Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką BasicLab, Farminą i z Pasiekami Rodziny Sadowskich, oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Zanim sierpień rozpędzi się na dobre, wracam do lipca – miesiąca, który miał być długi i leniwy, a tradycyjnie umknął mi mniej więcej tak szybko, jak wolny stolik w sopockiej restauracji w samym środku sezonu.

  Gdybym miała opisać ostatni miesiąc jednym zdaniem, powiedziałabym, że był inspirujący aż do bólu głowy. Dzieci zaczęły wakacje, a ja wróciłam do nauki, snułam wielkie plany, które zdążyły mnie przestraszyć, zanim jeszcze na dobre ruszyły, i dowiedziałam się o sobie kilku nowych rzeczy.

  Nie wszystko uda mi się tutaj opisać, ale podejrzewam, że gdzieś między słowami (i zdjęciami) bez trudu wyłapiecie, o czym mówię.

 

 

1. Sama wyhodowałam i jestem z nich dumna. Zaczynam też rozumieć ten specyficzny rodzaj przywiązania do roślin, kiedy ma się wrażenie, że doceniają one nowe podwiązanie czy delikatne przycięcie… Co ja gadam? ;) // 2. Te dżinsy są już dostępne w MLE, ale tu widzicie moment mierzenia ostatniego wzoru. Wiem, jak pokochałyście biały model krótszych dżinsów. Ten jest wydłużony, z prostą nogawką. // 3. Toczki w wydaniu wakacyjnym, bo naoglądałam się za dużo Freakery ;). // 4. I pomyśleć, że AI nie miało nic wspólnego ze stworzeniem piwonii, a wydają się przecież takie nierealne. // "Camping core", ale "make it MLE". Do teraz nie wiem, jak udało się mnie przekonać, aby wyjechać pod namiot.A tę sukienkę mam czwarty rok. 
Trzy dni jedzenia lodów i kąpania się w morzu. Łapcie mój "protip": spanie w namiocie, wśród pająków i bez klimatyzacji, to najlepszy sposób, aby zmotywować siebie i dzieci do spędzania czasu na zewnątrz od rana do wieczora. Zatrzymać się, aby obejrzeć zachód słońca. W dzisiejszych czasach to coraz rzadsza umiejętność. Zgaduję, że gdy myślicie o ubraniach na kemping czy pod namiot, to MLE nie jest pierwszą marką, która przychodzi Wam do głowy. A tu niespodzianka! Dobrze zaprojektowana kolekcja polega na tym, że sprawdzi się w różnych sytuacjach. Ten czarny asymetryczny top jest najlepiej sprzedającym się produktem sezonu i… właśnie wrócił do sprzedaży (mam też na sobie spódnicę Bremę i klapki z Tkees, ale niestety okazały się średnio wygodne). Ostatni wieczór po dniu pełnym przygód. Nie jestem typem festiwalowej dziewczyny i nie wiem, jak to się dzieje, że co roku można mnie spotkać na Openerze. 
Może dzieje się tak, bo w gruncie rzeczy przychodzę zjeść dobre pączki? 1. Chowam się z moimi brylancikami przy oczach, gdy widzę takie rozgwieżdżone cuda u Magdy. // 2. Teddy Swims i jego "Lose Control", które od dnia tego koncertu codziennie wybrzmiewa z głośników mojego samochodu ;). // 3. Wewnętrzna strona drzwi w toalecie na festiwalu. Uroczy podpis czy wandalizm? // 4. Ten jeden lipcowy dzień, gdy wszystkie wyciągamy kalosze, choć wcale nie pada. // Jak miło było spotkać tyle Czytelniczek bloga! Czyli ta festiwalowa krew gdzieś tam głęboko płynie w żyłach milenialsów.

Gdy sesja miała być w plenerze, ale mamy lipcopad, więc jednak idziemy do mnie.  

1. Ale tej dziewczynie nic nie przeszkadza. // 2. Właśnie tak wygląda wybieranie kolorów do naszej jesiennej kolekcji. // 3. No więc miało przestać padać, ale okazało się, że nie dzisiaj, tylko jutro. // 4. "Zmiana planu" to nasze drugie imię. // Uniform na sopocką pogodę. Nasze kurtki Tilburg przydają nam się częściej, niż sądziłyśmy.Długo nie mogłam zrozumieć fenomenu kombuchy, uznając, że to pewnie kolejna krótkotrwała moda, ale teraz jest to dla mnie jeden z ulubionych letnich napojów. Kombucha od Rodziny Sadowskich w wersji brzoskwiniowej jest delikatna i smaczna, ja dorzuciłam kilka kostek lodu i miętę (kod Makelife10 da Wam 10% rabatu). To co, Portos? Po tym tygodniu zasłużyliśmy na duży kieliszek kombuchy i szaloną imprezę z "Kaczymi opowieściami", co nie?No i dotarł do nas upał. I to jaki!1. To co? Robimy lemoniadę? (Taką w polskim stylu, bez jakichś tam marakui czy yuzu.) // 2. Czas oderwać metkę od szortów. // 3. To będzie naprawdę ciepły dzień w Sopocie. Już to czuję w powietrzu. // 4. Czy nasze babcie były pierwszymi ekspertkami od "passive cooling"?  Dlaczego polskie lato ma gorszy PR, niż na to zasługuje? Jakie są moje 4 ulubione filmy na upalne wieczory? O wszystkim przeczytacie w tym wpisie. //Niezastąpiona kruszarka do lodu w każdym polskim domu.  1. No to idę częstować. // 2. Mural promujący badania kontrolne. Jak Wam się podoba? // 3. Pierwsze testy na sopockim molo. Kampania Resort 2026 zaraz ruszy. // 4. "Mamo, a mogę zrobić z nich maseczkę na twarz?" // Gdy widzisz to inne spojrzenie na świat i zastanawiasz się, co możesz zrobić, żeby je pielęgnować, a nie równać do reszty.Poduszka z H&M Home. Niby minął już rok od czasu, gdy moje problemy z cerą się skończyły, ale obawiam się ich powrotu tak bardzo, że ani mi się śni powracać do starych nawyków. Jeśli pytacie mnie, co miało największy wpływ na zmniejszenie stanów zapalnych na twarzy, to odpowiem bez zastanowienia – ograniczenia do minimum wysokoprzetworzonych słodyczy. Dziś pielęgnacja to nie jest już dla mnie takie źródło stresu (czy faktycznie pomoże? A może pogorszy sprawę?) i mogę zająć się innymi tematami niż pryszcze (w sumie zbliżam się do czterdziestki, więc miło ;)). Do codziennej pielęgnacji i nazwijmy do "pokonywania konkretnych problemów" szukam przede wszystkim marek, które potrafią bardzo jasno wyjaśnić, dlaczego akurat ich kosmetyk ma zadziałać. I jak dobrze wie cały Instagram, taką marką jest BasicLab.

To serum w fioletowym kolorze jest pierwszym na polskim rynku serum z peptydami miedzi. Łączy wysokie stężenia peptydów miedzi, kompleksu peptydów prokolagenowych i PDRN. Pierwsze efekty działania – uczucie napięcia i wygładzenia – mogą być zauważalne już po pierwszej aplikacji, natomiast przy regularnym stosowaniu, po około miesiącu, skóra zyskuje widoczną poprawę jędrności, sprężystości i ogólnej kondycji.   BasicLab i mój niezawodny duet, po którym zobaczycie różnicę: ujędrniające serum wygładzające 0,7% czystych peptydów miedziowych oraz krem aktywnie rewitalizujący pod oczy na dzień z 3% aminokwasów. W okresie od 1.08 do 5.08 z kodem MLE25 macie 25% zniżki na wszystkie nieprzecenione produkty na stronie BasicLab. Po tym czasie działa stały kod MLE, który daje 20% zniżki. 1. Tym razem pogodę na sesję mamy idealną, ale… // 2. … widać, że nie wszyscy w zespole są zadowoleni. Tak wygląda spontaniczna reakcja Oli, gdy dowiadujemy się, że coś, co planujemy w naszym dziale marketingu od tygodni, właśnie zostało zaprezentowane przez inną markę. Samo życie :). // I pamiętajcie Dziewczyny. Zawsze wierzcie w siebie równie mocno, jak kiedyś wierzyłyście w to, że już nigdy nie włożycie rybaczek.Bo w Sopocie w końcu nie pada i miło wyjść na zewnątrz z kubkiem porannej kawy. Tutaj możecie zobaczyć rolkę z makijażem. 

Gdy dawno temu byłaś czołową polską influencerką, a teraz to twój pies jest zapraszany na najfajniejsze sesje zdjęciowe. To jest Twoja chwila prawdy, Portos. I pamiętaj: postaraj się nie wskakiwać na ławkę. 

I jak mi idzie? 

Świetnie. 

Za ciężko wykonaną pracę należy się psie wynagrodzenie, a o nie, jak zawsze dba Farmina. 

Cały ten dzień stał u nas pod znakiem mojego ukochanego Sopotu. Chciałyśmy, przy okazji premiery kolekcji resort w MLE, pokazać Wam to miasto z innej strony. Ale Sopot nie jest dla MLE tylko źródłem inspiracji. Właściwie to jest też adresem pracowni :). Straciliśmy tę pracę Portos.  Tak! Wraca kamienny trencz!Jeszcze raz, ktoś mi powie, że rzeczy MLE nie wyglądają dobrze na brunetkach ;).1. Do Sopotu przyjeżdża się na wakacje od ponad stu lat. // 2. Ten jeden sweter, którego miałam nie brać, ale teraz, jak zobaczyłam go na Zuzi, to jednak biorę.  //1. Ten kardigan ma w sobie 95% wełny merynosowej. Został zaprojektowany w Sopocie, a wyprodukowany w Polsce. // 2. To będzie długi i gorący dzień, ale wsparcie właśnie nadchodzi. // Niezależnie od tego, czy Portos poradził sobie na sesji, czy nie, to kurier i tak przyniósł dla niego najlepsze jedzonko na świecie. Od lat karmimy go Farminą, ostrożnie zmieniając mu typy karmy, bo springer spaniele to bardzo delikatne psy. W Farminie znajdziecie  stałą i bezpłatną pomoc dietetyków zwierzęcych, którzy dostępni są również pod telefonem +48 732 070 652 (dzwońcie śmiało!). Znajdziecie tam też różne promocje, które pozwolą Czytelnikom wprowadzić rytuały zdrowego żywienia z Farminą w jeszcze przyjemniejszy sposób: Przysmak jako prezent (99% zniżki): przy wyborze specjalistycznego przysmaku dentystycznego dla psa lub przysmaku typu cream dla kota czytelnicy mogą otrzymać jedno opakowanie z rabatem aż 99%. Na stronie czekają kupony uprawniające do zniżki sięgającej nawet 50% na zakupy online lub prezent w postaci kuponu do 50 zł do wykorzystania podczas wizyty w partnerskich stacjonarnych sklepach zoologicznych.  

Na zdrowie nasz kochany, słabo słyszący Spanielku. Dokładnie w tym miesiącu będzie kończył dziewięć lat!

Hej, Warszawo. Poproszę duuuuużą kawę i odrobinę wielkomiejskiej energii, abym chodziła dziś chociaż w połowie tak szybko, jak mieszkańcy stolicy. 

Praca w modzie, odcinek 284. Dziś w programie: ochraniacze na buty i wysokie składowanie.   Ja jadąca do innego kraju, bo głupio mi było powiedzieć kierowcy Ubera, że jedzie w złą stronę.   A może i dobrze, bo przynajmniej zahaczyłam o Mokotów i kupię coś swojemu psiecku.   Schrupałabym Cię Leny (i Portos pewnie też, ale tak inaczej).  Zajrzyjcie, jeśli szukacie estetycznych i niebanalnych rzeczy dla swoich czworonogów.Wybieramy nowe miski dla Portosa.Zostały nam 3h w Warszawie i jakieś 8 lokali do obejrzenia. A może Wy macie jakieś lokale spod lady, albo słyszałyście, że ktoś będzie coś wynajmować?  Szukamy i szukamy, ale MLE to nie jest marka, która za wszelką cenę chce się rozrastać. Pewnie dlatego tak trudno nam znaleźć odpowiednią przestrzeń – nie chcemy robić nic na siłę czy otwierać butik byle gdzie tylko dlatego, że konkurencja ma już trzy. Tak więc, jeśli słyszałyście o lokalu, który czeka właśnie na MLE, to odzywajcie się! Chodzi o lokal do wynajęcia, w Warszawie Śródmieście, na parterze, z fajną witryną (może być do odnowienia), metraż między 40 a 80 metrów (plus minus). 
Kierunek: dom. 

Trochę smutno, a trochę wesoło. Kończymy w MLE ten sezon, jesteśmy mądrzejsze o wiele rzeczy i wiemy na przykład, że jednak nie zostaniemy z Asią informatykami. Za to ubrania wyszły nam najlepiej ever. Ja się cieszę, Asia trochę mniej, bo wie, że nowy sezon oznacza też całą masę moich nowych pomysłów :).

(Za to żadna z nas, na szczęście, nie wpadła jeszcze na pomysł, aby szyć ubrania MLE poza Polską.)

A to miejsce nazywa się BRUT i znajduje się w samym sercu Dolnego Miasta w Gdańsku.

Moja marynarka to model Roscoff, który możecie pamiętać z naszej kampanii wiosna/lato. Mamy jeszcze kilka ostatnich rozmiarów. Zawsze zależało nam, żeby polskie ubrania nie traciły nagle połowy swojej wartości tylko dlatego, że minął kolejny tydzień. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec pracy, którą wkładamy w każdą kolekcję. Nasze rzeczy nie mają sztucznie zawyżonych marży, z których można schodzić bez końca, a poza tym jest ich po prostu niewiele – to dlatego przeceny trwały tak krótko.

Ze smutkiem patrzę na kilka polskich marek, które w ostatnich tygodniach się zamknęły – mam nadzieję, że coraz więcej osób zacznie dostrzegać różnicę i doceniać wysiłki tych firm, które całą swoją produkcję opierają na polskich zakładach. Pamiętajcie, że marki odzieżowe komunikujące się jako "polskie" wcale nie muszą szyć ubrań w naszym kraju. Warto to sprawdzić, jeśli jest to dla Was ważne.

Są w tym zespole też inne dzielne żuczki, bez których ten sezon by się nie udał! No i Wy. Dziękuję za Wasze zaufanie!

Kampanię naszej kolekcji Resort zrealizowałyśmy w najbardziej, moim zdaniem, fotogenicznym miejscu w Polsce. Wiadomo, że chodzi o Trójmiasto ;). Pomyślałyśmy więc, że same musicie się o tym przekonać i porobić trochę zdjęć…
Do zamówień powyżej tysiąca złotych w MLE dołączamy jednorazowy aparat z filmem – aby te wakacje stały się odrobinę bardziej analogowe. 

Kocham fotografię, ale trochę inaczej wyobrażałam sobie "pracę z aparatem" w swojej firmie. 

Jak już Wam wspominałam – przetworzonych słodyczy brak, ale cały czas wyszukuję zdrowsze alternatywy. Ananas liofizowany i poziomki liofizowane – gdy najdzie Cię ochota na czipsy, ale wiesz, że to zły pomysł. Jeśli chcecie zrobić zapasy, to łapcie kod Makelife10 rabatowy dający 10% na zamówienie w Manufakturze Rodziny Sadowskich.
Przedszkole już zamknięte. Czas rozpocząć praktyki u mamy w pracy.Ostatnie kadry robiliśmy w Gdyni już po zachodzie słońca. Zostawiam Wam link do kampanii, gdybyście jeszcze jej nie widziały. 

A wywołane zdjęcia pokażę Wam pewnie w kolejnym Last Month ;). Brrr… na myśl o wrześniu przechodzi mnie dreszcz.

A kilka dni po tym, jak robiliśmy tu zdjęcia, czytam o tym, że… modernistyczne centrum Gdyni znalazło się na Liście światowego dziedzictwa UNESCO. Miła informacja dla mieszkanki Trójmiasta :). Niezmiennie dziękuję Wam za uwagę i mam nadzieję, że kolejny miesiąc wakacji Was miło zaskoczy!

 

*  *  *

 

 

Lipcowe umilacze, czyli upały w polskim stylu

  Wpis powstał we współpracy z Krosno i Topestetic oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Pewne rzeczy się nie zmieniają. W lipcowe upały Polska pachnie dokładnie tak samo jak dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt lat temu. Rozgrzanym asfaltem, lipami, jagodziankami, suchą trawą i wodą z pobliskiego jeziora. Lada dzień Instagram znowu zaleją zdjęcia termometrów, ktoś napisze, że „35 stopni w Polsce to nie to samo co 35 stopni we Włoszech”, a Castorama poinformuje, że właśnie sprzedała ostatni wiatrak. Jak co roku będziemy zachowywać się tak, jakby lato postanowiło zaskoczyć nas zupełnie bez zapowiedzi. Tymczasem nasi rodzice i dziadkowie też przeżyli niejeden gorący lipiec. Nie mieli klimatyzacji, aplikacji pogodowych ani butelek termicznych, które utrzymują temperaturę frappucino przez dwanaście godzin i kosztują tyle, co weekendowy wyjazd. A mimo to, potrafili znaleźć własny sposób na przetrwanie najbardziej gorących dni, nim ktokolwiek wymyślił pojęcie „wellbeing”.

   A ponieważ druga połowa lipca zapowiada się wyjątkowo gorąco, pomyślałam, że zamiast szukać inspiracji na południu Europy, warto zajrzeć do naszego własnego letniego archiwum. Polskie lato nie potrzebuje egzotyki. Dzisiejsze umilacze będą o tym, że mamy w własne rytuały, własne smaki i własne piękno, które od lat towarzyszą nam w najcieplejszych miesiącach roku.  

 

1. Nasi dziadkowie znali patenty na upały. Architekci właśnie odkrywają je na nowo.  

   Kiedy dziś czytamy o projektowaniu domów odpornych na fale upałów, łatwo odnieść wrażenie, że to zupełnie nowa wiedza. Tymczasem wiele rozwiązań, które architekci określają dziś mianem”passive cooling”, czyli pasywnego chłodzenia budynków, opiera się na zasadach doskonale znanych naszym babciom i dziadkom. Nie używali modnych angielskich nazw. Po prostu wiedzieli, że najważniejsze jest jedno – nie wpuszczać gorąca do domu. Weźmy choćby „night flushing”. Brzmi jak technologia rodem z Doliny Krzemowej, ale w praktyce oznacza po prostu otwieranie okien na noc i zamykanie ich rano. Innymi słowy – dokładnie to, co przez lata robiła każda babcia, powtarzając: „Nie otwieraj teraz, bo całe gorąco wejdzie do środka.”

   Dzisiaj architekci projektują budynki dokładnie według tej samej zasady. Zewnętrzne żaluzje, rolety typu screen czy ruchome drewniane lamele mają zatrzymać promienie słoneczne zanim dotrą do szyby. To bardzo ważna różnica. Gdy słońce nagrzeje szybę, większość ciepła i tak przedostanie się do wnętrza. Dlatego współczesne osłony montuje się na zewnątrz budynku, podobnie jak dawniej okiennice chroniły wnętrza wiejskich domów.

   A jeśli pamiętacie mokre prześcieradło wiszące w oknie, to nie był to odpowiednik foliowej czapeczki na przeziębienie, tylko całkiem sensowna metoda chłodzenia. Woda, parując, odbiera ciepło z otoczenia. Dziś tę samą zasadę wykorzystują nowoczesne systemy chłodzenia wyparnego. Okazuje się, że nie wszystkie domowe patenty naszych babć czekały na obalenie przez naukę. Niektóre nauka po prostu po latach potwierdziła.

2. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem i historia jednej szklanki.  

  Po zamknięciu okien przychodził czas na drugi, równie ważny rytuał – coś zimnego do picia. Najczęściej był to kompot, woda z domowym sokiem albo oranżada na specjalne okazje.I prawdopodobnie wszystko podawano w tej samej szklance.  Szklanka Polka to jeden z tych przedmiotów, których przez lata właściwie nie zauważaliśmy. Była po prostu obecna – w kredensach naszych babć, na kuchennych półkach i w niemal każdym przepisie rozpoczynającym się od słów: „wsyp jedną szklankę mąki”. Zaprojektowana ponad osiemdziesiąt lat temu miała pojemność 250 ml i szybko stała się nieformalnym standardem w polskich domach.

  Dziś, dzięki polskiej marce Krosno, wraca w odświeżonej formie – lżejsza, cieńsza i odporna na temperaturę. Na szczęście zachowała swój charakterystyczny kształt. Bo są rzeczy, których naprawdę nie trzeba było projektować od nowa.

   Gdyby ktoś po lekturze doszedł do wniosku, że jednak potrzebuje w domu tej słynnej „szklanki z przepisu babci”, która stała się ikoną polskiego wzornictwa, to mam małą podpowiedź. Do 26 lipca kolekcja Polka marki Krosno jest objęta 15% rabatem z kodem MLE.  

   A skoro już mowa o letnich rytuałach, poniżej zostawiam przepis na napój, który w ostatnich tygodniach przygotowuję najczęściej. Gruszki, odrobina tymianku i dużo lodu.

 

Składniki:

4 miękkie gruszki

1 cytryna

kilka gałązek świeżego tymianku

ok. 500 ml wody gazowanej

2 łyżki miodu

2 szklanki kruszonego lodu

 

Sposób przygotowania:

Gruszki umyj, obierz, usuń gniazda nasienne i pokrój na małe kawałki. Wrzuć je do misy blendera razem z odciśniętym sokiem z całej cytryny i miodem. Zblenduj tak, aby nie było grudek, wrzuć kilka gałązek tymianku i odstaw na mniej więcej 2 godziny do lodówki (dzięki temu aromat tymianku stanie się lepiej wyczuwalny). Po tym czasie umieść w dzbanku kruszony lód, wlej lemoniadę i dolej wodę gazowaną. Na tym etapie możesz wszystko dokładnie wymieszać, a następnie dosłodzić lub dokwasić wedle uznania.

3. Cztery filmy, które najlepiej ogląda się wtedy, kiedy za oknem jest 33 stopnie.  

   Skoro już siedzimy zamknięci w mieszkaniu, z zaciągniętymi zasłonami, i próbujemy się schłodzić po całym dniu spędzonym w upale to przestańmy mieć wyrzuty sumienia, że cały wieczór spędzimy przed telewizorem. Przygotowałam cztery filmy, które najlepiej ogląda się z otwartymi oknami i szklanką czegoś zimnego w ręku.

„Utalentowany pan Ripley” (1999)

Jeżeli istnieje film, który skuteczniej niż Pinterest przekonuje do lnianych koszul, okularów przeciwsłonecznych i wakacji we Włoszech, to jest nim „Utalentowany pan Ripley”. Włochy końca lat 50., leniwe dni nad morzem, aperitivo, łodzie kołyszące się w porcie i poczucie, że czas płynie trochę wolniej. Oczywiście tylko do pewnego momentu, bo to jednak thriller.

 

„Heartbraker. Licencja na uwodzenie.” (2010)

Są filmy, które polecam tak często, że powinnam dostawać prowizję od platform streamingowych. „Heartbreaker. Licencja na uwodzenie” jest jednym z nich. To lekka francuska komedia z Monako w tle, świetnymi kostiumami i humorem, który nie obraża inteligencji widza. Jeśli po całym dniu upału marzy Wam się film, który poprawia nastrój równie skutecznie jak lemoniada, którą piję na tych zdjęciach, właśnie go znaleźliście.  

 

„La Piscine” (1969)

Ten film udowadnia, że południe Francji potrafi być równie piękne, co niepokojące. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut kadry przypominają reklamę wakacji, na które wszyscy chcielibyśmy pojechać – elegancka willa, rozgrzane słońcem tarasy, cykady, błękitny basen i wnętrza, które mimo upływu lat wciąż wyglądają niezwykle stylowo. Jacques Deray wykorzystuje ten letni bezruch po mistrzowsku, stopniowo budując napięcie tam, gdzie pozornie nic się nie dzieje. Dodatkowego wymiaru całej historii dodaje fakt, że Alain Delon i Romy Schneider spotkali się na planie kilka lat po zakończeniu swojego głośnego związku. Widzowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że ekranowa chemia między nimi wykracza daleko poza aktorskie rzemiosło.

 

„Ziemia obiecana" (1975)

Na pierwszy rzut oka to dziwny wybór do letniego zestawienia. Ale wystarczy przypomnieć sobie sceny rozgrywające się w dusznych fabrykach, rozgrzanych kamienicach i zakurzonych ulicach XIX-wiecznej Łodzi. Czuć tam ciężkie, stojące powietrze, od którego aż chce się otworzyć okno. Jeśli nie widzieliście, to warto nadrobić – zwłaszcza z perspektywy dorosłego millenialsa.  

4. Wieczór po plaży i kilka sposobów na schłodzenie rozgrzanej do czerwoności skóry.  

  Mam teorię, że polskie słońce ma najlepszy PR na świecie. Wyjeżdżając do Włoch czy Grecji, wszyscy nagle przypominamy sobie o SPF 50, kapeluszu i cieniu między 12.00 a 15.00. W Polsce? Przecież to tylko odrobina witaminy D…. Tymczasem temperatura i promieniowanie UV to dwie zupełnie różne rzeczy. W słoneczne dni indeks UV nad Bałtykiem czy w górach bardzo często osiąga latem 7–8, a zdarza się, że dochodzi do 9. To poziom, przy którym dermatolodzy zalecają wysoką ochronę przeciwsłoneczną i ograniczenie ekspozycji na słońce. Mimo to sama łapię się na tym, że to właśnie z plaży w Trójmieście najczęściej wracam z ramionami w kolorze pomidora. Najwyraźniej mój mózg uznaje, że skoro w zasięgu wzroku jest budka z goframi, zagrożenie nie może być poważne.

  Po powrocie do domu plażowy kosz lądują na podłodze i natychmiast wysypuje z siebie pół plaży, a ja żałuję, że wychodząc nie wpakowałam do torby dodatkowo kremu spf do ciała zamiast oliwki przyspieszającej opalanie (nic się nie zmienia u mnie w kwestii kremu z filtrem do twarzy, to mój obowiązkowy ostatni krok porannej pielęgnacji i w moim przypadku spf do twarzy łączy pielęgnację, ochronę i makijaż). Schłodzony tonik wyjęty z lodówki, letni prysznic, lekki balsam po opalaniu i luźna bawełniana albo jedwabna piżama – brzmi, jak drobiazgi, ale naprawdę robią różnicę. Oto kilka moich poleceń na ten wieczór, kiedy pielęgnacja bardziej przypomina gaszenie pożaru niż wieczorne SPA.

BEIGIC Treatment Essence

To jeden z niewielu kosmetyków, który po upalnym dniu trzymam w lodówce. Nie wiem, czy działa lepiej, ale twarz jest zdecydowanie bardziej przekonana, że właśnie dostała urlop. Ta koreańska nawilżająco-rozświetlająca esencja działa wręcz jak serum. Oparta jest na zielonej kawie, peptydach i niacynamidzie. Ma bardzo wodnistą konsystencję, dlatego po dniu na plaży działa niemal jak pierwszy łyk zimnej wody dla odwodnionej skóry. W zależności od kondycji i potrzeb skóry esencję można zastosować na kilka sposobów – ja wybieram stosowanie warstwowe (zobaczcie na stronie Topestetic jak polecają kosmetolodzy).

 

JOONBYRD Moon Swim Hydrating Body Wash

Jeśli do tej pory (tak jak ja) uważałyście, że żel do mycia ciała może być byle jaki, to po użyciu tego produktu zmienicie zdanie. To nie jest zwykły żel pod prysznic. Zawiera kwas hialuronowy, witaminę E, prebiotyk (inulinę) i ashwagandhę, czyli adaptogen, który ma wspierać skórę narażoną na stres środowiskowy. Po dniu spędzonym na plaży ważne jest, żeby nie przesuszyć dodatkowo skóry agresywnymi detergentami, dlatego łagodne formuły mają tutaj sens. Zapach (wanilia, kawa i karmel) też robi swoje.  

 

JOONBYRD Daydreamer Body Serum

To serum do ciała o żelowo-olejowej formule stworzone z myślą o skórze wymagającej ujędrnienia, ale i takiej zaawansowanej pielęgnacji. Nuty zapachowe tego serum otulają eleganckimi aromatami kaszmirowego piżma, bursztynu, drewna gwajakowego, jaśminu oraz karmelu. Ten kosmetyk zawiera biomimetyczny kompleks peptydowy z szafirem, który wspiera syntezę kolagenu i elastyny, poprawia gęstość skóry i wzmacnia jej barierę ochronną. Zielona kawa pobudza mikrokrążenie, a także działa ujędrniająco, a ekstrakt z parakrzesu zapewnia efekt wygładzenia i poprawy napięcia (koniecznie zobaczcie zdjęcia przed i po 4 tygodniach stosowania na stronie Topestetic, to w pełni zrozumiecie, jak ważny jest ten produkt w pielęgnacji ciała ;) ). 

SKYMILK Panthenol Cream With Donkey Milk

A to już prawdziwa karetka na sygnale dla naszej skóry – krem z pantenolem i oślim mlekiem. Intensywnie nawilża, łagodzi wszelkie podrażnienia i przynosi natychmiastową ulgę – po długiej kąpieli słonecznej, albo męczącym dniu w upale, będzie jak plaster dla naszego ciała. Co więcej, ten krem jest odpowiedni do pielęgnacji każdego rodzaju skóry i dla każdej grupy wiekowej – od niemowląt po osoby dorosłe.  

 

Physical Protectant Tinted SPF 30 Light To Medium

Ten spf już pewnie dobrze znacie z moich wcześniejszych poleceń blogowych – od lat po niego sięgam i niezmiennie jest w gronie moich ulubieńców. Daje piękny efekt na skórze twarzy. To ostatni krok mojej codziennej porannej pielęgnacji. Ale czasami stosuję go nawet na wieczorne wyjścia latem – po całym dniu na plaży często nie mam ochoty nakładać podkładu, a taki produkt załatwia trzy sprawy naraz (pielęgnuje, chroni i wyrównuje koloryt). Filtry mineralne (tlenek cynku i dwutlenek tytanu) działają od razu po aplikacji i są dobrze tolerowane przez skórę wrażliwą.  

5. Dom MLE (mój top wchodzi do sprzedaży już w ten piątek).

  Na koniec dwie krótkie informacje. Pierwsza jest taka, że to już ostatni moment aby kupić coś w czasie wyprzedaży w MLE. Nigdy nie lubiłam sytuacji, w której ubranie z tygodnia na tydzień traci kolejne 10 czy 20 procent swojej wartości. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec naszej pracy. Dlatego jeśli coś od dawna było na Waszej liście, to jest dobry moment. Jeśli nie było, to i tak nie powinnyście tego kupować tylko dlatego, że nagle stało się tańsze.  

  A druga informacja to raczej zaproszenie. Od kilku miesięcy rozwijamy coś, co nazwałyśmy Domem MLE. Od dawna mam poczucie, chociażby po naszych przypadkowych spotkaniach czy wiadomościach, które od Was dostaję, że łączy nas znacznie więcej niż ubrania. MLE i nasze projekty są raczej wynikiem tych wspólnych upodobań niż ich przyczyną. Ono po prostu sprawiło, że łatwiej było nam się odnaleźć. Dlatego pomyślałyśmy o miejscu dla tych z Was, które chciałyby być trochę bliżej. Nie tylko nowych kolekcji, ale też wszystkiego, co nas inspiruje i z czego to MLE właściwie się bierze. Do Domu MLE możecie zapisać wchodząc na naszą stronę (po kilku sekundach pojawi wyskakujące okienko, w którym podajecie potrzebne dane). 

  Mam wrażenie, że najłatwiej zachwycamy się tym, co nowe, egzotyczne albo trudno dostępne. Tymczasem przez cały ten wpis wracałam do rzeczy, które większość z nas zna od dziecka albo które otaczają nas przez cały czas. Z polskimi produktami często jest podobnie. Czasem trzeba, żeby ktoś opowiedział ich historię, zanim zauważymy, że od dawna mamy je obok siebie. I że ciężko jest znaleźć coś lepszego nawet na końcu świata.

  Właśnie tego chciałabym sobie i Wam życzyć tego lata — żeby jak najczęściej zachwycać się tym, co nie próbuje na siłę zwrócić naszej uwagi.

 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Newby Teas, Handy Lab i Wydawnictwem PWN, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  W maju łatwo było sobie powiedzieć, że odpoczniemy za kilka tygodni, że znajdziemy czas na książkę, dłuższy spacer czy kolację z przyjaciółmi, kiedy tylko zrobi się cieplej. A potem przyszedł czerwiec i okazało się, że lato nie zaczyna się w kalendarzu. Ono zaczyna się w chwili, kiedy po raz pierwszy wybiegam z domu bez żadnej bluzy czy marynarki. Rozpoczyna się wtedy, gdy potrafię spontanicznie zamienić wieczór na kanapie w niekończący się plac zabaw i oglądanie zachodu słońca z wyładowanym telefonem w kieszeni.  

  Lato zaczyna się od decyzji: „jest czerwiec i muszę z niego korzystać, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi”. I nawet nie wiecie, jak bardzo jestem z siebie dumna, że kończę ten miesiąc z poczuciem, że akurat to mi się udało. A zresztą same oceńcie! Zapraszam na wpis pachnący jaśminem i morzem, będący dowodem na to, że latem nawet ja potrafię być odrobinę spontaniczna.

 

 

Gdyby ktoś myślał, że w czerwcu nad polskim morzem nosi się bikini… Początek tego miesiąca nie zwiastował żadnej fali upałów.
(Mój sweter to oczywiście MLE).Ukochane Lubiatowo, którego krajobraz wciąż się zmienia (ku naszemu niezadowoleniu). Jazda konna w Folwarku Jackowo, opalanie w Sasinie i oczywiście obiad w Ewie Zaprasza (niektórzy przyjeżdżają do tej restauracji nawet z Krakowa ;)). Konie na prawdziwym pastwisku. Wiele z nich miało swoje przejścia, ale odnalazły swój szczęśliwy przystanek. 1. Gdy nudzi Ci się powoli Twoje wnętrze, ale na myśl o remoncie od razu stwierdzasz, że jest ślicznie i jednak nic nie chcesz zmieniać. // 2. Gdy w końcu mogłaś spać do dziewiątej, ale od piątej nie możesz zmrużyć oka. // 3. Mini szampon, maska do włosów, balsam, płyn do mycia ciała i twarzy od Sensum Mare. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam na mój wyjazd pod namiot. A wiecie, że do 30 czerwca w Sensum Mare jest 30% zniżki na wszystkie kosmetyki?  4. A gdyby ktokolwiek chciał się schronić przed upałem… lub wiatrem… albo przed całym światem. /// Nawigator taksówkarza – i od razu wiadomo, że jesteśmy w Paryżu!Taka tam zwykła pierwsza lepsza uliczka w Paryżu. Ależ dobrą robotę wykonał ten Haussmann.
1. Gdy bardzo się śpieszymy, więc zamawiamy, co jest. // 2. Od lat wierzymy w nasze tenisistki i zawsze kupujemy bilety tylko na kobiecy finał – możecie się więc domyśleć, jaka to była radość, gdy okazało się, że niespodziewanie zagra w nim Maja Chwalińska. //Marynarka w tenisowy prążek nada się na tę okazję idealnie. 1. Krótka przerwa między gemami – przyglądam się więc widowni. // 2. Maja Chwalińska została pierwszą kwalifikantką w historii, która awansowała do finału French Open. Wcześniej żadna zawodniczka, która przebijała się przez kwalifikacje, nie zagrała w finale Rolanda Garrosa. 

(Postanowiłam tylko o tym szepnąć, gdyby ktoś już postanowił gdakać, że coś mu się nie podobało. Brawo, Maja Chwalińska!)

Łatwo podziwiać dwie godziny meczu, dużo trudniej pamiętać o tysiącach godzin treningów, których nikt nie ogląda. Będąc na trybunach, chyba łatwiej dojrzeć to, że oglądamy tak naprawdę człowieka z krwi i kości, który toczy właśnie najważniejszą walkę w swoim dotychczasowym życiu. 
Niezależnie od tego, jak skończył się tamten mecz – Maja i tak sprawiła nam niesamowitą niespodziankę. //Jeśli coraz częściej masz poczucie, że zaczynasz być brzydka i bez filtrów wyglądasz okropnie…… I że Twoje ubrania do niczego się nie nadają…… I że Twoje mieszkanie przestało Ci się już podobać…

… I że jesteś ze wszystkim w tyle i nie ogarniasz tak, jak inni…

… I że u Ciebie jest zawsze brzydka pogoda…… I Twoja codzienność zaczęła wydawać Ci się nudna…

… I że jesteś złą mamą…
To czas odłożyć telefon.  

A z Tobą jest wszystko w porządku. Problemem nie jest Twoje życie. Problemem jest Twój czas przed ekranem.  Dawniej mieliśmy małe pole do porównywania się z innymi. Sąsiadka, mama koleżanki synka, kuzynostwo, koleżanki z pracy. Dziś zarzucane jesteśmy setkami obrazów cudzych żyć każdego dnia. Widzimy wyłącznie wycinki rzeczywistości – najładniejsze kadry, największe sukcesy, najbardziej uporządkowane momenty. Trudno czuć się wystarczającą, gdy nieustannie porównujesz swoje kulisy do czyjejś starannie wyreżyserowanej sceny. Nasz mózg nie został stworzony do tego, by codziennie mierzyć się z życiem setek innych ludzi naraz.

1. Gdy w radiu grają piosenkę "Torn" to millenialsom jakoś łatwiej wtedy wstać. // 2. Moje marne zbiory i stary pumpernikiel… zaraz coś z tego wyczaruję. //

„Dziś wiszą dumnie w salach polskich muzeów, ale zanim się tam znalazły, prowadziły zaskakująco bujne życie. Zaszywane w jedwabie, kradzione, darowane w prezencie lub przywożone jako pamiątki z podróży. Przenoszone z miejsca na miejsce albo ukrywane na długie lata. Mowa o dziełach najwybitniejszych mistrzów malarstwa europejskiego, które w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności trafiły do naszych rodzimych zbiorów.” To wielki talent opowiadać o sztuce tak, aby zainteresować każdego, nawet najbardziej zniechęconego słuchacza. Tę umiejętność posiada niewątpliwie Paweł Bień, a jego książka "Nieobce" od PWN sprawiła, że w ostatnich dniach chodziłam niewyspana.  

Być może o niektórych historiach tych obrazów słyszałyście, ale sposób, w jaki opowiada o nich pan Bień sprawia, że każdy wątek chcecie zapamiętać, aby umieć potem przekazać to dalej.   

(Kod MLE25 daje -25% od ceny okładkowej na wszystkie papierowe publikacje PWN. Kod jest już ważny i będzie działał do 31.07. :))1. Szczypiorek czyli moje największe rolnicze osiągnięcie ostatnich lat. // 2. W sumie nie jestem pewna, czy jestem w piżamie i ubrałam na siebie byle co, aby wyjść po zioła na taras, czy jednak wymyśliłam cool zestaw na festiwal. // Mój najwierniejszy asystent kucharza. Dba o zatowarowanie (albo jego brak). 

1. Błagam, żeby dzieci nie były dziś głodne, to może jedna czwarta jednej z tych kanapek zostanie dla mnie. Przepis jest banalnie prosty (najważniejsze jest idealnie ugotowane, siedmiominutowe jajko). 

Pieczywo (ja używam razowego) smarujemy miękkim awokado, mrożony groszek zalewam wrzątkiem na dwie minuty, aby się sparzył. Kluczem jest idealne jajko – zależy mi na ściętym białku i lekko płynnym żółtku – u mnie gotowanie trwa dokładnie 7 minut! Dla smaku dodajemy sól i pieprz i ozdabiam szczypiorkiem lub koperkiem. 

Trzynaście stopni, bo przecież połowa czerwca. Jak dobrze, że mam w swojej szafie naprawdę sporo swetrów. MLExMORDOR, czyli comiesięczna sesja produktowa. Praca w taki dzień jest powtarzalna i trwa zawsze sporo czasu, ale i tak jestem dumna z tej zmiany, bo zdjęcia na stronie wyglądają teraz znacznie bardziej profesjonalnie. Mam wrażenie, że w MLE ogromną uwagę skupiamy na produktach, aby były dopracowane do ostatniej niteczki i potem brakuje nam już trochę tego zapału, aby móc zaprezentować efekty w odpowiedni sposób (Z kolei w dzisiejszej branży odzieżowej sukcesy odnoszą te marki, które robią dokładnie na odwrót ;)). A może to tylko moje subiektywne wrażenie?1. z cyklu "Rozmowy dwóch CEO": "Asia, raz, dwa, trzy, ja zaklepuję ten sweter na Openera". // 2. Ale na dzisiejszą pogodę w Trójmieście to zdecydowanie ta sukienka lepiej się sprawdzi. // Poczułam pierwszą kroplę, więc wbiegam do środka – wiem doskonale , gdzie w Gdańsku schować się przed deszczem.1. Za oknem grzmi, ale ja skryłam się w bezpiecznych murach galerii NOMUS. To jedna z tych codziennych sytuacji, które łatwo przeoczyć, choć architekci od stuleci poświęcają im ogrom uwagi (schronienie jest przecież jedną z najbardziej podstawowych potrzeb, na które odpowiada architektura). // 2. Modernizm miał ambicje znacznie większe niż projektowanie ładnych budynków. Jego zwolennicy wierzyli, że architektura może naprawiać świat. Brzmi naiwnie? Trochę tak. Ale po doświadczeniach rewolucji przemysłowej, przeludnionych kamienic i dwóch wojen światowych wizja mieszkań pełnych światła, zielonych osiedli i racjonalnie zaplanowanych miast wydawała się całkiem rozsądną odpowiedzią na chaos rzeczywistości. // Nicolas Grospierre kieruje obiektyw na budynki epoki modernizmu, obok których codziennie przechodzimy bez większych emocji. To, co zwykle wydaje się zwyczajne, nagle zaczyna wyglądać jak scenografia do futurystycznego filmu o przyszłości, który ktoś nakręcił kilkadziesiąt lat temu.  Czasem ciężko zdecydować, czy blokowiska i powojenny modernizm kochać, czy wyburzać. Wiele rozwiązań architektonicznych o światowym poziomie nie przetrwało zderzenia z bylejakością codziennego utrzymania. Dopiero teraz, po kosztownych remontach, odkrywamy zalety i skromną, ale na swój sposób fascynującą urodę takich dzieł architektury jak Dworzec Centralny czy katowicki Spodek. Trzeba uznać fakt, że każdy budynek stanie się obrzydliwy, jeśli przez 30 lat nie będziemy go myć, naprawiać i sprzątać. Galeria NOMUS "Nicolas Grospierre. Permakryzys" 14.05 – 6.09.2026, Gdańsk.A na parterze budynku, w którym mieści się galeria, możecie zjeść pyszną drożdżówkę, albo wypić pyszną kawę. Pokazywać Wam więcej nieoczywistych miejsc związanych ze sztuką w Trójmieście?A ten napis czekał na mnie tuż po wyjściu…Czerwcowa puszcza za oknem.

Co tu zrobić, aby nigdy nie zadeptać tej artystycznej spontaniczności?

Ja i koncerty to rzadkie połączenie, ale skoro Sopot jest taki "małomiasteczkowy"……to żal nie skorzystać z takiej okazji. Chyba jesteśmy za młode na takie szalone wieczory ;). 1. Najlepsze polskie czerwcowe obiady. // 2. I najlepsze czerwcowe kwiaty…// Kwitnący jaśmin to moja najlepsza motywacja do wspinaczki. 
1. Herbata parzona na zimno. Znacie? Na pewno tak, ale wiem, że o dobrych rzeczach czasem warto przypomnieć (mi przypomniała o tym Meghan Markle, ale nie żebym oglądała jej program ;)). // 2. Upalne wieczory w Sopocie i podejrzliwi sąsiedzi. // Herbatę parzoną na zimno polecam szczególnie tym z was, które nie przepadają za smakiem zielonej herbaty, ale chciałyby ją pić z prozdrowotnych względów. Herbata parzona na zimno jest zdecydowanie delikatniejsza, ma ładniejszy kolor i dużo przyjemniej się ją pije – jestem pewna, że gdy raz spróbujecie, to stanie się ona Waszym ulubionym rodzajem lipcowego nawodnienia. Ja wybrałam „Green Lemon” od Newby Teas, czyli mieszankę wyselekcjonowanych długich liści chińskiej zielonej herbaty typu sencha z kawałkami aromatycznej cytryny.  Gatunek ma tutaj kluczowe znaczenie, ale o tym, że herbatę należy kupować z pewnego źródła na pewno wiecie – tę od Newby Teas kupuję od lat i ciężko przerzucić mi się na coś innego – do dobrego szybko się przyzwyczajamy (Kod KASIA20 daje 20% zniżki na cały asortyment -działa na wszystko do 20 lipca). 

Wystarczy dobrej jakości herbata z jakimiś owocowymi akcentami – zalewamy ją chłodną wodą i zostawiamy na godzinę. 

Te dwie rzeczy razem oznaczają, że w mieszkaniu pachnie poezją. "Slow" na Garnizonie.1. Omlet, bo nawet ja uległam trochę tej białkowej propagandzie ;).  // 2. "Drogi Panie Informatyku, niestety sweter padł i strona nie dziala. To znaczy swerter. To znaczy swerwer. To znaczy SERWER" – czyli ja i Monika gasimy poniedziałkowe pożary. Nawodnienie od wewnątrz zamówiłam, a to od zewnątrz wyciągnęłam z torebki. Miło mieć taki krem do rąk, który nie dość, że pielęgnuje, to jeszcze cieszy oko. Te dwie tubki o nowoczesnym kształcie są od Handy Lab. Macie dwie opcje do wyboru: Glow&Go lub Energy & Fresh (kod "Make" daje rabat  -15% w sklepie Handy Lab). 1. Kocham tę spódnicę! // 2. Kompaktowy, ładny. Skuteczność oparta na składnikach naturalnych z kompaktowym designem może iść w parze.  :).  // 

"Jak myśleć o sztuce" Ryszarda Kasperowicza 

Często targam swoje dzieci po muzeach (nie po wszystkich i nie zawsze) i to one są dla mnie najlepszym dowodem na to, że sztuki nie trzeba rozumieć, aby się nią zachwycać. Ale będę też zawsze stała na stanowisku, że warto ją zrozumieć, jeśli chcemy zachwycać się nią jeszcze bardziej. Rozumienie sztuki sprawia, że kontakt z nią przestaje być jedynie emocją, a zaczyna być doświadczeniem – a tym kluczem, który otwiera nam drzwi, jest szczere zainteresowanie. Im więcej wiemy, tym więcej chcemy wiedzieć i tym po trudniejsze rzeczy sięgamy. 

Jeśli mainstreamowe treści dotyczące sztuki już Was męczą i potrzebujecie czegoś naprawdę wnikliwego, co rozgrzeje Wasze neurony do czerwoności, to ta pozycja Was nie zawiedzie (na tę książkę też działa kod do PWN, który podałam wyżej).Magia hamaka. 
A tu magia Sopotu.Udawajmy turystki, kupmy gofra! Wszystkie trójmiejskie odcienie błękitów.Analogowe życie. Trzeba się postarać, aby do niego wrócić, ale warto (zwłaszcza w wakacje).

W kolejnym Last Month pokażę Wam, jak wyszło, bo jutro odbieram zdjęcia!

I to by było na tyle, bo wszystko inne, co wydarzyło się w moim życiu w tym miesiącu, było nudne, niezbyt ładne, albo byłam w tym momencie tak zakręcona, że przez myśl by mi nie przeszło, aby wyciągnąć telefon ;). … A teraz pakuję plecak, bo chyba wszyscy wkoło widzą, że czas się na sekundkę wylogować. Ale wrócę!

 

*  *  *

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem PWN, Pasiekami Rodziny Sadowskich oraz Oio Lab, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Na pytanie o to, jaki był ten marzec, odpowiadam – to zależy. Algorytmy, zasięgi, strategie – wszystko to wciągało mnie coraz głębiej, bo dziś nie da się budować marki, udając, że media społecznościowe są tylko dodatkiem. Trzeba je rozumieć, oswajać, czasem nawet podporządkować im własne pomysły.

  Dlatego powrót tutaj, na bloga, przynosi mi w tym miesiącu szczególną ulgę. Mogę po prostu zaprosić Was do mojej codzienności – bez analizowania, co zadziała lepiej, a co gorzej. Bez algorytmów w tle. Tak jak w szczerej, przyjacielskiej relacji – nie chodzi o autoprezentację, o przekazanie światu tylko tego, co da potem wymierną wartość, albo pomoże zebrać dane, aby w przyszłości jeszcze lepiej wpisać się w czyjeś oczekiwania. Dopaminowa pętla, którą funduje nam Instagram czy Tiktok każdego dnia, nie zacisnęła się jeszcze do końca na naszych szyjach – myślę, że wciąż potrafimy się z niej wydostać. Jestem o tym przekonana, gdy patrzę na to dzisiejsze zestawienie marcowych chwil – tych codziennych i tych trochę bardziej wyjątkowych. To co? Powspominamy razem?

 

Nie jest zielono, nie ma liści na drzewach, a po roztopieniu się śniegów chodniki pozostawiają wiele do życzenia. A jednak, jestem wielką fanką tych niezbyt ładnych zdjęć przedwiośnia. Pod koniec tego spaceru miałam już kurtkę przewieszoną przez ramię i czułam się jak te krowy, wypuszczane na pastwisko po zimie. Temperatura poszybowała do góry tak mocno, że pierwszy raz w tym roku rzuciłam w którymś momencie „ale się zgrzałam”. Aż nie chciało się wracać do domu.Po takim spacerze lepiej od razu wystawić kącik ze zdrową lemoniadą z syropem z kwiatów bzu, niż co chwilę słyszeć, że komuś chce się pić. Syrop z kwiatów czarnego bzu to mój ulubiony sposób na dobre nawodnienie wszystkich domowników. Nagle okazuje się, że wypicie 4 litrów w ciągu kwadransu nie jest dla nich żadnym problemem. Syrop jest od Manufaktury Rodziny SadowskichRodzinny wypad do stolicy zaczęliśmy już tradycyjnie od Łazienek. Był akurat Dzień Kobiet, świeciło piękne słońce, kaczki zażywały pierwszych słonecznych kąpieli, a ja marzyłam, żeby zatrzymać w miejscu tę beztroskę jak najdłużej. Dziadek biegnie na pomoc wnuczkom. Czyżby dojrzały pawia? W Warszawie zawsze jestem za krótko. Za krótko, żeby się z kimś spotkać, za krótko, żeby odwiedzić restaurację, którą chciałam, za krótko, żeby odpocząć i za krótko, żeby załatwić wszystko, co miałam do załatwienia. Wracam zwykle do domu z poczuciem, że mogłam to lepiej ogarnąć. Z pewnością pomocna byłaby tu umiejętność obiektywnego oceniania czasu. Na przykład na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie przeznaczyłam trzydzieści minut, a siedziałam tam blisko dwie godziny. Myślicie, że da się to jakoś leczyć? 1. "Autorka przy swoich zajęciach" autorstwa Marie-Nicole Vestier Dumont. W swoich czasach obraz był przełomowy, bo pokazywał coś rzadkiego: kobietę nie tylko jako matkę, czy ozdobę salonu, ale też jako profesjonalną artystkę przy pracy. To był sygnał, że kobiety mogą tworzyć i pracować, a nie tylko pozować. Dziś jednak patrzymy na ten obraz trochę jak na bardzo estetyczną wersję macierzyństwa: nie widać tu zmęczenia, artystyka ma ułożone włosy, maluje w pięknej jasnej sukni, jest uśmiechnięta. Dlatego obraz jest ciekawy podwójnie: kiedyś był symbolem emancypacji, ale dziś kobiety uznałyby to za zbyt wyidealizowaną sytuację. // 2. Nie było nam łatwo, ale niektóre z nas potrafiły wytyczyć nowe szlaki, dzięki którym dziś możemy więcej, a prawa przyznane kobietom są dla nas oczywistością. Moja córeczka spytała o jeden z obrazów: dlaczego jest taki ważny i czemu mu się przypatruję. Powiedziałam, że jego autorka miała szczęście, bo w czasach w których żyła, kobiety nie mogły uczyć się malować – było to dozwolone tylko dla chłopców. W jej oczach widziałam wielkie zdziwienie. Ja z kolei czułam wdzięczność wobec kobiet, które przyczyniły się do tego, że dziś moje dziewczynki mogą bez przeszkód chodzić na swoje ukochane lekcje rysunku. I pani Olga też jest. "KWESTIA KOBIECA 1550–2025" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – polecam gorąco tę wystawę, wciąż możecie ją odwiedzić. 
No i kultowa już grafika, której historię pewnie większość z Was zna. W 1989 roku grupa aktywistek "Guerilla Girls" wykorzystała do swoich plakatów słynny obraz przedstawiający kobiecy akt („Wielka Odaliska”) i dokleiła jej małpią głowę. Po co? Zaczepny tekst “Czy kobiety muszą być nagie, żeby dostać się do Met. Museum?” umieszczony pod tytułem, mówi o niesprawiedliwym postrzeganiu kobiecej sztuki we współczesnym świecie – twórczość jedynie 5% artystek ma szansę na wystawę, podczas gdy 85% aktów przedstawia kobiecą nagość. Akcja była odpowiedzią na to, że MoMa zorganizowało wystawę „Międzynarodowy przegląd najnowszego malarstwa i rzeźby”, na której pokazano dzieła tylko czternastu kobiet na sto sześćdziesięcioro pięcioro uczestniczących. Przykry to dowód, że świat bardziej interesuje nasze nagie ciało, niż to, co chcemy przekazać.  I czas wracać! Następnym razem zrobię wszystko to, czego nie zdążyłam zrobić tym razem!Tymczasem ja, pierwszego dnia wiosny. 
Ta owieczka wymaga już chyba małego strzyżenia. 1. Ja, rok temu: "Tym razem naprawdę będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Również ja, w tym roku: "Ale tym razem, to już naprawdę, OBIECUJĘ, że będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Jassne… a teraz jadę do pralni… // 2. W nieładzie, w puchowej kurtce, idę grabić ogród. Ale popryskam się moim ukochanym Chanel 5, licząc na to, że dzięki temu w małym stopniu stanę się częścią tego magicznego, modowego świata. ​ // "Kasia, jeśli potrzebujesz pomocy, bo już nie masz siły grabić, to daj nam znak."

1. Tu możecie zobaczyć ten zestaw w całości. // 2. Zbliżenie na reprodukcję obrazu, który należy do jednego z najsłynniejszych cyklów historii sztuki. "Lilie wodne" mają dla mnie nieco osobiste znaczenie i dlatego pojawiają się w moim mieszkaniu, ale z tego co widzę, Monet okazuje się być teraz bardzo na czasie… Więcej przeczytacie w tym wpisie. // 3. A oto sopocko-marcowa wersja tego nastroju. // 4. I jeszcze jedna zmiana na wiosnę… bez remontu! // 

Gdy pogoda za oknem mało wiosenna, a w duszy już grają kolory. Kilka moich wyborów z Desenio. 1. Tulipany w wazonie i otwarte okna… znacie to uczucie? // 2. Rosół w wydaniu azjatyckim. Bo podobno jem za mało białka ;). 

Długo myślałam o jakimś prima aprilisowym żarcie dla Was, ale uwierzyłam dziś już w tyle różnych dziwactw (między innymi w to, że miasto Sopot planuje wybudować zadaszenie nad molo), że nie będę się w to bawić – są lepsi ode mnie ;). 
Nieważne co pokażę, i tak wszyscy pytają o ten obraz. "Un Po'Di Blu No1" wymiar 140×100 na płótnie (również od Desenio). Bardzo cenię sobie marki, które nie dość, że produkują w Polsce, to dbają o środowisko. Marka Oio Lab współpracuje z polskimi Fundacjami i wspiera konkretne inicjatywy (między innymi z Fundacją Las na Zawsze, która zajmuje się sadzeniem młodych lasów i ochroną dojrzałych ekosystemów leśnych oraz z Fundacją MARE, która skupia się na ochronie ekosystemów morskich – szczególnie Morza Bałtyckiego). Ponadto, marka Oio Lab posiada certyfikat PETA, jest wegańska i wolna od okrucieństwa. A do tego wszystkiego minimalizują zużycie plastiku i używają ekologicznego (biofotonicznego) szkła. A produkt, którego teraz używam, to holistyczne serum do twarzy. Ten kosmetyk pielęgnuje, ale jednocześnie daje efekt delikatnego makijażu: nawilża, wspiera mikrobom i przywraca blask a krycie to jedynie dodatek. Dostępny jest w trzech kolorach, a najciemniejszy może być stosowany jako bronzer. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% zniżki na wszystkie kosmetyki na stronie OioLab (kod nie łączy się z innymi ofertami/zniżkami).   Lata temu napisałam tekst o "Dziewczynach, które zawładną Warszawą". Wśród nich była Kamila, która z całą pewnością świetnie pasowała do tego tytułu. Po obejrzeniu jej rolki inaczej spojrzałam na nasz sweter Myre. Fajnie czasem jest móc zobaczyć swoje rzeczy okiem kogoś innego (a już szczególnie okiem Kamili!). Sweter pojawi się w MLE już w najbliższy piątek. 

Przed… 

… i po! Kupiłam na prezent, ale całkiem nieźle wyglądałby tu ten obrazek. 

Szylkretowe guziki czy obciągane?Praca w MLE ma różne oblicza, ale takie momenty uwielbiam! Przyszedł do nas pierwszy prototyp i dosłownie wstrzymałam oddech po tym jak go przymierzyłam. A teraz mała odtrutka instagramowa, czyli temat numer 1 ostatnich dni w pracy. Przepięłyśmy MLE na nowy system i w związku z tym, wszystkie w zespole dostałyśmy małej nerwicy. 1. Gdy po przeczytaniu 10 mejli od Klientek o tym, że nie mogą dokończyć płatności, ty wiesz, że możesz w spokoju pić dalej matchę, bo informatyk mówi, że na jego komputerze wszystko działa :). A tak bez żartów. Chyba przetrwałyśmy najgorszy etap i wszystko już działa (a jeśli nie działa, to zgłaszajcie to do nas, a my będziemy reagować). // 2. i 3. No i podejmowane są też kluczowe decyzje. Ta na przykład jest prosta, bo przecież na pierwszy rzut oka widać, że próbka na dole jest lepsza ;). // 4. Znacie to ćwiczenie dla osób pracujących na telefonie? Dwie minuty z głową skierowaną w jedną stronę, a pote, w drugą. A dłonie mocno zadarte! Zakwasy gwarantowane. Tutorial tutaj. // 

Dzień w którym bardzo się martwiłam, ale tym razem wszystko skończyło się dobrze. Cieszcie się Dziewczyny każdym miłym dniem!
Krzewy i drzewa jeszcze nie zakwitły. U nas, w Trójmieście, zawsze musimy dłużej czekać na zieleń (podobno, w porównaniu do innych regionów Polski, nawet dwa tygodnie). "Dookoła Świata – 80 ryb i innych stworzeń morskich" – znacie tę piękną serię od PWN?

Myślałam, że taki format będzie wciąż zbyt wymagający dla moich dzieci, ale te ilustracje i fascynujące opisy przyciągały jak magnez. No kiedy one już wrócą z tego przedszkola i się ze mną pobawią?"Sztuka dla dzieci". Zamówiłam tak naprawdę sobie, licząc na to, że kiedyś zaczniemy do niej razem zaglądać. Ale dzieci są tak zaskakujące, że przyłączyły się do mnie, gdy ją rozpakowałam. Porozmawiałyśmy o kilku obrazach, a potem – magia – ja mogłam zostawić je same i zająć się zwoimi sprawami. Co kilka minut słyszałam tylko jakieś śmiechy, że te zegary wyglądają jak rozpuszczone palstry sera.  Kod rabatowy MLE25 jest ważny do końca kwietnia, zarówno na "Sztukę cenniejszą niż złoto", jak i inne pozycje PWN, także te dla dzieci (daje 25% zniżki).

Deser o nazwie "jeśli ładnie zjecie zupę".  

Składniki: 

– pasta kokosowa od Manufaktury Rodziny Sadowskich (ilość wedle uznania)
– ewentualnie syrop klonowy albo łyżka miodu spadziowego
– banan 
– mango albo kiwi
– jogurt naturalny (najlepiej typu greckiego lub skyr) 
– mąka kokosowa 
– wiórki kokosowe 

1. Bez żadnych cukrów ani sztucznych dodatków – 100% pasty z miąższu kokosowego. Jest delikatnie słodka w smaku chociaż nie ma dodatku cukru. Uwielbiamy ją! // 

Pasta kokosowa wyciagnięta prosto z paczkomatu, więc jeszcze lekko przemarźnięta i skostniała, ale i tak pyszna. ;) 
Z kodem MAKELIFE10 otrzymacie 10% zniżki na zakupy w Pasiekach Rodziny Sadowskich. 

Pościel jest przejściem ze świata snu do rzeczywistości, pierwszą rzeczą, którą dotykamy w ciągu dnia i w której spędzamy 1/3 naszego życia. Nie wybierajmy jej przypadkowo. Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce i do tego ma przeróżne piękne opcje do wyboru. 

A teraz pytanie do Was! Czy taka marynarka do Was przemawia? Szyć?Był taki czas, kiedy uważałam, że "zdrowe słodycze" nigdy nie zastąpią tych od Kinder. A to jest jedna z najlepszych czekolad, jakie w życiu jadłam. Szukajcie, a znajdziecie :). 
Nie mogę się doczekać tej Wielkanocy. Planuję idealną równawagę między tradycją a bezczynnym bomblowaniem, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy. Puk, puk, czy nasz kochany Narcyz w Gdyni jeszcze otwarty? Mamy alarm!Bo w poniedziałek o 18:00 usłyszałam: "Mamo, a pamiętasz, że do jutra trzeba przynieść własnoręcznie zrobione wianki na konkurs?""Mamo, kupisz mi bazie na rynku?"

"A może być małe baziowe drzewo?"

  Z różnych powodów marzec był czasem, w którym nie czułam się ze sobą jakoś szczególnie dobrze. Uwielbiam żyć w zgodzie z naturalnym cyklem przyrody i pewnie dlatego po zimie czuję się jak niedźwiedź wybudzony z zimowego snu, z potarganym futrem, zabałaganioną norą i w stanie kompletnej dezorientacji. Ale już biorę się do kupy i postaram się być bardziej jak kwitnący krokus – czego i Wam życzę :). Dziękuję za uwagę – jesteście (naprawdę) niezastąpione!

 

*  *  *

 

Czy Wy też tak macie każdej wiosny? – Marcowe Umilacze

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem PWN, Mumla, Topestetic i Aruelle. 

 

  Piąta rano. Budzi mnie sen – jeden z tych, które zostają w ciele jeszcze długo po otwarciu oczu. Przez chwilę leżę nieruchomo, z mocno zaciśniętymi powiekami, próbuję uspokoić oddech i przekonać samą siebie, że mogę jeszcze zasnąć. I wtedy słyszę coś, co wyrywa mnie ze świata zmartwień i lęków. Pierwszy raz w tym roku słyszę poranny śpiew ptaków. Świergoczą nieśmiało, a jednak wystarczająco wyraźnie, żeby coś się we mnie przestawiło. To był ten moment, kiedy wiosna przestała być datą w kalendarzu, a zaczęła być doświadczeniem.  

Każdej wiosny dopada mnie to samo wrażenie – jakbym była bohaterką filmu, a głos z hollywoodzkich trailerów podkładał codziennie rano zdania typu „Kasia przez lata była przekonana, że najważniejsza jest przewidywalność. Że jeśli wszystko będzie poukładane, życie stanie się prostsze. A jednak los zdecydował inaczej…” (a propos nieprzewidywalności, to ta nieoczekiwana pobudka o piątej sprawiła, że nie usłyszałam budzika o siódmej, a to faktycznie gwarantuję potem sceny, jak z filmu akcji).  

  Wiosną nagle zaczynam widzieć własne życie trochę z boku – jakby ktoś na chwilę podłożył pod nie muzykę i lepsze światło. Zmontował nieco ładniejszy i ciekawszy obraz. Tak lubię o tym myśleć: że radość z wiosny to kwestia odpowiedniej percepcji, a nie obiektywnych okoliczności. I dziś podsuwam Wam kilka takich wiosennych szablonów, które zawsze mi w tym „montażu rzeczywistości” pomagają. No to zaczynamy!

 

 

 1. Wiosna w mieszkaniu, którego nie mam siły remontować.

  Podobno za kilka dni wróci do nas zima. Póki trudno wytrzymać na zewnątrz bez rękawiczek, próbuję poczuć wiosnę we własnym wnętrzu. Jestem typem człowieka, który potrafi długo mówić o tym, co mu przeszkadza – i zaskakująco rzadko coś z tym robi. Dotyczy to też mieszkania, a dokładniej listy zmian, które „kiedyś” wprowadzę, gdy nadejdzie kolejny remont (czyli raczej nigdy, co zrozumie każdy, kto choć raz przeżył remont w kamienicy).

  Ale gdy nadchodzi wiosna, po prostu MUSZĘ coś zmienić. Próbuję chociaż zidentyfikować najbardziej irytujące mnie strefy i zrobić cokolwiek, aby nie wlepiać się w nie w ciągu dnia, z poczuciem, że kuchenka nie zmieni koloru z błękitnego na czarny, już zawsze będzie tu wisiał ten licznik, a wyglądając przez okno w kuchni, codziennie będą mnie witały kolorowe śmietniki sąsiadów. 

 

  Zazdrostki okazały się jednym z takich rozwiązań. Krótkie firanki montowane w połowie okna – coś między nostalgicznym detalem prosto z angielskiej wsi a całkiem praktycznym sposobem na dopuszczenie światła, zapewnienie prywatności i odcięcie się od widoku, który naprawdę nie wymagał ekspozycji. Bez wiercenia, cekolowania i szlifowania.

To widok przed zamontowaniem zazdrostek (nie widać na nim wyżej wspomnianych śmietników, ale uwierzcie mi, że kłuły mnie w oczy za każdym razem, gdy siadaliśmy do stołu. Zazdrostki wykonała dla mnie firma Kamena z Malborka. 

 

  Nie bez powodu Marcel Proust poświęcił tyle uwagi porankom i temu dziwnemu momentowi tuż po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy. Pisał o tym, jak ciało – dotyk pościeli, ciężar kołdry, światło wpadające przez okno – pomaga nam „wrócić” do rzeczywistości szybciej niż rozum i świadomość.  

  Jeśli więc od zawsze miałyście poczucie, że zmiana pościeli wyzwala w Was jakąś dziwną radość (a wiosną to już szczególnie), to wiedzcie, że wielcy francuscy pisarze mieli tak samo. Ja polecam tę od polskiej marki MUMLA. To od niej mam pościel, o którą pytacie najczęściej, a teraz dostałam jej nową wiosenną wersję. 

  Niebieskie kwiaty na pościeli, rysowane charakterystyczną kreską, to estetyka bliska tradycji "toile de Jouy", ale uproszczona, bardziej powściągliwa.  

 

Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce. Wykonano ją ze 100% bawełny o płóciennym splocie (ok. 130 g/m²). Naturalną cechą tkaniny są widoczne drobne łuski niebarwionej bawełny. Materiał posiada certyfikat Oeko-Tex Standard 100 (klasa I), co oznacza, że jest bezpieczny nawet dla niemowląt. Marka ma w swoim asortymencie wiele różnych produktów, które pozwolą stworzyć w domu wiosenny klimat. Z kodem KASIA10 otrzymacie 10% rabatu na całe zakupy. Kod obowiązuje do 31 marca (do końca dnia) i jest na wszystko z wyjątkiem kart podarunkowych i nie łączy się z innymi kodami.

 

  Toile de Jouy to jeden z tych wzorów, które wyglądają niewinnie – dopóki nie zacznie się czytać ich historii. Powstał w drugiej połowie XVIII wieku, kiedy przedsiębiorca Christophe-Philippe Oberkampf założył manufakturę w Jouy-en-Josas pod Paryżem. To był moment technologicznego przełomu: zamiast ręcznego malowania tkanin zaczęto stosować druk: najpierw drewnianymi blokami, później miedzianymi płytami, co pozwalało na znacznie bardziej szczegółowe, niemal graficzne wzory. Toile de Jouy nie było zwykłym ornamentem. To były całe opowieści nadrukowane na tkaninie. Sceny pasterskie, życie codzienne, egzotyczne krajobrazy inspirowane podróżami, a nawet wydarzenia polityczne.

  W pewnym sensie były to XVIII-wieczne „tapety z narracją” – coś pomiędzy sztuką a medium. Co ciekawe, wzór był na tyle popularny, że szybko stał się symbolem statusu – ale w dość przewrotny sposób. Z jednej strony był luksusowy i modny na dworach, z drugiej: dzięki technologii druku był bardziej dostępny niż hafty czy ręcznie tkane tkaniny. To była wczesna forma „demokratyzacji designu”.

 

 

 2. Tej wiosny zapach palonych ubrań będzie jakby mniej intensywny.

  Od 2026 roku Unia Europejska zakazuje niszczenia niesprzedanych ubrań – praktyki, która przez lata była jednym z najlepiej skrywanych „sekretów” branży odzieżowej. Szacuje się, że nawet 9% wszystkich tekstyliów nigdy nie trafia do klienta i jest po prostu utylizowane, generując emisje CO₂ porównywalne z roczną emisją całej Szwecji. To oznacza jedno: marki nie będą już mogły produkować „na zapas” i liczyć, że nadwyżkę po cichu spalą – będą musiały ją pokazać, policzyć i zagospodarować. Dla sieciówek to wielki koszt i prawdziwa rewolucja w zarządzaniu produkcją, ale dla niektórych polskich brandów to tak naprawdę dobra informacja – te, które do tej pory z własnej woli opierały się nadprodukcji nie będą musiały nic zmieniać :). 

 

Zarówno bluza (wybrałam rozmiar M) jak i szorty są od marki Aruelle. Z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na wszystko (kod nie łączy się z innymi promocjami i nie obejmuje kart rabatowych). Ważny jest przez tydzień. Standardowo nowe kolekcje przez dłuższy czas nie są objęte promocjami, więc warto skorzystać z tej opcji.

 

3. Pierwsze słońce. Pierwszy błąd.

 W marcu nadchodzi też zawsze ten moment, gdy z uczuciem błogości wystawiam twarz do słońca i po kilku sekundach zakrywam twarz rękami niczym wampir, bo przypominam sobie, że mój krem z filtrem do twarzy leży gdzieś na dnie szuflady i nie dość, że go dziś nie użyłam, to chyba w ogóle do użycia już się nie nadaje. Niech ten artykuł będzie więc dla Was życzliwą przypominajką, że warto wrócić do tego nawyku regularnej ochrony skóry, zwłaszcza gdy – tak jak w moim przypadku – z niewiadomego powodu zaczęłyście mieć z dnia na dzień skłonność do posłonecznych przebarwień. Ja gorąco polecam ten krem ochronny Physical Protectant Tinted SPF 45 Light To Medium ze sklepu Topestetic.

 

Ten krem z filtrem ma uniwersalne pigmenty, więc doskonale dostosowuje się do wielu odcieni karnacji (dostępny w 3 odcieniach). Dodatkowo rozświetla i wyrównuje kolory skóry oraz niweluje nadmierne błyszczenie. Marka Jan Marini zmieniła kolory opakowań i nazwę na Marini SkinSolutions, ale to te same kosmetyki i ten sam koloryzujący krem z filtrem, który znam i stosuję od lat (szczególnie w okresie wiosna-lato, bo rewelacyjnie zastępuje codzienny lekki makijaż oraz sprawdza się też jako baza pod makijaż). Nie raz kosmetyki Jan Marini polecałam Wam w moich wcześniejszych publikacjach (w szczególności właśnie ten SPF oraz ich witaminę C). 

 

4. Kiedy moda wygląda jak wiosenny obraz.  

  „Kwiaty? Na wiosnę? Ale odkrywczo.” – rzuca z lodowatym spokojem Miranda Priestly, grana przez Meryl Streep w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”. Jedna linijka, która przez lata zdążyła stać się modowym memem – i co roku wraca dokładnie wtedy, kiedy wszystko wokół zaczyna kwitnąć.

  No cóż, możemy udawać, że jesteśmy ponad to, ale wiosna i tak nas dopada. Nagle nawet najbardziej powściągliwe estetki zaczynają mięknąć. Szarości ustępują miejsca zieleni. Pojawia się potrzeba światła, lekkości, czegoś żywego. Kwiaty wracają – nie dlatego, że są odkrywcze, tylko dlatego, że są nieuniknione. Nawet najwięksi kreatorzy dostrzegają ich moc. Dowód? Wyobraź sobie pokaz mody, który wygląda jak wejście do obrazu. Tak właśnie było na ostatnim pokazie Diora. Scenografia nie przypominała klasycznego wybiegu – bardziej pejzaż wyjęty prosto z obrazów Moneta. Ci najwięksi wizjonerzy potrafią czerpać z dzieł mistrzów i redefiniować je na coś bardzo współczesnego. A więc brawa dla Jonathana Andersona. 

 

  W ostatnim czasie sztuka coraz częściej wychodzi poza galerie i muzea. Przestaje być czymś, co się „ogląda od święta”, a zaczyna działać w codzienności – w modzie, wnętrzach, obrazach, które wybieramy do życia. No i zaczyna być dla ludzi, a nie tylko dla hermetycznych środowisk.

  Takim pomostem między zwykłymi śmiertelnikami a wielkimi artystami są oczywiście książki i albumy. Ja polecam nowe (i naprawdę piękne) wydanie książki „Sztuka cenniejsza niż złoto” autorstwa Jana Białostockiego, która od lat uznawana jest za jedną z najważniejszych książek poświęconych historii sztuki. Pierwsze wydania powstawały w zupełnie innej rzeczywistości – w Polsce lat 60-tych i 70-tych, gdzie dostęp do światowej historii sztuki był ograniczony, a jednocześnie potrzeba jej rozumienia była ogromna. Białostocki pisał więc nie tylko jako badacz, ale też jako tłumacz między światami: zachodniej historii sztuki i polskiego czytelnika. 

Z kodem MLE25 otrzymacie 25% rabatu od ceny okładkowej na ofertę PWN – kod będzie dostępny do 30 kwietnia, więc możecie się chwilę zastanowić, które tytuły dodać jeszcze do koszyka.​ Poza "Sztuką cenniejszą niż złoto" polecam także "Dlaczego zebry nie mają wrzodów", "Człowiek, istota społeczna" czy "Dlaczego umieramy?". 

 

5. Filmy, do których wracam każdej wiosny.

  Mam ulubione filmy na każdą porę roku. Wracam do nich od lat, aby sprawdzić, czy dalej znaczą dla mnie to samo. Albo po prostu po to, aby było milej. Przedstawiam listę moich ulubionych wiosennych filmów. Znacie je wszystkie? 

  Według najnowszych raportów, m.in. tych publikowanych przez Pinterest czy WGSN, wyraźnie odchodzimy od wielkich życiowych resetów na rzecz małych, świadomych zmian, które realnie poprawiają samopoczucie. W ogóle mnie to nie dziwi. I nie chodzi tu o lenistwo, ale o szacunek do własnych zasobów – czasu, energii i uwagi. Świat przytłacza swoimi możliwościami, dlatego tej wiosny skupiam się na tym, co mogę poprawić tu i teraz. Chciałabym pamiętać o tym, że drobna zmiana jest lepsza niż największy projekt, który finalnie nie doszedł do skutku. Czy jest coś, co w szybki sposób wymaże mi z głowy chociaż jedną nieprzyjemną myśl i zastąpi ją spokojem? Kiełkują Wam w głowie takie pomysły? 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi i platformą do nauki angielskiego Akcent oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Pierwszy punkt w moim noworocznym kalendarzu mówi, że 1 stycznia o 19:30 na Polsacie leci „Kevin sam w Nowym Jorku” (i proszę, nie zdradzajcie mi, że można obejrzeć ten film na każdej platformie streamingowej — to by zniszczyło całą atmosferę). Po kilku pięknych, intensywnych świątecznych dniach powinnam mieć już chyba dość przeciągania bożonarodzeniowego nastroju do granic możliwości, ale ja zamierzam cieszyć się kolędami, choinką i zwolnionym tempem aż do Trzech Króli. Nie wiem, co na tę długą przerwę powie polska gospodarka, ale ja mam wrażenie, że ten wyjątkowy układ wolnych dni wreszcie naładował moje akumulatory. Być może to poczucie błogości wynika z faktu, że grudzień był prawdziwą gonitwą z czasem — przeplataną nieustającymi infekcjami, które dodatkowo mnie spowalniały. A jednak jakoś dobrnęłam do końca. I nawet jeśli moje tempo przypominało bardziej poruszanie się po świątecznym jarmarku w godzinach szczytu niż elegancki bieg z przeszkodami, to wciąż jestem na mecie. Szczęśliwa, z poczuciem, że wykonana praca przyniosła efekty.  

  I to jest, proszę Państwa, mały noworoczny sukces, który odnotowuję z dumą: weszłam w kolejny rok, nie tracąc ani poczucia humoru, ani przywileju oglądania Kevina o stałej porze. Zapraszam Was poświątecznie na moje małe podsumowanie grudnia!

 

Gdy ma się markę odzieżową, to w Black Week nie kupuje się ubrań, ale… Ma się inne słabości. Co myślicie? Obraz na płótnie zamówiłam na Desenio. 1 i 3. // Podobała mi się ta grafika i o włos nie wylądowała pod choinką, tylko u mnie na ścianie (również z Desenio). 2. Do wszystkich tych, którzy mają niespełnione marzenia z dzieciństwa… Zawsze możecie do nich wrócić. O ile nie liczycie na jakiekolwiek efekty :). Ja postanowiłam uczyć się gry na fortepianie razem z dziećmi. // 4. Nieco zapętlona rzeczywistość, czyli kończenie poprzedniego Last Month po nocach ;). // Czy to przypadek, że właśnie w Gdańsku marka Chanel miała swoje najpiękniejsze świąteczne stoisko?W Galerii Forum znajduje się oficjalny butik Chanel z produktami "beauty". Znajdziecie tam produkty niedostępne w innych drogeriach. 
A ten produkt chyba nałożę w sylwestrową noc! Przepraszam, gdzie realizuje się listy do Św. Mikołaja?  1. // 2. W tym grudniu zupełnie nie czułam się jak biznes-woman. Sporo było chorowania, a kołdra na kanapie była stałym elementem wystroju salonu.   A więc, gdy przyszedł moment, że musiałam wyjść po ostatnie prezenty, papier toaletowy i kreta do zlewu (ciasto drożdżowe jak zwykle nie zawiodło mojej kanalizacji – zapchany zlew to już moja mała świąteczna tradycja), to czułam się, jakbym szła co najmniej na Piątą Aleję w NYC i miała robić świąteczne zakupy w Tiffany & Co. // Nie jestem królową "selfie" ale to zdjęcie zrobiłam jako przypominajkę dla samej siebie, że kończę ten rok bez wysypu nieproszonych gości na twarzy. Przez miesiące walczyłam z problemami skórnymi, które osiągnęły apogeum na początku lata. Nie wiem, czy to zmiana diety, czy kochane Panie z Baloli w Sopocie, ale cieszę się, że się udało. Ale nie osiadam na laurach i mam zamiar dalej poświęcać chociaż ciut więcej uwagi mojej skórze. Jeśli szukacie dogłębnego nawilżenia i odżywienia Waszej skóry, to  Aqua Resort od Say Hi  będzie idealny – nadaje się na dzień, na noc, a także pod oczy. Jest wegański i w 98% naturalny. W składnikach aktywnych znajdują się między innymi korzeń gromwell (działa jak przeciwzapalny plaster), ekstrakt z rambutanu (który pobudza komórki do naturalnej produkcji ceramidów i regeneruje barierę hydrolipidową), a ponadto oleje, alantoinę, glicerynę i masło shea. 

Mój kod MLE20 daje 20% zniżki i działa na wszystko w Say Hi (poza zestawami) do końca stycznia. Używałyście już kiedyś produktów tej marki?

Prezent numer 23, więc wjeżdża już pakowanie na cukierek. Śmieję się sama do siebie, bo nie jestem mistrzem pakowania prezentów, ale chyba tym razem mi się udało? A ten wiralowy zestaw kosmetyków Say Hi trafił pod choinkę dla kogoś, kto zawsze wierzy w moje pielęgnacyjne polecajki. Na zdjęciu poza kremem widzicie też Sunrise Serum, czyli ujędrniające i rozjaśniające serum z witaminą C. Zima to idealny moment na tego typu składniki w kosmetykach. Ledwo wygrzebałyśmy się z jednej choroby i już czekała na nas następna. Łączenie pracy, opieki nad dziećmi i grypy to zawsze wyższa szkoła jazdy. Ale w grudniu, gdy nigdzie się nie spieszymy, nabiera dodatkowego klimatu, prawda? :D

Grudniowy wieczór. Czekałyśmy na zapowiadany w prognozach śnieg, ale wystawił nas koncertowo.

Skoro śniegu brak, to chociaż za ozdoby się zabierzemy. Łańcuch z papieru to coś, co nie powinno mnie dziś przerosnąć (chyba). Mój grudniowy cel "więcej analogowych wspomnień w te Święta" został osiągnięty.  1. W grudniu słońce w Trójmieście pojawiało się przez trzy dni. Jednego dnia pojawiało się przez cztery godziny, a w kolejne dwa dni świeciło o godzinę krócej. Policz, ile godzin słońce świeciło w grudniu. // 2. Kartka świąteczna, której nigdy nie wyrzucę. // 3. Gdy mama stawia cały dom na głowie i wyciąga z piwnicy drabinę, to znak, że zbliżają się Święta. // 4. Te łańcuchy to najfajniejsza ozdoba w naszym domu. //   Dziś żyjemy w świecie, w którym większość rzeczy da się wyjaśnić, sprawdzić, zaktualizować i zweryfikować. I może właśnie dlatego tak trudno jest nam poczuć to, co dla poprzednich pokoleń było oczywiste: że Święta miały w sobie coś, czego nie dało się rozłożyć na czynniki pierwsze. Nie wszystko musiało się zgadzać. Nie wszystko trzeba było rozumieć. Nie wszystko dało się udowodnić.    

Więcej o algorytmach, które próbują ukraść magię Świąt, przeczytacie w tym wpisie. 

Balans w grudniu oznacza dla mnie, że czasem włożę perły i ubiorę się w coś innego niż legginsy, ale nijak nie znajdę czasu, aby ściągnąć pranie z kaloryferów przed przyjściem gości. Że uszka ulepię, ale barszcz kupię. Że będą pokoje, w których będzie porządek, i takie, w których go nie będzie. I że o trzydziestu ośmiu rzeczach będę pamiętać, ale pewnie o pięciu zapomnę. Gdy dział marketingu w MLE próbuje być na bieżąco z najnowszymi trendami w branży i w związku z tym zamawia taką włochatą paczkę z Gisou.  Ten moment, w którym mogę zacząć spokojnie pakować prezenty i nie uciekać co chwilę przed dziećmi, to moje ulubione dziewięć sekund w ciągu dnia. 1. Jemioła, czyli najtańsza terapia rodzinna na Święta :D. // 2. To tutaj lada dzień stanie choinka. Czekamy chociaż do 20 grudnia! //   Szesnaście lat temu Twoja kuzynka powie Ci, że nie da się zrobić pierożków z przepisu babci Ewy z mąki bezglutenowej. To ważne, żebyś jej wtedy uwierzyła
1. Czy ktoś jeszcze chodzi w tak wysokich szpilkach? I czy dla Magdy Butrym warto zrobić wyjątek? // 2. Zapomniane miejsca mają swój urok. Kto zgadnie, gdzie to jest? // 3. Ja krzyczę, żeby uważać na gałązki, on myśli, jak to potem odkurzy. // 4. Już prawie miałam usiąść i czytać, ale nie tak łatwo jest oszukać przeznaczenie. //Zaraz przyjdzie ten moment, w którym nie myślimy, o tym dokąd biegniemy, a dokąd wracamy. W te kilka dni przed Świętami chodzi o powroty do domu. O powrót z dalekiej podróży. O powrót po trudnym spotkaniu w pracy, które tak bardzo chciałam mieć już za sobą. O powrót do tych, którzy na nas czekają. O powroty z tych wszystkich miejsc, w których załatwiamy sprawy Św. Mikołaja, bo on wziął wolne tuż przed Świętami. O powroty z paczkomatów. Chodzi o te momenty, gdy możemy ściągnąć buty i pomyśleć już tylko o setce innych rzeczy do ogarnięcia…Ten jeden, najbardziej magiczny wieczór w roku, gdy wszystko zwalnia i staje się jakieś takie nostalgiczne. Uczucia, które przychodzą do mnie w Wigilię, trudno jest opisać. To chyba jacyś kuzyni tęsknoty i radości, ale też wiary w to, że dobro zwycięża. A kolejnego dnia rozpoczęliśmy maraton świętowania. Jednego jestem pewna – nie kończę tego roku z poczuciem świątecznego niedosytu. 1. Uwielbiam ten widok! (A bajka to nasi ukochani "Aryskotraci" Disneya). // 2. Ktoś się chyba uparł na tę markę ;).  
Jaś i Małgosia, edycja świąteczna. Nie mam prawie żadnych zdjęć kolejnych dni Świąt, które nie byłyby zbyt prywatne, aby je tu publikować, ale to absolutnie bezwstydne panettone pistacjowe samo się pchało do zdjęć.  Którym typem jesteście? Mówicie gościom, że czas już iść, czy przetrzymujecie ich tak długo, aż zaczyna ich szukać policja?
Sękacz z Gołdapii, mandarynki, krem brulee w pomarańczach, szarlotka mamy, tiramisu. Jakim cudem nic nie zostało na drugi dzień?Biegnę się schować z moją porcją! 1. Reset. // 2. W zeszłym roku trzymałam tę drewnianą pozytywkę przy łóżku do marca. // 3. "Im jest się mniejszym, tym Święta Bożego Narodzenia są większe." // 4. A jak wyglądają Wasze zakładki do książek w Święta? Czytam "Collette" Valerie Perrin, bo to kobieca literatura, ale nawet mojemu tacie się podobała, a to wymagający czytelnik. // Nawet technologiczny gigant, marka Apple, w swojej nowej kampanii świątecznej, postanowiła odejść od najprostszego dziś rozwiązania i użyła w swojej kampanii ręcznie robionych pacynek. Czy rok 2026 będzie stał pod znakiem wielkiego odrzucenia do cyfrowego świata? Czy wręcz przeciwnie? Myślę o tym patrząc za okno i zastanawiając się, jak wyciągnąć moje dzieci na zewnątrz w taką pogodę.

1. Po kilku dniach wspaniałego, acz intensywnego socjalizowania się, praca na laptopie zdaje się jakby przyjemniejsza, a kasowanie spamu wspaniale wycisza układ nerwowy. // 2. Kto po tych wszystkich pierogach, grzybach i smażonych karpiach nie tęsknił za rumiankiem? //

No naprawdę nawet do lekcji angielskiego wracam jakby z nową energią. Nie mam czasu chodzić na lekcje. Ba! Nie mam nawet czasu umawiać się na spotkania zdalne. Kurs platformy Akcent jest więc jedyną opcją pozwalającą mi mieć z nauką angielskiego jakąkolwiek styczność. Ten kurs różni się od popularnych aplikacji. Opiera się na autorskich materiałach tworzonych przez doświadczonych ekspertów w nauczaniu języków obcych. Nauka rozpoczyna się od precyzyjnego określenia poziomu językowego, tak aby kurs odpowiadał realnym kompetencjom i celom. Lekcje wideo oraz duża ilość odpowiednich ćwiczeń pozwalają uczyć się w dowolnym czasie i miejscu, bez utraty jakości i ciągłości procesu.

Dla osób, które chcą pracować jeszcze bardziej indywidualnie, dostępna jest opcja Premium z konsultacjami online z lektorem, w tym z autorką kursu. Uzupełnieniem są starannie przygotowane materiały do czytania, pisania i konwersacji, które wspierają realne użycie języka. Choć nauka odbywa się online, wsparcie pozostaje stałe i dostępne. Przez cały czas macie możliwość kontaktu z biurem szkoły – szybko, sprawnie i po ludzku. To nowoczesna edukacja cyfrowa, która nie traci osobistego wymiaru.  

Mam dla Was rabat 15% na wszystkie pozycje kursu. Hasło to MLEnglish, aktualne do 10 stycznia. Powodzenia!

No więc na Islandii wierzono w legendę, że ci, którzy nie zapracują sobie na nowe wełniane ubrania, mogą zostać pożarci przez czarnego kota-giganta. Ta legenda brzmi jak żart, ale w przeszłości przetrwanie surowych zim Islandii zależało od obróbki wełny. Nowe ubrania nie były luksusem, a dowodem na to, że ludzie pracowali i byli dobrze przygotowani na trudniejszy czas. Straszono więc żarłocznym kotem, aby zmotywować tych, którzy obijali się w czasie strzyżenia owiec i skręcania przędzy. 

Myślę, że dział marketingu MLE powinien podchwycić tę opowieść :D. A tak całkiem serio: coś mi podpowiada, że ten sweter żadnej promocji nie będzie potrzebował. 

Remanent w MLE zrobiony! Na stronie czeka więc na Was wiele produktów, które wróciły. No i ruszyłyśmy z wyprzedażami. Kilka moich ukochanych modeli jest jeszcze dostępnych. 

Jestem w domu. Jest ciepło. Są tu moi bliscy, którzy czekają aż w końcu skończę "pisać ten comiesięszny artykuł". Fajnie tak wchodzić w nowy rok. Ja wiem, że na większości z Was to może nie zrobić wrażenia, ale dziś w Sopocie spadł pierwszy śnieg w tym roku. Zdążył w ostatniej chwili! Odpoczywajcie, ile się da i widzimy się już w 2026 roku! Czy przyjmiecie ode mnie najserdeczniejsze życzenia noworoczne? :*

 

*  *  *