If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Look of The Day – Moda w Kurortach już się zmienia (o ile to nadal jest “moda”).

suede shoes / zamszowe buty – RYŁKO (dobrze wyważone i super wygodne)

blue jeans / niebieskie dżinsy – ZARA (przerabiane u krawcowej)

black t-shirt & jacket / czarny t-shirt i żakiet – MLE Collection 

bag / torebka – Elleme 

Od zawsze staram się odróżniać dwie rzeczy, które mimo tego, że na jakimś obszarze się przenikają, to jednak powinny stanowić dla nas dwa odrębne cele. „Być modnym”, a „być dobrze ubranym” nie zawsze oznacza to samo. Najznakomitsza moda zwykle sprawia ze wyglądamy pięknie, ciężko też zaprzeczyć temu, że aby stworzyć zachwycający strój powinien on chociaż w subtelny sposób wpisywać się w obecne trendy. Jednocześnie, z całą pewnością uważam, że można być modnie ubranym i wyglądać przy tym fatalnie, tak jak można stworzyć ładny strój, który jest całkowicie ponadczasowy i nie uznający obecnej mody. Czemu piszę o tym teraz? Bo dzisiejsza nietypowa sytuacja sprawia, że moda umiera. Aby mogła istnieć potrzebuje przecież wielkiej uwagi. Musi sprawiać, aby ten kto ją nosi wyróżniał się w tłumie. Im większy tłum, tym bardziej moda może być oryginalna, aby skuteczniej zwracać uwagę (dlatego moda kwitnie i czuję się najlepiej w wielkich miastach). Ale co jeśli zjawisko tłumu przestało istnieć? Jeśli nie ma już areny, na której moda mogła pokazać sens swego istnienia? Epidemia, zawężenie kontaktów społecznych, zmniejszenie liczby osób w miejscach pracy, zamknięte szkoły, kluby, niechęć ludzi do spędzania czasu w miejscach publicznych – to wszystko sprawia, że zdecydowana większość ubrań i dodatków zaprojektowanych dla nas przez projektantów na ten sezon właściwie straciło rację bytu.

     Czy to oznacza, że będziemy wyglądać gorzej? Moim zdaniem nie. Wracając do myśli z początku mojego dzisiejszego wywodu – być może, dzięki temu, że przestaniemy zwracać uwagę na modę, w końcu skupimy się na dopasowaniu naszego ubrania do okoliczności, zastanowieniu się nad tym czy krój na pewno dobrze gra z naszą sylwetką, czy nasza szafa skompletowana jest w sposób przemyślany, czy jej zawartość uzupełnia się nawzajem, czy jest tylko nieokreślonym zbiorem materiałowego supła. Być może w moim mieście skończy się czas cienkich szpilek na molo, przykrótkich modnych szortów niedopasowanych do sylwetki i innych letnich pomyłek.  Sopot powoli wraca do życia, a ja staram się zachować zdrowy rozsądek wśród miliona zaleceń, obostrzeń i coraz bardziej zaskakujących faktów. Pogoda nie dopisuje, więc wieczorne spotkania na plaży z najbliższymi przyjaciółmi (które wydają się w tym momencie najbezpieczniejsze) wciąż muszą poczekać. Udało nam się jednak znaleźć z mężem mini-okazję, aby w piątkowy wieczór w końcu wyjść z domu po godzinie osiemnastej. Dzisiejszy strój jest propozycją na niezobowiązującą kolację czy spacer (bo jakie mamy teraz zobowiązujące okazje?), w której czułam się po prostu dobrze. 

LOOK OF THE DAY – biel na bieli

summer jacket / wiosenno-letnia marynarka – MLE Collection

white jeans / białe dżinsy – Mango (przerabiane przez krawcową)

top / krótka koszulka – H&M

flats / baletki – CHANEL 

   Część z Was, która czaiła się na tę marynarkę z MLE może pomyśleć, że celowo próbuję Was zdenerwować. Marynarka zniknęła ze sklepu w ciągu kilkunastu minut, co wywołało wśród Klientek duże rozczarowanie. W ostatniej chwili zdążyłam odłożyć sobie jedną sztukę, która towarzyszy mi teraz prawie codziennie. Nie pokazywałabym jej jednak dzisiaj, gdybym nie miała pewności, że jeszcze przed końcem maja ten model wróci do sprzedaży. Jeśli boicie się, że marynarka zostanie Wam sprzątnięta sprzed nosa, to skorzystajcie z opcji "powiadom o dostępności", którą znajdziecie na stronie produktu. Szepnę tylko, że naprawdę warto to zrobić, bo być może już w przyszłym tygodniu dotrze wtedy do Was na mejla mała niespodzianka (ostatnia wojna z informatykami zbliża się do finału).

Epidemia zatrzęsła naszą garderobą. Przegląd polskich marek z odzieżą #HOMEWEAR.

   Ciężko przypomnieć sobie sytuację w ostatnich latach, która w podobny sposób co epidemia zatrzęsłaby naszą garderobą. Do tej pory na zawartość szafy marudziłam głównie wtedy, gdy szłam na imprezę lub inną specjalną okazję. Teraz okazuje się, że z większym zaangażowaniem szukamy idealnych dresów niż kreacji na wesele. Niektóre z nas w ogóle obraziły się na modę i postanowiły ograniczyć zakupy do minimum, nie tylko w związku z tym, że po prostu nie ma gdzie pokazywać się w nowych ciuchach, ale też ze względów szeroko pojętej ekologii. Jeśli jednak chciałybyście odświeżyć nieco Wasze domowe zestawy, to przygotowałam dla was zestawienie najciekawszych marek ”homewear”. Wspieramy polskie marki na każdym kroku, dlatego szepnę tylko, że wszystkie poniższe propozycje to oczywiście nasze rodzime firmy. 

 

HIBOU

   Dresy, bluzy, krótkie legginsy, t-shirty, piżamy, szorty. Jeśli szukacie marki, która zaoferuje Wam te produkty z dobrych materiałów i w nowoczesnych fasonach, to natychmiast przychodzi mi na myśl jedna firma – HIBOU. Większość moich koleżanek (ze mną włącznie) upolowała w tym sklepie wymarzone dresy i inne basicowe ubrania, a Instagram wprost pęka w szwach od ponętnych zdjęć z bawełnianymi zestawami tej polskiej marki. HIBOU funkcjonuje na rynku już do kilku lat i aż miło popatrzeć jak zdobywa coraz większą rzeszę fanów. 

NUDYESS

   Marka Nudyess pokazuje, że po domu świetnie sprawdzą się nie tylko dresy, ale też dłuższe sukienki i bardziej kobiece fasony. Zwłaszcza teraz, gdy powoli robi się cieplej, miło jest włożyć coś, co podkreśli figurę. A jeśli któraś z Was wcale nie ma ochoty podkreślać tego, co przybrała w trakcie kwarantanny, to od razu Was uspokajam – wszystkie projekty od tej marki, nawet jeśli wydawały mi się bardzo wymagające, leżały na sylwetce naprawdę idealnie. To co zasługuje na dodatkowy plus, to podkreślenie idei #BodyPositive. Ubrania Nudyess są zatem stworzone dla KAŻDEJ z nas, a zdjęcia w kampanii to przede wszystkim podkreślenie naturalności (bez retuszu i makijażu!). To według niektórych już standard, aby w paczkach nie używać plastiku, ale nie chciałabym pominąć tego wątku – wszystkie metki są papierowe, koperty i naklejki wysyłkowe nie są powlekane folią, a w kopercie nie znajdziecie zbędnych karteczek czy foliowych wypełniaczy. Marka odbiera całą produkcję w kartonowych opakowaniach, które są powtórnie wykorzystywane przez szwalnię. 

   

LE PETIT TROU

   Le Petit Trou to polska marka, która została założona w 2014 roku przez Zuzannę Kuczyńską. W swojej ofercie posiada przede wszystkim bieliznę, ale też kilka elementów, które pięknie dopełnią domową garderobę. Wszystkie produkty zaprojektowane są tak, aby pobudzać zmysły – są seksowne, ale nie w sposób dosłowny. Sama nazwa marki, nawiązująca do bardzo sugestywnych wycięć, wiele mówi o jej charakterze. Dużą wagę przywiązuje się tutaj do detali, dlatego wszystkie produkty zapakowane są w formie prezentu. O marce pisano na łamach największych międzynarodowych edycji magazynów takich jak Vogue, Harper's Bazaar czy Elle. Doceniło ją również wiele znanych modelek, stylistek i infuencerek, które współtworzą piękny i spójny wizerunek. Le Petit Trou  jest obecnie dostępna w 25 krajach, będąc częścią prestiżowych butików i wyselekcjonowanych portali internetowych, poszerzając swój zasięg z sezonu na sezon.

MOYE

   Jeśli mówimy o modzie domowej, to czas wspomnieć o pewnym niedocenionym elemencie… szlafroku oczywiście! Przez dłuższy czas cieszył się on złą sławą (wystarczy wspomnieć o tym, jak pejoratywnie brzmi sformułowanie, że ktoś siedział w nim do południa zamiast włożyć normalne ubranie), ale dzięki pracy pewnej polskiej marki zyskał on chyba nowy status. Ładny szlafrok naprawdę się przydaje – nosimy go rano, gdy szwendamy się po mieszkaniu w poszukiwaniu kawy, otwieramy w nim drzwi kurierowi, gdy zaskoczy nas jak jeszcze suszymy włosy, no i z przyjemnością otulamy się nim wieczorem. Od Moye mam też kilka naprawdę przepięknych gumek do włosów, które uwielbiam i parę topów. 

THE ODDER SIDE

    Marka The Odder Side to kolejny przykład na to, że polskie marki w niczym nie odstają od tych zagranicznych. Dziś jej Instagram śledzi ponad 125 tysięcy osób, a marka ma cztery butiki: flagowy w Warszawie na ulicy Koszykowej, we Wrocławiu, w Poznaniu, a także w Paryżu. Cała kolekcja, czyli T-shirty z charakterystycznym już dla marki sporym wycięciem w kształcie litery „V”, topy, sukienki, swetry, bluzy, a ostatnio także szorty, dostępna jest również w sklepie online. 

THE SEASIDE TONES

    Była mowa o jedwabiu i dresowej bawełnie, wypadałoby też wspomnieć o lnie, który świetnie sprawdzi się w domowych pieleszach i letnich upałach na działce. Len to najmocniejszy i najtrwalszy rodzaj tkaniny.Dodatkową zaletą jest jego mało wymagająca uprawa, co sprawia, że produkcja ubrań z lnu ma zdecydowanie mniejszy wpływ na środowisko niż w przypadku pozostałych materiałów. Marka The Seaside Tones postanowiła tworzyć ubrania wyłącznie z tego surowca i mimo tych ambitnych założeń udało jej się zdobyć międzynarodową sławę. Ciekawostką może być to, że marka zamiast kartonowych pudełek (bo o plastiku w o ogóle nie ma mowy) wprowadziła do sklepu torebkę kompostową, roślinną i w 100% biodegradowalną. Za stworzeniem marki stoi małżeństwo Ani i Michała – moich serdecznych przyjaciół.