If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Na ratunek Mamom czyli nowy cykl poświęcony szybkim przepisom na domowe obiady

I thought that it’s worth refreshing the cycle with recipes dedicated for specific needs. And even though I’m still trying to minimise the time that I spend in the kitchen (especially during the week when other duties overshadow the need for food :-D), I am still looking for solutions that would cater to the needs of all family members. Most of us like cooking. Indeed, you can relax, but not when it becomes a strong and common need to feed your nearest and dearest. And we’re still lacking enough time! By creating this cycle, I wanted to pay attention to the accessibility of various ingredients (that means: I’m entering the local grocery store and I’ve got everything there that I need for preparing a dinner), preparation time (it’s best if it can be done with one available hand as you’re holding a little commander in your other hand :)), and diversity. I think that it’s needless to repeat content involving the preparation of an ideal chicken broth, but I’ll try to suggest recipes that are universal. That’s how today’s recipe for a home-made nuts pesto came to life – it tastes wonderfully in a traditional form, mixed with spaghetti pasta, and with toasts accompanied by sliced cherry tomatoes and a salad mix (rocket, corn salad, romaine lettuce, etc.). It can also become a dip for grilled vegetables or an alternative to hummus. I’m curious – would you be interested in such posts and would they be useful for you?

*   *   *

Pomyślałam sobie, że może warto wznowić cykl przepisów poświęcony konkretnym potrzebom. I choć sama nieustannie próbuję zminimalizować czas poświęcony w kuchni (szczególnie w tygodniu, kiedy inne obowiązki przysłaniają potrzebę głodu :-D) to wciąż poszukuję nowych rozwiązań, tak by zadowolić wszystkich domowników. Większość z nas lubi gotować; gotowanie faktycznie może odprężać ale nie wtedy, kiedy staje się silną i dość powszechną potrzebą nakarmienia najbliższych. A czasu jak zawsze za mało!Tworząc ten cykl chciałabym mieć na uwadze dostępność składników (czyli wchodzę do swojego osiedlowego sklepiku i mam wszystko co potrzeba, żeby ugotować obiad), szybkość wykonania (najlepiej jedną ręką, bo na drugiej mały dowódca :) oraz różnorodność. Myślę, że nie ma sensu powtarzać treści w stylu jak ugotować idealny rosół ale postaram się zaproponować przepisy, które mogą być uniwersalnie wykorzystane. Tak właśnie powstała dzisiejsza propozycja na domowe pesto orzechowe – doskonale smakuje tradycyjnie, wymieszane ze spaghetti, jak i z grzankami lub z pokrojonymi pomidorami i miksem sałat (rukola, roszponka, sałata rzymska, etc.) może stanowić jako dip do grillowanych warzyw lub alternatywę humusu.Ciekawa jestem czy taka forma wpisów Was zainteresuje i czy będą one przydatne?

Ingredients:

(recipe for 4 persons)

approx. 500 g of cooked spaghetti pasta

approx. 200 g of nut mix (you can use walnuts, hazelnuts, cashews, or almonds)

3-4 garlic cloves (you can add more)

200 ml of whipped cream (36% butterfat) + 50 ml of whole milk (3.2% butterfat)

approx. 50 ml of olive oil

approx. 50 g of Parmesan (grated)

1 wheat bun

sea salt

* * *

Skład:

(przepis na 4 osoby)

ok. 500 g makaronu tagiatelle

ok. 200 g mieszanki orzechów (mogę być orzechy włoskie, laskowe, nerkowce lub migdały)

3-4 ząbków czosnku (może być więcej)

200 ml śmietanki 36% + 50 ml mleka 3,2%

ok. 50 ml oliwy z oliwek

ok. 50 g parmezanu (tarty)

1 bułka pszenna

sól morska

Directions:

1. Roast the nut mix in a heat-resistant dish in an oven pre-heated to 200ºC (use the oven function with upper and lower heating elements switched on).

2. Soak the bun in a mix of cream and milk.

3. Place roasted nuts, soaked bun with the remaining liquid, grated Parmesan, garlic gloves, and olive oil in a blender jar or a tall dish. Blend everything bit by bit until smooth. Season it with sea salt according to your liking. If the texture is too thick, add a little bit of milk.

4. Mix the al dente pasta with the pesto. Serve hot. You can add parsley.

* * *

A oto jak to zrobić:

1. Mieszankę orzechów prażymy w żaroodpornym naczyniu w 200 stopniach C (opcja: góra-dół) przez 10-12 minut lub do momentu, aż lekko zbrązowieją.

2. Bułkę zamaczamy w mieszance mleka ze śmietanką.

3. Do kielicha blendera lub do wysokiego naczynia umieszczamy podprażone orzechy, namoczoną bułkę wraz z płynem, tarty parmezan, ząbki czosnku i oliwę. Całość partiami blendujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Doprawiamy solą morską wg własnego uznania. Jeżeli uznamy, że masa jest za gęsta dolejmy trochę mleka.

4. Makaron ugotowany al dente mieszamy z pastą. Podajemy na ciepło. Możemy dodać natkę pietruszki.

Place roasted nuts, soaked bun with liquid, grated Parmesan, garlic gloves, and olive oil in a blender jar or a tall dish.

Do kielicha blendera lub do wysokiego naczynia umieszczamy podprażone orzechy, namoczoną bułkę wraz z płynem, tarty parmezan, ząbki czosnku i oliwę.

Blend everything bit by bit until smooth. Season it with sea salt according to your liking. If the texture is too thick, add a little bit of milk.

Całość partiami blendujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Doprawiamy solą morską wg własnego uznania. Jeżeli uznamy, że masa jest za gęsta dolejmy trochę mleka.

Mix the al dente pasta with the pesto. Serve hot. You can add parsley.

Makaron ugotowany al dente mieszamy z pastą. Podajemy na ciepło. Możemy dodać natkę pietruszki.

Look of The Day – z Dolomitów do Sopotu, czyli zestaw na długą trasę.

gold earrings / złote kolczyki – YES

black puffer jacket / czarna kurtka puchowa – NAKD 

hoodie & joggers / bluza i dresy – MLE Collection (dostępne niebawem)

cashmere gloves / kaszmirowe rękawiczki – COS

leather bag / skórzana torebka – Louis Vuitton

shoes / buty – UGG

   Suitcases are packed, photos are done, we’ve already bid farewell to the mountains – let’s start our journey back. The set that you can see in today’s photos was ideal for long hours spent in the car. I admit – you can sometimes see me running errands in it around Ticinity as well. Instead of a down jacket, I sometimes choose long tie-waist caramel coat, and I try not to forget about delicate jewellery that will slightly turn up the casual character of the sweatpants.

* * *

   Walizki zapakowane, zdjęcie zrobione, pożegnanie z górami odhaczone – czas ruszać w trasę. Zestaw, który widzicie na dzisiejszych zdjęciach świetnie sprawdził się w trakcie długich godzin spędzonych w samochodzie. Przyznaję – zdarza mi się chodzić w takim stroju także w Trójmieście. Zamiast kurtki wybieram czasem długi karmelowy płaszcz o szlafrokowym kroju, no i staram się nie zapominać o delikatnej biżuterii, która zawsze trochę podkręca niezobowiązujący charakter dresów. 

 

 

 

 

Val Di Fiemme bez filtra

    A little more than one year ago, our whole family hold their breath – in the evening news, they were talking about the forceful windstorm sweeping over Val di Fiemme. The information was very cursory, so we quickly started to search for more details on what happened to our beloved Italian region on our own. This wound will be healing for 100 years – wrote “Corriere della Serra” journal – more than half a million cubic metres of woods was obliterated. “Repubblica” added that in Trident, a windstorm reaching 120 km/h damaged more trees in a few hours that all lumberjacks in the whole region could cut down in a period of three years. Cleaning all of that debris will take five years. Then, I read that a day-long storm created a post-war landscape, especially in Val di Fiemme. The new photos showed familiar places that we couldn’t recognise anymore.   

   And we really knew them well. I had been visiting this place every year for the past 21 years (wow, I’m that old!). Winter, as some of you know, had been my favourite season since my childhood and trips to the Dolomites really had their fair share in that – to an equal extent that Christmas had. It didn’t matter if I was travelling there by bus from Cracow (where I had to first get by train), crammed in a small car with parents, brother, and his then girlfriend (who later became his wife) and with cooked eggs on my knees, or, as an adult and a woman, with my husband and Portos’s breath on my neck, as it happened two years ago – each trip to this part of the world was like a return to a winter wonderland. Thus, it’s unnecessary to talk in length about how we pitied the damaged landscape and, of course, people, who in many cases lost their homesteads and life’s possessions. The exquisite community of this region deserves for additional attention, but – if you allow me – I’ll come to that later.   

   We didn’t go skiing last year for obvious reasons (I was almost at the end of my pregnancy and a long trip to a place where obstetrics wards aren’t within our reach would be unwise) and that’s why we didn’t face the scope of damage right after the calamity. But this year, we were supposed to return to Val di Fiemme in a larger group. When after a two-day trip, we crossed the Italian border, and passed Bolzano, and the switchback to Cavalese, we were glancing with a heavy heart at the familiar slopes that were forested in the past. Many of them looked as if a giant placed his foot on them and crashed everything that was underneath it. We agreeably stated that despite the scope of damage, the valley hadn’t lost its charm. It was heavily wounded – that’s a fact – but it still was the place that we knew and loved.   

   With each passing hour, it was more noticeable that the miserable events didn’t drive the fans of Val di Fiemme away. Quite the opposite. Through our whole stay, it seemed that the region was full of life. As habitués, we had nothing against the fact that Val di Fiemme wasn’t the most popular destination for winter holidays among the Europeans. During a few previous trips, it could be noticed that there are fewer tourists and that the restaurants were more often filled with a “vintage” touch, and there weren’t too many highlights in the evenings, but we had never had anything against it. After all, home is home, even if you need to repaint the living room. This time, however, it was different – in Predazzo, there was a Christmas fair with live music and an ice rink in front of the church open until late in the evening. In Moena, all cafes were full of people and you wouldn’t get a table without a previous reservations. The slopes were rife with new mountain chalets, the old ones had been renovated, there are plenty of trails for sledgers and parents with children, that we hadn’t seen before, and fully packed parking lots – if you came after 10 am, you had to take into consideration a long wait.   

   On the first day, with Portos and the baby in a sledge, we went to our beloved Lusia (Alpe di Lusia) and we reached the new mountain chalet, Chalet 44. We asked a waiter about the evens from the previous year, and he passionately went on about the work that was done by the whole community to clean the terrain and bring help to those who needed it the most. His story wasn’t filled with a shade of lie – he proudly talked about how they tackled the misery and how much they learned through that. At the end, without a moment of hesitation, he moved his hand and showed the top of a mountain looming on the horizon (just as if he saw where it stood with his eyes closed) and he said that a thousand years ago, its part fell down creating a new valley – now, there’s a beautiful town there which would have never existed if it hadn’t been for that event. “That’s what nature is – it gives us everything and sometimes it simply shows us where our place in the universe is” said the waiter departing and taking the two empty cappuccino cups from the table.   

   A great respect of the dwellers for their valley could be noticed for a very long time. When in Poland several years ago, we were starting to learn how to take our first steps within the field of environment protection, in Val di Fiemme, they had already introduced a rigorous eco-friendly policy. We were taken aback when it turned out that in order to open the mixed waste trash can, you need to ask for a key as it is locked. The owner of our apartment gave us detailed instructions on the purpose of each rubbish bag specifying what would happen if we threw a plastic bottle into a paper bag with natural waste – she had a fierce look on her face, and we immediately felt that the local community shouldn’t be messed with when it comes to these matters.   

   Val di Fiemme is a leading Italian resort when it comes to rubbish collection and segregation – it was hailed the most “recycled” place in Italy. One-third of the local dwellers heats their houses and uses energy only from renewable energy sources, and the national parks surrounding Moena, Predazzon, and Cavalese have been put on the list of UNESCO World Heritage Sites. Despite the fact that the valley is visited by hundred thousand tourists yearly, it seems to remain pristine. It is mostly thanks to the hard work of the local community and the appropriate policy of local authorities who do everything they can to prevent people from devastating their greatest treasure. However if you think that owing to that fact you will face an inhospitable stance of the hosts, you’ll be pleasantly surprised as you’ll be coming across smiling faces and amiable individuals from the very morning until the late night.  

   And since I’m endlessly praising the “Valley of Harmony” as this place is called, it’s difficult to overlook all of the perfectly prepared skiing routes clad in Italian sun. Regardless of the fact whether you opt for the black ones or whether you cringe on the sole thought of putting the skis on – everyone will find here an appropriate slope that will match their skills.   

   I’m writing this post with a feeling of slight dissonance: as, in fact, I don’t really want more tourists to come to Val di Fiemme. You usually want to keep things that you love only for yourself. I also wouldn’t like hordes of people that are unfamiliar with the rules prevailing in this pristine place to spoil its beauty. However, I feel that if any of my readers decides to travel to the Dolomites, she’ll be able to admire its uniqueness and respect the local rules. And maybe, after returning home, the newly discovered habits will be implemented there?   

   This introduction to the mini-guide turned out to be a little too long, but I’m sure that you share my sensitivity when it comes to that matter. Below, you’ll find literally a few most important, at least to me, pieces of advice and information concerning Val di Fiemme and a trip to the mountains in general.

* * *

   Trochę ponad roku temu cała nasza rodzina wstrzymała oddech – w wieczornych „Faktach” została podana wiadomość o potężnej wichurze w dolinie Val di Fiemme. Informacja była bardzo zdawkowa, więc szybko zaczęliśmy szukać szczegółów na temat naszego ukochanego regionu Włoch na własną rękę. Ta rana będzie goić się 100 lat – napisał dziennik „Corriere della Serra” – ponad półtora miliona metrów sześciennych lasów zostało zniszczonych. „Repubblica” podała, że w Trydencie w ciągu kilku godzin w wichurze osiągającej 120 kilometrów na godzinę runęło więcej drzew niż mogą ich wyciąć wszyscy drwale w całym regionie przez trzy lata. Samo ich uprzątnięcie potrwa pięć lat. Dalej czytam o tym, że trwająca dobę burza pozostawiła, zwłaszcza w dolinie Val di Fiemme, krajobraz zniszczeń jak po wojnie. Na nowych zdjęciach ukochane przez nas widoki były nie do poznania.

    A znaliśmy je naprawdę dobrze. Do tego zakątka jeździłam co roku od 21 lat (o zgrozo, jaka już jestem stara!). Zima, jak niektórzy pewnie z Was wiedzą, od dzieciństwa była moją ukochaną porą roku i wyjazdy do Dolomitów mają w tym nie mniejszą zasługę niż Święta Bożego Narodzenia. Nieważne czy wybierałam się tam autokarem z Krakowa (do którego trzeba było wcześniej dojechać pociągiem), stłoczona w małym samochodzie z rodzicami, bratem i jego ówczesną dziewczyną (a później żoną) i z ugotowanymi jajkami na kolanach, czy, jako dorosła już kobieta, z mężem i oddechem Portosa na karku, tak jak to miało miejsce dwa lata temu –  każda podróż w to miejsce była jak powrót do zimowego raju. Nie muszę więc chyba rozwodzić się na temat tego, jak bardzo było nam żal zniszczonej przyrody i oczywiście ludzi, którzy w wielu przypadkach stracili swoje domostwa i dobytki życia. Wyjątkowa społeczność tego regionu zasługuje zresztą na dodatkową uwagę, ale – jeśli pozwolicie – wrócę do tego później.

    Minionego roku na narty z oczywistych przyczyn nie pojechaliśmy (byłam już „na ostatnich nogach” i długa podróż do miejsca, gdzie oddziały położnicze nie są na wyciągnięcie ręki, byłaby nieroztropna), nie widzieliśmy więc skali zniszczeń tuż po kataklizmie. Ale teraz mieliśmy wrócić do Val di Fiemme w powiększonym składzie. Gdy po dwudniowej podróży przekroczyliśmy włoską granicę, minęliśmy Bolzano i pokonaliśmy serpentynę do Cavalese z ciężkim sercem zerkaliśmy na znajome, zalesione kiedyś wzgórza. Wiele z nich wyglądało tak, jakby gigantyczny olbrzym położył na nich swoją stopę i zgniótł wszystko, co się pod nią znalazło. Zgodnie stwierdziliśmy jednak, że mimo skali zniszczeń dolina nie straciła swojego uroku. Została mocno poraniona – to fakt – ale wciąż było to miejsce, które znaliśmy i kochaliśmy.

    Z każdą kolejną godziną coraz wyraźniej było widać, że te nieszczęśliwe wydarzenia nie zniechęciły miłośników Val di Fiemme. Wręcz przeciwnie. Przez cały wyjazd mieliśmy nieodparte wrażenie, że w ten region wstąpił nowy duch. Jako stali bywalcy nie mieliśmy nic przeciwko temu, że przez ostatnie dziesięć lat Val di Fiemme nie było najpopularniejszym celem zimowych eskapad Europejczyków. Na kilku poprzednich wyjazdach było widać, że turystów jest mniej, restauracje czasem trochę za bardzo trąciły klimatem „vintage”, a w miasteczkach wieczorami niewiele się działo, ale dla nas nie miało to większego znaczenia. W końcu dom to dom, nawet jeśli salon wymaga odmalowania. Tym razem było jednak inaczej – w Predazzo codziennie do późnych godzin wieczornych na rynku przed kościółkiem otwarty był jarmark świąteczny z muzyką na żywo i czynnym lodowiskiem. W Moenie wszystkie kawiarnie pełne, w restauracji bez rezerwacji nie dostalibyście stolika. Na stokach nowe schroniska, te stare z kolei wyremontowane, mnóstwo tras dla saneczkarzy i rodzin z dziećmi, których wcześniej nie widzieliśmy, na parkingach „full” – jeśli przyjechałaś po dziesiątej, musiałaś liczyć się z tym, że trochę poczekasz na miejsce.

    Pierwszego dnia, wraz z Portosem i maleństwem w sankach, wybraliśmy się na naszą ukochaną „Lusię” (Alpe di Lusia) i dotarliśmy do nowego schroniska Chalet 44. Zagadaliśmy kelnera o wydarzenia z poprzedniego roku, a on z zaangażowaniem opowiedział nam o pracy, jaką wykonali wszyscy mieszkańcy, aby oczyścić teren i pomóc najbardziej poszkodowanym. W jego opowieści nie było jednak cienia malkontenctwa – z dumą mówił o tym, jak poradzili sobie z nieszczęściem i jak wiele się przy tym nauczyli. Pod koniec bez chwili zastanowienia pokazał ręką wierzchołek góry na horyzoncie (tak jakby z zamkniętymi oczami wiedział gdzie stoi) i powiedział, że tysiąc lat temu jej część zwaliła się tworząc nową dolinę – teraz jest tam piękne miasteczko, które nigdy nie powstałoby gdyby nie to zdarzenie. „Taka jest natura – ona daje nam wszystko, a od czasu do czasu pokazuje po prostu kto tu rządzi” powiedział na odchodne i zabrał z naszego stolika puste już filiżanki po cappuccino.

    Ogromny szacunek mieszkańców do swojej doliny widać było zresztą od dawna. Gdy w Polsce kilkanaście lat temu uczyliśmy się dopiero pierwszych kroków w ochronie środowiska, w Val di Fiemme wprowadzono już rygorystyczną proekologiczną politykę. Mocno się wtedy zdziwiliśmy, gdy okazało się, że aby otworzyć śmietnik dla „śmieci mieszanych”, musimy poprosić o klucz, bo jest zamknięty na specjalny zamek. Zostaliśmy też bardzo dokładnie poinstruowani przez właścicielkę naszego apartamentu, który worek jest do czego i co nam grozi, jeśli do papierowej torby z odpadami naturalnymi trafi plastikowa butelka – minę miała naprawdę groźną, a my od razu wyczuliśmy, że w tej kwestii nie można zadzierać z tutejszymi mieszkańcami.

    Val di Fiemme jest wiodącym włoskim kurortem w dziedzinie zbiórki i segregacji odpadów – został uznany za najbardziej „zrecyklingowane” miejsce we Włoszech. Jedna trzecia tutejszych mieszkańców ogrzewa swoje domy i korzysta z prądu tylko dzięki odnawialnym źródłom energii, a parki narodowe otaczające Moenę, Predazzo i Cavalese zostały wpisane przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa Naturalnego. Mimo tego, że dolinę co roku odwiedzają setki tysięcy turystów, wydaje się być ona nieskalana aktywnością człowieka. To zasługa przede wszystkim mieszkańców i odpowiedniej polityki tutejszych władz, które robią wszystko, aby przyjezdni nie zdewastowali ich największego skarbu. Jeśli jednak myślicie, że w związku z tym jesteście narażeni na niezbyt gościnną postawę gospodarzy, to czeka Was miłe zaskoczenie – od rana do wieczora będziecie spotykać się z uśmiechem i życzliwością.

   A skoro już rozpływam się nad „Doliną Harmonii”, jak nazywane jest to miejsce, to nie sposób pominąć tych wszystkich świetnie przygotowanych, skąpanych we włoskim słońcu tras narciarskich. Niezależnie od tego, czy bez trudu łykacie „na krechę” wszystkie czarne, czy drżycie na samą myśl o włożeniu nart – dla każdego znajdzie się tutaj odpowiedni stok.

    Z poczuciem lekkiego dysonansu piszę dla Was ten tekst: bo przecież wcale nie chcę, aby do Val di Fiemme przyjeżdżało więcej osób. Ukochane rzeczy chce się mieć zwykle tylko dla siebie. Nie chciałabym też, aby tabuny przybyszy nieznających zasad panujących w tym dziewiczym miejscu naruszyło jego piękno. Czuję jednak, że jeśli któraś z Czytelniczek zdecyduje się na podróż we włoskie Dolomity, będzie potrafiła docenić ich wyjątkowość i uszanuje tamtejsze reguły. A może, po powrocie, nowo poznane zwyczaje przyjmą się na stałe?

    Ten wstęp do mini-przewodnika wyszedł mi chyba ciut za długi, ale jestem pewna, że podzielacie moją wrażliwość w tej kwestii. Poniżej znajdziecie dosłownie kilka najważniejszych według mnie rad i informacji dotyczących Val di Fiemme i wyjazdu w góry w ogóle.

1. Trip  

    Predazzo, which was the destination of our trip, is located more than 1,400 km from Tricity. Owing to the fact that we took Portos and the baby along, we assumed that we will take the night off approximately in the middle of this road. I don’t recommend waiting with such decisions until the very last moment – or worse – during the trip itself. We booked the hotel w few weeks before our departure to avoid any other stupid ideas that could come to our heads. We chose the road through Szczecin – the whole trip with favourable weather and with a good driver (a wink to my husband) will take around 14 hours, on the condition that you’ll depart at 4 am (it’s important to pass by Munich before the rush hours; otherwise, you’ll surely get into a huge traffic jam). So with the overnight stay in the middle, you’ll get around 7 hours of driving each day. Only on one occasion did I travel by plane so I’m not experienced when it comes to flying. 

   When it comes to travelling with a dog, I already wrote a post about it last year (here). When it comes to a similar post about travelling with a small child, I’m still considering on how to balance the obvious things concerning safety, parents’ responsibility, or differences between children so that the post isn’t boring for those of you who would simply like to read about my ways to spend these couples of hours in the car in a fairly pleasant way for everybody. Besides, I read multiple articles on travelling with children on parenting blogs and I see that the approach of their authors is fairly different from what I’ve experienced and that so many things were skipped despite the fact that the articles were really long and generally interesting. Probably, I wouldn’t be that happy with my own post, not to mention the fact that I don’t want to introduce posts on the blog that would be only directed to parents – will you forgive me? Or am I wrong? :)First mountains looming on the horizon. We’re reaching Austria. Austria, petrol station and McDonald’s in one. One of the many stopover that day. We got out of the car to take a walk, change diapers and feed the baby, and drink a quick coffee. I’m describing both outfits as plenty of questions appeared on Instagram about them.

* * *

1. Podróż

   Z Trójmiasta do Predazzo, czyli celu naszej podróży, jest ponad 1400 kilometrów. Ze względu na Portosa i małą z góry założyliśmy, że mniej więcej w połowie drogi zatrzymamy się na nocleg. Nie radzę takich decyzji odkładać na ostatnią chwilę, albo – co gorsza – podjąć ją w trakcie jazdy. My zarezerwowaliśmy hotel z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, tak aby żaden głupi pomysł nie wpadł nam nawet do głowy. Wybraliśmy trasę przez Szczecin – cała droga, przy sprzyjających warunkach i z dobrym kierowcą (puszczam oko do męża) trwa około 14 godzin, pod warunkiem, że ruszycie w trasę około czwartej rano (ważne, aby minąć Monachium przed godzinami szczytu, w przeciwnym razie z całą pewnością wpakujemy się w potworny korek). Z noclegiem wypada więc mniej więcej 7 godzin jazdy każdego dnia. Tylko raz wybrałam się na narty samolotem nie jestem więc doświadczona w tym temacie.

  Co do podróży z psem to taki artykuł powstał już rok temu (odsyłam tutaj). Jeśli chodzi o analogiczny tekst dotyczący małego dziecka, to wciąż zastanawiam się, jak w takim artykule wyważyć oczywiste oczywistości dotyczące bezpieczeństwa, odpowiedzialności rodziców czy różnic między dziećmi, tak aby nie zanudzić tych z Was, którzy chcą po prostu przeczytać o moich sposobach na to, aby te kilka godzin w samochodzie było w miarę przyjemne dla wszystkich. Poza tym, przeczytałam kilka artykułów o podróży z dzieckiem na blogach parentingowych i widzę, jak bardzo spostrzeżenia ich autorów różnią się od moich, jak wiele rzeczy zostało pominiętych mimo tego, że artykuły były naprawdę długie i w ogólnej ocenie fajne. Pewnie sama nie byłabym do końca zadowolona ze swojego tekstu, nie mówiąc już o tym, że nie chcę wprowadzać na blogu artykułów skierowanych tylko do rodziców – wybaczycie? Czy jednak nie? :)

First mountains looming on the horizon. We’re reaching Austria.

Pierwsze góry na horyzoncie. Dojeżdżamy do Austrii. Austria, petrol station and McDonald’s in one. One of the many stopover that day. We got out of the car to take a walk, change diapers and feed the baby, and drink a quick coffee. I’m describing both outfits as plenty of questions appeared on Instagram about them. Long black down jacket – NAKD / handbag– Louis Vuitton / white down jacket – Zara (a gift from an older cousin) / winter hat with pompoms – GAP / thick woollen socks – H&M

* * *

Austria, stacja benzynowa połączona z McDonaldem. Jeden z wielu przystanków tego dnia. Wysiedliśmy, aby trochę się przejść, przewinąć i nakarmić szkraba i wypić szybką kawę. Od razu opisuję obydwa stroje, bo na Instagramie pojawiło się mnóstwo pytań w tym temacie. Czarna długa kurtka – NAKD / torebka – Louis Vuitton / biała kurtka – Zara (prezent po starszej kuzynce) / czapka z pomponami – GAP / wełniane grube skarpety – H&M 

2. Favourite routes and mountain chalets.  

   Alpe di Lusia, Alpe Cermis, and Passo Rolle are definitely our favourite skiing resorts. In case of Lusia and Cermis, it comes down to the perfect skiing infrastructure and well-prepared slopes – I can guarantee you, that you won’t be able to cover them in one day. On Lusia, I highly recommend three mountain chalets: the newest addition, Chalet 44 (it is reminiscent of James Bond with its atmosphere – they prepare perfect pastas here), the sun-clad Baita Ciamp dele Strie with casual atmosphere, and the tiny Malgo Pozza, where you can eat the one and only Strauben dessert.   

   Passo Rolle isn’t maybe that attractive when it comes to skiing conditions as there aren’t too many slopes and the cable lifts have seen better days, but the views will make it up to you. The cool thing is that the slopes intertwine here with very easy walking routes – together with my husband, Portos, and the baby, we could take walks and then meet with the rest of the skiing group at the mountain chalet in the evening. The distances are small – you can’t really get lost here.

* * *

2. Ulubione trasy i schroniska.

   Alpe di Lusia, Alpe Cermis i Passo Rolle to zdecydowanie nasze ulubione narciarskie „centra”. W przypadku Lusi i Cermisu chodzi przede wszystkim o świetną narciarską infrastrukturę i dobrze przygotowane stoki – mogę Was zapewnić, że przez cały dzień nie uda Wam się objechać wszystkich. Na Lusi gorąco polecam trzy schroniska: najnowszy Chalet44 (w klimacie Jamesa Bonda – robią genialne makarony), skąpane w słońcu Baita Ciamp dele Strie z niezobowiązującą atmosferą i malutkie Malgo Pozza, w którym zjecie jedyny w swoim rodzaju deser „Strauben”.

    Passo Rolle nie jest może tak atrakcyjne pod względem narciarstwa, bo stoków jest mało, a wyciągi mają już swoje lata, ale widoki wynagradzają wszystko. Fajne jest też to, że stoki przeplatają się tutaj z bardzo łagodnymi trasami dla spacerowiczów – my z mężem, Portosem i córeczką mogliśmy chodzić sobie na spacery, a po południu spotkać się w schronisku z resztą grupy, która jeździła na nartach. Odległości też są nieduże – nie sposób się tu zgubić. 

Chalet44 i chwila (albo raczej kilka godzin) relaksu. Golf – prototyp MLE Collection / okulary – Komono / spodnie narciarskie – Perfect Moment                                  This is a book that I forcefully gave my mother and my sister-in-law for the trip as I read it myself from the very beginning to the very end – even before it was published. The beloved Wydawnictwo Literackie Publishing House sent me a pre-book that I enjoyed so much that I eagerly accepted to write a recommendation for the cover. "Sass, Smarts, and Stilettos: How Italian Women Make the Ordinary, Extraordinary?" by Gabriella Contestabile is not a typical handbook. The author takes us on a journey following the footsteps of the history of Italian tailoring filled with the smell of espresso, the secrets of Florentine streets, and the wisdom handed down by Gabriella’s mother. From Como Lake and Alpine summits, to the sun-clad Naples and elegant Milan, up until the magic Rome – I wouldn’t expect that by turning consecutive pages, all of the images of these places would return to me with such a strength. I highly recommend it!

* * *

Tę książkę wcisnęłam na podróż mojej mamie i bratowej, bo sama przeczytałam ją od deski do deski jeszcze przed jej wydaniem – kochane Wydawnictwo Literackie podesłało mi prebook, który spodobał mi się tak bardzo, że bez wahania zgodziłam się napisać polecającą notkę na okładkę. "Włoszki. Czego mogą nas nauczyć?" Gabrielli Contestabile to nie jest typowy poradnik. Autorka zabiera nas w podróż śladami historii włoskiego krawiectwa wypełnioną zapachem espresso, tajemnicami florenckich uliczek i mądrościami, które przekazywała Gabrielli jej mamma. Od jeziora Como i alpejskich szczytów, przez skąpany w słońcu Neapol i elegancki Mediolan, aż po magiczny Rzym – nie spodziewałam się, że przewracając kolejne kartki książki, obrazy miejsc, które znam, powrócą do mnie z taką siłą. Polecam gorąco!All dogs are welcome at the mountain chalets.

Wszystkie psiaki są w schroniskach mile widziane. 
It could be worse ;).

Mogło być gorzej ;). And here we are at the mountain chalet on Cermis. The mood is always very festive here. If it’s sunny and the weather is pleasant, you can also come across outdoor cooking stalls. According to my nearest and dearest, they serve here the best Diavola pizza in the world.

A tu w schronisku na szczycie Cermis. Panuje tu zawsze bardzo imprezowa atmosfera, jeśli świeci słońce i jest względnie ciepło to można natrafić również na kuchnie na świeżym powietrzu. Według moich bliskich podają tu też najlepszą pizzę Diavolę na świecie. 

3. Clothes and body care.  

   This year, we hadn’t even brushed against real hiking – for our walking trips, we chose trails that we’re almost flat and ideally prepared so we didn't really need any specialised equipment. To be honest, many Tricity routes are characterised by a higher difficulty level. I mostly remembered to avoid being misled by the stunning weather behind the window and always packed winter hats and scarves for everyone. I was wearing my down jacket from Nelly almost throughout the whole trip. It cost less than PLN 300 (it was still out of stock on the weekend when I was showing it in my post, but now I can see that it’s back in stock – check out the link here). I mosty took woollen and cashmere items – they turned out to be perfect. When it comes to skiing, it was my consecutive season in Moncler jacket that I bought in Moena when I went to the wall – I left my jacket from Napapijri on the couch in Sopot. I invested in a new pair of trousers and I’m really glad with the choice (Perfect Moment) and also a helmet (by KASK [helmet in English] :)) and a set of thermal underwear.  

   I packed two cosmetics to the backpack that I took to the slope everyday: a sun block (not any sun block – the one that I chose could be used in the morning as a normal day cream as it was a perfect makeup base, and then it could be used as an additional layer for the nose) and a lip balm (in the photo, you can see a lip balm from the same line as the face cream, but I eagerly recommend this product – it’s the best lip balm I’ve ever had). In the mountains, the skin on our lips becomes quickly dry and if you don’t care for that area, you’ll be sorry on the very first evening. You should also find some space in your suitcase for a good face mask. I was using this, but you can also take a sample that won’t take much space.

* * *

3. Ubiór i pielęgnacja.

   Na tegorocznym wyjeździe nie otarłam się nawet o prawdziwą wspinaczkę – na spacery wybieraliśmy trasy, które były prawie płaskie i idealnie wyratrakowane, więc żaden specjalistyczny sprzęt nie był nam potrzebny. Szczerze mówiąc wiele trójmiejskich szlaków ma wyższy stopień trudności. Pamiętałam więc przede wszystkim o tym, aby nie zwiodła mnie piękna pogoda za oknem i pakowałam do plecaka czapki i szaliki dla wszystkich. Prawie cały wyjazd przechodziłam w białej kurtce z Nelly, która kosztowała niecałe 300 złotych (jeszcze w weekend, gdy pokazywałam ją w "looku", była niedostępna ale widzę, że wróciła – link tutaj). Do walizki zapakowałam przede wszystkiem wełniane i kaszmirowe rzeczy – sprawdziły się super. Jeśli natomiast chodzi o narty, to kolejny sezon jeździłam w kurtce Moncler, którą kupiłam w Moenie będąc trochę pod ścianą – moja kurtka z Napapijri została bowiem na kanapie w Sopocie. Zainwestowałam za to w nowe spodnie i jestem z nich bardzo zadowolona (Perfect Moment) i kask (marki KASK :)) oraz komplet bielizny termicznej.

   Do mojego plecaka, który codziennie zabierałam na stok, zapakowałam dwa kosmetyki: krem z filtrem (nie „byle jaki”- ten który wybrałam można użyć rano jako zwykły krem do twarzy bo dobrze sprawdza się pod makijażem, później można dołożyć warstwę na przykład na nos) i balsam do ust (na zdjęciu widzicie balsam z tej samej serii co krem, ale polecam Wam bardzo gorąco ten produkt – to najlepszy balsam jaki miałam). Skóra ust wysusza się w górach bardzo szybko i jeśli nie będziecie o nią dbać, to już pierwszego wieczoru będziecie tego żałować. Spróbujcie też znaleźć w walizce miejsce na dobrą maskę do twarzy. Ja używałam tej, ale może macie po prostu jakąś próbkę, która nie zajmuje wiele miejsca?

This sun block is a product fulfilling the most demanding standards. Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF50+/PA+++ is recommended even after aesthetic medicine treatments, such as microdermabrasion, lasers, or dermapen. This cream offers the highest protection, it doesn’t leave a white film, and you can use it as a makeup base. I have a discount code for you that is valid until Sunday (12/01/2020) to an online store topestetic.pl , you’ll buy Cell Fusion C cosmetics with a 10% discount. It’s enough to use the code KASIA0120 (discounts don’t add up). At topestetic.pl, you can try out a free cosmetologist’s consultation if you’re not sure which product you should choose – it’s really worth checking out the store, as it offers an incredibly wide choice of professional cosmetic brands.

* * *

Ten krem z filtrem to produkt spełniający najwyższe standardy. Cell Fusion C Laser Sunscreen 100 SPF50+/PA+++ jest polecany nawet po zabiegach medycyny estetycznej, takich jak mikrodermabrazja, lasery czy dermapen. Krem ma najwyższą ochronę, nie zostawia białego filmu i można go używać jako kremu na dzień pod makijaż. Mam dla Was rabat i od dzisiaj do niedzieli (12.01.2020r.) w sklepie internetowym topestetic.pl kosmetyki Cell Fusion C kupicie z rabatem -10%. Wystarczy wpisać kod KASIA0120 (promocje nie łączą się). Na topestetic.pl możecie też skorzystać z bezpłatnej porady kosmetologa jeżeli nie jesteście pewni, który produkt wybrać dla siebie – naprawdę warto tam zajrzeć bo mało jaki sklep może poszczycić się takim wyborem profesjonalnych marek kosmetycznych. 

At the mountain chalet on the route leading to Passo Rolle. As you can see, my daughter has two winter hats – we put the lighter one when it was sunny and windless, and when her hands were warm ;).

W schronisku na końcu szlaku dla pieszych na Passo Rolle. Jak widać moja córeczka miała dwie czapki – tę cieńszą zakładałam, gdy było słonecznie i bezwietrznie, a łapki były ciepłe ;). 

4. Additional highlights.   

   When we are travelling to Val di Fiemme, we considerably more often say that we are going for a mountain trip than for a skiing trip. I’ll be honest with you – neither me nor my husband make skiing from 8 am to 4 pm a point of honour. Already before we became parents (and owners of Portos), we took a break from skiing from time to time and embarked on hiking trips. If the weather is good, we like going on walking trips to other mountain towns and searching for new highlights. That’s how we discovered the night sledge in Obereggen. I really recommend this attraction for adults, and I really wouldn’t recommend it for kids as the circuit is really fast (helmets are a must). You’ll also find a toboggan run on the previously mentioned Lusi.   

   In Val di Fiemme, agritourism is very popular. For example, I recommend Agritur El Mas Restaurant in Moena with a real homestead. And if you are planning a really unforgettable night, you should book a table at Chalet 44 for the evening – you’ll be taken to the summit by real snowmobiles and they will eagerly take your pet along (Portos can confirm).   

   In turn, if you get bored with the already mentioned routes, you should definitely go for Marmolada – the highest summit in the Dolomites. When the weather is favourable, you’ll take three gondola lifts to the summit, that is to the altitude of 3343 metres above sea level. Intermediate skiers should easily cover the 12-kilometre route that goes to the very bottom.   

   When purchasing the ski pass for Val di Femme, you should think about purchasing two more “SuperSki” days – owing to that, you can take routes that are located farther away, Marmolada, or the night sledge without any additional costs.

* * *

4. Dodatkowe atrakcje. 

   Coraz częściej, gdy ruszamy do Val di Fiemme, nie mówimy, że jedziemy „na narty” tylko „w góry”. Będę z Wami szczera – ani ja, ani mój mąż nie stawiamy sobie za punkt honoru szusowanie na stoku od ósmej do szesnastej. Jeszcze przed tym, jak zostaliśmy rodzicami (i właścicielami Portosa) robiliśmy sobie od czasu do czasu przerwę od nart i przerzucaliśmy się na szlaki dla „chodziarzy”. Jeśli pogoda nie dopisuje, lubimy też urządzać sobie wycieczki do innych górskich miasteczek i szukać nowych atrakcji. Tak odkryliśmy na przykład nocne sanki w Obereggen. Polecam je dorosłym, z kolei małym dzieciom zdecydowanie odradzam, bo tor jest naprawdę szybki (kaski obowiązkowe). Tor saneczkowy znajdziecie też na wspomnianej już wcześniej Lusi.

    W Val di Fiemme bardzo popularna jest agroturystyka. Polecam na przykład restaurację Agritur El Mas w Moenie połączoną z prawdziwym gospodarstwem. A jeśli chcecie zaplanować naprawdę niezapomniany wieczór, to zróbcie rezerwację w Chalet44 na wieczór – na górę wwiozą Was prawdziwe skutery śnieżne i – uwaga – psa też chętnie wezmą (Portos potwierdza).

    Jeśli z kolei znudzą Wam się już wymienione wcześniej szlaki, to koniecznie wybierzcie się na Marmoladę – najwyższy szczyt w Dolomitach. W odpowiednią pogodę kolejno trzy gondolki wywiozą Was na sam jej szczyt, czyli na wysokość 3343 metrów nad poziomem morza. Już średnio zaawansowani narciarze powinni bez problemu pokonać 12 kilometrową trasę, która prowadzi na sam dół góry. 

   Kupując skipas na Val di Fiemme pomyślcie o dokupieniu dwóch dni "SuperSki" – dzięki temu będziecie mogli skorzystać z dalszych tras, Marmolady czy nocnych sanek bez dodatkowych opłat. 

We’re entering a gondola that will take us to the altitude of more than 3,000 metres.

Wchodzimy do wagonika, który wyniesie nas na wysokość ponad 3000 metrów. Your knees turn to jelly ;).

Nogi miękną :). 
A view from the very top. It may seem that the moon is closed than Earth.

Widok z samej góry. Można odnieść wrażenie, że księżyc jest bliżej niż Ziemia. Home-made pastries are available at each mountain chalet.

Domowe ciasta w każdym schronisku. 

And this is a view known from “The Italian Job”.

A to widok znany nam z filmu "Włoska robota". 

5. A few words about travelling to the mountains with a toddler.   

   I didn’t want this post to be dominated by topics connected with children so I’ll try to squeeze the most important information into one paragraph. In case of an infant, it’s worth considering if you are ready for the fact that a stay in the mountains will look different than what you have experienced in the past long before you even start the trip. From eight skiing days – thanks to grandparents’ courtesy – we put on the skis three times – we spent the remaining time together with our daughter and Portos on walks – we didn’t want to ski taking turns. For us, it was a great pleasure as we took the trip to spend some time in our beloved place. However, if you can’t imagine travelling to the mountains without spending whole days on skiing…. you need to think on what to do to avoid turning the trip into a source of frustration. In case of older children, the situation is considerably simpler – each skiing centre offers schools or trainers already for children who are four years old. There are also specially prepared mini hills and cable lifts. I know that on Lusi, there is also a kindergarten for the youngest children.  If you, just like us, can easily give up skiing and spend time on walks, you can take sledge with you. Remember about a handle for steering. They are steered more easily in comparison to a regular stroller. For short strolls, I recommend a shawl (or an appropriate carrier). In most mountain chalets, special child seats are available.   

   In Italy, all food allergies are treated very seriously. Additionally, at almost all restaurants and mountain chalets, you’ll find menu dedicated to the youngest guests. However, I need to warn you that there is a really poor choice of meals for children at the shopping malls. I had already noticed that during our holidays in Monterosso, but at that time I was mostly feeding the baby naturally and preparing one meal a day was not that big of a problem – now, the situation was more difficult. That’s why I recommend taking food from home or just preparing yourselves that you’ll have to go to great lengths during the trip. And there’s another piece of advice – both in case of a dog and in case of a baby, the mountain hotels are not really the best choice. An apartment with access to kitchen and a little more space on the floor to play is an invaluable thing. The more so if you can travel with someone who also has small children – I’m telling you that’s a great solution.

* * *

5. Kilka słów o wyjeździe w góry z małym dzieckiem. 

   Nie chciałam aby ten artykuł zdominowały tematy dziecięce, dlatego postaram się najważniejsze informacje zawrzeć w jednym akapicie. W przypadku niemowlęcia warto zadać sobie pytanie na długo przed wyjazdem, czy jesteśmy gotowi na to, że pobyt w górach będzie wyglądał inaczej niż wcześniej. Z ośmiu dni narciarskich – dzięki uprzejmości dziadków – trzy razy włożyliśmy narty na nogi – pozostały czas spędzaliśmy razem z córeczką i Portosem, przede wszystkim spacerując – nie chcieliśmy jeździć na nartach na zmianę. Dla nas była to ogromna przyjemność, bo wyjechaliśmy po to, aby być razem w naszym ukochanym miejscu. Jeśli jednak nie wyobrażacie sobie pojechać w góry i nie szusować od rana do nocy, to… sami musicie się zastanowić, co zrobić, aby taki wyjazd nie był dla Was źródłem frustracji. W przypadku starszych dzieci sprawa jest znacznie prostsza – każde centrum narciarskie oferuje szkółki lub indywidualnego instruktora już od czwartego roku życia dziecka oraz specjalnie przygotowane mini-pagórki i wyciągi. Wiem, że na Lusi jest także przedszkole dla młodszych dzieci.  Jeśli, tak jak my, uznacie, że bez problemu zrezygnujecie z nart i będziecie urządzać sobie piesze wycieczki, to do bagażnika zapakujcie sanki, koniecznie z „pchaczem”. Prowadzi się je znacznie łatwiej niż wózek. Na krótsze spacery polecam chustę (lub odpowiednie nosidełko). W większości schronisk są dostępne specjalne krzesełka dla niemowląt.

    We Włoszech wszelkie alergie żywieniowe są traktowane bardzo poważnie, dodatkowo właściwie w każdej restauracji czy schronisku znajdziecie menu dla maluchów. Uprzedzam jednak, że w supermarketach jest bardzo słaby wybór posiłków dla dzieci. Zwróciłam na to uwagę już w trakcie naszych wakacji w Monterosso, ale wtedy karmiłam córkę prawie wyłącznie naturalnie i przygotowanie jednego posiłku dziennie nie stanowiło problemu – teraz sprawa była już bardziej skomplikowana. Proponuję więc wziąć sporo jedzenia z domu i przygotować się na to, że będzie trzeba na wyjeździe trochę się natrudzić. Tu od razu nasuwa mi się kolejna rada – zarówno w przypadku psa jak i dziecka, hotele w górach nie do końca się sprawdzają. Apartament, w którym mamy dostęp do kuchni i trochę więcej miejsca na podłodze to rzeczy naprawdę nieocenione. Tym bardziej jeśli możemy pojechać z kimś kto także ma małe dzieci – mówię Wam, że to super rozwiązanie. 

The popular Strauber at Lusi mountain chalet. It is served only after 2:30 pm.

Słynny Strauben w schronisku na Lusi. Podawany dopiero po godzinie 14.30. Pet sitter.

Psia niania. Regional specialties. Our car trunk was tearing at the seams on our way back.

Regionalne specjały. Nasz bagażnik w drodze powrotnej pękał w szwach. Dining in the open air on the top of Alpe Cermis.

Kuchnia na świeżym powietrzu na szczycie Alpe Cermis. Diavola. They say it’s the best in the world.

Diavola. Podobno najlepsza na świecie.  The Valley of Harmony. Val di Fiemme received this charming name owing to the red spruces. This tree species became the beloved trees of luthiers, including Stradivari.

"Dolina Harmonii". Tę urocza nazwę Val di Fiemme zawdzięcza czerwonym świerkom. Ten gatunek drzewa wyjątkowo umiłowali sobie lutnicy, w tym słynny Stradivari.
Dogs at every corner. The Italians love their pet friends and treat them appropriately.

Psiaki na każdym kroku. Włosi kochają swoich czworonożnych przyjaciół i traktują ich tak jak należy. czapka i rękawiczki – H&M / okulary – Komono / kurtka – Woolrich / spodnie – NAKD / chusta – Bebespace / 

How is it possible that I’m already missing this view? See you my dear Passo Rolle!

Jak to możliwe, że już tęsknie za tym widokiem? Do zobaczenia drogie Passo Rolle!

*  *  *