If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

If you are interested in advertisment on the site about interiors, send the message here:

Jeśli chciałbyś wykupić reklamę na blogu poświęconym wnętrzom to napisz tutaj:

[email protected]

“Breakfast at Tiffany’s” – the best film of previous century

"Śniadanie u Tiffany'ego" jest przykładem kultowego filmu, który trzeba obejrzeć. Myśląc o "Śniadaniu u Tiffany'ego", nie pamiętamy o fabule (tak naprawdę chyba nie wszycy widzowie zorientowali się, że jest to historia "pani do towarzystwa" i nieprzystosowanego utrzymanka), chociaż o świetnej reżyserii Blake'a Edwards'a możnaby wiele napisać. Przed oczami pojawiają nam się konkretne obrazy, które przez lata ukształtowały w głowach milionów kobiet stereotyp idealnego kobiecego świata. 

Co w tym filmie wywołuje ten nostalgiczny uśmiech i powoduje, że jest on jedyny w swoim rodzaju?

1. Audrey Hepburn 

Chyba nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której to nie Audrey dostałaby rolę Holly Golightly. A przecież autor książki, na podstawie której powstał film – Truman Capote – wymarzył sobie w tej roli Marilyn Monroe!

2. Hubert de Givenchy

A raczej stylizacje, które stworzył na potrzeby filmu. Do dziś ideałem elegancji i szyku jest Audrey Hepburn w czarnej sukience jego projektu. 

3. Tiffany

Miejsce, o którym wiemy, że istnieje, ale nikt z nas w nim nie był :). Ja też nigdy nie znalazłam się nawet w jego pobliżu. Tiffany jest symbolem luksusu, którego tak naprawdę nie potrzebujemy, ale kto z nas o nim nie marzy?:)

4. Moon River

Audrey Hepburn z mokrymi włosami zawiniętymi w ręcznik, grająca na gitarze i śpiewająca piosenkę Moon River to jedna z najpiękniejszych scen w całej kinematografii. Zresztą zobaczcie sami – spojrzenie George'a Pepparda mówi wszystko:)

5. Kot

Bezimienny rudy kot jest jednym z kluczowych bohaterów. W finałowej scenie na nim skupia się cała nasza uwaga – widok przemoczonego kocura jest niezawodny w wyciskaniu łez. To właśnie on uświadamia Holly Golightly, że przez życie nie może iść całkiem sama…

Follow my blog with bloglovin!

Devil Wears Zara ;)

While transferring photos for the latest look, due to appear on my blog sometime soon, I came across my own portrait which reminded me of the very characteristic style of a certain lady of influence in the fashion world – Anna Wintour, the editor of the American edition of Vogue.

W trakcie przegrywania zdjęć do kolejnej stylizacji, która pojawi się na blogu lada dzień, natknęłam się na swój portret, który skojarzył mi się z bardzo charakterystycznym stylem pewnej wpływowej w świecie mody pani.

Anna Wintour, bo o niej oczywiście mowa, to naczelna amerykańskiego Vogue'a.

Jej postać obrosła już licznymi legendami w świecie mody. Niektórzy uważają, że maltretuje swoje pracownice, ma niebywałe zachcianki, a ciemnych okularów używa tylko dlatego, by ukryć swoje diabelskie oblicze (bez odpowiedniego kamuflażu byłoby widać jej czerwone oczy). Nie mi oceniać, co jest prawdą, a co nie, chociaż na te rewelacje patrzę z przymrużeniem oka. Z informacji, do których dotarłam, wynika, że sama "naczelna" też nie bierze tego typu docinków serio. Na przykład na premierę filmu "Diabeł ubiera się u Prady", którego tytułowa bohaterka jest wierną kopią Wintour, z premedytacją wybrała kostium Prady:).

Filmowa adaptacja książki Lauren Weisberger zebrała świetne recenzje i rozsławiła naczelną Vogue'a jeszcze bardziej. Gorąco polecam ten film wszystkim fanom mody (chociaż pewnie większość z Was dobrze go zna).  To historia dziennikarki, która ma ogromne problemy z przeliterowaniem nazwiska Gabbana, nigdy wcześniej nawet nie zajrzała do "Runway'a" (filmowej wersji amerykańskiego Vogue'a), a jej znajomi uważają, że posadę w redakcji modowego czasopisma mogłaby dostać tylko w przypadku, w którym rozmowa rekrutacyjna byłaby przeprowadzona drogą telefoniczną. Mimo to zdobywa tę pracę, ale rzeczywistość okazuje się różna od oczekiwań. Jej obowiązki polegają głównie na usługiwaniu bardzo wymagającej Mirandzie Presley (Meryl Streep)…

Styl Anny Wintour nie zaskoczy Was. Redaktorka Vogue'a od wielu lat jest wierna klasyce i cielistym butom. Manolo Blahnik specjalnie dla niej co roku robi ten sam model cielistych sandałków. Wintour twierdzi bowiem, że w tym modelu butów jej nogi wyglądają najkorzystniej. 

Nieodłącznym elementem jej stylizacji są też kostiumy od Chanel oraz eleganckie sukienki. Wintour jest świadoma swoich wad – nie pokazuje zbyt szczupłych ramion ani dekoltu – bluzki zawsze mają chociaż króciutki rękawek, a od szyi zdradzającej jej wiek odwracają uwagę drogocenne naszyjniki. 

  Nawet przez bliskich znajomych Wintour jest uważana za chłodną i zdystansowaną, ale podobno ma to jej pomagać w zachowaniu prywatności i niezależności. Jak twierdzi Grace Coddington (dyrektorka kreatywna amerykańskiego Vogue'a), Anna celowo zaprojektowała swoje biuro w taki sposób, aby każdy, kto składa jej wizytę, musiał pokonać milę od drzwi do jej biurka. Faktem jest też to, że Wintour nie zgadza się, aby ktokolwiek jechał z nią windą, bo otwarcie przyznaje, że kurtuazyjne rozmowy to dla niej męczarnia. Nie ma też skrupułów, gdy w grę wchodzi dobro i prestiż jej gazety. Podobno przed sesją do nowego wydania miesięcznika nakazała schudnąć samej Oprah Winfrey i publicznie deklaruje, że woli zatrudniać szczupłe osoby. "Ważne jest dla mnie to, aby ludzie, którzy tu pracują, to znaczy w miejscu poświęconym modzie, posiadali prezencję, która da informację osobom z zewnątrz, że pracują właśnie w Vogue'u" (The Guardian, grudzień 2006).

Po takich informacjach trudno poczuć sympatię do Anny Wintour. Trzeba jednak przyznać, że utrzymuje się na swoim stanowisku od 1988 roku. Najzwyczajniej w świecie jest dobra w tym, co robi. Być może jest bezwzględna i swój sukces zawdzięcza dyktatorskim metodom, ale jedno jest pewne – Vogue to jedyna gazeta, na którą jestem w stanie wydać tyle pieniędzy, co na dobrą książkę. Ta pani ma w tym niewątpliwie swoją zasługę.

 :D

Follow my blog with bloglovin!

Make reading easier

Nie zawsze byłam molem książkowym. Powiem więcej, do czasu "Kamieni na szaniec", przeczytanych w czwartej klasie szkoły podstawowej, nie lubiłam czytać. Przebrnięcie przez "Janka muzykanta" było traumatycznym przeżyciem (chociaż pewnie pouczającym, ale nie skłaniającym do dalszych odkryć literackich), a "Krzyżacy" ułatwiali zasypianie szybciej niż szklanka ciepłego mleka. Całe szczęście, zaraz po wzruszającej książce Aleksandra Kamińskiego, mama zmusiła mnie do przeczytania Harry'ego Pottera, co przekonało mnie, że "gruba książka nie znaczy nudna książka". Lektury w liceum też zaczęły być bardziej znośne, a niektóre z nich, jak na przykład "Granica" Zofii Nałkowskiej, pomogły w obraniu dalszej drogi kształcenia. 

Mimo to powiem otwarcie – za mało czytam! I to nie z powodu braku doskonałych pozycji na rynku. Gdyby nie heroiczne wysiłki moich kochanych rodziców, to pewnie nie zaczęłabym  wielu wspaniałych książek, do których często wracam i z czystym sumieniem polecam Wam lub znajomym. 

Prawda jest taka, że do czytania często brakuje mi czasu lub motywacji. Jeśli jednak zacznę już coś czytać, to z całą pewnością to skończę, ale proces decyzyjny dotyczący otworzenia książki po raz pierwszy trwa niemiłosiernie długo. Wiem, że nie tylko ja mam taki problem. Według badania przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową w 2010 roku przeciętny Polak czyta pół książki rocznie.

Zamiast jednak straszyć Was resztą zatrważających statystyk, skupię się na powodach, dla których warto czytać i co zrobić, aby do dobrej książki zabierać się jeszcze chętniej niż do dobrego filmu. 

Dlaczego czytanie jest dobre?

Abstrahując od wymiernych wartości wynikających z czytania, takich jak szlifowanie języka, łatwiejsze formułowanie myśli, zwięźlejsze wysławianie się czy poprawienie gramatyki i ortografii (zwłaszcza u osób z dysgrafią i dysleksją, czyli między innymi u mnie:D) to nie ma lepszego sposobu na wyłączenie się z codziennych problemów niż wciągająca powieść. Dobra literatura potrafi oderwać naszą uwagę od przyziemnych spraw na długie godziny.

Każda przeczytana książka poszerza nasz zakres odczuwanych emocji i zwiększa naszą wiedzę o świecie. Kanadyjski psycholog Keith Otley twierdzi nawet, że czytanie rozwija nasze kompetencje społeczne. Dzięku literaturze jesteśmy bardziej empatyczni, bo utożsamianie się z bohaterami powieści ułatwia nam zrozumienie świata przeżyć innych osób. Dla niektórych z nas literaccy bohaterowie mogą stać się swoistego rodzaju wsparciem, utwierdzić nas w przekonaniu, że można wpaść w poważne tarapaty, ale także się z nich później wydostać. Sami przyznacie, że każdego z nas podnosi na duchu fakt, że czarodziej uczący się w Hogwarcie przeżywa w gruncie rzeczy podobne problemy i rozterki do naszych. 

Co zrobić, aby polubić czytanie?

Każdy musi trafić na "swoją" książkę. Nie ma tutaj uniwersalnej powieści lub algorytmu przypisującego konkretnej osobie pasujące dzieło. Zapewniam Was jednak, że gdy raz dacie się wciągnąć w świat Waszej wyobraźni, za każdym razem będzie Wam łatwiej zanurzyć się w kolejnej lekturze.

Mam swoje dwa "wabiki literackie", które nigdy mnie nie zawiodły. Każdemu panu zrażonemu do czytania przez "Lalkę" Bolesława Prusa  (według mnie jest to oczywiście rewelacyjna powieść, byłam nawet zafascynowana portretem psychologicznym Wokulskiego, ale doskonale rozumiem, że dla 18-letniego chłopaka mogła to być trauma nie do przejścia) polecam "Nie mów nikomu" Harlena Cobena. Mój chłopak także przeszedł przez "cobenowską" terapię i ku zdziwieniu wszystkich okazało się, że nie tylko lubi czytać, ale jest w stanie robić to bardzo szybko, jesli tylko dana pozycja będzie mu się wydawać interesująca. Ten kryminał jest po prostu piekielnie wciągający.

Nieprzekonane czytelniczki zachęcam z kolei do sięgnięcia po powieści Emily Giffin. Moja ulubiona książka jej autorstwa to "Coś pożyczonego". To naprawdę lekka, przyjemna i wcale niegłupia historia dwóch kobiet, z którymi każda z nas może się utożsamić. Warte polecenia są także inne jej pozycje; teraz zaczynam "Sto dni po ślubie" i jestem przekonana że się nie zawiodę.

Jeśli w żadnym wypadku nie ciągnie Was do powieści, proponuję przygodę z czytaniem rozpocząć od literatury popularno-naukowej lub stricte poradnikowej. Pamiętajcie: każda książka jest dobra!

Co robić, jeśli lubisz czytać, ale robisz to za rzadko ?:)

Mogę śmiało zaliczyć siebie do tej grupy. Uwielbiam czytać, a robię to tak rzadko. Być może w dzisiejszych czasach tempo życia i ilość zajęć powodują, że coraz trudniej znaleźć miejsce i czas na czytanie. W domu, zawaleni codziennymi obowiązkami, wolimy odprężyć się przed telewizorem, przy którym dodatkowo jesteśmy w stanie prasować i pomagać dziecku odrabiać lekcje. A do czytania potrzebujemy skupienia.

Pozostają nam więc te sytuacje, w których nie mamy do roboty nic innego : dojazd do pracy w autobusie i kolejce, wakacje czy okienka między zajęciami. Logistycznie jest to jednak dość skomplikowane. Niełatwo jest bowiem wozić ze sobą całą bibliotekę. Waga książek jest może trywialną wadą, ale wyczuwalną i to dosłownie. Zwłaszcza w damskiej torebce, w której od pewnego czasu poza portfelem noszę jeszcze laptopa, aparat, statyw i obiektyw na zmianę. Nic więc dziwnego, że w takim przypadku nawet chusteczki wydają mi się zbędnym balastem, nie mówiąć już o jakimś porządnym "tomidle". 

Postanowiłam więc pójść z duchem czasu i zaopatrzyć się w swój pierwszy  e-czytnik. Do tej pory spełnił swoje zadanie w 100% procentach. Po pierwsze mogę w nim mieć kilka książek jednocześnie (co w dobie tanich linii lotniczych jest istotną kwestią: nie trzeba będzie rezygnować z lektury ze względu na pojemność walizki), a po drugie waży tyle co nic, mogę go więc spokojnie nosić przy sobie przez cały dzień. Nie wiedziałam, czy będzie to udana inwestycja, w związku z tym, wybrałam najtańszy z dostępnych na rynku, do kupienia w Empiku:

http://www.empik.com/e-czytnik-trekstor-3-0,p1046129199,multimedia-p

Efekt jest całkiem wymierny: rozpoczęłam czytanie kolejnej książki ("Stulatek, który wyszkoczył przez okno i zniknął"). Za wcześnie jeszcze na stwierdzenie, że e-book radykalnie wpłynie na czytelnictwo książek (moje i Wasze), ale pierwsze doświadczenie jest naprawdę bardzo obiecujące!

 

Lisbeth Salander

Czy pamiętacie te niezwykle intrygujące tematy rozprawek, w których trzeba było się rozpisywać (na zdecydowanie za dużą ilość słów) na klasówkach z języka polskiego? Do dziś śni mi się po nocach arkusz w linie, z nakreślonym ołówkiem marginesem i mrożącym krew w żyłach sformułowaniem "Mój ulubiony bohater literacki. Uzasadnij swój wybór". Brrr… Gdybym cofnęła się teraz do czasów liceum, moja (niezwykle wyrozumiała) Pani od polskiego prawdopodobnie zbladłaby, gdybym postanowiła poświęcić pięć stron na opisanie osobowści wytatuowanej, nieprzystosowanej społecznie i cierpiącej na zespół Aspergera hakerki. Co nie zmienia faktu, że pewnie bym to zrobiła. Lisbeth Salander, bo oczywiście o niej mowa, to główna bohaterka trylogii "Millenium", napisanej przez szwedzkiego pisarza Stiega Larssona, a jednocześnie najbardziej intrygująca i zagadkowa postać, jaką udało mi się poznać od czasu, gdy nauczyłam się czytać.

Stawiam Lisbeth na podium w konkursie na najwybitniejszego bohatera akcji (zdetronizowała u mnie nawet Jamesa Bonda i Leona zawodowca), pomimo tego, że nie jest wybitnym strzelcem, kaskaderem, nie podkłada też bomb, ani nie morduje wszystkiego, co się rusza. Pomimo tego budzi niepojęty strach u wszystkich swoich wrogów, chociaż w swojej bezwzględności jest sprawiedliwa i zawsze broni słabszych. Prawdziwy Robin Hood naszych czasów, tylko że siedzący za komputerem.

Co mogę napisać o samej fabule? Pełno w niej zagadek i stale trzyma w napięciu. Brzmi sztampowo? To nieważne, bo już od pierwszego rozdziału, w którym pojawia się Salander, wiemy, że coś tu jest nie tak, że przecież głównym bohaterem musi być ten przystojny dziennikarz, więc dlaczego z wypiekami na twarzy czekamy na moment, w którym autor znowu wspomni o dziewczynie chociaż jednym słowem?

Ta trylogia, to kolejna pozycja, którą podsunęła mi moja mama. Nie wiem dlaczego, ale i tym razem byłam sceptyczna i zanim otworzyłam ją po raz pierwszy, przeleżała na moim biurku dobry miesiąc. Dodatkowo mama przestrzegła mnie, że prawdziwa akcja zaczyna się dopiero po trzysetnej stronie (???!!!), ale  biorąc pod uwagę gabaryty wszystkich trzech tomów (łącznie ponad dwa tysiące stron), to faktycznie, te trzysta stron można by spokojnie uznać za prolog. Ale ja Was proszę – nie zrażajcie się! Niewiele jest bowiem takich książek (jak do tej pory napotkałam na swojej drodze dwie: "Harry Potter" i "Władca pierścieni"), które z taką dbałością o szczegół, nie nużąc jednocześnie czytelnika, przedstawiają zupełnie inny świat, w którym za wszelką cenę chcielibyśmy grać chociaż najmniejszą rolę. Jednak, drodzy czytelnicy, muszę być z Wami szczera. Z całą pewnością historia genialnej hakerki i jej partnera Mikaela Blomkvista (utalentowanego, szwedzkiego dzienniakrza śledczego) – delikatnie rzecz ujmując – nie jest bajką dla dzieci. Ośmieliłabym się nawet stwierdzić, że nie polecam jej osobom poniżej osiemnastego roku życia (tyczy się to zarówno książki jak i filmu).

Długo wahałam się, czy pisać dla Was osobne recenzje dla poszczególnych części, a potem dla szwedzkiej filmowej adaptacji tej powieści, żeby pod koniec zakatować was jeszcze moimi wrażeniami po obejrzeniu amerykańskiego remake'u, na który możecie się teraz wybrać do kina (z Danielem Craig'iem ♥). Ponieważ na żadnym z tych dzieł się nie zawiodłam, to z czystym sumieniem polecam Wam wszystkie. Jednak jeśli nie uważacie czytania za mordęgę, to błagam – najpierw przeczytajcie książkę.

PS. Wiem, że jestem niekonsekwentna. Do ukochanych filmów francuskich z pewnością wrócę, żeby potem znowu namieszać i podzielić się z Wami wrażeniami na temat wciągającego, amerykańskiego kryminału, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie to niezorganizowanie:).