
Wpis powstał we współpracy z Newby Teas, Aruelle, Apimelium, Embryolisse i wydawnictwem PWN, a także zawiera lokowanie marki własnej.
Październik to miesiąc moich urodzin, a więc teoretycznie czas, w którym wypadałoby wyciągnąć wnioski i podzielić się kilkoma życiowymi mądrościami. W praktyce kolejne lata uczą mnie przede wszystkim ostrożności wobec ludzi, którzy zbyt chętnie udzielają innym życiowych lekcji. Nie chciałabym więc dołączać do tego grona.
A może to błąd? Może w świecie, w którym coraz częściej łagodność uznawana jest za słabość, warto jednak się przełamać i odważniej mówić o tym, co uważamy za słuszne? Zwłaszcza gdy tak wielu ludzi bez najmniejszego skrępowania zabiera głos tylko po to, by powielać nieprawdę albo obrażać tych, którzy ośmielają się myśleć inaczej. Nie chodzi przecież o to, żeby na każdą opinię odpowiadać własną. Raczej o to, by w imię dobrego wychowania nie przemilczać spraw, które naprawdę mają znaczenie. Uprzejmość jest wielką zaletą, ale nie powinna być wymówką dla obojętności. Być może więc najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić z okazji kolejnych urodzin, jest wreszcie przestać mylić bycie miłą z obowiązkiem podobania się wszystkim. Zwłaszcza że, jak zdążyłam się już przekonać, tego drugiego i tak nie da się osiągnąć.
Mam jednak nadzieję, że mimo tych nieco bardziej stanowczych niż zwykle wynurzeń nadal macie ochotę, aby tu ze mną zostać. W końcu znamy się już na tyle długo, że chyba już dawno przeszłyśmy z trybu "zdystansowanej uprzejmości" do bardziej zażyłej (a tym samym szczerszej) relacji.
A teraz, skoro urodzinowe przemówienie mamy już za sobą, zapraszam na małe podsumowanie października i całkiem sporo dowodów na to, że poza sprawami, które zaprzątają nam głowę, życie toczy się również swoim zwyczajnym rytmem. A jesień – w swojej najpiękniejszej odsłonie – jest dla tej codzienności idealnym tłem.

Gdyby ktoś zapytał mnie, dokąd chciałabym wybrać się tej jesieni, Anglia pewnie nie byłaby moim pierwszym wyborem. Nie wdając się w szczegóły, tak się jednak złożyło, że właśnie tam wylądowałam. I uznałam, że to dobry moment, żeby przyjrzeć się bliżej krajowi, który w ostatnich latach przeżywa prawdziwy renesans na małym ekranie. „Dżentelmeni”, „Strefa gangsterów”, „Kulawe konie” — brytyjskich seriali, od których trudno się oderwać, nie brakuje. Co ciekawe, ich twórcy wcale nie próbują przekonać nas, że Anglia jest krainą ludzi o nienagannych manierach i równie nieskazitelnych intencjach. Wręcz przeciwnie. Za fasadami imponujących rezydencji kryją się szemrane interesy, a przedstawiciele wyższych sfer mają zaskakująco niskie standardy moralne. Brytyjczycy doskonale wiedzą, jak wykorzystać własne dziedzictwo, ale coraz chętniej pozwalają sobie również z niego zakpić.

A teraz dom kobiety, która wiedziała o angielskiej hipokryzji niemal wszystko. Nawet jeśli dziś kojarzy nam się z kwintesencją tradycyjnej Anglii.
Zestaw na angielską wieś, muzeum The Wallace Collection, dom Jane Austen i wszystko, co pomiędzy. Moja marynarka z szalikiem i satynowe spodnie to oczywiście MLE.
1. Przechodzę przez furtkę i wkraczam do epoki georgiańskiej. Jedyny słuszny podkład muzyczny do tej sceny to "Dawn" z ekranizacji "Dumy i uprzedzenia". Prawda? // 2. Nie wierzę! Naprawdę jestem w domu Jane Austen w Chawton w hrabstwie Hampshire. To tu napisała swoje najsłynniejsze powieści. // 3. Wyprzedzała czasy, w których żyła. W swoich powieściach dawała bohaterkom to, co dla kobiet na przełomie XVIII i XIX wieku wcale nie było oczywiste: miłość, bezpieczeństwo, stabilność – i luksus nad luksusy – możliwość dokonywania swojego wyboru. Stworzyła dla swoich bohaterek życie, którego sama nie miała. // 4. Nigdy nie wyszła za mąż, nie doczekała się też ani wielkich pieniędzy, ani sławy. A dziś uznana jest za jedną z najznakomitszych pisarek w historii. //
Elisabeth, śpisz jeszcze?
Podobno to przy tym biurku Jane pisała swoje powieści.
Gdy jesteś w tym wieku, w którym wycieczka do domu pisarki z przełomu XVIII i XIX brzmi lepiej niż najlepsza impreza.
A tu już słynne The Wallace Collection i "Huśtawka" autorstwa Fragonarda. Rokoko nigdy nie będzie moją ulubioną epoką, ale niech ten obraz będzie małym wyjątkiem. Na pierwszy rzut oka: sielanka. W rzeczywistości – obraz pełen erotycznych aluzji i dyskretnych znaków. Samo zamówienie brzmiało mniej więcej tak: moja kochanka na huśtawce, ja poniżej, z widokiem pod jej suknię, a huśtawkę popycha… biskup. Dla Fragonarda było to chyba o jedną fantazję za dużo, więc biskupa zamienił na starszego pana. W każdym razie nie wiem, co oni mieli wtedy w głowach, ale patrząc na ten obraz ma się wrażenie, że nie mogła tego stworzyć ręka człowieka.
Pudding bananowy tak dobry, że cofam (część) rzeczy, które mówiłam o angielskiej kuchni.
W żadnym innym europejskim mieście nie odczułam tak wyraźnie przywiązania do dawnej hierarchii i ceremoniału. I nie piszę tego w żadnym wypadku z zachwytem. Jest coś absurdalnego w tym, jak bardzo Londyn pozostaje wierny swoim klasowym tradycjom. W niektórych restauracjach człowiek ma wrażenie, że za chwilę pojawi się lord, któremu trzeba będzie nie tylko otworzyć drzwi, ale i oznajmić jego przybycie.
Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas tradycyjnego "afternoon tea". Cały ten ceremoniał obserwowałam z zainteresowaniem, ale też z rosnącym przekonaniem, że niektóre przyjemności mogą stać się utrapieniem, jeśli wymagają aż tylu zasad. Na pewno pozwala to potem docenić powrót do flanelowej piżamy i jedzenia kanapek w łóżku, krusząc przy tym na świeżo zmienioną pościel. Najwyraźniej nie każdego da się uszlachetnić.
No dobrze, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie było pięknie!
No i przetestowałam nasze puchówki na wietrznych wzgórzach. I dalej potwierdzam, że są najlepsze na świecie.
Jednak dzwony, a nie rurki ;).
No i koniec! Skończyło się rumakowanie. Kierunek: lotnisko Stansted.
Nie wiem, co się wydarzyło, że w końcu znalazłam czas, aby pójść z koleżankami na pilates (mój pierwszy raz w życiu). I w to w piątek rano!
Aaaaa, już sobie przypomniałam. Bo mam urodziny! Dziękuję Gosi i Asi za to, że mogłam przez chwilę żyć jak prawdziwa influencerka ;).
1. Godzina ćwiczeń i zakwasy przez tydzień. // 2. Jesień w takich dresach? W MLE udowodniłyśmy, że satynowe spodnie nie muszą mieć w sobie poliestru. //
I te jedyne w swoim rodzaju polskie przyjemności. Z wieloma rzeczami chętnie się z Wami dzielę, ale moje grzybowe punkty pozostawię póki co dla siebie ;).
Moja mina, gdy okazuje się, że w poniedziałkowy wieczór mam trochę czasu dla siebie. Nie chcę eskalować jednego z największych narodowych konfliktów tej jesieni, ale nie mogę się powstrzymać, aby nie zapytać: "Lalka" kinowa czy netflixowa? 
Portosiku nasz kochany. Czy Ciebie kiedyś coś powstrzyma przed gonitwą za jedzeniem?

1. Publikuję ostatnio z częstotliwością kwartalnika, więc teoretycznie każda rzecz, którą tu wrzucam, powinna być starannie wyselekcjonowana. Słuszna teoria, więc może dziwić, że po miesiącu znowu pokazuję ten sam przepis na chlebek bananowy. To nie dlatego, że nie mam nic ciekawszego do pokazania (chociaż to też jest możliwe). To w sumie Wasza wina, bo przez ostatnich kilka dni zasypałyście mnie zdjęciami swoich chlebków bananowych, które wyszły idealnie. // 2. Muszę przyznać, że rola influencerki kulinarnej jest niezwykle wdzięczna. Człowiek miesza banany z mąką, a potem przez tydzień dostaje dowody swojego wpływu społecznego. // 3. A więc jakie są Twoje plany na niedzielny wieczór? Domowe ciasto, "Lalka" i kołdra. Przepis znajdziecie tutaj. // 4. Dziś do Netflixa, a jutro do szkolnego lunchboxa.
Portos ewidentnie poczuł "Łęcka vibe".
1. Wstałam o szóstej rano, objechałam z Asią połowę Warszawy i marzę, aby teraz pójść do koleżanki na najlepszą pumpkin spice latte w stolicy. // 2. Taki spokój na zdjęciu i w ogóle nie widać, że lada moment i spóźnimy się na pociąg powrotny. // 3. Asia i nasz najdelikatniejszy sweter dla tych, których wszystko gryzie. 4. Październik w kubku. //
Bo moje dłonie to też jesieniary.
Październik jest dla wełnianych swetrów, brązów, chlebka bananowego i gorących naparów.
W październiku można było zobaczyć nasz giga sweter w witrynie Lui Store na ulicy Mokotowskiej. Teraz sweter rusza dalej w trasę.
1. Ta jedna odnaleziona belka idealnej wełny, dzięki której możesz doszyć kilka sztuk ukochanej marynarki (niestety zdążyła się ponownie wyprzedać). // 2., 3. i 4. Ale chociaż w Warszawie naszego gigaswetra już nie ma, to wciąż możecie się wybrać do Lui, aby zobaczyć nową kolekcję MLE.
Gdy stwierdzasz, że jednak nie zapłacisz 150 złotych za pięciominutowy kurs taksówką z dworca do hotelu, dzięki czemu zyskujesz wcześniejszy dostęp do halloweenowych wrażeń.
Wciskamy hamulec i wracamy do trójmiejskiego tempa, domowego jedzenia i Librusa.
Gdyby szara jesień była swetrem, to wyglądałaby właśnie tak.
1. Ciepła zupa na stole stygnie, ale nie mogę się powstrzymać. Czytanie i jedzenie jednocześnie to moje ulubione połączenie. // 2. Paryski tłum sprzed 150 lat autorstwa Moneta („Bulwar Kapucynów”). //
Francja nie przeżywa obecnie najspokojniejszego momentu w swojej historii. Chociaż gdy zajrzymy do albumu „Francja. Śladami wielkich artystów”, szybko okaże się, że spokój nigdy nie był szczególnie mocną stroną tego kraju. Na szczęście sztuka ma tę przewagę nad polityką, że do wielu jej najciekawszych momentów można wracać z prawdziwą przyjemnością. A patrząc na biografie niektórych artystów, trudno oprzeć się wrażeniu, że Francuzi od zawsze mieli szczególny talent do robienia zamieszania. Nie tylko na płótnie.
1. „Loża w Théâtre des Italiens” z 1874 roku to dzieło Evy Gonzalès, jednej z nielicznych kobiet, którym udało się zdobyć uznanie w zdominowanym przez mężczyzn świecie XIX-wiecznego malarstwa. Artystka była uczennicą Édouarda Maneta, ale z czasem wypracowała własny styl. Na obrazie uchwyciła scenę z paryskiego teatru, który w tamtych czasach był nie tylko miejscem obcowania ze sztuką, ale również okazją do zaprezentowania się towarzystwu. // 2. Okładka. To jeden z najciekawszych albumów o sztuce, jaki trzymałam w dłoniach.
„Francja. Śladami wielkich artystów” to coś pomiędzy albumem o sztuce, książką podróżniczą a przewodnikiem po miejscach, w których powstawały jedne z najsłynniejszych dzieł świata. Od przedrewolucyjnego Wersalu i dworu Marii Antoniny, przez Prowansję Cézanne’a i Van Gogha, aż po francuską Riwierę Picassa. PWN postawił też na naprawdę wysokiej jakości oprawę.

A Ty co się tak głupio uśmiechasz i udajesz, że nie wiesz, o co chodzi?

Jesień oczami Van Gogha. „Boulevard de Clichy” z 1887 roku przedstawia jedną z ulic Montmartre, którą malarz dobrze znał z codziennych spacerów. Zanim przeniósł się na południe Francji i zaczął malować swoje słynne słoneczniki, przez dwa lata mieszkał w Paryżu, gdzie odkrywał zupełnie nowe podejście do koloru i światła.
1. Mówię Wam, Dziewczyny, czarna góra i białe spodnie to jest top zestaw forever. Staramy się pokazać w MLE, że to połączenie może być ciekawe, jeśli trochę pobawimy się proporcjami i fakturami. // 2. Ten moment, w którym narzekasz na pogodę, dzięki czemu wydaje Ci się, że nie masz większych problemów. //
Tak, tak, tak. W MLE pojawi się jeszcze kilka pięknych nowości.
"Proszę Państwa, właśnie nadeszło załamanie pogody" – moje ulubione zdanie tego tygodnia.
Październik to czas, kiedy nawet najbardziej zagorzali zwolennicy kuchni śródziemnomorskiej zaczynają szukać pocieszenia w kotlecie z ziemniakami. To idealne danie po długim spotkaniu w urzędzie skarbowym.
1. Jak ja czekałam na to zimno od wiosny! // 2. My z kawą. Na świeżym powietrzu, a nie przy komputerach. Monika, co się z nami dzieje?? // 3. Dodałam to zdjęcie do wpisu i przypomniałam sobie, że już miesiąc temu miałam powiesić te zdjęcia na ścianie. // 4. Książka, która zmieniła mój sposób patrzenia na świat. Polecałam ją już parę lat temu, ale może któraś z Was przeoczyła. Polecam! //
Mam od MLE wszystkie możliwe wełniane dodatki, więc może dlatego tak się cieszę na niższe temperatury. Mamy czapki, kominiarki, chustki, eleganckie kapturki z szalikiem, rękawiczki – wykonane z pięknej, lśniącej przędzy (65% super kid moher). Można się tym wszystkim owinąć i cieszyć się wiatrem i deszczem.
Uwielbiam ten pielęgnacyjny minimalizm na hotelowej półce w łazience, gdy zapomnę spakować kosmetyczki.
Rozstępowanie po szalonym galopie (przynajmniej dla mnie, bo Hermes to się chyba nawet dobrze nie obudził).
Folwark Jackowo. Magiczne miejsce, w którym uczą i jazdy, i miłości do koni.
W październiku chciałyśmy, aby nasze wełniane akcesoria w kolorze różowym zmotywowały Was do badań. I nieskromnie powiem, że chyba się udało.
1. Gdy o szesnastej robi się ciemno, trudno znaleźć powód, żeby wyjść z domu. Na szczęście znalazłam kolejny powód, żeby w nim zostać. Wiecie co z tego powstanie? Coś, co będzie mi przypominać o mojej miłości do sztuki. // 2. Gdy po piętnastu minutach biadolenia, że na pewno zapomnieli wpakować tego klocka do Twojego zestawu, znajdujesz go jednak w misce psa. //
W październiku przez kilka wieczorów mogłam pobawić się w impresjonistkę. Z instrukcją, rzecz jasna.
Nowa formuła kremu Embryolisse pomaga mi zminimalizować używanie pudru. Lait-Crème Matifiant jest z kultowej rodziny kremów Lait-Crème o lżejszej formule stworzonej z myślą o skórach tłustych i mieszanych. Jego formuła, tak jak w przypadku oryginalnego Lait-Crème Concentre świetnie sprawdza się jako krem nawilżająco-odżywczy na co dzień, ale też na przykład jako baza pod makijaż. Formuła Sebum-Control pomaga redukować nadmiar sebum i zapewnia lekko matowe wykończenie (do tego jest aż w 99% naturalny i wegański).
Z kodem MLE20 moje Czytelniczki dostaną -20% na całe zamówienie na oficjalnej stronie Embryolisse (kod nie łączy się z innymi ofertami i zestawami).
Skorzystajcie z kodu, jeśli szukacie też innych nawilżających produktów na jesień – marka Embryolisse ma proste, ale ładne opakowania, które nie kłują w oczy, gdy rozpanoszą się po mieszkaniu.
Gdy nadchodzi już piękny jesienny wieczór i na światłach przypominasz sobie, że jutro jest kiermasz w szkole, na który miałaś przygotować pączki.
Dzień dobry w kolejny październikowy poniedziałek. Póki co wszystko idzie zgodnie z planem. Szkoda tylko, że nie z moim.
W październiku zdarzały się momenty, kiedy granica między ubraniem domowym a piżamą stawała się naprawdę niewyraźna. Podejrzewam, że to skutek zbyt częstego obcowania ze środowiskiem informatyków, w którym pojęcie biurowego dress code'u ma dość umowny charakter. Dziś nie mogę jeszcze zdradzić szczegółów, ale jeśli w listopadzie uda nam się doprowadzić pewien projekt do końca, poczuję się chyba jak Elon Musk. Na razie z branży technologicznej zapożyczyłam przekonanie, że do pracy z domu nie trzeba się specjalnie przebierać.
Flanelowa piżama od Aruelle, w brązową kratę, jest wykonana w 100% z bawełny. I chociaż nie zamierzam przekonywać, że odpowiednia piżama odmienia życie, to w tej wyjątkowo miło było mi odkrywać wszystkie te rzeczy, na których (jeszcze) kompletnie się nie znam. Z kodem KASIA20 możecie otrzymać 20% zniżki na cały asortyment Aruelle (z wyjątkiem kart podarunkowych i nie łączy się z innymi promocjami). Kod działa do końca listopada.
Gdy przez okno widzisz kogoś, kto łudząco Ci kogoś przypomina…
Zgadnijcie kogo.
Tak, to naprawdę kawałki migdałów, a nie jakieś bliżej nieokreślone drobinki, którym producent postanowił przypisać orzechowy smak. Lubię, kiedy po otwarciu puszki można zobaczyć coś więcej niż obietnice z etykiety. W przypadku tej herbaty od Newby Teas warto jednak zwrócić uwagę nie tylko na dodatki. Jej podstawą jest Assam z drugiego zbioru (second flush), pochodzący z doliny Brahmaputry w Indiach. To właśnie ten zbiór ceniony jest za głęboki, słodowy smak i wyrazisty aromat.
Newby Teas podchodzi do produkcji herbaty z niemal aptekarską dokładnością. Liście zbierane są ręcznie w najlepszym okresie sezonu, a następnie trafiają do specjalnego centrum w Indiach, gdzie kontroluje się temperaturę i wilgotność, aby nie straciły swojego aromatu. Marka zleca też niezależnemu laboratorium badania herbat pod kątem setek substancji, w tym pozostałości pestycydów.
1. Gdy masz "matchy matchy outfit" z własnym psem. // 2. Największe herbaciane zagrożenie? Przyzwyczaiłaś się do tej dobrej jakości i teraz nie chcesz już pić tych z supermarketu. // 
Jesienny zestaw ratunkowy. Z kodem KASIA20 otrzymacie 20% zniżki na cały asortyment w Newby Teas (z kodu możecie korzystać do 20 listopada).
Coś tam wyżej wspominałam o czarno-białych połączeniach. Tutaj nasza kurtka, w której wygląda się jak Kaia Gerber, i nasze spodnie o kroju barrel (jeśli się wahacie, to wybierzcie większy rozmiar).
Gdy jesteś tą mamą, która ma dwa oblicza: przed szkołą i po szkole.
No kto pamięta? Ta książka ma więcej lat niż Instagram, Facebook, a nawet GaduGadu (R.I.P.).


O Miodowej Paczce pisałam już tyle razy, że jej ponowne przedstawianie zaczyna przypominać zapoznawanie ze sobą osób, które od lat spędzają wspólnie święta. Ale różnica jest taka, że miody się zjada i trzeba je domawiać, gdy się skończą, więc przypominanie o tym ma nieco większy sens. Z kodem MLE otrzymacie 5% rabatu na zamówienie w Apimelium. To dobra okazja, aby zrobić słodkie zapasy.

Mieszanka na wszystkie jesienne smutki.
My już testujemy naszą kolekcję rodzinnych swetrów. W składzie 100% wełny merynosowej.
A oto cały przepis na kultowe "Jeżyki Sowy Przemądrzałej":
Składniki:
50 g margaryny (zmieniłam na masło)
50 g cukru pudru (ja daję 30 g)
75 g płatków kukurydzianych
2 łyżki lejącego się miodu
2 łyżki kakao (ja dałam czekoladę w proszku)
garnek
drewniana łyżka
półmisek
16 papierków do ciastek
Do garnka włóż cukier puder, margarynę, kakao i miód. Trzymaj na małym ogniu, cały czas mieszając, aż wszystkie składniki wymieszają się ze sobą. Zgaś gaz, wsyp płatki kukurydziane i dobrze wymieszaj. Papierki do ciastek ułóż na półmisku. Garnek postaw obok na ognioodpornej podstawce. Łyżeczką do herbaty nakładaj jeżyki do papierków. Drugą łyżeczką możesz sobie pomóc zdejmować je z łyżeczki. Włóż do lodówki, aby trochę stwardniały.

Jeśli myślicie, że większość tych jeżyków zjadły dzieci, to jesteście w błędzie. Oczywiście, że zjadłam je ja.
Gdy chcesz wyglądać elegancko, ale cały dzień siedzisz w domu.

Kiedy ktoś nakręci film, który pokaże piękno polskiej jesieni? Marzy mi się jakiś odpowiednik "Masz wiadomość", ale z Sopotem w roli głównej.

Gdy cieszysz się, że jest okazja i jednocześnie myślisz już o piżamie (ta jedwabna bluzka jest od Kazara). 
Czy to oznacza, że od teraz będę codziennie oglądać świąteczne reklamy w telewizji? Macie jakieś sposoby, aby media nie zdetonowały u Was za szybko świątecznego nastroju?

Jeszcze tylko kilkanaście dni i cały nasz zespół MLE będzie mógł odpocząć przez chwilę od programowania i siedzenia przy komputerze. Taką przynajmniej mamy nadzieję ;).
Suzanne Valadon, autorka tego obrazu z 1912 roku, do dziś bywa opisywana przede wszystkim przez pryzmat swoich kochanków, skandali i znajomości ze sławnymi malarzami. Była muzą Renoira, kochanką Erika Satiego, matką Maurice’a Utrilla. A przecież przede wszystkim sama była niezwykłą artystką. Z czasem całe bogactwo czyjegoś życia potrafimy sprowadzić do kilku najbardziej kontrowersyjnych historii. Nie dlatego, że były najważniejsze, ale dlatego, że wzbudzały największą ciekawość. Może więc warto zachować pewien dystans do tego, co myślą o nas inni. I robić swoje. (Obraz pochodzi z książki "Francja. Śladami wielkich artystów".)
Dni są coraz krótsze, ale ten wpis wyszedł mi zaskakująco długi. Mam nadzieję, że ten przegląd października umilił Wam choć kilka minut listopada. Dziękuję za Waszą obecność :*.
* * *
