If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Kosmetyki, które zużyłam do ostatniej kropli.

   Promienie światła docierają do mojej łazienki tylko od połowy marca do końca września, bo jej wąskie okna wychodzą na północny zachód. Rzadko kiedy jest w niej jasno. Szczególnie mi to nie przeszkadza, bo korzystam z niej przede wszystkim wcześnie rano i wieczorem, ale gdy w ostatni poniedziałek pierwszy raz od kilku miesięcy zobaczyłam ją w końcu w pełnym świetle, pomyślałam sobie, że jak zwykle nagromadziłam przez zimę za dużo przedmiotów. Kupki prania niebezpiecznie wypełzały z kosza, gumowe kaczki, foremki i wiaderka mojej córeczki nie miały swojego miejsca i pałętały się między perfumami Chanel, szczotką do peelingu, a kaloszami męża (co?? A co one w ogóle tam robiły?!), a kolor fugi jest trudny do zidentyfikowania.

    Chciałabym teraz napisać to, co zwykle czytuję się na kobiecych blogach, czyli „widząc to od razu zapragnęłam uporządkować tę przestrzeń na wiosnę!”, ale nic takiego się nie wydarzyło. W ostatnich tygodniach wiele zawodowych spraw zaprząta mi głowę tak mocno, że skłamałabym twierdząc, że ogarniam dom na poziomie, który by mnie satysfakcjonował, o gruntownych porządkach w ogóle nie ma mowy. Wyznaczyłam sobie listę priorytetów i gdy w końcu mam chwilę, to wolę usiąść wśród bałaganu z córką i bawić się z nią ciastoliną niż pędzić pakować zmywarkę. Ustaliliśmy z mężem, że wspólnie przed świętami doprowadzimy mieszkanie do ładu i ta myśl mnie uspokaja, gdy spoglądam na telewizor, którego powierzchnia mogłaby teraz służyć do kręcenia reklamy, w której pani tworzy rysunki w rozsypanej mące.

    Jak zwykle odchodzę od meritum, bo po pierwsze coraz częściej łapię się na tym, że szeroko pojęte urządzanie przestrzeni zakrząta moje myśli bardziej niż moda czy kosmetyki, a po drugie dlatego, aby móc przejść do tłumaczenia się, że dzisiejszy wpis będzie krótki.   Efektami mojej pracy nie będę mogła się z Wami pochwalić jeszcze przez wiele miesięcy (nie, nie będzie to książka, chociaż o niej też myślę coraz częściej), bo mnie samą denerwuje, gdy ktoś ogłasza wszem i wobec nowy projekt, a potem o przedsięwzięciu ani słychu ani widu. Zresztą zauważyłyście już pewnie, że do wszystkich biznesowo-zawodowych spraw podchodzę bardzo poważnie i już samo pisanie o tym, dlaczego o tym nie piszę sprawia, że pocą mi się ręce ;). W tym tygodniu musiałam już jednak wrócić do Was z czymś więcej niż „Look of The Day” („musiałam” to niedobre słowo, po prostu chciałam), a tak się składa, że wiem, jak bardzo lubicie kosmetyczne wpisy (statystyki nie kłamią), no i dla mnie takie recenzje to szybka sprawa.

    Zeschnięte przy nakrętce, niewyciśnięte do końca, zużyte w jednej trzeciej, zepchnięte na tył szafki – trochę tego mam, chociaż i tak znacznie mniej niż jeszcze parę lat temu, gdy chętnie otwierałam kosmetyki o tym samym zastosowaniu, nawet jeśli nie zużyłam jeszcze tych wcześniejszych. To brzmi tak, jakbym teraz zmuszała się do tego, aby stosować kosmetyk tylko dlatego, że już go otworzyłam, nawet jeśli coś mi w nim nie pasuje… no cóż, czasami właśnie tak jest. Ale zdarza się też dokładnie na odwrót – że zbieram z dna słoiczka resztki, tak jak wtedy, gdy wygrzebują z pudełka ostatnią łyżkę lodów o smaku masła orzechowego i złorzeczę na samą siebie, że nie kupiłam większych zapasów. Dzisiejszy wpis będzie o tych drugich ;).

1. Maska różana i żel do mycia twarzy od Fresh.

   Najlepszą recenzją jaką wystawiamy kosmetykom jest chęć ich ponownego zakupu. Zwłaszcza w czasach, gdy do wyboru mamy ich naprawdę dziesiątki tysięcy i aż żal nie wypróbować czegoś nowego. A jednak czasem się zdarza. O marce Fresh pisałam już dwa lata temu i chyba nieprzypadkowo był to wtedy też początek wiosny. Produkty z jej oferty mają w sobie pewną świeżość, pachną bardzo naturalnie i po ponurej zimie używa się ich jeszcze przyjemniej. Pamiętam, że tę różaną maskę do twarzy (Rose Face Mask) wgrzebywałam palcem do samego końca, a same pewnie dobrze wiecie, że maski to taki produkt, który najczęściej się marnuje bo rzadko je używamy. Drugi produkt, który widzicie na zdjęciu to delikatny żel do mycia twarzy, który pachnie jak lato (Soy Face Cleanser). I chociaż dla skóry faktycznie jest delikatny, to i tak poradzi sobie z tuszem do rzęs i mocniejszym makijażem. UWAGA! Kosmetyki są dostępne tylko w sieci Sephora. Marka Fresh dostępna jest wyłącznie w perfumeriach Sephora i na sephora.pl.

2. Serum do twarzy z witaminą C oraz DMAE od Jan Marini.

   Wczoraj wycisnęłam z niego ostatnią pompkę i jestem pewna, że w ciągu kilku najbliższych miesięcy do niego wrócę. Dlaczego? Przede wszystkim już kilka sekund po jego nałożeniu miałam wrażenia, że moja skóra ma równiejszy, ładniejszy kolor i wygląda zdrowiej (serum jest wyłącznie pielęgnacyjne, nie ma w sobie żadnego pigmentu). Za tym efektem na pewno będę tęsknić. Po trzech tygodniach stosowania (nie oszczędzałam go) mam wrażenie, że zmarszczki są mniej widoczne. Producent nazywa ten kosmetyk „bardzo silnym koktajlem” i zapewnia, że momentalnie poprawia wygląd skóry – brzmi to jak przesadzona reklama, ale naprawdę ja miałam takie wrażenie. Serum znalazłam na mojej ulubionej stronie z profesjonalnymi kosmetykami – Topestetic. Zamawiałam tam już zresztą kilka innych kosmetyków, które uważam za mój „top topów” (między innymi tę maskę od Biologique Recherche, balsam do ust z Image albo ten żel do mycia twarzy z witaminą C i DMAE). Jeśli macie ochotę przetestować kosmetyki Jan Marini w sklepie Topestetic, to mam dla Was kod rabatowy dający 20% zniżki na wszystkie produkty tej marki (promocje nie łączą się). Kod JANMARINI20 jest ważny od dziś do końca 24 marca.

3. Algorich Serum rewitalizujące i przeciwzmarszkowe od Sensum Mare.

   To już moje trzecie opakowanie tego serum. Pierwsze testowanie rozpoczęłam w sierpniu 2019 roku i to właśnie ten produkt sprawił, że w ogóle wdrożyłam do swojej codziennej pielęgnacji tę kategorię kosmetyku. Wiem, że bardzo lubicie tę markę – świadczą o tym nie tylko komentarze na blogu, ale też recenzje na różnego rodzaju forach czy rankingach. Być może kojarzycie KWC (Kosmetyk Wszech czasów) czyli zakładkę na słynnym wizaz.pl, gdzie użytkowniczki oceniają konkretne produkty – tam opinie o serum również są wyjątkowo pozytywne. To, na co Wy zwracacie uwagę, to stosunek ceny do jakości – to polski produkt ze składem z najwyższej półki w pięknym opakowaniu, ale cena jest jednak niższa niż w przypadku marek luksusowych. Z kodem MLE otrzymacie zniżkę na cały asortyment w Sensum Mare o wysokości 15%. Kod jest ważny do końca marca.

4. Krem do rąk REGENERATING i masło REGENERATING do ciała od marki Phenome.

    Marki Phenome zapewne nie muszę przedstawiać Czytelniczkom bloga. Używam jej od wielu lat, zwłaszcza produktów do pielęgnacji ciała – silnie nawilżacze REGENERATING są jedyne w swoim rodzaju i ciężko znaleźć równie dobry zamiennik (wraz z kremem do rąk, masło stanowi idealny duet regenerujący). Ten akapit jest jednak o kremie do rąk. Mam dwie tubki – jedna trzymam w samochodzie, drugą mam w mieszkaniu. Krem przepięknie pachnie, a stopień nawilżenia jest idealnie „wyważony” to znaczy: skóra rąk jest dobrze nawilżona, a jednocześnie nie zostaje na niej nieprzyjemny lepiący film. Wiele razy polecałam Wam ten produkt w komentarzach, gdy pisałyście mi, że rzadko kiedy polecam kremy do rąk, a Wy szukacie czegoś idealnego, więc czekacie na propozycję ;). Ten na pewno Was zadowoli – tubka jest też bardzo wydajna (starcza mi nawet na pół roku), no i wygląda na tyle ładnie, że wcale nie mam potrzeby chowania jej do szuflady. AKTUALIZACJA: marka Phenome właśnie podesłała mi kod dla Was (dziękuję w imieniu Czytelniczek!), wystarczy użyć kodu #MLE30 aby uzyskać aż 30% zniżki na wszystko. 5. Kilka innych produktów, które nigdy nie trafiają na tył szafki.

    Perfumy Chanel, a dokładniej Chanel No5 PREMIERE, czyli odświeżona wersja kultowego zapachu towarzyszy mi niezmiennie od kilku lat. Pojawiają się przy nim różne alternatywy, jak nasze firmowe perfumy MLE, Chanel Mademoiselle i parę innych, ale to te perfumy noszę najczęściej. Gorąco polecam też olejek do włosów od Gisou (mam teraz trzeci flakon) i inne produkty Negin. Puste opakowanie, które widzicie na zdjęciu to krem na noc LE LIFT, który pokazywałam w styczniowym wpisie. No i szampon od Joanny za dziewięć złotych. Nie twierdzę, że jest idealny, ale utrzymuję kolor moich włosów w ładnym tonie i zużywam każde jego ilości.

shirt and jeans / koszula i dżinsy – Zara (dżinsy to stary model, koszula jest teraz dostępna). 

 

Look of The Day – Przedwiośnie ciąg dalszy. Przejściowych zestawów nigdy za wiele.

jacket with scarf / kurta z szalem – MLE Collection (preorder jeszcze w marcu, realizacja wysyłek w kwietniu)

cotton sweater / bawełniany sweter – MLE Collection (w marcu pojawią się pojedyncze sztuki, warto użyć opcji "powiadom o dostępności")

black jeans / czarne dżinsy – Topshop (model Jamie)

leather bag / torebka – Chanel (wielkość mini)

leather boots / skórzane kozaki – Khaite

   Dziś podsuwam Wam kolejny zestaw na tak zwany okres przejściowy. Co prawda nigdy nie wzbudzał on w modzie jakiejś szczególnej ekscytacji, ale nie da się takich strojów pominąć. Powiem więcej – pogoda w Polsce stosunkowo rzadko pozwala nam na zestawy stricte zimowe czy letnie. Przez osiem miesięcy w roku balansujemy między trenczami, lekkimi kurtkami, baletkami, trampkami czy kaloszami i zastanawiamy się czy na wszelki wypadek nie wpakować do torebki szalik. Mam więc nadzieję, że nie znudzą Wam się moje propozycje na przedwiośnie.

Nasz czas wolny w pandemii – z czego zrezygnowałyśmy, a co robimy częściej?


    Czwartego marca, czyli pięć dni temu, minął dokładnie rok od ujawnienia pacjenta zero – pierwszej osoby zakażonej koronawirusem w Polsce. Jeśli wirus czyta ten wpis, to muszę go rozczarować – nie będzie tortu i życzeń urodzinowych, a już na pewno nie zaśpiewamy sto lat. Oczywiście są ludzie, dla których niewiele się w zasadzie zmieniło – po prostu siedzenie z piwem przez ekranem zamiast bycia synonimem życiowej porażki, stało się oficjalnym sposobem walki z pandemią i troski o innych. Jest też niewielka grupa dla której ostatni rok był – przynajmniej pod względem zawodowym – udany (pozdrawiam branżę przesyłkową i producentów sprzętu do home office). Jednak dla zdecydowanej większości, miniony rok był po prostu trudny. Dla tych młodszych, którzy nie pamiętają 1989 roku choćby jako momentu nagłego wypełnienia się sklepowych półek wcześniej uginających się wyłącznie od octu i żurku, jest to w zasadzie pierwsze w życiu historyczne wydarzenie o skali globalnej, którego są częścią i o którym ich dzieci i wnuki będą czytać w podręcznikach – zarówno tych z historii, jak i tych z biologii. Pandemiczna rzeczywistość ostatniego roku wywróciła nasze życie do góry nogami.
    
    Nigdy nie spędziłam w domu tyle czasu, co przez ostatnie 12 miesięcy. Mój synek ma już prawie rok i urodził się w twardym lockdownie. Wtedy cieszyłam się, że to nawet dobrze się składa – skoro mam siedzieć przez jakiś bliżej nieokreślony czas w domu, to przynajmniej nacieszę się noworodkiem. To było złudzenie, bo raz: w najgorszych snach nie przypuszczałam, że to potrwa rok (a już wiemy, że potrwa dłużej), dwa: wszystko ma swoje granice, w tym spełnianie się jako matka z czasów prehistorycznych, siedząca w jaskini w obawie przez mamutami i wilkami.

   Życie nie zna próżni. Jeśli ktoś jest przystosowany do aktywnego trybu życia, to nie wytrzyma psychicznie, jeśli nie znajdzie sobie zamienników tego, co kochało się i robiło wcześniej. Zamienniki te powinny pochłaniać tyle samo energii i emocji co pierwotne oryginały, bo inaczej będą po prostu słabymi zamiennikami, bardziej frustrującymi, niż dającymi atrakcyjną alternatywę. Znam historię gościa, którego brak możliwości treningów i ogólnopandemiczna depresja pchnęły do rowerowej kurierki – wozi po Gdańsku jedzenie rowerem (niezależnie od swojej normalnej pracy). Z jednej strony utrzymuje formę fizyczną (o dziwo wykręcając z niebieskim plecakiem lepsze wyniki niż wcześniej w ramach amatorskiej, sportowej aktywności (bo pizza musi dojechać gorąca), z drugiej ma poczucie, że dokłada swoją małą cegiełkę do podtrzymania funkcjonowania społeczeństwa przy życiu, a z trzeciej dorobi coś do zasadniczej pensji.

   Każdy z nas powinien sobie znaleźć sposób na takie przestawienie się na tory covidowej rzeczywistości. Z badań przeprowadzonych wśród Polaków wynika, że teraz więcej spacerujemy i doceniamy w ogóle jakąkolwiek aktywność na wolnym powietrzu. I to chyba nie są czcze deklaracje respondentów, bo o popularności spacerów przekonywaliśmy się w minionym roku wielokrotnie. Oglądamy seriale i filmy na Netfliksie i podobno w końcu drgnęło czytelnictwo (to jest chyba największe, pozytywne osiągnięcie wirusa, może jednak zasłuży na mały torcik na drugie urodziny). Przestaliśmy chodzić do kin i teatrów (tiaa, jakbyśmy masowo chodzili, szczególnie do tych drugich), na zakupy, do restauracji i knajp. Nawiasem mówiąc, wielkie odkrycie – przestaliśmy robić rzeczy, których robić się po prostu obecnie nie da. Pytanie brzmi, co się da robić?

Widoczne na zdjęciu ubrania sportowe pochodzą ze sklepu Oceans Apart. Marka ma kilka zestawów, które można ze sobą łączyć. Wszystkie rzeczy są minimalistyczne – nie mają wielkich, widocznych logo na środku bluzy. Jakościowo też w niczym nie odbiegają od znanych gigantów. Poza moim bezowym kompletem bardzo przypadł mi do gustu również ten zestaw – akurat zbliżają się moje urodziny ;). W tych ubraniach podoba mi się też to, że wcale nie trzeba być „szczupakiem” aby wyglądać w nich dobrze pokazując trochę ciała. Z kodem „MLE” przy zakupach za minimum 319 zł otrzymacie dwa prezenty z kolekcji Seamless. Można sobie wybrać dwie pary legginsów, dwa topy, albo top i legginsy. Czyli w cenie jednego zestawu można mieć dwa.

1. Aktywność fizyczna
   Tedros Adhanom Ghebreyesus, dyrektor generalny WHO, wśród zaleceń na czas pandemii zwrócił uwagę na znaczenie aktywności fizycznej. Dorośli powinni ćwiczyć minimum 30 minut dziennie, a dzieci – godzinę dziennie. U osób, które regularnie ćwiczą – minimum 3 razy w tygodniu – zdecydowanie sprawniej funkcjonuje układ odpornościowy i krwionośny, poprawia się wydolność organizmu, dotlenia mózg i komórki ciała oraz poprawia się stan zdrowia psychicznego.

   Tyle od „wujka dobra rada” z WHO, niestety rzeczywistość jest zupełnie inna. Od wielu miesięcy zostaliśmy pozbawieni możliwości chodzenia na siłownie, uczestniczenia w zajęciach grupowych, nawet przez pewien czas trzeba było biegać na zewnątrz w maskach – kto próbował ten wie, że prędzej można się tak udusić niż zrobić trening. Efekt jest taki, że tyjemy. Badania polskich dietetyków pokazują, że w minionym roku przytyło większość kobiet, zarówno tych, które wcześniej miały „właściwą” wagę, jak i tych, które już miały nadwagę (schudnąć „udało się” prawie wyłącznie kobietom, które przed pandemią miały… niedowagę, co z kolei powinno zwrócić naszą uwagę na wpływ obecnej sytuacji na naszą kondycję psychiczną). Dodajmy do tego fakt, że otyłość jest najczęstszą „chorobą współistniejącą” wśród pacjentów zmarłych na Covid-19 (ponad 30% wszystkich ofiar miało o wiele za wysoką wagę). Na pewno nie pomagają tutaj zamknięte siłownie, sale gimnastyczne czy korty tenisowe (nie chcę tutaj roztrząsać słuszności tych decyzji z pandemicznego punktu widzenia, niemniej ich efektem może być taka a nie inna kondycja fizyczna społeczeństwa).

   Nasza standardowa aktywność fizyczna musiała zostać przeniesiona na matę do ćwiczeń rozłożoną w salonie lub między szafą a łóżkiem. Motywacyjnie jest to kiepski układ. Z jaką koleżanką bym nie rozmawiała, rzadko spotykam się z opinią, że jest to świetna sprawa i treningi w domu sprawiają jej ogromną radość. Tutaj trzeba sobie powiedzieć jedną rzecz – często słychać reakcje – „po co Wam siłownia, ćwiczyć można wszędzie, teraz widać kto chodzi na siłownię, żeby poćwiczyć, a kto się polansować”. Oczywiście z reguły wypowiadaną przez osoby, które ostatni raz ćwiczyły na WF-ie w podstawówce, bo w liceum miały już zwolnienie na całe 3 lata z góry. Odpowiedź brzmi – niestety życie jest bardziej złożone. Po to wymyślono siłownie, pakiety, abonamenty, treningi umawiane na godzinę, żeby ludzie mieli narzędzia do zmuszenia siebie samych do aktywności fizycznej. Tak, czasem bardzo się nie chce ruszyć z kanapy, ale niemałe pieniądze już zapłacone, więc trzeba. Można złorzeczyć, że to jest w jakiejś formie nieuczciwe, bo ktoś uprawia aktywność fizyczną nie z samej wewnętrznej potrzeby, ale dlatego, bo nie chce zmarnować wydanych pieniędzy, ale liczy się efekt. Miliony ludzi na świecie dbają skutecznie o własne zdrowie dzięki takiej „niskich lotów” motywacji. Oczywiście są też tacy, jak Ross i Chandler, którzy mimo pakietów, abonamentów itd. w siłowni nie pojawią się ani razu – ale to zdecydowana mniejszość.

   Teraz tej motywacji nie ma – i dla wielu osób jest to problem. Pewnym półśrodkiem są zdobycze technologii, a więc Youtube, kanały trenerów, czy wręcz dedykowane aplikacje, które są namiastką regularnego odbębniania siłownianej pańszczyzny. Jakiś czas temu pytałam Was na moim instagramie z jaką „domową” trenerką lubicie ćwiczyć najbardziej. Moje Stories widziało 11 tysięcy osób, z czego 1614 osób zaznaczyło odpowiedz „z Ewą” , 1403 „z Anią”. Te odpowiedzi nie były zaskakujące – obydwie od wielu lat prężnie działają na swoich kanałach i skutecznie pomogły schudnąć wielu osobom. To co mnie zdziwiło, to bardzo dużo osób zaczęło pisać o Monice Kołakowskiej. Chociaż ćwiczę w domu od dawna nigdy o niej nie słyszałam. Wykonałam kilka jej treningów i są naprawdę fajne – za darmo. Ja mimo tego wróciłam do ćwiczeń z aplikacją Ani, bo jest dla mnie najprostsza i najszybsza w obsłudze. Przy wspomnianych problemach motywacyjnych dostęp do treningu musi być banalny, prosty i przyjemny. Łatwiejszy niż wybranie kolejnej pozycji w Netfliksie, bo obie aplikacje często walczą o ten sam czas (chociaż znam i takie osoby, które potrafią ćwiczyć z telefonem i jednocześnie oglądać Bridgertonów na laptopie).

   Tak na koniec tego akapitu jeszcze mogę dodać, że jeśli chcecie zacząć ćwiczyć w domu, bo już Was nosi, a na zmiany w obostrzeniach raczej się nie zanosi, to idealna na początek jest Monika Kołakowska. Spróbujcie zrobić z nią dwa/trzy treningi w tygodniu przez conajmniej cztery tygodnie. Nie więcej, bo na początku „zakwasy” są murowane. Jeśli założycie, że będziecie ćwiczyć codziennie (a nie oszukujmy się: prędzej czy póżniej wypadnie Wam jeden albo dwa treningi), to motywacyjnie psuje wszystko – najczęściej wtedy przestajemy ćwiczyć w ogóle. Osoby średnio zaawansowane będą zadowolone z treningów u Ani Lewandowskiej – warto śledzić jej Instagram, bo często można kupić dożywotni dostęp do aplikacji z 40% rabatem. Natomiast osoby, które lubią mocno się zmęczyć mają to zagwarantowane z Ewą Chodakowska – dla ambitnych polecam jej program „Hot Body” ;)

2. Wydarzenia kulturalne
   Kino zamieniliśmy na Netfliksa i Hbo Go. Obecnie puszczane tam filmy i seriale są tak dobre, że ta dziura jest dość dobrze zakopana. Podam trzy głośne tytuły: Gambit Królowej, Wiedźmin i 6 Underground. W ciągu czterech tygodni od premiery w serwisach internetowych zebrały przed ekranami odpowiednio 62, 76 i 83 mln gospodarstw domowych. Tak, gospodarstw, ponieważ widowni w Internecie nie da się liczyć osobami – ostatecznie Netflix czy Hbo nie wiedzą, ile osób siedzi przed ekranem, na którym wyświetlają swoje treści. Tak czy inaczej, są to bardzo dobre liczby, nie ustępujące wynikom „kinowym”.

   Czy przyczyniła się do tego pandemia? Na pewno w dużej mierze tak. Znam kilka osób, które w ostatnim roku kupiły telewizor wyłącznie do oglądania seriali i filmów dostępnych przez Netfliksa i jedyne co do niego podłączyły to kabel z Internetem.

   Czy podobne zjawisko dotknęło wydarzenia kulturalne? Czy korzystamy z ich wirtualnych wersji? Według przeprowadzonej przeze mnie ankiety (a jestem wybitnym badaczem i noszę sygnet ;)) na moim Instagramie, na pytanie „czy odwiedzasz wirtualne wydarzenia kulturalne” odpowiedz „nie” zaznaczyło 2960 osób natomiast „tak” tylko 485. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego typu ankieta ma swoje ograniczenia, niemniej taki wynik coś mówi. Obawiam się, że Czytelniczki bloga i tak zawyżyły populacyjny wynik i odpowiedzi „tak” w badaniu CBOS-u byłoby jednak znacznie mniej…
Z drugiej strony – trudno się dziwić. Czym innym jest film czy serial, który po prostu oglądamy – nie ma ogromnej różnicy, czy wyświetli go nam telewizor w salonie, laptop w łóżku, czy kinowy ekran. Z dziełami sztuki, takimi jak obrazy czy rzeźby, jest inaczej – tu chodzi o obcowanie z nimi, oglądanie z każdej strony po kilka minut i kontemplowanie ich piękna lub znaczenia. Z tego samego powodu trudno oczekiwać ogromnej popularności teatrów online. Po to idziemy do teatru, by na własne oczy zobaczyć pracę aktorów. Jeśli mamy oglądać ich na ekranie – to mamy od tego filmy i seriale. Na szczęście w przypadku muzeów i teatrów te rozważania są od 12 lutego hipotetyczne – te placówki są już otwarte i były nadal w momencie przygotowania tego wpisu (ale zakażenia na Pomorzu rosną jak szalone, więc kto wie). Mogę tylko Was zachęcić by, jeśli ciągle macie taką możliwość, skorzystać z niej – teatry rok były zamknięte, większość z nich po otwarciu przygotowała mnóstwo ciekawych premier. Jeśli zostaną zamknięte, kto wie, kiedy będzie można znowu je odwiedzić?

 Mój ulubiony smak to wanilia z lawendą. Dzięki produktom „Vegan Bowl” można w łatwy i szybki sposób przygotować wegański posiłek z niezbędnymi składnikami odżywczymi. Teraz z kodem rabatowym „VEGAN40” otrzymacie – 40% rabatu dla zamówień od 249 zł (dodatkowo 1 z 3 ebooków z przepisami do wyboru gratis). Udanych zakupów :)

3. Restauracje
   Czy zamknięcie restauracji spowodowało, że więcej gotujemy w domu? Z mojej ankiety wynika, że tak, bo tę odpowiedz zaznaczyło aż 70 procent osób. I trudno, żeby było inaczej. Osoby, które często jadły w restauracjach i raczej nie przygotowywały dużych posiłków samodzielnie stanęły przed wyborem – albo zacząć gotować samemu, albo zamawiać „wynosy”. Teoretycznie to drugie rozwiązanie umożliwia nadal spożywanie ulubionych potraw bez grama wysiłku, niemniej dla wielu osób nie liczyło się tylko samo jedzenie, ale też atmosfera, towarzystwo – to wszystko czego doświadczamy w restauracjach (przynajmniej tych niektórych). Odebranie spakowanej w folię aluminiową potrawy nie ma już tego czaru – więc sporo osób przerzuciło się na własnoręczne przygotowanie jedzenia. Trzeba też dodać, że opakowania na żywność, zwłaszcza tą gorącą, wykonane z plastiku, styropianu, a nawet z niektórych rodzai papieru, uwalniają szkodliwe składniki, które szybciej i łatwiej przenikają do jedzenia, a w konsekwencji do naszego organizmu. Podobno jako alternatywę wskazuje się brązowy papier w 100 proc. pochodzący z recyklingu, ale nie doświadczyłam go póki co w żadnej z trójmiejskich knajp.

   Siedzenie w domu to nie tylko więcej czasu na gotowanie, to także więcej czasu na jedzenie. Całe dnie na home office z lodówką wypełnioną jedzeniem na wyciągnięcie ręki – to nie może się dobrze skończyć. Dlatego, szczególnie teraz trzeba dbać o to, co się je. Z badań wynika, że osoby, które jedzą mało białka, częściej sięgają po jedzenie, a ich posiłki są bardziej kaloryczne. Nie oznacza to od razu, że koniecznie trzeba jeść mięso. Można je z powodzeniem zastąpić rybą, jajkiem albo porcją strączków. Zmniejszyć łaknienie pomoże też błonnik. Jako ssaki nie potrafimy co prawda go trawić, ale bez niego ani rusz. Błonnik rozpuszczalny w wodzie, którego źródłem jest miąższ warzyw i owoców, pęcznieje w przewodzie pokarmowym, zwiększając objętość zjadanego posiłku. Jeśli nie chce Wam się bawić w dietetyków i dbać o odpowiednią ilość błonnika w codziennych posiłków, to nic straconego – błonnik można świetnie uzupełnić w inny sposób niż zjadając pół kilograma cykorii. Ja staram się codziennie jeden posiłek zastępować dobrej jakości mieszanką „superfoods”. Polecam ten od Natural Mojo. W jego skład wchodzi między innymi granat, matcha i białko grochu. Wystarczy 2/3 łyżki proszku zmieszać z jogurtem i niskokaloryczny posiłek z błonnikiem mamy gotowy.
Wiem, że wiele osób tak robi – to znaczy dba od początku pandemii o swoje zdrowie bardziej niż wcześniej. Powszechna dezynfekcja to nie wszystko, w dalszym ciągu producenci notują wzrost popularności produktów naturalnych/BIO/organic/eko – żywności, kosmetyków czy środków czystości.

4. Zdrowie psychiczne.
   Wspomniałam o złotych żniwach firm kurierskich. Inną branżą, która nie może narzekać na brak klientów są psychoterapeuci. Niestety pandemia niesamowicie nas obciąża – trudno znaleźć inne wydarzenie w ostatnim dwudziestoleciu latach, które tak mocno i powszechnie wywoływałoby stres – od strachu o zdrowie swoje i najbliższych po typowe lęki natury zawodowo-finansowej. U kobiet częściej stwierdza się tzw. zaburzenia emocjonalne, tj. depresję, zaburzenia lękowe czy związane z traumą i stresem. W większym niż mężczyzn stopniu dotyka nas strach o miejsce pracy (bo niestety nadal w przypadku oszczędności kobiety są zwalniane częściej), a obecność partnera w domu wcale nie przekłada się na bardziej sprawiedliwy podział obowiązków domowych. Niestety nieporadność panów powoduje, że często prościej to wszystko zrobić samemu niż po raz setny tłumaczyć, co to znaczy kolorowe pranie, albo czego nie można suszyć w suszarce bębnowej…
Nie ma za bardzo zajęć pozalekcyjnych, które wyrwałyby dziecko z domu. W weekendy zamiast „zrzucić” dziecko do kogoś na urodziny lub do dziadków maluchy są z nami. Część z nas może pracować zdalnie, a to często oznacza bardzo nienormowane godziny – trzeba naprawdę porządnie trzymać się harmonogramu, żeby nie siedzieć przed komputerem kilkunastu godzin.

   W tym wszystkim warto pamiętać o dwóch złotych zasadach. Pierwsza dotyczy innych ludzi – utrzymuj serdeczne kontakty z tymi osobami, z którymi czujesz się dobrze i bezpiecznie. Które dają ci wsparcie i których Ty również chętnie wspierasz. Druga zasada dotyczy nas samych – nie bójmy się wydzierać z codziennej rzeczywistości czasu tylko dla siebie. Mamy do tego święte prawo i nikt nie może go nam odbierać.

Look of The Day – Przedwiośnie w moim stylu.

 

gold ring & earrings / pierścionek i kolczyki – Stag Jewels

tench coat & black trousers / trencz i spodnie ze strzemieniem – MLE Collection 

leather white sneakers / białe skórzane trampki – Kazar 

leather bag / skórzana torba – Stylein

sweatshirt / bluza – H&M 

   Każda z nas na pewno zna to uczucie, zwykle atakujące nas właśnie w marcu. Wybiegamy z domu w zimowym zestawie, który świetnie sprawdzał się przez ostatnie dwa miesiące i nagle dopada nas wrażenie, że nim się spostrzegłyśmy coś się zmieniło. Czujemy na twarzy cieplejszy wiatr, dochodzi do nas zapach świeżo zagrabionej ziemi z ogrodu sąsiada, a słońce bezlitośnie obnaża, że nasze ciepłe buty potrzebują solidnego czyszczenia, jeśli w ogóle mamy się w nich pokazywać w świetle dziennym. Z Zosią miałyśmy na to zawsze zgrabne określenie: „dziś jest dzień, gdy szczury wychodzą z kanału”. Większość ludzi mówi jednak: „idzie wiosna”.

    Jeszcze za wcześnie na topienie Marzanny i ciepłe kurtki na pewno nam się w tym miesiącu przydadzą, ale w ostatnim tygodniu miałam już kilka okazji, aby sprawdzić czy moje ukochane atrybuty na przedwiośnie, czyli białe trampki (jeszcze skórzane, bo na te z gumową podeszwą chyba jeszcze ciut za chłodno) i ponadczasowy trencz, nadal zdają egzamin. Tak. Zdają, i to bez zarzutu. Te z Was, które ubolewają, że nie zdążyły kupić materiałowych spodni ze strzemieniem od razu uspokajam – wrócimy z inną wersją, bardziej niezobowiązującą, ale równie dobrze wykonaną. Na trencz jak wiecie trzeba poczekać, ale przedsprzedaż rozpoczniemy już naprawdę lada moment (a wysyłkę zaczniemy realizować jeszcze w marcu). Dziś wyjątkowo wybrałam dużą torbę (chociaż ta z Arket chyba też by pasowała). Całość dopełnia delikatna biżuteria od polskiej marki. To właśnie od Stag Jewels mam ulubione „monety”, teraz dołączyły do nich kolczyki i piękny pierścionek o surowym wykończeniu. Jeśli spodoba Wam się któryś z projektów tej marki, to mam dla Was kod rabatowy dający 20% zniżki. Wystarczy, że w podsumowaniu wpiszecie 20MLE (kod jest ważny tylko do końca marca).