If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

O drożdżowych plackach z duszonym czosnkiem, szpinakiem, kminem, płatkami chili i mieszanką serów. Jednym słowem – musicie je zrobić!

*    *    *

Kocham połączenie zarumienionego czosnku z duszonym szpinakiem, cukinią i odpowiednia ilością kminu rzymskiego i płatków chili. Tak prawdę mówiąc, to sam farsz mógłby mi wystarczyć ale jednak dzisiaj, chciałabym Was namówić na połączenie go z ciastem drożdżowym. Po zagnieceniu i wypełnieniu farszem, wystarczy wrzucić na suchą patelnię i przyrumienić z obu stron. Myślę, że będziecie zachwyceni!

Skład:

(przepis na 2 porcje)

ciasto:

ok. 450 g mąki pszennej (+ odrobina do podsypania)

8 g suchych drożdży + 1 łyżka miodu

1/2 szklanki kefiru lub maślanki

1/2 szklanki mleka 3,2 %

szczypta soli i świeżo zmielonego pieprzu

farsz:

2 pęczki świeżego szpinaku

1 cukinia

1 łyżka płatków chili (porcje można zmniejszyć)

1 łyżka kminu rzymskiego

4-5 ząbków czosnku (lub więcej)

garść tartego sera cheddar

1 opakowanie fety

garść sera gorgonzoli (opcjonalnie)

sól morska i świeżo zmielony pieprz

do smażenia: oliwa z oliwek

do posypania: posiekana pietruszka

A oto jak to zrobić:

1. W szerokiej misce łączymy mleko, kefir, drożdże i miód. Mieszamy i dodajemy przesianą mąkę, szczyptę soli i świeżo zmielony pieprz. Zagniatamy ciasto (korzystam z haka) do momentu, aż będzie gładkie i sprężyste. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce, aby wyrosło przez min. 30 minut (pozostawiam przy otwartych drzwiczkach od piekarnika).

2. Aby przygotować farsz: na rozgrzanej patelni z oliwą podsmażamy delikatnie czosnek, płatki chili i kmin rzymski. Dodajemy posiekaną w kostkę cukinią, a gdy nieco zmięknie dodajemy liście szpinaku. Całość dusimy, aż zmniejszy się konsystencja. Gdy farsz ostygnie dodajemy kawałki fety i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem.

3. Wyrośnięte ciasto ponownie zagniatamy i dzielimy na dwie porcje. Z jednej porcji rozwałkowujemy placek o grubości nie większej niż 1 cm. Na środku placka kładziemy połowę farszu i dodajemy starte sery. Zawijamy ciasto dookoła – patrz na zdjęciu. Tak przygotowany placek, przekładamy za pomocą szpatułki na rozgrzaną suchą patelnię. Placki smażymy na złoty kolor – zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Po usmażeniu możemy skropić oliwą i posypać posiekaną pietruszką oraz solą morską.

Aby przygotować farsz: na rozgrzanej patelni z oliwą podsmażamy delikatnie czosnek, płatki chili i kmin rzymski. Dodajemy posiekaną w kostkę cukinią, a gdy nieco zmięknie dodajemy liście szpinaku. Całość dusimy, aż zmniejszy się konsystencja. Gdy farsz ostygnie dodajemy kawałki fety i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem.

Aby przygotować ciasto: w szerokiej misce łączymy mleko, kefir, drożdże i miód. Mieszamy i dodajemy przesianą mąkę, szczyptę soli i świeżo zmielony pieprz. Zagniatamy ciasto (korzystam z haka) do momentu, aż będzie gładkie i sprężyste. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce, aby wyrosło przez min. 30 minut (pozostawiam przy otwartych drzwiczkach od piekarnika).

Wyrośnięte ciasto ponownie zagniatamy i dzielimy na dwie porcje. Z jednej porcji rozwałkowujemy placek o grubości nie większej niż 1 cm. Na środku placka kładziemy połowę farszu i dodajemy starte sery.

Zawijamy ciasto dookoła – patrz na zdjęciu. Tak przygotowany placek, przekładamy za pomocą szpatułki na rozgrzaną suchą patelnię.

Placki smażymy na złoty kolor – zarówno z jednej, jak i z drugiej strony.

Po usmażeniu możemy skropić oliwą i posypać posiekaną pietruszką oraz solą morską.

Look of The Day – Nigdy dosyć Kaszub.

dress / sukienka – Kornalia Rataj (model "Minimal Dress")

sandals / sandały – Tkees (kupione dawno temu, ale oferta tej marki rzadko się zmienia)

big basket / duży kosz – kupiony w Brukseli

hat / kapelusz – Zara Hom 

   Miło spędza się wakacje, nawet takie jednodniowe, na kaszubskich pustkowiach. Udając się na wieczorny spacer można na przykład spotkać rodzinę kózek, nazbierać bukiet polnych kwiatów albo szukać chmur w kształcie ulubionych zwierząt. Dla mnie ten spacer był też idealną okazją, aby pokazać Wam projekt zdolnej polskiej projektantki – Kornelii Rataj. Długo zastanawiałam się, którą z jej lnianych i pięknych w swej prostocie sukienek wybrać (poza kolekcją lnianą w ofercie znajdziecie także kolekcję SWIMWEAR). Wybór padł na model, który różni się od wszystkich tych, które mam w swojej szafie. 

Konsumencka rewolucja czyli czym teraz kieruję się kupując kosmetyki

   Dużo słyszy się o tym, że przesadny perfekcjonizm, to problem dzisiejszych kobiet po trzydziestce. Pełnimy wiele ról i z każdej chciałybyśmy wywiązać się idealnie. Chętnie bierzemy odpowiedzialność za siebie, za najbliższych i całą machinę codziennego życia. Tyczy się to także wszelakich zakupów. No bo ile razy w ostatnim miesiącu nadrabiałyśmy kilometrów, aby kupić truskawki i marchewkę z ekologicznej uprawy? Kiedy ostatni raz wrzuciłyśmy do koszyka jajka bez wcześniejszego sprawdzenia liczby czerwonych pieczątek? Zdarza Ci się kupić dziecku pierwsze lepsze body, które wpadło Ci w ręce, czy też poddajesz je analizie? I niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która przez tydzień nie miała otwartych na komputerze dwóch kart z prawie identycznymi modelami białych trampek, aby porównywać je bez końca i żałować, że na stronie dostępny jest tylko poczwórny zoom. Nie wspomnę już o tym, jak konsekwentnie staramy się wrzucać na listę zakupów rzeczy wyprodukowane w Polsce, a zamawiając coś przez Internet zwracamy uwagę na to, która firma wysyła swoje produkty bez wykorzystania plastikowych opakowań. A na koniec i tak większość rzeczy zwracamy, bo okazuje się, że po przeanalizowaniu wszystkich czynników ten biały ręcznik jednak nie spełnia naszych oczekiwań, a poza tym w innym sklepie znalazłyśmy podobny, ale z bawełny „eko”.

   Mój prześmiewczy ton jest tak naprawdę nieuzasadniony – to świetnie, że coraz więcej z nas (i z tego co obserwuję: większość Czytelniczek bloga) zwraca tak dużą uwagę na to, aby robić mądre zakupy. Zawsze odczuwam jednak pewną obawę przed skrajnościami, w które zresztą sama się wpędzam. Pogoń za „mniej” może być tak samo złudna i wyczerpująca, jak pogoń za „więcej”. W końcu nadal zostajemy niewolnikami rzeczy. W naszych lodówkach, szafach czy kosmetyczkach mamy tylko to, co się sprawdza i czego potrzebujemy, ale z drugiej strony poświęciłyśmy na to mnóstwo bezcennego czasu.  

   Zaczęłam od szerokiego tematu, ale dziś skupię się tylko na wątku kosmetycznym – chociaż i on wyszedł mi całkiem obszerny. Po prostu im więcej czytam i im więcej szukam, tym bardziej widzę, że tak naprawdę nie wiem nic. Albo prawie nic. Informacji, teorii, zagrożeń, obietnic czy profitów, wynikających z zakupu danego kosmetyku jest zawsze tak wiele, że ciężko jest wyłuskać z tego ziarnko obiektywnej prawdy. Na dodatek coś, co jest prawdą dzisiaj, po miesiącu może okazać się oszustwem. Internet, łatwy dostęp do ocen innych klientów, sprytny marketing i pozorna transparentność marek dają nam złudne poczucie, że kupujemy to, co dla nas najlepsze. Czy jest jakiś sposób, aby nie wpaść w tę pułapkę fałszywego pragmatyzmu? 

Wszystkie moje kosmetyki pielęgnacyjne, które mam w tym momencie. 

 

1. Droga na skróty.

   Gdy dostajesz się na wymarzoną psychologię, przebierasz już nogami na myśl o tym, że odkryjesz wszystkie te tajemne mechanizmy i zawiłe procesy myślowe, które rządzą naszym umysłem. Tymczasem, już na pierwszym wykładzie dowiadujesz się, że to do czego człowiek nieustannie dąży to upraszczanie. Nasz mózg, niczym procesor w komputerze, ma ograniczone zasoby przetwarzania informacji, musi więc jak najszybciej wykształcić sobie pewne automatyzmy, które nie będą niepotrzebnie „obciążać” procesora (tzw. metoda oszczędności poznawczej). Pomaga nam to w szybszym podejmowaniu decyzji dotyczących codziennych spraw. Każdego dnia stajemy bowiem przed całą masą mniej lub bardziej istotnych wyborów. Przygotować domowy obiad czy wziąć jedzenie na wynos? Jeśli to drugie, to z której restauracji? Czy skoro dziecko nie miało dziś drzemki, to powinniśmy położyć je spać szybciej niż zwykle? W co się ubrać skoro na zewnątrz są chmury? Te decyzje są bardzo błahe i zwykle na ich podjęcie poświęcamy ledwie kilka sekund – robimy to automatycznie, analizujemy tylko tyle informacji, ile potrzeba, by zrobić to, co należy: zdecydować, wybrać reakcję, przejść do następnego punktu. Fachowo nazywa się to heurystykami wydawania sądów i w zdecydowanej większości przypadków pomagają nam one sprawnie funkcjonować.

   Co ma psychologia do kosmetyków? W przypadku ich kupowania też stosujemy różne schematy. Niektóre z nich nie zawsze są jednak trafne. „Skończył mi się krem do twarzy, a to najważniejszy kosmetyk więc wybiorę ten z górnej półki” – klik i drogi krem ląduję w naszym koszyku. „Na opakowaniu jest informacja, że ten żel do mycia ciała zawiera olej migdałowy, więc musi być dobry i ekologiczny” – no chyba lepiej wybrać ten niż inny. „Widziałam, że tego serum używa Julia Wieniawa, a lubię jej piosenki” – kupujemy więc to, co poleca znana osoba. Chcemy mieć poczucie, że decyzji nie podejmujemy w sposób bezmyślny, znajdujemy więc jakiś punkt zaczepienia, jedną przesłankę, której nie poddajemy krytycznej ocenie i na jej podstawie dokonujemy zakupu. Wszyscy tak robimy i nie jest to nic złego – gdybyśmy pochylały się nad każdą decyzją zakupową straciłybyśmy pół życia. A naprawdę nie ma sensu analizować tego, czy lepiej wybrać waciki karbowane czy gładkie. Oczywiście chciałabym dobierać swoje kosmetyki bardziej świadomie, ale jednocześnie nie chce mi się poświęcać energii, czasu i pieniędzy na czytanie, testowanie i ciągłe aktualizowanie informacji. Heurystyki, nawet jeśli są obarczone pewnym błędem, pozwalają nam nie angażować umysłu w kwestie, w gruncie rzeczy, nieistotne dla naszego szczęścia. No ale jakoś trzeba wybrać ten krem, prawda?

2. Posegregujmy priorytety.  

   Jaki powinien być dobry kosmetyk? Powinien działać szybko i skutecznie, być tani, wyprodukowany w Polsce, naturalny, mieć ładne opakowanie i w żaden sposób nie szkodzić. Trochę jak z firmą budowlaną która zawsze powinna budować szybko, tanio i dobrze, choć każdy wie, że w rzeczywistym świecie połączenie tych wszystkich trzech cech jest niewykonalne. Podobnie jest z kosmetykami. Jeśli złapałyście się kiedyś na myśleniu „chciałabym aby opakowania po moich kosmetykach nie zaśmiecały planety” a jednocześnie uznałyście, że „no chyba ta marka zwariowała jeśli myśli, że będę im odsyłać te buteleczki do ponownego użytku, nie mam do tego głowy ani czasu” albo „chciałabym, aby kosmetyk zmniejszył wszystkie moje zmarszczki i fajnie jeśli jego głównym składnikiem będzie nieprzetworzony jogurt, bo cenię naturalne składy” to wiecie, że znalezienie konsensusu w tym całym galimatiasie naszych wyidealizowanych oczekiwań jest trudne.

    Od lat staram się, aby zdecydowana większość kosmetyków pielęgnacyjnych (i innych rzeczy również), które kupuję było produkowanych w Polsce i posiadało naturalne składy. Tylko w niewielu przypadkach robię wyjątki. Mam swoje trzy ulubione marki kosmetyczne o bardzo silnym działaniu, które akurat nie są polskie, ale myślę, że ten wyjątek dobrze potwierdza regułę. Biologique Recherche, Image Skincare i Dermaquest opisywałam na blogu już parę razy i w przypadku profesjonalnej pielęgnacji nie mają sobie równych (na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć czego obecnie używam). Uważam, że jeśli raz na kilka\kilkanaście miesięcy kupię coś „zza granicy” to jeszcze można mi to wybaczyć i nie nazywać zdrajczynią. Dotyczy to jednak tylko kosmetyków, których skuteczność ma być naprawdę „piorunująca”. No i jeśli już decyduję się na taki zakup, to znajduję produkty w polskim sklepie internetowym – staram się więc dokładać chociaż mini cegiełkę do czyjejś polskiej działalności. W przypadku pozostałych mazideł mam już inne podejście.

Na zdjęciu widzicie produkty od trzech moich ulubionych marek profesjonalnych. Od Image Skincare polecam zieloną maskę z probiotykiem i prebiotykiem (miałam też tę maskę z witaminą C która była super) i nawilżający balsam do ust, który dodatkowo ma filtr SPF15, z Biologique Recherche maskę długotrwale nawilżającą (niezmiennie polecam Wam też ten krem, ale przeczytajcie dokładnie jak go używać w tym wpisie) a od Dermaquest mam bazę pod makijaż, który go przedłuża i sprawia, że podkład lepiej wygląda na skórze. Wszystkie kosmetyki profesjonalne kupuję w jednym miejscu –  w Topestetic. Ten sklep internetowy posiada naprawdę bogaty zbiór najlepszych światowych i polskich marek, rekomendowanych przez lekarzy medycyny estetycznej, chirurgii plastycznej oraz dermatologów.

    Zacznijmy od tego, że właściwie przed każdym zakupem stawiam sobie pytania, czy na pewno danej rzeczy potrzebuję. Jeśli chociaż przez chwilę się waham to znaczy, że jeszcze się bez niej obejdę. Zakupy pod wpływem chwili właściwie już mi się nie zdarzają. Najpierw musi nastąpić potrzeba, a dopiero potem poszukiwanie. Na przykład: mój t-shirt się podarł i nie nadaje się do noszenia, mogę kupić nowy. Albo: wieczorem chcę zrobić ciasto z truskawkami, więc pójdę po kobiałkę do sklepu (zdecydowanie gorzej jest pójść do sklepu i bez namysłu nakupować truskawek, rabarbaru, jagód i malin formułując w głowie myśl, że może do czegoś w najbliższych dniach się przydadzą) i podobnie jest z kosmetykami („kończy mi się maska do włosów i szampon więc mogę zamówić nowe”, albo „znów pojawiły się wypryski na policzkach – wrócę do tej maski probiotycznej która mi pomogła”). Gdy już wiem, że coś kupić trzeba, szukam odpowiedniego produktu z oferty ulubionych polskich marek, do których mam zaufanie – Yonelle, Veoli Botanica, Sensum Mare, Clochee i parę innych. Jestem też podatna na wpływy autorytetów, ale niestety nie tych z Instagrama. Dlaczego? Bo widzę jak często na profilach influencerek pokazywane są marki, których propozycję reklamowania sama wcześniej odrzuciłam, bo były za słabej jakości. Mam tą komfortową sytuację, że mogę pozwolić sobie na polecanie tylko i wyłącznie tego, co sprawdziłam na własnej skórze i naprawdę polubiłam – i widzę, że ta moja ostra selekcja jest przez Was doceniana. Wracając jednak do moich autorytetów – mam sprawdzone panie kosmetolożki w salonie do którego chodzę od lat (Balola w Sopocie), dziewczyny nieustannie się tam dokształcają i zawsze podsuwają mi coś, co działa (wiele z ich poleceń ląduje później na blogu ;)). Przychylniejszym okiem patrzę także na marki, których założycielkami są kobiety. Chociaż nie, cofam to. Właściwie to jest na odwrót. Zwykle gdy odkrywam jakąś super markę, okazuje się, że stoi za nią właśnie nasza płeć.

Jeśli szukacie kosmetycznego pewniaka, to wejdźcie na stronę polskiej marki Yonelle. Założyły ją dwa autorytety w branży kosmetycznej – doktor nauk chemicznych Małgorzata Chełkowska oraz biolog Jolanta Zwolińska. Yonelle to polska marka, która doczekała się niezliczonych nagród i wyróżnień za swoje technologiczne odkrycia. Ja przetestowałam produkt o groźnie brzmiącej nazwie MEDIFUSION krem w ampułce z mezoigłami, który ma po prostu odmłodzić skórę (wcześniej używałam też naprawdę super kremu na noc). Krem aplikuje się tylko przez 16 dni (co drugi wieczór) i efekty są naprawdę widoczne – po prostu wygląda się młodziej. Na pewno jeszcze kupię ten produkt. Na zdjęciu widzicie również serum pod oczy, które też jest świetne (kurze łapki mniej widoczne, skóra nie wydaje się już tak cienka i delikatna). 

    Muszę się też przyznać do czegoś – niestety mojej konsekwencji nie dostrzeżecie przy kosmetykach kolorowych – nie używam ich zbyt wielu, ale bardzo ciężko jest mi znaleźć alternatywy dla zagranicznych marek. Podkłady, cienie do oczu, róże czy bronzery – tu wciąż widzę niszę do wypełnienia. Właściwie nie spotkałam na swojej drodze idealnego kolorowego produktu polskiej produkcji, nie mówiąc już o takim, który spełniałby nie tylko wymagania makijażowe, ale również moje standardy ekologiczne, a jego skład byłby naturalny. No właśnie. A jak z tą naturalnością jest? Czy nie dajemy się przypadkiem nabić w bambuko?

3. Naturalne kosmetyki a benzyna i olej opałowy. 

   Od kilku lat furorę robi określenie „naturalny”. Wierzymy (albo może lepiej powiedzieć, że chcemy wierzyć), że odpowiednie zioła, olejki roślinne i inne podobne specyfiki rozwiążą wszystkie nasze kosmetyczne problemy. I jak to dziś w handlu bywa, ponieważ wierzyć w to chce duża część z nas, to producenci na tą potrzebę odpowiadają. Mamy więc mnóstwo naturalnych specyfików na rynku, a wraz z nimi osoby zachwycone efektem ich działań, jak i takie, które się nimi srogo rozczarowały. Warto sobie w tym momencie zadać pytanie, co jest tak naprawdę naturalne i czy naturalne oznacza zawsze mniej szkodliwe. W końcu naturalne z pochodzenia są benzyna, olej napędowy, tworzywa sztuczne (wszystkie biorą się z ropy naftowej będącej naturalnym surowcem mineralnym, a „mineral oil” to często składnik naturalnych kosmetyków) i benzoesan sodu (wytwarzany m.in. przez owoce leśne środek zabezpieczający je przez grzybami). A bynajmniej tak ich nie traktujemy.

Naturalna marka kosmetyczna – prawda czy fałsz? W przypadku marki Veoli Botanica zdecydowanie to pierwsze. Kiedy w 2016 roku Monika Solorz postanowiła stworzyć nową markę, kosmetyki naturalne stanowiły produkt niszowy. Prywatnie, od dawna była fanką naturalnych produktów. Już wtedy miała intuicję, że tak jak ona, inne kobiety również zrezygnują z tradycyjnych składów, na rzecz tych wartościowych i autentycznych. Wprowadzenie całkowicie wegańskich, polskich kosmetyków naturalnych z pewnością było dużym wyzwaniem, ale moim zdaniem udało się zrealizować ten cel. Swoje doświadczenia z tą marką zaczęłam niepozornie, od olejku do ciała z płatkami róż, który był genialny i żałuję, że się skończył. Teraz używam kremów do twarzy na dzień HAVE A NICE FACE i na noc REPAIR BY NIGHT (oba kremy mają bogatą formułę, która zaskakująco szybko się wchłania). Veoli Botanica łączy opatentowane substancje naturalne takie jak GEMMOCALM ®, Hydroavena™ HpO, LycoMega® Polyplant Red Fruits, BIOPHILIC ™ H oraz Dermasooth™, które w produkcji są bardzo drogie, dlatego uważam, że stosunek ceny do jakości tych produktów jest bardzo dobry, zresztą same poszukajcie internetowych recenzji – naprawdę trudno znaleźć jakieś minusy. 

   Zacznijmy od tego, że sam przymiotnik „naturalny” niczego tak naprawdę nie gwarantuje. Większość składników każdego kosmetyku to mniej lub bardziej przetworzony surowiec naturalny (jak w wspomniane wyżej paliwa), więc nazwać naturalnym można cokolwiek. Oczywiście możemy oprzeć na odpowiednich certyfikatach, które z reguły gwarantują nieco bardziej zbliżoną naszym oczekiwaniem definicję „naturalności”. Jak to z reguły w  życiu bywa, kosmetyki naturalne najbardziej renomowanych producentów (a więc też niestety dosyć drogie), są optymalnym połączeniem naturalnego pochodzenia i efektywności działania. Te produkowane masowo dla drogeryjnych sieciówek często są albo naturalne tylko z nazwy, albo mało skuteczne. Powtarza się tu zresztą schemat z rynku odzieżowego – producenci natychmiast wychwytują nowe oczekiwania klientek. Moda na „eko” przekłada się na marketing, a językowa dowolność i brak uniwersalnych standardów powoduje, że świadomy wybór jest tylko złudzeniem – odpowiednio przewidzianym przez marketingowych speców wymyślających kolejne linie produktów. 

    Sens kupowania produktów naturalnych czy ekologicznych jednak jest i to muszę mocno podkreślić. Nawet jeśli od czasu do czasu natkniemy się na firmę, która tylko wykorzystuje popularne slogany do zwiększenia sprzedaży. Rynek jest okrutny – produkuje się to, co później chętnie kupujemy. Jeśli przestaniemy wybierać kosmetyki bardziej przyjazne środowisku i z naturalnym składem, to producenci całkiem zarzucą prace nad takimi produktami, bo po prostu przestanie im się to opłacać. 

Maska z probiotykami od Image. Wcześniej nie byłam fanką zielonych masek, bo wydawały mi się dobre dla nastolatek. Nie mam skóry tłustej (a to z myślą o niej stworzono tę maskę), ale nie ma ona wysuszającego działania. Już tuż po użyciu widać, że stany zapalne na skórze się wygaszają, szybciej się goją, znika obrzęk. Używam jej nawet dwa razy w tygodniu bo w lecie moje problemy skórne się nasilają.

   Świadomy wybór – to hasło odmieniane przez wszystkie przypadki jest dziś kluczem do dobrych zakupów. Tak przynajmniej myślimy. Internet powoduje, że mamy dostęp do setek recenzji, opisów, sklepów i porównywarek. Wszyscy lubimy to uczucie dobrze dokonanego zakupu, kiedy mamy wrażenie, że znaleźliśmy dobry produkt w dobrej cenie. I trzeba przyznać, że czasem rzeczywiście to działa. Wiertarka ma wiercić, kosiarka kosić, a rower jeździć. Z tego typu użytkowymi przedmiotami sprawa jest prosta. Jeśli nie działają, zostaje nam gwarancja. Tym samym przy odrobinie determinacji i odporności na marketingową papkę producentów, dokonanie świadomego wyboru jest możliwe. Przynajmniej w przypadku przedmiotów typowo użytkowych, co do których łatwo jest ocenić, czy dobrze spełniają swoją rolę. Co więcej w ich przypadku potrzeba ich posiadania jest często autentyczna, wynikająca z realnych potrzeb – trudno zrobić dziurę w ścianie palcem, mało kto chce kosić trawę kosą, zalety korzystania z roweru są także dosyć oczywiste. Z kosmetykami nie jest już tak prosto. Po pierwsze, trudno porównywać je w usystematyzowany sposób. Po drugie efekty ich działania zawsze będą subiektywne. Po trzecie, coraz więcej czytamy na ich temat, a coraz mniej wierzymy w to, co czytamy. Nasze wybory zakupowe nie powinny stawiać życia na głowie i wpędzać w nerwice, ale jednocześnie muszą nadążać nad zmieniającym się światem. Tylko w którym miejscu leży złoty środek? Chętnie przeczytam, co o tym myślicie. 

*  *  *

sukienka / koszula nocna z jedwabiu – Lovli Silk (polska marka) // krzesło z oparciem – TON // biżuteria – Stag Jewels (polska marka)