If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Znacie te dziwne kosmetyki? I czy w pielęgnacji warto korzystać z nowych rzeczy?

   Ryzyko i uroda to dwie zmienne, które od setek lat przenikały się nawzajem. W czasach wiktoriańskich kobiety by uzyskać idealną biel skóry, kąpały się w niszczącym czerwone krwinki arszeniku, który sprawiał, że cera była dosłownie przezroczysta. Stosowano też krople z wilczej jagody, aby uzyskać efekt rozszerzonych źrenic (ich długie stosowanie groziło ślepotą). Gdy czytam jednak o tym, jak wieki temu kobiety poddawały się przedziwnym i niebezpiecznym zabiegom, to zamiast szoku nachodzi mnie refleksja, czy aby na pewno tak wiele od tego czasu się zmieniło.

    Podobnym wyrazem desperacji jest chyba operowanie piersi i nosa (czasem za jednym razem) bez medycznych wskazań, czy przeszczepianie tłuszczu z brzucha na twarz. Bardziej popularne zabiegi jak traktowanie laserem okolic bikini czy wstrzykiwanie toksyny botulinowej w czoło też w sumie nie brzmi najlepiej. Być może za sto, dwieście lat, opisy dzisiejszych zabiegów poprawiających urodę też będą jeżyły włosy na głowie.

   Po dłuższej refleksji stwierdzam jednak, że zmieniło się sporo. Kultura piękna ma bardzo długą historię, ale dopiero od krótkiego czasu została ujęta w prawne ramy. Dziś nikt nie sprzeda nam już eliksiru z rtęcią na przebarwienia (nawet jeśli jego skuteczność była ogromna), a przed wprowadzeniem kosmetyku do obrotu, każdy producent musi spełnić szereg wymogów.  To taki plus wynikający z członkostwa w Unii Europejskiej – niezależnie od poglądów politycznych trzeba podkreślić, że międzynarodowe traktaty wymuszają określone normy. Prawo dotyczące kosmetyków jest identyczne we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) z dnia 30 listopada 2009 roku oprócz bezpieczeństwa kosmetyków reguluje również skład, oznakowanie, warunki produkcji i obrotu, dokumentację i sposób nadzorowania rynku przez władze. Co szczególnie istotne każda deklaracja marketingowa musi mieć swoje odzwierciedlenie w odpowiedniej dokumentacji. To oznacza, że sformułowania typu „skóra jędrniejsza o 20%” muszą być potwierdzone badaniami klinicznymi.

    Ten wstęp miał więc Was na początku trochę przestraszyć, a później uspokoić, bo oczywiście warto korzystać z nowych kosmetycznych rozwiązań i to z kilku powodów. Pierwszym, który od razu nasuwa się na myśl jest czynnik ekologiczny – jeszcze parę lat temu zupełnie bagatelizowany przez firmy kosmetyczne. Skuteczność to kolejna zaleta kosmetyków nowej generacji. Do tego dochodzi również dopasowanie do indywidualnych potrzeb klienta, estetyka opakowań, łatwość w stosowaniu. Poniższe przykłady stanowią zapewne tylko procent rynkowych nowości, które warto poznać, ale niestety moja szafka w łazience ma określone wymiary, więc ograniczam się do pokazania tych sześciu produktów.  

1. Filtry w codziennym życiu.  

Musiałabym zastosować jakieś bardzo wyrafinowane techniki wyparcia, aby mając 32 lata wciąż negować zasadność stosowania wysokich filtrów. Wielokrotnie podawałam już ten przykład (chociaż naprawdę nie lubię być złośliwa), ale po moich koleżankach naprawdę bardzo wyraźnie widać, kto korzystał ze słońca bez umiaru. I nie mówię tu nawet o przebarwieniach czy poważnych problemach zdrowotnych (których powinniśmy się przecież obawiać) ale o pomarszczonej, przesuszonej, po prostu zniszczonej skórze, która już nigdy nie odzyska delikatności. Jeśli więc idę się opalać to twarz zawsze osłaniam lub stosuję wysokie filtry. Ale takie momenty w ciągu roku zdarzają się rzadko (a w te wakacje będą pewnie jeszcze rzadsze niż kiedyś) i stanowiąc może 25 procent sytuacji, w których nakładam na twarz ochronne kosmetyki. Często używam kremów, które posiadają aktywne składniki (na przykład retinol) i tym samym powinny być używane wraz z ochroną przeciwsłoneczną. Korzystam też z zabiegów dermapen, po których trzeba bezwzględnie używać blokerów nawet przez miesiąc. Mam więc spore doświadczenie w używaniu kosmetyków ochronnych, które mają służyć nam w codziennym życiu, a nie tylko na wakacjach. Jeśli szukacie standardowego kremu do twarzy z filtrem to polecam ten. Świetnie się wchłania, nie zostawia filmu, dobrze zachowuje się pod makijażem i nie jest po prostu zwykłym kremem z filtrem – niweluje przebarwienia i wspomaga regenerację skóry. Doskonale jednak rozumiem te z Was, które mają swój ukochany krem na dzień (bez filtra) i nie chcą z niego rezygnować. Po ostatnim zabiegu dermapen testowałam Colorescience Sunforgettable Brush-On Sunscreen ze sklepu Topestetic.pl, czyli lekki w 100% mineralny puder, który zapewnia niedrażniącą i natychmiastową ochronę przed promieniowaniem UVA PA ++++ i UVB SPF 50, a także światłem niebieskim (HEV), promieniowaniem podczerwonym oraz zanieczyszczeniami. Można go bezpiecznie nałożyć na makijaż – więc sprawdza się idealnie do reaplikacji ochrony przeciwsłonecznej w ciągu dnia (ma on samo-dozujący się pędzel) albo jako wykończenie podkładu – pozostawia on matową skórę, bez mocnego krycia.

Filtr w pudrze od Colorescience, o którym wspominałam w tekście. Kupiłam go w tym samym sklepie internetowym, co krem który pokazywałam Wam w tym wpisie. Lada dzień kończę tę kurację i była to na pewno najbardziej skuteczna domowa kuracja dla skóry, jaką robiłam (to nie taki zwykły krem, warto przeczytać sposób jego używania). Wszystkie profesjonalne kosmetyki kupuję w  Topestetic.pl – przy takich zakupach warto sprawdzić, który produkt będzie skuteczny i jak bezpiecznie go stosować, a w tym sklepie możecie skorzystać z bezpłatnej porady kosmetologa, który pomoże Wam uporządkować aktualną pielęgnację, aby osiągnąć pożądane efekty.

2. Produkty marki Schmidt's.

Domyślam się, że większość z Was (tak jak ja do skończenia trzydziestki) przez prawie całe swoje życie kupowała dezodoranty przy okazji wizyt w drogerii. Wybierałyśmy je spośród dosłownie trzech marek, które znałyśmy od zawsze i bezrefleksyjnie wrzucałyśmy do koszyka z domową chemią. Swoją drogą to ciekawe, że kosmetyk, który kupujemy najczęściej, jest jednocześnie tak rzadko weryfikowany i zamieniany na produkt innej marki. Domyślam się, że czytałyście już niejeden artykuł na temat składów popularnych dezodorantów, powiem więc Wam tylko jednym zdaniem, że trzeba szukać zdrowszej alternatywy. Ponieważ sprawa jest poważna, to z przyjemnością dzielę się recenzją produktu od marki Schmidt's, bo warto przekonać się do czegoś innego, co jest zarówno naturalne i skuteczne. W ciągu ponad dwóch lat przetestowałam dziesiątki dezodorantów bez aluminium i niestety nie wszystkie były „ok” –  ten mogę jednak śmiało polecić (wybrałam zapach kokos i ananas, ale jest też opcja o ledwo wyczuwalnym  zapachu). Firma Schmidt’s rozpoczęła swoją działalność w 2010 roku w Portland, w Oregonie. Jaime Schmidt, stworzyła dezodoranty na bazie roślinnej, które pomagały jej rodzinie zachować świeżość. Sukcesy na targach farmerskich przyciągnęły uwagę przedsiębiorcy Michaela Cammarata, który postanowił zaopiekować się tym projektem. Duet założycielki i biznesmena przekształcił firmę Schmidt’s w imperium produktów naturalnych w USA. Obecnie, w gamie produktów sporządzonych na bazie roślin i minerałów, można znaleźć mydła, pasty do zębów i właśnie dezodoranty.

Jeśli chciałybyście wypróbować produkty marki Schmidt's to mam dla Was kod rabatowy – SCHMIDTS30. Musicie go aktywować na tej stronie, po jego wpisaniu zobaczycie produkty już w rabatowych cenach. :)

3. Chłodniejszy odcień blondu.

Podobno w czasie epidemii dziewięćdziesiąt procent blondynek przestało istnieć. Ha. Ha. Ha. To oczywiście głupi żart nawiązujący do zamkniętych salonów fryzjerskich. Łatwo mi w tej sytuacji zachować dystans, bo na palcach jednej ręki (i to takiej trzy palczastej, jak w przypadku jaszczurki) można policzyć wszystkie profesjonalne koloryzacje w salonach fryzjerskich w całym moim życiu. Aby nie przedłużać (i uniknąć miliona pytań) podsyłam tutaj link do starego artykułu, w którym więcej piszę o rozjaśnianiu włosów we własnym domu. Drogeryjne farby mają jednak swoje wady. Bardzo trudno osiągnąć dzięki nim chłodny odcień blondu. Po kilku myciach, nawet na moich delikatnych refleksach widać żółć. Oczywiście, wszystkie znamy niebieskie szampony dostępne w drogeriach, ale (i to jest prawdziwa deklaracja) po wielu latach stosowania chyba jestem gotowa się z nimi pożegnać, bo znalazłam coś lepszego. Maska Medavita nie ma charakterystycznego niebieskiego koloru (nazwałabym go raczej burgundem), a mimo to pięknie gasi żółte odcienie przez co nadaje włosom beżowy ton. Niebieskie drogeryjne szampony są zazwyczaj kiepskiej jakości i trochę wysuszają włosy – ale po użyciu tej maski włosy są miękkie, gładkie, bardzo łatwo się rozczesują i pięknie błyszczą po wysuszeniu (jeśli nakładam ją po umyciu włosów to nie używam już potem żadnej odżywki). Co więcej, maska nie tylko gasi żółty odcień, ale też delikatnie ociepla te refleksy, które są zbyt chłodne. Mój wybór to odcień beżowy, ale w ofercie każdy może znaleźć coś dla siebie, bo kolorów jest aż 9.

Maska poprawiająca tonację włosów. Jeśli w tym momencie nie do końca podoba Wam się ich kolor, to koniecznie ją wypróbujcie. Już po jednym użyciu widać dużą różnicę.  

4. Szampony bez plastiku i bez opakowań w ogóle.

Nie byłabym sobą, gdybym w tym wpisie nie zwróciła uwagi na ekologiczne kwestie, chociaż od razu zaznaczam, że nie chcę się z nikim ścigać o pałeczkę pierwszeństwa. Mam wrażenie, że dziś chętnie dzieli się kobiety na dwie grupy. Pierwsza to zachłanne konsumentki nie segregujące śmieci i wrzucające do ubikacji patyczki do uszu, a druga to eko-minimalistki, które piorą ubrania w orzechach, lepią naczynia z kompostu i jedzą tylko to, co uprawiają w ogródku. Jeśli zjesz gołąbki z mięsem, to druga grupa obrzuci twój samochód farbą, a jeśli zbierasz deszczówkę, to pierwsza grupa uzna ciebie za dziwaka. Brakuje mi trochę akceptacji dla tych, którzy są gdzieś po środku i tym bardziej dla tych, którzy konsekwentnie przesuwają się w stronę neutralnego dla środowiska życia, ale jednak od czasu do czasu kupią maskę do włosów w plastikowej tubce. Nie krzyczcie więc proszę na mnie, że nie wszystkie kosmetyki zastępuję tymi naturalnymi. W tym akapicie chciałam jednak wspomnieć o czymś, co naprawdę zmniejszy ilość plastiku w łazience, a na dodatek bardzo dobrze działa. Być może używałyście już kiedyś „jakiegoś” szamponu w kostce, ale ten naprawdę jest lepszy niż inne. Nie „generuje” odpadów (folia, plastikowa butelka), nie zawiera mydła (po umyciu włosów mydłem trzeba zazwyczaj zrobić płukankę octową, aby zakwasić włosy), jest odpowiedni dla wegetarian i wegan, wydajny (nawet do 50 użyć), sprawdzi się w podróżach, bo zajmuje mało miejsca i można nim umyć również całe ciało. Kupując szampon w kostce od Herbs&Hydro możecie wybrać opcję, czy zamawiacie je w wielorazowej puszce czy bez żadnego opakowania (można je wtedy trzymać w łazience na przykład na mydelniczce). Moimi ulubieńcami są kokosowy i konopny

A tak wyglądają te małe rewolucyjne szampony. Jeśli chciałybyście je wypróbować to mam dla Was 20% zniżkę na hasło nowaste2020. Kod jest aktywny od dzisiaj do 31 maja.

5. Zagadkowe hydrolaty i olej Moringa.

No dobrze. Trochę mijam się z prawdą, bo markę Creamy znam już od jakiegoś czasu, ale nie mogłam pominąć jej w tym wpisie – mimo mijających lat wciąż uznałabym ją za bardzo nowatorską. Nawiązując do kwestii z poprzedniego podpunktu – marka Creamy narzuca nowe standardy w walce ze śmieciami. Opakowania wykonane z metalu lub szkła są wielorazowego użytku i wyglądają naprawdę pięknie – nie trzeba ich chować w żadnych szafkach czy szufladach, bo same w sobie staną się ozdobą naszej łazienki. Kosmetyki przychodzą do nas w paczkach nie zawierających nawet grama plastiku. Co do tej pory przetestowałam? Wielofunkcyjny czysty olejek migdałowy, regenerujące serum Nourishing Marula i oczywiście hydrolaty (mój ulubieniec to hydrolat różany). Te ostatnie służą mi jako tonik, ale same w sobie są już dobrą pielęgnacją dla skóry. Wspominałam już o tym, że Creamy to oczywiście polska marka?

Prawda, że piękne? Jeśli chciałybyście zakupić któryś z kosmetyków Creamy to na hasło MLE osoby zainteresowane otrzymają 15% rabatu na cały asortyment w regularnej cenie (kod jest aktywny do połowy czerwca). Na zdjęciu widzicie hydrolat różany (doskonale nawilża, lekko ściąga i napina skórę, stosuję go zamiast toniku) oraz serum Nourishing Marula (zawiera w składzie między innymi witaminę C i koenzym Q10 przez co skóra jest idealnie nawilżona i pełna blasku. Koenzym Q10 to jedna z niewielu substancji, której działanie odmładzające zostało potwierdzone naukowo). 

 

6.  Filtry, filtry i jeszcze raz filtry. Wspominałam już o filtrach?

Jeśli któraś z Was nie zauważyła jeszcze, że ochrona przed słońcem jest dla mnie bardzo ważna, to po tym akapicie z pewnością się to zmieni. Powyżej była już mowa o filtrach, które będą świetnie współpracowały z naszym makijażem i codzienną pielęgnacją, ale ponieważ zbliża się lato to o klasycznym kremie przeciwsłonecznym też trzeba pomyśleć. Ja wybrałam naturalny od Salt & Stone SPF 50, który mogę używać razem z moją córką (to zawsze jakaś oszczędność miejsca w plażowym koszyku). Kupiłam go w sklepie BebeConcept z asortymentem dla dzieci i mam (tam też znajdziecie nasze ukochane „chustonosidło” od Studio Romeo i wiele innych fajnych rzeczy dla bobasów). Jeśli szukacie filtra, który sprawdzi się w trakcie długich spacerów i mini wyjazdów na działkę, to gorąco go polecam (dla dzieciaków, które nie znoszą smarowania polecam wersję w sztyfcie). To też świetna opcja dla wszystkich, którzy uprawiają sporty wodne – krem mimo wysokiej ochrony jest bezpieczny dla rafy i środowiska, kąpiąc się w morzu nie zmywamy więc z siebie warstwy chemii, tylko naturalne składniki. Drogeryjne blokery nie mają do niego startu. 

   Dla naszych mam wosk w plastrach był zapewne czymś niezwykłym i strasznym, nasze babcie nie potrafią zrozumieć po co nam te całe rozświetlacze, a moja córka za paręnaście lat pokaże mi pewnie coś, co całkiem zmieni moje podejście do pielęgnacji. Patrząc na postęp kosmetologii ciężko zaprzeczyć temu, że warto zmieniać swoje przyzwyczajenia. Podacie mi więcej takich przykładów? 

*  *  *

moje body – polska marka NAGO // dżinsy – NAKD // kolczyki – YES

Czy branża kosmetyczna zmieni się po koronawirusie? Plus 4 moje ulubione kremy do twarzy, które możecie zamówić przez internet.

   Bez wątpienia pielęgnacja skóry nie jest teraz naszym największym zmartwieniem, ale skoro mężczyźni bez skrępowania narzekają na to, że odwołano im rozgrywki ekstraklasy, to my nie powinnyśmy mieć wyrzutów sumienia, jeśli przez chwilę porozmawiamy o kremach do twarzy.

    Tym bardziej, że branża kosmetyczna w ciągu kilku tygodni zmieniła się o 180 stopni. To nie tylko osobista tragedia właścicieli salonów kosmetycznych (trzymam kciuki za cały zespół sopockiej Baloli!) ale także gruntowne zmiany dla gospodarki.

   Internet jest pełen prognoz (choć może trzeba użyć słowa „wróżb”) dotyczących przyszłości branży kosmetycznej. Na pewno firmy, które w swoim portfolio miały produkty czysto higieniczne mogą liczyć na spore wzrosty. Powiedzmy jednak uczciwie – to jest mała i do tego ta „mniej przyjemna” część omawianego segmentu gospodarki. Odkładając na bok mydła i płyny dezynfekujące, wnioski dla producentów nie są zbyt optymistyczne. Przepytywani w branżowych mediach przedstawiciele największych firm mówią wprost – zwiększony popyt na artykuły higieniczne utrzyma się przez wiele lat, ale na całą resztę spadnie. Zmieni się również sposób dotarcia do potencjalnych klientek. Przyczyn dla których do tych transformacji dojdzie jest co najmniej kilka.

    Po pierwsze, wywołany światową kwarantanną kryzys gospodarczy, to mniej pieniędzy w naszych portfelach. Kosmetyki pielęgnacyjne nie są produktem pierwszej potrzeby. Abstrahując od wspomnianych mydeł, dezodorantów czy szamponów, które traktujemy praktycznie na równi z jedzeniem, bardziej wyszukane produkty kosmetyczne (i przede wszystkim droższe) nie znajdą tylu nabywców co dotychczas.

   Po drugie, nie wiadomo jak zmniejszenie liczby kontaktów społecznych wpłynie na naszą pielęgnację. Nawet jeśli dla własnego zdrowia psychicznego zachęcałam Was do podtrzymania rutyny codziennych przygotowań (nie siedzimy w pidżamie przez cały dzień, nie przestawajmy układać włosów, robić makijażu i nosić ładnych ubrań, jeśli robiłyśmy to do tej pory) to przecież w dużym stopniu chcemy być piękne, pachnące i czarujące nie tylko dla siebie, ale także dla innych ludzi. Od miesiąca w życiu dużej części kobiet na całym świecie nie ma po prostu okazji, by skorzystać z aż tylu kosmetyków czy zrobić perfekcyjny makijaż. Do tej pory wiele z nas podejmowało różne pielęgnacyjne działania w oparciu o cel lub wielkie wydarzenie – wyjazd na wakacje, wesele, perspektywa odsłonięcia ciała na plaży i tak dalej. Nie będę tu wnikać czy jest to słuszne czy nie – tak po prostu większość z nas ma, a ponieważ nasze plany na najbliższe miesiące uległy zmianie, to motywacja miała prawo osłabnąć.

    Po trzecie – duża część produkcji przemysłu kosmetycznego jest przeznaczona dla odbiorców profesjonalnych.  Co jednak istotniejsze, w wyniku odgórnych restrykcji, od kilku tygodni salony kosmetyczne przestały funkcjonować. Mniejszy popyt na ich usługi to mniejszy popyt na profesjonalne produkty przez nie używane.  

   Na szczęście każda opinia, którą znalazłam na ten temat, zawiera bezpieczniki w stylu słowa „nieprzewidywalne”. Tak naprawdę nie wiemy, czy nadchodząca rzeczywistość okaże się gorsza czy lepsza niż przedstawiają to teraz różne prognozy (które swoją drogą różnią się od siebie). A co z drugą stroną medalu czyli odbiorczyniami wszystkich mazideł? Perfumerie zostały zamknięte, a umówmy się – znalezienie naprawdę dobrego kremu w typowej drogerii nie jest takie proste. Wąski asortyment to zresztą nie jedyny problem – teraz w ogóle niechętnie robimy zakupy w sklepach stacjonarnych. W kosmetyki zaopatrujemy się więc w internecie. W naszym koszyku lądują przede wszystkim produkty, które już znamy i do których mamy zaufanie. Zakupów dokonujemy rozsądniej, nie chcemy więc ryzykować, że wydamy pieniądze na coś, co się nie sprawdzi.

    Krem do twarzy to (przynajmniej według mnie) najważniejszy kosmetyk w mojej szafce. Domyślam się, że dla większości z Was stanowi on taką podstawę pielęgnacji jak pasta do zębów czy balsam od ust. Przygotowałam więc recenzję czterech moich ulubionych produktów, które z powodzeniem kupicie w internecie. Każdy z nich działa nieco inaczej, dlatego warto doczytać opisy do końca, aby wybrać ten, który faktycznie się u Was sprawdzi.

1. Krem do twarzy ALGOLIGHT od Sensum Mare

   Dobrze by było, gdybyśmy przy okazji zakupów postarali się wybierać też takie produkty, które nie należą do oferty gigantycznych koncernów kosmetycznych. Jeszcze lepiej, jeśli będzą one z oferty polskiej firmy, na dodatek traktującej swoją pracę odpowiedzialnie. Nie skłamię chyba jeśli napiszę, że markę Sensum Mare poznałam tuż po jej powstaniu, gdy jeszcze mało kto o niej słyszał. Na początku używałam serum, o którym pisałam tutaj (i tutaj też), a ponieważ zużyłam je do ostatniej kropli to przy kolejnych zakupach zamówiłam też krem. W międzyczasie, trochę przypadkiem, dowiedziałam się że właściciele marki to w ogóle fajni ludzie, którzy chętnie pomagają innym nie licząc w związku z tym na żadne profity. Ale nie o ludziach jest ta recenzja, a o kremie. Jeśli więc szukacie takiego, który spełnia właściwie wszystkie wymagania, to jest: dobrze nawilża, nie zapycha porów ani trochę, nadaje się pod makijaż, ma niedrażniący przyjemny zapach, ładne opakowanie i (bardzo) odpowiedni stosunek ceny do jakości, to na pewno będziecie z niego zadowolone. Możecie skorzystać z mojej zniżki -15% na hasło MLE na cały asortyment w sklepie (puszczam w tym momencie oko do wszystkich Czytelniczek, które o ten kod prosiło ;)). 

2. Intensywny krem anti-aging marki Biologique Recherche

   Paznokcie, a nawet rozjaśnienie włosów w domu nie stanowią dla mnie najmniejszego problemu, ale niektórych zabiegów kosmetycznych nie wykonam sama. Nawet gdybym wydała wór pieniędzy i kupiła specjalistyczne narzędzia. „Zaffiro” czy „Dermapen” to usługa zarezerwowana dla profesjonalnych gabinetów kosmetycznych. Na szczęście możemy chociaż zaopatrzyć się w kosmetyki o takim silnym działaniu, jak te stosowane w trakcie zabiegów. Kluczem do sukcesu jest dopasowanie produktu odpowiednio do potrzeb i kondycji naszej skóry. Zawsze korzystałam z uprzejmości pani kosmetolog w moim ulubionym gabinecie kosmetycznym i podpytywałam, które kosmetyki dopasowałaby do mojej skóry. Tak odkryłam markę Biologique Recherche. Profesjonalne produkty działają mocniej, ale jednocześnie trzeba używać ich z rozwagą, zgodnie z zaleceniami. Jeśli obawiacie się zainwestować w kosmetyk profesjonalny to wcześniej zasięgnijcie porady. Nie wiecie gdzie? W sklepie internetowym topestetic.pl możecie skorzystać z bezpłatnej porady kosmetologa, który pomoże Wam dobrać odpowiedni kosmetyk dla siebie lub pomoże uporządkować aktualną pielęgnację, aby osiągnąć porządane efekty. Ja wielokrotnie korzystałam już z takiej konsultacji.

   Tym razem szukałam produktu, który będzie działał jak domowy zabieg przeciwzmarszczkowy. Pani kosmetolog z topestetic poleciła mi krem marki Biologique Recherche Creme ADN (wcześniej stosowałam już m.in. ich kultowy Lotion P50W). Jest to Intensywny krem anti-aging z aktywnym DNA o działaniu odmładzającym i poprawiającym jędrność i elastyczność skóry. Stosuję go jako intensywną kurację, czyli zużywam jedno opakowanie i koniec (kobiety z cerą dojrzałą mogą stosować go częściej). Krem nakładam dosyć grubą warstwą na twarz, szyję i dekolt.

3. Serum MyPowerElixir od Miya Cosmetics

   Ten produkt pokazywałam i polecałam Wam już wiele razy. Nie powinno go więc zabraknąć w tym zestawieniu. I chociaż producent zakwalifikował go do kategorii serum, to dla mnie spełnia on wiele innych ról.  Małe opakowanie mam zawsze w samochodzie – służy mi jako balsam do ust i krem do rąk w kryzysowych sytuacjach. Duży słoik leży sobie w szafce w łazience i służy mi jako odżywczy i mocno nawilżający krem na noc. Świetnie sprawdził się u mnie także w lecie po opalaniu i w zimie jako krem ochronny. Na zdjęciu krem wydaje się być tłusty ale po zetknięciu ze skórą zmienia się w lekki, jedwabisty olejek. Zawiera kompozycję jedenastu skoncentrowanych, składników – kwasów Omega 3+6, olejki ze skórki słodkiej pomarańczy, słodkich migdałów, masło mango, olejki chia, jojoba, kokosowy, ryżowy oraz witaminy E i F. Tylko ze względu na zawartość wosku pszczelego (który ma zbawienne działanie dla podrażnionej skóry) kosmetyk nie jest wegański. Jeśli chciałybyście przetestować ten produkt (lub kupić go jeszcze raz, bo wiem, że wiele z Was już go miało) to mam dla Was kod rabatowy dający aż 25% rabatu na zakupy w sklepie Miya Cosmetics. Wystarczy, że w koszyku wpiszecie kod MLExMIYA25 (kod ważny jest do końca kwietnia).

4. Krem z serii "Black Rose" od Sisley Paris

   Krem do twarzy Black Rose widzicie na poniższym zdjęciu w lewym dolnym rogu. Pisałam już o nim w tym artykule i być może jest to psychologiczny efekt świeżości, ale z wielką przyjemnością używam tego kremu – na pewno spełnia on kryteria luksusowego kosmetyku. 

 (od góry) Intensywny krem anti-aging z aktywnym DNA Biologique Recherche // krem do twarzy ALGOLIGHT Sensum Mare // serum MyPowerElixir od Miya Cosmetics // krem Sisley Paris

   Portale dla kobiet pękają w szwach od artykułów pod tytułem „Jak zadbać o paznokcie w domu”, „Zabiegi odmładzające w czterech ścianach”, „Perfekcyjny pedicure we własnej łazience”, „Najlepsze treningi online”, „Zanurz się w relaksie w domowym zaciszu” (cokolwiek ma to oznaczać) i tym podobne. Wysyp takich rad oznacza przede wszystkim to, że wiele z nas kupuje kosmetyki, bo są one częścią różnych kobiecych rytuałów. I to się w czasach zarazy na pewno nie zmieni. Epidemia pokazała nam, że potrafimy się zmobilizować do zrobienia czegoś, czego wcześniej nie potrafiłyśmy – na przykład do strzyżenia męża we własnej łazience (zaliczone!), ale wcale nie musi oznaczać całkowitej rezygnacji z przyjemności. 

*  *  *

Czarna róża i polskie korzenie Sisley Paris

   Na blogu dominowały ostatnio przygnębiające tematy, ale wiem, że wiele z Was szuka w tym trudnym czasie jakiejś odskoczni, czegoś co przywróci nam, chociaż w drobnym stopniu, poczucie stabilności. Wpisy planuję zawsze z dużym wyprzedzeniem, ale, co pewnie nie uszło Waszej uwadze, na bieżąco zmieniam ich formułę w taki sposób, abyście znalazły tu więcej do poczytania i chociaż na chwilę przekierowały swoje myśli na inne tory. Wracam dziś więc do Was z wpisem, który miał być klasyczną recenzją kosmetyków, ale pomyślałam, że kilka zdań przenoszących nas do przeszłości, będzie tutaj miłą odmianą.

    Często, gdy myślimy o najbardziej ekskluzywnych światowych markach odzieżowych lub kosmetycznych, siłą rzeczy pojawia się u nas w głowie to poczucie bycia na uboczu. Choć ostatnie lata to odważny pochód (albo nawet szturm!) niektórych polskich producentów na światowe salony, ciężko zaprzeczyć temu, że stolice mody to wciąż Paryż i Mediolan. Wielu z nas nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo świat luksusu przeplata się z Polską. Najlepszym przykładem są kosmetyki marki Sisley Paris. Ta ekskluzywna, francuska marka od 1976 roku znana jest z filozofii opartej na synergii natury i nauki. Jej kremy, perfumy i kosmetyki do makijażu to dla wielu osób „top topów”, ale równocześnie mało kto wie, że Sisley Paris założyło małżeństwo Polki i Francuza w Polsce urodzonego, których drogi zbiegły się dopiero we Francji.

    Założycielem marki Sisley Paris był Hubert d’Ornano, syn przedwojennego francuskiego konsula w Warszawie Guillaume’a d’Ornano i Polki, Elżbiety Michalskiej. Hubert urodził się w 1926 r., o dziwo nie w Warszawie, jak przystałoby – jak się wydaje – na syna konsula najważniejszego polskiego sojusznika tamtych czasów, ale w podlubelskiej wsi Mełgiew – tak przynajmniej twierdzą skąpe internetowe źródła. Miejsce urodzenia może dziwić, ale wyjaśnienie tej zagadki jest proste – w pobliżu Mełgwi, w miejscowości Trawniki znajdował się w okresie międzywojennym pałac rodziny Michalskich. O dziecięcych latach spędzanych w pałacowym parku założyciel marki Sisley Paris wielokrotnie z resztą wspominał w wywiadach prasowych: – Tam był mój świat. Piękny sad. Babka miała bardzo ładny majątek w Trawnikach i mimo że była wdową, to świetnie sobie radziła z jego zarządzaniem – mówił w 2008 roku w wywiadzie dla „Pani” (1/2008).

    Rodzina d’Ornano już w latach 30-tych zaangażowała się w branżę kosmetyczną. Hubert d’Ornano tworzył najpierw wspólne projekty z ojcem i bratem – stworzyli kilka udanych marek kosmetycznych okresu powojennego. W 1963 ożenił się z Izabelą Potocką, wypełniając rodzinny zwyczaj wiązania się z Polką. Trzynaście lat później, w 1976 razem założyli markę, która miała stać się synonimem luksusu wśród kosmetyków. Idea stojąca za nowym projektem była ambitna – wykorzystać osiągnięcia nauki i technologii do stworzenia kosmetyków opartych na roślinach i olejkach eterycznych. Wprowadzenie nowej linii produktów poprzedzają wieloletnie badania naukowe. Kluczowym elementem firmy jest nowoczesne laboratorium badawcze pod Paryżem.

    I choć nauka i technika to dwa koła zamachowe Sisley Paris, pozostała ona nadal firmą rodzinną. Hubert d’Ornano zmarł w 2015 r. Firmę nadzoruje Izabela, bieżącym zarządzaniem zajmują się dzieci założycieli – Philippe i Christine. 

  Moje dotychczasowe doświadczenia z Sisley Paris były dosyć skąpe i opierały się głównie na opiniach zasłyszanych od innych osób. Moja bratowa na przykład od dekady używa podkładu tylko tej marki i twierdzi, że inne nawet się nie umywają. Pamiętam też z jakim pietyzmem moja mama traktowała krem, który wiele lat temu tata przywiózł jej z pierwszej służbowej wyprawy do Paryża.  

  Na dzisiejszych zdjęciach widzicie produkty do pielęgnacji twarzy z kolekcji „Black Rose” przeznaczonej dla kobiet od 25 do 40 roku życia. Głównym składnikiem sukcesu pielęgnacji Black Rose jest ekstrakt z Czarnej Róży Baccara – rzadkiej odmiany, która ma około 40 płatków o ekstremalnej miękkości, a jej głęboki czerwony kolor przypomina czarny aksamit. Wymaga ona specjalnych warunków uprawy, a jej zbiory zawsze odbywają się o poranku, w momencie rozwkitu roślin. Ekstrakt z Czarnej Róży Baccara natychmiast pobudza skórę, zapewniając jej gładkość i elastyczność. W skład kolekcji "Black Rose"  wchodzi krem, olejek, emulsja do okolic oczu i maska.

   Testowanie rozpoczęłam od kremu. Najpierw zaskoczył mnie jego zapach – różany, a jednocześnie bardzo świeży – nie miał nic wspólnego z różanymi perfumami babci. Po nałożeniu kremu na twarz wydawało mi się, że tak lekki krem na pewno nie nawilży dobrze mojej suchej skóry, ale po dłuższym stosowaniu zmieniam zdanie – krem wcale nie musi być tłusty, aby dobrze nawilżyć skórę. Sprawdza się też dobrze pod makijaż. Olejek i emulsja do okolic oczu to miłe uzupełnienie kremu – te produkty nie obciążają skóry i wchłaniają się błyskawicznie. Emulsja pod oczy ma wygodny aplikator w formie chłodzącej końcówki ceramicznej, który ułatwia precyzyjne dozowanie i umożliwia wykonanie masażu okolic oczu – przydaje się zwłaszcza po nieprzespanej nocy, których mam ostatnio pod dostatkiem ;). 

   Ostatnim produktem z gamy jest maska, która szturmem zdobyła francuski rynek kosmetyczny (nr 1 wśród maseczek do twarzy na francuskim rynku kosmetyków selektywnych, źródło NPD 2013). Używałam ją przed snem i delikatnie zmywałam nasączonym wodą wacikiem, tak aby na twarzy pozostał minimalny film. Rano skóra wygląda na mocno odżywioną (jakbym wróciła z długiego spaceru), jest nawilżona i właściwie nie wymaga nałożenia kremu. 

Produkty marki Sisley Paris znajdziecie w autoryzowanych perfumeriach internetowych Douglas.pl oraz Sephora.pl.

Pielęgnacja bez lukru, czyli wszystkie brzydkie rzeczy na skórze, które wciąż istnieją, nawet jeśli nie widać ich na Instagramie

    Hyperpigmentation that is the remains of pimples, protruding cuticles, ungroomed brows and blackheads – when was the last time you saw such things on Instagram? Or in the photos of your friends posted on Facebook? We are considerably more often flooded with nicely selected images, with no imperfections that blur the perception of reality and people around us, simultaneously making us feel worse with ourselves. As much as traditional media depict models and celebrities embodying idealised standards of beauty, social media show ideal images of “regular girls” who (at least in theory) are like us, but essentially better. Adding the fact that playing in the backyard have been replaced with TikTok, meeting with friends with messenger, shopping with friend with Zalando, and infested of weekend parties we choose Netflix, we are less often presented with real women (and their flaws). And, of course, it’s not about feeding yourself on the fact that your friend came to the cafe with a less perfect hairdo in comparison with her “profile photo”, but it’s about a healthy approach to appearance and not demonising your own flaws.   

   It’s more difficult to look at yourself from a certain perspective and I mean the two sides of the same coin – girls keeping their eyes on the retouched Instagram icons is one thing, but it’s more often apparent that the same influencers are not able to face even the slightest flaws in their appearance. However, in order to keep up with the times and not show that, just like us, they tackle real insecurities they undergo the influencers’ katharsis on a mass scale. Of course, I’m taking about photos that have been retouched to the max and about girls who once in a while do the makeup-free coming-outs admitting that every so often they get a pimple on their foreheads, but thanks to their profound work and the support of their families, they were able to embrace themselves just as they are and now they can focus on something different (for example, on a breast job). I’m kidding a bit, but such publications would be more suitable for someone who went through a serious disease, and, in fact, these are only proofs that some people approach trivial matters too emotionally.   

   That would be it as far as the introduction is concerned. Just as you wanted, the article was supposed to be all about skincare, and soon it will become a bunch of loose thoughts on the social problems of the cyberspace. I’ll try to point out a few unattractive things that have hidden somewhere in the depths of the famous app, but in everyday life, they eagerly wave to us from the mirror every day.

* * *

     Przebarwienia po wypryskach, zadarte skórki przy paznokciach, niewydepilowane brwi i zaskórniki – kiedy ostatni raz widziałyście takie rzeczy na Instagramie? Albo na zdjęciach koleżanek wrzucanych przez nie na Facebooka? Coraz częściej jesteśmy ofiarami zmasowanego ataku wyselekcjonowanych obrazów, bez jakichkolwiek niedoskonałości, które zakrzywiają naszą wizję świata i ludzi wokół nas, jednocześnie sprawiając, że same ze sobą czujemy się gorzej. O ile bowiem w tradycyjnych mediach portretowane są modelki i celebrytki ucieleśniające wyidealizowane standardy piękna, o tyle w mediach społecznościowych widzimy idealne wizerunki „zwykłych dziewczyn”, które (przynajmniej w teorii) są takie same jak my, ale w gruncie rzeczy jednak lepsze. Dodając do tego fakt, że zabawy na podwórku zostały zastąpione przez TikToka, spotkanie ze znajomymi przez messengera, zakupy z koleżankami przez Zalando, a zamiast weekendowych imprez wybieramy Netflixa, coraz rzadziej mamy styczność z prawdziwymi kobietami (i ich wadami). I oczywiście nie chodzi o to, aby karmić się faktem, że przyjaciółka przyszła do kawiarni z mniej perfekcyjną fryzurą niż na swoim „profilowym”, ale o zdrowe podejście do wyglądu i niedemonizowanie własnych wad.

    Bo o dystans do samego siebie coraz trudniej i mam tu na myśli obydwie strony medalu – dziewczyny wpatrzone w wyretuszowane ikony Instagrama to jedno, ale coraz częściej widać, że same influencerki nie bardzo potrafią poradzić sobie nawet z najmniejszymi wadami swojego wyglądu. Aby jednak iść z duchem czasu i broń Boże nie dać po sobie poznać, że, tak jak my, mają prawdziwe kompleksy popełniają masowo „influencerskie katharsis”. Chodzi oczywiście o wpisy dziewczyn z maksymalnie przerobionymi zdjęciami, które raz na jakiś czas dokonują swoistych „coming outów bez makijażu” i za pomocą melodramatycznych opisów przyznają się do tego, że jednak od czasu do czasu mają pryszcza na czole, ale dzięki pracy nad sobą i wsparciu bliskich pokochały siebie takimi jakimi są i teraz skupiły się na czymś innym (na operacji piersi na przykład). Trochę sobie żartuję, a trochę dziwią mnie publikacje, których teksty bardziej pasowałyby do kogoś, kto przeszedł ciężką chorobę, a w gruncie rzeczy są jedynie dowodem na to, że niektórzy zbyt emocjonalnie podchodzą do prozaicznych kwestii.

    Tyle słowem wstępu, bo ten wpis, zgodnie z Waszym życzeniem, miał być stricte pielęgnacyjny, a niebawem stanie się mało konkretnym przemyśleniem o społecznych problemach w cyberprzestrzeni. Postaram się więc wypunktować kilka nieładnych rzeczy, które pochowały się jakoś w czeluściach słynnej aplikacji, ale w życiu codziennym mają się świetnie i z radością machają do nas w lustrzanym odbiciu każdego dnia. 

Moi pogromcy retuszu. Bazę od Chanel mieszam z podkładem (używam Double Wear w kolorze Sand), bronzer w tym kremowym opakowaniu jest delikatny i ciężko z nim przesadzić (a ja nie znoszę "placków" pod kościami policzkowymi). Ta malutka tubka na przodzie to najlepsza maść na świecie na wypryski od Guerlain ale z tego co widzę nie jest już dostępna w sprzedaży (to jest chyba jej zamiennik). 

1. Uneven, unnatural, but very photogenic makeup.   

   For some time, I was convinced that makeup finishing at the jaw line is a relic of the times when I was attending high school and there were only three foundation colours available at the store. However, Instagram led to a situation when you can come across that unattractive image in the streets again. This truth is as old as the first camera – that makeup that looks good in photos, rarely looks good in reality. In the beginning of the blog (let’s say for the first four years), I myself fell into this trap. Back in those days, my boyfriend (who is now my husband) often asked me – why are you having such a strong makeup on? I answered, truthfully, that I was taking photos for the blog, but each time a thought popped in my head that something is really wrong if a person who is completely outside of the cosmetic world immediately spots that my face looks differently (I applied makeup on a daily basis – the difference was that it was more delicate). Today, I’m no longer practicing such “makeovers” and it’s probably why some of you accuse me of wearing no makeup in the photos as it is invisible. Believe me – I apply makeup, but I don’t want to change my face for the purpose of taking photos. In fact, taking into consideration the Instagram requirements, painting it anew just like a canvas. I’m trying to find a balance between what I can accept in the camera and what won’t turn me into a clown doing the shopping in a grocery store.  

   All right, but how to achieve that? In the photos, a full coverage foundation looks better, but in reality it gives you a mask effect and it creases in the wrinkles more often than the lighter foundations. And, of course, the colour has to be ideally matching our skin colour and not create lines around the ears and jaw line. That’s why I mix a full coverage foundation with a highlighting primer (it’s best if it is moisturising). Then, it’s a lot easier to apply and it matches the colour of our skin more easily (the list of my cosmetics can be found under the photos). In the photos, the imperfections of our skin are always more visible, the face features are less pronounced, and the skin looks paler. That’s why it comes as no surprise that we are tempted to apply a stronger makeup – we want to look as good as in reality. However, you need to remember that even the most intricate and beautiful eye makeup won’t make up for a creasing concealer.

* * *

1. Nierówny, nienaturalny, ale jakże fotogeniczny makijaż.

    Przez jakiś czas byłam przekonana, że makijaż odcinający się na linii szczęki to relikt z czasów, kiedy chodziłam do liceum, a w drogeriach były dostępne trzy kolory podkładów. Instagram sprawił jednak, że ten mało apetyczny widok znów można spotkać na ulicy. To prawda stara jak pierwszy aparat fotograficzny, że makijaż, który wygląda dobrze na zdjęciach, rzadko kiedy wygląda dobrze w rzeczywistości. Na początku prowadzenia bloga (czyli powiedzmy, że przez pierwsze cztery lata) sama wpadłam w tę pułapkę. W tamtych czasach z ust mojego „jeszcze nie męża” często padało pytanie – dlaczego masz na sobie taki mocny makijaż? Odpowiadałam, zgodnie z prawdą, że robiłam zdjęcia na bloga, ale za każdym razem pojawiała się w mojej głowie myśl, że coś tu chyba jednak jest nie tak, jeżeli osoba kompletnie niewtajemniczona w kosmetyczne tematy, od razu wyłapuje, że moja twarz wygląda inaczej niż zwykle (a żeby nie było – na co dzień też robiłam makijaż, tylko delikatniejszy). Dziś nie praktykuję już takich „przemian” i to pewnie dlatego część z Was zarzuca mi, że mojego makijażu właściwie nie widać. Uwierzcie mi jednak na słowo – maluję się, ale nie chcę na potrzeby zdjęć zmieniać swojej twarzy. A właściwie, biorąc pod uwagę instagramowe wymogi, malować ją na nowo, jak obraz. Staram się znaleźć balans między tym, co jest dla mnie akceptowalne w obiektywie, a jednak nie sprawi, że będę się czuła jak klaun robiąc zakupy w warzywniaku.

   No dobrze, ale jak to zrobić? Na zdjęciach dobrze wygląda mocno kryjący podkład, ale w rzeczywistości zawsze daje on efekt maski i częściej niż lekkie podkłady tworzy załamania w zmarszczkach. No i kolor musiałby być idealnie dobrany do koloru naszej skóry, aby nie odcinał się przy uszach i linii szczęki. Dlatego mocny podkład zawsze mieszam z bazą rozświetlającą (najlepiej jeśli ma dodatkowe działanie nawilżające). Dużo łatwiej go wtedy nałożyć i lepiej stopi się z kolorem naszej cery (spis moich kosmetyków znajdziecie pod zdjęciami). Na zdjęciach niedoskonałości naszej cery są zawsze bardziej widoczne, rysy mniej wyraziste, a twarz bledsza, nic więc dziwnego, że pojawia się w nas pokusa, aby zrobić mocniejszy makijaż – chcemy przecież wyglądać co najmniej tak dobrze jak w rzeczywistości. Trzeba jednak pamiętać o tym, że nawet najbardziej misterny i piękny makijaż oka nie wynagrodzi rozwarstwiającego się korektora. 

Witamina A to jeden z niewielu składników kosmetyków, którego skuteczne działanie przeciwstarzeniowe zostało potwierdzone przez naukowców. Zawiera ją na przykład mój krem od marki Fridge (98 zł), która szczyci się tym,że stworzyła nową gałąź kosmetologii – kosmetyki świeże, czy takie,które nie zawierają konserwantów, silikonów i alkoholu etylowego. Ważność produktów to 2,5 miesiąca od daty produkcji, trzeba je także trzymać w lodówce, by zachowały swoje unikalne właściwości. Sam krem ma lekką konsystencję, dobrze sprawdzi się pod makijażem, a moja skóra po jego użyciu bardzo długo jest miękka i elastyczna. Ponadto łagodzi i koi podrażnienia (właściwości oleju konopnego).​

2. Dry red hands.  

     I was probably less than 25 years old when I heard about rejuvenating hand treatment for the first time. Back then, it seemed to me as something totally useless as you don't really see someone’s age by looking at their hands. Besides, who would want to waste time on improving the appearance of their hands? Well, who? Well, to be precise – Instagram users. I’ve been recently working on photos depicting hands for a certain media house (in the press and online, you can find my photos that were taken not for the purpose of this blog or Instagram but were commissioned, for example, by jewellery companies – I sometimes work as a photographer) and I was really glad with the results of my work until I compared them with other similar photos online. Even though I was working with a hand model who had the most beautiful hands in my city, despite numerous takes and stunning lighting, I didn’t attain soft and smoothed skin to which we are used to in the media. I was able to convince the commissioning party that a modicum of realism in the photos will be a value added, but I think that I represent the minority with such an approach. Most photographers resolve to retouching the photos after all.   

   I myself am an owner of hands that would require some retouching in perfect lighting. Not wearing gloves for years made my skin become really rough and I haven’t been able to find the time for a perfect manicure…for thirteen months. On the other hand, even though it’s the 21st century, I still hear my grandmother’s pieces of advice in my head that hands are a woman’s pride. They need to be clear and since I hate the chipping nail polish, I rarely paint them. And now I always wear gloves. And I’m not talking about the woollen ones when it’s cold. Coming into contact with detergents during cleaning or doing the dishes is a real pain for our skin.

* * *

2. Suche zaczerwienione dłonie.

    Miałam pewnie mniej więcej 25 lat, gdy pierwszy raz usłyszałam o odmładzającym zabiegu na dłonie. Wydawało mi się to wtedy największym zbytkiem na świecie, bo przecież po dłoniach  wcale nie widać wieku i kto chciałby tracić czas na poprawianie ich wyglądu. No kto? No tak konkretnie, to użytkowniczki Instagrama. Sama niedawno pracowałam nad zdjęciami dłoni dla pewnego domu mediowego (w prasie i w internecie możecie natrafić na zdjęcia mojego autorstwa, które nie zostały zrealizowane na potrzeby bloga czy mojego Instagrama, ale na zlecenie, na przykład firmy biżuteryjnej – czasem pracuję po prostu jako fotograf) i byłam bardzo zadowolona z efektów swojej pracy, do momentu gdy nie porównałam ich z podobnymi zdjęciami z sieci. Chociaż miałam przed obiektywem właścicielkę najpiękniejszych dłoni w moim mieście, to mimo niezliczonych ujęć i świetnego światła, nie uzyskałam tak gładkiej skóry, jaką przywykłyśmy oglądać w mediach internetowych. Udało mi się przekonać zleceniodawcę, że odrobina realizmu na zdjęciach wyjdzie mu na plus, ale podejrzewam, że jestem w mniejszości ze swoim podejściem. Większość fotografów woli pewnie po prostu maznąć dłoń retuszem.

    Ja sama jestem właścicielką dłoni, które w idealnym świecie na pewno wymagałyby obróbki graficznej. Nienoszenie rękawiczek przez lata sprawiło, że skóra na nich jest szorstka, a na perfekcyjny manicure nie potrafię znaleźć czasu od… trzynastu miesięcy. Z drugiej strony, chociaż mamy XXI wiek, wciąż słyszę w głowie babcine mądrości, że dłonie są wizytówką kobiety. Muszą więc być czyste, a ponieważ nie trawię widoku odprysków na paznokciach, to tylko od święta maluję je kolorowym lakierem. No i teraz już zawsze noszę rękawiczki. I mam na myśli nie tylko te wełniane, gdy jest zimno. Kontakt z detergentami w trakcie sprzątania czy mycia naczyń naprawdę daje skórze rąk w kość. 

Tutaj to już moja dłoń ;)). Te bruzdy na kłykciach w instagramowym świecie jakoś nie istnieją. Nie zmienia to jednak faktu, że dłonie (nie tylko na zdjęciach) wyglądają znacznie lepiej, jeśli je porządnie nawilżymy. Krem, który widzicie na zdjęciach jest mi regularnie podkradany przez wszystkie koleżanki, które mnie odwiedzają ;). A ponieważ pracuję z domu i wciąż wpadają do mnie dziewczyny z prototypami od MLE Collection to tę tubkę kremu o zapachu mandarynki i drzewa sandałowego planuję dobrze ukryć. Jestem pewna, że Wy też go pokochacie, więc z przyjemnością dzielę się z Wami informacją, że możecie uzyskać 20% rabatu na wszystkie kosmetyki i zestawy w sklepie D'ALCHEMY. Wystarczy użyć kodu MLE (ważny do 31.03.2020). 

3. Wrinkles, dark under eye circles, decrease skin tightness.   

   The struggle to maintain eternal youth is full of paradoxes, which is easy to spot in all women’s magazines, but Instagram is also a great source for that. Women’s personality gets split when the profiles of their favourite influencers are full of smoothed foreheads, full cheeks, and at the same time, these profiles are full of pieces of advice to live in balance with nature, not be bothered by the pressure of the surrounding world, and being beautiful as you are. This schizophrenia that gets into our minds is an open gate for marketing wizes who want to encourage us to buy something by evoking certain emotions as owing to that they don’t need to resolve to facts. And when it comes to skincare, it’s best to approach the topic methodically, instead of emotionally. I don't want to encourage you to abandon cosmetics altogether, but to use products that really work and not those that are supposed to improve our mood for a short time. Besides, how are we supposed to assess if a cream advertised by a lady online is really working or maybe the skin to which it was applied has been retouched in an app afterwards?  

   It’s blatantly visible that the ageing process is a niche topic in social media which is happening for pretty obvious reasons. The generations that use Instagram today are mostly the Z generation (born in the second half of the 90s and after 2000) and to a smaller extent the Y generation (1981-95 – that is me and my age-mates). It means that old age hasn’t reached the online world yet. I’m curious if this situation will change over the next ten years when me and the other girls working in the social media world will simply look older.

* * *

3. Zmarszczki, podkrążone oczy, opadający owal twarzy.

    Starania o wieczną młodość są pełne paradoksów, co łatwo zauważyć przede wszystkim w magazynach kobiecych, ale Instagram też nas w tym temacie nie zawodzi. Kobiety dostają rozdwojenia jaźni, gdy na profilach swoich ulubionych influencerek, widzą wygładzone czoła i wypełnione policzki, ale jednocześnie między słowami serwuje im się porady, by żyły w zgodzie z naturą, nie przejmowały się presją otoczenia i że są piękne, takie jakie są. Ta swoista schizofrenia wdzierająca się do naszych umysłów to otwarta furtka dla spec-marketingowców, którzy chcą zachęcić nas do zakupu wywołując konkretne uczucia, bo dzięki temu nie muszą posługiwać się faktami. A do pielęgnacji warto podejść w sposób metodyczny, nie emocjonalny. Nie nawołuję tutaj do porzucenia kosmetyków, ale do używania produktów, które naprawdę działają, a nie tych, które przez chwilę mają poprawić nam humor. Poza tym, jak mamy ocenić, czy reklamowany przez panią z internetu krem w ogóle działa jeśli skóra po jego użyciu została poddana obróbce graficznej?

   Widać też dosyć wyraźnie, że oznaki starzenia są póki co tematem bardzo niszowym w mediach społecznościowych, co wynika z prostej matematyki. Pokolenia, które korzystają dziś z Instagrama to przede wszystkim pokolenie Z (urodzeni w drugiej połowie lat 90-tych i po 2000 roku) i w mniejszym stopniu pokolenie Y (1981-95, czyli ja i moi rówieśnicy). Oznacza to, że starość do internetowego świata po prostu jeszcze nie dotarła. Ciekawa jestem, jak sytuacja zmieni się w ciągu dziesięciu lat, gdy siłą rzeczy ja i moje koleżanki po fachu będziemy wyglądać starzej. 

Produkty marki Sesderma używałam już nie raz. W tym momencie mam od tej marki dwie rzeczy, są to nowości dostępne wyłącznie w sklepie Topestetic.pl – rewitalizujący krem-żel z witaminą C z najpopularniejszej linii C-VIT, który nawilża, wyrównuje koloryt i dodaje skórze blasku oraz mgiełkę depigmentującą Azelac Ru, która odświeża skórę i niweluje przebarwienia (topestetic dodał do swojej oferty 4 różne mgiełki do twarzy z najbardziej popularnych linii Sesderma). Ten drugi produkt sprawdzi się także w podróży, mgiełkę możecie stosować na krem lub na makijaż w ciągu dnia i nie musimy palcami dotykać skóry twarzy (już widzimy te wirusy i bakterie, co nie?).

4. Visible veins, dark spots, zits.   

   Everyone who retouched images at least once knows that imperfections can disappear in next to no time, even if you are using the most primitive software. The easier something is to correct or cover up, the less frequently we will see it in the media. I won’t repeat the articles from women’s magazines that “taking rid of these little imperfections is easier than you think” because it’s not the case. But over the course of 33 years of my life, I was facing all types of skin problems and owing to consistency, I was able to mitigate some of them. Pimples were really a nuisance when I was an adult (what helped me were regular dermapen treatments, avoiding sweets, appropriate creams, and perfect hygiene when applying makeup), dark spots have disappeared since I stopped sunbathing, but when it comes to visible veins, the situation is horrible – undergoing laser treatments did not strike home with me (maybe you were able to tackle them this way?), but since I started using products with vitamin C, the situation is at least not getting worse.

* * *

4. Widoczne naczynka, przebarwienia, wypryski.

    Każdy kto chociaż raz w życiu obrabiał zdjęcia wie, że te niedoskonałości można błyskawicznie usunąć nawet najbardziej prymitywnym programem do retuszu. A im coś jest łatwiejsze do poprawienia, tym rzadziej zobaczymy to na zdjęciach w mediach. Nie będę wtórować tytułom z prasy kobiecej, że „pozbycie się tych drobiazgów jest łatwiejsze niż myślisz”, bo wcale takie nie jest. Ale na przestrzeni swojego trzydziestotrzyletniego życia borykałam się z każdym z tych problemów i dzięki konsekwencji udało mi się część z nich znacznie zniwelować. Wypryski w dorosłym wieku naprawdę dały mi się we znaki (pomogły regularne zabiegi dermapen, unikanie słodyczy, odpowiednie kremy i perfekcyjna higiena przy robieniu makijażu), przebarwienia odkąd nie opalam twarzy praktycznie zniknęły, ale sprawa z widocznymi naczynkami prezentuje się beznadziejnie – ich laserowe usuwanie nie zdało u mnie egzaminu (może którejś z Was się to udało?), ale odkąd używam produktów z witaminą C sytuacja przynajmniej się nie pogarsza. 

Jaki mam dowód na to, że ten krem akurat działa? Producent od razu zaznacza, że krem zawiera "niskocząsteczkowy kwas hialuronowy" czyli taki, który faktycznie jest w stanie przeniknąć przez skórę. Krem pod oczy ALGOEYE to kolejny produkt od Sensum Mare, który miałam przyjemność testować – w kolejce czeka jeszcze krem do twarzy. Jeśli chciałybyście wypróbować jakikolwiek produkt marki Sensum Mare (polecam gorąco serum) to mam dla Was kod rabatowy. Na hasło MLE otrzymacie -15% na cały asortyment.

      Maybe some of you have missed the information so I will write that once more – I never retouch my photos that you can see on the blog or Instagram. Of course, I care for the fact that I look nice in them – I’m searching for nice lighting, I use makeup, and sometimes I pose with my back facing the camera (:D), but I don’t feel that my blog or my social media lose anything in terms of their value. What’s more, I think that you should take responsibility for the “retouched photography” just like you should take responsibility for disseminating the so-called “fake news”. After all, the image says more than a thousand words – it would be nice if it didn’t resort to lying.

* * *

   Być może kogoś z Was ominęła ta informacja, dlatego napiszę jeszcze raz  – nie retuszuję zdjęć, które widzicie na blogu czy moim Instagramie. Oczywiście, dbam o to, aby na zdjęciach wyglądać ładnie – szukam więc dobrego światła, wykorzystuję makijaż, a czasem po prostu zapozuję tyłem (:D) i nie mam przez to poczucia, że blog czy inne moje media tracą na wartości. Co więcej, jestem zdania, że tak jak mówi się coraz częściej o odpowiedzialności za tak zwane „fake newsy”, powinno się również zwrócić uwagę na odpowiedzialność za „fotografię poprawianą”. W końcu, obraz mówi nam często więcej niż tysiąc słów – byłoby więc miło, gdyby nie kłamał. 

*  *  *