If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Moja codzienna pielęgnacja od stóp po głowę

    Gdy przygotowując się do napisania dzisiejszego artykułu, wpisałam w wyszukiwarce google hasło „moja codzienna pielęgnacja”, wyskoczyło mi blisko dziesięć milionów wyników. Wniosek od razu nasunął się sam – kobiety lubią czytać o nowinkach kosmetycznych oraz pielęgnacji i chciałyby otrzymywać kompleksowe informacje na ten temat. Niby każda z nas ma swoje ulubione produkty, ale wciąż poszukujemy czegoś nowego i sprawdzamy, czy koleżanka (albo ulubiona blogerka) nie znalazła przypadkiem jakiejś nowej gwiazdy. Słusznie, bo przemysł kosmetyczny szybko ewoluuje i na sklepowych półkach można znaleźć kosmetyki, które swoją skutecznością przewyższają te sprzed kilku lat. I na odwrót – czasem krem, reklamowany jako największy hit, jest w gruncie rzeczy naszpikowanym chemią bublem. Dzisiaj podsuwam więc Wam listę wszystkich produktów, które używam na co dzień. Same wybierzcie to, czego akurat potrzebujecie. Kończy Wam się odżywka do włosów? Krem do twarzy? Peeling? A może poszukujecie czegoś, co wprowadzi trochę urozmaicenia do Waszej pielęgnacji?

Pielęgnacja włosów:

Oczyszczanie:
Zacznę od tego co zmieniłam w temacie pielęgnacji. Przede wszystkim po umyciu głowy szamponem, jeszcze nim nałożę odżywkę, wycieram włosy ręcznikiem. Ten sposób polecił mi fryzjer – powiedział, że w skład masek czy odzywek wchodzi głównie woda i jeśli włosy są bardzo mokre nie ma możliwości, aby kosmetyk zadziałał i je nawilżył. Coś w tym musi być, bo od kiedy stosuję się do jego porady, moje włosy trochę odżyły. Oczywiście mam też starannie dobrane kosmetyki. Mój ulubiony szampon to Kąpiel Micelarna Aura Botanica. Przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów i ma aż 96% składników naturalnego pochodzenia. Przygotujcie się, że po umyciu głowy włosy będą sztywne i trochę szorstkie. To dobry znak, bo mają wtedy swoją naturalną strukturę. To nie jest szampon nawilżający, dlatego po jego użyciu koniecznie trzeba choć na chwilę nałożyć maskę lub odżywkę. Natomiast jeśli nastawiam się na szybkie nawilżanie i chcę by włosy lśniły po samym umyciu, to używam szamponu Schwarzkopf Oil Ultime do włosów cienkich (bez sylikonów i parabenów). Kosmetyk polecił mi fryzjer – można go kupić jedynie w salonach fryzjerskich. Jeśli kiedyś na niego traficie, bierzcie w ciemno. Jego cena jest dość niska, jak na kosmetyk dla profesjonalistów, a efekty widoczne są od razu.

Nawilżanie:
W poprzednich wpisach najczęściej pisałam o masce René Furterer Karité. Wciąż  uważam, że osłabione koloryzacją lub innymi zabiegami włosy, przy jej regularnym stosowaniu, odzyskują sprężystość i witalność. Ten produkt bez zmian zajmuje wysokie miejsce na mojej liście. A z nowości – z okazji urodzin dostałam kosmetyki marki Gisou. Jej założycielką jest holenderska blogerka Negin Mirsalehi, której włosy mogłyby występować w każdej reklamie szamponów. Przyznam, że nie oczekiwałam po tych kosmetykach żadnej rewelacji. Negin często wspomina o miodzie jako bazowym składniku. Miałam już kilka innych produktów, które również zawierały miód i nigdy nie wywarły na mnie większego wrażenia. Nastawiłam się więc negatywnie, a niesłusznie, bo maska jest naprawdę godna polecenia. Ma delikatny, świeży zapach, jest super gęsta, i bardzo wydajna, bo dosłownie odrobina wystarczy, aby pokryć moje całe końce włosów.

Olejek:
W moim prezencie urodzinowym znalazł się również sztampowy produkt marki Gisou – olejek do włosów. Jest fajny, nie obciąża włosów, nie skleja ich i faktycznie sprawia, że są bardziej lśniące i sypkie. Niestety ma kosmiczną cenę, a efekt jest właściwie taki sam jak po użyciu MoroccanOil, czy nawet wersji olejku z Rossmanna za osiem złotych. Wydaje mi się, że w tym wypadku nie warto przepłacać. Chyba, że zależy Wam na pięknym opakowaniu. Pod tym względem Gisou znacznie się wyróżnia na tle innych marek. Jeśli poszukujecie ładnego prezentu dla koleżanki to te kosmetyki będą idealne.

Kosmetyki Cremorlab możecie kupić w dwóch miejscach – przez stronę AuraShop.pl oraz Douglas.pl. W obydwu sklepach obowiązuje 10% zniżki z hasłem „MLE10”. Udanych zakupów.

Pielęgnacja twarzy:

Demakijaż:
Do demakijażu używam olejku o żelowej konsystencji – jest delikatny, ma bardzo świeży zapach cytrusów i idealnie nadaje się do codziennej pielęgnacji (T.E.N Cremor Refreshing Cleansing Gel Oil). Można nałożyć go na płatek i wtedy zmyć makijaż. Ja jednak najczęściej niewielką ilość preparatu nakładam na ręce, dokładnie myję twarz i spłukuję wodą. Jest przeznaczony do wszystkich rodzajów cery. Mocniejszy makijaż lepiej usunie żelowa pianka z delikatnymi kuleczkami, w której skład wchodzą trzydzieści trzy gatunki roślin morskich (O2 Couture Marine Algae Cleanser). Żel jest zielony, ponieważ zawiera spirulinę oraz plankton odpowiedzialny za oczyszczanie skóry. Zapach jest delikatny i przyjemny.

Złuszczanie:
Przynajmniej raz w tygodniu wykonuję peeling. Staram się skrupulatnie podchodzić do tematu, bo ostatnio rzadko odwiedzam kosmetyczkę. Używam do tego maski bąbelkowej, która łączy peeling i głębokie oczyszczanie (Cremorlab O2 Couture Oxygenic Peeling Mask). Na początku konsystencja jest żelowa, później zmienia się w delikatną piankę. Nie jest to typowy peeling, gdzie wyraźnie wyczuwa się ziarna – oczyszczanie polega na tarciu. Ten produkt posiada trzy etapowy kompleks składników – AHA, PHA i BHA, które rozpuszczają sebum na powierzchni skóry i usuwają martwy naskórek. Maska pozostawia skórę oczyszczoną, miękką, gładką i bez żadnych zaczerwienień.

Nawilżanie:
Moja cera ma skłonności to wysuszania się. Po umyciu twarzy często mam wrażenie ściągnięcia. Sam krem nie wystarczy, aby poczuć ulgę. Dlatego bardzo chwalę sobie stosowanie dodatkowego nawilżania jeszcze przed nałożeniem kremu. Wiele razy słyszałam, że warto kupować produkty do pielęgnacji w całych seriach. Nie każdy wie, że niektórych substancji nie należy łączyć, gdyż w najlepszym wypadku zupełnie zneutralizujemy działanie kosmetyków, a w najgorszym – dojdzie do ostrego podrażnienia skóry. Dlatego kupując całe serie mamy pewność, że w kosmetykach znalazły się składniki, które wzajemnie się uzupełniają potęgując efekt pielęgnacji. Ja używam kosmetyków marki Cremorlab, bo ma w ofercie szeroką gamę produktów, które bazują na wodzie termalnej T.E.N. (ta woda zawiera ponad 10 rzadkich minerałów, między innymi: wapń, magnez, potas, miedź, sód, cynk oraz silne przeciwutleniacze w postaci pierwiastków – selenu, wanadu i germanu).  
Jeśli chodzi o nawilżanie to przed nałożeniem kremu oblewam twarz esencją intensywnie rozjaśniającą (Cremorlab Mineral Treatment Essence). Jej głównym składnikiem jest woda termalna T.E.N., witamina B3 i adenozyna. Zawiera również ekstrakty z rumianku, czerwonej herbaty, lilii, kwiatów chabra bławatka, korzenia piwonii białej i liści hurmy wschodniej. Esencja wpływa na skórę kojąco, silnie ją rozjaśnia, nawilża i szybko usuwa uczucie ściągnięcia. Nie zastępuje kremu, ale jest idealną bazą pod niego.
Po esencji nakładam na twarz krem rewitalizujący (jego nazwa to Hydro Plus Snow Falls Melting Cream). Jest on przeznaczony do skóry suchej i wrażliwej. Szybko poczujecie, że zwiększa elastyczność skóry, nadaje jej gładkości i rozjaśnia przebarwienia.

Tajna broń:  
To nic innego jak maski w płacie. W Cremorlab mają ich cztery rodzaje – łagodząca, rozświetlająca, nawilżająca i zmniejszająca pory. Moja ulubiona to ta pierwsza. Zawiera ekstrakt z rumianku, więc szybko niweluje zaczerwienienia, podrażnienia i odżywia skórę. Maseczkę trzymamy na twarzy do 20 minut. Po tym czasie nie trzeba myć buzi,  wystarczy resztę preparatu dokładnie w nią wmasować.

Pewnie część z Was wyłapie, że moje rzeczy znów pochodzą ze sklepu Hibou. Polubiłam te markę już dawno temu i teraz ciężko mi znaleźć coś innego w równie dobrej cenie i jakości. Ciekawych ich kolekcji odsyłam do dwóch sklepów internetowych hibouessentials.pl oraz hibousleepwear.pl. Teraz również można obejrzeć rzeczy na żywo w ich warszawskim sklepie stacjonarnym.  

Pielęgnacja ciała:

Złuszczanie:
Uwielbiam peelingi z & Other Stories, chociaż ich skład nie jest powalający. Dla mnie są  bezkonkurencyjne z jednego względu – konsystencji. Na początku nakładania jest to prawdziwy peeling z mocno wyczuwalnymi drobinkami, ale pod wpływem masowania zmienia się w krem. Używam go nawet do golenia. Nie zostawia na skórze żadnej powłoki i doskonale nawilża. Wybór zapachów jest szeroki – ja najbardziej lubię różany. Kosmetyk jest bardzo wydajny i jeden słoiczek wystarcza na przynajmniej piętnaście kąpieli.
 
Nawilżanie:
Na mój ulubiony balsam do ciała trafiłam po przeczytaniu artykułu na Vouge.pl. Publikacja dotyczyła różnych polskich marek kosmetycznych. Większości z nich nie znałam, więc postanowiłam kilka przetestować. Tak odkryłam pomadę śliwkową do ciała marki Ministerstwo Dobrego Mydła i balsam do ciała Hagi z masłem mango i olejem chia. Wielkim plusem jest jego  skład i niezwykle przyjemny, egzotyczny i naturalny zapach.

Stopy i dłonie:

Manicure:
Od kiedy siedem lat temu zdjęłam sztuczne paznokcie (tzw. „żele”) i doprowadziłam je do normalnego wyglądu, rzadko sięgam nawet po lakier. Przez kilka lat wyczyniałam z nimi przeróżne dziwactwa – od ekstremalnych długości po fikuśne mozaiki. Teraz stawiam na naturalny wygląd, przede wszystkim pilnuje skórek i dbam o płytkę. Mam właściwie tylko jeden ulubiony kosmetyk.  
Jeszcze do niedawna moje paznokcie były ekstremalnie łamliwe. Wszystko się zmieniło po regularnym używaniu odżywki Eveline. Można ją kupić w Rossmannie za niecałe trzynaście złotych. Nie wiem, jak to działa, ale opis z pudełka mówi prawdę – przekonacie się już po pierwszym tygodniu. Uwielbiam ją za to, że bardzo mocno i szybko utwardza paznokcie.

Pedicure:
Pedicure robię u kosmetyczki. Mój ulubiony salon to Balola w Sopocie. Zawsze korzystam z opcji nakładania kwasów na stopy, bo tylko po nim są naprawdę gładkie. Tutaj przeczytacie dokładny opis zabiegu.

Od środka:

Nawadnianie:
Pewnie znacie już powiedzenie, że „prawdziwe piękno pochodzi od wewnątrz”. Wiecie, jak ważna jest zbilansowana dieta, produkty naturalnego pochodzenia i nawet obudzone w środku nocy wyliczycie zasady zdrowego odżywania. Będę jednak jak mantrę powtarzać o wpływie nawadniania na nasz wygląd.
Wiem, wiem – ten temat też nie jest Wam obcy, ale mimo to, nadal pijemy za mało wody w ciągu dnia. Podobno, jeśli od dziecka nie zostaliśmy przyzwyczajeni do jej regularnego picia, to w późniejszych latach ciężko jest to zmienić. Zdecydowanie zaliczam się do tego grona, ale staram się walczyć z moim zapominalstwem.  W ciągu dnia, zanim usiądę w domu na kanapie lub przed biurkiem, zabieram ze sobą szklankę wody. Natomiast wieczorem przed spaniem kładę na nocnej półce wielki kubek wody. Przed samym zaśnięciem wypijam połowę, a resztę z samego rana. O regularne nawadnianie jest dużo łatwiej jeśli w domu ma się stały dostęp do pitnej wody. Od jakiegoś czasu mam dzbanek z filtrem i w końcu nie muszę dźwigać ciężkich butelek do domu, a co za tym idzie – woda nigdy się nie kończy.

Witaminy:
Drugim zagadnieniem będzie dostarczanie do organizmu odpowiedniej ilości witamin i minerałów. Jasne, że najlepszą metodą jest jedzenie warzyw i owoców, ale nie oszukujmy się, zaraz przyjdzie zima i w sklepach będą jedynie pomarańcze, mandarynki i grapefruity. Może przesadzam, ale nie ufam truskawkom wielkości śliwki, które nie mają żadnego zapachu. Dlatego, tak jak pisałam w ostatnim artykule, stosuję na co dzień „nutrikosmetyki”, czyli mieszanki różnych składników w mocno skondensowanej formie. Jeśli w danym dniu nie robię koktajlu lub owsianki, do której dosypuję proszek, sięgam po kapsułki. Widoczne na zdjęciu pochodzą ze sklepu Natural Mojo, w ich skład wchodzi między innymi ekstrakt z aloesu, pochrzyn i ekstrakt z jagód Acai. Dwie kapsułki zapewniają też dzienne zapotrzebowanie na witaminę B1, B2, B6, B12 oraz witaminę C i E. Teraz z kodem „MLE30” uzyskacie 30% zniżki na cały nieprzeceniony asortyment.

Do niektórych kosmetyków i marek jestem przywiązana, do innych wręcz przeciwnie – wciąż poszukuję kolejnych nowości i z uwagą patrzę jak reaguje na nie moja skóra. Technolodzy wciąż prześcigają się w coraz to lepszych składach – warto więc nie zamykać się na odkrycia. Z przyjemnością poczytam o Waszej pielęgnacji – robicie coś o czym ja zapomniałam? A może macie własne produkty do polecenia? Koniecznie napiszcie o nich w komentarzach.

 

Powróciła pora na zupy, czyli krem z cukinii z dodatkiem pesto z pietruszki

We're slowly returning back to the a normal rhythm of life – I mean eating home-made dinners together. Everyone always asks me – do you really cook on a daily basis? I admire your enthusiasm! Yes, that's true, it's an activity that rarely gets boring for me. And even when I've got a short moment of crisis, life quickly verifies it. It's enough when I hear exclamations like – Mum, I'm hungry, I've had to eat THAT chop in the kindergarten again! In such situations, a soup is ideal.

*   *   *

Powoli wracamy do stałego rytmu życia – mam na myśli również i wspólne domowe obiady. Wszyscy zawsze się mnie pytają – czy ty tak naprawdę, codziennie gotujesz? Podziwiam, że Ci się chce! Tak, rzeczywiście to jest czynność, która najrzadziej mi się nudzi. A nawet, gdy chwilowo są słabsze chęci, to życie szybko weryfikuje. Wystarczą pytania typu – Mamo jestem głodna, w zerówce znowu był TEN kotlet! W takich sytuacjach zupa sprawdza się doskonale.

Ingredients:

(recipe for 3-4 portions)

3-4 tablespoons of olive oil

1 large onion

2 fresh sprigs of thyme

1.5 litres of water + 1 bunch of soup vegetables + a few allspice corns – 3 bay leaves + 1/2 turkey or a turkey neck (I also use an eco chicken broth cube)

2 large courgettes

1/2 glass of white wineparsley

pesto:

1 bunch of parsley

2 cloves of garlic

approx. 2-3 tablespoons of olive oil

a pinch of salt and freshly ground pepper

served with: gorgonzola-type cheese, olive oil

* * *

Skład:

(przepis na 3-4 osoby)

3-4 łyżki oliwy z oliwek

1 duża cebula

2 świeże gałązki tymianku

1,5 l wody + 1 pęczek włoszczyzny + kilka ziarenek ziela angielskiego + 3 liście laurowe + 1/2 indyka lub szyja z indyka (korzystam również z ekologicznej kostki rosołowej)

2 duże cukinie

1/2 szklanki białego wina

pesto pietruszkowe:

1 pęczek pietruszki

2 ząbki czosnku

ok. 2-3 łyżki oliwy

szczypta soli i świeżo zmielonego pieprzu

do podania: ser typu gorgonzola, oliwa z oliwek

Directions:

  1. In a hot pan, fry onion, thyme, and sliced courgette with olive oil. Decrease the heat and leave it covered on low heat for 12-15 minutes. Place everything in a pot, pour the bullion over it (the remaining vegetables can be used to prepare a salad), add white wine, and cook for a few minutes. When the soup cools down, blend it until smooth. Serve with a spoonful of parsley pesto and pieces of gorgonzola-type cheese.
  2. To prepare parsley pesto: separate the leaves from the stalks and place them in a blender, add garlic, olive oil, salt, and pepper. Blend everything until smooth.

Note: It sometimes happens that you buy a bitter courgette. I recommend cutting a slice and tasting before starting the work.

* * *

A oto jak to zrobić:

  1. Na rozgrzanej patelni z oliwą podsmażamy cebulę, tymianek i pokrojoną w plastry cukinię. Zmniejszamy ogień i dusimy pod przykryciem przez 12-15 minut. Całość przekładamy do garnka, zalewamy bulionem (w pozostałych warzyw i mięsa można zrobić sałatkę) dodajemy białe wino i gotujemy przez kilka minut. Gdy zupa ostygnie, miksujemy na jednolitą konsystencję. Podajemy z łyżką pietruszkowego pesto i kawałkami sera typu gorgonzola.
  2. Aby zrobić pietruszkowe pesto: liście pietruszki obieramy z łodygi i przekładamy do kielichowego blendera, dodajemy czosnek, oliwę, sól i i pieprz. Całość miksujemy na miazgę.

Komentarz: Wśród cukinii zdarza się, że trafi się gorzka sztuka. Polecam najpierw odkroić plasterek i spróbować.

Look of The Day – old grey

leather black shoes / czarne skórzane buty – Bronx on eobuwie.pl

sweater with cashmere / sweter z kaszmirem i wełną merynosową – MLE Collection

grey skirt / szara spódnica – Zara (stara kolekcja)

suede bag / zamszowa torebka -Gucci

   Many of you have been asking whether I've already chosen my favourite trend for autumn and winter. Well…in the last few weeks, my thoughts were focused on a number of topics, but none of them was connected with fashion. When I was finally able to catch a breath, I opted for books instead of magazines. And today I feel like I've got a little backlog – I promise that I'll catch up on everything, but for now, I'm taking safe grey colours out of my wardrobe.

* * *

   Wiele z Was pyta mnie o to, czy wybrałam już swój ulubiony trend na jesień i zimę. No cóż… w ostatnich tygodniach moje myśli koncentrowały się wokół wielu tematów, ale żaden z nich nie był związany z modą. Gdy w końcu trafiała mi się chwila spokoju, to zamiast po magazyny sięgałam po książki. I dziś czuję się trochę w niedoczasie – obiecuję, że nadrobię te zaległości, ale póki co wyciągam z szafy bezpieczne szarości.