CHANEL jesień/zima 2026/27

  Gdy 12 grudnia 2024 roku Chanel ogłosiło, że jej nowym dyrektorem kreatywnym zostaje Matthieu Blazy, branża mody potraktowała tę decyzję jak jeden z najważniejszych ruchów personalnych ostatnich lat. Po odejściu Virginie Viard w czerwcu 2024 roku marka weszła bowiem w okres wyczekiwania, spekulacji i nerwowego sprawdzania, kto odważy się dotknąć świętości przy Rue Cambon.

  Krytycy mody szybko zauważyli, że Blazy wydaje się doskonale rozumieć paradoks, na którym Gabrielle Chanel zbudowała swoją legendę. Ubrania mają być jednocześnie funkcjonalne i zmysłowe. Powinny działać w codziennym życiu, ale jednocześnie pozwalać na transformację.

  „Chanel jest funkcją i fikcją. Dniem i nocą” – mówi Blazy i patrząc na najnowszą kolekcję na sezon jesień/zima 2026/27 ciężko się z tym nie zgodzić. Klasyczny tweedowy kostium Chanel stał się bardziej miękki, luźniejszy i mniej „muzealny”, jakby projektant chciał sprawdzić, co się stanie, gdy zdejmie z niego całą ceremonialną powagę. Całość kolekcji to prawdziwe balansowanie między zabawą, a szacunkiem do historii marki. Ciekawa jestem, czy według Was jest to udany eksperyment? 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Newby Teas i Wydawnictwem Literackim, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Luty w Sopocie bywa zwykle najspokojniejszym czasem w roku. Ale nie tym razem – niespotykane od lat mrozy i zamarznięta Zatoka Gdańska sprawiły, że wiele z nas, zamiast zapaść w zimowy sen, ochoczo korzystała z tej bajkowej aury.

   A jeśli chodzi o moje osobiste odczucia, to również nie zaliczyłabym minionego miesiąca do tych spokojnych i nudnych. Właściwie to nie pamiętam, kiedy ostatni raz działo się w moim życiu tak wiele. Zdecydowanie nie wszystko ujęłam na zdjęciach, ale myślę, że mimo tego, wyczujecie w tej dzisiejszej relacji dużo emocji. I chociaż dni mijały mi z prędkością światła i nie wszystko miałam pod kontrolą, to przecież doskonale wiem, tam głęboko w środku, że sama możliwość doświadczania i pokonywania codziennych trudności jest już absolutnie kosmicznym szczęściem.

  Świat pędzi w nieznanym kierunku i nie ogląda się na nas ani trochę. Nie sposób o tym nie myśleć. A jednak pamiętajmy, aby po wstrzymaniu oddechu, dalej robić swoje. Jeśli pewna niezmienność tego bloga daje Wam (złudne, bo złudne, ale jednak) poczucie stabilności, to jest nas więcej! Cieszę się, że tu wpadłyście i już nie przedłużam – zapraszam do mojego pamiętnika.

 

Co tam bałwan! Czas na prawdziwe iglo!Luty był pasmem nowych wyzwań. Na przykład, w związku z pączkową akcją, nasz zespół musiał z dnia na dzień przygotować projekt potykacza :).  1. Ach, co to była za zima! // 2. Ten przepis na pączki jest idealny i nawet nie trzeba wyciągać miksera z szafki. Nie musicie czekać do kolejnego Tłustego Czwartku, aby zrobić go jeszcze raz. Tu macie przepis. // 3. Kawa już jest. Czas na gorące mleko. // 4. Walentynki obchodziłam na reformerach – i dzięki temu odkryłam nowe super miejsce w Sopocie.  // Ja wiem, że ciągle gadam o pączkach, ale tegoroczny Tłusty Czwartek był po prostu najlepszy i nigdy go nie zapomnę! Jeszcze tylko rozwiesimy plakaty, rozstawimy potykacz, przygotujemy stanowisko z cukrem pudrem i nasza osobista mini-pączkarnia MLE rozpoczyna pracę! 1. Dieta pudełkowa. // 2. Bo gdy jesteś klientką MLE, to w Tłusty Czwartek nie czekasz w kolejce po gorące pączki. //A do tego padał piękny śnieg! 
Czy ktoś powiedział, że w Sopocie jest minus dziewięć, a my mamy sesję w wielkim hangarze?– Co Ci się dziś śniło?

– Miałam straszny koszmar…
Lutowego szaleństwa ciąg dalszy. Nasze kurtki nie przestały jeszcze pachnieć pączkami, a my już wciągnęłyśmy się w kolejny marketingowy projekt – kampanię MLE na sezon wiosna/lato. Staram się do większości rzeczy w życiu podchodzić na luzie i ze świadomością, że dopóki moi najbliżsi są względnie zdrowi i bezpieczni, to niewiele więcej powinnam oczekiwać. Ale uwierzcie mi, że w przeddzień takiej kampanii, gdy wydajesz mnóstwo pieniędzy na sesję zdjęciową, nie mając żadnej gwarancji, że ona wyjdzie (a to od niej będzie zależał Twój biznes przez następnych kilka miesięcy) to naprawdę emocje sięgają zenitu. 

Chyba pod spodem są moje klucze.  

Ten jeden czarny sweter, do którego nie jesteś przekonana, a potem chodzisz w nim non stop. 

Gdy chcesz być mamą na pełen etat, prowadzić dwie firmy, masz problem z tym, żeby robić rzeczy byle jak i znów dałaś się namówić na udział w sesji zdjęciowej, to znaczy, że na osiem godzin przed wyjazdem jednocześnie gotujesz kolację, robisz paznokcie, wyskubujesz slajma z dywanu i oglądasz olimpiadę. Żadnej z tych rzeczy nie robisz porządnie, ale przynajmniej masz poczucie, że nie marnujesz czasu.

Ach i jeszcze jedna rzecz, dzięki której stojąc następnego dnia przed mega zdolnym fotografem, zyskałam odrobinę więcej pewności siebie. Opalenizna od Azure Tan. 

Mamy 21:20, ja nadal niespakowana, a rano ruszamy punkt 04:00, więc podejmuję (męską?) decyzję, że jednak nie robię peelingu, choć powinnam, ale strasznie mi się nie chce. Gdybym jednak chciała wykonać idealną procedurę opalania, to na pewno użyłabym właśnie tego zestawu. Ale za to zrobiłam inny "myk" zgapiony z Instagrama. 

Mój niezbędnik za każdym razem, gdy w lutym muszę udawać, że jest lato. Organic Coconut „medium to dark” – pianka samoopalająca (do cieniowania potrzebny jest kosmetyk, który nadaje kolor, inaczej łatwo o krzywe rozprowadzenie). Tan Free Firm & Hydrate – nawilżające masło do ciała (użyte do zabezpieczenia miejsc bardziej podatnych na działanie samoopalacza). Streak Free Tan – rękawica do aplikacji samoopalaczy.  
Kod rabatowy MLE30 daje 30% rabatu na wszystkie produkty Azure Tan z wyłączeniem zestawów (można oddzielnie dodać do koszyka każdy produkt z zestawu i wtedy rabat będzie korzystniejszy niż w zestawie).  

1. Tak to jest. Najpierw śmiejesz się z tych dziewczyn, co cieniują twarz samoopalaczem, a potem sama to robisz. Widziałam taki zabieg na kilku rolkach. Trochę się bałam, ale wyszło całkiem dobrze! Czasem Instagram nie kłamie. // 2. "Kasia, jak ty sfotografujesz samoopalacz, to naprawdę… //Voila! Efekt za kilka godzin! Tutaj możecie zobaczyć filmik z cieniowania. Jeszcze szybka rozmowa z Asią, abyśmy jasno określiły to, co nam jutro nie wyjdzie.  I w drogę! My myślami jesteśmy już z letnią kolekcją, ale widoki do Warszawy raczej polarne… Jesteśmy już z Asią w oku cyklonu. Już niczego nie zmieniamy, nie nadgonimy, nie przywieziemy. Musimy zaufać fotografowi (a ten jest naprawdę nie byle jaki i do dziś ciężko mi uwierzyć, że bierze udział w tym projekcie) i niczym Elsa powiedzieć sobie "let it goooooł".1. Stylistka, Alicja Werniewicz, przygotowała na sesję wiele par butów. Zgadniecie, którą z nich postanowiłam sobie zostawić? // 2 i 3. A teraz wjeżdża nowa scenografia. Pierwszy raz robimy sesję na taką skalę. // 4. Czy ktoś przypadkiem nie mówił, że "chmurna biel" będzie kolorem roku 2026? // 
Przysięgam, że to jest najbardziej "cool" zestaw, jaki miałam na sobie od ostatnich dziesięciu lat. Aż mam ochotę zapytać co to za marka ;). Kurtkę i dżinsy znajdziecie już teraz w sprzedaży. Bo szycie w Polsce, to naprawdę WIELKA rzecz. ;) Ta sukienka pojawi się w MLE już jutro (06.03). 
A to wykrój naszej idealnej marynarki. 
Całą kampanię i kilka moich słów o marce znajdziecie w tym wpisieUwielbiam podróże, ale zdecydowanie nie lubię tego, jak mój organizm reaguje na zmianę jedzenia. Będąc daleko, zawsze tęsknię za swoją lodówką, gdzie czekają na mnie rosołki w słoikach, warzywa i kasze. Tutaj widzicie makaron z cukinią, jarmużem i pietruszką. I kto niby twierdzi, że zima nie jest kolorowa? 
Dżinsowa paczuszka od Chanel. Tutaj możecie zobaczyć, co było w środku. Dzień dobry Poznań! Wiecie co się właśnie wydarzyło?MLE wyruszyło na podbój Poznania! Wpadnijcie do UMI – najpierw można przymierzyć, potem się zastanowić, a na końcu i tak jeszcze raz przeliczyć – po poznańsku. ;) 
1. Może coś takiego w Trójmieście zmotywowałoby mnie do biegania? (A może nie.) // 2. Ja jestem nadal zakochana w tym swetrze.  // 

Najpierw szneka z glancem, potem spacer po fyrtlu, a na końcu wpadnijcie do UMI obczaić MLE. Ja wybieram z domowej kawiarki. A Wy?
A teraz zapiszcie sobie ten adres: UMI ul. Jackowskiego 24/U3, 60-511 Poznań.

Godziny otwarcia: 

wtorek – piątek: 11:00 – 18:00 

sobota – niedziela: 10:00 – 16:00 
Zdążyłam wybrać się jeszcze do kilku miejsc w Poznaniu. Czy tutejsi rozpoznają tę knajpę?Pierwszy dzień w tym roku bez puchowej kurtki!"Masło" znajduje się tuż koło UMI. Poznań wydaje się być naprawdę super miejscem do życia. Cieszę się, że teraz MLE jest bliżej jego mieszkańców :). 
Powrót do domu i obowiązki, które mnie nie ominą, nawet jeśli w ostatnich tygodniach czułam się, jakbym była na szczycie świata. Czyszczenie pędzli po malowaniu łowczyni demonów, umawianie wizyt lekarskich, przedszkolne wyzwania, małe awanturki o zjedzone żelki i cała masa wyzwań, które z perspektywy zawodowych sukcesów, mogą wydawać się błahe, a tak naprawdę, są najważniejsze na świecie. Ostatnie podrygi Zimy. Powiem to szeptem, żeby nikogo nie zezłościć – będę za Tobą tęsknić, wróć do nas jeszcze kiedyś z tym swoim białym, miękkim, śnieżnym płaszczem. Każdy, kto żyje dziś w miejscu, w którym można bezpiecznie wyjść na spacer po parku, jest wielkim szczęściarzem. Wystawa w Pałacu Opatów, czyli idealny plan na niedzielne popołudnie.  1. Hockney w Gdańsku. :)) // 2. Odwiedzajmy wystawy w naszych miastach! Nie czekajmy na podróże do zachodnich stolic! // W Pałacu Opatów zobaczycie też teraz kilka dzieł Olgi Boznańskiej – jednej z najważniejszych przedstawicielek polskiego modernizmu i sztuki portretu. Wystawę możecie zobaczyć do 29 marca (a jeśli zajrzycie tam we wtorki, to tego dnia wystawa jest za darmo). Więcej informacji znajdziecie tutaj1. Performens młodych artystek pod tytułem "Mamo, ale dlaczego nie możemy tutaj jeździć na hulajnodze?". // 2. Minecraft Art.Ten był super!
Przedwiośnie, jak się patrzy. Typowe zagranie upadającej marki ;). Zaglądaliście już na dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą stronę marcowego wydania Vogue? W roli głównej nasza kultowa kurtka Tilburg (mamy ją w dwóch długościach). "Love story", o którym pisałam w tym miesiącu. Serial jest infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, co oczywiście nie przeszkadza mi czekać na każdy odcinek w takim samym napięciu, jak w czasach, gdy na Polsacie leciał "Zbuntowany anioł". Po zimie stulecia kończę luty na rowerze. 

1. Czy fenomen Carolyn Bessette przeminie wraz z wiosną? Zobaczymy. // 2. Pędzę w stronę wiosny i czternastu stopni w weekend! // 

Ciężko uznać, że na zewnątrz robi się zielono (chociaż chodziłyśmy już po ogrodzie z prawdziwą lupą w poszukiwaniu pierwszych tulipanów), ale ja w mojej kuchni czuję już pierwsze zwiastuny wiosny. Jednym z nich jest z pewnością przesyłka z zielonymi (a jak!) herbatami od Newby Teas. I to jest sygnał specjalnie dla tych z Was, którym przez zimę nadszarpnięto herbaciane zapasy.Herbata jest zdrowa, pod warunkiem, że wybieramy tę dobrej jakości. Mam dla Was niespodziankę od marki Newby Teas – z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na całe zamówienie (z kodu możecie korzystać do 17 marca).  Możecie więc śmiało robić zapasy! Od razu polecam Wam również ten zestaw z czarnymi herbatami i ten z owocowo-ziołowymi smakami. Moje nagłe zainteresowanie zieloną herbatą wynika też z pewnych planów, które mam nadzieję spełnią się jeszcze w tym roku. Kto wie? Może uda mi się spróbować prażonej hojichy? Newby Teas od lat dba o moje herbaciane zapasy. Czy chowam właśnie ulubione smaki przed koleżankami? ;)"Hau hau to stary japoński przepis na kluski, wiem jak go przygotować". Tak przynajmniej Portos powiedział mi na ucho zaraz po tym, jak próbował wskoczyć na kuchenny blat. 
Nawet jeśli azjatyckie klimaty zupełnie Wam do bloga nie pasują, to obawiam się, że w najbliższych miesiącach może wkraść się tu kilka dalekowschodnich akcentów – przewodników, dań, sztuki, a może nawet mody? Zobaczymy! A w tym tygodniu zainspirowałam się daniem od "Rozkosznego" (znajdziecie go tutaj). Właściwie to po prostu go odtworzyłam, dodałam od siebie jedynie pastę tahini, szczypiorek i więcej ogórka. 

Składniki:
(dla dwóch osób)
 
2 łyżki masła orzechowego 
2 łyżki sosu sojowego 
1 łyżka octu ryżowego 
1 łyżka miodu 
1 łyżka oleju sezamowego 
szczypta płatków chilli 
1 łyżka tahini 
300 g makaronu (ja wybrałam makaron udon)
ogórek
kolendra 
szczypiorek 

Sposób przygotowania:

W głębokim talerzu dokładnie wymieszałam masło orzechowe, sos sojowy, ocet ryżowy, miód i tahini. Następnie w garnku zagotowałam wrzątek i wrzuciłam do niego na 3 minuty świeży makaron udon. Po trzech minutach dodałam makaron do miski z powstałym sosem. Szybko pokroiłam ogórka na kawałki, dodałam kolendrę oraz szczypiorek. Na koniec wymieszałam olej sezamowy z płatkami chilli i dodałam do makaronu. Bardzo proste, bardzo szybkie, bardzo smaczne. Rozkoszny dodał jeszcze tofu, ale ja pominęłam ten krok i dodałam więcej zielonych dodatków. 

Gdy robisz porcję dla dwojga, ale jednak wszystko zjadasz sama.  Niezbity dowód na to, że nie tylko książki kucharskie mogą nas zainspirować do gotowania. "Kuchnia" japońskiej autorki Banany Yoshimoto jest właśnie jedną z tych opowieści, które pomagają odnaleźć rytm i radość w zwykłych czynnościach. Najbardziej porusza sposób, w jaki Yoshimoto opisuje codzienność. Kuchnia, lodówka brzęcząca w środku nocy, proste posiłki — te drobne elementy stają się dla bohaterów czymś w rodzaju kotwicy, która pozwala przetrwać moment, kiedy życie nagle się rozpada. 

W czasach, gdy marnujemy mnóstwo czasu na skrolowanie, bezmyślne oglądanie cudzego życia i szybkie przyjemności, ta historia daje nam kopa, aby wrócić do konstruktywnych czynności. I odnaleźć w nich na nowo spokój.Spróbujcie a potem mi podziękujcie! Z tym makaronem wszyscy jakoś dotrwamy do pierwszej świeżej fasolki szparagowej! :)

Pierwsze dni marca pokazały mi bardzo wyraźnie jedną rzecz… że czas umyć okna! Żartuję! ;) Dziękuję za Waszą uwagę i odwiedziny – mam nadzieję, że w te cieplejsze dni też znajdziecie czas, aby tu zajrzeć, bo bez Was ten blog nie miałby najmniejszego sensu :*. 

 

*  *  *

Zapiski o modzie i stylu – świat oszalał na punkcie Carolyn Bessette. Czy słusznie?

Wpis zawiera lokowanie marki YES. 

 

  Jest w tej opowieści coś z akt sprawy, której nikt nigdy nie zamknął. Zbyt wiele spojrzeń, zbyt wiele wersji wydarzeń, zbyt wiele powierzchownych ocen.

  Historia miłości Carolyn Bessette i Johna F. Kennedy Juniora stała się na nowo tematem dyskusji, tym razem przemielonej także przez Instagram i TikToka, a nie tylko brukową amerykańską prasę, tak jak to miało miejsce trzydzieści lat temu. Wszystko przez serial „Love story”, który można obejrzeć na Disney+.

  Czy czekam co piątek na kolejny odcinek? Być może, chociaż ten serial ma w sobie coś z rekonstrukcji miejsca zbrodni robionej pod turystów. Momentami jest irytujący, infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, ale jedno trzeba mu oddać: pod względem estetycznym rozbudza ciekawość tamtej epoki w modzie, skłania do ponownego przyjrzenia się proporcjom, materiałom czy własnym ubraniom. Nawet jeśli opowieść bywa przerysowana, to wizualnie otwiera drzwi do świata, który wielu chciałoby dziś na nowo zrozumieć.

  Można nie lubić Kennedych. Można mieć mieszane uczucia wobec mitu „amerykańskiej dynastii”. Można czuć zmęczenie estetyzacją tragedii. Ale trudno uciec od faktu, że styl Carolyn Bessette-Kennedy jest jednym z najlepszych przykładów wyrazistego minimalizmu w modzie końca XX wieku — minimalizmu, który wymagał umiejętności rezygnacji. Co do tego, że Carolyn mogła mieć wszystkie ubrania świata nikt nie ma wątpliwości. A mimo tego, konsekwentnie stawiała na umiar (na Pintereście można zobaczyć mnóstwo jej archiwalnych zdjęć). 

  Dziś modowe portale internetowe chętnie robią listy rzeczy do kupienia, zestawy do odtworzenia, „7 looków” i „kapsułę” — wszystko w stylu wybranki Kennedy'ego Juniora. Tymczasem, mam wrażenie, że zupełnie nie chodzi tu o dodawanie do naszej garderoby nowych rzeczy, a raczej o konsekwentną selekcję tego, co już mamy. Ograniczona paleta barw, powtarzalność, wyraziste formy – jej styl opierał się na zasadach, które nie podlegają sezonowości.

  Przy okazji współpracy z marką YES postanowiłam stworzyć trzy zestawy, które miały w delikatny sposób nawiązywać do jej stylu, wykorzystując ubrania, które już mam. Myślałam, że wyjdzie mało wyraziście i nudno, ale… no właśnie, czy „mniej” faktycznie znaczy „więcej”? Na zdjęcia widzicie moje trzy ulubione modele kolczyków od YES, a teraz dostaniecie -20% na drugą, niedroższą sztukę w YES Club z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet.

 

kolczyki – Biżuteria YES

skórzana marynarka – Meotine z drugiej ręki

czarny golf – Ether Daily

dżinsy – Zara (stara kolekcja)

kowbojki – Vanda Nowak

kolczyki – Biżuteria YES

kurtka i dresy – 303 Avenue

torebka – Manu Atelier

wełniana chustka – MLE

buty – New Balance

kolczyki – Biżuteria YES

żakiet – MLE (prototyp sprzed kilku lat)

torebka – Bottega Veneta

buty – Magda Butrym

spodnie – MLE

 

*  *  *

 

Kampania MLE wiosna/lato 2026 – szyć w Polsce to wielka rzecz

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

 

  Mamy rok 2015. Podjeżdżamy z Asią pod małą szwalnię, gdzieś w okolicach Pruszcza Gdańskiego. Mamy przy sobie próbki bawełny i wzór odszyty przez zaprzyjaźnioną krawcową. Jest zimno i ciemno, gdzieś w oddali słychać szczekanie psa. Przez okno, w którym widać zapalone światło, macha do nas pani z kubkiem herbaty w dłoni. Na oko jest w wieku mojej mamy.

  Wchodzimy do środka, a że jest to nasza trzecia szwalnia tego dnia, szybko przechodzimy do rzeczy. Pytamy o koszt uszycia stu T-shirtów (zabójczej wtedy dla nas liczby).

– Spadły mi panie z nieba, bo właśnie straciłam kontrakt z dużą sieciówką i mam wolne moce przerobowe. Dam rabat, chociaż zamówienie nie jest zbyt duże.

  Dziesięć lat później większość podobnych do nas marek przeniosła już produkcję do krajów, w których szycie jest nieporównywalnie tańsze (a czasem też szybsze). Czy im się dziwię? W ogóle. Przez minioną dekadę wiele razy stawałyśmy przed na pozór prostym pytaniem: czy zacząć szyć poza Polską i w związku z tym zarabiać znacznie więcej? Czy nie skrócić sobie drogi? Czy nie warto podjąć tej jednej decyzji i zadbać o własny interes? W obecnym krajobrazie szycie w Polsce nie jest romantyczne. Prędzej podejrzane.  

  Produkcja jest wolniejsza. Najpierw musi powstać prototyp, a konstruktor odzieży to dziś rzadkość – jak zegarmistrz. Zawód krawcowej starzeje się szybciej niż społeczeństwo, młodzi nie przychodzą, szkoły zawodowe zamykają kierunki. Gdy dociera do nas pierwsze odszycie, ktoś musi je przymierzyć i ocenić, a potem odesłać z poprawkami. Ktoś musi przeszyć ramię. Skrócić nogawkę. Przesunąć szew o pół centymetra. W świecie „fast fashion” pół centymetra nie ma znaczenia, ale w szwalni u pani Joli w Łodzi – już tak.

  Potem czekamy na wolny termin. Różne szwalnie specjalizują się w różnych ubraniach. Gdzie indziej szyjemy marynarki, gdzie indziej sukienki. Produkujemy krótkie serie, które kosztują więcej. Świadomie wybieramy trudniejszą drogę, licząc na to, że nasze Klientki to docenią. Że wiedzą, czym różni się „uszyte w Polsce” od „zaprojektowane w Polsce”. Wiemy, że tak jest, bo przecież od lat nam ufają — i to pozwala nam wciąż tworzyć ubrania bez kompromisów.

  Za ubrania szyte w Polsce płacimy więcej niż za te, które przypłynęły w kontenerze — to prawda. Ale część tej ceny krąży potem tu, między nami. Z tego droższego swetra jest składka, podatek, VAT. A z nich są szkoły, w których uczą się nasze dzieci. Przedszkola, w których ktoś zapala światło o siódmej rano. Drogi, po których jedzie kurier z paczką. Szpital, do którego trafisz przypadkiem w środku nocy.

  Kiedy kupujemy ubranie wyprodukowane daleko stąd, pieniądz, wraz z dokończeniem przelewu, znika. Zasila czyjeś drogi. Czyjeś szkoły. Czyjąś opiekę zdrowotną. Czyjąś przyszłość. Wybór miejsca szycia to decyzja, komu finansujemy codzienność.

  W tegorocznej kampanii wiosna/lato kładłyśmy taki sam nacisk jak zawsze, by dać Wam piękne, ponadczasowe i jednocześnie modne ubrania, które przyniosą Wam radość za każdym razem, gdy będziecie je zakładać. Ale tym razem postanowiłyśmy też bardzo mocno zaznaczyć to, o czym chyba mówiłyśmy za cicho: szyć w Polsce to wielka rzecz.  

 

 

*  *  *

 

 

  Na kampanii pokazujemy Wam jak zwykle jakiś ułamek, główny nurt tego, co znajdziecie w naszej nowej kolekcji. Wełniane marynarki w jasnych kolorach, swetry, które będziecie chciały nosić też wiosną i wczesnym latem, sukienki podkreślające to, co lubimy w sobie najbardziej. No i dżins. Przetarłyśmy pierwsze szlaki i teraz jesteśmy już odważniejsze, jeśli chodzi o ten materiał. Kolekcja jest kompletna – to znaczy, że wszystkie ubrania pasują do siebie i razem tworzą harmonijny i radosny obraz.  

  Poniżej znajdziecie daty wejść poszczególnych projektów. Wiele z nich już dziś jest w sprzedaży, na pozostałe otwieramy listę oczekujących.   Dajcie mi znać, co spodobało Wam się najbardziej!

 

 

SESJĘ  ZREALIZOWALI:  

Fotograf: Jakub Pleśniarski

Asystenci fotografa: Szymon Olasa, Mateusz Skarby

Stylizacje: Alicja Werniewicz

Asystent stylistki: Nikodem Gargula

Makijaż: Katarzyna Korszla

Włosy: Patryk Nadolny

Scenografia: Piotr Piwowar 

 

Taliowana marynarka w prążek o zupełnie nowym fasonie wejdzie do sprzedaży 20.03, ale już teraz otworzyłyśmy listę oczekujących. Białe odpinane mankiety, które można nosić na przykład pod swetrem, wejdą do sprzedaży tego samego dnia. Z kolei biała wersja naszej spódnicy bombki, którą tak pokochałyście w czerni, pojawi się 27.02.  

"Kamienny trencz". Od kilku sezonów robiłyśmy testy idealnego koloru, który będzie rozświetlał każdą karnację, a nie ją gasił. Wyszło idealnie. Lista oczekujących już ruszyła, a trencz w sprzedaży pojawi się w kolejny piątek (27.02). Pssst… będzie też w długiej wersji. 

Dżinsowa kurtka i powrót naszych spodni, które w zeszłym sezonie wykupiłyście w kilka sekund, to chyba mój ulubiony duet tej kolekcji (chociaż nie zawsze będę nosiła te rzeczy razem). I tu niespodzianka: obydwa te modele właśnie dziś weszły do sprzedaży. 

Czy ten komplet przypomina mi o zeszłorocznej porażce? Oczywiście! Czy cieszę się, że mimo trudności udało mi się stworzyć te prążkowane sety? I to jak! Marynarki, szorty, sukienka – będzie w czym wybierać (lista oczekujących na marynarkę już ruszyła). 

Wiecie, że nie mamy sobie równych, jeśli chodzi o swetry. Dlatego musiałyśmy stworzyć też coś, co nada się na wiosnę i lato – ten golf to dla mnie idealny balans między komfortem, a odrobiną szaleństwa. Wypatrujcie go dwudziestego marca, albo już teraz zapiszcie się tutaj – dostaniecie mejla z powiadomieniem. Spódnica ze strukturalnego materiału weszła do sprzedaży właśnie dziś. 

Mam już w oczach te ciepłe wieczory… na pierwsze letnie wyjście na pewno włożę ten zestaw (a spódnicę będę też nosić do japonek i swetrów). Te produkty czekają już na Was na stronie (spódnica tutaj, a marynarka tutaj). 

Planuję w tej szarej wełnianej marynarce przechodzić całą wiosnę. Uważam, że to najbardziej uniwersalny fason, a melanżowa struktura materiału będzie świetnie podbijać moje proste, codzienne stylizacje. To jeden z produktów, które wypuszczamy właśnie w dniu premiery kampanii, czyli dziś! Tutaj macie linkTen sweter, w wersji brązowej, zbiera od Was same pozytywne recenzje, nic dziwnego bo w składzie ma aż 60% wełny merynosowej. Na wiosnę kupicie go w odcieniu ciepłej bieli. To produkt, który jest już dostępnyCzy znajdziecie u nas sukienki na letnie upały? Oczywiście, że tak. I to takie, które zdetronizują wszystkie inne, które macie w szafie. Wypatrujcie ich, gdy tylko zrobi się odrobinę cieplej. Szczerze dziękuję Wam za poświęcenie tych kilku chwil, aby zobaczyć efekty naszej pracy. Wiem, że uwaga i czas to dziś najcenniejsza waluta, dlatego jestem tu dziś dla Was i będę odpowiadać na pytania dotyczące kolekcji. Czekam na Wasze komentarze!

 

 

Jeden dzień w Pączko-vanie MLE

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

  Tego nie było w moim bingo na ten rok. Tłusty Czwartek nie jest świętem o wysokiej randze duchowej, ani momentem, w którym dochodzi do jakichś szczególnych wzruszeń (chyba, że do łez doprowadza nas naprawdę pyszny pączek), a mimo to, ja na długo zapamiętam ten słodki dzień.  

  Od dłuższego czasu chciałyśmy zrobić z Asią coś dla Was, coś co sprawi, że poczujecie się wyróżnione, ale wczoraj to my, dzięki Wam, unosiłyśmy się nad ziemią. Do teraz wspominamy wszystkie te chwilę, gdy podchodziłyście do nas i pokazywałyście, co macie na sobie z MLE, jak długo to nosicie, jak wiele komplementów słyszałyście na temat swoich ubrań i w ogóle jak fajnie, że mogłyśmy tego dnia spotkać się chociaż na chwilę. Było mi strasznie zimno, ale dzięki Wam moje serce naprawdę rozgrzało się do czerwoności. No i wydałyśmy wszystkie 200 pączków!

  Mam nadzieję, że to dopiero początek naszej gastronomicznej MLE-kariery i za rok wrócimy do Was w kilku miastach! 

Punkt godzina dziesiąta ruszyłyśmy. Udało się zgodnie z planem, chociaż jeszcze godzinę wcześniej nic tego nie zapowiadało ;). 

Moja dieta pudełkowa. 

Nasz pączko-van stanął koło butiku Moodstore, jedynym miejscu w Trójmieście, w którym można kupić rzeczy MLE stacjonarnie. 

Chociaż rekordowe opady śniegu sprawiły, że ledwo dotarłyśmy na czas, to chyba nie mogłyśmy sobie wymarzyć bardziej nastrojowej aury, prawda?

Chwila przerwy na ogrzanie w Moodstore i wracamy ze świeżutką porcją pączków.  I ostatnia godzina otwarcia naszej pączkarni. Jak coś zostanie, to zabieramy do domu!

Po dzisiejszym dniu wiem jedno: AI nie wygeneruje ciepła pączka w Twojej dłoni. A wyjście zza ekranu bywa czasem naprawdę fajną przygodą. Dziękujemy za Waszą obecność!

 

*  *  *

Tłusty czwartek – słodkie świętowanie z MLE i przepis na pączki

  Uznajmy, że skoro już ta tradycja istnieje i zdarza się tylko raz w roku, to trochę szkoda z niej nie skorzystać. Tłusty Czwartek — legenda głosi, że kto tego dnia nie sięgnie po choć jeden pączek, musi liczyć się z brakiem szczęścia przez resztę roku. Nie jestem przesądna, ale gdy stawka jest tak słodka, wolę nie igrać z losem.

  Zacznijmy od tego, że od dawna nie wdaję się w te głupie dyskusje o nadzieniach. Każdy (powtarzam: k a ż d y), kto zjadł w życiu tyle pączków co ja, wie doskonale, że najlepsze są te bez zbędnych dodatków w środku, delikatnie twarogowe, zwane przez niektórych „gdańskimi” (a przez innych: „powód, dla którego warto biegać w lutym”). Można je jeść jedną ręką — stojąc w kuchni, odprowadzając dzieci do przedszkola, biegnąc na spotkanie z księgową albo czekając na kolejke. I można ich zjeść dużo.

  Poniżej znajdziecie mój ukochany, dokładny przepis. Z podanych proporcji wychodzi między pięćdziesiąt a sześćdziesiąt małych pączków. Jeśli jednak jesteście z Trójmiasta lub okolic, nie zawracajcie sobie głowy smażeniem. Usmażymy je za Was. W Tłusty Czwartek włóżcie na siebie cokolwiek, co kupiłyście w MLE i przyjdźcie na Garnizon, a my poczęstujemy Was pączkami z naszego pączko-vana (butik Moodstore, ul. Norwida 6/u3, Gdańsk). Zaczynamy o 10:00 i kończymy o 18:00 — albo wcześniej, jeśli zapasy się skończą.

  Na koniec dodam tylko jedno: coraz więcej rzeczy wydarza się tylko w wirtualnym świecie. Tym bardziej warto korzystać z okazji, kiedy coś dzieje się naprawdę. Żaden algorytm nie wygeneruje uczucia ciepła na dłoni, w której trzyma się świeżego, pachnącego, jeszcze ciepłego pączka.  

Składniki:

 500 g twarogu  

4 żółtka

140g cukru  

1 laska wanilii

 100 g śmietany 18%

 2 czubate łyżeczki sody oczyszczonej

 470 g mąki pszennej

 

  A oto jak to zrobić:

1. Rozgnieść w misce twaróg, dodać żółtka, cukier oraz wnętrze laski wanilii. Śmietanę wymieszać z sodą i również dodać do miski z twarogiem. Wsypać mąkę i wymieszać wszystkie składniki.  

2. Wyłożyć masę na stolnicę i krótko zagnieść powstałe ciasto. Podzielić je i ulepić z nich kulki wielkości orzecha włoskiego. Do szerokiego, dużego garnka wlać olej i rozgrzać do 180 stopni. Partiami wkładać pączki, tak aby każdy miał odstęp.  

3. Smażyć na złoty kolor, po około 1,5 minuty z każdej strony. Wyłowić łyżką cedzakową i ułożyć na papierze aby wchłonął nadmiar tłuszczu. Posypać cukrem pudrem.