Wpis zawiera lokowanie marki własnej.
O obecności na ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich raczej nie mam co marzyć. Na szczęście, nikt nie zabrania ścigać ognia olimpijskiego — atrakcja ta, o ile akurat przebywa się we włoskich górach, kosztuje dokładnie tyle co nic. Tak się złożyło, że do Cortiny nie miałam daleko, mogłam więc przez chwilę poczuć namiastkę sportowego ducha, mimo że do pierwszych zawodów jeszcze trochę czasu.
Cortina d’Ampezzo w przeddzień Igrzysk wygląda dokładnie tak, jakby nie miała zamiaru niczego udowadniać. Owszem, widać pewne poruszenie — reklamy sponsorów pojawiają się tu i tam, a kamery czujnie obserwują rynek — ale jednocześnie daje się odczuć, że gospodarze czynią światu uprzejmość, udostępniając na zawody swoje ukochane miasteczko.
Nieśpieszne ustawianie dekoracji, godzinne opóźnienie każdego punktu programu oraz brak komunikacji z setką dziennikarzy, którzy — dokładnie tak jak my — próbują odnaleźć sportowców niosących ogień, są jedynie potwierdzeniem, że Włosi zamierzają przeżyć tę wielką sportową imprezę we własnym stylu. Stylu, który zakłada, że pośpiech jest podejrzany, a improwizacja bywa cnotą.
A skoro już mowa o stylu — Cortina nie ma sobie równych, jeśli chodzi o zimową modę. Spacerując Corso Italia, głównym deptakiem miasteczka, natrafiłam na lokal idealny dla MLE. Z czystej ciekawości zadzwoniłam pod podany numer i zapytałam o wysokość czynszu. Pozostawiam to pytanie otwarte: czy polska marka miałaby szansę w sąsiedztwie Prady i Loro Piany? Cortina z całą pewnością ma wymagających klientów, ale śmiem twierdzić, że akurat z tym dobrze sobie w MLE radzimy.
Ale przejdźmy do rzeczy. Niezależnie od tego, czy planujecie wizytę w Cortinie w najbliższym czasie, czy zamierzacie oglądać igrzyska z kanapy, zapraszam Was do poznania kilku zaskakujących faktów o mieście, które — choć niewielkie — od dekad z zadziwiającą łatwością mieści w sobie cały olimpijsko-zimowy czar.

Nowy tor bobslejowy — Eugenio Monti Sliding Centre — wyrasta dokładnie w tym samym miejscu, w którym stał poprzedni olimpijski tor. Nazwano go imieniem zawodnika, który nie zdobył złota w 1964 roku, choć mógł — bo zamiast gonić za zwycięstwem, pożyczył rywalom potrzebny element bobsleja, pozwalając im wygrać i jednocześnie zyskując pierwszy w dziejach Pierre’a de Coubertin Fair Play Trophy. Jak łatwo się domyślić, ten gest przyniósł mu większą sławę niż jakiekolwiek trofeum.
No i nie ma tego złego — cztery lata później w Grenoble zdobył wreszcie złote medale zarówno w dwójkach, jak i w czwórkach, przypominając światu, że można być zarówno uprzejmym, jak i szybkim.

Cortina była pierwszym miastem w historii, które pokazało zimowe igrzyska w telewizji — w 1956 roku. Może to dlatego ma się wrażenie, że Cortina od zawsze wygląda trochę jak wymarzony plan filmowy?
Ja wiem jedno — rozpoczęcie tegorocznej Olimpiady będę oglądać siedząc na własnej kanapie, ubrana sweter Arosa.

Architektura Cortiny jest inna niż w większości alpejskich kurortów, bo przez wieki była bardziej związana z Wenecją niż z Tyrolem (stąd jasne fasady, loggie, proporcje kamienic, ekstrawaganckie, jak na górską miejscowość zdobienia). Cortina świetnie wygląda na zdjęciach, bo miasto jest niskie, jasne i zwarte — nie ma tu wieżowców ani agresywnych kontrastów. Strzeliste skały wychylają się dosłownie z każdej strony. Góry zamykają kadr jak naturalna scenografia, której nie da się źle skomponować.

Hotel de la Poste w samym sercu Cortiny d’Ampezzo to coś więcej niż czterogwiazdkowy adres w alpejskim kurorcie. To instytucja z duszą, której historia sięga XIX wieku, gdy budynek pełnił funkcję poczty i zajazdu dla podróżnych przekraczających Dolomity. Z czasem stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych hoteli regionu — i nieformalnym salonem artystów, pisarzy oraz bywalców europejskiej bohemy.
Wśród nich był Ernest Hemingway, który zatrzymywał się tu kilkukrotnie. Jedna z hotelowych przestrzeni do dziś nosi miano Hemingway Room i przypomina, że pisarz chętniej niż na stok wybierał barowe rozmowy i długie wieczory przy whisky. Według lokalnych anegdot, pierwsze dni w Cortinie spędzał raczej na obserwacji ludzi i krajobrazu niż na nartach, co w jego przypadku nikogo szczególnie nie dziwiło.

Jak myślicie, ile kosztuje miesięczny najem takiego lokalu w Cortinie? I czy jest drożej niż na naszym Monciaku?

A tu spore rozczarowanie PR-owe. Miał być pop-up store marki The Frankie Shop „dla wszystkich, aż do czasu Igrzysk”, a jest łańcuch i plakietka, że do baru to trzeba iść naokoło. Niezbity dowód na to, że „wyhype'owane” marki i krótkotrwałe trendy do Cortiny nie pasują.

Niestety. Robiłam tyle zdjęć Cortiny, że w momencie, gdy mijali nas sportowcy niosący płomień, mój telefon był już wyładowany (doprawdy bardzo profesjonalny dziennikarz sportowy ze mnie). Na szczęście, japoński fotograf, który wraz ze mną czekał na zawodników, powiedział mi, że płomień krąży po miasteczku cały czas i wieczorem znów będzie można go zobaczyć.

Na pocieszenie jedno z tysiąca, nikomu niepotrzebnych zdjęć Tiramisu. (Dobrze czasem ogrzać się w kawiarni i dowiedzieć się, że Ogień Olimpijski będzie obok nas za jakieś trzy minuty.)

Czy Wam też chce się płakać w takich momentach? Olimpijski ogień wrócił do Cortiny po 70 latach. I nieśli go ci sami zawodnicy, co w 1956 roku. Niezbity dowód, że Cortina się nie starzeje – jej historia po prostu zatacza koło.

A co z jedzeniem? Moje ulubione i absolutnie wyjątkowe miejsce to San Brite (raz w życiu móc spróbować ich makaronu o smaku lasu iglastego, to już jest szczęście!). Dla wszystkich, którzy nie mają w zwyczaju rezerwować stolików, polecam 5 Torri w samym centrum (to jedno z niewielu miejsc w Cortinie, do którego można po prostu stanąć w kolejce).



A tu regał ze swetrami w butiku Duca di San Giusto. Cortina skutecznie opiera się napływowi chińskich produktów. 
Jeśli zaś komuś potrzeba dodatkowego dowodu na ponadczasowość Cortiny, wystarczy przypomnieć sobie jeden z najlepszych filmowych portretów Dolomitów — „Tylko dla Twoich oczu”. To właśnie tu James Bond przemierzał lodowe szczyty, udowadniając, że Cortina doskonale radzi sobie zarówno w roli olimpijskiej gospodyni, jak i spektakularnej scenografii. Nie zmienia się wiele: góry wciąż robią swoje, historia wraca, a Cortina — jak zawsze — gra samą siebie.
* * *




komentarze 3
Mieliśmy tam jechać na narty w tym roku, ale przypomniało mi się że właśnie będą igrzyska, więc nie ma co się pchać: tłum, lans, wyciągi w sumie starodawne. Po tym poście utwierdziłam się że dobrze zdecydowałliśmy. Jest wiele innych fajnych mniej snobistycznych miejsc dla narciarzy.
dodany przez Magdalena @ 29 stycznia 2026 o 14:31. #
Uwielbiam Twoje relacje z Dolomitów! Piękne miasteczko z tej Cortiny, trzeba będzie kiedyś odwiedzić. Liczę na jeszcze więcej kadrów w Last Month:)
dodany przez Magda @ 29 stycznia 2026 o 14:55. #
Czy zdjęcie 5 od dołu to kopiec masła?
dodany przez Ania @ 29 stycznia 2026 o 19:19. #