Kiedy przeglądam zdjęcia moich stylizacji z minionego roku, najbardziej uderza mnie to, jak konsekwentnie powracałam do rzeczy prostych: czarne marynarki, szerokie białe spodnie Ossie, wełniane swetry, ulubione dżinsy. Podobno styl to opowieść o nas samych, a jeśli tak właśnie jest, to moja opowieść brzmiała mniej więcej tak: „Masz dużo na głowie, ale przynajmniej wyglądasz, jakbyś wiedziała, co robisz.”
Czasem stylizacje były wyraźnie dopracowane, a czasem składały się z rzeczy, które można włożyć bez zastanowienia (co uważam za najbardziej luksusowy wynalazek XXI wieku). Nie wdawałam się w eksperymenty z trendami, które wymagałyby ode mnie więcej energii, niż byłam gotowa oddać. I nie odczułam przez to modowej straty. Wręcz przeciwnie — poczułam ulgę.
Jeśli coś nazwałabym modowym sukcesem, to fakt, że udało mi się przeżyć rok w stylu, który był mój – znalazłam balans między komfortem a ambicją, między tym, kim jestem, a tym, kim świat oczekuje, że będę. Mam nadzieję, że Wy macie podobne odczucia.







