If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Moja codzienna pielęgnacja od stóp po głowę

    When I was preparing to write today's post, I entered the phrase "my everyday body care "into Google search engine, and I ended up with around ten million search results. I immediately came to the conclusion – women enjoy reading about cosmetic novelties and body care, and they would like to get comprehensive information on the topic. Seemingly, each of us has their own favourite products, but we are still searching for something new and checking whether our friend (or the favourite blogger) hasn’t found a new revelation just by pure accident. That's reasonable as cosmetic industry is rapidly developing and store shelves are being loaded down with cosmetics that surpass older products with their effectiveness. And the other way round – sometimes a cream that is advertised as the latest hot trend is, in fact, studded with chemical substances of the worst sort. Therefore, today I've created a list of all products that I use on a daily basis. Choose on your own what you need at a given moment. You are running out of a hair conditioner? Face cream? Body scrub? And maybe you're seeking a little more variety in your body care?

* * *

   Gdy przygotowując się do napisania dzisiejszego artykułu, wpisałam w wyszukiwarce google hasło „moja codzienna pielęgnacja”, wyskoczyło mi blisko dziesięć milionów wyników. Wniosek od razu nasunął się sam – kobiety lubią czytać o nowinkach kosmetycznych oraz pielęgnacji i chciałyby otrzymywać kompleksowe informacje na ten temat. Niby każda z nas ma swoje ulubione produkty, ale wciąż poszukujemy czegoś nowego i sprawdzamy, czy koleżanka (albo ulubiona blogerka) nie znalazła przypadkiem jakiejś nowej gwiazdy. Słusznie, bo przemysł kosmetyczny szybko ewoluuje i na sklepowych półkach można znaleźć kosmetyki, które swoją skutecznością przewyższają te sprzed kilku lat. I na odwrót – czasem krem, reklamowany jako największy hit, jest w gruncie rzeczy naszpikowanym chemią bublem. Dzisiaj podsuwam więc Wam listę wszystkich produktów, które używam na co dzień. Same wybierzcie to, czego akurat potrzebujecie. Kończy Wam się odżywka do włosów? Krem do twarzy? Peeling? A może poszukujecie czegoś, co wprowadzi trochę urozmaicenia do Waszej pielęgnacji?

Hair care:

Cleansing:

I'll start with what I've changed in this respect. First and foremost, after washing my hair with a shampoo, I dry it with a towel before I apply hair conditioner. It was a recommendation from my hairdresser – he told me that the compositions of hair masks and conditioners are mostly based on water and when our hair is very wet, there's no possibility for the cosmetic to work properly and moisturise it. There's something in it as my hair has revived since I started following his advice. Of course, I've got a carefully selected set of cosmetics. My favourite shampoo is Micellar Bath by Aura Botanica. It is intended for all types of hair and has as much as 96% of natural ingredients. Be prepared that your hair will be slightly stiff and rough after the washing. It's a good sign as it returns to its natural structure. It isn't a moisturising shampoo; therefore, after applying the cosmetic, you need to also apply a hair mask or a conditioner. However, if I want to attain quick moisturisation and I want my hair to look shiny after the washing, I use Schwarzkopf Oil Ultime for thin hair (silicone- and paraben-free). It was recommended to me by a hairdresser – you can only buy it at the salon. If you come across it by any chance, don't hesitate to go for it. Its price is relatively low, considering that it's a professional product, and the effects are visible right away.

Moisturisation:

In my previous posts, I most often mentioned the René Furterer Karité hair mask. I still think that hair weakened by coloration or other hair treatments will regain its resilience and vitality after a period of regular application of this product. This cosmetic ranks high among the products that I use. When it comes to novelties – I received Gisou cosmetics as a birthday gift. The brand's originator is a Dutch blogger, Negin Mirsalehi, whose hair could be used in all shampoo advertisements. I need to admit that I hadn't expected any "wow" effect after the application of these cosmetics. Negin often mentions honey as the most basic ingredient. I had a few other products that were also based on honey and they always failed to impress me. Therefore, I had quite a sceptic approach, and it turned out that the hair mask is really worth recommending. It has a delicate, fresh fragrance; it's super thick and very efficient, as you need only a little bit to cover all your hair ends.

Oil:

My birthday gift also included Gisou's flagship product – hair oil. It's nice, it doesn't burden the hair nor stick it, it really makes it look more shiny and loose. Unfortunately, it comes at an exorbitant price and the effect is the same as after the application of MoroccanOil or even hair oil from Rossmann for eight zlotys. It seems to me, that the product isn’t worth overpaying. Unless you would like to get a product in nice packaging. When it comes to packaging, Gisou stands out among other brands. If you are searching for a nice gift for your friend, these cosmetics will be ideal.

* * *

Pielęgnacja włosów:

Oczyszczanie:
Zacznę od tego co zmieniłam w temacie pielęgnacji. Przede wszystkim po umyciu głowy szamponem, jeszcze nim nałożę odżywkę, wycieram włosy ręcznikiem. Ten sposób polecił mi fryzjer – powiedział, że w skład masek czy odzywek wchodzi głównie woda i jeśli włosy są bardzo mokre nie ma możliwości, aby kosmetyk zadziałał i je nawilżył. Coś w tym musi być, bo od kiedy stosuję się do jego porady, moje włosy trochę odżyły. Oczywiście mam też starannie dobrane kosmetyki. Mój ulubiony szampon to Kąpiel Micelarna Aura Botanica. Przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów i ma aż 96% składników naturalnego pochodzenia. Przygotujcie się, że po umyciu głowy włosy będą sztywne i trochę szorstkie. To dobry znak, bo mają wtedy swoją naturalną strukturę. To nie jest szampon nawilżający, dlatego po jego użyciu koniecznie trzeba choć na chwilę nałożyć maskę lub odżywkę. Natomiast jeśli nastawiam się na szybkie nawilżanie i chcę by włosy lśniły po samym umyciu, to używam szamponu Schwarzkopf Oil Ultime do włosów cienkich (bez sylikonów i parabenów). Kosmetyk polecił mi fryzjer – można go kupić jedynie w salonach fryzjerskich. Jeśli kiedyś na niego traficie, bierzcie w ciemno. Jego cena jest dość niska, jak na kosmetyk dla profesjonalistów, a efekty widoczne są od razu.

Nawilżanie:
W poprzednich wpisach najczęściej pisałam o masce René Furterer Karité. Wciąż  uważam, że osłabione koloryzacją lub innymi zabiegami włosy, przy jej regularnym stosowaniu, odzyskują sprężystość i witalność. Ten produkt bez zmian zajmuje wysokie miejsce na mojej liście. A z nowości – z okazji urodzin dostałam kosmetyki marki Gisou. Jej założycielką jest holenderska blogerka Negin Mirsalehi, której włosy mogłyby występować w każdej reklamie szamponów. Przyznam, że nie oczekiwałam po tych kosmetykach żadnej rewelacji. Negin często wspomina o miodzie jako bazowym składniku. Miałam już kilka innych produktów, które również zawierały miód i nigdy nie wywarły na mnie większego wrażenia. Nastawiłam się więc negatywnie, a niesłusznie, bo maska jest naprawdę godna polecenia. Ma delikatny, świeży zapach, jest super gęsta, i bardzo wydajna, bo dosłownie odrobina wystarczy, aby pokryć moje całe końce włosów.

Olejek:
W moim prezencie urodzinowym znalazł się również sztandarowy produkt marki Gisou – olejek do włosów. Jest fajny, nie obciąża włosów, nie skleja ich i faktycznie sprawia, że są bardziej lśniące i sypkie. Niestety ma kosmiczną cenę, a efekt jest właściwie taki sam jak po użyciu MoroccanOil, czy nawet wersji olejku z Rossmanna za osiem złotych. Wydaje mi się, że w tym wypadku nie warto przepłacać. Chyba, że zależy Wam na pięknym opakowaniu. Pod tym względem Gisou znacznie się wyróżnia na tle innych marek. Jeśli poszukujecie ładnego prezentu dla koleżanki to te kosmetyki będą idealne.

Kosmetyki Cremorlab możecie kupić w dwóch miejscach – przez stronę AuraShop.pl oraz Douglas.pl. W obydwu sklepach obowiązuje 10% zniżki z hasłem „MLE10”. Udanych zakupów.

Face care:

Makeup removal:

For makeup removal, I use a gel-texture oil – it's delicate, has a fresh citrus fragrance, and is ideal for everyday face care (T.E.N Cremor Refreshing Cleansing Gel Oil). You can apply it on a cotton pad and then remove your makeup. I, however, most often use a small amount of this product and thoroughly cleanse my face with my palms. Then, I rinse everything with water. It is intended for all skin types. You'll easily remove stronger makeup with a gel foam with delicate grains containing three species of sea plants (O2 Couture Marine Algae Cleanser). The gel is green as it contains spirulina and plankton responsible for skin cleansing. The fragrance is delicate and pleasant.

Exfoliation:

At least once a week, I do a face scrub. I try to approach the topic meticulously as I've been rarely visiting beauty salons lately. For this purpose, I use a bubble mask which combines a face scrub with deep cleansing (Cremorlab O2 Couture Oxygenic Peeling Mask). At the beginning, it has a gel texture, but later it turns into foam. It isn't a regular face scrub where you distinctly feel the grains – where cleansing is based on friction. This product has a three-stage complex – AHA, PHA, and BHA – which dissolves sebum on the skin surface and removes dead skin cells. The face mask leaves your skin cleansed, soth, and smooth without any redness.

Moisturisation:

My complexion has a tendency to dry spots. After cleansing, I often feel that it's tight. A face cream isn't enough to feel relief. Therefore, I really like using additional moisturisation before applying a face cream. On numerous occasions, I've heard that it's worth buying whole product lines. Not everyone knows that some substances shouldn't be combined as we can neutralise the effect of the applied products. The worse case scenario is a severe skin irritation. By purchasing whole cosmetic lines, you'll be certain to invest in cosmetics that will be mutually complementing one another. I use cosmetics by Cremorlab as it offers a wide range of products that are based on T.E.N. thermal water. (this water contains more than 10 rare minerals, including: calcium, magnesium, potassium, copper, sodium, zinc, and strong antioxidants in the form of elements such as selenium, vanadium, and germanium.)

When it comes to moisturisation, before applying the face cream, I use a brightening essence (Cremorlab Mineral Treatment Essence). Its main ingredients are T. E. N. thermal water, vitamin B3, and adenosine. It also contains extracts from camomile, red tea, lily, cornflower flower, white peony root, and persimmon leaves. The essence has a soothing effect on the skin. It makes it brighter and it quickly removes the feeling of tightness. It isn't a replacement for a cream, but it's an ideal base to be applied before it.

After the essence, I apply the revitalising cream (it's called Hydro Plus Snow Falls Melting Cream). It is intended for dry and sensitive skin. You'll quickly feel that it increases skin elasticity and adds some smoothness, while brightening discolouration at the same time.

Secret weapon:

It's nothing different than a sheet mask. There are three types of them in Cremorlab – soothing, brightening, moisturising, and decreasing pores. The first is my favourite sheet mask. It contains camomile extract so it easily gets rid of redness, irritation, and nourishes the skin. You keep it on your face for 20 minutes. After that time, you don't have to wash your skin, you can just massage the rest of the product into it.

* * *

Pielęgnacja twarzy:

Demakijaż:
Do demakijażu używam olejku o żelowej konsystencji – jest delikatny, ma bardzo świeży zapach cytrusów i idealnie nadaje się do codziennej pielęgnacji (T.E.N Cremor Refreshing Cleansing Gel Oil). Można nałożyć go na płatek i wtedy zmyć makijaż. Ja jednak najczęściej niewielką ilość preparatu nakładam na ręce, dokładnie myję twarz i spłukuję wodą. Jest przeznaczony do wszystkich rodzajów cery. Mocniejszy makijaż lepiej usunie żelowa pianka z delikatnymi kuleczkami, w której skład wchodzą trzydzieści trzy gatunki roślin morskich (O2 Couture Marine Algae Cleanser). Żel jest zielony, ponieważ zawiera spirulinę oraz plankton odpowiedzialny za oczyszczanie skóry. Zapach jest delikatny i przyjemny.

Złuszczanie:
Przynajmniej raz w tygodniu wykonuję peeling. Staram się skrupulatnie podchodzić do tematu, bo ostatnio rzadko odwiedzam kosmetyczkę. Używam do tego maski bąbelkowej, która łączy peeling i głębokie oczyszczanie (Cremorlab O2 Couture Oxygenic Peeling Mask). Na początku konsystencja jest żelowa, później zmienia się w delikatną piankę. Nie jest to typowy peeling, gdzie wyraźnie wyczuwa się ziarna – oczyszczanie polega na tarciu. Ten produkt posiada trzy etapowy kompleks składników – AHA, PHA i BHA, które rozpuszczają sebum na powierzchni skóry i usuwają martwy naskórek. Maska pozostawia skórę oczyszczoną, miękką, gładką i bez żadnych zaczerwienień.

Nawilżanie:
Moja cera ma skłonności to wysuszania się. Po umyciu twarzy często mam wrażenie ściągnięcia. Sam krem nie wystarczy, aby poczuć ulgę. Dlatego bardzo chwalę sobie stosowanie dodatkowego nawilżania jeszcze przed nałożeniem kremu. Wiele razy słyszałam, że warto kupować produkty do pielęgnacji w całych seriach. Nie każdy wie, że niektórych substancji nie należy łączyć, gdyż w najlepszym wypadku zupełnie zneutralizujemy działanie kosmetyków, a w najgorszym – dojdzie do ostrego podrażnienia skóry. Dlatego kupując całe serie mamy pewność, że w kosmetykach znalazły się składniki, które wzajemnie się uzupełniają potęgując efekt pielęgnacji. Ja używam kosmetyków marki Cremorlab, bo ma w ofercie szeroką gamę produktów, które bazują na wodzie termalnej T.E.N. (ta woda zawiera ponad 10 rzadkich minerałów, między innymi: wapń, magnez, potas, miedź, sód, cynk oraz silne przeciwutleniacze w postaci pierwiastków – selenu, wanadu i germanu).  
Jeśli chodzi o nawilżanie to przed nałożeniem kremu oblewam twarz esencją intensywnie rozjaśniającą (Cremorlab Mineral Treatment Essence). Jej głównym składnikiem jest woda termalna T.E.N., witamina B3 i adenozyna. Zawiera również ekstrakty z rumianku, czerwonej herbaty, lilii, kwiatów chabra bławatka, korzenia piwonii białej i liści hurmy wschodniej. Esencja wpływa na skórę kojąco, silnie ją rozjaśnia, nawilża i szybko usuwa uczucie ściągnięcia. Nie zastępuje kremu, ale jest idealną bazą pod niego.
Po esencji nakładam na twarz krem rewitalizujący (jego nazwa to Hydro Plus Snow Falls Melting Cream). Jest on przeznaczony do skóry suchej i wrażliwej. Szybko poczujecie, że zwiększa elastyczność skóry, nadaje jej gładkości i rozjaśnia przebarwienia.

Tajna broń:  
To nic innego jak maski w płacie. W Cremorlab mają ich cztery rodzaje – łagodząca, rozświetlająca, nawilżająca i zmniejszająca pory. Moja ulubiona to ta pierwsza. Zawiera ekstrakt z rumianku, więc szybko niweluje zaczerwienienia, podrażnienia i odżywia skórę. Maseczkę trzymamy na twarzy do 20 minut. Po tym czasie nie trzeba myć buzi,  wystarczy resztę preparatu dokładnie w nią wmasować.

Pewnie część z Was wyłapie, że moje rzeczy znów pochodzą ze sklepu Hibou. Polubiłam te markę już dawno temu i teraz ciężko mi znaleźć coś innego w równie dobrej cenie i jakości. Ciekawych ich kolekcji odsyłam do dwóch sklepów internetowych hibouessentials.pl oraz hibousleepwear.pl. Teraz również można obejrzeć rzeczy na żywo w ich warszawskim sklepie stacjonarnym.  

Body care:

Exfoliation:

I love body scrubs from & Other Stories, even though their compositions isn't that great. For me, they are excellent for one reason – texture. At the beginning of applying, it's a genuine scrub with pretty distinct grains, but after some massaging, it turns into a cream. I use it even for shaving. It doesn't leave any film and is great for moisturisation. The choice of fragrances is wide – rose fragrance is my favourite. The cosmetic is very efficient and one jar will be enough for up to a dozen or so baths.

Moisturisation:

I came across my favourite body balm after having read an article on Vouge.pl. The publication concerned various Polish cosmetic brands. I wasn't familiar with most of them so I decided to do some testing. That's how I discovered plum body pomade by Ministerstwo Dobrego Mydła and body balm by Hagi with mango butter and chia oil. A great advantage is its extremely pleasant, exotic, and natraul fragrance.

Feet and hands:

Manicure:

Since I got rid of artificial manicure seven year ago and was able to restore my nails to a normal appearance, I’ve rarely used nail polishes. For a few years, I was doing really strange things to my nails – from extreme lengths to crazy patterns. Now, I go for a natural appearance, I mostly try to maintain my cuticles and nail plate in good condition. In fact, I've got only one favourite cosmetic.  Until quite recently, my nails have been really bristle. Everything has changed after a regular application of Eveline nail conditioner. You can get it in Rossmann for less than thirteen zlotys. I don't know how it works but the package isn't lying – you'll see results already after the first week of use. I love it for how much and how quickly it makes my nails stronger.

Pedicure:

For pedicure, I visit a beauty salon. My favourite is Balola in Sopot. I always choose acid treatments as they ensure a really smooth skin. Here, you'll read a detailed description of the treatment.

* * *

Pielęgnacja ciała:

Złuszczanie:
Uwielbiam peelingi z & Other Stories, chociaż ich skład nie jest powalający. Dla mnie są  bezkonkurencyjne z jednego względu – konsystencji. Na początku nakładania jest to prawdziwy peeling z mocno wyczuwalnymi drobinkami, ale pod wpływem masowania zmienia się w krem. Używam go nawet do golenia. Nie zostawia na skórze żadnej powłoki i doskonale nawilża. Wybór zapachów jest szeroki – ja najbardziej lubię różany. Kosmetyk jest bardzo wydajny i jeden słoiczek wystarcza na przynajmniej piętnaście kąpieli.
 
Nawilżanie:
Na mój ulubiony balsam do ciała trafiłam po przeczytaniu artykułu na Vouge.pl. Publikacja dotyczyła różnych polskich marek kosmetycznych. Większości z nich nie znałam, więc postanowiłam kilka przetestować. Tak odkryłam pomadę śliwkową do ciała marki Ministerstwo Dobrego Mydła i balsam do ciała Hagi z masłem mango i olejem chia. Wielkim plusem jest jego  skład i niezwykle przyjemny, egzotyczny i naturalny zapach.

Stopy i dłonie:

Manicure:
Od kiedy siedem lat temu zdjęłam sztuczne paznokcie (tzw. „żele”) i doprowadziłam je do normalnego wyglądu, rzadko sięgam nawet po lakier. Przez kilka lat wyczyniałam z nimi przeróżne dziwactwa – od ekstremalnych długości po fikuśne mozaiki. Teraz stawiam na naturalny wygląd, przede wszystkim pilnuje skórek i dbam o płytkę. Mam właściwie tylko jeden ulubiony kosmetyk.  
Jeszcze do niedawna moje paznokcie były ekstremalnie łamliwe. Wszystko się zmieniło po regularnym używaniu odżywki Eveline. Można ją kupić w Rossmannie za niecałe trzynaście złotych. Nie wiem, jak to działa, ale opis z pudełka mówi prawdę – przekonacie się już po pierwszym tygodniu. Uwielbiam ją za to, że bardzo mocno i szybko utwardza paznokcie.

Pedicure:
Pedicure robię u kosmetyczki. Mój ulubiony salon to Balola w Sopocie. Zawsze korzystam z opcji nakładania kwasów na stopy, bo tylko po nim są naprawdę gładkie. Tutaj przeczytacie dokładny opis zabiegu.

Inner care:

Hydration:

You probably know the saying that "the true beauty is on the inside not on the outside". It's common knowledge that a balanced diet and natural food products are important. If you were woken up in the middle of the night, you'd be surely able to enumerate all of the rules of a healthy diet. However, I'll be repeating it like a mantra that hydration has influence on our appearance.I know, I know – this topic isn't anything new, but despite that, we still drink too little water during the day. Reportedly, if our parents didn't instil the habit of regular water drinking in us in our childhood, it will be difficult for us to change it in our adulthood. I'm among this particular group, but I'm trying to fight my forgetfulness.  During the day, before I sit on the sofa or in front of my work desk, I take a glass of water with me. Whereas, in the evening before I go to bed, I always place a large mug of water on the bedside table. Before falling asleep, I drink half of it and then the rest of it in the early morning. Regular hydration will be easier if you have easy access to fresh water at home. For quite some time, I've been using a filtering pot and now I don't have to bring heavy bottles home – water is always at hand.

Vitamins:

Another area of interest is supplementing the organism with an appropriate amount of vitamins and minerals. Of course, the best way is to eat plenty of vegetables and fruit, but let's not deceive ourselves, the winter season is coming, and there will be only oranges, tangerines, and grapefruits in the stores. Maybe I'm exaggerating a bit, but I don't trust strawberries the size of a plum which have no fragrance. Therefore, just as I wrote in my last post, I use nutricosmetics – blends of various ingredients in a very condensed form. If on a given day, I'm not drinking a cocktail or eating a porridge that I enrich with some powder, I take capsules. The ones that you can see in the photos come from Natural Mojo. Their composition is based on aloe extract, dioscorea extract, and Acai berries extract. Two capsules ensure the daily nutritional requirement for vitamins B1, B2, B6, B12, and vitamins C and E. Now, by using the code "MLE30", you'll get a 30% discount on all non-discounted products.

I'm attached to some cosmetics and brands, whereas some brands don't enjoy my trust – I am still searching subsequent novelties and watch how my skin reacts to them. Technologists are still trying to surpass one another in creating increasingly better compositions – that's why it's worth staying open-minded to all innovations. I'll be eager to read about your body and face care – are you opting for any products that I have forgotten to include in my routine? And maybe you've got some products to recommend? You should definitely share them in your comments.

* * *

Od środka:

Nawadnianie:
Pewnie znacie już powiedzenie, że „prawdziwe piękno pochodzi od wewnątrz”. Wiecie, jak ważna jest zbilansowana dieta, produkty naturalnego pochodzenia i nawet obudzone w środku nocy wyliczycie zasady zdrowego odżywania. Będę jednak jak mantrę powtarzać o wpływie nawadniania na nasz wygląd.
Wiem, wiem – ten temat też nie jest Wam obcy, ale mimo to, nadal pijemy za mało wody w ciągu dnia. Podobno, jeśli od dziecka nie zostaliśmy przyzwyczajeni do jej regularnego picia, to w późniejszych latach ciężko jest to zmienić. Zdecydowanie zaliczam się do tego grona, ale staram się walczyć z moim zapominalstwem.  W ciągu dnia, zanim usiądę w domu na kanapie lub przed biurkiem, zabieram ze sobą szklankę wody. Natomiast wieczorem przed spaniem kładę na nocnej półce wielki kubek wody. Przed samym zaśnięciem wypijam połowę, a resztę z samego rana. O regularne nawadnianie jest dużo łatwiej jeśli w domu ma się stały dostęp do pitnej wody. Od jakiegoś czasu mam dzbanek z filtrem i w końcu nie muszę dźwigać ciężkich butelek do domu, a co za tym idzie – woda nigdy się nie kończy.

Witaminy:
Drugim zagadnieniem będzie dostarczanie do organizmu odpowiedniej ilości witamin i minerałów. Jasne, że najlepszą metodą jest jedzenie warzyw i owoców, ale nie oszukujmy się, zaraz przyjdzie zima i w sklepach będą jedynie pomarańcze, mandarynki i grapefruity. Może przesadzam, ale nie ufam truskawkom wielkości śliwki, które nie mają żadnego zapachu. Dlatego, tak jak pisałam w ostatnim artykule, stosuję na co dzień „nutrikosmetyki”, czyli mieszanki różnych składników w mocno skondensowanej formie. Jeśli w danym dniu nie robię koktajlu lub owsianki, do której dosypuję proszek, sięgam po kapsułki. Widoczne na zdjęciu pochodzą ze sklepu Natural Mojo, w ich skład wchodzi między innymi ekstrakt z aloesu, pochrzyn i ekstrakt z jagód Acai. Dwie kapsułki zapewniają też dzienne zapotrzebowanie na witaminę B1, B2, B6, B12 oraz witaminę C i E. Teraz z kodem „MLE30” uzyskacie 30% zniżki na cały nieprzeceniony asortyment.

Do niektórych kosmetyków i marek jestem przywiązana, do innych wręcz przeciwnie – wciąż poszukuję kolejnych nowości i z uwagą patrzę jak reaguje na nie moja skóra. Technolodzy wciąż prześcigają się w coraz to lepszych składach – warto więc nie zamykać się na odkrycia. Z przyjemnością poczytam o Waszej pielęgnacji – robicie coś o czym ja zapomniałam? A może macie własne produkty do polecenia? Koniecznie napiszcie o nich w komentarzach.

 

Powróciła pora na zupy, czyli krem z cukinii z dodatkiem pesto z pietruszki

We're slowly returning back to the a normal rhythm of life – I mean eating home-made dinners together. Everyone always asks me – do you really cook on a daily basis? I admire your enthusiasm! Yes, that's true, it's an activity that rarely gets boring for me. And even when I've got a short moment of crisis, life quickly verifies it. It's enough when I hear exclamations like – Mum, I'm hungry, I've had to eat THAT chop in the kindergarten again! In such situations, a soup is ideal.

*   *   *

Powoli wracamy do stałego rytmu życia – mam na myśli również i wspólne domowe obiady. Wszyscy zawsze się mnie pytają – czy ty tak naprawdę, codziennie gotujesz? Podziwiam, że Ci się chce! Tak, rzeczywiście to jest czynność, która najrzadziej mi się nudzi. A nawet, gdy chwilowo są słabsze chęci, to życie szybko weryfikuje. Wystarczą pytania typu – Mamo jestem głodna, w zerówce znowu był TEN kotlet! W takich sytuacjach zupa sprawdza się doskonale.

Ingredients:

(recipe for 3-4 portions)

3-4 tablespoons of olive oil

1 large onion

2 fresh sprigs of thyme

1.5 litres of water + 1 bunch of soup vegetables + a few allspice corns – 3 bay leaves + 1/2 turkey or a turkey neck (I also use an eco chicken broth cube)

2 large courgettes

1/2 glass of white wineparsley

pesto:

1 bunch of parsley

2 cloves of garlic

approx. 2-3 tablespoons of olive oil

a pinch of salt and freshly ground pepper

served with: gorgonzola-type cheese, olive oil

* * *

Skład:

(przepis na 3-4 osoby)

3-4 łyżki oliwy z oliwek

1 duża cebula

2 świeże gałązki tymianku

1,5 l wody + 1 pęczek włoszczyzny + kilka ziarenek ziela angielskiego + 3 liście laurowe + 1/2 indyka lub szyja z indyka (korzystam również z ekologicznej kostki rosołowej)

2 duże cukinie

1/2 szklanki białego wina

pesto pietruszkowe:

1 pęczek pietruszki

2 ząbki czosnku

ok. 2-3 łyżki oliwy

szczypta soli i świeżo zmielonego pieprzu

do podania: ser typu gorgonzola, oliwa z oliwek

Directions:

  1. In a hot pan, fry onion, thyme, and sliced courgette with olive oil. Decrease the heat and leave it covered on low heat for 12-15 minutes. Place everything in a pot, pour the bullion over it (the remaining vegetables can be used to prepare a salad), add white wine, and cook for a few minutes. When the soup cools down, blend it until smooth. Serve with a spoonful of parsley pesto and pieces of gorgonzola-type cheese.
  2. To prepare parsley pesto: separate the leaves from the stalks and place them in a blender, add garlic, olive oil, salt, and pepper. Blend everything until smooth.

Note: It sometimes happens that you buy a bitter courgette. I recommend cutting a slice and tasting before starting the work.

* * *

A oto jak to zrobić:

  1. Na rozgrzanej patelni z oliwą podsmażamy cebulę, tymianek i pokrojoną w plastry cukinię. Zmniejszamy ogień i dusimy pod przykryciem przez 12-15 minut. Całość przekładamy do garnka, zalewamy bulionem (w pozostałych warzyw i mięsa można zrobić sałatkę) dodajemy białe wino i gotujemy przez kilka minut. Gdy zupa ostygnie, miksujemy na jednolitą konsystencję. Podajemy z łyżką pietruszkowego pesto i kawałkami sera typu gorgonzola.
  2. Aby zrobić pietruszkowe pesto: liście pietruszki obieramy z łodygi i przekładamy do kielichowego blendera, dodajemy czosnek, oliwę, sól i i pieprz. Całość miksujemy na miazgę.

Komentarz: Wśród cukinii zdarza się, że trafi się gorzka sztuka. Polecam najpierw odkroić plasterek i spróbować.

Look of The Day – old grey

leather black shoes / czarne skórzane buty – Bronx on eobuwie.pl

sweater with cashmere / sweter z kaszmirem i wełną merynosową – MLE Collection

grey skirt / szara spódnica – Zara (stara kolekcja)

suede bag / zamszowa torebka -Gucci

   Many of you have been asking whether I've already chosen my favourite trend for autumn and winter. Well…in the last few weeks, my thoughts were focused on a number of topics, but none of them was connected with fashion. When I was finally able to catch a breath, I opted for books instead of magazines. And today I feel like I've got a little backlog – I promise that I'll catch up on everything, but for now, I'm taking safe grey colours out of my wardrobe.

* * *

   Wiele z Was pyta mnie o to, czy wybrałam już swój ulubiony trend na jesień i zimę. No cóż… w ostatnich tygodniach moje myśli koncentrowały się wokół wielu tematów, ale żaden z nich nie był związany z modą. Gdy w końcu trafiała mi się chwila spokoju, to zamiast po magazyny sięgałam po książki. I dziś czuję się trochę w niedoczasie – obiecuję, że nadrobię te zaległości, ale póki co wyciągam z szafy bezpieczne szarości. 

Z psem przez Europę

   When Portos appeared in our life, we knew that it would bring about some commotion. Even though it wasn't easy at times, we were trying to take him everywhere it was possible – to family dinners, walks with friends, trips out of town, to cafes or to work (Portos is, in fact, my right hand). Each time we went to the beach, we chose a specially designated area for dogs. It didn't matter that when we came out of water, our towels were usually occupied (for example, by two Rottweilers). What’s important is the fact that we were able to have a life with Portos that we had dreamt about, and he seems to be happy owing to that.

   We decided to go on our first long journey at the beginning of this year – we were convinced that a ski trip would be a perfect occasion for Portos to cross the Polish border and see other parts of the world. For more trivial reasons – our whole family was travelling with us so we couldn’t leave him with anyone. The trip was almost ideal (with a small exception that I will mention later), so we had no doubt that we would take Portos on our next longer holidays.

   When it turned out that we would have to visit a town in Provence, we assumed that it's an ideal pretext to organise a longer trip. We started the planning from choosing places of accommodation. We chose Rothenburg ob der Tauber in Germany, Zermatt in Switzerland (or rather the summit of the Gornergrat), Saint-Remy and Nice in France, and Venice. We wanted our last accommodation to be somewhere in Poland. We mostly took into consideration the distances between the cities – the longest journey was the first stage, but we could easily cover it during one day, even including numerous stopovers for walks and a bowl of water for Portos.

   I've known Rothenburg since childhood and if you are searching for a scenic Bavarian town on your way to Italy or France it will be a perfect match. We stayed at Romantik Hotel Markusturm that has been managed by one family from the very beginning. We stayed overnight and hit the road on the following day. We were able to take a walk around the city with Portos, but we also took an additional stopover before the highway on a wild clearing so that he could get a run. After a few hours' ride, we reached Furka Pass in the Swiss Alps. We wanted to catch up on some kilometres so we chose travelling by train. It took us and our car (!) to the other edge of the pass. In Täsch, we left our car and took the famous glass train that took us to Zermatt. Portos was really behaving nicely while on the train. Of course, he was slightly more effervescent and was trying to look behind the window, but after a few minutes he placed his head near my legs and soon after that started to close his eyes. After half of the trip (which took half an hour) he was well asleep.

   Going back to the topic that I mentioned at the beginning of the post – during our trip there was a moment when we didn't really know what to do with Portos. We wanted to visit the famous mountain town of Cortina d'Ampezzo (Winter Olympics of 1956) and, of course, we took our pet companion along. Unfortunately, Portos started to be really impatient – he was pulling the leash, barking on all encountered dogs, and becoming ballistic each time he saw people with curly hair (yes, we were astonished by this fact as well). Keeping him short didn't help as well. After an hour, we decided to return to our apartment as sauntering with Portos wasn't pleasant in the least – neither for him nor for us. When we reached Zermatt, we knew that we have more than an hour left to the next train, and the town was dangerously reminiscent of Cortina. However, this time we were better prepared. For the last half a year we have been training walking on a leash (it is real hard work) and we were equipped with a multitude of snacks. Whenever we spotted another dog (or, God forbid, someone with an afro), we quickly took out a snack and distracted Portos. However, most of the time we were trying to talk to him in a calm voice and hide the fact that we were nervous about the whole trip ourselves. Fortunately, this time it was a piece of cake. At 6 o'clock sharp, we went on a mountain train that took us to the altitude of 3100 metres above sea level.

   A few words about the hotel on the summit of the Gornergrat as many of you were asking about it in the comments. You can reach the hotel only by train and no one will tell you about this fact when you’ll be booking your stay. Therefore, bear in mind that you should take into consideration the train tickets when calculating the price of your stay (for two people and Portos it was around PLN 1000 for a two-way ride so that's quite a lot). The advantages are that we get full catering and it's of top quality. The stay while being surrounded by stunning views and the trip to the summit of Gornergrat are a real adventure, but it would be even more pleasant if we knew about the additional expenses.

   On the following day, we got back to our car and hit the road again. We reached Provence on the early afternoon so we were able to run all the errands that took us to this town in the first place and to find some time for sightseeing around its vicinity. When it comes to the accommodation in this region of France, the choice is really wide – finding a scenic chateau is not a problem. On our first night, we slept in Chateau De Roussan. Afterwards, we moved to a real paradise on earth, which is Chateau Des Alpilles (that's right – we were already there in May). In both of these places, Portos felt really great and was amiably welcomed by the hosts.

   After two (or, in fact three) days in Provence, we headed for Cote d'Azur. Nice welcomed us with beautiful weather, and the staff of Negresco Hotel treated Portos like a king. During the check in, they patted him, and there were bowls and a special bed (which was unfortunately too small) waiting for him in the room. In the town itself, Portos also behaved well. He was even invited to a CHANEL boutique. The security worker spotted me waving to Portos through the store window, but our dog was keener on staying outside with his owner. In Western Europe, there're no restrictions concerning entering the stores with dogs. The only exceptions are patisseries and chocolate stores (I wonder why?).

   After Nice, the time has come to reach the finishing line of our trip – Venice. The attentive readers of the blog have probably noticed that I've been to this famous city on water not once and not twice. But it also happens that Portos has never been there! So he had to catch up with us. Having reached the parking (you can't drive into the city in a vehicle), we hailed a water taxi and that's how our shaggy friend travelled by a third type of transport means. In the beginning, we were slightly afraid that the boat driver (a boat that was really neat and well-maintained) wouldn’t be that happy about us taking a dog on board, but he was very surprised when we asked whether it wouldn't be a problem. As it later turned out, Venetians are really welcoming towards dogs. To such an extent that when we sat at the famous Florian cafe and ordered a breakfast, a waiter came after a moment with a flask of water and a bowl (probably it was supposed to show Portos that the water is fresh). And five minutes after that, he came back with a plate of cold cuts. We were even more surprised by that fact as we got only one slice on each of our sandwiches, and Portos got at least ten. While walking around the city streets, we felt as if we were walking with Brad Pitt instead of a dog. He stirred a commotion and often posed to photos. I think that he would like to stay longer in that city…

   During the whole trip, we didn't face any unfriendly comments, restrictions from hotel staff, waiters in restaurants, or even ticket inspectors on trains. Of course, we made sure that the hotels we had chosen allow animals, but still we were taken aback by the hospitality and the amiable approach of total strangers. The more so that we felt really bad that – when searching for a hotel in Poland on our way back – it turned out that no hotel on our route allows such a possibility. The difference was also visible on petrol stations – abroad all stations are open for animals. Unfortunately, in Poland, they weren't too welcoming. It was forbidden to enter with dogs at all of them (I wonder what happens when the weather is sweltering and the clients are travelling alone with their dogs – should they leave the dog in the trunk and count on the fact that the pet doesn’t choke?). I've been thinking for quite some time what's the reason behind it – I'm curious about your opinions on that.

   To finish off, I've got a couple of practical pieces of advice concerning travelling with a dog. From my story, it might seem that covering such a route with a pet is a piece of cake. Well that's right if you have socialised your dog enough before and allowed him to get used to driving. A well behaving dog will be a great companion – it depends only on us. Apart from a meticulous upbringing as a puppy, it's important to make sure that the dog is able to endure a two-hour drive. Also, you should take into consideration that the trip won't be as smooth as usual. You should give your dog water at least every three hours. It is also the maximum time that we can drive without taking a stop, remembering that each time we stop we should give our pet some time for a run. That's why you need to wisely choose petrol stations (in Germany, almost all of them are equipped in a special line of greenery) or take extra stopovers.

   When we reach the hotel, we cannot leave the dog in the room and leave. First, you need to unpack, then, take him for a walk, return to the room, and stay with him for a while. It's important to show the dog that you are returning to the place at which he was earlier and where the pet recognises the smell of your items. Understanding the command "stay" by the dog is also vital. After leaving the room, we should listen for a while what's going on the other side of the door. If the dog is squealing, we should return and take him for a walk, buy him something delicious and something on which he can chew for a long time, and try to leave him in the room again. I also recommend preparing a plan B (fortunately we didn't need to use it) which allows taking the dog with you.

What should we take if we are taking our dog on a long car trip?

1. Certification of rabies vaccination. In the EU, no one will check our dog at the customs, but this document is very useful in case of any unpleasant situations (which fortunately didn't happen to us). The certification is available at the vet's office where the dog received his vaccination.

2. Civil liability insurance. Generally, it's best to have such insurance as it will be useful, for example, when we cause damage to our neighbour owing to a leaking pipe, but dog owners shouldn't even hesitate to buy it. Of course, as every owner of a pet, I'm sure that my sweetest Portos would never harm a fly, but I also know that you can't foresee some situations. The insurance will also cover damage that the dog can cause in the hotel room.

3. A portable water bowl. We've got something in the form of a bowl/bottle. You can find it in each pet shop.

4. A dog bed or a favourite blanket – something that will smell like home. It will calm the dog in a hotel room and will become of use, especially if the staff doesn’t think about a dog bed.

5. Food. It's quite obvious, but it's good to think about how to transport it in advance. The container should be tightly sealed and easy to carry. Remember! During the first two days of the trip, give portions that are smaller by 1/4.

6. Snacks. Believe me that it's really important to have something that the dog loves at hand. It's best to buy something tiny that will help us to distract the pet and allow us to control his behaviour during a walk as well as something to chew that will calm him down when he stays alone in the hotel. It's also worth taking your dog's favourite toy.

7.  Muzzle. Of course, a muzzle that will allow the dog to breathe (that is to open his mouth). It didn't come in handy to us but it is always worth carrying a muzzle with you.

8. Bags. A lot of bags as the trip can make the animals really nervous influencing their basic needs. I usually choose bags that undergo recycling.

9. Seatbelts and a car mat. It is probably the most important thing without which you shouldn't embark on any longer trip. The dog should be protected with special seatbelts and sit on the rear seats and not in the trunk. We bought a special mat that protects the whole back of the car. I know that some people choose the so-called transporters. If you have any experiences with transporters, I'll be eager to read about them.

10. Sticky roller. Seemingly, it's a detail, but you will curse your pet's fur if you don't take it with you ;).

   Travelling with a dog is surely something different than a trip involving a group consisting only of homo sapiens. It requires some preparation and patience, and sometimes it may even seem cumbersome. However, sharing experiences with your best friend and looking at his happiness when he can accompany us in our subsequent adventures is a sufficient prize. We are sure that this small part of Europe is only the beginning.

* * *

   Gdy Portos pojawił się w naszym życiu wiedzieliśmy, że narobi trochę zamieszania. Chociaż czasem nie było to łatwe, staraliśmy się, aby towarzyszył nam wszędzie tam, gdzie to możliwe – zabieraliśmy go na rodzinne obiady, spacery ze znajomymi, wypady za miasto, do kawiarni czy do pracy (Portos to tak naprawdę moja prawa ręka). Gdy chodziliśmy na plażę, wybieraliśmy specjalnie wydzielony skrawek dla psów. To nic – że gdy wychodziliśmy z wody – nasze ręczniki były zwykle zajęte (na przykład przez dwa rottweilery). Portos wydaje się być szczęśliwy, najwyraźniej odpowiada mu nasz styl życia. Tak jak nam – jego. Wszystko jest tak, jak sobie wyobrażaliśmy.

   Na pierwszą daleką podróż zdecydowaliśmy się na początku tego roku – byliśmy przekonani, że wyjazd na narty to wymarzona okazja, aby Portos przekroczył granicę Polski i poznał trochę świata. Z bardziej prozaicznych powodów – cała rodzina jechała razem z nami, więc nie mieliśmy go z kim zostawić. Podróż minęła nam właściwie idealnie (z małym wyjątkiem, o którym piszę później), więc nie mieliśmy wątpliwości, że na kolejne dłuższe wakacje znów zabierzemy Portosa ze sobą.

   Kilka miesięcy temu dowiedzieliśmy się, że będziemy musieli odwiedzić pewne miasto w Prowansji. Uznaliśmy wtedy, że to świetny pretekst, aby zorganizować sobie dłuższy wyjazd. Planowanie rozpoczęliśmy od ustalenia miejsc, w których będziemy nocować. Padło na Rothenburg ob der Tauber w Niemczech, Zermatt w Szwajcarii (a właściwie szczyt góry Gornergrat), Saint-Remy i Niceę we Francji, a na koniec wybraliśmy Wenecję. Ostatni nocleg chcieliśmy znaleźć gdzieś w Polsce. Kierowaliśmy się przede wszystkim odległościami między miastami – najdłuższa trasa czekała nas na początku, ale bez problemu można ją było pokonać w ciągu jednego dnia, nawet zakładając liczne przystanki na spacery i pojenie Portosa.

   Rothenburg znam od dziecka i jeśli szukaliście kiedyś urokliwego bawarskiego miasteczka w drodze do Włoch czy Francji, to właśnie je znaleźliście. My zatrzymaliśmy się w hotelu Romantik Markusturm prowadzonym od zawsze przez jedną rodziną. Spędziliśmy tam wieczór i następnego dnia po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Udało nam się przejść z Portosem po miasteczku, ale po drodze, nim wjechaliśmy na autostradę, zatrzymaliśmy się jeszcze na dzikiej polanie, aby mógł się naprawdę wybiegać. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do przełęczy Furka w Alpach Szwajcarskich. Chcieliśmy nadrobić drogi dlatego wybraliśmy transport pociągiem, który zabrał nas i nasz samochód (!) na drugi koniec przełęczy. W Täsch porzuciliśmy samochód i wsiedliśmy w słynny przeszklony pociąg, który zawiózł nas do Zermatt. Portos zachowywał się w nim naprawdę przyzwoicie, oczywiście był trochę ożywiony i próbował wyglądać za okno, ale po kilku minutach położył głowę na moich kolanach, po paru sekundach zaczął przymykać oczy, a w połowie drogi (która trwała łącznie pół godziny) spał już w najlepsze.

   Wracając do wątku, który poruszyłam na początku artykułu – w trakcie naszego wyjazdu na narty był moment, w którym za bardzo nie wiedzieliśmy, jak poradzić sobie z Portosem. Chcieliśmy odwiedzić słynne górskie miasteczko Cortina d’Ampezzo (Zimowe Igrzyska Olimpijskie 1956) i oczywiście zabraliśmy ze sobą naszego czworonożnego towarzysza. Niestety, gdy tylko wyszliśmy na główny deptak, Portos zaczął się bardzo denerwować – ciągnął smycz na wszystkie strony, obszczekiwał napotkane psy i wpadał w furię, gdy widział ludzi w kręconych włosach (tak, też nas to zdziwiło). Nie pomogło nawet trzymanie na krótkiej smyczy. Po godzinie postanowiliśmy wrócić do naszego apartamentu, bo spacerowanie zamieniło się w udrękę dla niego i dla nas. Gdy dotarliśmy do Zermatt, wiedzieliśmy, że do następnego pociągu mamy ponad godzinę, a miasteczko w niebezpieczny sposób przypominało właśnie Cortinę. Tym razem byliśmy jednak lepiej przygotowani – przez ostatnie pół roku ostro trenowaliśmy chodzenie na smyczy (to naprawdę żmudna praca) i mieliśmy ze sobą mnóstwo przysmaków – gdy tylko na horyzoncie pojawiał się pies (albo nie daj Bóg ktoś z afro na głowie), szybko wyciągaliśmy smakołyk i odwracaliśmy jego uwagę. Przede wszystkim jednak cały czas staraliśmy się mówić do niego spokojnym głosem i nie dać po sobie poznać, że sami denerwujemy się podróżą. Tym razem poszło na szczęście jak po maśle. Punkt osiemnasta wsiedliśmy do górskiego pociągu, który wyniósł nas na zawrotną wysokość 3100 metrów.

   Kilka słów o hotelu na szczycie góry Gornergrat, bo wiele z Was pytało o niego w komentarzach. Do hotelu można dotrzeć wyłącznie pociągiem i nikt nie uprzedza nas o tym fakcie, gdy dokonujemy rezerwacji. Miejcie więc na uwadze, że do kosztu noclegu trzeba doliczyć bilety (dla dwóch osób i psa w dwie strony to koszt około 1000 złotych a więc naprawdę sporo). Plusy są takie, że w hotelu dostajemy pełne wyżywienie i jest ono na wysokim poziomie. Samo nocowanie wśród takich widoków i podróż na szczyt Gornergrat jest prawdziwą przygodą, ale na pewno byłoby milej, gdybyśmy wcześniej wiedzieli o nadprogramowych wydatkach.

   Następnego dnia wróciliśmy do naszego samochodu i znów ruszyliśmy w trasę. Do Prowansji dotarliśmy wczesnym popołudniem. Mogliśmy więc załatwić sprawy, które ściągnęły nas do tego miejsca i znaleźć jeszcze trochę czasu na zwiedzanie okolicy. Jeśli chodzi o noclegi w tym rejonie Francji to wybór jest naprawdę ogromny – znalezienie urokliwej posiadłości nie jest żadnym problemem. My pierwszej nocy spaliśmy w Chateau De Roussan. Później przenieśliśmy się do prawdziwego raju na ziemi, czyli do Chateau Des Alpilles (dobrze pamiętacie – byliśmy tam już w maju). W obydwu tych miejscach Portos czuł się świetnie i był mile widziany przez gospodarzy.

   Po dwóch (a właściwie trzech) dniach w Prowansji skierowaliśmy się w stronę Lazurowego Wybrzeża. Nicea przywitała nas piękną pogodą, a obsługa w hotelu Negresco przyjęła Portosa jak króla. Przy zameldowaniu został wygłaskany, a w pokoju czekały na niego miski i specjalne posłanie (które niestety było trochę za małe). W samym mieście Portos również zachowywał się elegancko. Został nawet zaproszony do butiku CHANEL, bo wypatrzył go ochroniarz gdy machałam do Portosa przez szybę, ale wolał zostać ze swoim panem na zewnątrz. Na zachodzie Europy nie ma zakazu wprowadzania psów do sklepów. Wyjątkiem są ciastkarnie i sklepy z czekoladkami (ciekawe dlaczego?).

   Po Nicei przyszedł czas na finał naszej podróży – Wenecję. Baczne obserwatorki bloga na pewno zauważyły, że w słynnym mieście na wodzie byłam nie raz i nie dwa razy. Ale tak się składa, że Portos nie był ani razu! I trzeba to było nadrobić. Po dotarciu na parking (do Wenecji w ogóle nie można wjeżdżać samochodami) zamówiliśmy taxi wodne i tym sposobem nasz włochaty przyjaciel zaliczył trzeci środek transportu. Z początku trochę się obawialiśmy, że kierowca łodzi (która była bardzo ładna i zadbana) będzie kręcił nosem na psa, ale ten bardzo się zdziwił, gdy zapytaliśmy, czy to nie problem. Jak się potem okazało wenecjanie są wobec psów bardzo gościnni. Do tego stopnia, że kiedy usiedliśmy w słynnej kawiarni Florian i zamówiliśmy śniadanie, po chwili przyszedł do nas kelner z karafką wody i miską (chyba chodziło o to, aby Portos miał pewność, że jego woda jest świeża). A pięć minut później wrócił z talerzem szynki. To zaskoczyło nas podwójnie – bo w naszych kanapkach było tylko po jednym plasterku, a Portos dostał ich chyba z dziesięć. Przechadzając się z nim ulicami miasta mieliśmy wrażenie, jakby towarzyszył nam nie pies, a Brad Pitt. Wzbudzał spore poruszenie i często pozował do zdjęć. Myślę, że chciałby tam zostać na dłużej…

   W ciągu całej naszej podróży nie spotkaliśmy się z żadną krzywą uwagą, ani obostrzeniami ze strony obsługi hotelowej, kelnerów w restauracjach czy chociażby kontrolerów biletów w pociągach. Oczywiście, wcześniej upewniliśmy się, że hotele, które wybraliśmy dopuszczają zwierzęta, ale i tak byliśmy zaskoczeni gościnnością i przyjaznym nastawieniem ze strony zupełnie obcych ludzi. Tym bardziej było nam przykro kiedy – szukając w drodze powrotnej hotelu na południu Polski  – odkryliśmy, że żaden hotel na naszej trasie nie dopuszcza takiej możliwości. Różnicę zauważyliśmy też na stacjach benzynowych – zagranicą można było z psem wejść do każdej. W Polsce niestety kręcili na nas nosem. Wszędzie obowiązywał zakaz wprowadzania psów (jestem ciekawa co mają zrobić klienci, gdy na zewnątrz panuje ukrop, a podróżują sami z psem – zostawić go w bagażniku i liczyć, że się nie udusi?). Długo zastanawiałam się z czego to wynika – chętnie poznam Wasze zdanie na ten temat.

   Na koniec kilka konkretnych porad na temat podróżowania z psem. Z mojej opowieści wynika, że pokonanie takiej trasy z czworonogiem to bułka z masłem. Owszem, jeśli wcześniej odpowiednio socjalizowaliśmy psa i przyzwyczajaliśmy do jazdy samochodem. Dobrze ułożony pies będzie świetnym towarzyszem – zależy to tylko od nas. Poza skrupulatnym wychowywaniem w wieku szczenięcym, trzeba się też upewnić, że pies bez problemu jest w stanie wytrzymać dwie godziny w samochodzie. Nastawcie się też na to, że podróż nie będzie przebiegała tak płynnie jak zwykle. Psa trzeba nawadniać minimum co trzy godziny, jest to też maksymalny czas na jaki możemy sobie pozwolić bez przystanku, pod warunkiem, że gdy już gdzieś się zatrzymujemy, to dajemy mu szansę na wybieganie się. Musicie więc z rozmysłem wybierać stacje benzynowe (w Niemczech prawie każda stacja posiada specjalny pas zieleni) albo robić ekstra przystanki.

   Gdy dotrzemy do hotelu nie możemy po prostu zamknąć psa w pokoju i wyjść. Należy najpierw się rozpakować, później wziąć psa na spacer, wrócić razem z nim do pokoju i znów chwilę z nim posiedzieć. To ważne, aby pies zobaczył, że wracacie do miejsca, w którym był już wcześniej i w którym czuje zapach Waszych rzeczy. Niezbędna jest też tutaj umiejętność rozumienia przez psa komendy „zostań”. Po wyjściu z pokoju powinniśmy przez chwilę posłuchać, co się dzieje po drugiej stronie drzwi. Jeśli pies piszczy i skrobie drzwi – no cóż, powinnyśmy wrócić, znów wziąć psa na spacer, po drodze kupić dla niego coś pysznego, co będzie długo gryzł i znów spróbować go zostawić. Proponuję jednak przygotować sobie plan B (u nas na szczęście nie był potrzebny), który dopuszcza zabranie ze sobą psa.

Co musimy wziąć ze sobą, jeśli wybieramy się z psem w daleką podróż samochodem?

  1. Zaświadczenie o szczepieniu przeciwko wściekliźnie. Na terytorium Unii Europejskiej nikt nie będzie sprawdzał naszego psa na granicy, ale ten papier jest naprawdę bardzo przydatny w razie jakichkolwiek przykrych sytuacji (które nam się na szczęście nie przytrafiły). Zaświadczenie można dostać od weterynarza, u którego pies był szczepiony.

  2. Ubezpieczenie cywilne. Najlepiej w ogóle mieć takie ubezpieczenie, bo przyda się chociażby wtedy, gdy zalejemy sąsiada, natomiast właściciel psa powinien wykupić sobie takie ubezpieczenie bez zastanowienia. Oczywiście, jak każdy właściciel czworonoga jestem przekonana, że mój najsłodszy Portosik nigdy w życiu nie skrzywdziłby muchy, ale wiem też, że niektórych sytuacji się nie przewidzi. Ubezpieczenie pokryje także szkody, które pies może wyrządzić na przykład w pokoju hotelowym.

  3. Przenośna miska na wodę. My mamy coś w rodzaju misko-butelki. Znajdziecie ją w każdym sklepie zoologicznym.

  4. Posłanie. Albo ulubiony kocyk. Czyli coś, co będzie pachnieć domem. Na pewno uspokoi to psa w pokoju hotelowym i przyda się, szczególnie jeśli obsługa nie pomyślała o posłaniu.

  5. Jedzenie. To dość oczywiste ale warto zawczasu pomyśleć o tym, w czym je przewieziemy. Pojemnik powinien być szczelnie zamknięty i łatwy do przenoszenia. Aha! Przez pierwsze dwa dni podróży dawajmy o 1/4 mniej karmy niż zwykle.

  6. Smakołyki. Uwierzcie mi, to naprawdę ważne, aby mieć pod ręką coś, za czym szaleje nasz pies. Najlepiej kupić coś malutkiego czym będziemy odwracać uwagę psa albo go przywoływać w trakcie spaceru i coś do pogryzienia, co uspokoi go na przykład gdy zostanie sam w hotelu. Warto też zabrać ulubioną zabawkę.

  7. Kaganiec. Oczywiście taki, który pozwoli psu ziać (czyli otworzyć pysk). Nam się nie przydał ale zawsze warto go mieć.

  8. Woreczki. Duuużo woreczków bo psy mogą z nerwów załatwiać się częściej niż zwykle. Ja wybieram takie, które poddają się recyklingowi.

  9. Pasy i mata do samochodu. To chyba najważniejsza rzecz, bez której nie powinniście wyruszać w żadną dalszą podróż. Pies musi być zapięty i siedzieć na tylnym siedzeniu, nie w bagażniku. My kupiliśmy specjalną matę która zabezpiecza cały tył samochodu. Wiem, że niektórzy wybierają tak zwane transportery. Jeśli ktoś ma z nimi jakieś doświadczenia to chętnie o nich przeczytam.

  10. Rolka do ubrań. To niby taki szczegół ale będziecie przeklinać sierść Waszego psa jeśli o niej zapomnicie ;).

   Podróżowanie z psem na pewno jest inne niż wyjazd samych przedstawicieli gatunku homo sapiens. Wymaga przygotowania i cierpliwości, a niekiedy może wydawać się uciążliwe. Dzielenie przeżyć ze swoim najlepszym przyjacielem, obserwowanie jego szczęścia, gdy może nam towarzyszyć w kolejnych przygodach jest jednak wystarczającą nagrodą. My jesteśmy pewni, że ten skrawek Europy to dopiero początek.

Piękna Szwajcaria w tle. Jesteśmy już po wizycie w Rothenburgu i pędzimy do przełęczy Furka. Poniżej możecie zobaczyć jak wygląda przenośna misko-butelka dla psa.  Szybki deser w oczekiwaniu na pociąg. Kawiarnia była skromna, nie można w niej było płacić kartą, ale psy były bardzo mile widziane. Pies który jeździł koleją. Portos jednego dnia zaliczył aż trzy pociągi. Urocze miasteczko Zermatt. To właśnie tu najbardziej obawialiśmy się o zachowanie Portosa. Tym razem poszło nam jednak znacznie lepiej niż ostatnio…Jedziemy górską kolejką na szczyt Gornergrat. A ta strzelista i złowrogo wygladająca góra to oczywiście Matterhorn. Dotarliśmy na szczyt. Warunki pogodowe idealne dla narciarzy. A hotel trochę jak z horrou… Na szczycie przywitała nas temperatura bliska zeru, ale tego akurat się spodziewałam. Do torby zapakowałam buty UGG i prototyp naszego zimowego swetra – prosto z zakładu dziewiarskiego. Jestem nim naprawdę zachwycona. Uważam, że nie ustępuje jakością nawet słynnym norweskim swetrom – jest wyjątkowo ciepły, niegryzący i ma taki wzór o jakim zawsze marzyłam. Do sprzedaży powinien wejść w listopadzie wraz z innymi swetrami z serii premium.  

Następnego dnia rano. Czekamy na pociąg powrotny. Miło było spotkać kilka innych psiaków – chociaż po cichu liczyłam, że Portos będzie pierwszym psem, który zdobędzie tak wysoki szczyt ;). Po zimowych krajobrazach pozostało ledwie wspomnienie. Kilka godzin później byliśmy już w słonecznej Prowansji. Zatrzymaliśmy się niedaleko naszego ukochanego miasteczka Saint-Remy, które słynie z najpyszniejszych melonów na świecie. Na stole widać pierwsze ślady nadchodzącej jesieni. Po dwóch dniach biegania po francuskich posiadłościach i odkrywania nowych zapachów Portos ledwo żył. Był tak grzeczny, że nawet smycz nie była potrzebna. Chodził za nami krok w krok. A taki widok zastaliśmy gdy wróciliśmy z kolacji. Portos wie, że nie wolno mu wchodzić do łóżka i zwykle nie robi tego gdy jesteśmy w mieszkaniu. Czeka aż wyjdziemy, a gdy tylko usłyszy, że wracamy od razu zeskakuje – dowody jego wizyty na naszych poduszkach niestety zostają. Tym razem Portos nawet nie drgnął, gdy weszliśmy do pokoju. Musiał być naprawdę zmęczony…Po Prowansji przyszedł czas na Niceę.  No cóż… znów pełna klęska. Nie wiem czy to ta hotelowa pościel tak go ośmieliła, że mimo naszych krzyków i protestów postanowił zaryzykować, wskoczyć i zobaczyć co się stanie. Wyszliśmy z założenia, że to co dzieje się w Nicei… zostaje w Nicei.  Do Wenecji dotarliśmy wieczorem. Zamówiliśmy taxi wodne i 15 minut później byliśmy już w naszym apartamencie (Palazzo Volpi). Słynna Cafe Florian na placu św. Marka. Poza menu każdy gość dostaje od razu repertuar orkiestry, która gra tuż obok. To właśnie tu Portos dostał talerz szynki. 

Tak, dobrze widzicie. To Portos w weneckiej gondoli, czyli idealny finał naszej europejskiej podróży. Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca tego wpisu i wraz z Portosem życzymy udanego weekendu!

***