If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Najbardziej topowe i ekskluzywne elementy garderoby wszech czasów (i ich tańsze odpowiedniki)

   W historii mody pojawiło się kilka takich projektów, których sława przerosła najśmielsze oczekiwania ich twórców. Co sprawia, że kobiecy element garderoby, który miał jedynie zdobić swoją właścicielkę urasta do rangi symbolu, a jego wartość, mimo mijających lat, nie spada? Nie zawsze to wynik zabójczej ceny – aby zapisać się w świadomości fanek mody na dłużej niż jeden sezon potrzebna jest historia. Ikony stylu, które przez dziesięciolecia wylansowały najbardziej pożądane projekty musiały reprezentować sobą coś więcej niż tylko ładną buzię i zgrabną sylwetkę. Audrey Hepburn, Jane Birkin, Jackie Onasis, Lady Di – uwielbiamy je za to, że nosiły tylko to, co chciały i co pasowało do ich naturalnego stylu. A może to zasługa zmyślnych PR-owców?

    Dziś wybrałam dla Was kilka najbardziej topowych projektów wszech czasów oraz ich tańsze odpowiedniki. Wszystko w letnim klimacie, aby móc skorzystać z poniższych inspiracji w najbliższych tygodniach

Levi's 501 (wersja luksusowa) // Levis 501 // torebka Valentino // klapki – Flaterred // krem – La Mer // top – COS // marynarka – CO // 

 Niepozorne dżinsy, które zyskały popularność dzięki swojej funkcjonalności, a nie urodzie. Model 501” to najbardziej upragniony lumpeksowy łup, w sklepach internetowych często nie sposób załapać się na swój rozmiar. Podobno pasuje każdemu i przetrwa dziesięciolecia. 

Levi's 501 (wersja przystępna) // dżinsy – Pull&Bear // klapki – Vagabond // kosz – H&M // top – H&M // marynarka – H&M // 

Chanel (wersja luksusowa) // sukienka – Moye // zapach – Chanel // kolczyki – Chloe // książka – Kahlo Basic Art // marynarka – Saint Laurent // sandały – Flaterred // 

Klasyczna torebka Chanel to podobno najbardziej upragniony przez ifluencerki gadżet. Jedna  z niewielu rzeczy w świecie mody, która po latach użytkowania traci tylko 15% wartości i łatwo znajduje nowego nabywcę. Ale kto chciałby się z nią żegnać? 

Chanel (wersja przystępna) // torebka – Quazi // sandały – COS // spodenki – Reserved // body – H&M // kolczyki – Kopi // kardigan – H&M // 

Hermes (wersja luksusowa) // klapki – Hermes // książka – Choroba jako metafora Susan Sontag // sukienka – Cecilie Bahnsen // gumka – Moye // apaszka – Toteme // 

Klapki Hermes to najmłodszy z dzisiaj przedstawionych klasyków  – powstały zaledwie 23 lata temu. Ich wygląd miał w subtelny sposób nawiązywać do logo marki. Klapki szturmem zdobyły świat mody i nawet wieszczono już zmierzch ich popularności – kobiety zwariowały na ich punkcie, a jak wiadomo, gdy coś przez chwilę jest zbyt modne szybko wypada z obiegu. Od tego czasu minęło jednak juz parę sezonów i nic nie wskazuje na to, aby ich właścicielki chciały z nich zrezygnować. 

Hermes (wersja przystępna) // klapki – Mango // spódnica – ASOS // top – H&M // kosz- IBELIV // książka – Bauhaus Basic Art // 

Cartier (wersja luksusowa) // zegarek – Cartier // klapki – Jimmy Choo // sukienka – Eres // kapelusz – Zara Home // książka Nordic Garden Design //

Podobno inspiracją dla tego luksusowego zegarka był… czołg. Model Tank (najpierw w wersji męskiej) powstał ponad sto lat temu, a nadal jest jednym z najbardziej upragnionych gadżetów kobiet z wyższych sfer. Widziałam na własne oczy, że wersje używane można czasem dorwać za kilkaset dolarów, ale jego regularna cena naprawdę przyprawia o zawrót głowy. 

Cartier (wersja przystępna) // zegarek – Rotary  // top i spódnica – Reserved // koszula – Massimo Dutti // klapki – COS // 

 

 

LOOK OF THE DAY

simple summer dress / prosta sukienka – MLE Collection

sunglasses / okulary – Luvlou (model Estelle)

leather bag / skórzana torebka – Prada

shoes / buty – Hermes

   Poczucie komfortu, to jedna z tych rzeczy, które powinny dawać nam dobrze zaprojektowane ubrania. Pudełkowe sukienki są teraz dla mnie jak bezpieczna przystań – na tyle eleganckie by nosić je w mieście, a jednocześnie wystarczająco odkryte, aby wytrzymać w nich w upale. Dobrze, że już w zeszłym roku postanowiłyśmy uszyć je w dwóch kolorach, bo mam w czym wybierać. Widzę, że Wam też przypadły do gustu, bo zarówno czarna, jak i beżowa wersja właściwie już się wyprzedały. Może powróci w kolejnym sezonie w jasnej wersji? Co Wy na to?

W czym tkwi klucz do wnętrza miłego w użytkowaniu? I czy bałagan właśnie stał się modny? A czy może być ładny?

   Gdy usiadłam do napisania dzisiejszego tekstu, w Trójmieście w końcu spadł deszcz. Przez ostatnie kilka dni korzystaliśmy z pogody ile się dało i mało czasu spędzaliśmy w domu. Wszystkie kwestie związane z pracą starałam się zrobić jak najszybciej albo przenosiłam się z laptopem do kawiarnianego ogródka. Nie przejmowałam się kilogramem piasku w przedpokoju, który przytaszczyłam z córką z plaży (właściwie w przedpokoju był po prostu widoczny gołym okiem, ale pod stopami czułam go w całym mieszkaniu). Piwoniami, które przekwitły i się pomarszczyły czy narastającą stertą prania do zrobienia. W upały nasze mieszkanie zaczyna pełnić nieco hostelową funkcję, ale gdy tylko pogoda się załamie mam wielką ochotę znów poczuć ten przyjemny stan, w którym wiem, że moje ukochane cztery ściany będą dla mnie idealnym schronieniem.

    No dobrze, powinnam teraz wyskoczyć z paroma radami żony ze Stepford o tym, jak migusiem posprzątać mieszkanie, a później upiec ciasto używając tylko jednego palca u stopy. Ale nie o tym będzie ten wpis. Po pierwsze dlatego, że zarządzanie gospodarstwem domowym wygląda dziś zupełnie inaczej niż w Ameryce z lat pięćdziesiątych (i całe szczęście), a nawet w Polsce z początków XXI wieku. Przemiany społeczne, gospodarcze, estetyczne, technologiczne i oczywiście środowiskowe szybko uzewnętrzniają się właśnie w naszych gospodarstwach domowych. Ich wyłapywanie i obserwowanie to chyba najciekawsze zadanie z dziedziny socjologii – okazuje się, że to, co dzieje się na szczytach władzy, giełdzie, w muzeum sztuki nowoczesnej albo w najnowocześniejszych laboratoriach i centrach technologicznych po jakimś czasie znajduje odzwierciedlenie w tym, że inaczej dzielimy się obowiązkami domowymi, zmienia nam się gust, kupujemy mniej, albo zaczynamy korzystać z urządzeń, które jeszcze piętnaście lat temu wydawały się totalną abstrakcją (spokojnie – nie planuję tutaj reklamować odkurzaczy, ale prawda jest taka, że swój bezprzewodowy uwielbiam :D)).

   Oczywiście inaczej mieszkaniem zarządza dwudziestoletnia studentka, inaczej trzydziestoletnia kobieta z partnerem, a inaczej mama trójki dzieci po czterdziestce. Mamy inne potrzeby, tryb dnia, podejście do przygotowywania posiłków, inaczej pożytkujemy czas wolny. Nie wszystkie rozwiązania znajdą zastosowanie u każdej z nas, ale jedno nas łączy. W ostatnich latach chcemy poświęcać mniej czasu na sprzątanie i inne prace domowe i coraz częściej traktujemy to zadaniowo, a nie jak naszą życiową misję do spełnienia.

   Jednak jest taka rzecz, która nie zmieniła się od dziesięcioleci. Mieszkania wciąż dzielą się na średnio przytulne albo posiadające pewną przyjemną, trudną do opisania atmosferę. Atmosferę, która sprawia, że wchodzisz do czyjegoś mieszkania i chociaż nie jest ono ani największe, ani najdroższe spośród tych które widziałaś i wcale nie panuje w nim idealny porządek, to jednak masz ochotę od razu w nim zostać. I podskórnie czujesz, że domownikom miło się w nim mieszka. Czy to oznacza, że stereotypowa „pani domu” wypruwa z siebie flaki, aby podtrzymywać płomień domowego ogniska i od rana do nocy myśli nad ulepszeniem roztworu z octu do usuwania kamienia z fug? Nie sądzę, aby to miało kluczowy wpływ na to, jak gość czuje się w jej mieszkaniu. I ona sama zresztą też. Oczywiście totalny rozgardiasz i szczury biegające w zlewie raczej nie sprawią, że pokochamy na nowo nasze cztery kąty – akceptacja dla własnych niedoskonałości musi mieć w którymś miejscu granice. Warto jednak ogarnąć parę tematów raz a dobrze, aby potem czas spędzony w domu cieszył bardziej. Nawet jeśli nie wszystko i nie zawsze jest w nim idealne.

top – Le Petit Trou / dżinsy – Reserved / 

1. Ładny bałagan.

   W moim mieszkaniu naprawdę baaardzo rzadko panuje idealny porządek. Właściwie w każdym pokoju znajdę jakąś zabawkę. Na jednym albo na drugim stole zawsze pałętają się firmowe papiery, a w przedpokoju stoją kartony czekające na kuriera. Nie ma co oszukiwać samej siebie – w którymś momencie bałagan pojawi się zawsze. No dobrze, to skoro nie będzie idealnie, to może sam bałagan mógłby wyglądać lepiej? Na Instagramie zdarzało mi się czytać przemiłe komentarze od Was, że rozgardiasz w moim mieszkaniu nie drażni i że nawet to pranie na suszarce jakoś bardzo nie kłuje w oczy. Oczywiście pojawiały się też głosy, że te „skitłaszone” ubrania na krześle to pełna pozerka, a nawet, że w swoim mieszkaniu pewnie wcale nie mieszkam :D. No cóż, o ile drugi zarzut naprawdę mnie rozbawił, to w tym pierwszym jest ziarno prawdy. Co prawda nie rozstawiam prania przed zdjęciami, bo znam ładniejsze rzeczy do sfotografowania, ale przez lata bardzo starałam się, aby także niepozorne przedmioty, których nie chcemy nikomu pokazywać i zwykle chowamy je przed gośćmi, też były ładne, albo chociaż wpisywały się w wystrój mieszkania i zbytnio nie przykuwały uwagi.

   Detergenty, deska do prasowania, suszarka na pranie, mop, szczotki i gąbki przy zlewie w kuchni – to zdecydowanie najbrzydsza kategoria domowych przedmiotów. I jednocześnie taka, której nie da się uniknąć, bo jej wartość użytkowa jest niezaprzeczalna. Sporo już pisałam o funkcjonalności rzeczy, które mamy w domu (polecam ten wpis) i jeśli macie poczucie, że udało Wam się w tym temacie osiągnąć odpowiedni balans, to założę się, że Wasze mieszkanie już teraz wygląda o wiele lepiej, nawet wtedy, gdy wkradnie się do niego mały bałagan. 

   Na najbrzydsze rzeczy, które nie mają ładnych zamienników (piszę to patrząc na plastikowy pomarańczowy worek z zakupami z Zalando, który leży na fortepianie) trzeba znaleźć skrytkę – niestety. Może to być ława z podnoszonym siedziskiem w przedpokoju, półka w zamykanej garderobie, albo chociaż ładne duże pudełko. Bałagan, który drażni najbardziej, to nie niedopita kawa w ładnej filiżance na stole, puzzle dziecka na podłodze czy inne rzeczy, które są po prostu elementem codziennego funkcjonowania, a kupki niezidentyfikowanych przedmiotów, które tygodniami leżą w rogach, kątach i na krzesłach, zwiększając powoli swoją objętość. To one zresztą zdradzają fakt, że nie zastanowiłyśmy się wcześniej nad tym, gdzie takie „wykwity” w ogóle trzymać. I dlatego tak ciężko je posprzątać. 

2. Nasze nawyki. Jeśli coś robimy zbyt często to znak, że popełniłyśmy jakiś błąd.

   Wszyscy sprzątamy nasze mieszkania – nawet niektóre moje koleżanki, które zdecydowały się na zatrudnienie profesjonalnej pomocy domowej muszą pilnować porządku, załadować zmywarkę czy posprzątać ze stołu. Taka pomoc to oczywiście ogromne ułatwienie, ale o tym, czy nasz dom będzie przyjemną przestrzenią decydują jednak inne rzeczy. To cudownie, gdy ktoś przyjdzie i wyczyści nam mieszkanie na błysk, ale jeśli my sami nie potrafimy utrzymać porządku na co dzień (mam tu na myśli każdego członka rodziny, bo nikt nie powinien biegać za mężem i sprzątać po nim skarpetek), to nawet najlepsze profesjonalne sprzątanie w każdy piątek tego nie zmieni. W źle zorganizowanej przestrzeni bałagan można zrobić w piętnaście sekund.

   Ważne jest ustalenie w głowie minimalnego standardu jaki chcemy utrzymać w domu i zastanowienie się, co można zmienić na stałe we wnętrzu, aby osiągnięcie tego celu zajmowało jak najmniej czasu na co dzień. Dla mnie najważniejsze rzeczy to pościelone łóżko, niezawalona kanapa, brak naczyń w zlewie (u nas kluczem do sukcesu okazało się opróżnianie zmywarki tuż po tym, jak skończy mycie – dzięki temu nie pojawiają się wymówki typu „nie wsadziłam szklanki do zmywarki, bo była pełna”, czy to co następuje, gdy do naczyń w zlewie się już przyzwyczaimy i nawet nie sprawdzimy czy można je wsadzić do zmywarki, a mianowicie „nie wsadziłam szklanki, bo  m y ś l a ł a m, że zmywarka jest pełna”). Na pozostałe kwestie staram się nie zwracać przesadnej uwagi, odkładać rzeczy na miejsce od razu po ich użyciu i… gdy mam chwilę zastanowić się jak newralgiczne miejsca ogarnąć tak, aby tego sprzątania w ogóle nie wymagały. Ale co to właściwie znaczy?

Mój kubek jest od DUKA. Jeśli przypadł Wam do gustu to poniżej znajdziecie na niego kod zniżkowy. 

   Jeśli twierdzisz, że buty walają się po przedpokoju, bo nie masz na nie miejsca w szafce, to zamiast układać je codziennie w rządku i patrzeć jak po pięciu minutach pies trącą je łapą i rozwala jak domino, to już nie powtarzaj ich układania po raz 3456 w tym tygodniu, tylko pójdź do tych szafek i zrób taką selekcję butów aż wszystkie się zmieszczą. Usuń przyczynę problemu, zamiast ciągle walczyć z jego konsekwencjami. W przeciwnym wypadku na własne życzenie stajesz się obuwniczym Syzyfem. Trzeba zmusić się do wyłapania czynności, które wykonujemy za często, a ich efekt w bardzo krótkim czasie lub z dużą częstotliwością zostaje zniszczony. Jeśli znajdziemy na nie sposób, to po pierwsze – w mieszkaniu dłużej będzie panował porządek, a po drugie – my nie będziemy tracić nerwów.

   Mam też zasadę, że nie sprzątam mieszkania w czasie, kiedy moje dziecko śpi, bo ten czas mam zawsze przeznaczony na pracę, która wymaga maksymalnego skupienia. Robię to wtedy, gdy jestem razem z córką i mogę ją do tego angażować. Nie, zdecydowanie nie zlecam jej umycia podłogi, ale staram się aby chociaż w klimacie zabawy próbowała posprzątać swoje zabawki. Oczywiście nie robi tego idealnie, a jej miś już niejednokrotnie postanowił wykąpać się w wiadrze do mopa, ale wolę teraz coś po niej poprawić, niż za dziesięć lat walczyć z nastolatką, która nie potrafi ogarnąć łóżka. Nie chcę tutaj wchodzić w temat rzekę, czyli podział ról w związku – to oczywiste, że mężczyźni też muszą mieć swoje obowiązki, a ich liczba powinna wynikać z obiektywnej oceny tego ile kto poświęca czasu pracy i ile ma w związku z tym wolnych godzin w ciągu dnia, które może poświęcić na obowiązki domowe. Płeć jest tutaj bez znaczenia, bo kobiety nie mają zamiast dłoni miotły, a z uszu nie wystaje nam ręcznik papierowy – ewolucja jakoś nas w to nie uzbroiła, więc wcale nie jesteśmy do tego lepiej przystosowane.   Obiecałam komuś gofry na Monciaku w drodze powrotnej z plaży, ale złapała nas burza, więc trzeba było rozpocząć własną produkcję. Wiem, że to banał, ale sporo z Was pytało o mój przepis na ciasto do gofrów, więc wrzucam go tutaj przy okazji. 

Przepis na gofry

Składniki (8 sztuk): 

1/2 szklanki mąki pszennej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia 

szczypta soli 

2 łyżeczki cukru pudru 

1 łyżka cukru waniliowego (z naturalną wanilią)

2 jajka 

1/2 szklanki roztopionego masła 

1/3 szklanki mleka 

Sposób wykonania: 

Mąkę wsypać do miski, dodać proszek do piecznia, sól, cukier, cukier waniliowy. Wszystko wymieszać, a następnie dodać jajka, masło oraz mleko. Zmiksować mikserem na gładką masę. Rozgrzać gofrownicę. Gofry piec około 3-3,5 minuty lub przez czas podany w instrukcji gofrownicy. Nakładamy ciasto chochlą i wypukłą stroną łyżki rozprowadzamy ciasto dokładnie po całej powierzchni. Gofry po upieczeniu odkładać na metalową kratkę. Posypać cukrem pudrem i polać miodem albo syropem klonowym (same w sobie są lekko słodkie). Do tego podaję świeże owoce i jogurt śmietankowy. 

Całą porcelanę (kubki w drobne czerwone kropki, talerzykipółmisek z niebieskim motywem), drewnianą paterę (i gofrownicę, której nie ma na zdjęciach) znajdziecie w sklepach szwedzkiej marki DUKA. Jeśli coś Wam wpadło w oko to kod MLE2021 da Wam aż 30% zniżki na cały asortyment DUKA na duka.com (działa od dziś do 25 czerwca i nie łączy się z innymi promocjami).

3. Dom naprawdę oddaje to, co dostaje.

    Jeśli chcemy aby dom dawał nam poczucie ukojenia i pozwalał wypocząć, a nie zamęczał nas ciągłą walką o porządek, to najpierw musimy o niego dobrze zadbać. Gdy my z troską zaopiekujemy się nim, on będzie umiał zaopiekować się nami.  

   Coraz więcej osób przy urządzaniu mieszkania korzysta teraz z usług architektów lub dekoratorów i (o ile trafi się na odpowiednią osobę) na pewno pomaga to w odpowiednim zagospodarowaniu przestrzeni. Dobry projekt powinien uwzględnić to, ile domownicy mają rzeczy, gdzie je wszystkie przechowywać czy nawet jakich wymiarów jest ich odkurzacz, aby na pewno zmieścił się w szafce. Ale nie można zakładać, że architekt pomyśli absolutnie o wszystkim i sprawi, że problem bałaganu zniknie. Przykład? Pojedyncze skarpetki. Jak powszechnie wiadomo, gdy wkładamy parę skarpetek do pralki, to domowy skrzat wyciąga w trakcie prania jedną i podrzuca ją nam miesiąc później lub wcale. Trzeba więc gdzieś trzymać te pojedyncze skarpetki i czekać aż ich pary w końcu się pojawią. U mnie grupa samotnych skarpetek najpierw mieszkała na kaloryferze w salonie (bardzo apetycznie, trzeba za każdym razem tłumaczyć gościom, że „to są te wyprane”), później przeniosłam je na komodę do pokoju córki, bo wydawało mi się, że jej przecież nie będą przeszkadzać. Zupełnie bez sensu – bo ja nadal je widziałam i jeszcze miałam poczucie, że mój bałagan wpycham do jej przestrzeni. W końcu pogodziłam się z faktem, że te skarpetki były, są i będą i lepiej znaleźć dla nich odpowiednie miejsce, w którym nie widzi ich cały świat niż łudzić się, że może jutro, w końcu, za jednym razem znajdę dla każdej parę i znikną na zawsze. Mam więc ładne pudełko na pojedyncze skarpetki.

    Dobrze zaplanowana przestrzeń to jednak nie wszystko. Tak jak zakład produkcyjny, restauracja czy samochód, tak i nasz dom musi sprawnie działać, aby życie w nim było komfortowe. A nic tak nie irytuje, jak niedziałający palnik w kuchence, cieknący kran, wylewająca pralka, szwankujący telewizor. To też przykry dowód na to, że domownicy nie chcą poświęcić chwili czasu na to, aby zatroszczyć się o przestrzeń, w której żyją. Nie mają oporów głośno pomstować na Bogu ducha winne mieszkanie, które samo raczej nie wymieni uszczelki i nie zdejmie tego ciężaru ze swojego właściciela. Sami musimy to zrobić i naprawdę nie ma co tego odkładać w nieskończoność. Domyślam się, że dla niektórych z Was brzmi to jak abstrakcja, ale naprawianie domowych sprzętów, to coś, co z wielu powodów powinniśmy uskuteczniać. Zwłaszcza, że internet wychodzi nam naprzeciw i dziś jest to łatwiejsze niż kiedyś. Tu macie na przykład kanał na YT z instrukcjami jak naprawić większość sprzętów domowych, a tutaj platformę naprawiaj-nie-wyrzucaj.pl na której skupiają się entuzjaści domowych napraw. Na pewno najbardziej pomocna okaże się jednak strona North.pl, która prowadzi sprzedaż części do sprzętu AGD i RTV. W asortymencie sklepu, oprócz 13 mln części, są narzędzia, środki czystości i pielęgnacji sprzętu AGD, wszelkiego rodzaju akcesoria używane w domu i poza domem (mają też infolinię, w której doradzają jak naprawić daną rzecz). Całą misją strony jest pokazanie, że naprawianie sprzętu domowego jest fajne, proste i można go dokonać samodzielnie. Takie podejście powinno być rozpowszechniane, bo w dzisiejszej epoce „promocji na wszystko” bardzo łatwo jest pozbyć się czegoś, co się zepsuło, albo ma już po prostu nowszą wersję. Ale zakupy i szybka wymiana, to nie jest synonim opieki. To jej przeciwieństwo.

Cieszę się, ze sporo rzeczy w naszym mieszkaniu miało już przed nami innych właścicieli. Zbliża się u nas remont (chciałabym dodać, że „wielkimi krokami” ale to raczej niewidzialne kroki) i oczywistością było dla nas to, że sprzęt AGD, zlew widoczny na zdjęciu, a nawet szafki kuchenne będziemy próbować zaadaptować po raz kolejny. Przy rozkręcaniu planujemy każdy sprzęt sprawdzić i wymienić zniszczone części. Jeśli macie w domu jakąkolwiek rzecz, która wymaga naprawy (albo czasem się psuje, ale teraz akurat działa), to koniecznie zapiszcie sobie adres tej strony i wróćcie do niej, gdy będziecie potrzebować czegokolwiek do naprawy domowego sprzętu. 

   Aż ciężko nie wspomnieć w tym miejscu o jeszcze jednej i chyba najważniejszej zmianie ostatnich lat w naszych gospodarstwach domowych, czyli o wątku ekologicznym. Wyrzucanie urządzeń RTV i AGD to dla środowiska ogromny problem. Tak ogromny, że Unia Europejska zdecydowała się nawet wprowadzić specjalną dyrektywę dla producentów, która ma ukrócić praktyki stosowane przez wiele firm, polegające na celowym postarzaniu sprzętów, aby te psuły się zaraz po upływie terminu gwarancji. To wymuszało na konsumentach konieczność kupna kolejnej rzeczy. Wróć – właściwie to nie wymuszało, ale my z wygody wolimy pójść na zakupy niż naprawić to, co już mamy. Zastanów się czy masz w domu coś, co wymaga naprawy, leży nieużywane, odtrącone w kąt, zepsute i podejmij decyzję. Albo to naprawiasz, dajesz drugie życie, będziesz używać, albo uznajesz, że tego nie potrzebujesz i szukasz dla tej rzeczy nowego domu. Nie ma trzeciej drogi. Dodam tylko, że naprawianie urządzeń, które już mamy pozwala zaoszczędzić pieniądze i naprawdę daje satysfakcję. 

   W mieszkaniu mamy przede wszystkim żyć. Jego dobre funkcjonowanie to przepis na przyjemniejszą codzienność. Przed nami podobno parę burzowych dni, a więc i trochę czasu w czterech ścianach – może uda nam się usprawnić parę rzeczy albo chociaż wymienić przepaloną żarówkę w łazience? Jeśli dobrze zaplanujemy przestrzeń, jeśli będziemy o nią dbać, nie zagracimy jej meblami i bibelotami, które do niczego nie służą, to sprzątania będzie mniej, a czasu na prawdziwy wypoczynek – więcej. 

*  *  *

 

Deser, który zrewolucjonizuje Twoje letnie przyjęcia

*     *     *

  Tak, wiem tytuł brzmi dość pretensjonalnie, ale może dzięki niemu nawet największych kulinarnych leniuchów  uda mi się przekonać do wypróbowania dzisiejszego, letniego deseru. Na dni takie jak teraz, kiedy owoce i warzywa wręcz wyskakują do nas ze straganów, nie sposób im się oprzeć. Czerwiec, to miesiąc który u nas obfituje dużą ilością uroczystości rodzinnych i aby ułatwić sobie przygotowania, wymyślam desery, które łatwo przyrządzić. Moja wewnętrzna siła podpowiada mi, że nie ma co się umęczać z wymagającymi wypiekami, ale korzystać z tego, co aktualnie nam ofiaruje sezon. Za sprawą drobnych dodatków uszlachetniamy smak ukochanych truskawek i malin.

Skład:

1kg świeżych truskawek

duża garść świeżych malin lub borówek

ok. 500 serka naturalnego homogenizowanego, może być również serek mascarpone

5 żółtek + 5 łyżek cukru

kruszonka:

60 g masła

50 g mąki pszennej

40 g cukru

szczypta soli

do posypania: brązowy cukier

A oto jak to zrobić:

  1. W misce robimy kruszonkę: mieszamy składniki palcami, zagniatamy kulę i odstawiamy do lodówki na min. 30 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni C, opcja: góra-dół.
  2. Umyte i obrane truskawki kroimy na połówki i rozkładamy w żaroodpornym naczyniu. Dorzucamy maliny. W szerokiej misce łączymy żółtka z cukrem. Mikserem ubijamy kogel-mogel. Gdy masa potrójnie zwiększy swoją objętość, zwalniamy obroty miksera i dodajemy serek, łyżka po łyżce. Miksujemy do uzyskania jednolitej masy, a następnie zalewamy nią owoce. Na wierzch owoców ścieramy na tarce schłodzone ciasto na kruszonkę. Formę z owocami wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 20 minut. Ostrożnie uchylamy drzwiczki i posypujemy owoce brązowym cukrem. Pieczemy jeszcze przez parę minut i podajemy na ciepło. Deser najlepiej smakuje z lodami.

Umyte i obrane truskawki kroimy na połówki i rozkładamy w żaroodpornym naczyniu. Dorzucamy maliny.

W szerokiej misce łączymy żółtka z cukrem. Mikserem ubijamy kogel-mogel. Gdy masa potrójnie zwiększy swoją objętość, zwalniamy obroty miksera i dodajemy serek, łyżka po łyżce. Miksujemy do uzyskania jednolitej masy, a następnie zalewamy nią owoce.

Na wierzch owoców ścieramy na tarce schłodzone ciasto na kruszonkę. Formę z owocami wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 20 minut. Ostrożnie uchylamy drzwiczki i posypujemy owoce brązowym cukrem. Pieczemy jeszcze przez parę minut i podajemy na ciepło. Deser najlepiej smakuje z lodami.