokończyć płatności, ty wiesz, że możesz w spokoju pić dalej matchę, bo informatyk mówi, że na jego komputerze wszystko działa :). A tak bez żartów. Chyba przetrwałyśmy najgorszy etap i wszystko już działa (a jeśli nie działa, to zgłaszajcie to do nas, a my będziemy reagować). // 2. i 3. No i podejmowane są też kluczowe decyzje. Ta na przykład jest prosta, bo przecież na pierwszy rzut oka widać, że próbka na dole jest lepsza ;). // 4. Znacie to ćwiczenie dla osób pracujących na telefonie? Dwie minuty z głową skierowaną w jedną stronę, a pote, w drugą. A dłonie mocno zadarte! Zakwasy gwarantowane. Tutorial
Dzień w którym bardzo się martwiłam, ale tym razem wszystko skończyło się dobrze. Cieszcie się Dziewczyny każdym miłym dniem!
Krzewy i drzewa jeszcze nie zakwitły. U nas, w Trójmieście, zawsze musimy dłużej czekać na zieleń (podobno, w porównaniu do innych regionów Polski, nawet dwa tygodnie).
"
Myślałam, że taki format będzie wciąż zbyt wymagający dla moich dzieci, ale te ilustracje i fascynujące opisy przyciągały jak magnez.
No kiedy one już wrócą z tego przedszkola i się ze mną pobawią?
"
Kod rabatowy MLE25 jest ważny do końca kwietnia, zarówno na "Sztukę cenniejszą niż złoto", jak i inne pozycje
Deser o nazwie "jeśli ładnie zjecie zupę".
1. Bez żadnych cukrów ani sztucznych dodatków – 100% pasty z miąższu kokosowego. Jest delikatnie słodka w smaku chociaż nie ma dodatku cukru. Uwielbiamy ją! // 
Pościel jest przejściem ze świata snu do rzeczywistości, pierwszą rzeczą, którą dotykamy w ciągu dnia i w której spędzamy 1/3 naszego życia. Nie wybierajmy jej przypadkowo. Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce i do tego ma przeróżne piękne opcje do wyboru.
A teraz pytanie do Was! Czy taka marynarka do Was przemawia? Szyć?
Był taki czas, kiedy uważałam, że "zdrowe słodycze" nigdy nie zastąpią tych od Kinder. A to jest jedna z najlepszych
Nie mogę się doczekać tej Wielkanocy. Planuję idealną równawagę między tradycją a bezczynnym bomblowaniem, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy.
Puk, puk, czy nasz kochany Narcyz w Gdyni jeszcze otwarty? Mamy alarm!
Bo w poniedziałek o 18:00 usłyszałam: "Mamo, a pamiętasz, że do jutra trzeba przynieść własnoręcznie zrobione wianki na konkurs?"
"Mamo, kupisz mi bazie na rynku?"
Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Newby Teas i Wydawnictwem Literackim, a także zawiera lokowanie marki własnej.
Co tam bałwan! Czas na prawdziwe iglo!
Luty był pasmem nowych wyzwań. Na przykład, w związku z pączkową akcją, nasz zespół musiał z dnia na dzień przygotować projekt potykacza :).
1. Ach, co to była za zima! // 2. Ten przepis na pączki jest idealny i nawet nie trzeba wyciągać miksera z szafki. Nie musicie czekać do kolejnego Tłustego Czwartku, aby zrobić go jeszcze raz.
Ja wiem, że ciągle gadam o pączkach, ale tegoroczny Tłusty Czwartek był po prostu najlepszy i nigdy go nie zapomnę! Jeszcze tylko rozwiesimy plakaty, rozstawimy potykacz, przygotujemy stanowisko z cukrem pudrem i nasza osobista mini-pączkarnia MLE rozpoczyna pracę!
1. Dieta pudełkowa. // 2. Bo gdy jesteś klientką MLE, to w Tłusty Czwartek nie czekasz w kolejce po gorące pączki. //
A do tego padał piękny śnieg!
Czy ktoś powiedział, że w Sopocie jest minus dziewięć, a my mamy sesję w wielkim hangarze?
– Co Ci się dziś śniło?
Lutowego szaleństwa ciąg dalszy. Nasze kurtki nie przestały jeszcze pachnieć pączkami, a my już wciągnęłyśmy się w kolejny marketingowy projekt – kampanię MLE na sezon wiosna/lato. Staram się do większości rzeczy w życiu podchodzić na luzie i ze świadomością, że dopóki moi najbliżsi są względnie zdrowi i bezpieczni, to niewiele więcej powinnam oczekiwać. Ale uwierzcie mi, że w przeddzień takiej kampanii, gdy wydajesz mnóstwo pieniędzy na sesję zdjęciową, nie mając żadnej gwarancji, że ona wyjdzie (a to od niej będzie zależał Twój biznes przez następnych kilka miesięcy) to naprawdę emocje sięgają zenitu. 





1. Tak to jest. Najpierw śmiejesz się z tych dziewczyn, co cieniują twarz samoopalaczem, a potem sama to robisz. Widziałam taki zabieg na kilku rolkach. Trochę się bałam, ale wyszło całkiem dobrze! Czasem Instagram nie kłamie. // 2. "Kasia, jak ty sfotografujesz samoopalacz, to naprawdę… //
Voila! Efekt za kilka godzin!
Jeszcze szybka rozmowa z Asią, abyśmy jasno określiły to, co nam jutro nie wyjdzie.
I w drogę! My myślami jesteśmy już z letnią kolekcją, ale widoki do Warszawy raczej polarne…
Jesteśmy już z Asią w oku cyklonu. Już niczego nie zmieniamy, nie nadgonimy, nie przywieziemy. Musimy zaufać fotografowi (a ten jest naprawdę nie byle jaki i do dziś ciężko mi uwierzyć, że bierze udział w tym projekcie) i niczym Elsa powiedzieć sobie "let it goooooł".
1. Stylistka, Alicja Werniewicz, przygotowała na sesję wiele par butów. Zgadniecie, którą z nich postanowiłam sobie zostawić? // 2 i 3. A teraz wjeżdża nowa scenografia. Pierwszy raz robimy sesję na taką skalę. // 4. Czy ktoś przypadkiem nie mówił, że "chmurna biel" będzie kolorem roku 2026? //
Przysięgam, że to jest najbardziej "cool" zestaw, jaki miałam na sobie od ostatnich dziesięciu lat. Aż mam ochotę zapytać co to za marka ;). Kurtkę i dżinsy znajdziecie już teraz w sprzedaży.
Bo szycie w Polsce, to naprawdę WIELKA rzecz. ;)
Ta sukienka pojawi się w MLE już jutro (06.03).
A to wykrój naszej idealnej marynarki.
Uwielbiam podróże, ale zdecydowanie nie lubię tego, jak mój organizm reaguje na zmianę jedzenia. Będąc daleko, zawsze tęsknię za swoją lodówką, gdzie czekają na mnie rosołki w słoikach, warzywa i kasze. Tutaj widzicie makaron z cukinią, jarmużem i pietruszką.
I kto niby twierdzi, że zima nie jest kolorowa?
Dżinsowa paczuszka od Chanel.
Dzień dobry Poznań! Wiecie co się właśnie wydarzyło?
MLE wyruszyło na podbój Poznania! Wpadnijcie do UMI – najpierw można przymierzyć, potem się zastanowić, a na końcu i tak jeszcze raz przeliczyć – po poznańsku. ;) 
Najpierw szneka z glancem, potem spacer po fyrtlu, a na końcu wpadnijcie do UMI obczaić MLE.
Ja wybieram z domowej kawiarki. A Wy?
A teraz zapiszcie sobie ten adres: UMI ul. Jackowskiego 24/U3, 60-511 Poznań.
Zdążyłam wybrać się jeszcze do kilku miejsc w Poznaniu. Czy tutejsi rozpoznają tę knajpę?
Pierwszy dzień w tym roku bez puchowej kurtki!
"Masło" znajduje się tuż koło UMI.
Poznań wydaje się być naprawdę super miejscem do życia. Cieszę się, że teraz MLE jest bliżej jego mieszkańców :).
Powrót do domu i obowiązki, które mnie nie ominą, nawet jeśli w ostatnich tygodniach czułam się, jakbym była na szczycie świata. Czyszczenie pędzli po malowaniu łowczyni demonów, umawianie wizyt lekarskich, przedszkolne wyzwania, małe awanturki o zjedzone żelki i cała masa wyzwań, które z perspektywy zawodowych sukcesów, mogą wydawać się błahe, a tak naprawdę, są najważniejsze na świecie.
Ostatnie podrygi Zimy. Powiem to szeptem, żeby nikogo nie zezłościć – będę za Tobą tęsknić, wróć do nas jeszcze kiedyś z tym swoim białym, miękkim, śnieżnym płaszczem.
Każdy, kto żyje dziś w miejscu, w którym można bezpiecznie wyjść na spacer po parku, jest wielkim szczęściarzem.
Wystawa w Pałacu Opatów, czyli idealny plan na niedzielne popołudnie.
1. Hockney w Gdańsku. :)) // 2. Odwiedzajmy wystawy w naszych miastach! Nie czekajmy na podróże do zachodnich stolic! //
W Pałacu Opatów zobaczycie też teraz kilka dzieł Olgi Boznańskiej – jednej z najważniejszych przedstawicielek polskiego modernizmu i sztuki portretu. Wystawę możecie zobaczyć do 29 marca (a jeśli zajrzycie tam we wtorki, to tego dnia wystawa jest za darmo). Więcej informacji znajdziecie
1. Performens młodych artystek pod tytułem "Mamo, ale dlaczego nie możemy tutaj jeździć na hulajnodze?". // 2. Minecraft Art.
Ten był super!
Przedwiośnie, jak się patrzy.
Typowe zagranie upadającej marki ;). Zaglądaliście już na dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą stronę marcowego wydania Vogue? W roli głównej nasza kultowa kurtka Tilburg (mamy ją w dwóch długościach).
"Love story", o którym pisałam w tym miesiącu. Serial jest infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, co oczywiście nie przeszkadza mi czekać na każdy odcinek w takim samym napięciu, jak w czasach, gdy na Polsacie leciał "Zbuntowany anioł".
Po zimie stulecia kończę luty na rowerze. 
Ciężko uznać, że na zewnątrz robi się zielono (chociaż chodziłyśmy już po ogrodzie z prawdziwą lupą w poszukiwaniu pierwszych tulipanów), ale ja w mojej kuchni czuję już pierwsze zwiastuny wiosny. Jednym z nich jest z pewnością przesyłka z zielonymi (a jak!) herbatami od Newby Teas. I to jest sygnał specjalnie dla tych z Was, którym przez zimę nadszarpnięto herbaciane zapasy.
Herbata jest zdrowa, pod warunkiem, że wybieramy tę dobrej jakości. Mam dla Was niespodziankę od marki Newby Teas – z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na całe zamówienie (z kodu możecie korzystać do 17 marca). Możecie więc śmiało robić zapasy! Od razu polecam Wam również ten
Moje nagłe zainteresowanie zieloną herbatą wynika też z pewnych planów, które mam nadzieję spełnią się jeszcze w tym roku. Kto wie? Może uda mi się spróbować prażonej hojichy?
Czy chowam właśnie ulubione smaki przed koleżankami? ;)
"Hau hau to stary japoński przepis na kluski, wiem jak go przygotować". Tak przynajmniej Portos powiedział mi na ucho zaraz po tym, jak próbował wskoczyć na kuchenny blat.
Nawet jeśli azjatyckie klimaty zupełnie Wam do bloga nie pasują, to obawiam się, że w najbliższych miesiącach może wkraść się tu kilka dalekowschodnich akcentów – przewodników, dań, sztuki, a może nawet mody? Zobaczymy! A w tym tygodniu zainspirowałam się daniem od "Rozkosznego" (znajdziecie go 
Gdy robisz porcję dla dwojga, ale jednak wszystko zjadasz sama.
Niezbity dowód na to, że nie tylko książki kucharskie mogą nas zainspirować do gotowania. "
Spróbujcie a potem mi podziękujcie! Z tym makaronem wszyscy jakoś dotrwamy do pierwszej świeżej fasolki szparagowej! :)






I ostatnia godzina otwarcia naszej pączkarni. Jak coś zostanie, to zabieramy do domu!










