If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Mieszkanie w upale czyli wnętrzarskie umilacze na najgorętszy miesiąc w roku

   Pełnia lata. Dla większości to ukochany czas w roku. Gdybym miała wybierać to wolę jednak listopad i grudzień, ale na upały raczej nigdy nie narzekałam. Uwielbiam słońce, plażę, zwiewne sukienki, opalone plecy i gofry na każdym rogu. Ale to wszystko ma swój urok, gdy można z tej pogody bez ograniczeń korzystać. Jeśli nie czujesz się najlepiej lub po prostu masz masę spraw do ogarnięcia, to marzysz raczej o wiadrze frappucino i przyklejeniu twarzy do łazienkowych kafelek niż o staniu w kolejce do warzywniaka. Nawet mieszkając w Sopocie niecodziennie ma się wakacje i niecodziennie można korzystać z pogody.

    To już standard, że w lecie intensywnie pracuję nad tym, co wychodzi na światło dzienne (albo raczej jesienne) kilka miesięcy później. Próbujemy więc w miarę normalnie funkcjonować w te dzikie upały i kryć się przed nimi gdzie się da. To zresztą naprawdę zabawne, że akurat w tym roku, gdy temperatura powyżej piętnastu stopni naprawdę nie wpływa na mnie najlepiej, a na plaży wytrzymam maksymalnie godzinę, pogoda postanowiła obdarować nas latem stulecia. Oj daje mi się we znaki ten żar spływający z nieba, oj daje…

   To że mieszkanie jest naszym ukochanym schronieniem, gdy na zewnątrz jest zimno i brzydko to jasne jak słońce, ale fajnie jeśli daje nam ukojenie również w gorące lipcowe popołudnie, gdy ze spuchniętymi stopami i mokrym karkiem przekraczamy jego próg. W te wakacje musiałam o to zadbać w szczególny sposób, a że prawdziwe fronty z Sahary podobno dopiero przed nami, to podzielę się z Wami paroma schładzającymi „umilaczami”.

1. Chyba nie mam co liczyć na współpracę z producentem klimatyzatorów :D.

    Wydawać by się mogło, że przyjemne 21 stopni Celsjusza w salonie można osiągnąć bardzo prosto – przecież wystarczy zamontować klimatyzację. W tym roku bardziej niż kiedykolwiek przerażają mnie pogodowe anomalie, które spustoszyły wiele pięknych europejskich regionów. Ciężko mieć uszy i oczy zamknięte i nie dostrzegać problemu, nawet jeśli strużka potu ścieka ci właśnie po czole. A nie każdy wie, że klimatyzacja – chociaż chłodzi nasze mieszkania – tak naprawdę produkuje do atmosfery więcej ciepła niż zimna. Jeszcze kilkanaście lat temu urządzenia chłodzące w prywatnych mieszkaniach można by policzyć u nas na placach jednej ręki, ale dziś popyt na nie wzrasta bardzo szybko – nie tylko ze względu na coraz większą liczbę gorących dni w ciągu roku, ale także z powodu bogacenia się społeczeństwa i tym samym chęci podniesienia komfortu życia – po prostu robimy się wygodniccy pod wieloma względami. Systemy klimatyzacji, choć przynoszą nam dużą ulgę w czasie upałów, mają jednak zły wpływ na klimat. Dzieje się tak nie tylko ze względu na ogromne zużycie energii – naukowcy z Arizona State University udowodnili, że włączane masowo klimatyzatory oddają na zewnątrz budynków ciepło, które potęguje efekt miejskiej wyspy ciepła. W systemach klimatyzacji stosowane są fluorowane gazy cieplarniane i substancje zubożające warstwę ozonową (źródło). Z edukacyjnego filmiku przygotowanego przez "The Guardian" wynika, że korzystanie z systemów klimatyzacji powoduje cztery razy więcej emisji niż transport lotniczy (! ! !) na całym świecie. Trochę podgrzałam atmosferę co nie?

Cytryny. W lecie zawsze mam ich dużo – przydają się do lemoniady, wyciskam je do sałatek i ryb, które teraz jemy naprawdę często. Aby muszki owocówki nie oblazły całkiem tych przekrojonych wykorzystajcie moją miksturę – zmieszajcie dwie łyżki soku z cytryny z płynem do mycia naczyń (koniecznie "tym zielonym z drogerii" ;)) i odrobiną wody i ustawcie w małym spodeczku lub kubeczku w kuchni. Gwarantuję, że niechciani lokatorzy znikną. Misa jest z Jotex, na samym dole znajdziecie na nią kod zniżkowy.

   Muszę tutaj oddać sprawiedliwość – podobno najnowsze mechanizmy schładzające oparte o pompy ciepła produkują mniej szkodliwych substancji i są dla środowiska przyjaźniejsze, ale sama nie wiem czy nie jest to kolejny przykład „greenwashingu” i podobna akcja jak w przypadku badań udowadniających, że masło jest bardzo zdrowe (a stały za nimi hodowle przemysłowe). Dajcie znać jeśli macie na ten temat sprawdzone dane!

2. Okna – nasz wróg czy sprzymierzeniec?

    Kilka banałów, ale w dobie klimatyzowanych pomieszczeń niektórzy mogli już zapomnieć o tym, kiedy i jak otwieramy okna, gdy na zewnątrz jest gorąco. Mieszkanie wietrzymy tylko wczesnym rankiem lub nocą, szczególnie w jej drugiej połowie. Dlaczego? Pierwsze godziny po zachodzie słońca to czas, gdy ziemia oddaje ciepło. Wyprażone słońcem mury domów działają niczym kaloryfery i nawet jeśli temperatura powietrza już nieco spadła to wokół budynku wciąż utrzymuje się na tym samym poziomie.

    Kierunki świata też mają znaczenie – najlepiej otwierać okna od strony wschodniej wczesnym świtem i po południu, natomiast od zachodu – do południa.Otwieramy je najszerzej jak się da, a jeśli to możliwe – w dwóch przeciwległych pomieszczeniach aby zrobić przeciąg.   Podstawową ochroną przed upałami jest zasłanianie okien, przez które ciepło wdziera się do mieszkania. W środku dnia, gdy temperatury są najwyższe w ogóle nie otwieramy okien i zasłaniamy je czym się da. Może się to wydać niektórym z nas zupełnie absurdalne, bo przecież świeże powietrze powinno nam przynieść ulgę, ale to tylko przyczyni się do większego nagrzewania się pomieszczeń.

Ten lniany komplet mam od polskiej marki HIBOU

3. Tryb „off”.

    Rozejrzyjcie się czy w Waszym mieszkaniu nie działają niepotrzebnie jakieś urządzenia elektryczne. Najwięcej ciepła generują: kuchenka, piekarnik, telewizor, pralka, odkurzacz, suszarka, żelazko, oświetlenie i lodówka, ale tak naprawdę każde urządzenie podłączone do kontaktu może się przyczynić do zwiększenia temperatury w mieszkaniu.  Nawet człowiek generuje w pomieszczeniu około 120 wat na godzinę (trójka gości nagrzeje więc Wam salon tak samo jak pralka na wysokich obrotach ;)).

   O ile w ogóle gotuję to decyduję się na szybkie dania, najlepiej takie, które dobrze smakują też na zimno. Nie piekę ciast i nie smażę placków (za to ten sernik na zimno polecam wszystkim łasuchom). Wiele przekąsek wkładam do lodówki rano, aby w ciągu dnia były przyjemnie zimne. Nie mam na myśli tylko owoców i napojów. Rzodkiewki, ogórki, kalarepa, marchew, papryka czy seler naciowy, a nawet orzechy to produkty, które w gorący dzień można schłodzić nieco mocniej. Poniżej znajdziecie bardzo krótki przepis na sałatkę – składniki są bardzo umowne i zmieniam je regularnie w zależności od tego co akurat mam w lodówce. Bataty spokojnie można zastąpić korzeniem pietruszki albo ziemniakami, które zostały z poprzedniego dnia, granat drobno pociętymi truskawkami, dodać inne orzechy czy sałatę – chodzi raczej o ogólną zasadę połączenia „węglowodany, liście, słodko-kwaśny owoc, coś chrupiącego”. 

Cała porcelana widoczna na dzisiejszych zdjęciach jest z Jotex (to ta sama, którą pamiętacie ze świątecznego wpisu). Biała misa z cytrynami, talerze, szklanki, wełniany dywan na innych zdjęciach, a nawet ta rzeźba konik – na wszystko działa mój kod zniżkowy, który podaję na dole wpisu. 

SKŁADNIKI: 

1 batat, ok. 300 g

sól, pieprz, 1 łyżka oliwy, szczypta płatków chili i opcjonalnie gałązka rozmarynu

50 g orzechów włoskich lub pekan

1/2 owocu granatu

1 awokado

100 g rukoli

SOS:

2 łyżeczki miodu lub syropu klonowego

1 łyżka oliwy extra vergine

1 łyżka soku z cytryny

Sposób przygotowania:

Bataty obrać, pokroić w kosteczkę. Skropić oliwą, doprawić solą, pieprzem, chili i listkami rozmarynu jeśli ich używamy. Wymieszać i ułożyć na blaszce do pieczenia lub w naczyniu żaroodpornym, wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni C i piec przez około 30 minut lub do miękkości. Na 10 minut przed końcem dodać do pieczenia orzechy.Wyłuskać owoce z granatu. Awokado obrać, usunąć pestkę i pokroić w kosteczkę. Wszystkie składniki wyłożyć na talerz, doprawić solą i pieprzem, wymieszać składniki sosu i dodać do sałatki (przepis znalazłam na Kwestii Smaku ale trochę go zmodyfikowałam). 

4. Wyszperane i wyselekcjonowane.

    To już tradycja, że w umilaczach podaję też parę ciekawych linków z sieci. Spośród całej masy według mnie niezbyt ciekawych publikacji wybrałam dla Was kilka pięknych albumów o wnętrzach. Niektóre miałam okazję tylko przeglądać u przyjaciół, inne zamówiłam i czekam na dostawę, a jedną mam w domu.

"Live Beautiful", Athena Calderone

"Habitat", Lauren Liess

"Made for Living" Amber Lewis

"The Monocle Guide to Cosy Homes" od Gestalten

– "Interior Portraits" Victoria Hagan

5. Jaki zapach najlepiej sprawdzi się w mieszkaniu latem?

    I czy w ogóle są one ważne o tej porze roku? Ciepłe powietrze potęguje wszelkiego rodzaju wonie, więc odczuwamy je mocniej. Z jednej strony trzeba w związku z tym częściej myć zlew w kuchni, a z drugiej – niewielki wkład w dobór odpowiedniego odświeżacza może dać naprawdę mocny efekt.  Drzewo sandałowe lub herbaciane, cedr, cytrusy i eukaliptus to zapachy, które są dobrze tolerowane przez większość z nas, pasują do każdego pomieszczenia, nie przytłaczają intensywnością i nie powinny się nam szybko znudzić. Przeciwieństwem są z kolei nuty kwiatowe – w pierwszym momencie pomyślimy pewnie „jak tu pięknie pachnie”, ale po paru dniach będziemy mieli ich serdecznie dosyć, a już po kilkudziesięciu minutach może rozboleć nas głowa. Ja uwielbiam też zapach świeżego prania i parę razy natknęłam się w sklepach na coś, co go przypominało (takie odświeżacze najczęściej opisane były po prostu jako zapach bawełny).

    Z oczywistych względów świece zapachowe nie bardzo sprawdzą się latem – chyba, że dotrze do nas ochłodzenie. Odświeżaczy w spray-u w ogóle nie używam, bo naczytałam się o nich strasznych rzeczy. Zostają mi więc odświeżacze w formie olejków z patyczkami.   Pewnie pomyślałyście, że o czymś zapomniałam. Skoro mowa o zapachu w mieszkaniu, to czemu nie piszę nic o prawdziwych kwiatach, które są teraz w pełnym rozkwicie. Otóż gdy upał jest nie do zniesienia, ja z kwiatów ciętych do wazonu właściwie rezygnuję. Po pierwsze dlatego, że bardzo szybko więdną, a nie chcę ich wymieniać co drugi dzień. Trzeba też dużo częściej dolewać do nich wody, a przy wysokich temperaturach ich zapach nie zawsze jest taki jaki sobie wyobrażałyśmy ;). Dużo lepiej sprawdzają się wtedy u mnie delikatne gałązki eukaliptusa albo drzewa oliwnego – potrzebują mniej wody i dłużej wytrzymają w wazonie w dobrym stanie.  

lniana góra od pidżamy – Hibou / lustro – Jotex (kod zniżkowy pod zdjęciem z fotelem) / obraz – kopia Matisse'a na płótnie

 6. Len i biel.

    Len to jedno z najcudowniejszych odkryć na ziemi – właściwie całą roślinę można wykorzystać, jej jedynym odpadem w trakcie obróbki jest nietoksyczny pył. Pozyskuje się z niej nie tylko włókna na materiał, ale także olej (bardzo zdrowy), suplementy i leki, wysokiej jakości papier, płytę paździerzową, a nawet paszę dla zwierząt. Uprawa nie wymaga pestycydów (len jest odporny na szkodniki) i dodatkowego nawadniania (mniejsze zużycie wody niż w przypadku chociażby bawełny).

    Właściwości samej rośliny to jednak tylko wstęp do tego ile zalet mają ubrania i tekstylia domowe wykonane z lnu. Są przewiewne, bardzo trwałe, pozwalają skórze oddychać (w przeszłości z lnu robione nawet bandaże i opatrunki), nie uczulają. Latem korzystam więc jak się da z dobrodziejstw tej tkaniny. Ubrania, pościel, a nawet nowe obicie na fotelowe poduszki – upał w w lnianym wydaniu naprawdę jest trochę bardziej znośny. Wiem, że pisałam już o tym wiele razy, ale nasze mieszkanie naprawdę nam się odwdzięczy, jeśli w trakcie jego urządzania zastosujemy jak najwięcej naturalnych tkanin. Białe zasłony z gęsto-tkanego naturalnego materiału nie tylko wyglądają dobrze, ale też najlepiej chronią wnętrze przed ciepłem (syntetyczne włókna po nagrzaniu mogą wydzielać nieprzyjemny zapach).   W lecie staram się zmieniać pościel jeszcze częściej – w jakiś podprogowy sposób taka świeża poszewka zawsze wydaje nam się chłodniejsza ;). Pościel ze zdjęcia również jest od Jotex (widziałyście ją u mnie już parę razy). Jest lniana, dobrze się pierze, a guziczki przetrwały już nie jeden magiel ;). Na pościel również obowiązuje kod, który podaję poniżej.

Wymieniliśmy się z mężem fotelami. On wziął do swojego biura ten bez oparć, a do mieszkania trafiło w związku z tym to cudo (za jakiś czas fotel z oparciami będzie mi po prostu bardziej potrzebny). W oryginale fotel ma właśnie takie obicie, ale na lato postanowiłam je zmienić na jaśniejsze z lnu. Wyjątkowo nie skorzystałam z usług tapicera – koszt obszycia samych poduch w takim miejscu był dosyć wysoki, a bez problemu zrobiła to zaprzyjaźniona krawcowa. Fotel to również Jotex i dla cierpliwych mam kod zniżkowy. Z hasłem KASIATUSKJULY30 dostaniecie 30% rabatu na całe zamówienie + 5% dodatkowego rabatu* dla cen na czerwono (z promocji jeden klient można skorzystać tylko raz). Macie czas do 31.08.2021.

   Mój osobisty i ukochany sposób na sen w upale, to zjedzenie porządnej porcji lodów – już w łóżku, najlepiej w towarzystwie jakiegoś filmu, którego akcja rozgrywa się w malowniczych zakątkach Europy. Kupujemy czasem nawet kilogram lodów na wynos (u Ruszczyka albo w Miło Mi w Orłowie, ale najczęściej jednak w Słonym Karmelu gdzie smaki zmieniają się każdego dnia i trzeba polować na swoje ulubione) i jemy je tak długo, aż dostaniemy dreszczy ;). To ma być czas dla nas, bo Mała teoretycznie już słodko śpi, ale tak naprawdę czeka cichutko, aż usłyszy, że zakradamy się do zamrażalnika (chwilę później z przedpokoju dobiega nas tupot małych stópek i trzeba iść po trzecią łyżeczkę…).

    Dziś w Trójmieście jest całkiem przyjemnie – przez chwilę myślałam nawet o tym aby włożyć na siebie bluzę. Po weekendzie fala upałów ma jednak wrócić i podobno nawet najstraszniejsze burze nie przyniosą ukojenia. Oby to gorące i słoneczne lato przyniosło Wam samą przyjemność – słuchając specjalistów od klimatu powinnyśmy się do takich warunków przyzwyczaić jak najszybciej. 

*  *  *

Majowe umilacze, czyli dokąd jechać po poluzowaniu restrykcji + przepis na placki, który zdetronizuje wszystkie inne (i nie tylko)

   Domyślam się, że w tę majówkę w wielu domach słychać było narzekanie. Jedni narzekają na to, że nigdzie nie wyjechali, inni marudzą, że chociaż udało im się wyjechać to przez obostrzenia urlop nie jest taki, jaki powinien. Ktoś doda, że do pandemii to już się nawet przyzwyczaił, ale śnieg w maju i pięć stopni na plusie uniemożliwiają nawet zwykłą przejażdżkę rowerową wokół osiedla. Oczywiście są też tacy, którym jednak udało się znaleźć ciocię w Trójmieście (biorąc pod uwagę to, jak w weekend wyglądał Monciak tych świeżo odnowionych relacji rodzinnych jest naprawdę bardzo dużo), a w Zakopanem na Krupówkach tańczono ponoć wczoraj masowo Macarenę. Takie doniesienia dodatkowo wzmagają frustrację tych, którzy z różnych powodów siedzą od piątku w domach z braku lepszych planów. Z tego co widzę, to nawet w krainie wiecznej tęczy, czyli na Instagramie, słychać szczere utyskiwania na to, że jeden z fajniejszych momentów w roku nie został w należyty sposób wykorzystany. Na zdjęciach brakuje tego, do oglądania czego przywykłyśmy kiedyś – turkusowej wody, opalania na leżakach, relacji z podróży. Tak jest przynajmniej na moich ulubionych profilach. 

   Dzisiejszy wpis będzie więc umilaczem w najczystszej postaci – chciałabym podsunąć Wam banalny przepis, który stłumi na chwilę tęsknotę za wieczorem w knajpce (do otwarcia restauracyjnych ogródków zostało dokładnie 11 dni i 8 godzin, ale kto by tam liczył). Na spokojnie, posługując się informacjami na temat obostrzeń i moją subiektywną oceną spróbuję wybrać najlepsze miejsce na letni wypoczynek, albo chociaż przenieść nas na chwilę do wakacyjnych utopii. I to nie wszystko, ale nie marnuję już więcej literek, tylko przechodzę do rzeczy.

1. Majówka w Internecie. Eksplozja informacji i rozpad jakości.

    W długi weekend mamy więcej czasu na to, aby wejść na ulubione strony czy przeczytać dłuższy artykuł. Wczoraj chciałam zajrzeć do paru moich ulubionych blogerek, aby po chwili ze smutkiem wyłączyć wszystkie strony – najnowszy tekst, jaki u nich znalazłam był ze stycznia. Skrolowanie Instagrama nie potrafi zastąpić mi kilku minut czytania czegoś mądrego, więc jak zwykle skończyłam na Polityce – na tym portalu mam wykupioną płatną subskrypcję i zaczynam odnosić wrażenie, że to jedyny sposób, aby znaleźć w sieci coś mądrzejszego niż tylko kolejny artykuł pod tytułem „tego sposobu na brudne szyby jeszcze niż znałaś”, który okazuje się być kilkuzdaniowym bełkotem. Jeden z najpopularniejszych portali o modzie w Polsce jest tak nafaszerowany wyskakującymi reklamami, że niestety nie sposób dokopać się do tekstu, nie mówiąc już o przejrzeniu zdjęć (po każdym kliknięciu parada banerów pojawia się na nowo, a mi z poirytowania coraz trudniej trafić w krzyżyk, więc za którymś razem i tak otwiera mi się strona z lekiem na prostatę). Dlaczego tak jest? Rewolucja technologiczna ostatnich lat sprawiła, że każdy z nas dostał w swoje ręce nieograniczony dostęp do przeróżnych treści. Nie musiałyśmy już kupować książki, aby przeczytać coś interesującego. Nie musiałyśmy kupować magazynów modowych, aby zobaczyć relacje z paryskich pokazów mody. Wystarczyło nam tylko jedno narzędzie, aby znaleźć informacje na temat każdej możliwej dziedziny. Streszczenie lektury, przewodnik turystyczny po Chorwacji, przepis na tartę tatin, wiadomości ze świata – wystarczyło wyklikać odpowiednią frazę i już wszystko było wiadomo. Ta transformacja wniosła oczywiście wiele korzyści, ale dziś coraz więcej myślicieli zgadza się z tym, że ceną jaką zapłaciliśmy za błyskawiczny dostęp do informacji, jest spadek ich jakości.

   Mniejsza, jeśli chodzi o sprawdzoną recepturę na deser, gorzej gdy poszukujemy na przykład istotnych danych o szczepieniu, a po godzinnym szperaniu dochodzimy do wniosku, że nie jesteśmy pewni naszego źródła i w gruncie rzeczy nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Nawet te lekkie i lifestylowe treści są coraz bardziej powtarzalne, przepuszczane przez niezliczoną liczbę kalek, tak aby wujek Google myślał, że to teksty organiczne (co powoduje, że strona jest wyżej pozycjonowana). Twórcy, którzy do tej pory publikowali prawdziwe artykuły przerzucają się na e-booki, dzięki którym dostają wynagrodzenie za swoją pracę – ciężko się temu dziwić. Jednocześnie znów uciekają nam z pola widzenia, gdy po prostu z nudów chcemy przeczytać coś nowego.

John Cleese jest zaprzeczeniem tego, co w nowoczesnym świecie jest byle jakie. Na pewno kojarzycie jego postać – to współzałożyciel legendarnej grupy Monthy Pythona i autor wielu znakomitych scenariuszy. No po prostu ktoś, kto umiałby dziś zażartować z Hotelu Paradise tak, że byłoby to śmieszne i eleganckie jednocześnie. W latach 80 ubiegłego wieku wydał swoją pierwszą książkę „Żyć w rodzinie i przetrwać” która została świetnie przyjęta przez krytyków, a dziś wraca do nas z tytułem „Kreatywność. Krótki i optymistyczny poradnik.”, który dla ludzi pozbawionych ostatnio źródła inspiracji (chociażby w związku z pandemią) może być naprawdę zbawienny. 

    Te moje utyskiwania nie sprowadzają się bynajmniej do wniosku, że „jednak książka papierowa jest najlepsza”, chociaż pewnie znalazłabym parę argumentów „za”. Odkąd powszechnie dostępne treści w Internecie są coraz słabszej jakości, ja chętniej szukam inspiracji właśnie w swojej biblioteczce. Jak miło przeczytać w końcu rozpoczętą, rozwiniętą i dokończoną myśl, na dodatek zredagowaną i bez błędów… Albo znaleźć zdjęcie, które kojarzę z bezrefleksyjnego repostowania na Instagramie i dowiedzieć się kto je zrobił, gdzie i dlaczego. To niby drobiazgi, ale jeszcze bardziej uzmysławiają, jak niewiele ostatnio czerpię z tego, co czytam. A może to tylko mój problem?

Fragment moich książkowych zbiorów i kilka pozycji, które obecnie czytam. No i moje piękne podpórki, na które tak długo czekałam! Wejdźcie na stronę Jotex i zobaczcie jeszcze parę innych niebanalnych rzeczy do domu, które w niczym nie przypominają tych z sieciówek. 

2. Wyjeżdżamy?

   Podejście do wyjazdów wiele mówi o naszym podejściu do pandemii w ogóle. Część osób uważa, że dla bezpieczeństwa lepiej jest nie ruszać się ze swojego miasta, chociaż jako mieszkanka Sopotu mam spore wątpliwości czy ta zasada sprawdza się w obleganych przez turystów miejscach. Część jest już zaszczepiona i, co zrozumiałe, chce ruszyć w świat i korzystać z jako takiej odzyskanej normalności (przypominam, że dziś zapisy dla mojego rocznika!). Jest też oczywiście grupa, która niezależnie od liczby zachorowań podróżowała wszędzie, gdzie się dało. Ale nie o tym jest ten wpis. Wiele z nas planuje pewnie wakacje i zdaje sobie sprawę, że pod uwagę należy wziąć teraz kilka nowych aspektów. Czy trzeba mieć test? Czy po przylocie zostaniemy odesłani na kwarantannę? Czy będziemy mogli pójść na obiad do restauracji? Czy nasze dzieci też muszą mieć zrobiony test? To tylko parę pytań, które przychodzą mi do głowy, gdy myślę o swoich ukochanych kierunkach.

    Czemu w tym zestawieniu znajdują się takie, a nie inne destynacje? Na przeanalizowanie całego świata nie starczyłoby mi sił (ba! Samej Europy chyba też) więc ograniczyłam się tylko do tych miejsc, które wydawały mi się najfajniejsze. Wychodzę też z założenia, że w granicach UE obostrzenia są względnie ustandaryzowane – testy zostały dopuszczone przez powołane do tego instytucje, znamy przybliżoną dzienną liczbę zakażeń w danych krajach, poziom opieki zdrowotnej jest wyrównany (przynajmniej w porównaniu do Azji, Afryki czy Ameryki Południowej).

Włochy.

    Krążą plotki, że od 15 maja, a najpóźniej od 3 czerwca, słoneczna Italia otworzy się na turystów i aby móc rozkoszować się toskańskimi widokami czy pływać u wybrzeża Amalfi wymagany będzie jedynie negatywny wynik testu. W tym momencie sytuacja jest jednak dokładnie odwrotna – Włochy mówią otwarcie, że turyści spoza kraju nie są teraz mile widziani. Po przylocie czeka nas test, pięciodniowa kwarantanna i ponowny test. Jeśli jesteście zdeterminowane, aby w wakacje wyjechać właśnie do Włoch lepiej poczekać, aż restrykcje się zmienią. Wszyscy liczyli, że ten kraj otworzy się tuż po majówce, ale nic takiego się nie wydarzyło – domyślam się, że parę wymarzonych urlopów przepadło, bo ktoś za bardzo się pospieszył. 

AKTUALIZACJA: Premier Włoch postanowił dłużej nie czekać i ogłosił w tym tygodniu, że już po 15 maja kraj otwiera się na turystów i gorąco ich zaprasza. Niezbędny jest negatywny wynik testu lub zaświadczenie o zakończonym procesie szczepienia. To kto się wybiera? :)

Francja

    Lazurowe wybrzeże to jedna z najbardziej kuszących opcji, ale… liczba zachorowań nad Sekwaną wciąż martwi. I chociaż dla Polaków nie ma szczególnie utrudniających wjazd obostrzeń (wystarczy negatywny wynik testu oraz oświadczenie o braku symptomów) to na wakacje we Francji w najbliższych tygodniach raczej nie ma co liczyć. Co prawda w poprzednim tygodniu po wielu miesiącach zniesiono w końcu zakaz poruszania się między regionami, a niebawem mają zostać otwarte także restauracyjne ogródki, ale nie planowałabym wyjazdu w te strony. Hotele (przynajmniej formalnie) są zamknięte i chociaż pojawiają się głosy, że mają zostać otwarte po 19 maja, to są to póki co jedynie dywagacje niepodparte twardymi deklaracjami rządu.

Jeśli wolicie poczekać do momentu, gdy będziemy mieli większy wybór w wyborze kierunków podróży, to polecam Wam profil @seehura na Instagramie. Znajdziecie tam zdjęcia z najpiękniejszych hoteli, willi, plaż, restauracji i innych bajkowych miejsc. 

Hiszpania

    Choć Hiszpania otworzyła swoje granice dla turystów z innych krajów Unii Europejskiej, musimy pamiętać, że na miejscu wciąż obowiązują liczne ograniczenia, które mogą utrudnić nam wypoczynek. Ani rząd, ani król Hiszpanii nie powiedzieli też jednoznacznie, że kraj otwiera się na turystów. Każda osoba przylatująca do Hiszpanii musi mieć negatywny wynik testu PCR zrobionego maksymalnie 72h przed podróżą, wypełnić specjalny formularz i wygenerować kod QR, bez którego nie będziemy w stanie przejść kontroli sanitarnej na lotnisku po przylocie (cytując za doBarcelony.pl). Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca unikanie podróży zagranicznych, jeśli nie są one niezbędne. Przed powrotem do Polski musimy znów poddać się testowi przed przekroczeniem granicy (wynik testu jest ważny 48 godzin od jego otrzymania), w przeciwnym razie mamy obowiązek poddania się 10-dniowej kwarantannie. Hotele są otwarte, restauracje mogą przyjmować gości od godziny 7.30 do 17.00.. Istnieje jednak wiele zaleceń, które wskazują na to, że Hiszpania nie jest jeszcze na nas gotowa (godzina policyjna czy ogólne „zalecenie” aby nie wychodzić z domu bez potrzeby).

Grecja

    Pewnie sporo z Was już wie, że Grecja od końca kwietnia liberalnie podchodzi do turystów z UE. Po pierwsze – rząd otwarcie mówi o tym, że zaprasza turystów. Po drugie, wystarczy negatywny wynik testu i wypełnienie kilku dokumentów (lub otrzymanie dwóch dawek szczepionek co najmniej 14 dni wcześniej plus dokument to potwierdzający). Problemem mogą być loty, bo z Gdańska pierwsze bezpośrednie połączenie pojawi się dopiero w czerwcu, ale być może u Was sytuacja wygląda inaczej. Na tej stronie znalazłam dokładne informacje na temat wszystkich niezbędnych formalności potrzebnych w podróży do Grecji. Za Helladą przemawia też to, że możliwości mamy naprawdę wiele. Nie trzeba od razu pędzić na Santorini i zamieszkać w samym centrum miasteczka – ciekawych i mniej zaludnionych wysp jest mnóstwo (wschodnia część Krety, Milos, Rodos). Zresztą, przed pandemią, nawet w popularnym Mykonos można było bez problemu znaleźć ustronne miejsca i przez tydzień nie spotkać nikogo poza ciekawską kozą.

Chorwacja

   Kraj pięknych plaż, słońca i z liberalnym podejściem do turystów z UE już został okrzyknięty hitem lata 2021. Aby przekroczyć granicę niezbędny jest negatywny wynik testu i trochę biurokracji (tutaj więcej informacji). Hotele, plaże i restauracje są otwarte, obowiązują oczywiście limity gości, więc wyjazd trzeba dobrze zaplanować i nie zapominać o rezerwowaniu stolika na wieczór. Wada? Może się okazać, że wiele osób wpadnie na ten sam pomysł skoro możliwości podróżowania po Europie są tak ograniczone. Tak jak w przypadku Grecji – warto poszukać mniej popularnych kierunków podróży, wybrać małe miasteczka, albo tak planować zwiedzanie, aby nie trafiać na godziny szczytów.

   Uwaga! To, że wyjeżdżamy do miejsca, które jest dla nas otwarte nie oznacza, że tuż po wyjściu z samolotu możemy zapomnieć o epidemii. Dbajmy o bezpieczeństwo swoje i innych także na wakacjach. Unikajmy deptaków w najgorszych godzinach, zachowujmy dystans, nośmy maski, szanujmy zasady panujące w danym kraju – bądźmy solidarni nawet jeśli jesteśmy już po szczepieniu. Podane restrykcje są aktualne na dzień 3 maj – w każdej chwili mogą się zmienić na lepsze… lub gorsze. 

dress / sukienka – vintage

3. Przepis na "Najlepsze na świecie placki z owocami"

   Ten przepis wypatrzyłam kiedyś u Elizy z Whiteplate (jakżeby inaczej), ale nieco go zmodyfikowałam. Przede wszystkim dlatego, że z podanych proporcji placków wyszłoby za mało dla mojej ekipy, a po drugie dlatego, że wydawały mi się jednak ciut za ciężkie. A dlaczego aż tak go zachwalam? Bo jedyne narzędzia jakich potrzebujemy do ich wykonania to widelec i jedna miska. Żadnych mikserów, trzepaczek, miarek i przelewania. Poza tym, te placki wyparły u nas właściwie wszystkie inne podobne desery – naleśniki, racuchy, pancakesy – wszystko poszło w odstawkę. Proporcje mąki i mleka są – nie boję się użyć tego słowa – umowne. Czasem trafi się gęstszy twaróg albo większe jajko, a to taki przepis „na oko” który za którymś razem robi się już z zamkniętymi oczami. 

Skład:

200 g twarogu wiejskiego

150 g mąki pszennej (w wersji bezglutenowej mieszamy po równo mąkę ziemniaczaną, kukurydzianą i bezglutenową owsianą)

2 jajka kilka łyżek mleka (dodajemy na oko, aby ciasto nie było za suche)

dwie łyżki cukru z wanilią (może być domowej roboty)

pół kilo śliwek (nadadzą się też jabłka czy truskawki)

pół łyżeczki proszku do pieczenia

olej roślinny do smażenia (na przykład rzepakowy)

 

Sposób przygotowania:

   Przekładamy do miski twaróg i rozgniatamy widelcem razem z mąką i proszkiem do pieczenia, dodajemy jajka i cukier. Aby nieco rozcieńczyć masę dodajemy trochę mleka. Ciasto powinno gęstością przypominać to na pączki. Nie trzeba go mieszać bardzo dokładnie – ja robię to wyłącznie widelcem przez dwie minuty, nawet jeśli zostaną grudki twarogu to nie szkodzi. Śliwki kroimy w półksiężyce. Rozgrzewamy olej na patelni i łyżką nakładamy ciasto. Dopiero wtedy szybkim ruchem nakładamy na wierzch owoce. Po paru minutach przewracamy placki na drugą stronę. Po zdjęciu placków z patelni odkładamy je na papier aby wyciągnął zbędny tłuszcz i posypujemy cukrem pudrem. 

Cała zastawa (poza małym talerzykiem), eleganckie szklanki i obrus z delikatnym stebnowaniem są z Jotexu. Już trzeci raz robiłam zakupy w tym sklepie i naprawdę jestem miło zaskoczona stosunkiem ceny do jakości. Poniżej znajdziecie też pościel i lampkę, którą tam znalazłam. AKTUALIZACJA: właśnie otrzymałam wiadomość, że jest jednak kod dla Was na zakupy w Jotex i to aż na 25% :). Skorzystajcie z kodu KASIAMAJ25 na całe zamówienie. Promocja nie łączy się z innymi ofertami i rabatami. Nie dotyczy produktów przecenionych lub oznaczonych „Deal!". Kod jest ważny do 25.05.2021.Widziałam, że bardzo spodobał się Wam ten post na Instagramie, więc jeśli komuś ukmnęło tamto zdjęcie to daje znać, że na te piękne świece Lile Things nadal obowiązuje kod MLE15 który upoważnia do 15% zniżki zarówno na świeczki, jak i pozostałe produkty oferty Lile Things (kod będzie ważny do 15/05/21). Modele Madame i Pilier to w całości autorski projekt marki – od zaprojektowania kształtu, przeniesienia go na model fizyczny, stworzenia prototypu matrycy, aż po sam odlew (tak, wiem, że na allieexpress można znaleźć podobne, ale moim zdaniem nie są tak ładne, a jakość wosku pozostawia wiele do życzenia). Dla mnie ważne jest to, że wykonano je z wosku sojowego, który jest produktem naturalnym, biodegradowalnym, przyjaznym środowisku. W przeciwieństwie do powszechnie stosowanej parafiny, nie jest szkodliwy dla zdrowia. Świece z wosku sojowego są nietoksyczne, nie zawierają szkodliwych pestycydów i herbicydów, a podczas ich spalania wytwarza się o wiele mniej dwutlenku węgla i sadzy – nie kopcą, nie dymią, nie pozostawiają ciemnego nalotu na ścianach. Palą się od 30 do 50 % dłużej niż parafinowe. To takie drobiazgi, ale jeśli ktoś często pali świece na pewno je doceni. ​Jeśli zostaną Wam śliwki możecie śmiało wrzucić je na patelnie po smażeniu placków i tylko delikatnie podsypać cukrem lub dodać łyżkę miodu. Być może pasuje do nich śmietana, ale my zabijamy się o każdego placka więc szkoda nam czasu na dodatki. Kto pierwszy ten lepszy!

4. Gdy nawet Netflix wymięka w proponowaniu nowych tytułów. 

   Nie wiem o jakiej godzinie zajrzałyście na bloga, ale u nas w ciągu minuty zaszło słońce, a z nieba zaczął (kolejny raz w ciągu ostatnich kilku dni) padać grad. Na ponury finał majówki szukam czegoś przyjemnego do obejrzenia na wieczór. Ja lobbuję za pewniakami: „Rzymskie wakacje”, „La Dolce Vita” albo „Czekolada”. Mąż chciałby w końcu zobaczyć coś nowego, ale też we włosko-francuskim klimacie (chociaż smakiem się obejdziemy) i proponuje „Anonimowy wenecjanin”, „Zapiski z Toskanii” albo „Opowieści czterech pór roku”, a ja obawiam się, że nie zdążycie napisać mi w komentarzach, aby jednak wybrać coś innego ;). Jeśli macie podobne dylematy, to powiem Wam tylko, że codziennie o 20.00 na Kuchnia+ leci program Anthony'ego Bourdain i nasze negocjacje zwykle kończą się właśnie takim kompromisem. 

Pozornie banalne pytania o pościel, które bardzo często pojawiają się na blogu jakoś szczególnie mnie nie dziwią. To niby dwa zszyte ze sobą kawałki materiału, ale wiem, że czasem potrafią doprowadzić do szału. Za szerokie otwory między guzikami, w których zaplątują się stopy, guziki, które same się rozpinają, za płytka zakładka przez którą kołdra wychodzi na wierzch, wyciąganie się rogów po praniu i tak dalej. Pościel ze zdjęcia pokazywałam Wam już w zeszłorocznym wpisie i nadal bardzo ją polecam. Jest na zamek, dobrze się pierze, wygląda super. Ogólnie rzecz biorąc nie ma wad. Jeśli szukacie czegoś mniej eleganckiego to mam również ten komplet. A lampkę znajdziecie tutaj. Często pytacie też o prześcieradła z tak zwanym lambrekinem – w Jotex macie spory wybór. (dziś rano udało mi się zdobyć dla Was kod do Jotexu więc szybko go dodaję nim zrobicie zakupy – KASIAMAJ25 da Wam 25% zniżki na całe zakupy).

LuiLuk album na zdjęcia wklejane z pergaminem (kolor natural linen). Kupiony dawno temu. Za jednym zamachem kupiłam kilka sztuk, bo czasem potrzebuję ładnego albumu na prezent i zwykle nie mam już wtedy czasu na to, aby zamawaić go w internecie. Te od luiluk są najładniejsze, w płóciennej oprawie i z tłoczonym złoconym napisem. W ofercie są też albumy "Twoje Dzieciństwo" – idealny prezent dla przyszłej lub świeżo upieczonej mamy albo z okazji chrzcin. Możecie skorzystać z mojego kodu MLE15 (sama też nie omieszkam), który upoważnia do 15% zniżki.

 

5. Jeszcze trochę.

    No i udało się – od kilku godzin, pisząc ten post, walczyliśmy jednocześnie z zapisywaniem się na szczepienie. Na szczęście walkę wygraliśmy i teraz nawet siedzenie przed telewizorem w długi weekend nie wydaje się takie straszne. Właściwie to trzeba się tym cieszyć póki jeszcze można ;). A tak na serio – wyciągnęłam wczoraj z szuflady albumy, które kupiłam chyba ponad rok temu i wypełniłam je zdjęciami z pandemicznego roku. Są zdjęcia w maseczkach, Wielkanoc w ogrodzie, zamiast włoskich nart sporo zdjęć na sankach (bo zima to jednak dopisała!) i wiele innych momentów, które z perspektywy czasu nie wydają się wcale takie złe. To będzie wyjątkowy album i… może jedyny taki ;). 

*  *  *

 

 

Jak poczuć prawdziwy świąteczny nastrój, czyli grudniowe umilacze.

   Świąteczny nastrój to emocja, która wymyka się definicjom, a przecież wszyscy doskonale wiemy, czym jest. Mieszanka radości, oczekiwania i cichej nadziei, że prawdziwa magia jednak istnieje lub przyjemna świadomość, że to my możemy tę magię stworzyć. No i ulotność. Świąteczny nastrój pojawia się i znika, nie przychodzi ot tak, tylko dlatego, że zbliża się Boże Narodzenie. Trzeba sobie na niego zapracować.

    Świąteczna atmosfera najszybciej ogarnia nas (niestety) przy telewizorze. Odkąd pamiętam, reklama z czerwoną ciężarówką Coca-coli była symboliczną wskazówką, że święta są już tuż, tuż i że trzeba rozpocząć przygotowania na szeroką skalę (w dzieciństwie oznaczało to przebranie ulubionego misia w odświętny strój i wycieczkę alpinistyczną na pawlacz, bo właśnie tam mama trzymała wszystkie ozdoby). Jako że czerwona ciężarówka pojawia się na ekranach dosyć wcześnie, bo już w listopadzie, to z reguły od niej zaczyna się ten specyficzny festiwal świątecznych reklam. Choć ich cel jest oczywiście komercyjny, wiele z nich bardzo dużo mówi o tym, czego ludzie pragną w święta.

   Tegoroczna historia ze wspomnianą ciężarówką nie jest tu wyjątkiem – jest wręcz symbolem. Symbolem pragnienia zwykłych, normalnych świąt, niekoniecznie tonących w składzie przychoinkowych kartonów. Mamy prostą historię dziecka, które wręcza ojcu list do świętego Mikołaja, bo ten jedzie do pracy na daleką północ (dla rodzin z Pomorza tata pracujący miesiącami w Norwegii to wyjątkowo realistyczny scenariusz). Ojciec szuka Mikołaja wbrew przeciwnościom losu, a kiedy w końcu go znajduje (oczywiście prowadzącego wspomnianą ciężarówkę), ten zawozi go… do domu, bo właśnie takie życzenie zapisane było w liście. „Drogi Święty Mikołaju, na święta przywieź mi tatę”. Nie sposób się nie popłakać. I jednocześnie przyklasnąć producentom, że tak świetnie wyczuli dzisiejsze nastroje. Podobnie jest w innej reklamie, w której chłopiec „łapie wspomnienia”, by zapakować je w słoiki po Nutelli i podarować rodzinie na Boże Narodzenie. Mamy tu słoik „bitwę na śnieżki” czy „pierwsze wspólne święta”, które chłopiec wręcza kobiecie w ciąży. Łzy ciekną same. Tymbark zresztą też dał radę i po małej przeróbce swojego wcześniejszego spotu stworzył coś, co również mnie wzrusza. 

   Można pomyśleć, że świąteczne reklamy w tym roku są jakieś inne (no może z jednym "długim" wyjątkiem ;D). Nie zachęcają nachalnie do zakupu, nie przedstawiają swojego produktu w superlatywach, tylko podają nam na tacy istotę świąt. Nie wykluczam, że te reklamy zawsze podkreślały przewagę relacji międzyludzkich nad materialnymi prezentami. Być może wcześniej nie zauważaliśmy tego przesłania albo wydawało nam się zbyt trywialne. Bo co to był za problem zebranie się rodziny na święta, w świecie tanich linii lotniczych, Pendolino i autostrad? Niektórzy potrzebowali pandemii, by zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. „Na ogon Portosa, Kasia! Ile razy można pisać o tym, że w świętach chodzi o bycie razem?! Naprawdę załapałyśmy za pierwszym razem…” – macie pewnie ochotę mi napisać. No cóż, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, w tym roku po prostu udziela mi się cały ten nostalgiczny nastrój i po cichu wierzę, że coś się w nas zmieni. Na stałe. Ale same przyznajcie, że grudniowych umilaczy jeszcze nie było, a o tym, jak poczuć nastrój świąteczny w czasie pandemii, też jeszcze nie pisałam! Otóż zawsze mówiliśmy, że właśnie te najbliższe święta muszą być wyjątkowe. Paradoks jest taki, że te na pewno będą wyjątkowe, ale nie do końca w ten sposób, w jaki byśmy sobie życzyły. Dlatego ja bym chciała, żeby w tym roku święta były tak zwyczajne, jak tylko się da. 

1. Miało być pięć, ale jednak wyszło siedem. Ulubione filmy świąteczne.

Skoro reklamy budują klimat świąt, to co można powiedzieć o świątecznych filmach? Wiele z nich stało się symbolem, bez którego miliony rodzin na świecie nie wyobrażają sobie grudniowych wieczorów. Skoro chcemy po prostu zwyczajnych świąt, to celebrujmy oglądanie tych, obejrzanych już miliard razy, hitów. 

 7.„W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju!”.

Każdy mężczyzna, który przed świętami owija się setką lampek w celu wykonania ambitnego projektu spektakularnego ozdobienia domu ma przed oczami Chevy’ego Chase’a, który walczy z instalacją elektryczną, nie tylko swoją, ale i całego miasta (ba, nawet reaktor jądrowy w pobliskiej elektrowni jest zaangażowany). W wielu domach gagi z tej klasycznej komedii są odtwarzane corocznie – zupełnie nieświadomie, ale bardzo realistycznie. Tak jest i u mnie – ozdoby świąteczne na naszym żywopłocie to dla mojego męża równie ważny atrybut męskości, co samochód, rekord podniesionych kilogramów czy… dopowiedzcie sobie same.

6. „Ekspres polarny”.

Ten film to dowód na to, że można stworzyć coś innego, niż kolejna wersja "Wigilijnej Opowieści". Piękna historia, bardzo świąteczne scenerie i do tego Tom Hanks w jednej z głównych ról (jako głos i materiał do stworzenia wirtualnej postaci). Super pomysł na świąteczny wieczór z dziećmi.

5. „Ja cię kocham, a ty śpisz”.

Klasyczna świąteczna komedia romantyczna, dziś trochę zapomniana, a szkoda. Sympatyczny, dodający otuchy film o zwykłych ludziach i o tym, że szczęście to czasem po prostu kwestia przypadku, z którego trzeba umieć skorzystać.

4.  „Kevin sam w Nowym Jorku” i „Kevin sam w domu”.

Cóż powiedzieć… Kevin, tak jak rubaszny wujek, który swoimi żartami powoduje zażenowanie całej rodziny, jest i tak symbolem świąt i bez niego po prostu byłoby jakoś tak smętnie. U nas Kevin, choćby w tle, leci sobie niczym kolędy na RMF Classic. Do tego śliczny bożonarodzeniowy Nowy Jork w drugiej części, w którym zakochałam się jako mała dziewczynka.

3. „Holiday”.

Chociaż wątki z Los Angeles są mało zimowe, to mimo wszystko uważam, że ten film dobrze wprowadza nas w świąteczny klimat (Jude Law jest tutaj wyjątkowo pomocny).

 2. „Love actually”.

To kolejna świąteczna klasyka uwielbiana w mojej rodzinie. Najlepsze, co może być w angielskich komediach, zmieszane ze świetną obsadą i rewelacyjną, choć nie zawsze jednoznacznie wesołą fabułą. Kto nie widział – musi nadrobić. Kto widział  -niech obejrzy jeszcze raz.  

1. „Cud na 34 ulicy” z 1994 roku.

Gdy na swoim Instagramie puściłam pierwszą scenę z tego filmu, trochę się zdziwiłam, jak wiele z Was w ogóle go nie znała. Mamy tu Nowy Jork, odrobinę magii (a może po prostu ludzkiej dobroci – tego do końca nie wiemy), przepiękną scenografię i fajną historię. To mój numer jeden, bo potrafi ożywić wiarę w świętego Mikołaja u każdego.

Chociaż na blogu pojawił się już prezentownik, to wciąż dostaję od Was pytanie o prezenty. Najwięcej z nich dotyczy prezentów dla dzieci. Jeśli zostawiłyście sobie ten temat na sam koniec, to koniecznie zajrzyjcie do sklepu Kokosek. W ofercie są na przykład nasze ukochane puzzle od Londji, karuzela o którą pytałyście milion razy (w ogóle dział drewnianych zabawek to magia) i sporo wyprawkowych perełek. Moja córeczka pokochała ten czerwony samochodzik, no i oczywiście lamę. Lamy to jedne z jej ulubionych zwierzątek, co wynika chyba z tego, że w ciąży zbyt wiele razy oglądałam pewien odcinek z Familiady…Wspomnę tylko słowem, że zakupy zapakowane są w ekologiczny sposób i widać, że cały asortyment jest dobrany z sercem. 

A piżamka to oczywiście Sophie Kids!

2. Piękne Święta to zaprzeczenie nowości i trendów. Święta mają być takie, jak zawsze.

   Wcześniej napisałam, że chcę, aby te Święta były po prostu zwyczajne. Żeby było znowu tak, jak dawniej. Dlatego warto też dodać, że zwyczajność, kontynuacja, odrzucenie odruchowego wymieniania wszystkiego na nowe – to także powinien być nasz sposób na oddanie ducha Świąt Bożego Narodzenia. Weźmy na przykład ozdoby świąteczne. Czyż nie ma czegoś magicznego w odpakowywaniu tych najgłębiej ukrytych bombek, zawiniętych w jakiś dziwny papier z lat sześćdziesiątych, które dostaliśmy od rodziców albo dziadków? Mam kilka bombek, które wieszałam niezdarnie jako kilkulatka, a teraz (drżąc o ich bezpieczeństwo), wieszam je razem z córką.  Gdy widzę corocznie inaczej ozdabiane choinki, skręca się we mnie wszystko na myśl o marnotrawstwie, jakie przy okazji tego procederu ma miejsce.

   Czasem tak bardzo chcemy poczuć ten świąteczny klimat, że robimy wszystko na opak. Choinkę ubieramy, nim jeszcze spadną liście z drzew, a wszystkie ozdoby kupujemy za jednym zamachem w sklepie budowlanym. Domyślam się, że dla większości z Was brzmi to jak abstrakcja, ale w ostatnich tygodniach podobnych relacji i rozważań na temat tego, czy drzewko będzie tym razem srebrne czy czerwone widziałam na Instagramie naprawdę sporo. Ba! Podobno są nawet profesjonalni dekoratorzy drzewek, którzy umieszczą i ubiorą je w naszych mieszkaniach w czasie, gdy jesteśmy w pracy – jak sprytnie! I szalenie nastrojowo… Nie będę już tu rozwijać wątku ekologicznego, ale chodzi o samą symbolikę – święta powinny być czasem międzypokoleniowej ciągłości, a nie corocznej rewolucji napędzanej instragramową modą. Wiele rzeczy kusi – to prawda. Szczytem hipokryzji byłoby, gdybym powiedziała, że nie kupuję nic do przyozdobienia domu czy choinki. Kupowanie świątecznych gadżetów to naprawdę wielka przyjemność. Wolę jednak wyszukać i kupić jedną, maksymalnie dwie rzeczy dobrej jakości, które będą mi służyły przez lata, niż całą masę plastiku, która zaraz wyląduje na śmietniku. To dlatego, gdy zasypujecie mnie pytaniami o poszewki z choinką, koc z reniferami, lampki albo dziadka do orzechów, zwykle nie mam dobrych wiadomości – to nie jest regularna kolekcja sieciówki, tylko drobiazgi, które uzbierałam sobie przez lata i co roku wyciągam z uśmiechem na twarzy. 

Jeśli znałyście już sklep Jotex i zawsze żałowałyście, że ta marka nie jest dostępna w Polsce, to teraz mam dla Was dobre wieści – od dziś ta marka z wyposażeniem wnętrz jest już na naszym rynku. Produkty, które zamówiłam to stolik/kostka wiklinowa, szklane talerze, fotel i pościel z ciemną lamówką, której od dawna szukałam. Bardzo podoba mi się takie minimalistyczne, ale jednak przytulne wzornictwo i chyba brakowało czegoś takiego. Jeśli chciałybyście zrobić zakupy i skorzystać z 30% rabatu to razem z Jotex przygotowaliśmy dla Was kod KASIADEC30 (nie obejmuje ofert oraz wyprzedaży i działa tylko raz). Możecie z niego skorzystać od dzisiaj do 29 grudnia. 

 3. Czas, tym razem, działa na naszą korzyść.

   W porównaniu do ostatnich lat, na pewno więcej czasu spędzamy w domu. Możemy (a nawet musimy) uniknąć dzikiego wyścigu pod hasłem „23 grudnia latamy pomiędzy sklepem spożywczym, budowlanym, mięsnym, rybnym, stoiskiem z choinkami i obrabowywaniem piórnika dziecka z taśmy klejącej, aby zapakować ostatnie prezenty”. Chciałabym Wam zasugerować tu jakąś zgrabną radę, ale widzę, że to, o czym chciałam napisać, właściwie zadziało się samo – piszecie mi, że w końcu macie czas (i ochotę) aby wysłać kartki z życzeniami, zastanowić się w spokoju nad wystrojem mieszkania i udekorowaniem wigilijnego stołu, że czytacie dzieciom na dobranoc „Opowieść wigilijną”, a z wybierania choinki, tak jak w czasach młodości naszych rodziców uczyniłyście prawdziwe wydarzenie. I że myślałyście, że te święta będą beznadziejne, a jednak czujecie świątecznego ducha mocniej niż wcześniej. 

Kartki świąteczne można wysłać pocztą, ale nie tylko! Teraz, w dobie pandemii, fajnie jest je przekazać komuś z kim zwykle spędzamy sporo czasu w święta, ale tym razem nie damy rady. Kilka pięknych grafik od marki "All The Ways to Say" znajdziecie w HE Concept Store (który można odwiedzić też stacjonarnie w Hotelu Europejskim w Warszawie i poszukać tam innych pomysłów na oryginalne prezenty). 

Album, który widzicie na zdjęciu (Nine Centuries in the Heart of Burgundy) to historia winnicy Cellier aux Moines założonej przez mnichów z opactwa La Ferté, którzy w 1113 roku przybyli na skaliste wzgórze z widokiem na miasto Givry, by przez wieki przetrwać wojny i zarazy, nabywając i rozwijając jedne z najbardziej znanych winnic w regionie oraz produkując wina, które zdobiły królewskie i papieskie stoły. W HE Concept Store znajdziecie kilka pozycji od prestiżowego wydawnictwa Assouline, które sprawiło, że albumy stały się niewielkimi dziełami sztuki. Oprócz kolekcji Ultimate, w której zbiorach znajdują się ponad gabarytowe albumy z ręcznie wklejanymi zdjęciami, w sklepie znajduje się także seria Travel oraz wiele innych książek poświęconych filmowi, sztuce, kuchni czy właśnie winom. To piękny pomysł na prezent dla kogoś bardzo wybrednego. 

   W te Święta nie będziemy miały problemu z czasem, ale i tak trzeba go dobrze wykorzystać. Ograniczone możliwości życia społecznego nie mogą skazać nas na izolację. Należy skorzystać ze wszystkich możliwych bezpiecznych form podtrzymania relacji, nawet jeśli wydają nam się gorsze od tych sprzed pandemii. I naprawdę wiem, co mówię: pukanie do okien mam już opanowane do perfekcji, a parę razy zdarzyło mi się też zorganizować całkiem miły obiad w ogrodzie dla najbliższej rodziny z zachowaniem dystansu (chociaż mistrzynią w tym temacie jest moja mama). To, co zapewniało kontakt z bliskimi w czasie, gdy stawiałam sobie pytanie, czy wyjście z psem na spacer nie jest przestępstwem, dziś jest sporym zagrożeniem. Internet jest naszym oknem na świat, ale w obecnej sytuacji może stać się także dziurą w podłodze, przez którą można wpaść do piwnicy i zostać w niej na wiele godzin, do czasu, aż mąż nie zacznie nas szukać, bo zorientuje się, że bigos stoi na ogniu od rana. Odłóżmy telefony i popatrzmy sobie w oczy. Ułóżmy puzzle, ulepmy pierogi, albo… upieczmy najlepszy piernik na świecie :).

4. Świąteczny piernik bez glutenu, ale za to z dwoma polewami o smaku kinderków.

   W ostatnich dniach na Instagramie zrobiłam temu piernikowi lepszą reklamę niż wszystkim ubraniom MLE razem wziętym, ale naprawdę miałam ku temu powód – uważam, że jest pyszny, stosunkowo łatwy i wychodzi za każdym razem. Upiekłam już trzy wersje i każda wychodziła świetnie. Nieważne, czy był ciut za bardzo przypieczony (pierwsze podejście), czy miał tylko dwie warstwy (drugie podejście) czy zapomniałam dodać serek mascarpone do polewy (trzecie podejście). Samo ciasto robi się bardzo szybko, za to jego przekrajanie i nakładanie polew fajnie zaplanować razem z resztą rodziny. Moja niespełna dwuletnia córeczka naprawdę miała super ubaw, a mąż wykazał się zimną krwią przy przekrajaniu ciasta. Nie wiem nawet, czy w którymś momencie nie wczuł się za bardzo w rolę, bo zaczął zadawać dziwne pytania, czy w przepisie było na pewno 200 gramów mleka czy może jednak 200 mililitrów, tak jakby miało to jakiekolwiek znaczenie (:D).

    Jeśli nie musicie unikać glutenu zastąpcie po prostu wszystkie mąki, z wyjątkiem migdałowej, zwykłą pszenną. Pssst. Wiem, że czekolada jest niezdrowa, wiem o oleju palmowym. Dlatego takie przepisy przygotowuję raz w roku – w okolicach Bożego Narodzenia. Najważniejsze są nasze codzienne wybory, bo to one mają kluczowy wpływ na zdrowie i planetę. Piszę to po to, abyście nie myślały, że takie ciasto jest podstawą mojej diety (wsuwam właśnie zupę jarzynową więc wiem, co mówię ;\).

 Skład:

CIASTO:

150 g masła lub oleju kokosowego

130 g miodu

ok. 3 łyżeczek przyprawy do piernika

1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej

300 g mąki (100 g ziemniaczanej 50 g owsianej bezglutenowej, 50 g migdałowej, 50 g kasztanowej, 50 g kukurydzianej)

2 łyżeczki sody oczyszczonej

250 ml mleka (może być roślinne lub zwykłe)

2 jajka

płatki migdałów do posypania całości

POLEWA nr 1

100 g białej czekolady

100 g serka mascarpone

100 ml śmietanki kremówki 36%

POLEWA nr 2

200 gram mlecznej czekolady (nie musi to być koniecznie Kinder czekolada)

150 ml śmietanki kremówki 36%

A oto jak to zrobić:

   W garnku na małym ogniu roztopić masło z miodem, przyprawą do piernika i kawą. W dużej misce wymieszać wszystkie mąki i sodę oczyszczoną. Zdjąć garnek z ognia i dodać jego zawartość do miski z mąkami. Wymieszać wszystkie składniki. Dodać mleko, na końcu dodać jajka i jeszcze raz wymieszać. Masę wylać do przygotowanej foremki (moja ma standardową średnicę, ale jeśli macie ciut węższą to nawet lepiej – łatwiej Wam będzie potem rozkroić warstwy). Ciasto pieczemy przez ok. 40 minut w temperaturze 180 stopni (termoobieg włączamy na pięć minut przed końcem czasu pieczenia). Wyciągamy ciasto i czekamy aż ostygnie. W międzyczasie w małym rondelku na malutkim ogniu podgrzewamy śmietankę i dodajemy do niej białą czekoladę. Cały czas mieszamy, co jakiś czas ściągamy rondelek z gazu, aby zawartość się nie przypaliła. Gdy czekolada będzie już rozpuszczona dodajemy do rondelka serek mascarpone (na początku bardzo powoli aby krem się nie zwarzył). Ostrożnie przekrawamy ciasto na trzy warstwy i kładziemy osobno. Nakładamy połowę jasnej polewy na wierzch pierwszej warstwy, przykrywamy drugą, nakładamy resztę kremu i przykrywamy trzecią warstwę. W małym rondelku na malutkim ogniu podgrzewamy wszystkie składniki na polewę nr2. Tak jak w pierwszym przypadku – cały czas mieszamy i co jakiś czas ściągamy rondelek z ognia. Gdy czekolada się całkiem rozpuści, wyłączamy gaz i czekamy aż polewa nieco ostygnie. Polewamy nią wierzch ciasta i delikatnie rozprowadzamy po bokach. Prażymy płatki migdałów i posypujemy nimi wierzch. 

"Kostka" z wikliną i talerze – Jotex (z kodem KASIADEC30 dostaniecie 30% zniżki)

Jest naprawdę dobry! :)

5. Ale o co w ogóle w tym wszystkim chodziło?

Niektórzy twierdzą, że Kościół we wczesnych latach swojego istnienia wybrał datę 25 grudnia by „przykryć” inne popularne w tych czasach pogańskie obrzędy – opinie w tej sprawie są podzielone. Jedno jest pewne – najważniejszym argumentem za tym, by za dzień Bożego Narodzenia uznać właśnie ten moment w roku był fakt, iż według ówczesnego kalendarza 25 grudnia miało miejsce przesilenie zimowe, a więc moment, w którym noc jest najdłuższa (z tego samego powodu praktycznie wszystkie cywilizacje lokowały tego dnia jakiegoś rodzaju obrzędy). Był to najciemniejszy moment w roku, ale jednocześnie przynosił nadzieję – z każdym dniem miało być już coraz lepiej, a najmroczniejszy czas ludzie mieli za sobą.

    Do tych wierzących i niewierzących – niezależnie od tego, czy Boże Narodzenie jest dla Was duchowym przeżyciem, a każdy grudniowy poranek spędziliście na roratach, czy po prostu uwielbiacie to całe zamieszanie z prezentami, Mikołajem i choinką: o historii Świąt Bożego Narodzenia można przeczytać wiele – zarówno w Piśmie Świętym, jak i w udokumentowanych kronikach. Może znajdziecie jeszcze chwilę, aby pomyśleć o tym, co wydarzyło się w Betlejem? Gwarantuję, że dzięki temu nastrój świąteczny na długo Was nie opuści. Warto wrócić do tej uniwersalnej opowieści o nadziei, ludzkiej dobroci i miłości. Bo czego innego nam teraz trzeba?

*  *  *

"Przeżyłem połknięcie trutki na szczury, zjedzenie ciasta z czekoladą też bym przeżył!". Jeśli Portos przemówi w Wigilię Bożego Narodzenia, to idę o zakład, że powie właśnie to!