Last Month

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem PWN, Pasiekami Rodziny Sadowskich oraz Oio Lab, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Na pytanie o to, jaki był ten marzec, odpowiadam – to zależy. Algorytmy, zasięgi, strategie – wszystko to wciągało mnie coraz głębiej, bo dziś nie da się budować marki, udając, że media społecznościowe są tylko dodatkiem. Trzeba je rozumieć, oswajać, czasem nawet podporządkować im własne pomysły.

  Dlatego powrót tutaj, na bloga, przynosi mi w tym miesiącu szczególną ulgę. Mogę po prostu zaprosić Was do mojej codzienności – bez analizowania, co zadziała lepiej, a co gorzej. Bez algorytmów w tle. Tak jak w szczerej, przyjacielskiej relacji – nie chodzi o autoprezentację, o przekazanie światu tylko tego, co da potem wymierną wartość, albo pomoże zebrać dane, aby w przyszłości jeszcze lepiej wpisać się w czyjeś oczekiwania. Dopaminowa pętla, którą funduje nam Instagram czy Tiktok każdego dnia, nie zacisnęła się jeszcze do końca na naszych szyjach – myślę, że wciąż potrafimy się z niej wydostać. Jestem o tym przekonana, gdy patrzę na to dzisiejsze zestawienie marcowych chwil – tych codziennych i tych trochę bardziej wyjątkowych. To co? Powspominamy razem?

 

Nie jest zielono, nie ma liści na drzewach, a po roztopieniu się śniegów chodniki pozostawiają wiele do życzenia. A jednak, jestem wielką fanką tych niezbyt ładnych zdjęć przedwiośnia. Pod koniec tego spaceru miałam już kurtkę przewieszoną przez ramię i czułam się jak te krowy, wypuszczane na pastwisko po zimie. Temperatura poszybowała do góry tak mocno, że pierwszy raz w tym roku rzuciłam w którymś momencie „ale się zgrzałam”. Aż nie chciało się wracać do domu.Po takim spacerze lepiej od razu wystawić kącik ze zdrową lemoniadą z syropem z kwiatów bzu, niż co chwilę słyszeć, że komuś chce się pić. Syrop z kwiatów czarnego bzu to mój ulubiony sposób na dobre nawodnienie wszystkich domowników. Nagle okazuje się, że wypicie 4 litrów w ciągu kwadransu nie jest dla nich żadnym problemem. Syrop jest od Manufaktury Rodziny SadowskichRodzinny wypad do stolicy zaczęliśmy już tradycyjnie od Łazienek. Był akurat Dzień Kobiet, świeciło piękne słońce, kaczki zażywały pierwszych słonecznych kąpieli, a ja marzyłam, żeby zatrzymać w miejscu tę beztroskę jak najdłużej. Dziadek biegnie na pomoc wnuczkom. Czyżby dojrzały pawia? W Warszawie zawsze jestem za krótko. Za krótko, żeby się z kimś spotkać, za krótko, żeby odwiedzić restaurację, którą chciałam, za krótko, żeby odpocząć i za krótko, żeby załatwić wszystko, co miałam do załatwienia. Wracam zwykle do domu z poczuciem, że mogłam to lepiej ogarnąć. Z pewnością pomocna byłaby tu umiejętność obiektywnego oceniania czasu. Na przykład na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie przeznaczyłam trzydzieści minut, a siedziałam tam blisko dwie godziny. Myślicie, że da się to jakoś leczyć? 1. "Autorka przy swoich zajęciach" autorstwa Marie-Nicole Vestier Dumont. W swoich czasach obraz był przełomowy, bo pokazywał coś rzadkiego: kobietę nie tylko jako matkę, czy ozdobę salonu, ale też jako profesjonalną artystkę przy pracy. To był sygnał, że kobiety mogą tworzyć i pracować, a nie tylko pozować. Dziś jednak patrzymy na ten obraz trochę jak na bardzo estetyczną wersję macierzyństwa: nie widać tu zmęczenia, artystyka ma ułożone włosy, maluje w pięknej jasnej sukni, jest uśmiechnięta. Dlatego obraz jest ciekawy podwójnie: kiedyś był symbolem emancypacji, ale dziś kobiety uznałyby to za zbyt wyidealizowaną sytuację. // 2. Nie było nam łatwo, ale niektóre z nas potrafiły wytyczyć nowe szlaki, dzięki którym dziś możemy więcej, a prawa przyznane kobietom są dla nas oczywistością. Moja córeczka spytała o jeden z obrazów: dlaczego jest taki ważny i czemu mu się przypatruję. Powiedziałam, że jego autorka miała szczęście, bo w czasach w których żyła, kobiety nie mogły uczyć się malować – było to dozwolone tylko dla chłopców. W jej oczach widziałam wielkie zdziwienie. Ja z kolei czułam wdzięczność wobec kobiet, które przyczyniły się do tego, że dziś moje dziewczynki mogą bez przeszkód chodzić na swoje ukochane lekcje rysunku. I pani Olga też jest. "KWESTIA KOBIECA 1550–2025" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – polecam gorąco tę wystawę, wciąż możecie ją odwiedzić. 
No i kultowa już grafika, której historię pewnie większość z Was zna. W 1989 roku grupa aktywistek "Guerilla Girls" wykorzystała do swoich plakatów słynny obraz przedstawiający kobiecy akt („Wielka Odaliska”) i dokleiła jej małpią głowę. Po co? Zaczepny tekst “Czy kobiety muszą być nagie, żeby dostać się do Met. Museum?” umieszczony pod tytułem, mówi o niesprawiedliwym postrzeganiu kobiecej sztuki we współczesnym świecie – twórczość jedynie 5% artystek ma szansę na wystawę, podczas gdy 85% aktów przedstawia kobiecą nagość. Akcja była odpowiedzią na to, że MoMa zorganizowało wystawę „Międzynarodowy przegląd najnowszego malarstwa i rzeźby”, na której pokazano dzieła tylko czternastu kobiet na sto sześćdziesięcioro pięcioro uczestniczących. Przykry to dowód, że świat bardziej interesuje nasze nagie ciało, niż to, co chcemy przekazać.  I czas wracać! Następnym razem zrobię wszystko to, czego nie zdążyłam zrobić tym razem!Tymczasem ja, pierwszego dnia wiosny. 
Ta owieczka wymaga już chyba małego strzyżenia. 1. Ja, rok temu: "Tym razem naprawdę będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Również ja, w tym roku: "Ale tym razem, to już naprawdę, OBIECUJĘ, że będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Jassne… a teraz jadę do pralni… // 2. W nieładzie, w puchowej kurtce, idę grabić ogród. Ale popryskam się moim ukochanym Chanel 5, licząc na to, że dzięki temu w małym stopniu stanę się częścią tego magicznego, modowego świata. ​ // "Kasia, jeśli potrzebujesz pomocy, bo już nie masz siły grabić, to daj nam znak."

1. Tu możecie zobaczyć ten zestaw w całości. // 2. Zbliżenie na reprodukcję obrazu, który należy do jednego z najsłynniejszych cyklów historii sztuki. "Lilie wodne" mają dla mnie nieco osobiste znaczenie i dlatego pojawiają się w moim mieszkaniu, ale z tego co widzę, Monet okazuje się być teraz bardzo na czasie… Więcej przeczytacie w tym wpisie. // 3. A oto sopocko-marcowa wersja tego nastroju. // 4. I jeszcze jedna zmiana na wiosnę… bez remontu! // 

Gdy pogoda za oknem mało wiosenna, a w duszy już grają kolory. Kilka moich wyborów z Desenio. 1. Tulipany w wazonie i otwarte okna… znacie to uczucie? // 2. Rosół w wydaniu azjatyckim. Bo podobno jem za mało białka ;). 

Długo myślałam o jakimś prima aprilisowym żarcie dla Was, ale uwierzyłam dziś już w tyle różnych dziwactw (między innymi w to, że miasto Sopot planuje wybudować zadaszenie nad molo), że nie będę się w to bawić – są lepsi ode mnie ;). 
Nieważne co pokażę, i tak wszyscy pytają o ten obraz. "Un Po'Di Blu No1" wymiar 140×100 na płótnie (również od Desenio). Bardzo cenię sobie marki, które nie dość, że produkują w Polsce, to dbają o środowisko. Marka Oio Lab współpracuje z polskimi Fundacjami i wspiera konkretne inicjatywy (między innymi z Fundacją Las na Zawsze, która zajmuje się sadzeniem młodych lasów i ochroną dojrzałych ekosystemów leśnych oraz z Fundacją MARE, która skupia się na ochronie ekosystemów morskich – szczególnie Morza Bałtyckiego). Ponadto, marka Oio Lab posiada certyfikat PETA, jest wegańska i wolna od okrucieństwa. A do tego wszystkiego minimalizują zużycie plastiku i używają ekologicznego (biofotonicznego) szkła. A produkt, którego teraz używam, to holistyczne serum do twarzy. Ten kosmetyk pielęgnuje, ale jednocześnie daje efekt delikatnego makijażu: nawilża, wspiera mikrobom i przywraca blask a krycie to jedynie dodatek. Dostępny jest w trzech kolorach, a najciemniejszy może być stosowany jako bronzer. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% zniżki na wszystkie kosmetyki na stronie OioLab (kod nie łączy się z innymi ofertami/zniżkami).   Lata temu napisałam tekst o "Dziewczynach, które zawładną Warszawą". Wśród nich była Kamila, która z całą pewnością świetnie pasowała do tego tytułu. Po obejrzeniu jej rolki inaczej spojrzałam na nasz sweter Myre. Fajnie czasem jest móc zobaczyć swoje rzeczy okiem kogoś innego (a już szczególnie okiem Kamili!). Sweter pojawi się w MLE już w najbliższy piątek. 

Przed… 

… i po! Kupiłam na prezent, ale całkiem nieźle wyglądałby tu ten obrazek. 

Szylkretowe guziki czy obciągane?Praca w MLE ma różne oblicza, ale takie momenty uwielbiam! Przyszedł do nas pierwszy prototyp i dosłownie wstrzymałam oddech po tym jak go przymierzyłam. A teraz mała odtrutka instagramowa, czyli temat numer 1 ostatnich dni w pracy. Przepięłyśmy MLE na nowy system i w związku z tym, wszystkie w zespole dostałyśmy małej nerwicy. 1. Gdy po przeczytaniu 10 mejli od Klientek o tym, że nie mogą dokończyć płatności, ty wiesz, że możesz w spokoju pić dalej matchę, bo informatyk mówi, że na jego komputerze wszystko działa :). A tak bez żartów. Chyba przetrwałyśmy najgorszy etap i wszystko już działa (a jeśli nie działa, to zgłaszajcie to do nas, a my będziemy reagować). // 2. i 3. No i podejmowane są też kluczowe decyzje. Ta na przykład jest prosta, bo przecież na pierwszy rzut oka widać, że próbka na dole jest lepsza ;). // 4. Znacie to ćwiczenie dla osób pracujących na telefonie? Dwie minuty z głową skierowaną w jedną stronę, a pote, w drugą. A dłonie mocno zadarte! Zakwasy gwarantowane. Tutorial tutaj. // 

Dzień w którym bardzo się martwiłam, ale tym razem wszystko skończyło się dobrze. Cieszcie się Dziewczyny każdym miłym dniem!
Krzewy i drzewa jeszcze nie zakwitły. U nas, w Trójmieście, zawsze musimy dłużej czekać na zieleń (podobno, w porównaniu do innych regionów Polski, nawet dwa tygodnie). "Dookoła Świata – 80 ryb i innych stworzeń morskich" – znacie tę piękną serię od PWN?

Myślałam, że taki format będzie wciąż zbyt wymagający dla moich dzieci, ale te ilustracje i fascynujące opisy przyciągały jak magnez. No kiedy one już wrócą z tego przedszkola i się ze mną pobawią?"Sztuka dla dzieci". Zamówiłam tak naprawdę sobie, licząc na to, że kiedyś zaczniemy do niej razem zaglądać. Ale dzieci są tak zaskakujące, że przyłączyły się do mnie, gdy ją rozpakowałam. Porozmawiałyśmy o kilku obrazach, a potem – magia – ja mogłam zostawić je same i zająć się zwoimi sprawami. Co kilka minut słyszałam tylko jakieś śmiechy, że te zegary wyglądają jak rozpuszczone palstry sera.  Kod rabatowy MLE25 jest ważny do końca kwietnia, zarówno na "Sztukę cenniejszą niż złoto", jak i inne pozycje PWN, także te dla dzieci (daje 25% zniżki).

Deser o nazwie "jeśli ładnie zjecie zupę".  

Składniki: 

– pasta kokosowa od Manufaktury Rodziny Sadowskich (ilość wedle uznania)
– ewentualnie syrop klonowy albo łyżka miodu spadziowego
– banan 
– mango albo kiwi
– jogurt naturalny (najlepiej typu greckiego lub skyr) 
– mąka kokosowa 
– wiórki kokosowe 

1. Bez żadnych cukrów ani sztucznych dodatków – 100% pasty z miąższu kokosowego. Jest delikatnie słodka w smaku chociaż nie ma dodatku cukru. Uwielbiamy ją! // 

Pasta kokosowa wyciagnięta prosto z paczkomatu, więc jeszcze lekko przemarźnięta i skostniała, ale i tak pyszna. ;) 
Z kodem MAKELIFE10 otrzymacie 10% zniżki na zakupy w Pasiekach Rodziny Sadowskich. 

Pościel jest przejściem ze świata snu do rzeczywistości, pierwszą rzeczą, którą dotykamy w ciągu dnia i w której spędzamy 1/3 naszego życia. Nie wybierajmy jej przypadkowo. Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce i do tego ma przeróżne piękne opcje do wyboru. 

A teraz pytanie do Was! Czy taka marynarka do Was przemawia? Szyć?Był taki czas, kiedy uważałam, że "zdrowe słodycze" nigdy nie zastąpią tych od Kinder. A to jest jedna z najlepszych czekolad, jakie w życiu jadłam. Szukajcie, a znajdziecie :). 
Nie mogę się doczekać tej Wielkanocy. Planuję idealną równawagę między tradycją a bezczynnym bomblowaniem, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy. Puk, puk, czy nasz kochany Narcyz w Gdyni jeszcze otwarty? Mamy alarm!Bo w poniedziałek o 18:00 usłyszałam: "Mamo, a pamiętasz, że do jutra trzeba przynieść własnoręcznie zrobione wianki na konkurs?""Mamo, kupisz mi bazie na rynku?"

"A może być małe baziowe drzewo?"

  Z różnych powodów marzec był czasem, w którym nie czułam się ze sobą jakoś szczególnie dobrze. Uwielbiam żyć w zgodzie z naturalnym cyklem przyrody i pewnie dlatego po zimie czuję się jak niedźwiedź wybudzony z zimowego snu, z potarganym futrem, zabałaganioną norą i w stanie kompletnej dezorientacji. Ale już biorę się do kupy i postaram się być bardziej jak kwitnący krokus – czego i Wam życzę :). Dziękuję za uwagę – jesteście (naprawdę) niezastąpione!

 

*  *  *

 

Czy Wy też tak macie każdej wiosny? – Marcowe Umilacze

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem PWN, Mumla, Topestetic i Aruelle. 

 

  Piąta rano. Budzi mnie sen – jeden z tych, które zostają w ciele jeszcze długo po otwarciu oczu. Przez chwilę leżę nieruchomo, z mocno zaciśniętymi powiekami, próbuję uspokoić oddech i przekonać samą siebie, że mogę jeszcze zasnąć. I wtedy słyszę coś, co wyrywa mnie ze świata zmartwień i lęków. Pierwszy raz w tym roku słyszę poranny śpiew ptaków. Świergoczą nieśmiało, a jednak wystarczająco wyraźnie, żeby coś się we mnie przestawiło. To był ten moment, kiedy wiosna przestała być datą w kalendarzu, a zaczęła być doświadczeniem.  

Każdej wiosny dopada mnie to samo wrażenie – jakbym była bohaterką filmu, a głos z hollywoodzkich trailerów podkładał codziennie rano zdania typu „Kasia przez lata była przekonana, że najważniejsza jest przewidywalność. Że jeśli wszystko będzie poukładane, życie stanie się prostsze. A jednak los zdecydował inaczej…” (a propos nieprzewidywalności, to ta nieoczekiwana pobudka o piątej sprawiła, że nie usłyszałam budzika o siódmej, a to faktycznie gwarantuję potem sceny, jak z filmu akcji).  

  Wiosną nagle zaczynam widzieć własne życie trochę z boku – jakby ktoś na chwilę podłożył pod nie muzykę i lepsze światło. Zmontował nieco ładniejszy i ciekawszy obraz. Tak lubię o tym myśleć: że radość z wiosny to kwestia odpowiedniej percepcji, a nie obiektywnych okoliczności. I dziś podsuwam Wam kilka takich wiosennych szablonów, które zawsze mi w tym „montażu rzeczywistości” pomagają. No to zaczynamy!

 

 

 1. Wiosna w mieszkaniu, którego nie mam siły remontować.

  Podobno za kilka dni wróci do nas zima. Póki trudno wytrzymać na zewnątrz bez rękawiczek, próbuję poczuć wiosnę we własnym wnętrzu. Jestem typem człowieka, który potrafi długo mówić o tym, co mu przeszkadza – i zaskakująco rzadko coś z tym robi. Dotyczy to też mieszkania, a dokładniej listy zmian, które „kiedyś” wprowadzę, gdy nadejdzie kolejny remont (czyli raczej nigdy, co zrozumie każdy, kto choć raz przeżył remont w kamienicy).

  Ale gdy nadchodzi wiosna, po prostu MUSZĘ coś zmienić. Próbuję chociaż zidentyfikować najbardziej irytujące mnie strefy i zrobić cokolwiek, aby nie wlepiać się w nie w ciągu dnia, z poczuciem, że kuchenka nie zmieni koloru z błękitnego na czarny, już zawsze będzie tu wisiał ten licznik, a wyglądając przez okno w kuchni, codziennie będą mnie witały kolorowe śmietniki sąsiadów. 

 

  Zazdrostki okazały się jednym z takich rozwiązań. Krótkie firanki montowane w połowie okna – coś między nostalgicznym detalem prosto z angielskiej wsi a całkiem praktycznym sposobem na dopuszczenie światła, zapewnienie prywatności i odcięcie się od widoku, który naprawdę nie wymagał ekspozycji. Bez wiercenia, cekolowania i szlifowania.

To widok przed zamontowaniem zazdrostek (nie widać na nim wyżej wspomnianych śmietników, ale uwierzcie mi, że kłuły mnie w oczy za każdym razem, gdy siadaliśmy do stołu. Zazdrostki wykonała dla mnie firma Kamena z Malborka. 

 

  Nie bez powodu Marcel Proust poświęcił tyle uwagi porankom i temu dziwnemu momentowi tuż po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy. Pisał o tym, jak ciało – dotyk pościeli, ciężar kołdry, światło wpadające przez okno – pomaga nam „wrócić” do rzeczywistości szybciej niż rozum i świadomość.  

  Jeśli więc od zawsze miałyście poczucie, że zmiana pościeli wyzwala w Was jakąś dziwną radość (a wiosną to już szczególnie), to wiedzcie, że wielcy francuscy pisarze mieli tak samo. Ja polecam tę od polskiej marki MUMLA. To od niej mam pościel, o którą pytacie najczęściej, a teraz dostałam jej nową wiosenną wersję. 

  Niebieskie kwiaty na pościeli, rysowane charakterystyczną kreską, to estetyka bliska tradycji "toile de Jouy", ale uproszczona, bardziej powściągliwa.  

 

Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce. Wykonano ją ze 100% bawełny o płóciennym splocie (ok. 130 g/m²). Naturalną cechą tkaniny są widoczne drobne łuski niebarwionej bawełny. Materiał posiada certyfikat Oeko-Tex Standard 100 (klasa I), co oznacza, że jest bezpieczny nawet dla niemowląt. Marka ma w swoim asortymencie wiele różnych produktów, które pozwolą stworzyć w domu wiosenny klimat. Z kodem KASIA10 otrzymacie 10% rabatu na całe zakupy. Kod obowiązuje do 31 marca (do końca dnia) i jest na wszystko z wyjątkiem kart podarunkowych i nie łączy się z innymi kodami.

 

  Toile de Jouy to jeden z tych wzorów, które wyglądają niewinnie – dopóki nie zacznie się czytać ich historii. Powstał w drugiej połowie XVIII wieku, kiedy przedsiębiorca Christophe-Philippe Oberkampf założył manufakturę w Jouy-en-Josas pod Paryżem. To był moment technologicznego przełomu: zamiast ręcznego malowania tkanin zaczęto stosować druk: najpierw drewnianymi blokami, później miedzianymi płytami, co pozwalało na znacznie bardziej szczegółowe, niemal graficzne wzory. Toile de Jouy nie było zwykłym ornamentem. To były całe opowieści nadrukowane na tkaninie. Sceny pasterskie, życie codzienne, egzotyczne krajobrazy inspirowane podróżami, a nawet wydarzenia polityczne.

  W pewnym sensie były to XVIII-wieczne „tapety z narracją” – coś pomiędzy sztuką a medium. Co ciekawe, wzór był na tyle popularny, że szybko stał się symbolem statusu – ale w dość przewrotny sposób. Z jednej strony był luksusowy i modny na dworach, z drugiej: dzięki technologii druku był bardziej dostępny niż hafty czy ręcznie tkane tkaniny. To była wczesna forma „demokratyzacji designu”.

 

 

 2. Tej wiosny zapach palonych ubrań będzie jakby mniej intensywny.

  Od 2026 roku Unia Europejska zakazuje niszczenia niesprzedanych ubrań – praktyki, która przez lata była jednym z najlepiej skrywanych „sekretów” branży odzieżowej. Szacuje się, że nawet 9% wszystkich tekstyliów nigdy nie trafia do klienta i jest po prostu utylizowane, generując emisje CO₂ porównywalne z roczną emisją całej Szwecji. To oznacza jedno: marki nie będą już mogły produkować „na zapas” i liczyć, że nadwyżkę po cichu spalą – będą musiały ją pokazać, policzyć i zagospodarować. Dla sieciówek to wielki koszt i prawdziwa rewolucja w zarządzaniu produkcją, ale dla niektórych polskich brandów to tak naprawdę dobra informacja – te, które do tej pory z własnej woli opierały się nadprodukcji nie będą musiały nic zmieniać :). 

 

Zarówno bluza (wybrałam rozmiar M) jak i szorty są od marki Aruelle. Z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na wszystko (kod nie łączy się z innymi promocjami i nie obejmuje kart rabatowych). Ważny jest przez tydzień. Standardowo nowe kolekcje przez dłuższy czas nie są objęte promocjami, więc warto skorzystać z tej opcji.

 

3. Pierwsze słońce. Pierwszy błąd.

 W marcu nadchodzi też zawsze ten moment, gdy z uczuciem błogości wystawiam twarz do słońca i po kilku sekundach zakrywam twarz rękami niczym wampir, bo przypominam sobie, że mój krem z filtrem do twarzy leży gdzieś na dnie szuflady i nie dość, że go dziś nie użyłam, to chyba w ogóle do użycia już się nie nadaje. Niech ten artykuł będzie więc dla Was życzliwą przypominajką, że warto wrócić do tego nawyku regularnej ochrony skóry, zwłaszcza gdy – tak jak w moim przypadku – z niewiadomego powodu zaczęłyście mieć z dnia na dzień skłonność do posłonecznych przebarwień. Ja gorąco polecam ten krem ochronny Physical Protectant Tinted SPF 45 Light To Medium ze sklepu Topestetic.

 

Ten krem z filtrem ma uniwersalne pigmenty, więc doskonale dostosowuje się do wielu odcieni karnacji (dostępny w 3 odcieniach). Dodatkowo rozświetla i wyrównuje kolory skóry oraz niweluje nadmierne błyszczenie. Marka Jan Marini zmieniła kolory opakowań i nazwę na Marini SkinSolutions, ale to te same kosmetyki i ten sam koloryzujący krem z filtrem, który znam i stosuję od lat (szczególnie w okresie wiosna-lato, bo rewelacyjnie zastępuje codzienny lekki makijaż oraz sprawdza się też jako baza pod makijaż). Nie raz kosmetyki Jan Marini polecałam Wam w moich wcześniejszych publikacjach (w szczególności właśnie ten SPF oraz ich witaminę C). 

 

4. Kiedy moda wygląda jak wiosenny obraz.  

  „Kwiaty? Na wiosnę? Ale odkrywczo.” – rzuca z lodowatym spokojem Miranda Priestly, grana przez Meryl Streep w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”. Jedna linijka, która przez lata zdążyła stać się modowym memem – i co roku wraca dokładnie wtedy, kiedy wszystko wokół zaczyna kwitnąć.

  No cóż, możemy udawać, że jesteśmy ponad to, ale wiosna i tak nas dopada. Nagle nawet najbardziej powściągliwe estetki zaczynają mięknąć. Szarości ustępują miejsca zieleni. Pojawia się potrzeba światła, lekkości, czegoś żywego. Kwiaty wracają – nie dlatego, że są odkrywcze, tylko dlatego, że są nieuniknione. Nawet najwięksi kreatorzy dostrzegają ich moc. Dowód? Wyobraź sobie pokaz mody, który wygląda jak wejście do obrazu. Tak właśnie było na ostatnim pokazie Diora. Scenografia nie przypominała klasycznego wybiegu – bardziej pejzaż wyjęty prosto z obrazów Moneta. Ci najwięksi wizjonerzy potrafią czerpać z dzieł mistrzów i redefiniować je na coś bardzo współczesnego. A więc brawa dla Jonathana Andersona. 

 

  W ostatnim czasie sztuka coraz częściej wychodzi poza galerie i muzea. Przestaje być czymś, co się „ogląda od święta”, a zaczyna działać w codzienności – w modzie, wnętrzach, obrazach, które wybieramy do życia. No i zaczyna być dla ludzi, a nie tylko dla hermetycznych środowisk.

  Takim pomostem między zwykłymi śmiertelnikami a wielkimi artystami są oczywiście książki i albumy. Ja polecam nowe (i naprawdę piękne) wydanie książki „Sztuka cenniejsza niż złoto” autorstwa Jana Białostockiego, która od lat uznawana jest za jedną z najważniejszych książek poświęconych historii sztuki. Pierwsze wydania powstawały w zupełnie innej rzeczywistości – w Polsce lat 60-tych i 70-tych, gdzie dostęp do światowej historii sztuki był ograniczony, a jednocześnie potrzeba jej rozumienia była ogromna. Białostocki pisał więc nie tylko jako badacz, ale też jako tłumacz między światami: zachodniej historii sztuki i polskiego czytelnika. 

Z kodem MLE25 otrzymacie 25% rabatu od ceny okładkowej na ofertę PWN – kod będzie dostępny do 30 kwietnia, więc możecie się chwilę zastanowić, które tytuły dodać jeszcze do koszyka.​ Poza "Sztuką cenniejszą niż złoto" polecam także "Dlaczego zebry nie mają wrzodów", "Człowiek, istota społeczna" czy "Dlaczego umieramy?". 

 

5. Filmy, do których wracam każdej wiosny.

  Mam ulubione filmy na każdą porę roku. Wracam do nich od lat, aby sprawdzić, czy dalej znaczą dla mnie to samo. Albo po prostu po to, aby było milej. Przedstawiam listę moich ulubionych wiosennych filmów. Znacie je wszystkie? 

  Według najnowszych raportów, m.in. tych publikowanych przez Pinterest czy WGSN, wyraźnie odchodzimy od wielkich życiowych resetów na rzecz małych, świadomych zmian, które realnie poprawiają samopoczucie. W ogóle mnie to nie dziwi. I nie chodzi tu o lenistwo, ale o szacunek do własnych zasobów – czasu, energii i uwagi. Świat przytłacza swoimi możliwościami, dlatego tej wiosny skupiam się na tym, co mogę poprawić tu i teraz. Chciałabym pamiętać o tym, że drobna zmiana jest lepsza niż największy projekt, który finalnie nie doszedł do skutku. Czy jest coś, co w szybki sposób wymaże mi z głowy chociaż jedną nieprzyjemną myśl i zastąpi ją spokojem? Kiełkują Wam w głowie takie pomysły? 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Newby Teas i Wydawnictwem Literackim, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Luty w Sopocie bywa zwykle najspokojniejszym czasem w roku. Ale nie tym razem – niespotykane od lat mrozy i zamarznięta Zatoka Gdańska sprawiły, że wiele z nas, zamiast zapaść w zimowy sen, ochoczo korzystała z tej bajkowej aury.

   A jeśli chodzi o moje osobiste odczucia, to również nie zaliczyłabym minionego miesiąca do tych spokojnych i nudnych. Właściwie to nie pamiętam, kiedy ostatni raz działo się w moim życiu tak wiele. Zdecydowanie nie wszystko ujęłam na zdjęciach, ale myślę, że mimo tego, wyczujecie w tej dzisiejszej relacji dużo emocji. I chociaż dni mijały mi z prędkością światła i nie wszystko miałam pod kontrolą, to przecież doskonale wiem, tam głęboko w środku, że sama możliwość doświadczania i pokonywania codziennych trudności jest już absolutnie kosmicznym szczęściem.

  Świat pędzi w nieznanym kierunku i nie ogląda się na nas ani trochę. Nie sposób o tym nie myśleć. A jednak pamiętajmy, aby po wstrzymaniu oddechu, dalej robić swoje. Jeśli pewna niezmienność tego bloga daje Wam (złudne, bo złudne, ale jednak) poczucie stabilności, to jest nas więcej! Cieszę się, że tu wpadłyście i już nie przedłużam – zapraszam do mojego pamiętnika.

 

Co tam bałwan! Czas na prawdziwe iglo!Luty był pasmem nowych wyzwań. Na przykład, w związku z pączkową akcją, nasz zespół musiał z dnia na dzień przygotować projekt potykacza :).  1. Ach, co to była za zima! // 2. Ten przepis na pączki jest idealny i nawet nie trzeba wyciągać miksera z szafki. Nie musicie czekać do kolejnego Tłustego Czwartku, aby zrobić go jeszcze raz. Tu macie przepis. // 3. Kawa już jest. Czas na gorące mleko. // 4. Walentynki obchodziłam na reformerach – i dzięki temu odkryłam nowe super miejsce w Sopocie.  // Ja wiem, że ciągle gadam o pączkach, ale tegoroczny Tłusty Czwartek był po prostu najlepszy i nigdy go nie zapomnę! Jeszcze tylko rozwiesimy plakaty, rozstawimy potykacz, przygotujemy stanowisko z cukrem pudrem i nasza osobista mini-pączkarnia MLE rozpoczyna pracę! 1. Dieta pudełkowa. // 2. Bo gdy jesteś klientką MLE, to w Tłusty Czwartek nie czekasz w kolejce po gorące pączki. //A do tego padał piękny śnieg! 
Czy ktoś powiedział, że w Sopocie jest minus dziewięć, a my mamy sesję w wielkim hangarze?– Co Ci się dziś śniło?

– Miałam straszny koszmar…
Lutowego szaleństwa ciąg dalszy. Nasze kurtki nie przestały jeszcze pachnieć pączkami, a my już wciągnęłyśmy się w kolejny marketingowy projekt – kampanię MLE na sezon wiosna/lato. Staram się do większości rzeczy w życiu podchodzić na luzie i ze świadomością, że dopóki moi najbliżsi są względnie zdrowi i bezpieczni, to niewiele więcej powinnam oczekiwać. Ale uwierzcie mi, że w przeddzień takiej kampanii, gdy wydajesz mnóstwo pieniędzy na sesję zdjęciową, nie mając żadnej gwarancji, że ona wyjdzie (a to od niej będzie zależał Twój biznes przez następnych kilka miesięcy) to naprawdę emocje sięgają zenitu. 

Chyba pod spodem są moje klucze.  

Ten jeden czarny sweter, do którego nie jesteś przekonana, a potem chodzisz w nim non stop. 

Gdy chcesz być mamą na pełen etat, prowadzić dwie firmy, masz problem z tym, żeby robić rzeczy byle jak i znów dałaś się namówić na udział w sesji zdjęciowej, to znaczy, że na osiem godzin przed wyjazdem jednocześnie gotujesz kolację, robisz paznokcie, wyskubujesz slajma z dywanu i oglądasz olimpiadę. Żadnej z tych rzeczy nie robisz porządnie, ale przynajmniej masz poczucie, że nie marnujesz czasu.

Ach i jeszcze jedna rzecz, dzięki której stojąc następnego dnia przed mega zdolnym fotografem, zyskałam odrobinę więcej pewności siebie. Opalenizna od Azure Tan. 

Mamy 21:20, ja nadal niespakowana, a rano ruszamy punkt 04:00, więc podejmuję (męską?) decyzję, że jednak nie robię peelingu, choć powinnam, ale strasznie mi się nie chce. Gdybym jednak chciała wykonać idealną procedurę opalania, to na pewno użyłabym właśnie tego zestawu. Ale za to zrobiłam inny "myk" zgapiony z Instagrama. 

Mój niezbędnik za każdym razem, gdy w lutym muszę udawać, że jest lato. Organic Coconut „medium to dark” – pianka samoopalająca (do cieniowania potrzebny jest kosmetyk, który nadaje kolor, inaczej łatwo o krzywe rozprowadzenie). Tan Free Firm & Hydrate – nawilżające masło do ciała (użyte do zabezpieczenia miejsc bardziej podatnych na działanie samoopalacza). Streak Free Tan – rękawica do aplikacji samoopalaczy.  
Kod rabatowy MLE30 daje 30% rabatu na wszystkie produkty Azure Tan z wyłączeniem zestawów (można oddzielnie dodać do koszyka każdy produkt z zestawu i wtedy rabat będzie korzystniejszy niż w zestawie).  

1. Tak to jest. Najpierw śmiejesz się z tych dziewczyn, co cieniują twarz samoopalaczem, a potem sama to robisz. Widziałam taki zabieg na kilku rolkach. Trochę się bałam, ale wyszło całkiem dobrze! Czasem Instagram nie kłamie. // 2. "Kasia, jak ty sfotografujesz samoopalacz, to naprawdę… //Voila! Efekt za kilka godzin! Tutaj możecie zobaczyć filmik z cieniowania. Jeszcze szybka rozmowa z Asią, abyśmy jasno określiły to, co nam jutro nie wyjdzie.  I w drogę! My myślami jesteśmy już z letnią kolekcją, ale widoki do Warszawy raczej polarne… Jesteśmy już z Asią w oku cyklonu. Już niczego nie zmieniamy, nie nadgonimy, nie przywieziemy. Musimy zaufać fotografowi (a ten jest naprawdę nie byle jaki i do dziś ciężko mi uwierzyć, że bierze udział w tym projekcie) i niczym Elsa powiedzieć sobie "let it goooooł".1. Stylistka, Alicja Werniewicz, przygotowała na sesję wiele par butów. Zgadniecie, którą z nich postanowiłam sobie zostawić? // 2 i 3. A teraz wjeżdża nowa scenografia. Pierwszy raz robimy sesję na taką skalę. // 4. Czy ktoś przypadkiem nie mówił, że "chmurna biel" będzie kolorem roku 2026? // 
Przysięgam, że to jest najbardziej "cool" zestaw, jaki miałam na sobie od ostatnich dziesięciu lat. Aż mam ochotę zapytać co to za marka ;). Kurtkę i dżinsy znajdziecie już teraz w sprzedaży. Bo szycie w Polsce, to naprawdę WIELKA rzecz. ;) Ta sukienka pojawi się w MLE już jutro (06.03). 
A to wykrój naszej idealnej marynarki. 
Całą kampanię i kilka moich słów o marce znajdziecie w tym wpisieUwielbiam podróże, ale zdecydowanie nie lubię tego, jak mój organizm reaguje na zmianę jedzenia. Będąc daleko, zawsze tęsknię za swoją lodówką, gdzie czekają na mnie rosołki w słoikach, warzywa i kasze. Tutaj widzicie makaron z cukinią, jarmużem i pietruszką. I kto niby twierdzi, że zima nie jest kolorowa? 
Dżinsowa paczuszka od Chanel. Tutaj możecie zobaczyć, co było w środku. Dzień dobry Poznań! Wiecie co się właśnie wydarzyło?MLE wyruszyło na podbój Poznania! Wpadnijcie do UMI – najpierw można przymierzyć, potem się zastanowić, a na końcu i tak jeszcze raz przeliczyć – po poznańsku. ;) 
1. Może coś takiego w Trójmieście zmotywowałoby mnie do biegania? (A może nie.) // 2. Ja jestem nadal zakochana w tym swetrze.  // 

Najpierw szneka z glancem, potem spacer po fyrtlu, a na końcu wpadnijcie do UMI obczaić MLE. Ja wybieram z domowej kawiarki. A Wy?
A teraz zapiszcie sobie ten adres: UMI ul. Jackowskiego 24/U3, 60-511 Poznań.

Godziny otwarcia: 

wtorek – piątek: 11:00 – 18:00 

sobota – niedziela: 10:00 – 16:00 
Zdążyłam wybrać się jeszcze do kilku miejsc w Poznaniu. Czy tutejsi rozpoznają tę knajpę?Pierwszy dzień w tym roku bez puchowej kurtki!"Masło" znajduje się tuż koło UMI. Poznań wydaje się być naprawdę super miejscem do życia. Cieszę się, że teraz MLE jest bliżej jego mieszkańców :). 
Powrót do domu i obowiązki, które mnie nie ominą, nawet jeśli w ostatnich tygodniach czułam się, jakbym była na szczycie świata. Czyszczenie pędzli po malowaniu łowczyni demonów, umawianie wizyt lekarskich, przedszkolne wyzwania, małe awanturki o zjedzone żelki i cała masa wyzwań, które z perspektywy zawodowych sukcesów, mogą wydawać się błahe, a tak naprawdę, są najważniejsze na świecie. Ostatnie podrygi Zimy. Powiem to szeptem, żeby nikogo nie zezłościć – będę za Tobą tęsknić, wróć do nas jeszcze kiedyś z tym swoim białym, miękkim, śnieżnym płaszczem. Każdy, kto żyje dziś w miejscu, w którym można bezpiecznie wyjść na spacer po parku, jest wielkim szczęściarzem. Wystawa w Pałacu Opatów, czyli idealny plan na niedzielne popołudnie.  1. Hockney w Gdańsku. :)) // 2. Odwiedzajmy wystawy w naszych miastach! Nie czekajmy na podróże do zachodnich stolic! // W Pałacu Opatów zobaczycie też teraz kilka dzieł Olgi Boznańskiej – jednej z najważniejszych przedstawicielek polskiego modernizmu i sztuki portretu. Wystawę możecie zobaczyć do 29 marca (a jeśli zajrzycie tam we wtorki, to tego dnia wystawa jest za darmo). Więcej informacji znajdziecie tutaj1. Performens młodych artystek pod tytułem "Mamo, ale dlaczego nie możemy tutaj jeździć na hulajnodze?". // 2. Minecraft Art.Ten był super!
Przedwiośnie, jak się patrzy. Typowe zagranie upadającej marki ;). Zaglądaliście już na dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą stronę marcowego wydania Vogue? W roli głównej nasza kultowa kurtka Tilburg (mamy ją w dwóch długościach). "Love story", o którym pisałam w tym miesiącu. Serial jest infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, co oczywiście nie przeszkadza mi czekać na każdy odcinek w takim samym napięciu, jak w czasach, gdy na Polsacie leciał "Zbuntowany anioł". Po zimie stulecia kończę luty na rowerze. 

1. Czy fenomen Carolyn Bessette przeminie wraz z wiosną? Zobaczymy. // 2. Pędzę w stronę wiosny i czternastu stopni w weekend! // 

Ciężko uznać, że na zewnątrz robi się zielono (chociaż chodziłyśmy już po ogrodzie z prawdziwą lupą w poszukiwaniu pierwszych tulipanów), ale ja w mojej kuchni czuję już pierwsze zwiastuny wiosny. Jednym z nich jest z pewnością przesyłka z zielonymi (a jak!) herbatami od Newby Teas. I to jest sygnał specjalnie dla tych z Was, którym przez zimę nadszarpnięto herbaciane zapasy.Herbata jest zdrowa, pod warunkiem, że wybieramy tę dobrej jakości. Mam dla Was niespodziankę od marki Newby Teas – z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na całe zamówienie (z kodu możecie korzystać do 17 marca).  Możecie więc śmiało robić zapasy! Od razu polecam Wam również ten zestaw z czarnymi herbatami i ten z owocowo-ziołowymi smakami. Moje nagłe zainteresowanie zieloną herbatą wynika też z pewnych planów, które mam nadzieję spełnią się jeszcze w tym roku. Kto wie? Może uda mi się spróbować prażonej hojichy? Newby Teas od lat dba o moje herbaciane zapasy. Czy chowam właśnie ulubione smaki przed koleżankami? ;)"Hau hau to stary japoński przepis na kluski, wiem jak go przygotować". Tak przynajmniej Portos powiedział mi na ucho zaraz po tym, jak próbował wskoczyć na kuchenny blat. 
Nawet jeśli azjatyckie klimaty zupełnie Wam do bloga nie pasują, to obawiam się, że w najbliższych miesiącach może wkraść się tu kilka dalekowschodnich akcentów – przewodników, dań, sztuki, a może nawet mody? Zobaczymy! A w tym tygodniu zainspirowałam się daniem od "Rozkosznego" (znajdziecie go tutaj). Właściwie to po prostu go odtworzyłam, dodałam od siebie jedynie pastę tahini, szczypiorek i więcej ogórka. 

Składniki:
(dla dwóch osób)
 
2 łyżki masła orzechowego 
2 łyżki sosu sojowego 
1 łyżka octu ryżowego 
1 łyżka miodu 
1 łyżka oleju sezamowego 
szczypta płatków chilli 
1 łyżka tahini 
300 g makaronu (ja wybrałam makaron udon)
ogórek
kolendra 
szczypiorek 

Sposób przygotowania:

W głębokim talerzu dokładnie wymieszałam masło orzechowe, sos sojowy, ocet ryżowy, miód i tahini. Następnie w garnku zagotowałam wrzątek i wrzuciłam do niego na 3 minuty świeży makaron udon. Po trzech minutach dodałam makaron do miski z powstałym sosem. Szybko pokroiłam ogórka na kawałki, dodałam kolendrę oraz szczypiorek. Na koniec wymieszałam olej sezamowy z płatkami chilli i dodałam do makaronu. Bardzo proste, bardzo szybkie, bardzo smaczne. Rozkoszny dodał jeszcze tofu, ale ja pominęłam ten krok i dodałam więcej zielonych dodatków. 

Gdy robisz porcję dla dwojga, ale jednak wszystko zjadasz sama.  Niezbity dowód na to, że nie tylko książki kucharskie mogą nas zainspirować do gotowania. "Kuchnia" japońskiej autorki Banany Yoshimoto jest właśnie jedną z tych opowieści, które pomagają odnaleźć rytm i radość w zwykłych czynnościach. Najbardziej porusza sposób, w jaki Yoshimoto opisuje codzienność. Kuchnia, lodówka brzęcząca w środku nocy, proste posiłki — te drobne elementy stają się dla bohaterów czymś w rodzaju kotwicy, która pozwala przetrwać moment, kiedy życie nagle się rozpada. 

W czasach, gdy marnujemy mnóstwo czasu na skrolowanie, bezmyślne oglądanie cudzego życia i szybkie przyjemności, ta historia daje nam kopa, aby wrócić do konstruktywnych czynności. I odnaleźć w nich na nowo spokój.Spróbujcie a potem mi podziękujcie! Z tym makaronem wszyscy jakoś dotrwamy do pierwszej świeżej fasolki szparagowej! :)

Pierwsze dni marca pokazały mi bardzo wyraźnie jedną rzecz… że czas umyć okna! Żartuję! ;) Dziękuję za Waszą uwagę i odwiedziny – mam nadzieję, że w te cieplejsze dni też znajdziecie czas, aby tu zajrzeć, bo bez Was ten blog nie miałby najmniejszego sensu :*. 

 

*  *  *

Cortina moim okiem w przeddzień Igrzysk Olimpijskich. Dlaczego jest wyjątkowa?

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  O obecności na ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich raczej nie mam co marzyć. Na szczęście, nikt nie zabrania ścigać ognia olimpijskiego — atrakcja ta, o ile akurat przebywa się we włoskich górach, kosztuje dokładnie tyle co nic. Tak się złożyło, że do Cortiny nie miałam daleko, mogłam więc przez chwilę poczuć namiastkę sportowego ducha, mimo że do pierwszych zawodów jeszcze trochę czasu.

  Cortina d’Ampezzo w przeddzień Igrzysk wygląda dokładnie tak, jakby nie miała zamiaru niczego udowadniać. Owszem, widać pewne poruszenie — reklamy sponsorów pojawiają się tu i tam, a kamery czujnie obserwują rynek — ale jednocześnie daje się odczuć, że gospodarze czynią światu uprzejmość, udostępniając na zawody swoje ukochane miasteczko.  

  Nieśpieszne ustawianie dekoracji, godzinne opóźnienie każdego punktu programu oraz brak komunikacji z setką dziennikarzy, którzy — dokładnie tak jak my — próbują odnaleźć sportowców niosących ogień, są jedynie potwierdzeniem, że Włosi zamierzają przeżyć tę wielką sportową imprezę we własnym stylu. Stylu, który zakłada, że pośpiech jest podejrzany, a improwizacja bywa cnotą.

A skoro już mowa o stylu — Cortina nie ma sobie równych, jeśli chodzi o zimową modę. Spacerując Corso Italia, głównym deptakiem miasteczka, natrafiłam na lokal idealny dla MLE. Z czystej ciekawości zadzwoniłam pod podany numer i zapytałam o wysokość czynszu. Pozostawiam to pytanie otwarte: czy polska marka miałaby szansę w sąsiedztwie Prady i Loro Piany? Cortina z całą pewnością ma wymagających klientów, ale śmiem twierdzić, że akurat z tym dobrze sobie w MLE radzimy.

  Ale przejdźmy do rzeczy. Niezależnie od tego, czy planujecie wizytę w Cortinie w najbliższym czasie, czy zamierzacie oglądać igrzyska z kanapy, zapraszam Was do poznania kilku zaskakujących faktów o mieście, które — choć niewielkie — od dekad z zadziwiającą łatwością mieści w sobie cały olimpijsko-zimowy czar. 

 

 

  Nowy tor bobslejowy — Eugenio Monti Sliding Centre — wyrasta dokładnie w tym samym miejscu, w którym stał poprzedni olimpijski tor. Nazwano go imieniem zawodnika, który nie zdobył złota w 1964 roku, choć mógł — bo zamiast gonić za zwycięstwem, pożyczył rywalom potrzebny element bobsleja, pozwalając im wygrać i jednocześnie zyskując pierwszy w dziejach Pierre’a de Coubertin Fair Play Trophy. Jak łatwo się domyślić, ten gest przyniósł mu większą sławę niż jakiekolwiek trofeum.  

  No i nie ma tego złego — cztery lata później w Grenoble zdobył wreszcie złote medale zarówno w dwójkach, jak i w czwórkach, przypominając światu, że można być zarówno uprzejmym, jak i szybkim.

  Cortina była pierwszym miastem w historii, które pokazało światu zimowe igrzyska w telewizji — w 1956 roku. Może to dlatego ma się wrażenie, że Cortina od zawsze wygląda trochę jak wymarzony plan filmowy?  

  Ja wiem jedno — rozpoczęcie tegorocznej Olimpiady będę oglądać siedząc na własnej kanapie, ubrana sweter Arosa.  

  Architektura Cortiny jest inna niż w większości alpejskich kurortów, bo przez wieki była bardziej związana z Wenecją niż z Tyrolem (stąd jasne fasady, loggie, proporcje kamienic, ekstrawaganckie, jak na górską miejscowość zdobienia). Cortina świetnie wygląda na zdjęciach, bo miasto jest niskie, jasne i zwarte — nie ma tu wieżowców ani agresywnych kontrastów. Strzeliste skały wychylają się dosłownie z każdej strony. Góry zamykają kadr jak naturalna scenografia, której nie da się źle skomponować.

  Hotel de la Poste w samym sercu Cortiny d’Ampezzo to coś więcej niż czterogwiazdkowy adres w alpejskim kurorcie. To instytucja z duszą, której historia sięga XIX wieku, gdy budynek pełnił funkcję poczty i zajazdu dla podróżnych przekraczających Dolomity. Z czasem stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych hoteli regionu — i nieformalnym salonem artystów, pisarzy oraz bywalców europejskiej bohemy.  

  Wśród nich był Ernest Hemingway, który zatrzymywał się tu kilkukrotnie. Jedna z hotelowych przestrzeni do dziś nosi miano Hemingway Room i przypomina, że pisarz chętniej niż na stok wybierał barowe rozmowy i długie wieczory przy whisky. Według lokalnych anegdot, pierwsze dni w Cortinie spędzał raczej na obserwacji ludzi i krajobrazu niż na nartach, co w jego przypadku nikogo szczególnie nie dziwiło.

  Jak myślicie, ile kosztuje miesięczny najem takiego lokalu w Cortinie? I czy jest drożej niż na naszym Monciaku?

  A tu spore rozczarowanie PR-owe. Miał być pop-up store marki The Frankie Shop „dla wszystkich, aż do czasu Igrzysk”, a jest łańcuch i plakietka, że do baru to trzeba iść naokoło. Niezbity dowód na to, że „wyhype'owane” marki i krótkotrwałe trendy do Cortiny nie pasują.

  Niestety. Robiłam tyle zdjęć Cortiny, że w momencie, gdy mijali nas sportowcy niosący płomień, mój telefon był już wyładowany (doprawdy bardzo profesjonalny dziennikarz sportowy ze mnie). Na szczęście, japoński fotograf, który wraz ze mną czekał na zawodników, powiedział mi, że płomień krąży po miasteczku cały czas i wieczorem znów będzie można go zobaczyć.

  Na pocieszenie jedno z tysiąca, nikomu niepotrzebnych zdjęć Tiramisu. (Dobrze czasem ogrzać się w kawiarni i dowiedzieć się, że Ogień Olimpijski będzie obok nas za jakieś trzy minuty.)

  Czy Wam też chce się płakać w takich momentach? Olimpijski ogień wrócił do Cortiny po 70 latach. I nieśli go ci sami zawodnicy, co w 1956 roku. Niezbity dowód, że Cortina się nie starzeje – jej historia po prostu zatacza koło.

  A co z jedzeniem? Moje ulubione i absolutnie wyjątkowe miejsce to San Brite (raz w życiu móc spróbować ich makaronu o smaku lasu iglastego, to już jest szczęście!). Dla wszystkich, którzy nie mają w zwyczaju rezerwować stolików, polecam 5 Torri w samym centrum (to jedno z niewielu miejsc w Cortinie, do którego można po prostu stanąć w kolejce). 

A tu regał ze swetrami w butiku Duca di San Giusto. Cortina skutecznie opiera się napływowi chińskich produktów. 

  Jeśli zaś komuś potrzeba dodatkowego dowodu na ponadczasowość Cortiny, wystarczy przypomnieć sobie jeden z najlepszych filmowych portretów Dolomitów — „Tylko dla Twoich oczu”. To właśnie tu James Bond przemierzał lodowe szczyty, udowadniając, że Cortina doskonale radzi sobie zarówno w roli olimpijskiej gospodyni, jak i spektakularnej scenografii. Nie zmienia się wiele: góry wciąż robią swoje, historia wraca, a Cortina — jak zawsze — gra samą siebie.

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi i platformą do nauki angielskiego Akcent oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Pierwszy punkt w moim noworocznym kalendarzu mówi, że 1 stycznia o 19:30 na Polsacie leci „Kevin sam w Nowym Jorku” (i proszę, nie zdradzajcie mi, że można obejrzeć ten film na każdej platformie streamingowej — to by zniszczyło całą atmosferę). Po kilku pięknych, intensywnych świątecznych dniach powinnam mieć już chyba dość przeciągania bożonarodzeniowego nastroju do granic możliwości, ale ja zamierzam cieszyć się kolędami, choinką i zwolnionym tempem aż do Trzech Króli. Nie wiem, co na tę długą przerwę powie polska gospodarka, ale ja mam wrażenie, że ten wyjątkowy układ wolnych dni wreszcie naładował moje akumulatory. Być może to poczucie błogości wynika z faktu, że grudzień był prawdziwą gonitwą z czasem — przeplataną nieustającymi infekcjami, które dodatkowo mnie spowalniały. A jednak jakoś dobrnęłam do końca. I nawet jeśli moje tempo przypominało bardziej poruszanie się po świątecznym jarmarku w godzinach szczytu niż elegancki bieg z przeszkodami, to wciąż jestem na mecie. Szczęśliwa, z poczuciem, że wykonana praca przyniosła efekty.  

  I to jest, proszę Państwa, mały noworoczny sukces, który odnotowuję z dumą: weszłam w kolejny rok, nie tracąc ani poczucia humoru, ani przywileju oglądania Kevina o stałej porze. Zapraszam Was poświątecznie na moje małe podsumowanie grudnia!

 

Gdy ma się markę odzieżową, to w Black Week nie kupuje się ubrań, ale… Ma się inne słabości. Co myślicie? Obraz na płótnie zamówiłam na Desenio. 1 i 3. // Podobała mi się ta grafika i o włos nie wylądowała pod choinką, tylko u mnie na ścianie (również z Desenio). 2. Do wszystkich tych, którzy mają niespełnione marzenia z dzieciństwa… Zawsze możecie do nich wrócić. O ile nie liczycie na jakiekolwiek efekty :). Ja postanowiłam uczyć się gry na fortepianie razem z dziećmi. // 4. Nieco zapętlona rzeczywistość, czyli kończenie poprzedniego Last Month po nocach ;). // Czy to przypadek, że właśnie w Gdańsku marka Chanel miała swoje najpiękniejsze świąteczne stoisko?W Galerii Forum znajduje się oficjalny butik Chanel z produktami "beauty". Znajdziecie tam produkty niedostępne w innych drogeriach. 
A ten produkt chyba nałożę w sylwestrową noc! Przepraszam, gdzie realizuje się listy do Św. Mikołaja?  1. // 2. W tym grudniu zupełnie nie czułam się jak biznes-woman. Sporo było chorowania, a kołdra na kanapie była stałym elementem wystroju salonu.   A więc, gdy przyszedł moment, że musiałam wyjść po ostatnie prezenty, papier toaletowy i kreta do zlewu (ciasto drożdżowe jak zwykle nie zawiodło mojej kanalizacji – zapchany zlew to już moja mała świąteczna tradycja), to czułam się, jakbym szła co najmniej na Piątą Aleję w NYC i miała robić świąteczne zakupy w Tiffany & Co. // Nie jestem królową "selfie" ale to zdjęcie zrobiłam jako przypominajkę dla samej siebie, że kończę ten rok bez wysypu nieproszonych gości na twarzy. Przez miesiące walczyłam z problemami skórnymi, które osiągnęły apogeum na początku lata. Nie wiem, czy to zmiana diety, czy kochane Panie z Baloli w Sopocie, ale cieszę się, że się udało. Ale nie osiadam na laurach i mam zamiar dalej poświęcać chociaż ciut więcej uwagi mojej skórze. Jeśli szukacie dogłębnego nawilżenia i odżywienia Waszej skóry, to  Aqua Resort od Say Hi  będzie idealny – nadaje się na dzień, na noc, a także pod oczy. Jest wegański i w 98% naturalny. W składnikach aktywnych znajdują się między innymi korzeń gromwell (działa jak przeciwzapalny plaster), ekstrakt z rambutanu (który pobudza komórki do naturalnej produkcji ceramidów i regeneruje barierę hydrolipidową), a ponadto oleje, alantoinę, glicerynę i masło shea. 

Mój kod MLE20 daje 20% zniżki i działa na wszystko w Say Hi (poza zestawami) do końca stycznia. Używałyście już kiedyś produktów tej marki?

Prezent numer 23, więc wjeżdża już pakowanie na cukierek. Śmieję się sama do siebie, bo nie jestem mistrzem pakowania prezentów, ale chyba tym razem mi się udało? A ten wiralowy zestaw kosmetyków Say Hi trafił pod choinkę dla kogoś, kto zawsze wierzy w moje pielęgnacyjne polecajki. Na zdjęciu poza kremem widzicie też Sunrise Serum, czyli ujędrniające i rozjaśniające serum z witaminą C. Zima to idealny moment na tego typu składniki w kosmetykach. Ledwo wygrzebałyśmy się z jednej choroby i już czekała na nas następna. Łączenie pracy, opieki nad dziećmi i grypy to zawsze wyższa szkoła jazdy. Ale w grudniu, gdy nigdzie się nie spieszymy, nabiera dodatkowego klimatu, prawda? :D

Grudniowy wieczór. Czekałyśmy na zapowiadany w prognozach śnieg, ale wystawił nas koncertowo.

Skoro śniegu brak, to chociaż za ozdoby się zabierzemy. Łańcuch z papieru to coś, co nie powinno mnie dziś przerosnąć (chyba). Mój grudniowy cel "więcej analogowych wspomnień w te Święta" został osiągnięty.  1. W grudniu słońce w Trójmieście pojawiało się przez trzy dni. Jednego dnia pojawiało się przez cztery godziny, a w kolejne dwa dni świeciło o godzinę krócej. Policz, ile godzin słońce świeciło w grudniu. // 2. Kartka świąteczna, której nigdy nie wyrzucę. // 3. Gdy mama stawia cały dom na głowie i wyciąga z piwnicy drabinę, to znak, że zbliżają się Święta. // 4. Te łańcuchy to najfajniejsza ozdoba w naszym domu. //   Dziś żyjemy w świecie, w którym większość rzeczy da się wyjaśnić, sprawdzić, zaktualizować i zweryfikować. I może właśnie dlatego tak trudno jest nam poczuć to, co dla poprzednich pokoleń było oczywiste: że Święta miały w sobie coś, czego nie dało się rozłożyć na czynniki pierwsze. Nie wszystko musiało się zgadzać. Nie wszystko trzeba było rozumieć. Nie wszystko dało się udowodnić.    

Więcej o algorytmach, które próbują ukraść magię Świąt, przeczytacie w tym wpisie. 

Balans w grudniu oznacza dla mnie, że czasem włożę perły i ubiorę się w coś innego niż legginsy, ale nijak nie znajdę czasu, aby ściągnąć pranie z kaloryferów przed przyjściem gości. Że uszka ulepię, ale barszcz kupię. Że będą pokoje, w których będzie porządek, i takie, w których go nie będzie. I że o trzydziestu ośmiu rzeczach będę pamiętać, ale pewnie o pięciu zapomnę. Gdy dział marketingu w MLE próbuje być na bieżąco z najnowszymi trendami w branży i w związku z tym zamawia taką włochatą paczkę z Gisou.  Ten moment, w którym mogę zacząć spokojnie pakować prezenty i nie uciekać co chwilę przed dziećmi, to moje ulubione dziewięć sekund w ciągu dnia. 1. Jemioła, czyli najtańsza terapia rodzinna na Święta :D. // 2. To tutaj lada dzień stanie choinka. Czekamy chociaż do 20 grudnia! //   Szesnaście lat temu Twoja kuzynka powie Ci, że nie da się zrobić pierożków z przepisu babci Ewy z mąki bezglutenowej. To ważne, żebyś jej wtedy uwierzyła
1. Czy ktoś jeszcze chodzi w tak wysokich szpilkach? I czy dla Magdy Butrym warto zrobić wyjątek? // 2. Zapomniane miejsca mają swój urok. Kto zgadnie, gdzie to jest? // 3. Ja krzyczę, żeby uważać na gałązki, on myśli, jak to potem odkurzy. // 4. Już prawie miałam usiąść i czytać, ale nie tak łatwo jest oszukać przeznaczenie. //Zaraz przyjdzie ten moment, w którym nie myślimy, o tym dokąd biegniemy, a dokąd wracamy. W te kilka dni przed Świętami chodzi o powroty do domu. O powrót z dalekiej podróży. O powrót po trudnym spotkaniu w pracy, które tak bardzo chciałam mieć już za sobą. O powrót do tych, którzy na nas czekają. O powroty z tych wszystkich miejsc, w których załatwiamy sprawy Św. Mikołaja, bo on wziął wolne tuż przed Świętami. O powroty z paczkomatów. Chodzi o te momenty, gdy możemy ściągnąć buty i pomyśleć już tylko o setce innych rzeczy do ogarnięcia…Ten jeden, najbardziej magiczny wieczór w roku, gdy wszystko zwalnia i staje się jakieś takie nostalgiczne. Uczucia, które przychodzą do mnie w Wigilię, trudno jest opisać. To chyba jacyś kuzyni tęsknoty i radości, ale też wiary w to, że dobro zwycięża. A kolejnego dnia rozpoczęliśmy maraton świętowania. Jednego jestem pewna – nie kończę tego roku z poczuciem świątecznego niedosytu. 1. Uwielbiam ten widok! (A bajka to nasi ukochani "Aryskotraci" Disneya). // 2. Ktoś się chyba uparł na tę markę ;).  
Jaś i Małgosia, edycja świąteczna. Nie mam prawie żadnych zdjęć kolejnych dni Świąt, które nie byłyby zbyt prywatne, aby je tu publikować, ale to absolutnie bezwstydne panettone pistacjowe samo się pchało do zdjęć.  Którym typem jesteście? Mówicie gościom, że czas już iść, czy przetrzymujecie ich tak długo, aż zaczyna ich szukać policja?
Sękacz z Gołdapii, mandarynki, krem brulee w pomarańczach, szarlotka mamy, tiramisu. Jakim cudem nic nie zostało na drugi dzień?Biegnę się schować z moją porcją! 1. Reset. // 2. W zeszłym roku trzymałam tę drewnianą pozytywkę przy łóżku do marca. // 3. "Im jest się mniejszym, tym Święta Bożego Narodzenia są większe." // 4. A jak wyglądają Wasze zakładki do książek w Święta? Czytam "Collette" Valerie Perrin, bo to kobieca literatura, ale nawet mojemu tacie się podobała, a to wymagający czytelnik. // Nawet technologiczny gigant, marka Apple, w swojej nowej kampanii świątecznej, postanowiła odejść od najprostszego dziś rozwiązania i użyła w swojej kampanii ręcznie robionych pacynek. Czy rok 2026 będzie stał pod znakiem wielkiego odrzucenia do cyfrowego świata? Czy wręcz przeciwnie? Myślę o tym patrząc za okno i zastanawiając się, jak wyciągnąć moje dzieci na zewnątrz w taką pogodę.

1. Po kilku dniach wspaniałego, acz intensywnego socjalizowania się, praca na laptopie zdaje się jakby przyjemniejsza, a kasowanie spamu wspaniale wycisza układ nerwowy. // 2. Kto po tych wszystkich pierogach, grzybach i smażonych karpiach nie tęsknił za rumiankiem? //

No naprawdę nawet do lekcji angielskiego wracam jakby z nową energią. Nie mam czasu chodzić na lekcje. Ba! Nie mam nawet czasu umawiać się na spotkania zdalne. Kurs platformy Akcent jest więc jedyną opcją pozwalającą mi mieć z nauką angielskiego jakąkolwiek styczność. Ten kurs różni się od popularnych aplikacji. Opiera się na autorskich materiałach tworzonych przez doświadczonych ekspertów w nauczaniu języków obcych. Nauka rozpoczyna się od precyzyjnego określenia poziomu językowego, tak aby kurs odpowiadał realnym kompetencjom i celom. Lekcje wideo oraz duża ilość odpowiednich ćwiczeń pozwalają uczyć się w dowolnym czasie i miejscu, bez utraty jakości i ciągłości procesu.

Dla osób, które chcą pracować jeszcze bardziej indywidualnie, dostępna jest opcja Premium z konsultacjami online z lektorem, w tym z autorką kursu. Uzupełnieniem są starannie przygotowane materiały do czytania, pisania i konwersacji, które wspierają realne użycie języka. Choć nauka odbywa się online, wsparcie pozostaje stałe i dostępne. Przez cały czas macie możliwość kontaktu z biurem szkoły – szybko, sprawnie i po ludzku. To nowoczesna edukacja cyfrowa, która nie traci osobistego wymiaru.  

Mam dla Was rabat 15% na wszystkie pozycje kursu. Hasło to MLEnglish, aktualne do 10 stycznia. Powodzenia!

No więc na Islandii wierzono w legendę, że ci, którzy nie zapracują sobie na nowe wełniane ubrania, mogą zostać pożarci przez czarnego kota-giganta. Ta legenda brzmi jak żart, ale w przeszłości przetrwanie surowych zim Islandii zależało od obróbki wełny. Nowe ubrania nie były luksusem, a dowodem na to, że ludzie pracowali i byli dobrze przygotowani na trudniejszy czas. Straszono więc żarłocznym kotem, aby zmotywować tych, którzy obijali się w czasie strzyżenia owiec i skręcania przędzy. 

Myślę, że dział marketingu MLE powinien podchwycić tę opowieść :D. A tak całkiem serio: coś mi podpowiada, że ten sweter żadnej promocji nie będzie potrzebował. 

Remanent w MLE zrobiony! Na stronie czeka więc na Was wiele produktów, które wróciły. No i ruszyłyśmy z wyprzedażami. Kilka moich ukochanych modeli jest jeszcze dostępnych. 

Jestem w domu. Jest ciepło. Są tu moi bliscy, którzy czekają aż w końcu skończę "pisać ten comiesięszny artykuł". Fajnie tak wchodzić w nowy rok. Ja wiem, że na większości z Was to może nie zrobić wrażenia, ale dziś w Sopocie spadł pierwszy śnieg w tym roku. Zdążył w ostatniej chwili! Odpoczywajcie, ile się da i widzimy się już w 2026 roku! Czy przyjmiecie ode mnie najserdeczniejsze życzenia noworoczne? :*

 

*  *  *

 

Czy Święta są zagrożone przez algorytmy? Prezentownik na 2025 rok.

Wpis powstał we współpracy z marką Desenio, Wild Hill Coffee, Aruelle, Stag Warsaw i Noteka, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Słyszę głos mojego brata, chociaż nieco inny niż teraz, mówiący: „Uwaga! Kręcę!”.

  Obraz jest zdecydowanie mniej wyraźny niż filmy, które oglądam na telefonie, ale rozpoznaję wszystko doskonale. To mieszkanie moich rodziców z tą dziwną kanapą, której mama pozbyła się ponad 20 lat temu. W kadr cały czas wbiega nasz pies Szeryf, a na werandzie stoi choinka – wydaje się znacznie mniejsza niż zapamiętałam. Ubieram ją z moim tatą, który (O mój Boooże!) jest na tym nagraniu w moim wieku. A ja jestem taka podobna do moich córeczek, chociaż nie potrafię określić na czym to podobieństwo polega. Cięcie i kolejna scena: kolacja wigilijna i babcia krzycząca na nas, abyśmy przestali ją nagrywać. Kilka potraw, które sobie nakładamy, niezmiennie pojawia się na naszym stole. Nagranie urywa się w przypadkowym momencie. Zakładam, że w naszej starej kamerze VHS po prostu padła bateria, a że mój brat nie rozpisywał scen do nagrania, jak w dzisiejszych instagramowych rolkach o rodzinnych świętach, to nie można było liczyć na finał, w którym wszyscy (ustawieni pod choinką) machamy do widzów. To był po prostu moment, który ocalał — przypadkowy, niedoskonały, ale budzący po latach całą kaskadę emocji i wspomnień.

 

  Co roku w grudniu obserwujemy ten sam paradoks: im bardziej zaawansowany staje się świat wokół nas, tym bardziej tęsknimy za tym, co proste, powolne i niemierzalne. W epoce algorytmów święta okazują się jednym z ostatnich bastionów doświadczeń, których nie da się do końca skopiować, zoptymalizować ani zautomatyzować. Gdy o tym myślę, dopada mnie z początku smutek: przecież nie urodziłam się wczoraj i wiem, że wszystko, co nie nadąża za nowoczesnością, prędzej czy później zostanie zapomniane. Z drugiej strony, trudno nie zauważyć, że akurat święta wyjątkowo opierają się tej logice. Technologia może je wygładzać, przyspieszać, podpowiadać co „powinniśmy” czuć albo kupić, ale nie jest w stanie przejąć ich rdzenia.

  Mam nadzieję, że Święta na zawsze pozostaną w jakimś stopniu analogowe. Ten artykuł, pod przykrywką corocznego prezentownika, ma być takim małym przewodnikiem o tym, jak drobnymi krokami przywrócić Świętom ich stary klimat – o ile macie poczucie, że tego chociaż odrobinę potrzebujecie. Bo mi też to się przyda!

Wszystkie te kartki świąteczne, które dołączam do prezentów dla najbliższych znajdziecie w NOTEKA. Kod MLE15 daje 15% rabatu w sklepie Noteka i działa do 10 grudnia.  

 

 1. A co jeśli to nasz mózg się myli?

  A może dla moich dzieci te Święta mają w sobie dokładnie tyle samo magii, ile miały dla mnie w dzieciństwie? Może to tylko perspektywa dorosłego — z całą logistyką, odpowiedzialnością i świadomością upływu czasu — sprawia, że wydają się „inne”? Pamiętam przecież opowieści taty o tym, jak szukał anioła na strychu, jak cieszył się z jednego ołówka i że tylko w Święta jadł pomarańcze. Wszystko to było oczywiście kwitowane zdaniem, że „kiedyś wszystko było bardziej wyjątkowe”, „doceniało się każdy szczegół” i że „dzisiejsze dzieci już tego nie przeżyją”. Ale może to właśnie jest największa pułapka. Nasz mózg, który uwielbia idealizować przeszłość, skrupulatnie usuwa bałagan, kłótnie i stres z tamtych lat, a zostawia tylko to, co zamienia się w opowieść.

  Magia, którą pamiętamy, nie wynikała ze skromności tamtych czasów — tylko z faktu, że byliśmy dziećmi. I może dziś dzieje się dokładnie to samo: dzieci widzą rzeczy, których my już nie rejestrujemy. Ich mózg nie filtruje świata przez listę zadań, terminy, rachunki i „co jeszcze trzeba zrobić do końca roku”. Dla nich ten sam moment, który dla nas jest „organizacją”, jest po prostu oczekiwaniem. Krótko mówiąc: magia się nie skończyła. Po prostu zmieniła odbiorcę. A to wcale nie jest zła wiadomość. To znaczy, że każdy Twój wysiłek ma sens, nawet jeśli wydaje Ci się wymuszony i wcale nie tak magiczny jak ten, który zapamiętałaś w dzieciństwie. No i w gwoli ścisłości – przekazywanie magii nie musi dotyczyć jedynie dzieci. To, co nam może wydawać się spowszedniałe i nie takie magiczne, dla kogoś innego jest spełnieniem świątecznych marzeń.

  Jeśli istnieje prezent, który idealnie łączy analogową magię z dzisiejszą codziennością, to pewnie byłaby to kawa. Dla poprzednich pokoleń, żyjących w czasach PRL-u, była prawdziwym dobrem luksusowym (kawa nie rosła w „krajach zaprzyjaźnionych”, więc trzeba było płacić za nią twardą walutą — dolarami, frankami, markami. A tych państwo miało dramatycznie mało). Dziś jest dostępna w każdym spożywczaku, ale ta od Wild Hill Coffee to wciąż prezent warty uwagi. W zestawie prezentowym znajdziecie to, co w zimowe dni cieszy najbardziej: organiczną kawę speciality (np. "Sen o La Jacoba" o otulających nutach migdałów, wanilii i ciemnej czekolady) oraz wyselekcjonowane dodatki od polskich manufaktur – aromatyczną herbatę i rzemieślniczą czekoladę. To upominek dopracowany w każdym detalu, stworzony po to, by sprawiać autentyczną przyjemność i cieszyć oko jeszcze przed rozpakowaniem. Z kodem PREZENTY otrzymacie 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty (poza akcesoriami). Kod jest ważny do 24 grudnia.

 

 2. Łańcuch wspomnień.

  Aby Święta były magiczne, to nasz układ nerwowy musi na chwilę cofnąć się do czasów przed sztuczną inteligencją, mediami społecznościowymi, a nawet smartfonami. To nie romantyczna teoria, tylko fakt: mózg uspokaja się i zakotwicza w rzeczywistości wtedy, gdy angażuje dłonie w proste, powtarzalne czynności. Dlatego co roku robię z dziećmi (coraz dłuższy) łańcuch z papieru, który staje się główną świąteczną ozdobą w domu, do momentu pojawienia się choinki.

  Tego typu aktywności są klasyfikowane jako „czynności manualne o niskiej złożoności”, które regulują układ nerwowy podobnie jak medytacja: spowalniają tętno, wyciszają korę przed-czołową odpowiedzialną za planowanie i kontrolę, a jednocześnie aktywują obszary mózgu odpowiadające za poczucie przyjemności i bezpieczeństwa. Współczesny mózg pracuje na obrotach, których dawne podręczniki neurologii w ogóle nie przewidywały – niech on też odpocznie w tym świątecznym czasie. Wystarczy godzina, aby stworzyć mniej więcej siedmiometrowy łańcuch. My robimy dwa: jeden jest pasków o szerokości 4 centymetrów (wygląda imponująco pod sufitem i jest bardziej pękaty) i drugi z pasków trzycentymetrowych. Polecam spinacz, bo klej jednak lubi puszczać w najmniej oczekiwanym momencie, na przykład wtedy, gdy pod łańcuchem cała rodzina je barszcz. 

sweter – MLE  // spodnie – Zara (stara kolekcja)

 

3. Absolutnie nie najważniejsze, ale… co jest nie tak z dzisiejszymi prezentami?

  Przedłużenie karnetu do siłowni, bony do sieciówek, dokładanie do nowego telefonu, który będzie dostępny dopiero za miesiąc. Prezenty, co ma oczywiście swoje dobre strony, stały się funkcjonalne do bólu. Oczywiście, przedłużenie karnetu na siłownie na pewno nas ucieszy, jeśli sami musielibyśmy wydać na to większą kwotę. No i to niezwykle wygodne rozwiązanie – opłacić coś w Internecie, kupić bon, dać komuś gotówkę. Ale wygoda — jak pokazuje historia ludzkości — rzadko bywa źródłem niezapomnianych wspomnień.

  Widzę oczami wyobraźni wymarzony bożonarodzeniowy poranek, gdy wszyscy w pidżamach oglądają swoje prezenty. Nie bardzo pasuje mi tu odświeżanie naszego profilu w centrum sportowym z odnowionym saldem. Już te oklepane skarpety czy rękawiczki wydają mi się bardziej wartościowe pod względem sentymentalnym. W czym tkwi sekret? A może to kolejne upiększanie przeszłości?

  A skoro już mowa o piżamach, to znalazłam dla Was takie, które wyglądają, jak marzenie o wolnym dniu. Są miękkie i wygodne (no i zobaczcie, jak w tej granatowej wygląda Zuzia) i wiem, że marzy o nich połowa mojej rodziny. Z kodem KASIA20 otrzymacie 20% zniżki na wszystko w Aurelle (kod nie łączy się z innymi rabatami i nie dotyczy kart podarunkowych oraz jest ważny do 13 grudnia). Ja biorę chyba tę ecru w kratę. A Wy?

 Kolczyki, które widzicie na zdjęciu wyżej, oraz te, które mam na sobie są od Stag Warsaw – marki, która tworzy biżuterie ręcznie w swojej pracowni w Warszawie. Zobaczcie ich piękne projekty, które idealnie sprawdzą się na prezent. Kolczyki, które mam na sobie znajdziecie tutaj, a kolczyki z pudełka tutaj. Kod 15MLE da Wam 15% zniżki i obowiązuje do 16 grudnia. 

 

 4. Z pamiętnika socjologa: Święta jako ostatnia wspólna platforma.

  Coraz częściej socjologowie zauważają, że Święta mogą być ostatnią przestrzenią, w której spotykają się ludzie żyjący na co dzień w różnych światach. Badania dotyczące tak zwanych „filter bubbles” pokazują, że przeciętny użytkownik internetu niemal nie styka się z opiniami wykraczającymi poza jego bańkę informacyjną. Święta są jednym z niewielu momentów, w których te bańki pękają: nagle przy jednym stole siadają osoby o odmiennych poglądach, temperamentach, stylach życia. To doświadczenie bywa trudne, czasem męczące, ale jednocześnie może to być jedno z ostatnich dostępnych ćwiczeń z demokracji w życiu prywatnym. Przypomnieniem, że wspólnota nie składa się z naszych klonów. Że różnice nie są zagrożeniem, lecz faktem.

 

Sztuka to jedna z nielicznych przestrzeni, w której różnica zdań nie musi prowadzić do wojny domowej — najwyżej do lekkiej sprzeczki o to, czy Matisse „to nadal geniusz, czy już raczej dekoracja”. Mamy w rodzinie jedną zagorzałą fankę tego artysty i to do niej zawędrują te dwie reprodukcje od DESENIO (a może powinnam sprawić sobie takie same?). Koniecznie poświęćcie te kilka minut i oprawcie grafikę w passe-partout i ramkę (w DESENIO kupicie komplet). Z kodem MAKELIFEEASIER dostaniecie 45% zniżki na plakaty, 20% na ramki oraz 20% na obrazy na płótnie. Kod jest ważny do 31.12 (nie obejmuje on plakatów personalizowanych), więc jeśli macie komuś (albo sobie samemu) zamiar sprezentować plakat lub obraz na płótnie to skorzystajcie najlepiej do 16 grudnia (bo wtedy jeszcze zdążą dojść na czas).

 

5. „Verba volant, scripta manent.” ("Słowa ulatują, to co zapisane — pozostaje.")

  W grudniu, odtwarzając w domu nasze małe tradycje (niektóre stare, inne zaledwie kilkuletnie), zastanawiam się, ile upartości musieli mieć ludzie w dawnych czasach, skoro te przedświąteczne zwyczaje przetrwały. Bez smsów, whatsuppów, rolek z przepisami, bez IClouda i kopii zapasowych. Jakoś im się udawało.  

  Dziś, mimo ułatwień, takich jak termomixy, kalendarze w telefonie supermarkety czynne do dwudziestej drugiej, Glovo i Ubery, tak trudno jest nam podtrzymać te stare tradycje, nie mówiąc już o rozpoczynaniu nowych. Możliwości zabiły chęci. Kiedy wszystko jest dostępne, najłatwiej stracić motywację do zrobienia czegokolwiek. Puenta jest dość prosta: tradycje nie przetrwały dlatego, że były wygodne, tylko dlatego, że ktoś regularnie dbał o ich podtrzymanie, choć mu się nie chciało. Pamiętajmy, że rodzinna tradycja to nic więcej niż decyzja, że postanawiamy robić coś, co roku.

   A do decyzji potrzeba niewiele – wystarczy wrócić do analogowych czasów, wyciągnąć kartkę i zapisać to, co planujemy. Psychologowie wiedzą o tym od lat: to, co zostaje zapisane, staje się bardziej realne niż to, co jedynie pomyślane. To tak zwany „efekt obiektywizacji myśli” — kiedy przenosimy plan na papier, mózg traktuje go jak zobowiązanie, a nie luźną fantazję. 

Dwa wspaniałe prezenty – pióro Sailor (klasyk wśród wiecznych piór) oraz kalendarz, który w swojej prostocie stał się u mnie ozdobą biurka i jednocześnie wspaniałym organizatorem czasu. W NOTEKA znajdziecie najpiękniejsze kalendarze, które nie krzyczą, mają delikatne rozwiązania graficzne i przyjemny papier. Są też większe wersje! Kod MLE15 daje 15% rabatu w sklepie Noteka i działa do 10 grudnia.  

 

  Przez tę całą naszą pragmatyczność i technologiczne ułatwienia utraciliśmy jeszcze jedną rzecz, której w analogowych Świętach nie brakowało. Tajemnicę. Nie mówię tylko o prezentach. Mówię o tajemnicy w najbardziej podstawowym sensie: w co wierzymy, dlaczego wierzymy i jak długo pozwalamy sobie wierzyć. Kiedyś Święty Mikołaj był nie tylko sympatycznym bohaterem reklam, ale instytucją, która opierała się na absolutnie fundamentalnym założeniu: nie sprawdzamy tego w Google. Czy rzeczywiście przychodzi? Jak to robi? Czy zmieści się przez komin, którego w mieszkaniu na trzecim piętrze po prostu nie ma? To nie były pytania poszukujące logiki — to były pytania, które miały podtrzymać cudowną niepewność.

  Dziś żyjemy w świecie, w którym większość rzeczy da się wyjaśnić, sprawdzić, zaktualizować i zweryfikować. I może właśnie dlatego tak trudno jest nam poczuć to, co dla poprzednich pokoleń było oczywiste: że Święta miały w sobie coś, czego nie dało się rozłożyć na czynniki pierwsze. Nie wszystko musiało się zgadzać. Nie wszystko trzeba było rozumieć. Nie wszystko dało się udowodnić.

  A przecież przez setki lat to, co najważniejsze w grudniu, zaczynało się właśnie tam, gdzie kończyła się pewność. Może więc tęsknimy nie za „dawnymi świętami”, ale za światem, w którym wolno nam było nie wiedzieć wszystkiego— i czuć się z tym dobrze. Warto twardo stąpać po ziemi… i odpuścić to sobie czasami, na przykład z okazji Świąt. 

*  *  *