Czy Wy też tak macie każdej wiosny? – Marcowe Umilacze

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem PWN, Mumla, Topestetic i Aruelle. 

 

  Piąta rano. Budzi mnie sen – jeden z tych, które zostają w ciele jeszcze długo po otwarciu oczu. Przez chwilę leżę nieruchomo, z mocno zaciśniętymi powiekami, próbuję uspokoić oddech i przekonać samą siebie, że mogę jeszcze zasnąć. I wtedy słyszę coś, co wyrywa mnie ze świata zmartwień i lęków. Pierwszy raz w tym roku słyszę poranny śpiew ptaków. Świergoczą nieśmiało, a jednak wystarczająco wyraźnie, żeby coś się we mnie przestawiło. To był ten moment, kiedy wiosna przestała być datą w kalendarzu, a zaczęła być doświadczeniem.  

Każdej wiosny dopada mnie to samo wrażenie – jakbym była bohaterką filmu, a głos z hollywoodzkich trailerów podkładał codziennie rano zdania typu „Kasia przez lata była przekonana, że najważniejsza jest przewidywalność. Że jeśli wszystko będzie poukładane, życie stanie się prostsze. A jednak los zdecydował inaczej…” (a propos nieprzewidywalności, to ta nieoczekiwana pobudka o piątej sprawiła, że nie usłyszałam budzika o siódmej, a to faktycznie gwarantuję potem sceny, jak z filmu akcji).  

  Wiosną nagle zaczynam widzieć własne życie trochę z boku – jakby ktoś na chwilę podłożył pod nie muzykę i lepsze światło. Zmontował nieco ładniejszy i ciekawszy obraz. Tak lubię o tym myśleć: że radość z wiosny to kwestia odpowiedniej percepcji, a nie obiektywnych okoliczności. I dziś podsuwam Wam kilka takich wiosennych szablonów, które zawsze mi w tym „montażu rzeczywistości” pomagają. No to zaczynamy!

 

 

 1. Wiosna w mieszkaniu, którego nie mam siły remontować.

  Podobno za kilka dni wróci do nas zima. Póki trudno wytrzymać na zewnątrz bez rękawiczek, próbuję poczuć wiosnę we własnym wnętrzu. Jestem typem człowieka, który potrafi długo mówić o tym, co mu przeszkadza – i zaskakująco rzadko coś z tym robi. Dotyczy to też mieszkania, a dokładniej listy zmian, które „kiedyś” wprowadzę, gdy nadejdzie kolejny remont (czyli raczej nigdy, co zrozumie każdy, kto choć raz przeżył remont w kamienicy).

  Ale gdy nadchodzi wiosna, po prostu MUSZĘ coś zmienić. Próbuję chociaż zidentyfikować najbardziej irytujące mnie strefy i zrobić cokolwiek, aby nie wlepiać się w nie w ciągu dnia, z poczuciem, że kuchenka nie zmieni koloru z błękitnego na czarny, już zawsze będzie tu wisiał ten licznik, a wyglądając przez okno w kuchni, codziennie będą mnie witały kolorowe śmietniki sąsiadów. 

 

  Zazdrostki okazały się jednym z takich rozwiązań. Krótkie firanki montowane w połowie okna – coś między nostalgicznym detalem prosto z angielskiej wsi a całkiem praktycznym sposobem na dopuszczenie światła, zapewnienie prywatności i odcięcie się od widoku, który naprawdę nie wymagał ekspozycji. Bez wiercenia, cekolowania i szlifowania.

To widok przed zamontowaniem zazdrostek (nie widać na nim wyżej wspomnianych śmietników, ale uwierzcie mi, że kłuły mnie w oczy za każdym razem, gdy siadaliśmy do stołu. Zazdrostki wykonała dla mnie firma Kamena z Malborka. 

 

  Nie bez powodu Marcel Proust poświęcił tyle uwagi porankom i temu dziwnemu momentowi tuż po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy. Pisał o tym, jak ciało – dotyk pościeli, ciężar kołdry, światło wpadające przez okno – pomaga nam „wrócić” do rzeczywistości szybciej niż rozum i świadomość.  

  Jeśli więc od zawsze miałyście poczucie, że zmiana pościeli wyzwala w Was jakąś dziwną radość (a wiosną to już szczególnie), to wiedzcie, że wielcy francuscy pisarze mieli tak samo. Ja polecam tę od polskiej marki MUMLA. To od niej mam pościel, o którą pytacie najczęściej, a teraz dostałam jej nową wiosenną wersję. 

  Niebieskie kwiaty na pościeli, rysowane charakterystyczną kreską, to estetyka bliska tradycji "toile de Jouy", ale uproszczona, bardziej powściągliwa.  

 

Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce. Wykonano ją ze 100% bawełny o płóciennym splocie (ok. 130 g/m²). Naturalną cechą tkaniny są widoczne drobne łuski niebarwionej bawełny. Materiał posiada certyfikat Oeko-Tex Standard 100 (klasa I), co oznacza, że jest bezpieczny nawet dla niemowląt. Marka ma w swoim asortymencie wiele różnych produktów, które pozwolą stworzyć w domu wiosenny klimat. Z kodem KASIA10 otrzymacie 10% rabatu na całe zakupy. Kod obowiązuje do 31 marca (do końca dnia) i jest na wszystko z wyjątkiem kart podarunkowych i nie łączy się z innymi kodami.

 

  Toile de Jouy to jeden z tych wzorów, które wyglądają niewinnie – dopóki nie zacznie się czytać ich historii. Powstał w drugiej połowie XVIII wieku, kiedy przedsiębiorca Christophe-Philippe Oberkampf założył manufakturę w Jouy-en-Josas pod Paryżem. To był moment technologicznego przełomu: zamiast ręcznego malowania tkanin zaczęto stosować druk: najpierw drewnianymi blokami, później miedzianymi płytami, co pozwalało na znacznie bardziej szczegółowe, niemal graficzne wzory. Toile de Jouy nie było zwykłym ornamentem. To były całe opowieści nadrukowane na tkaninie. Sceny pasterskie, życie codzienne, egzotyczne krajobrazy inspirowane podróżami, a nawet wydarzenia polityczne.

  W pewnym sensie były to XVIII-wieczne „tapety z narracją” – coś pomiędzy sztuką a medium. Co ciekawe, wzór był na tyle popularny, że szybko stał się symbolem statusu – ale w dość przewrotny sposób. Z jednej strony był luksusowy i modny na dworach, z drugiej: dzięki technologii druku był bardziej dostępny niż hafty czy ręcznie tkane tkaniny. To była wczesna forma „demokratyzacji designu”.

 

 

 2. Tej wiosny zapach palonych ubrań będzie jakby mniej intensywny.

  Od 2026 roku Unia Europejska zakazuje niszczenia niesprzedanych ubrań – praktyki, która przez lata była jednym z najlepiej skrywanych „sekretów” branży odzieżowej. Szacuje się, że nawet 9% wszystkich tekstyliów nigdy nie trafia do klienta i jest po prostu utylizowane, generując emisje CO₂ porównywalne z roczną emisją całej Szwecji. To oznacza jedno: marki nie będą już mogły produkować „na zapas” i liczyć, że nadwyżkę po cichu spalą – będą musiały ją pokazać, policzyć i zagospodarować. Dla sieciówek to wielki koszt i prawdziwa rewolucja w zarządzaniu produkcją, ale dla niektórych polskich brandów to tak naprawdę dobra informacja – te, które do tej pory z własnej woli opierały się nadprodukcji nie będą musiały nic zmieniać :). 

 

Zarówno bluza (wybrałam rozmiar M) jak i szorty są od marki Aruelle. Z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na wszystko (kod nie łączy się z innymi promocjami i nie obejmuje kart rabatowych). Ważny jest przez tydzień. Standardowo nowe kolekcje przez dłuższy czas nie są objęte promocjami, więc warto skorzystać z tej opcji.

 

3. Pierwsze słońce. Pierwszy błąd.

 W marcu nadchodzi też zawsze ten moment, gdy z uczuciem błogości wystawiam twarz do słońca i po kilku sekundach zakrywam twarz rękami niczym wampir, bo przypominam sobie, że mój krem z filtrem do twarzy leży gdzieś na dnie szuflady i nie dość, że go dziś nie użyłam, to chyba w ogóle do użycia już się nie nadaje. Niech ten artykuł będzie więc dla Was życzliwą przypominajką, że warto wrócić do tego nawyku regularnej ochrony skóry, zwłaszcza gdy – tak jak w moim przypadku – z niewiadomego powodu zaczęłyście mieć z dnia na dzień skłonność do posłonecznych przebarwień. Ja gorąco polecam ten krem ochronny Physical Protectant Tinted SPF 45 Light To Medium ze sklepu Topestetic.

 

Ten krem z filtrem ma uniwersalne pigmenty, więc doskonale dostosowuje się do wielu odcieni karnacji (dostępny w 3 odcieniach). Dodatkowo rozświetla i wyrównuje kolory skóry oraz niweluje nadmierne błyszczenie. Marka Jan Marini zmieniła kolory opakowań i nazwę na Marini SkinSolutions, ale to te same kosmetyki i ten sam koloryzujący krem z filtrem, który znam i stosuję od lat (szczególnie w okresie wiosna-lato, bo rewelacyjnie zastępuje codzienny lekki makijaż oraz sprawdza się też jako baza pod makijaż). Nie raz kosmetyki Jan Marini polecałam Wam w moich wcześniejszych publikacjach (w szczególności właśnie ten SPF oraz ich witaminę C). 

 

3. Kiedy moda wygląda jak wiosenny obraz.  

  „Kwiaty? Na wiosnę? Ale odkrywczo.” – rzuca z lodowatym spokojem Miranda Priestly, grana przez Meryl Streep w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”. Jedna linijka, która przez lata zdążyła stać się modowym memem – i co roku wraca dokładnie wtedy, kiedy wszystko wokół zaczyna kwitnąć.

  No cóż, możemy udawać, że jesteśmy ponad to, ale wiosna i tak nas dopada. Nagle nawet najbardziej powściągliwe estetki zaczynają mięknąć. Szarości ustępują miejsca zieleni. Pojawia się potrzeba światła, lekkości, czegoś żywego. Kwiaty wracają – nie dlatego, że są odkrywcze, tylko dlatego, że są nieuniknione. Nawet najwięksi kreatorzy dostrzegają ich moc. Dowód? Wyobraź sobie pokaz mody, który wygląda jak wejście do obrazu. Tak właśnie było na ostatnim pokazie Diora. Scenografia nie przypominała klasycznego wybiegu – bardziej pejzaż wyjęty prosto z obrazów Moneta. Ci najwięksi wizjonerzy potrafią czerpać z dzieł mistrzów i redefiniować je na coś bardzo współczesnego. A więc brawa dla Jonathana Andersona. 

 

  W ostatnim czasie sztuka coraz częściej wychodzi poza galerie i muzea. Przestaje być czymś, co się „ogląda od święta”, a zaczyna działać w codzienności – w modzie, wnętrzach, obrazach, które wybieramy do życia. No i zaczyna być dla ludzi, a nie tylko dla hermetycznych środowisk.

  Takim pomostem między zwykłymi śmiertelnikami a wielkimi artystami są oczywiście książki i albumy. Ja polecam nowe (i naprawdę piękne) wydanie książki „Sztuka cenniejsza niż złoto” autorstwa Jana Białostockiego, która od lat uznawana jest za jedną z najważniejszych książek poświęconych historii sztuki. Pierwsze wydania powstawały w zupełnie innej rzeczywistości – w Polsce lat 60-tych i 70-tych, gdzie dostęp do światowej historii sztuki był ograniczony, a jednocześnie potrzeba jej rozumienia była ogromna. Białostocki pisał więc nie tylko jako badacz, ale też jako tłumacz między światami: zachodniej historii sztuki i polskiego czytelnika. 

Z kodem MLE25 otrzymacie 25% rabatu od ceny okładkowej na ofertę PWN – kod będzie dostępny do 30 kwietnia, więc możecie się chwilę zastanowić, które tytuły dodać jeszcze do koszyka.​ Poza "Sztuką cenniejszą niż złoto" polecam także "Dlaczego zebry nie mają wrzodów", "Człowiek, istota społeczna" czy "Dlaczego umieramy?". 

 

4. Filmy, do których wracam każdej wiosny.

  Mam ulubione filmy na każdą porę roku. Wracam do nich od lat, aby sprawdzić, czy dalej znaczą dla mnie to samo. Albo po prostu po to, aby było milej. Przedstawiam listę moich ulubionych wiosennych filmów. Znacie je wszystkie? 

  Według najnowszych raportów, m.in. tych publikowanych przez Pinterest czy WGSN, wyraźnie odchodzimy od wielkich życiowych resetów na rzecz małych, świadomych zmian, które realnie poprawiają samopoczucie. W ogóle mnie to nie dziwi. I nie chodzi tu o lenistwo, ale o szacunek do własnych zasobów – czasu, energii i uwagi. Świat przytłacza swoimi możliwościami, dlatego tej wiosny skupiam się na tym, co mogę poprawić tu i teraz. Chciałabym pamiętać o tym, że drobna zmiana jest lepsza niż największy projekt, który finalnie nie doszedł do skutku. Czy jest coś, co w szybki sposób wymaże mi z głowy chociaż jedną nieprzyjemną myśl i zastąpi ją spokojem? Kiełkują Wam w głowie takie pomysły? 

*  *  *

ZAPISKI O MODZIE I STYLU – gimnazjalistka w mojej głowie mówiła, że mam to zrobić

Wpis powstał we współpracy z marką L37. 

 

tshirt – Monki

skórzana kurtka – z drugiej ręki

satynowe spodnie – MLE

torebka – Bottega Veneta 

buty – L37 

 

Każdej wiosny odbywa się u mnie ten sam rytuał. Nie ogłasza go ani kalendarz, ani prognoza pogody, a już na pewno nie rozsądek. To czysty impuls wyznacza moment, kiedy zbieram się do wyjścia z domu i zamiast sięgnąć po sprawdzone ciepłe botki, sięgam po baleriny. I choć termometr uparcie pokazuje dwanaście stopni, a wiatr ma w sobie jeszcze coś z lutego, decyzja zapadła: dziś – na gołą stopę.

Pierwszy prawdziwy znak wiosny. Nie dlatego, że jest ciepło, ale dlatego, że chcemy, aby było.Czy pomyślę dziś przez chwilę: „mogłam jednak włożyć coś cieplejszego”? Być może. Ale już za późno. Zwyciężyła potrzeba, aby wyglądać tak, jak się czuję – lekko, swobodnie, wiosennie, niezależnie od okoliczności. 

A z kodem MLE20 otrzymacie 20% rabatu na kolekcję wiosna-lato 2026 w L37 (w tym na świetny model balerin, który widzicie dziś na zdjęciach. Kod nie łączy się z innymi promocjami i jest ważny do 29 marca do końca dnia. 

CHANEL jesień/zima 2026/27

  Gdy 12 grudnia 2024 roku Chanel ogłosiło, że jej nowym dyrektorem kreatywnym zostaje Matthieu Blazy, branża mody potraktowała tę decyzję jak jeden z najważniejszych ruchów personalnych ostatnich lat. Po odejściu Virginie Viard w czerwcu 2024 roku marka weszła bowiem w okres wyczekiwania, spekulacji i nerwowego sprawdzania, kto odważy się dotknąć świętości przy Rue Cambon.

  Krytycy mody szybko zauważyli, że Blazy wydaje się doskonale rozumieć paradoks, na którym Gabrielle Chanel zbudowała swoją legendę. Ubrania mają być jednocześnie funkcjonalne i zmysłowe. Powinny działać w codziennym życiu, ale jednocześnie pozwalać na transformację.

  „Chanel jest funkcją i fikcją. Dniem i nocą” – mówi Blazy i patrząc na najnowszą kolekcję na sezon jesień/zima 2026/27 ciężko się z tym nie zgodzić. Klasyczny tweedowy kostium Chanel stał się bardziej miękki, luźniejszy i mniej „muzealny”, jakby projektant chciał sprawdzić, co się stanie, gdy zdejmie z niego całą ceremonialną powagę. Całość kolekcji to prawdziwe balansowanie między zabawą, a szacunkiem do historii marki. Ciekawa jestem, czy według Was jest to udany eksperyment? 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Newby Teas i Wydawnictwem Literackim, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Luty w Sopocie bywa zwykle najspokojniejszym czasem w roku. Ale nie tym razem – niespotykane od lat mrozy i zamarznięta Zatoka Gdańska sprawiły, że wiele z nas, zamiast zapaść w zimowy sen, ochoczo korzystała z tej bajkowej aury.

   A jeśli chodzi o moje osobiste odczucia, to również nie zaliczyłabym minionego miesiąca do tych spokojnych i nudnych. Właściwie to nie pamiętam, kiedy ostatni raz działo się w moim życiu tak wiele. Zdecydowanie nie wszystko ujęłam na zdjęciach, ale myślę, że mimo tego, wyczujecie w tej dzisiejszej relacji dużo emocji. I chociaż dni mijały mi z prędkością światła i nie wszystko miałam pod kontrolą, to przecież doskonale wiem, tam głęboko w środku, że sama możliwość doświadczania i pokonywania codziennych trudności jest już absolutnie kosmicznym szczęściem.

  Świat pędzi w nieznanym kierunku i nie ogląda się na nas ani trochę. Nie sposób o tym nie myśleć. A jednak pamiętajmy, aby po wstrzymaniu oddechu, dalej robić swoje. Jeśli pewna niezmienność tego bloga daje Wam (złudne, bo złudne, ale jednak) poczucie stabilności, to jest nas więcej! Cieszę się, że tu wpadłyście i już nie przedłużam – zapraszam do mojego pamiętnika.

 

Co tam bałwan! Czas na prawdziwe iglo!Luty był pasmem nowych wyzwań. Na przykład, w związku z pączkową akcją, nasz zespół musiał z dnia na dzień przygotować projekt potykacza :).  1. Ach, co to była za zima! // 2. Ten przepis na pączki jest idealny i nawet nie trzeba wyciągać miksera z szafki. Nie musicie czekać do kolejnego Tłustego Czwartku, aby zrobić go jeszcze raz. Tu macie przepis. // 3. Kawa już jest. Czas na gorące mleko. // 4. Walentynki obchodziłam na reformerach – i dzięki temu odkryłam nowe super miejsce w Sopocie.  // Ja wiem, że ciągle gadam o pączkach, ale tegoroczny Tłusty Czwartek był po prostu najlepszy i nigdy go nie zapomnę! Jeszcze tylko rozwiesimy plakaty, rozstawimy potykacz, przygotujemy stanowisko z cukrem pudrem i nasza osobista mini-pączkarnia MLE rozpoczyna pracę! 1. Dieta pudełkowa. // 2. Bo gdy jesteś klientką MLE, to w Tłusty Czwartek nie czekasz w kolejce po gorące pączki. //A do tego padał piękny śnieg! 
Czy ktoś powiedział, że w Sopocie jest minus dziewięć, a my mamy sesję w wielkim hangarze?– Co Ci się dziś śniło?

– Miałam straszny koszmar…
Lutowego szaleństwa ciąg dalszy. Nasze kurtki nie przestały jeszcze pachnieć pączkami, a my już wciągnęłyśmy się w kolejny marketingowy projekt – kampanię MLE na sezon wiosna/lato. Staram się do większości rzeczy w życiu podchodzić na luzie i ze świadomością, że dopóki moi najbliżsi są względnie zdrowi i bezpieczni, to niewiele więcej powinnam oczekiwać. Ale uwierzcie mi, że w przeddzień takiej kampanii, gdy wydajesz mnóstwo pieniędzy na sesję zdjęciową, nie mając żadnej gwarancji, że ona wyjdzie (a to od niej będzie zależał Twój biznes przez następnych kilka miesięcy) to naprawdę emocje sięgają zenitu. 

Chyba pod spodem są moje klucze.  

Ten jeden czarny sweter, do którego nie jesteś przekonana, a potem chodzisz w nim non stop. 

Gdy chcesz być mamą na pełen etat, prowadzić dwie firmy, masz problem z tym, żeby robić rzeczy byle jak i znów dałaś się namówić na udział w sesji zdjęciowej, to znaczy, że na osiem godzin przed wyjazdem jednocześnie gotujesz kolację, robisz paznokcie, wyskubujesz slajma z dywanu i oglądasz olimpiadę. Żadnej z tych rzeczy nie robisz porządnie, ale przynajmniej masz poczucie, że nie marnujesz czasu.

Ach i jeszcze jedna rzecz, dzięki której stojąc następnego dnia przed mega zdolnym fotografem, zyskałam odrobinę więcej pewności siebie. Opalenizna od Azure Tan. 

Mamy 21:20, ja nadal niespakowana, a rano ruszamy punkt 04:00, więc podejmuję (męską?) decyzję, że jednak nie robię peelingu, choć powinnam, ale strasznie mi się nie chce. Gdybym jednak chciała wykonać idealną procedurę opalania, to na pewno użyłabym właśnie tego zestawu. Ale za to zrobiłam inny "myk" zgapiony z Instagrama. 

Mój niezbędnik za każdym razem, gdy w lutym muszę udawać, że jest lato. Organic Coconut „medium to dark” – pianka samoopalająca (do cieniowania potrzebny jest kosmetyk, który nadaje kolor, inaczej łatwo o krzywe rozprowadzenie). Tan Free Firm & Hydrate – nawilżające masło do ciała (użyte do zabezpieczenia miejsc bardziej podatnych na działanie samoopalacza). Streak Free Tan – rękawica do aplikacji samoopalaczy.  
Kod rabatowy MLE30 daje 30% rabatu na wszystkie produkty Azure Tan z wyłączeniem zestawów (można oddzielnie dodać do koszyka każdy produkt z zestawu i wtedy rabat będzie korzystniejszy niż w zestawie).  

1. Tak to jest. Najpierw śmiejesz się z tych dziewczyn, co cieniują twarz samoopalaczem, a potem sama to robisz. Widziałam taki zabieg na kilku rolkach. Trochę się bałam, ale wyszło całkiem dobrze! Czasem Instagram nie kłamie. // 2. "Kasia, jak ty sfotografujesz samoopalacz, to naprawdę… //Voila! Efekt za kilka godzin! Tutaj możecie zobaczyć filmik z cieniowania. Jeszcze szybka rozmowa z Asią, abyśmy jasno określiły to, co nam jutro nie wyjdzie.  I w drogę! My myślami jesteśmy już z letnią kolekcją, ale widoki do Warszawy raczej polarne… Jesteśmy już z Asią w oku cyklonu. Już niczego nie zmieniamy, nie nadgonimy, nie przywieziemy. Musimy zaufać fotografowi (a ten jest naprawdę nie byle jaki i do dziś ciężko mi uwierzyć, że bierze udział w tym projekcie) i niczym Elsa powiedzieć sobie "let it goooooł".1. Stylistka, Alicja Werniewicz, przygotowała na sesję wiele par butów. Zgadniecie, którą z nich postanowiłam sobie zostawić? // 2 i 3. A teraz wjeżdża nowa scenografia. Pierwszy raz robimy sesję na taką skalę. // 4. Czy ktoś przypadkiem nie mówił, że "chmurna biel" będzie kolorem roku 2026? // 
Przysięgam, że to jest najbardziej "cool" zestaw, jaki miałam na sobie od ostatnich dziesięciu lat. Aż mam ochotę zapytać co to za marka ;). Kurtkę i dżinsy znajdziecie już teraz w sprzedaży. Bo szycie w Polsce, to naprawdę WIELKA rzecz. ;) Ta sukienka pojawi się w MLE już jutro (06.03). 
A to wykrój naszej idealnej marynarki. 
Całą kampanię i kilka moich słów o marce znajdziecie w tym wpisieUwielbiam podróże, ale zdecydowanie nie lubię tego, jak mój organizm reaguje na zmianę jedzenia. Będąc daleko, zawsze tęsknię za swoją lodówką, gdzie czekają na mnie rosołki w słoikach, warzywa i kasze. Tutaj widzicie makaron z cukinią, jarmużem i pietruszką. I kto niby twierdzi, że zima nie jest kolorowa? 
Dżinsowa paczuszka od Chanel. Tutaj możecie zobaczyć, co było w środku. Dzień dobry Poznań! Wiecie co się właśnie wydarzyło?MLE wyruszyło na podbój Poznania! Wpadnijcie do UMI – najpierw można przymierzyć, potem się zastanowić, a na końcu i tak jeszcze raz przeliczyć – po poznańsku. ;) 
1. Może coś takiego w Trójmieście zmotywowałoby mnie do biegania? (A może nie.) // 2. Ja jestem nadal zakochana w tym swetrze.  // 

Najpierw szneka z glancem, potem spacer po fyrtlu, a na końcu wpadnijcie do UMI obczaić MLE. Ja wybieram z domowej kawiarki. A Wy?
A teraz zapiszcie sobie ten adres: UMI ul. Jackowskiego 24/U3, 60-511 Poznań.

Godziny otwarcia: 

wtorek – piątek: 11:00 – 18:00 

sobota – niedziela: 10:00 – 16:00 
Zdążyłam wybrać się jeszcze do kilku miejsc w Poznaniu. Czy tutejsi rozpoznają tę knajpę?Pierwszy dzień w tym roku bez puchowej kurtki!"Masło" znajduje się tuż koło UMI. Poznań wydaje się być naprawdę super miejscem do życia. Cieszę się, że teraz MLE jest bliżej jego mieszkańców :). 
Powrót do domu i obowiązki, które mnie nie ominą, nawet jeśli w ostatnich tygodniach czułam się, jakbym była na szczycie świata. Czyszczenie pędzli po malowaniu łowczyni demonów, umawianie wizyt lekarskich, przedszkolne wyzwania, małe awanturki o zjedzone żelki i cała masa wyzwań, które z perspektywy zawodowych sukcesów, mogą wydawać się błahe, a tak naprawdę, są najważniejsze na świecie. Ostatnie podrygi Zimy. Powiem to szeptem, żeby nikogo nie zezłościć – będę za Tobą tęsknić, wróć do nas jeszcze kiedyś z tym swoim białym, miękkim, śnieżnym płaszczem. Każdy, kto żyje dziś w miejscu, w którym można bezpiecznie wyjść na spacer po parku, jest wielkim szczęściarzem. Wystawa w Pałacu Opatów, czyli idealny plan na niedzielne popołudnie.  1. Hockney w Gdańsku. :)) // 2. Odwiedzajmy wystawy w naszych miastach! Nie czekajmy na podróże do zachodnich stolic! // W Pałacu Opatów zobaczycie też teraz kilka dzieł Olgi Boznańskiej – jednej z najważniejszych przedstawicielek polskiego modernizmu i sztuki portretu. Wystawę możecie zobaczyć do 29 marca (a jeśli zajrzycie tam we wtorki, to tego dnia wystawa jest za darmo). Więcej informacji znajdziecie tutaj1. Performens młodych artystek pod tytułem "Mamo, ale dlaczego nie możemy tutaj jeździć na hulajnodze?". // 2. Minecraft Art.Ten był super!
Przedwiośnie, jak się patrzy. Typowe zagranie upadającej marki ;). Zaglądaliście już na dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą stronę marcowego wydania Vogue? W roli głównej nasza kultowa kurtka Tilburg (mamy ją w dwóch długościach). "Love story", o którym pisałam w tym miesiącu. Serial jest infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, co oczywiście nie przeszkadza mi czekać na każdy odcinek w takim samym napięciu, jak w czasach, gdy na Polsacie leciał "Zbuntowany anioł". Po zimie stulecia kończę luty na rowerze. 

1. Czy fenomen Carolyn Bessette przeminie wraz z wiosną? Zobaczymy. // 2. Pędzę w stronę wiosny i czternastu stopni w weekend! // 

Ciężko uznać, że na zewnątrz robi się zielono (chociaż chodziłyśmy już po ogrodzie z prawdziwą lupą w poszukiwaniu pierwszych tulipanów), ale ja w mojej kuchni czuję już pierwsze zwiastuny wiosny. Jednym z nich jest z pewnością przesyłka z zielonymi (a jak!) herbatami od Newby Teas. I to jest sygnał specjalnie dla tych z Was, którym przez zimę nadszarpnięto herbaciane zapasy.Herbata jest zdrowa, pod warunkiem, że wybieramy tę dobrej jakości. Mam dla Was niespodziankę od marki Newby Teas – z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na całe zamówienie (z kodu możecie korzystać do 17 marca).  Możecie więc śmiało robić zapasy! Od razu polecam Wam również ten zestaw z czarnymi herbatami i ten z owocowo-ziołowymi smakami. Moje nagłe zainteresowanie zieloną herbatą wynika też z pewnych planów, które mam nadzieję spełnią się jeszcze w tym roku. Kto wie? Może uda mi się spróbować prażonej hojichy? Newby Teas od lat dba o moje herbaciane zapasy. Czy chowam właśnie ulubione smaki przed koleżankami? ;)"Hau hau to stary japoński przepis na kluski, wiem jak go przygotować". Tak przynajmniej Portos powiedział mi na ucho zaraz po tym, jak próbował wskoczyć na kuchenny blat. 
Nawet jeśli azjatyckie klimaty zupełnie Wam do bloga nie pasują, to obawiam się, że w najbliższych miesiącach może wkraść się tu kilka dalekowschodnich akcentów – przewodników, dań, sztuki, a może nawet mody? Zobaczymy! A w tym tygodniu zainspirowałam się daniem od "Rozkosznego" (znajdziecie go tutaj). Właściwie to po prostu go odtworzyłam, dodałam od siebie jedynie pastę tahini, szczypiorek i więcej ogórka. 

Składniki:
(dla dwóch osób)
 
2 łyżki masła orzechowego 
2 łyżki sosu sojowego 
1 łyżka octu ryżowego 
1 łyżka miodu 
1 łyżka oleju sezamowego 
szczypta płatków chilli 
1 łyżka tahini 
300 g makaronu (ja wybrałam makaron udon)
ogórek
kolendra 
szczypiorek 

Sposób przygotowania:

W głębokim talerzu dokładnie wymieszałam masło orzechowe, sos sojowy, ocet ryżowy, miód i tahini. Następnie w garnku zagotowałam wrzątek i wrzuciłam do niego na 3 minuty świeży makaron udon. Po trzech minutach dodałam makaron do miski z powstałym sosem. Szybko pokroiłam ogórka na kawałki, dodałam kolendrę oraz szczypiorek. Na koniec wymieszałam olej sezamowy z płatkami chilli i dodałam do makaronu. Bardzo proste, bardzo szybkie, bardzo smaczne. Rozkoszny dodał jeszcze tofu, ale ja pominęłam ten krok i dodałam więcej zielonych dodatków. 

Gdy robisz porcję dla dwojga, ale jednak wszystko zjadasz sama.  Niezbity dowód na to, że nie tylko książki kucharskie mogą nas zainspirować do gotowania. "Kuchnia" japońskiej autorki Banany Yoshimoto jest właśnie jedną z tych opowieści, które pomagają odnaleźć rytm i radość w zwykłych czynnościach. Najbardziej porusza sposób, w jaki Yoshimoto opisuje codzienność. Kuchnia, lodówka brzęcząca w środku nocy, proste posiłki — te drobne elementy stają się dla bohaterów czymś w rodzaju kotwicy, która pozwala przetrwać moment, kiedy życie nagle się rozpada. 

W czasach, gdy marnujemy mnóstwo czasu na skrolowanie, bezmyślne oglądanie cudzego życia i szybkie przyjemności, ta historia daje nam kopa, aby wrócić do konstruktywnych czynności. I odnaleźć w nich na nowo spokój.Spróbujcie a potem mi podziękujcie! Z tym makaronem wszyscy jakoś dotrwamy do pierwszej świeżej fasolki szparagowej! :)

Pierwsze dni marca pokazały mi bardzo wyraźnie jedną rzecz… że czas umyć okna! Żartuję! ;) Dziękuję za Waszą uwagę i odwiedziny – mam nadzieję, że w te cieplejsze dni też znajdziecie czas, aby tu zajrzeć, bo bez Was ten blog nie miałby najmniejszego sensu :*. 

 

*  *  *

Zapiski o modzie i stylu – świat oszalał na punkcie Carolyn Bessette. Czy słusznie?

Wpis zawiera lokowanie marki YES. 

 

  Jest w tej opowieści coś z akt sprawy, której nikt nigdy nie zamknął. Zbyt wiele spojrzeń, zbyt wiele wersji wydarzeń, zbyt wiele powierzchownych ocen.

  Historia miłości Carolyn Bessette i Johna F. Kennedy Juniora stała się na nowo tematem dyskusji, tym razem przemielonej także przez Instagram i TikToka, a nie tylko brukową amerykańską prasę, tak jak to miało miejsce trzydzieści lat temu. Wszystko przez serial „Love story”, który można obejrzeć na Disney+.

  Czy czekam co piątek na kolejny odcinek? Być może, chociaż ten serial ma w sobie coś z rekonstrukcji miejsca zbrodni robionej pod turystów. Momentami jest irytujący, infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, ale jedno trzeba mu oddać: pod względem estetycznym rozbudza ciekawość tamtej epoki w modzie, skłania do ponownego przyjrzenia się proporcjom, materiałom czy własnym ubraniom. Nawet jeśli opowieść bywa przerysowana, to wizualnie otwiera drzwi do świata, który wielu chciałoby dziś na nowo zrozumieć.

  Można nie lubić Kennedych. Można mieć mieszane uczucia wobec mitu „amerykańskiej dynastii”. Można czuć zmęczenie estetyzacją tragedii. Ale trudno uciec od faktu, że styl Carolyn Bessette-Kennedy jest jednym z najlepszych przykładów wyrazistego minimalizmu w modzie końca XX wieku — minimalizmu, który wymagał umiejętności rezygnacji. Co do tego, że Carolyn mogła mieć wszystkie ubrania świata nikt nie ma wątpliwości. A mimo tego, konsekwentnie stawiała na umiar (na Pintereście można zobaczyć mnóstwo jej archiwalnych zdjęć). 

  Dziś modowe portale internetowe chętnie robią listy rzeczy do kupienia, zestawy do odtworzenia, „7 looków” i „kapsułę” — wszystko w stylu wybranki Kennedy'ego Juniora. Tymczasem, mam wrażenie, że zupełnie nie chodzi tu o dodawanie do naszej garderoby nowych rzeczy, a raczej o konsekwentną selekcję tego, co już mamy. Ograniczona paleta barw, powtarzalność, wyraziste formy – jej styl opierał się na zasadach, które nie podlegają sezonowości.

  Przy okazji współpracy z marką YES postanowiłam stworzyć trzy zestawy, które miały w delikatny sposób nawiązywać do jej stylu, wykorzystując ubrania, które już mam. Myślałam, że wyjdzie mało wyraziście i nudno, ale… no właśnie, czy „mniej” faktycznie znaczy „więcej”? Na zdjęcia widzicie moje trzy ulubione modele kolczyków od YES, a teraz dostaniecie -20% na drugą, niedroższą sztukę w YES Club z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet.

 

kolczyki – Biżuteria YES

skórzana marynarka – Meotine z drugiej ręki

czarny golf – Ether Daily

dżinsy – Zara (stara kolekcja)

kowbojki – Vanda Nowak

kolczyki – Biżuteria YES

kurtka i dresy – 303 Avenue

torebka – Manu Atelier

wełniana chustka – MLE

buty – New Balance

kolczyki – Biżuteria YES

żakiet – MLE (prototyp sprzed kilku lat)

torebka – Bottega Veneta

buty – Magda Butrym

spodnie – MLE

 

*  *  *

 

Kampania MLE wiosna/lato 2026 – szyć w Polsce to wielka rzecz

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

 

  Mamy rok 2015. Podjeżdżamy z Asią pod małą szwalnię, gdzieś w okolicach Pruszcza Gdańskiego. Mamy przy sobie próbki bawełny i wzór odszyty przez zaprzyjaźnioną krawcową. Jest zimno i ciemno, gdzieś w oddali słychać szczekanie psa. Przez okno, w którym widać zapalone światło, macha do nas pani z kubkiem herbaty w dłoni. Na oko jest w wieku mojej mamy.

  Wchodzimy do środka, a że jest to nasza trzecia szwalnia tego dnia, szybko przechodzimy do rzeczy. Pytamy o koszt uszycia stu T-shirtów (zabójczej wtedy dla nas liczby).

– Spadły mi panie z nieba, bo właśnie straciłam kontrakt z dużą sieciówką i mam wolne moce przerobowe. Dam rabat, chociaż zamówienie nie jest zbyt duże.

  Dziesięć lat później większość podobnych do nas marek przeniosła już produkcję do krajów, w których szycie jest nieporównywalnie tańsze (a czasem też szybsze). Czy im się dziwię? W ogóle. Przez minioną dekadę wiele razy stawałyśmy przed na pozór prostym pytaniem: czy zacząć szyć poza Polską i w związku z tym zarabiać znacznie więcej? Czy nie skrócić sobie drogi? Czy nie warto podjąć tej jednej decyzji i zadbać o własny interes? W obecnym krajobrazie szycie w Polsce nie jest romantyczne. Prędzej podejrzane.  

  Produkcja jest wolniejsza. Najpierw musi powstać prototyp, a konstruktor odzieży to dziś rzadkość – jak zegarmistrz. Zawód krawcowej starzeje się szybciej niż społeczeństwo, młodzi nie przychodzą, szkoły zawodowe zamykają kierunki. Gdy dociera do nas pierwsze odszycie, ktoś musi je przymierzyć i ocenić, a potem odesłać z poprawkami. Ktoś musi przeszyć ramię. Skrócić nogawkę. Przesunąć szew o pół centymetra. W świecie „fast fashion” pół centymetra nie ma znaczenia, ale w szwalni u pani Joli w Łodzi – już tak.

  Potem czekamy na wolny termin. Różne szwalnie specjalizują się w różnych ubraniach. Gdzie indziej szyjemy marynarki, gdzie indziej sukienki. Produkujemy krótkie serie, które kosztują więcej. Świadomie wybieramy trudniejszą drogę, licząc na to, że nasze Klientki to docenią. Że wiedzą, czym różni się „uszyte w Polsce” od „zaprojektowane w Polsce”. Wiemy, że tak jest, bo przecież od lat nam ufają — i to pozwala nam wciąż tworzyć ubrania bez kompromisów.

  Za ubrania szyte w Polsce płacimy więcej niż za te, które przypłynęły w kontenerze — to prawda. Ale część tej ceny krąży potem tu, między nami. Z tego droższego swetra jest składka, podatek, VAT. A z nich są szkoły, w których uczą się nasze dzieci. Przedszkola, w których ktoś zapala światło o siódmej rano. Drogi, po których jedzie kurier z paczką. Szpital, do którego trafisz przypadkiem w środku nocy.

  Kiedy kupujemy ubranie wyprodukowane daleko stąd, pieniądz, wraz z dokończeniem przelewu, znika. Zasila czyjeś drogi. Czyjeś szkoły. Czyjąś opiekę zdrowotną. Czyjąś przyszłość. Wybór miejsca szycia to decyzja, komu finansujemy codzienność.

  W tegorocznej kampanii wiosna/lato kładłyśmy taki sam nacisk jak zawsze, by dać Wam piękne, ponadczasowe i jednocześnie modne ubrania, które przyniosą Wam radość za każdym razem, gdy będziecie je zakładać. Ale tym razem postanowiłyśmy też bardzo mocno zaznaczyć to, o czym chyba mówiłyśmy za cicho: szyć w Polsce to wielka rzecz.  

 

 

*  *  *

 

 

  Na kampanii pokazujemy Wam jak zwykle jakiś ułamek, główny nurt tego, co znajdziecie w naszej nowej kolekcji. Wełniane marynarki w jasnych kolorach, swetry, które będziecie chciały nosić też wiosną i wczesnym latem, sukienki podkreślające to, co lubimy w sobie najbardziej. No i dżins. Przetarłyśmy pierwsze szlaki i teraz jesteśmy już odważniejsze, jeśli chodzi o ten materiał. Kolekcja jest kompletna – to znaczy, że wszystkie ubrania pasują do siebie i razem tworzą harmonijny i radosny obraz.  

  Poniżej znajdziecie daty wejść poszczególnych projektów. Wiele z nich już dziś jest w sprzedaży, na pozostałe otwieramy listę oczekujących.   Dajcie mi znać, co spodobało Wam się najbardziej!

 

 

SESJĘ  ZREALIZOWALI:  

Fotograf: Jakub Pleśniarski

Asystenci fotografa: Szymon Olasa, Mateusz Skarby

Stylizacje: Alicja Werniewicz

Asystent stylistki: Nikodem Gargula

Makijaż: Katarzyna Korszla

Włosy: Patryk Nadolny

Scenografia: Piotr Piwowar 

 

Taliowana marynarka w prążek o zupełnie nowym fasonie wejdzie do sprzedaży 20.03, ale już teraz otworzyłyśmy listę oczekujących. Białe odpinane mankiety, które można nosić na przykład pod swetrem, wejdą do sprzedaży tego samego dnia. Z kolei biała wersja naszej spódnicy bombki, którą tak pokochałyście w czerni, pojawi się 27.02.  

"Kamienny trencz". Od kilku sezonów robiłyśmy testy idealnego koloru, który będzie rozświetlał każdą karnację, a nie ją gasił. Wyszło idealnie. Lista oczekujących już ruszyła, a trencz w sprzedaży pojawi się w kolejny piątek (27.02). Pssst… będzie też w długiej wersji. 

Dżinsowa kurtka i powrót naszych spodni, które w zeszłym sezonie wykupiłyście w kilka sekund, to chyba mój ulubiony duet tej kolekcji (chociaż nie zawsze będę nosiła te rzeczy razem). I tu niespodzianka: obydwa te modele właśnie dziś weszły do sprzedaży. 

Czy ten komplet przypomina mi o zeszłorocznej porażce? Oczywiście! Czy cieszę się, że mimo trudności udało mi się stworzyć te prążkowane sety? I to jak! Marynarki, szorty, sukienka – będzie w czym wybierać (lista oczekujących na marynarkę już ruszyła). 

Wiecie, że nie mamy sobie równych, jeśli chodzi o swetry. Dlatego musiałyśmy stworzyć też coś, co nada się na wiosnę i lato – ten golf to dla mnie idealny balans między komfortem, a odrobiną szaleństwa. Wypatrujcie go dwudziestego marca, albo już teraz zapiszcie się tutaj – dostaniecie mejla z powiadomieniem. Spódnica ze strukturalnego materiału weszła do sprzedaży właśnie dziś. 

Mam już w oczach te ciepłe wieczory… na pierwsze letnie wyjście na pewno włożę ten zestaw (a spódnicę będę też nosić do japonek i swetrów). Te produkty czekają już na Was na stronie (spódnica tutaj, a marynarka tutaj). 

Planuję w tej szarej wełnianej marynarce przechodzić całą wiosnę. Uważam, że to najbardziej uniwersalny fason, a melanżowa struktura materiału będzie świetnie podbijać moje proste, codzienne stylizacje. To jeden z produktów, które wypuszczamy właśnie w dniu premiery kampanii, czyli dziś! Tutaj macie linkTen sweter, w wersji brązowej, zbiera od Was same pozytywne recenzje, nic dziwnego bo w składzie ma aż 60% wełny merynosowej. Na wiosnę kupicie go w odcieniu ciepłej bieli. To produkt, który jest już dostępnyCzy znajdziecie u nas sukienki na letnie upały? Oczywiście, że tak. I to takie, które zdetronizują wszystkie inne, które macie w szafie. Wypatrujcie ich, gdy tylko zrobi się odrobinę cieplej. Szczerze dziękuję Wam za poświęcenie tych kilku chwil, aby zobaczyć efekty naszej pracy. Wiem, że uwaga i czas to dziś najcenniejsza waluta, dlatego jestem tu dziś dla Was i będę odpowiadać na pytania dotyczące kolekcji. Czekam na Wasze komentarze!