Wpis powstał we współpracy z marką YES. 

 

kolczyki – YES (kolekcja Bubble)

sweter z frędzlami, marynarka i satynowe spodnie – MLE

wysokie kozaki – Gianvito Rossi

torebka – Bottega Veneta

 

  Influencerka z definicji powinna „wpływać”. Najlepiej regularnie, skutecznie i w sposób, który da się później zmierzyć w kliknięciach, zasięgach i sprzedaży. Powinna być obecna, odkrywać nowości i nieustannie nadążać za tym, co akurat staje się viralem. Biorąc pod uwagę te kryteria, jestem dość beznadziejną influencerką.

  Publikuję za rzadko. Potrafię przez kilka dni nie wrzucić niczego na Instagram i, co gorsza, nie towarzyszy mi wtedy szczególne poczucie winy. W gąszczu codziennych spraw i obowiązków związanych z MLE zwyczajnie nie mam zbyt wiele czasu, żeby zastanawiać się, czy ktoś zdążył już zauważyć moją nieobecność (na szczęście nie należę do osób, które po kilku dniach ciszy wracają ze słowami „przepraszam, że zniknęłam” – naprawdę nikt nigdy nie czuł się urażony chwilowym milczeniem na Instagramie).

  Do tego chodzę głównie w rzeczach własnej marki, co z punktu widzenia influencera jest prawdopodobnie jeszcze mniej rozsądne. „Co masz na sobie?” jest pytaniem, na które zdecydowanie zbyt często odpowiadam tak samo. Czasami mam wrażenie, że mój codzienny strój wygląda jak wyjątkowo konsekwentne lokowanie produktu. Problem w tym, że to nie jest lokowanie. To po prostu moje ubrania. Skoro sama je projektuję, chyba nikogo nie powinno dziwić, że mam później ochotę je nosić.

  Mój styl jest też nudny do bólu. Nawet jeśli sama mam poczucie, że w ostatnich latach bardzo się zmienił, bo musiał dopasować się do zupełnie innego trybu życia – w międzyczasie pojawiły się dzieci, ciężar mojej pracy przeniósł się na MLE, a zamiast kolejnej podróży do Paryża coraz częściej wybieram spacer po pustej plaży – to większość z Was słusznie zauważa, że w mojej garderobie rzadko pojawia się coś naprawdę zaskakującego. Rozumiem to i nawet się z tym zgadzam. Nie potrafię jednak założyć czegoś, w czym sama czuję się źle, tylko po to, żeby ktoś inny mógł powiedzieć, że w końcu zrobiło się ciekawie.

  To samo dotyczy biżuterii. Najlepsze kolczyki nie są dla mnie tymi, które robią największe wrażenie na zdjęciu. Są nimi te, które zakładam rano, a przypominam sobie o nich dopiero wieczorem. Jeśli coś trzeba zdejmować przed każdą normalną czynnością życiową, nasza relacja prawdopodobnie nie potrwa długo. Dobra rzecz powinna wejść w życie na tyle naturalnie, że po pewnym czasie przestaje być „contentem”, a staje się po prostu częścią codzienności.

  Może więc rzeczywiście nie jestem szczególnie dobrą influencerką w klasycznym rozumieniu tego słowa.  Jeśli rzeczywiście, choćby w niewielkim stopniu, mam wpływ na Wasze wybory, chciałabym korzystać z niego w taki sposób, żebym sama czuła się z tym dobrze. Nie brzmi to może jak wielka filozofia, ale w internecie nawet o takich banałach całkiem łatwo zapomnieć. 

 

*  *  *

  Moje kolczyki o czystej i nowoczesnej formie są z Bubble od YES. Nie posiadają żadnej ostrej krawędzi, także przy zapięciu, dzięki czemu właściwie nie czujemy, że je nosimy.