If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Kwietniowe umilacze czyli jak sprawić, aby te święta miały w sobie więcej beztroski i kilka błyskawicznych i sprawdzonych przeze mnie przepisów

   Nowe rozdanie. Świeże powietrze. Promienie słońca, które w końcu docierają wgłąb mojego mieszkania. Zapach ziemi w ogrodzie po porannym deszczu wymieszany z aromatem kawy – bo codziennie, z gorącym kubkiem w ręku, otwieram okno, aby wywietrzyć sypialnię i przy okazji poznać odpowiedź na odwieczne pytanie męża zadawane mi 365 dni w roku: „Czy myślisz, że jest zimno?” – słyszę z kuchni. „Bardzo zimno” – odpowiadam, spoglądając na stokrotki w doniczkach przykryte szronem.

    Planowanie wesołych i uroczystych wydarzeń, takich jak Święta Wielkanocne, ma teraz słodko-gorzki smak i sporo z nas ma chyba gdzieś w podświadomości poczucie, aby zwlekać z tym jak najdłużej, licząc na to, że sprawy przybiorą jakiś dający nadzieję obrót. Chciałabym żeby tak właśnie było.

   Jednocześnie, w moim notatniku (tym elektronicznym i w wersji papierowej) wciąż chaos i nadrabianie zaległych spraw. Nawet gdybym potrafiła myśleć już o pisankach, to balansowanie między profesjonalnym podejściem do pracy, a odklejaniem ciastoliny z dywanu nadal skutecznie mi to uniemożliwia. Dzisiejszy wpis będzie więc krótki (przynajmniej w porównaniu z tym z zeszłego tygodnia, który swoją objętością wyrobił miesięczną normę ;)), ale konkretny. Chcę zostawić w nim dla Was trochę ciekawych linków, przepisów i budujących historii z ostatnich dni. Ku pokrzepieniu. 

1. Każdy z nas ma takie dania, które z biegiem lat stały się niezawodnym sposobem na namacalne wspomnienie domu rodzinnego, osobistą podróżą do krainy dzieciństwa. Ulokowanie swoich korzeni w przepisach i potrawach czasem trwa dekady, a czasem kilka lat. Są takie smaki, które zapamiętaliśmy jako dzieci i zdarza się, że w dorosłym życiu coś nam nagle o nich przypomni. Wielkanocną paschę moja babcia od strony taty robiła wybitną i założę się, że gdybym jej dziś spróbowała, to fala intensywnych wspomnień zalałaby mnie natychmiast, nie powtarzamy jednak tego deseru, bo niestety nie wychodził nam tak dobrze jak jej.

    Ale naszą kulinarną biografię tworzymy też sami. W końcu, moja babcia, jako młoda dziewczyna, też musiała kiedyś podjąć decyzję przygotowania paschy po raz pierwszy nie zdając sobie pewnie sprawy, że jej współdomownicy będą się jej później domagać przez kolejnych kilkadziesiąt świąt, a jej wnuczka opisze te kulinarne popisy jeszcze wiele lat po jej śmierci.  Idąc tym tropem, staram się aby co roku na wielkanocnym stole pojawiały się te same potrawy, licząc na to, że któreś z dań zasłuży kiedyś na miano rodzinnej tradycji. Nie są one ani z tych najwykwintniejszych ani najładniejszych, ale moja rodzina po prostu bardzo je lubi. Dziś jeszcze bardziej niż kiedyś tęsknimy za tym co stałe, powtarzalne i dobrze znane, więc w tym roku nie będzie inaczej. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że niektóre z tych potraw gościły już i u Was, bo znalazłyście je wcześniej na blogu. Gdyby jednak tak nie było, to poniżej podsyłam Wam linki, fundując jednocześnie mały powrót do dawnych czasów bloga (i od razu uprzedzę, że akurat mazurek Zosi wygląda bardzo atrakcyjnie ;)). 

BIAŁA KIEŁBASA Z GRUSZKĄ I ROZMARYNEM

ŁATWE W WYKONANIU JAJKA FASZEROWANE 

WEGAŃSKI MAKARON Z KARCZOCHAMI

MAZUREK LIMONKOWO-KOKOSOWY

2. Nasz powód dumy – ponad połowa Polaków, a dokładniej 57 procent, zaangażowało się w pomoc naszym sąsiadom uciekającym przed wojną w Ukrainie. To nie jest skutek narzuconej ustawy, zorganizowanego przedsięwzięcia czy polityki lecz bezinteresownej powszechnej mobilizacji o ogromnym zasięgu. Wyniki tego badania napawają nas dumą i pokazują, że kryzysowe sytuacje wyzwalają w naszym narodzie najlepsze cechy (niestety z wyjątkami). Badanie zostało przeprowadzone dla Szlachetnej Paczki, która aktywnie wspiera uchodźców na wielu płaszczyznach. Jeśli chciałybyście pomagać dalej (a tak deklaruje ponad 80% osób tych, którzy już tej pomocy udzielili), to wejdźcie tutaj i sprawdźcie jak możecie to zrobić. 

3. Po długiej i niespokojnej zimie z dużą niecierpliwością czekałam na te wszystkie prozaiczne wyzwania, którymi zwykle rozpoczynałam wiosenny sezon. Nie chodziło już nawet o świąteczne przygotowania, ale o drobiazgi składające się na beztroską codzienność. O krzątanie się po domu, prace w ogrodzie, gotowanie zupy z nowalijek (i orientowanie się później, że dzieciom nie smakuje ani trochę). No i o zawodowe sprawy, które nie wprawiają w nerwowość tylko przynoszą satysfakcję. Wiele z tych najbardziej stresujących i wymagających mam za sobą. Dokończyłyśmy kolekcję, zrealizowałyśmy kampanię i materiały na nasze media społecznościowe. Mogłam więc w końcu wrócić do tego co lubię w swojej pracy najbardziej i nadrobić fotograficzne zlecenia. Jednym z klientów była marka Jotex – miałam za zadanie wybrać swoje typy z ich oferty i dostarczyć trochę zdjęć produktowych. Fotografia wnętrz i elementów wystroju rządzi się swoimi prawami więc pomyślałam, że podzielę się z Wami swoimi trikami. Wiem, że sporo z Was robi takie zdjęcia, chociażby wtedy, gdy wystawia różne rzeczy na sprzedaż w internecie – podejrzewam więc, że te rady przydadzą się szybciej, niż Wam się wydaje.

sweter – &Otherstories (obecna kolekcja) // spodnie – MLE Collection (obecna kolekcja, niebawem dostawa)

– Unikajmy oczywistych kadrów. Spróbujmy sfotografować pokój zza przymkniętych drzwi, albo zza zasłony. Jeśli do opisu aukcji dodajemy kilka zdjęć, to jako pierwsze wrzućmy to bardziej oddające klimat wnętrza, a nie to dokładnie pokazujące sam produkt.

– Najpopularniejszy wymiar zdjęcia (3:4) nie sprawdzi się dobrze w przypadku niskich pomieszczeń. Lepiej robić wtedy zdjęcia w poziomie lub „dociąć” zdjęcie później tak, aby zbliżyć format do kwadratu.

– Ustalmy „zegar słoneczny” naszego mieszkania. U mnie w domu piękne smugi światła pojawiają się o różnych godzinach i w różnych miejscach. Biała ściana może wyglądać zupełnie nieatrakcyjnie o godzinie 11, ale już po południu, gdy pojawi się na niej biała smuga światła, stanie się ciekawym i delikatnym  tłem dla każdej rzeczy.  O sprzątaniu nie będę za dużo wspominać, bo to oczywiste, że do profesjonalnych zdjęć głupio nie zabrać z kadru ładowarki do telefonu, brudnych skarpetek czy śpiącego psa ;). 

Fotel i dywan, który wybrałam do sfotografowania. To naprawdę wdzięczni modele – fotel dzięki nieoczywistej graficznej formie, a dywan przez wzgląd na kontrastową linię (to teoretycznie dywan dziecięcy, ale pięknie wygląda też w naszym salonie i jest niesamowicie miękki). Na obydwa produkty znajdziecie poniżej kod zniżkowy.

Na hasło KASIAAPR2022 otrzymacie aż 30% rabatu* na całe zamówienie + 5% dodatkowego rabatu do cen na czerwono! Macie czas do 31 maja. Poniżej znajdziecie więcej ciekawych propozycji do domu z Jotex.

4. A teraz kilka zupełnie błahych informacji, które poprawiły mi w ostatnich tygodniach nastrój. Może i Wam wydadzą się interesujące?

– Widok prężnie budującego się Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Pędząc przez ulicę Marszałkowską aż rozbolała mnie szyja, gdy mijałam wznoszącą się zupełnie nową bryłę obstawioną od dołu do góry rusztowaniami. To niezwykle ważna dla miasta inwestycja, która ma zaktywizować Śródmieście i być początkiem przebudowy całego otoczenia Pałacu Kultury. Mam ogromne nadzieje związane z tym miejscem – może dzięki niemu Warszawa stanie się kolejnym centrum kultury i sztuki w Europie? Termin zakończenia budowy przewidziany jest już na 2023 rok. Za projekt budynku odpowiedzialna jest nowojorska pracownia Thomas Phifer and Partners. Aktualności związane z tym projektem można śledzić na instagramowym profilu @muzeumwbudowie. A tutaj możecie zobaczyć makietę budynku. To kto wysyła zaproszenie do Davida Hockney'a? :)

– Ujawnienie ostatecznej daty premiery Disney+. To taka platforma jak Netflix, ale ze wszystkimi znanymi światu produkcjami wytwórni Walta Disney'a. Szykujcie się więc na 14 czerwca – podobno na zachętę będzie tam można obejrzeć fabularną wersję „Zakochanego Kundla” (zwiastun dla zainteresowanych). Ja liczę na to, że będę mogła w towarzystwie moich córeczek wrócić do Stumilowego Lasu, bo do tej pory nigdzie nie mogłam znaleźć tej poczciwej wersji „Kubusia Puchatka”. A skoro już mowa o ekipie Krzysia… W księgarniach nareszcie pojawiło się coś dla mnie. Czasy są takie, że niektórym z nas najłatwiej odnaleźć się w lekturach dla dzieci. Rzeczywistość jest teraz źródłem tylu rozognionych emocji, że nie muszę fundować sobie dodatkowej porcji w powieściach. Po wizycie na portalach informacyjnych chcę już tylko przytulić moje dzieci i przeczytać im na głos coś kojącego. „Kubuś Puchatek. Był sobie miś” to próba dopisania do znanych nam historii czegoś nowego i z wielką ulgą mogę napisać, że jest to próba bardzo udana. Książka zawiera piękne ilustracje w stylu E.H. Sheparda, a krótkie opowiadania świetnie trafiają zarówno do dziecięcych jak i dorosłych serc. To drobiazg, ale rozmiar książki też jest przyjemny. Myślę, że wezmę ją ze sobą w naszą kolejną podróż.

Tej wiosny nakładem Wydawnictwa Znak Emotikon ukazała się książka "Kubuś Puchatek. Był sobie miś" napisana w duchu opowiadań A.A. Milne'a przez Jane Riordan, w doskonałym tłumaczeniu Michała Rusinka z pięknymi ilustracjami. Jak zaczęła się przyjaźń Krzysia i Puchatka? Czemu nad Kłapouchym zawsze krążą deszczowe chmury, a opowieść o Prosiaczku jest taka krótka? Wielkie historie mają zawsze wielki początek. Wielka frajda dla wszystkich kochających Kubusia Puchatka.

– Premiera drugiej części filmu pełnometrażowego „Downton Abbey”. Nie zakończyliśmy oglądania serialu (Lady Mary wyszła już za Matthiew, ale podobno jeszcze wiele przed nami ;)), ale do początku maja powinniśmy dać radę. Ostatni raz byliśmy w kinie na „Diunie”, ale niestety wyszliśmy w połowie. Film niesamowity, ale jednak za długi dla naszego niemowlaka, który wyczuł, że rodzice wyszli i rozpętał dziadkom małą gehennę. Tym razem wyłączymy telefony po wejściu do kina ;).

– Nowa odsłona polskiej marki Louisse. Uwielbiam ten sklep i cieszę się, że mam aż dwa słodkie powody, aby robić tam zakupy. Sporo sukienek po mojej starszej córeczce – mimo regularnego używania – przetrwało i czeka teraz schowana w piwnicy aż młodsza latorośl będzie już sama biegać. To chyba najlepsza recenzja dla tych uroczych projektów. Wraz z nową odsłoną w pięknym stylu do oferty weszła też kolekcja, która skradła moje mamine serce. Mamy już jeden model i jak zawsze jest perfekcyjnie odszyty – u zagranicznych i droższych marek nie znajdziecie takich cudów!

O wilku mowa. Dobra robota Louisse!

– Wyłączenie komentarzy na Pudelku (i na innych portalach) pod artykułami, które w jakikolwiek sposób nawiązują do wojny w Ukrainie. Pewnie pomyślicie sobie „a jakie to ma znaczenie?”, a ja jednak mam wrażenie, że to bardzo ciekawe źródło informacji o naszym społeczeństwie i o mechanizmie napędzania złych emocji. Nikt z nas nie ma chyba w związku z tym poczucia straty, a wylewających się obrzydliwości zawsze trochę mniej. A co Wy o tym myślicie? 

– Ostatnio Frans Timmermans (obecnie wiceprzewodniczący do spraw Zielonego Ładu) na konferencji prasowej ogłaszał propozycję przepisów dotyczących tekstyliów, które mają być używane na rynku europejskim. Komisja Europejska wzywa firmy do „zmniejszenia liczby kolekcji rocznie oraz wzięcia odpowiedzialności i działania w celu zminimalizowania emisji dwutlenku węgla i środowiska”, jednocześnie namawia inne państwa członkowskie do „przyjęcia korzystnych środków podatkowych dla ponownego użycia i napraw”, aby zachęcić do wprowadzania zrównoważonych produktów i usług. Pewnie zastanawiacie się dlaczego się z tego cieszę skoro sama mam markę odzieżową. No cóż, mam wrażenie, że wszystkie kwestie poruszone w tych zmianach MLE realizuje już teraz, ale konkurencja nie do końca. Byłoby super gdybyśmy wszyscy mogli prowadzić nasze działalności na równych zasadach i z takim samym zaangażowaniem dbać o środowisko.  

Idealny materiałowy pojemnik na klocki. Na zdjęciu poniżej zobaczycie, jak wpasował się pod łóżko. Zmieści naprawdę sporo. Z kodem KASIAAPR2022 otrzymacie aż 30% rabatu na niego i inne produkty z tego sklepu (między innymi fotel i dywan ze słoniem ;)). Ekologiczną lawendową pościel dziecięcą widoczną na zdjęciu również znajdziecie w JOTEX.

5. Prawdopodobnie nie ma dowodów na to, że kupienie czegokolwiek sprawi, że nasz dom będzie bardziej uporządkowany, ale ktoś powinien to sprawdzić w przypadku dziecięcych pokoi. Tam czasoprzestrzeń, zasady objętości, fizyka i ruch obiektów poddają się zupełnie innym prawom. Póki co rozwiązałam problem klocków Duplo. Problem nie byle jaki, bo poświęcono mu nawet ostatnio spory czas antenowy w Dzień dobry TVN. Udało mi się znaleźć odpowiedni pojemnik i schować go pod łóżkiem. Po jego otwarciu dziecko ma łatwy dostęp do klocków. No i ja rzadziej na nie nadeptuję, a ten kto raz wszedł na ludzika Duplo, wie jakie to wybawienie. 

Wpis miał być krótki, ale wszyło jak zawsze. Może to dlatego, że będąc z Wami w kontakcie jakoś łatwiej ten czas przetrawić? To niepojęte i jednocześnie oczywiste, że świat, co by się nie działo, płynie swoim rytmem, prawa przyrody nie zapominają o swoich powinnościach i jak gdyby nigdy nic budzą się do życia. Znajdujmy oparcie w tym co trwałe i przewidywalne. Twórzmy swój własny krąg wsparcia – w codzienności i od święta. Z myślą o drugim człowieku i w zgodzie z samym sobą. 

* * *

Jak posegregować nawał treści tak, aby dobrze się ubrać, znaleźć przepis na obiad albo kupić coś taniej. Czyli co mądrego może przynieść nam Instagram i podobne twory?

   Pamiętam bardzo wyraźnie jak rodzice naszego pokolenia załamywali ręce i zastanawiali się gdzie skończymy, skoro tyle czasu spędzamy przed diabelskim wynalazkiem – telewizorem. Portale parentingowe jeszcze wtedy nie istniały, ale coś na kształt programów śniadaniowych już tak i jednym z często powtarzających się w nich tematów było analizowanie tego, ile godzin w ciągu dnia dziecko może siedzieć przed szklanym ekranem nim całkiem się napromieniuje. Albo jak reklamy wpływają na rozwój mózgu i czy jako dorośli ludzie nie będziemy od telewizji ciężko uzależnieni.

    No cóż. Chociaż programów jest teraz kilkaset (a nie trzy) i o każdej porze dnia mogłabym znaleźć coś ciekawszego niż „Jeden z dziesięciu”, to od wielu lat spędzam przed telewizorem raczej kwadrans dziennie niż godzinę. Mimo wielkich społecznych obaw okazało się, że oglądanie za młodu Telezakupów Mango na Polsacie nie zlasowało nam doszczętnie mózgów i domyślam się, że dla większości z Was korzystanie z telewizora z umiarem nie jest nawet najmniejszym wyrzeczeniem.

    Nie będę zbyt odkrywcza jeśli napiszę, że każdy technologiczny przełom daje ludziom szereg korzyści, ale niesie też za sobą nowe zagrożenia. Dziś dużo mówi się o szkodliwości mediów społecznościowych, z Instagramem na czele. O tym, jak zaburza nam postrzeganie rzeczywistości i nas samych, o frustracji jaką generuje. Nie będę temu zaprzeczać – mi samej zdarza się czasem wzdrygnąć, gdy natrafię na dziwaczne filmiki z wrzucaniem niemowlaków w zaspy śnieżne czy ze zbliżeniami na przekłuwane uszy. O treściach zachęcających młodych ludzi do naprawdę niebezpiecznych zachowań nawet nie wspominając. Nie muszę tu nawet rozwijać tych wątków, bo w społecznej świadomości utarło się już, że „Instagramy i inne Tiktoki” to czyste zło, które degeneruje młode pokolenie. No i te trochę starsze – powiedzmy w okolicach trzydziestki – również.

   No dobrze, czy to oznacza, że miliony kobiet na całym świecie spędza przed telefonem mnóstwo czasu, chociaż nie przynosi im to żadnej, nawet najmniejszej korzyści, a jedynie kradnie czas, który mogłyby spędzić znacznie lepiej? Spuentuję to ulubionym sformułowaniem tych, którzy boją się podawać jednoznaczne odpowiedzi, a mianowicie: „to zależy”. Ja myślę, że nie musi tak być.  Poniżej znajdziecie coś w rodzaju nietypowej instrukcji obsługi Instagrama, która (mam nadzieję) pomoże spędzać na nim mniej czasu, a jednocześnie sprawi, że to, co znajdziemy będzie użyteczne w prawdziwym życiu, które jest przecież nieporównywalnie ważniejsze. 

1. Inspiracja, organizacja i realizacja, czyli lepszy styl bez wysiłku.

   Pracując w modowej branży bardzo ciężko być na czasie, jeśli nie jest się stałym obserwatorem Instagrama. To tu najszybciej wyłapuję nowe trendy (albo wręcz przeciwnie – widzę, że coś bardzo mi się opatrzyło) i czytam o najważniejszych wydarzeniach. Jednym kliknięciem mogę przejść z relacji z pokazu Chanel do profilu ifluencerki, która jako pierwsza założy te projekty w codziennym życiu. Dzięki oznaczeniom poznaję coś nowego – niszowe szwedzkie marki, ręcznie dziergane kominiarki „baklavy” (które zamówić można tylko pisząc prywatną wiadomość) albo dobrej jakości buty (ale jednak tańsze niż te od słynnych domów mody).

    Ale użyteczność tej aplikacji może śmiało wykraczać poza te z nas, których praca zawodowa związana jest z modą. Każda dziewczyna, która chce fajnie wyglądać i sprawnie wybierać codzienne zestawy na pewno widzi potencjał w bezkresach Instagrama. Aby przełożyć to na konkretne codzienne decyzje przed szafą proponuję zaobserwować kilka profili, które pokazują wyłącznie stylizacje w potrójnych zestawieniach (allblackvis, modeblogg). Jeśli chodzi o konkretne ifluencerki, to zawsze warto wybierać te, których zawartość szafy już na starcie podobna jest do tej, którą same posiadamy (nie chodzi oczywiście o marki, a o styl czy kolorystykę). Chodzi o to, aby „papugowanie” nie polegało na kupowaniu nowych rzeczy, a na łączeniu tego, co już mamy w oparciu o zestawy naszej instagramowej przewodniczki. Jeśli natrafiamy w „feedzie” na fajną stylizację, którą same mogłybyśmy powtórzyć od razu użyjmy opcji „zapisz”.

    Skupmy się na dobrej stronie medalu – można patrzeć na zdjęcia świetnych stylizacji i nakręcać się przez to na kolejne zakupy. A można tak wyselekcjonować treści, aby z pomocą tych, którzy dzielą się swoimi stylizacjami w sieci, korzystać z zawartości własnej szafy w bardziej przemyślany i jednocześnie szybszy sposób. 

2. Przepis z „rolek” i Tiktoka. Hit czy kit?

    Gdy natrafię na Instagramie lub Tiktoku na rolkę pod tytułem „szybki przepis na kokosowe mini-pączki” albo „kurczak z ziemniakami w pięć minut” to w pierwszej chwili po jej obejrzeniu myślę sobie „genialne!”. Później zaczynam się jednak zastanawiać, czy to ja utrudniam sobie życie i nie ogarniam gotowania, czy może jednak te filmiki są kolejną fikcją, zaraz po „tęczowym konturowaniu twarzy”, które nikomu nigdy nie wyszło w prawdziwym życiu. 

    Postanowiłam podjąć się wyzwania i przetestować kilka najbardziej apetycznych pomysłów. Na pierwszy ogień poszła tarta o smaku Snickersa (celowo go nie podlinkowuję, bo mam mieszane uczucia co do jego jakości). Filmik wydawał się banalnie prosty, chociaż już w proporcji składników na ciasto coś mi nie pasowało, ale postanowiłam nie modyfikować przepisu, za wyjątkiem kremu kakaowo-orzechowego (w oryginale jest „ten słynny” z olejem palmowym, a ja wolę zdrowszą i pyszniejszą wersję).

Przepis na tartę o smaku Snickersa z Tiktoka (z moimi poprawkami)

SKŁAD

kruche ciasto:

150 g mąki

25 g cukru pudru

125 g pokrojonego w kostkę masła

kremy:

puszka mleka skondensowanego

puszka słonych orzeszków

słoik kremu kakowo-orzechowo (ja wybrałam ten)

Sposób przygotowania:

1. Na blacie ugniatamy mąkę, pokrojone na kawałki masło i cukier puder. Zdecydowanym ruchem zagniatamy ciasto i odkładamy na 30 minut do lodówki. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni C. Ciasto wyjmujemy z lodówki i wykładamy nim formę wyłożoną papierem do pieczenia. Wierzch ciasta nakłuwamy widelcem. Pieczemy ok. 25 minut, aż ciasto uzyska złoty kolor. 2. W czasie pieczenia przekładamy mleko skondensowane do garnka i na wolnym ogniu, mieszając, czekamy aż zamieni się w kajmak. Dodajemy solone orzeszki ziemne. Wykładamy masą tartę (lepiej nie czekać z tym aż zastygnie). Na sam wierzch nakładamy krem orzechowo czekoladowy i gotowe. 

    Nieskromnie napiszę, że w przygotowywaniu tart jestem naprawdę doświadczona i jak dobrze pójdzie to z tą cytrynową potrafię się uwinąć nawet w pół godziny. Myślałam, że w tym przypadku będzie podobnie (w końcu miała być „błyskawiczna”) ale nawet gdyby zwolnić filmik z przepisem stukrotnie, to chyba nie zmieściłabym się w czasie. Na dodatek ciasto było zbyt kruche, a krem krówkowy z orzeszkami bardzo się ciągnął (za to ElCrem jak zawsze dawał radę, ale to już akurat nie jest zasługa przepisu). Pominięto też wiele istotnych informacji (wyłożenie formy papierem do pieczenia, mieszanie kremu z orzeszkami jeszcze na ogniu, aby nie stwardniał, schłodzenie go po wyłożeniu na ciasto i tak dalej). Nie wiem, czy gdybym nie miała w tym temacie doświadczenia, to ciasto w ogóle utrzymałoby odpowiedni kształt (krojenie nie szło zbyt sprawnie). Tarta w smaku była pyszna, ale chyba już jej nie powtórzę.

Najlepszy składnik mojej snickersowej tarty z "rolki", czyli krem orzechowo-kakaowy ElCrem bez oleju palmowego (posiada także najniższą ilość cukru w kategorii kremów bez słodzików). Używam go do naleśników, ciast albo po prostu jem łyżką, gdy mam gorszy humor ;). 

    Wniosek? Dzięki instagramowym przepisom raczej nie nauczysz się gotować, ale możesz podpatrzeć ciekawe triki (jak ten z przekrajaniem pomidorków na pół) albo znaleźć pomysł na coś nieskomplikowanego, gdy brakuje pomysłu na obiad (ten przepis był OK, ale musiałam do niego dodać więcej przypraw i trochę pokombinować z ustawieniami piekarnika). Nie liczyłabym też na nie w sytuacjach, kiedy chcemy podać coś bardziej wykwintnego. No i pamiętajmy, że wrzucanie do miski marchewki, ziemniaków, cebuli, papryki, czosnku i cukinii trwa trzy sekundy, ale ich umycie, obranie i pokrojenie już nieco dłużej, a jakoś nie jest to zwykle uwzględniane w kadrze ;). 

Ciasto z tą herbatą to najlepszy styczniowy duet. Jest wyjątkowo delikatna, nie ma w sobie ani odrobiny cierpkości, nawet jeśli będziemy ją parzyć odrobinę za długo (to mieszanka czarnej herbaty assam z prażonymi migdałami i olejem z migdałów od Newbytea – mojego sprawdzonego sklepu z herbatami). Jest sprzedawana w pięknej puszcze, którą z premedytacją można później trzymać na blacie w kuchni i mieć zawsze pod ręką.

3. Zakupy. Można więcej i drożej, a można mniej i taniej.

    Mój makijaż od dekady niewiele się zmienił. Z trudem wprowadzam do swojej codziennej rutyny nowinki kosmetyczne, chociaż wzdycham do pięknych rozświetlonych makijaży z Instagrama. Parę razy zdarzyło mi się też kupić kredkę czy puder licząc na to, że uzyskam dzięki jednemu produktowi ten sam efekt, co makijażowe influencerki. No cóż… tak nie było. Niestety, to typowy błąd, który popełnia się wtedy, gdy brak umiejętności próbujemy zrekompensować sobie lepszym „sprzętem”. Wiem dobrze o czym mówię, bo gdy zaczynałam przygodę z fotografią byłam przekonana, że lepszy aparat oznacza lepsze zdjęcia. Dziś wiem, że piękne zdjęcie można zrobić naprawdę najprostszym aparatem czy nawet zwykłym instaxem, ale świetny sprzęt wcale nie daje nam pewności, że po sesji cokolwiek będzie się nadawało do publikacji.

    Na dodatek filmiki makijażowe nie są zindywidualizowane – nawet jeśli z założenia mają pełnić funkcję dydaktyczną, to ich masowy przekaz nie może być zastosowany w przypadku kogoś o innym typie kolorystycznym, kondycji skóry i tym podobnych. Niektóre marki wykupują lokowania (takie jak to), w których nakazują wykorzystanie wyłącznie produktów ich marki i zaprezentowanie makijażu krok po kroku. Odbiorca, zwłaszcza niekompetentny, czyli taki jak ja, zapewne pomyśli „jeśli kupię cały zestaw na pewno uda mi się odtworzyć ten sam efekt”. Ale byłabym ostrożna z takimi wnioskami. Produkty do makijażu są jak farby dla malarza – najważniejsza jest technika i pewność przy „pociąganiu pędzlem po płótnie”. Szczerze mówiąc, często sama nie potrafię dokładnie określić dlaczego danego dnia umalowałam się ładniej niż 24 godziny wcześniej, nie wiem więc dlaczego łudzę się, że nowy róż podniesie moje kompetencje w tym temacie.

    Wróćmy na chwilę do wstępu i Telezakupów Mango – w ciągu paru minut te reklamy potrafiły przekonać nas, że mop, otwieracz do butelek albo pompowany materac na zawsze zmienią nasze życie. Wiele się przez ten czas zmieniło, ale czasem widzę na Instagramie pewne analogie… Jeśli coś jest piękne, proste i szybkie bardzo możliwe, że jest też nie do końca prawdziwe.

Do sprzedaży w Jotex wróciła moja ulubiona poszwa na pościel i poduszki, którą już parę razy u mnie widziałyście. Z grubej, porządnej bawełny, zapinana na zamek. Poniżej znajdziecie na nią kod zniżkowy. 

    Na Instagramie można jednak znaleźć wiele postów, które pozwalają nam kupić wcześniej zapisane na liście rzeczy taniej. „Kiedy będziesz mieć kod do Jotex?” to jedno z najczęstszych pytań jakie dostaję od przyjaciółek (i Czytelniczek też!). To samo tyczy się rabatów na kosmetyki, Balagan, MLE i tak dalej. Jeśli związek przyczynowo skutkowy jest właśnie taki (mamy upatrzone rzeczy, a gdy znajdujemy na Instagramie rabaty, to dopiero wtedy decydujemy się na zakupy), to ciężko odmówić aplikacji użyteczności. 

Lampa, świeca oraz filiżanka (no i pościel, fotel i dywan z innych zdjęć) pochodzą ze sklepu Jotex. Wiem, że wiele z Was na niego czekało – mam w końcu kod rabatowy! Na hasło KASIAJAN30 otrzymacie aż 30% rabatu* na całe zamówienie + 5% dodatkowego rabatu do cen na czerwono! (*warunek: jednorazowa promocja dla każdego Klienta). Macie czas do 28 lutego. 

   Dla jednych media społecznościowe to dżungla, w której czyhają na nas zagrożenia. Dla innych to praca albo miejsce gdzie można od niej uciec. Dla kogoś jeszcze Instagram i jemu podobne aplikacje będą oknem na świat, skarbnicą feministycznych myśli albo przepustką do ważnej dla nas wspólnoty. To prawda, że atakuje nas tam mnóstwo głupot, ale nie rzadko jest też tak, że jakaś grupa rozpoczyna kierować się mądrą ideą, a reszta chętnie za tym podąża. W realnym życiu tego rodzaju „oddolne zrywy” byłyby właściwie niemożliwe (i to nie tylko w czasach pandemii). W ostatnim czasie szczególnie mocno doceniłam tę siostrzaną moc megabajtów, które płynęły do mnie wirtualnie ze wszystkich stron, chociaż nim znalazłam się w kryzysie też wyraźnie to dostrzegałam. Po takich doświadczeniach i otrzymanym wsparciu ciężko jest uznać, że media społecznościowe nadają się tylko do kosza. 

    Telewizja, Gadu-Gadu, Nasza Klasa, niebawem pewnie Facebook i Instagram, a kiedyś – kto wie – może nawet Netflix? ;) Każdy z tych rewolucyjnych wynalazków przeminie prędzej czy później, a wraz z ich obumieraniem zaczną znikać zagrożenia i możliwości z nich płynące. Bez obaw – z całą pewnością w ich miejsce pojawi się coś nowego, co na nowo rozbucha socjologiczne rozważania.

wełniany sweter – MLE z odrzutu (podobny tutaj) / cygaretki – MLE sprzed paru sezonów / kapcie – Flattered / dziecięcy sweterek – Mille Baby / dziecięce dżinsy – Zara

 

Kroniki (przed)świąteczne czyli listopadowe umilacze

   Reklamy telewizyjne i profile instagramowych influencerek już od paru dni fundują nam wizualizację idealnego przedświątecznego czasu. Choinka ubrana w listopadzie, na zewnątrz śnieżne zaspy, pierniki już upieczone, dom przyozdobiony niczym salon Kevina – patrzę na ten koszmar Grincha i myślę sobie – „Nie! Jeszcze nie! Nie jestem gotowa!”.

    Pewnie, że byłoby miło ulepić w ten weekend bałwana, a w szafie mieć już skompletowane prezenty dla całej rodziny. Najlepiej popakowane i właściwie podpisane (tak żeby bon do Intimissimi nie trafił przez przypadek do teścia mojego brata, tak jak w zeszłym roku). Tymczasem my dopiero co wróciliśmy z wyjazdu, po którym ja – jak zawsze zresztą po kilkudniowej nieobecności – gonię własny ogon. Nie w głowie mi pieczenie pierników, bo po szaleństwach w paryskich bistro marzę o czymś zdrowym, domowym, bez sera i czekolady. Mówię sama do siebie, że przecież jest jeszcze czas, że jeszcze ze wszystkim zdążę, ale wtedy do mojego mieszkania wpada Asia (z kolejną stertą zadań do nadrobienia) i przekraczając próg holu dokłada tylko oliwy do ognia. „Kasia no co ty! Nie ma u ciebie żadnych ozdób świątecznych? Ja już od dwóch tygodni słucham twojej grudniowej playlisty, byłam pewna, że po wejściu dostanę w twarz cynamonowym spray'em, a na głowę spadną mi gałęzie jemioły!”. Tak to jest, gdy w towarzystwie wszyscy mają cię za gwiazdkowego świrusa, a ty z roku na rok sama sobie coraz wyżej stawiasz poprzeczkę.

    W dzisiejszym wpisie chciałabym przede wszystkim nie dokładać Wam i sobie ciężaru przedświątecznej presji. Nie będę pisać o tym, abyście wszystko zaplanowały wcześniej, rozpoczęły wieloetapowe testy na idealne pierogowe ciasto i każdego dnia myły po jednym oknie. Zresztą nie przypominam sobie, aby moi rodzice przygotowywali święta wcześniej niż tydzień, maksymalnie dwa, przed Wigilią. A nie mam przecież poczucia, że ten czas był przez to niepełny (wręcz przeciwnie). Gdy byłam dzieckiem, w listopadzie Boże Narodzenie było jeszcze czymś niedopowiedzianym, mówiło się o nim szeptem, jak o czymś, co można łatwo spłoszyć. Dziś trzeba z kolei uważać, aby wszystko co ze Świętami związane nie bombardowało nas od rana do wieczora.

    Tym razem nie będę dawać Wam i sobie żadnych rad, żadnych „sprawdzonych sposobów na” i żadnych „superszybkich trików”. Poproszę Was tylko o to, abyście przed lekturą tych paru akapitów usiadły sobie w najprzytulniejszym miejscu w Waszym mieszkaniu, przyjęły swoją najwygodniejszą pozycję (w moim przypadku będą to podkurczone aż do brody nogi), zamknęły oczy i bez dłuższego zastanowienia przywołały najmilsze wspomnienia z pierwszych świątecznych przygotowań. Niech ten nastrój Was otuli i zdejmie z barków poczucie spóźnienia.  

Choinkowe skarby. Pod koniec wpisu znajdziecie kod rabatowy na kilka z tych ozdób, które mam już od zeszłego roku. 

Nasza ulubiona sukienka. Właściwie to już druga taka, bo ten sam model kupiłam kiedyś w mniejszym rozmiarze. Bardzo ją lubię, bo nadaje się i na co dzień i od święta. Jest tak uszyta, że wygląda dobrze, gdy jest ciut za duża i ciut za mała też ;). Poszukując kreacji dla Wszych pociech zajrzyjcie koniecznie na stronę polskiej marki Louisse. Mamy od niej sporo rzeczy i wszystkie są idealne (bluza w paski wymiata!). 

1. Fakty, powieści, legendy i baśnie.

   Tytuł dzisiejszego wpisu nie jest przypadkowy. Święta Bożego Narodzenia to niekończąca się inspiracja dla pisarzy, autorów książek dla dzieci, gawędziarzy, reżyserów, blogerów kulinarnych czy agencji PR-owych ;). Ja też każdego roku wracam do Was z co najmniej jednym dłuższym artykułem o tradycjach, Mikołaju, choince, prezentach i magicznej atmosferze. Nim jednak ruszę z kopyta ze świątecznymi publikacjami (niczym Rudolf na czele sań) to powrócę do Waszych ulubionych tekstów w tym temacie. Myślę, że moje osobiste „kroniki świąteczne” z powodzeniem wprowadzą Was w świąteczny nastrój…

– Choć ich cel jest oczywiście komercyjny, to wiele świątecznych reklam dużo mówi o tym, czego ludzie pragną w święta. Jak zmieniło się to w czasie pandemii? W artykule z zeszłego roku znajdziecie między innymi siedem moich ulubionych filmów świątecznych i przepis na kultowe już ciasto z polewą Kinder.  

– Skąd się wziął kalendarz adwentowy? Do kogo przychodzi Mikołaj, a do kogo Dziadek Mróz? Co trzeba zostawić dla renifera? W artykule z 2019 roku spisałam wiele bożonarodzeniowych tradycji i zwyczajów z całego świata.  

– O Dniu świętej Łucji i dekorowaniu domu na Boże Narodzenie przeczytacie z kolei w tym wpisie.

2. O potrawach, które smakują najlepiej, gdy się na nie czeka.

    Okazje do wykorzystania świątecznych przepisów jeszcze się znajdą. Nie mam co do tego wątpliwości, bo grudniowy kalendarz już teraz mamy wypełniony – wspólne pieczenie ciasteczek piątego grudnia, impreza w obowiązkowych świątecznych swetrach u Zosi, firmowa wigilia z Zespołem MLE, no i przygotowania do Świąt, które w moim przypadku zawsze przemieniają się w niekończące przesiadywanie z rodziną w domu (w teorii spotykamy się aby sprzątać i gotować, ale po pięciu godzinach właściwie nic nie jest zrobione). Wigilijne i bożonarodzeniowe potrawy smakują najlepiej wtedy, gdy się na nie czeka. Nie ma co się do nich nadto śpieszyć (nawet starbunio wie, że syropy powinny być sezonowe, bo inaczej ich sprzedaż spada ;)).

    A ja mam w lodówce jeszcze spory kawałek dyni po Halloween, którą nie zdążyłam się nacieszyć. Chciałabym wycisnąć z jesiennego sezonu ile się da nim przejdę do ciężkich grudniowych dań.  Ciasta dyniowego robić mi się nie chcę, ale w wersji pieczonej na słono mogłabym jeść to warzywo codziennie. Ostatnio skorzystałam z przepisu Nigelli, który znalazłam w jej najnowszej książce „Zrób. Zjedz. Powtórz”. No więc zrobiłam, zjadłam i chętnie powtórzę. Podobnie zresztą jak przepis już bardziej „obiadowy” z kaszą bulgur, skórką pomarańczy i warzywami. Nie ma w tych daniach cynamonu ani karpia, ale na jesienne wieczory, gdy potrzebujemy czegoś rozgrzewającego i lekkiego jednocześnie, są idealne. Dzielę się tym przepisem dlatego, bo jest to przykład mojej codziennej diety, a wiem, że część z Was dosyć ma potraw na „specjalne okazje”.

Książka Nigelli Lawson "Zrób, zjedz, powtórz. Skłaniki, przepisy i opowieści" to połączenie przepisów z opowieściami o jedzeniu w pięknym, wciągającym i niepowtarzalnym stylu. Na uwagę zasługuje też sposób wydania – bez nachalnego zdjęcia na okładce, z grzbietem z płótna i fajnymi rozwiązaniami edytorskimi. Aż żal odkładać ją na półkę, bo wiem, że za chwilę znów po nią sięgnę. 

Przepis Nigelli na pikantny bulgur z pieczonymi warzywami

(przepis jest nieco uproszczony, a składniki dopasowane do tego, co akurat znalazłam w sklepie, pełną wersję znajdziecie w książce :))

(3-4 porcje jako danie główne)

KASZA BULGUR

mały pęczek kolendry (ok. 25 g)

2 duże ząbki czosnku

pół łyżeczki nasion kopru włoskiego

pół łyżeczki ziaren kminu rzymskiego

pół łyżeczki ziaren kolendry

1/2 łyżeczki suszonych płatków chili

375 ml zimnej wody

1 łyżka (15 ml) oliwy

1 pomarańcza (starta skórka oraz sok)

200 g kaszy bulgur

50 g czerwonej soczewicy

1 i 1/2 łyżeczki soli morskiej w płatkach (albo 3/4 łyżeczki drobnej soli morskiej)

 

PIECZONE WARZYWA

400 g poru 

400 g czerwonej papryki (2-3 sztuki)

200 g pomidorków koktajlowych

pół łyżeczki nasion kopru włoskiego

pół łyżeczki ziaren kminu rzymskiego

1 łyżeczka soli morskiej w płatkach (albo 1/2 łyżeczki drobnej soli morskiej)

3 łyżki (45 ml) oliwy

150 g rzodkiewki

Zastanawiacie się pewnie co to za piękna księga, po której bezczelnie piszę ;). To Księga Przepisów czyli forma osobistego notatnika, w którym zapisuje się ulubione receptury lub te, które doczekały się „ulepszeń”. Ja modyfikuję prawie każdą potrawę pod nasze rodzinne gusta czy alergie (albo gdy nie znajdę danego składnika w lodówce i zamienię go na coś innego). Niestety tych zmian później nie zapamiętuję i to jest idealne rozwiązanie dla osób, którym zdarzają się podobne historie. Polecam mieć go przy sobie zwłaszcza w czasie Świąt – ja planuję w końcu wyciągnąć od mojej kuzynki przepis na czekoladowe jeżyki, którymi częstuje nas od lat. Ta „Księga” to kolejna udana publikacja od Madamy (miałyście okazję widzieć również planner na moim Instagramie). Z kodem MLE2021 dostaniecie na nią 20% rabatu (kod ważny do 6 grudnia). 

Sposób przygotowania:

1. Nie musisz zaczynać od kaszy, ale ponieważ po ugotowaniu może spokojnie poczekać, ja właśnie tak robię. Drobno posiekaj co miększe łodyżki kolendry, tyle żeby uzyskać ich mniej więcej 1 łyżkę; obierz czosnek; odmierz przyprawy; postaw dzbanek z wodą przy kuchence.

2. Znajdź niezbyt duży rondel z grubym dnem i szczelną pokrywką. Na małym ogniu bardzo powoli rozgrzej w nim oliwę. Wsyp na nią skórkę startą z pomarańczy i wymieszaj. Przeciśnij przez praskę lub zetrzyj czosnek, dodaj razem z posiekanymi łodyżkami kolendry do rondla i mieszając, smaż wszystko ok. 30 sekund. Odrobinę zwiększ ogień (na średni) i wsyp na tłuszcz ziarna kopru, kminu i kolendry oraz płatki chili i wszystko dobrze wymieszaj.

3. Zwiększ ogień na duży, szybko wsyp do rondla kaszę i soczewicę i jeszcze raz starannie przemieszaj. Wlej do rondla wodę, posól ją i doprowadź do wrzenia. Kiedy zacznie bulgotać, przykryj rondel, zmniejsz ogień na mały i gotuj wszystko 15 minut (w tym czasie możesz zacząć kroić warzywa) – po kwadransie kasza i soczewica powinny wchłonąć cały płyn. Kiedy kasza się ugotuje, wyłącz ogień, przykryj rondel ściereczką i pokrywką, a następnie odstaw na 40 minut.

4. Rozgrzej piekarnik do 220/200 stopni z termoobiegiem. Pory pokrój na kawałki długości około 3 cm i wrzuć do solidnej brytfanki. Pokrój papryki na spore kawałki i dorzuć je na brytfankę, razem z pomidorkami. Posyp warzywa koprem włoskim, kminem i solą, polej oliwą i wymieszaj. Wlej do brytfanki 2 łyżki zimnej wody i 2 łyżki soków z wyciśniętej pomarańczy. Wstaw warzywa do piekarnika na 30 minut.

5. Po 30 minutach wyjmij brytfankę z pieca, dodaj do warzyw rzodkiewki i wymieszaj. Wstaw warzywa do piekarnika na kolejne 10 minut. Wyjmij brytfankę z piekarnika. Posiekaj kolendrę i wymieszaj kaszę. Przełóż ją do miski, posyp większością posiekanej kolendry i wymieszaj. Dodaj do bulguru 1/3 pieczonych warzyw i wymieszaj wszystko. Na tym etapie dopraw danie. przełóż na kaszę resztę warzyw i posyp je kolendrą.

Najpiękniejsze wieńce świąteczne tylko od Narcyza. Też możecie taki zamówić i dać w prezencie komuś bliskiemu. Po prostu napiszcie tutaj do najzdolniejszych florystek w Trójmieście (można też kupić je na miejscu w pracowni florystycznej w Gdyni przy Klifie).  

Ten fotel już dobrze znacie, część ozdób również, bo przetrwały bez problemu od zeszłego roku. Możecie je znaleźć w sklepie JOTEX wraz z wieloma innymi świątecznymi droibiazgami (choinkę znajdziecie tutaj, a śnieżynkę tutaj). Lubię kupować papierowe dekoracje, bo po pierwsze są piękne, po drugie – po złożeniu zajmują bardzo mało miejsca, a po trzecie – to nie plastik. Zerknijcie koniecznie na tę stronę, jeśli szukacie czegoś do mieszkania – teraz z kodem KASIANOV30 dostaniecie 30% rabatu na wszystkie produkty + 5+% extra na ceny zaznaczone na czerwono (oferta ważna do 31.12.2021). Cały ten tydzień na JOTEX są różnego rodzaju oferty z bardzo atrakcyjnymi rabatami, więc to dobry moment aby wybrać coś na prezent. Psst… podaję też link do lampki, którą mam koło łóżka, bo pojawiało się o nią wiele pytań. 

3. Pierwszy krok.

   Spod cienkiej bibuły obsypanej gdzieniegdzie różowym brokatem. Między wstążkami pozbieranymi po zeszłorocznej Wigilii. Wciśnięte w kartonowe przegródki. Szklane, porcelanowe, z misternie powycinanego papieru. Schowane na wysokościach, bo przecież sięgam po nie tylko raz w roku.

   Czujny widz obserwuje wygibasy mamy na drabinie i wsłuchuje się w uwagi. „Tę możesz potrzymać. Na tę uważaj, bo ta jest po babci. Nie wchodź za wysoko, bo będzie bam. A może pokażesz tę gwiazdę siostrzyczce?”. Ile razy nie zabierałabym się za rozpakowywanie świątecznych ozdób, błogie uczucie ogarnia mnie z tą samą mocą. Moja minimalistyczna dusza doznaje totalnego otępienia i przez parę tygodni lubuje się we wszystkim co złote, czerwone i pstrokate. W przedświątecznym czasie nie powinno się szukać szczęścia w materialnych drobiazgach, ale rozgrzeszam siebie, gdy widzę, że są one tylko nośnikiem naszych rodzinnych historii i tradycji, a ich rozkładanie, to najlepsza okazja do tego, aby te opowieści przekazać małemu niezdarnemu elfowi.  

mój sweter – niestety nie ma metki, ale to chyba stara kolekcja H&M // spodnie – mają 10 lat i są z Mango ;). 

   Wczorajsze popołudnie, zamiast na spacerze, spędziłam wśród pudełek, rozplątując kable od lampek i szukając miejsca dla świątecznego wieńca. Wszystko poprzekładam pewnie jeszcze z pięć razy, połowa ozdób nadal leży w kartonach, a dyskusje o prezentach na WhatsApp'ie póki co prowadzą do nikąd („ale że tory do Duplo dla twojego męża?!”). I niech tak będzie – świąteczna kurtyna dopiero podnosi się do góry. Niech nie opada zbyt szybko na nasze własne życzenie. 

*  *  *

 

 

 

Jak moda żegna się z ubraniami i zastawia pułapkę gdzieś indziej…

   We wrześniu,  po osiemnastu miesiącach pandemii, tygodnie mody pierwszy raz wróciły na stare tory. Na wybiegach znowu chodziły modelki, fotografowie polowali na najlepsze stylizacje przed pokazami, w knajpkach influencerzy, styliści i tak zwani „zakupowcy” z całego świata jak gdyby nigdy nic zażerali croissanty i pili siedemnastą tego dnia kawę. Niby wszystko po staremu, ale podobno tym razem ich dyskusje były głośniejsze i żywsze, uściski na pożegnanie mocniejsze, a pamięć w telefonach wypełniona po korek – tak jakby branża przeczuwała, że podobnych okazji nie będzie w przyszłości zbyt wiele. Coraz głośniej i częściej mówi się o tym, że ostatni czas pokazał nam wszystkim, jak wiele w branży mody powinno się zmienić. Czujemy pod skórą, że w obecnej rzeczywistości nie ma już powrotu do tego, co kiedyś.

    Dlaczego? Bo odejście od „szybkiej mody” to zjawisko, którego już nie sposób bagatelizować. Coraz więcej z nas bardzo roztropnie podchodzi do trendów – wybiera tylko to, co będzie można nosić w miarę długo (najgorętszy trend, na który ostatnio poleciałam to legginsy ze strzemieniem, ale jak same widzicie fascynacja nim nie minęła po jednym sezonie) albo kupuje sprawdzone klasyki, które służą przez wiele lat. Wyszliśmy z otumanienia i zmieniliśmy podejście do nabywania. Żegnamy zjawisko maksymalizmu (kupować jak najwięcej byle czego i byle gdzie)i rozpoczynamy erę „świadomej konsumpcji”. Cieszymy się z tego my, planeta, aktywiści… ale nie marki odzieżowe. One doskonale zdają sobie sprawę, że przy takich przemianach nie wcisną nam już siedmiu bluzek, czterech torebek i pięciu płaszczy w sezonie. Przede wszystkim, te z poprzednich lat, które kupiliśmy po wnikliwej analizie „za i przeciw” wciąż dobrze wyglądają. Poza tym, rynek z drugiej ręki oferuje coraz szerszy wybór. No i najważniejsze – kupujemy mniej, ale wybieramy rzeczy lepszej jakości – to kosztuje, a budżet nie jest z gumy. Szkoda nam pieniędzy na top, który po tygodniu będzie wyglądał jak ścierka.

   W ostatnim numerze Vogue przeczytałam, że wszystko co się nam sprzedaje ma wypełnić jakąś lukę. Zakupy dają przyjemność, a skoro stajemy się coraz bardziej oporni na modę i coraz rzadziej nabywamy ubrania (bo ile białych koszul czy ponadczasowych warkoczowych swetrów możemy kupić? ) to szukamy innych źródeł tych samych emocji.

    Pamiętam bardzo dobrze ten moment: wchodzę po raz pierwszy do sklepu Arket w Brukseli – połączenia odzieżowej sieciówki z rzeczami do wnętrz, zabawkami i ubrankami dla dzieci, książkami, kosmetykami, a nawet… kawiarnią. Najpierw kieruję się w stronę wieszaków z dżinsami, przymierzam kaszmirowy golf i białe t-shirty. Do kasy dochodzę jednak z myszką Maileg dla córeczki i kremem do rąk. Chcemy już wychodzić z mamą, ale widzimy, że się rozpadało więc siadamy w kawiarnianym kąciku i zamawiamy herbatę z gorącą owsianą bułeczką cynamonową – podaną, jakżeby inaczej, na porcelanie, którą mogę od razu kupić i odtworzyć później tę same chwilę we własnym domu. Ach! Jak miło było zanurzyć się w tej spójnej i łatwo dostępnej iluzji! Wychodząc już ze sklepu bardziej żałowałam, że nie kupiłam koca w kratę i notesu niż idealnego szarego swetra. "Wierzymy, że dzisiejszy klient potrzebuje różnych rzeczy pod jednym dachem – po to by dokonać właściwego wyboru i ze względu na wygodę", powiedziała Ulrika Bernhardtz, dyrektor kreatywna Arket. Trudno się nie zgodzić.

    Smak, zapach, dotyk, muzyka – to nośnik wspomnień i emocji lepszy niż ubrania. Zamiast tradycyjnych sklepów odzieżowych coraz częściej proponuje nam się atmosferę, przedmioty codziennego użytku, w końcu jedzenie i miejsce do rozmowy z przyjacielem. Moda wie, że nie może nas już tylko ubierać, aby przetrwać – musi być także obietnicą lepszej codzienności, zaoferować nam przedmioty, które bedą nas podnosić na duchu, pozwolą doświadczyć czegoś przyjemnego. Pewnie większość z Was uzna, że to diabelskie poczynania – domy mody i sieciówki znów próbują nas przechytrzyć. Ciężko jednak rozstrzygnąć co w tym związku jest przyczyną, a co skutkiem. Prawdopodobnie moda szuka sposobu na przetrwanie, ale równie dobrze może być tak, że to człowiek nie potrafi żyć bez szukania wzorów do naśladowania. Skoro ubrania nie są już źródłem wyznaczania statusu, bo klasyka wygrywa z sezonowością, to szukamy innych pól, które pomogą nam być na czasie, albo pozwolą pokazać światu, że znamy się na trendach.

    Jeśli spojrzeć do statystyk to wyraźnie zobaczymy, że na „modę” w jej klasycznym rozumieniu wydajemy dziś mniej. Za to coraz większą część swojego budżetu przeznaczamy na wnętrze, jedzenie, różnego rodzaju atrakcje w czasie wolnym i kosmetyki. Czy będzie to tak samo zgubne jak „fast fashion”? A może to jednak krok ku lepszemu? Nie musimy wpadać w tę samą pułapkę, bo mechanizmy obronne mamy już wypracowane. Ale czy naprawdę można być w modzie, jeśli nie można tego pokazać ubraniem?

 

Poduszka, świeczka i koc zamiast płaszcza i czapki.

   Sieciówki i wielkie domy mody coraz częściej skupiają działania właśnie na produktach związanych z wyposażeniem wnętrz. Zapewne zdają sobie sprawę, że muszą poszerzyć repertuar, skoro samych ubrań będziemy kupować mniej. My z kolei chcemy tę zakupową lukę czymś wypełnić – to już wiemy. A może to pandemia sprawiła, że moda w przypadku ubrań przestała mieć aż takie znaczenie? W końcu, przez prawie rok wiele z nas nie miało dla kogo się stroić i pochwalić udaną stylizacją, a kupować nową marynarkę tylko po to, aby docenił ją nasz kot, to jednak strata wysiłku i pieniędzy. Na dodatek, zamiast spotkań na mieście, wszyscy przerzuciliśmy się na teamsa i wideorozmowy, w trakcie których lepiej było widać nasz salon niż to, czy siedzimy przy stole w pięknie skrojonych wełnianych spodniach. Jaki z tego wniosek? Ważniejsze dla naszego „wizerunku” było to, czy na blacie w kuchni za naszymi plecami jest porządek, a na parapecie stoją świeże kwiaty, niż to, czy nie zapomniałyśmy przebrać dołu od piżamy przed rozmową z szefem.

    Pamiętam zresztą jak oglądając tvn24, w którym spora część dziennikarzy prowadziła programy siedząc we własnych czterech ścianach, zaczęłam przypatrywać się temu, jak mieszkają. Niektóre wnętrza były prawie puste („pewnie dużo pracuje i mało czasu spędza w domu, no i nie ma dzieci”), w innych widać było dużo pamiątek i zdjęć („dla tego prezentera na pewno ważne są relacje międzyludzkie”), a u kogoś zobaczyłam swój wymarzony fotel („nie wiedziałam, że ma taki dobry gust!”). Nasz mózg zawsze dąży do pewnego uporządkowania „zdania o kimś” i aby to zrobić stara się wykorzystać wszystkie informacje, które do niego docierają. Im bardziej są one charakterystyczne tym lepiej. Skoro coraz trudniej to zrobić patrząc jedynie na czyjś ubiór, to szukamy innych wskazówek. Najlepsze w tym jest to, że osoba, która jest oceniania też podświadomie zdaje sobie z tego sprawę – to stąd mieliśmy wysyp memów, w których wszyscy politycy ustawiali swoje kamerki naprzeciwko mniej lub bardziej okazałych regałów z książkami. Po prostu wiedzieli, że na tle Tołstoja będą wyglądać bardziej kompetentnie, niż gdyby usadowili się wśród góry pluszaków w pokoju dziecka.

    Pandemia sprawiła, że dom przestał być miejscem, w którym zdejmowaliśmy nasze społeczne maski, kryjówką do której nikt spoza najbliższego kręgu nie miał dostępu. Zaczął być z kolei źródłem wielu informacji i obiektem oceny. To skłoniło niektórych z nas aby lepiej mu się przyjrzeć i zadbać o niego. No dobrze, ale nawet gdyby pandemia nigdy się nie pojawiła, to nasze mieszkania i tak miały już szansę zabłysnąć w towarzystwie. Media społecznościowe to wielki akcelerator mody – na pierwszy rzut oka może się wydawać, że tej związanej ze strojem, ale ona miała  już wiele innych pól do popisu. Nasz ubiór od wielu lat mógł być oceniany w szkole, na studiach, w pracy, na spotkaniach z przyjaciółkami, w klubie, na koncercie i całej reszcie miejsc, w których się pojawiałyśmy – motywacji aby dobrze dobrze wyglądać miałyśmy wiele. Z mieszkaniem było inaczej. Dopiero media społecznościowe, w tym przede wszystkim Instagram, wystawiły nasze wnętrza na ocenę wirtualnych obserwatorów.

Uprzedzając pytania: właściwie wszystkie rzeczy na powyższym zdjęciu są od marki JOTEX. Jeśli rozważacie zakup, któregoś z foteli lub innych rzeczy z tego sklepu, to zerknijcie na opisy zdjęć poniżej – podaję tam bardzo duży kod zniżkowy!

    Kupujemy więcej rzeczy do domu, bo dostrzegliśmy że to, co nas otacza jest równie ważne dla naszego dobrostanu psychicznego co to, w czym chodzimy. Dziś mamy na to niezbite dowody. "Google, we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Johna Hopkinsa w USA i firmą Muuto, przygotowało przestrzeń zaprojektowaną w oparciu o zasady neuroestetyki, dziedziny, która bada, w jaki sposób estetyka może wpływać na nasz mózg i fizjologię. Zwiedzający mogli tam zobaczyć trzy pokoje – każdy charakteryzował się inną kolorystyką, fakturami, meblami, dodatkami, dźwiękami i zapachami. Chętni nosili w tym czasie specjalnie zaprojektowane czujniki, które badały ich tętno, temperaturę ciała oraz oddech. Po zwiedzeniu wystawy można było sprawdzić, jak zachowywało się ciało i umysł w każdej przestrzeni" (tutaj możecie przeczytać cały artykuł Cezarego Aszkielowicza na ten temat). Wyniki jasno pokazały, że odpowiedni wystrój wnętrza to nie dyrdymały i snobizm, ale sposób na relaks, złagodzenie stresu, a nawet niższe ciśnienie. Neuroestetyka i neuroarchitektura potwierdzają to, co od wieków intuicyjnie czuli artyści oraz projektanci. Moda na harmonijny szczęśliwy dom trwa od zawsze, ale to fakt, że dziś łatwiej niż kiedyś wpaść w pułapkę kompulsywnych zakupów do domu. Moda ma w tym swój udział, ale my nie musimy poddawać się tym, co nam dyktuje. Długo uczyłyśmy się tego, jak skompletować garderobę i nie kupować zbyt wiele i teraz wystarczy to zastosować w naszych domach. Tam też powinnyśmy zacząć od bazy. W przypadku ubrań były to na przykład dżinsy, biały t-shirt czy czarna marynarka. W mieszkaniu będzie to stolarka, podłoga, detale wykończeniowe, kolory ścian – w tych przypadkach warto postawić na jakość i klasykę. Stroje, które wybieramy powinny pasować od naszego stylu życia (wysokie obcasy i eleganckie sukienki raczej nie spełnią się jako codzienny strój trenerki fitness), a zbyt dosłowne zapożyczenia z paryskich apartamentów nie będą dobrze wyglądać w mieszkaniu na nowoczesnym osiedlu. I dokładnie tak, jak w przypadku używanych ubrań – jeśli coś się nam już nie podoba, dbajmy o to, aby znalazło nowego właściciela.

    Naszą narodową cechą jest masowe uleganie tymczasowym trendom, co zawsze w dość w krótkim czasie prowadzi do wypaczeń. Tak było ze stylem prowansalskim (bielone meble w połączeniu z lawendowym kolorem wyglądają dobrze w południowym słońcu, za to średnio w zestawieniu z plazmowym telewizorem, trzema dekoderami i sofą z IKEA), skandynawskim (podróbkę krzesła DSW znajdziemy w co drugim domu) czy wcześniej już wspomnianym – nadsekwańskim, którego symbolem w Polsce jest gipsowa atrapa kominka z epoki Ludwika XIV.  Klasyka, ale idąca z duchem czasu – to takich rzeczy szukam najczęściej do mojego mieszkania. Nigdy nie zanurzam się całkiem w jednym stylu i bardzo zależy mi na osobistym charakterze wnętrza. Nie traktuję tej przestrzeni jak dekoracji, tła do zdjęcia na Instagramie, ale raczej jak coś, co będzie kształtowało naszą codzienność. 

dywan, pufa, fotel, poduszka – Jotex (poniżej znajdziecie kod zniżkowy na 30%) // lawendowy sweter – MLE Collection // na pytania o ubranka maluszków odpowiadam w komentarzach :)

Przez żołądek do mody.

    Zastanawiacie się pewnie co ma wspólnego jedzenie z przemysłem modowym. Nie. Nie chodzi o bawełnę z ziemniaka. We wstępie wspomniałam, że „fast fashion” to wynik także tego, że zakupy dają nam przyjemność i dlatego oparcie się im wymaga od nas pewnej dozy dyscypliny. Podobnie jak powstrzymywanie się od słodyczy. Ale te dwie dziedziny łączy coś więcej. Podobnie jak światem mody, także kuchnią rządzą długofalowe trendy i chwilowe tendencje – widać wyraźnie, że obecna sytuacja na świecie  wpływa na nie w równym stopniu.

    Uczymy się kupować mniej ubrań, ale lepszej jakości, denerwuje nas, gdy słyszymy, jak sieciówki pozbywają się niesprzedanych ciuchów, zwracamy się w stronę małych polskich marek. A jak jest z jedzeniem? Dokładnie tak samo. Wolimy jeść mniejsze porcje, ale dania muszą być pyszne i zdrowe, uczymy się prowadzić gospodarstwo domowe zgodnie z ideą „zero waste”, szukamy lokalnych dostawców. Nie bardzo potrafię znaleźć argument, aby tej modzie nie ulegać – w końcu logiczniej jest inwestować w to, co na talerzu, niż w to, co na siebie wkładamy, bo w pierwszym przypadku na szali jest nie tylko dobro planety, ale także nasze zdrowie.

    Co więcej, odżywianie zgodne z najnowszymi trendami, to coś, co dla wielu może okazać się substytutem cotygodniowych wyprzedaży w Zarze. O ile kupowanie codziennie czegoś nowego do ubrania jest dziś „w złym tonie” (i z założenia jest po prostu niefajne), o tyle jeść możemy za każdym razem coś innego. Wczoraj wybrałam zupę pho, dziś wolę kaszę pęczak z warzywami, a wieczorem kilka kromek chleba na zakwasie z pobliskiej piekarni. Ba! Możemy to też sfotografować i pochwalić się światu swoim modnym posiłkiem, dokładnie tak samo jak stylizacją. Nieważne, że uwielbiamy minimalistyczny styl, a w szafie króluje czerń – w restauracji, czy we własnej kuchni możemy dać zaszaleć naszemu ekscentrycznemu alter ego.

    Wracając jednak do meritum – kiedyś, gdy poznawaliśmy nową osobę, pytaliśmy jakiej muzyki słucha, dziś pytamy co i gdzie lubi jeść. Bywanie na targach śniadaniowych to dziś lepszy sposób aby być na czasie, niż zakup torebki od Loewe. Z kolei domowe gotowanie stało się elementem wielkomiejskiej mody. Nawet „comfort food” nie ma być już tylko pyszne. Skoro już grzeszymy objadając się tłustymi i kalorycznymi frykasami, to jednak wykonujemy wysiłek i przyrządzamy je same, mając dzięki temu pełną kontrolę nad jakością składników i ich świeżością. U moich ulubionych influencerek widzę pewną spójność w codziennej diecie. Dziś jedzenie ma być wyrazem troski o zdrowie i samego siebie. Potrawy, które wybieramy i którymi chwalimy się w sieci nie mają być tylko piękne – to co jemy (i to czego NIE jemy) coraz częściej definiuje to, kim jesteśmy. Bardziej niż ubiór.

 PRZEPIS NA JESIENNE CIASTO, KTÓRE NIGDY NIE WYJDZIE Z MODY 

   Jak wiecie dzielę się z Wami przepisami tylko wtedy jeśli po ich  wielokrotnym przetestowaniu mam pewność, że są warte grzechu. Z takiej ilości składników wystarczy Wam ciasta  na dwa hmm… placki? Tarty? Gigantyczne „drożdżówki”? Sama nie wiem jak to nazwać, ale masy wychodzi sporo i naprawdę warto wszystko wykorzystać, bo ten deser znika błyskawicznie, a domownicy na pewno zażądają więcej. 

skład na ciasto:

400 g mąki + garść do podsypania

150 ml ciepłego mleka

30 g świeżych drożdży

50 ml oleju roślinnego

2 jajka

60 g cukru

100 g masła

skład na słodki farsz (na dwa ciasta):

5 jabłek pokrojonych w pół księżyce

konfitura z płatków róż (nie mylić z owocami)

laska wanilii

50 ml rumu

masło

płatki migdałów

Sos do polania na gotowe ciasto:

tabliczka białej czekolady

3 łyżki gęstej śmietany

Sposób przygotowania:

1. Świeże drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku z łyżką cukru i 2 łyżkami mąki. Zaczyn odstawiamy w ciepłe miejsce (najlepiej przykrywając lnianą serwetą). Po 15 minutach powinien podrosnąć. Do oddzielnej miski przesiewamy pozostałą mąkę, cukier i jajka. Dodajemy wyrośnięty zaczyn i jednocześnie mieszamy. Następnie dodajmy rozpuszczone i ostudzone (nie gorące!) masło i wyrabiamy ciasto (wyrabiam mechanicznie za pomocą haka, ale rękoma też da radę). Po kilku minutach wyrabiania ciasta dolewamy cienkim strumieniem olej i ponownie ugniatamy ciasto. W efekcie końcowym ciasto nie powinno kleić się do rąk. Odstawiamy ciast na minimum 45 minut.

2. W dużej patelni na małym ogniu rozpuszczamy masło i dodajemy umyte jabłka pokrojone w półksiężyce (pestki oczywiście wycinamy), dodajemy nasiona ze środka laski wanilii (samą laskę też można wrzucić – a co tam!), dolewamy rum i czekamy aż jabłka delikatnie zmiękną. 

3. Dzielimy ciasto na dwie części i rozwałkowujemy na dwa placki (proporcje w przepisie powinny wystarczyć na dwie sztuki ciasta). Na środku rozsmarowujemy pokaźną porcję konfitury z płatków róż i układamy jabłka. Delikatnie zaciągamy brzegi ciasta, aby uzyskać formę jak na zdjęciu. Posypujemy ciasto płatkami migdałów i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na około 15-20 minut (ciasto powinno być zarumienione). 

4. Do małego garnuszka wlewamy parę łyżek gęstej śmietany i stawiamy na bardzo małym ogniu. Dodajemy białą czekoladę i mieszamy aż do jej całkowitego roztopienia. Wyciągamy ciasto z piekarnika i polewamy jej tą pyszną miksturą. Dajcie znać czy Wam wyszło!

Podobno od czasu pandemii panuje moda na meble przypominające kokony. Pff! Ja ten trend uwielbiam od zawsze ;). Podaję obiecaną zniżkę do Jotexu – od dłuższego czasu znajduję tam ponadczasowe rzeczy do domu, które dobrze radzą sobie ze zmianą trendów. Jeśli w trakcie dokonywania zakupów wpiszecie kod KASIAOCT30 otrzymacie aż 30% rabatu na całe zamówienie plus 5% dodatkowego rabatu dla cen na czerwono (jednorazowa promocja dla każdego Klienta do 30.11.2021). Tutaj znajdziecie fotel, a tutaj lampę

Tik tak, tik tak.

    Sklep Oysho, należący do największego dziś koncernu odzieżowego Inditex, ruszył parę tygodni temu ze sprzedażą gier, w które pewnie wiele z Was grało w dzieciństwie, gdy padał deszcz. Oczywiście wszystko się wyprzedało nim zdążyłam powiedzieć „bingo”. Dlaczego marka sprzedająca na co dzień staniki i szlafroki postanowiła dodać do swojej oferty bierki?

    To kolejny dowód na to, że moda zaczyna wybrzmiewać w mniej materialnych aspektach naszego życia. Gdy ma się już dostęp do wszystkiego zaczynamy w końcu widzieć to, czego naprawdę pragniemy. Współprzeżywanie, szczęśliwe beztroskie chwile, rozwój duchowy to największe luksusy dzisiejszego świata. I nie chodzi wcale o to, aby urządzać wysublimowane pięcio-daniowe kolacje dla znajomych (wiem co mówię – jestem na tym etapie, w którym powstrzymuję się przed tym, aby zrobić sobie vifona na obiad byleby zyskać parę minut na układanie puzzli ze starszą córeczką), ale żeby dni nie uciekały nam przez palce niezauważone. Zabawne, że dziś  nawet czas wchodzi w romans z modą…

Modę na piękne książeczki dla dzieci akurat kocham i nie chcę, aby kiedykolwiek przeminęła. Żałuję, że nie mogę tu wrzucić tych wszystkich nagrań z mojego telefonu, na których razem udajemy odgłosy zwierząt (Wy za to raczej nie musicie żałować ;)). Książeczka "Agugu", której autorką jest Anna Trawka (pedagog i logopeda) to perfekcja w każdym calu. Obrazki są piękne, co ważne podobają się nie tylko dorosłym, ale i dzieciom, na długo potrafią skupić ich uwagę i motywują do pierwszych wypowiadania słów. Książka ze zdjęcia jest sprzedawana w potrójnej serii, tak aby wprowadzić kolejne wyzwania, gdy pierwsze sylaby zostaną już opanowane ( "Akuku" i "Gadu gadu"). Dziękuję autorce za ten piękny, wesoły (i głośny) czas przy czytaniu i za to, że chciało jej się wykonać tyle pracy, aby stworzyć coś wartościowego. 

   Na prezentacjach topowych marek, gdzie influencerzy mają okazję się pokazać, nikt raczej nie powie, że w ostatni weekend spędził pięć godzin na scrollowaniu instagrama, a potem siedział na kanapie. I o ile w wielu przypadkach opowiadanie o swoich przemyśleniach po obejrzeniu dzieł Fangora jest czystym snobizmem, to i tak cieszę się, że wpływowe osoby próbują przekonać szerszą widownie do tego, aby chociaż wyjść na spacer i upiec ciasto. Lepsze to, niż otworzyć paczkę czipsów do kolejnego „serialu wydmuszki” na Netflixie.

    To paradoks, że z jednej strony wiele z nas chwali się w sieci tym, jak spędza wolny czas (wygląda na to, że w ostatni weekend połowa Polek, które obserwuję była w Elektrowni Powiśle na wyprzedażach ubrań celebrytek) z drugiej – to właśnie media społecznościowe kradną go najwięcej. I to wcale nie jest „modne”. Na czasie są teraz z kolei wieczory z planszówkami, bywanie na wystawach, przedziwne odmiany jogi, tematyczne spotkania z przyjaciółmi – czyli wszystko to, co w jakiś sposób wzbogaci naszą duszę i umysł, ale nie pozostanie po tym żadna namacalna rzecz (no chyba, że ktoś ukradnie sobie pionka na pamiątkę).  

Każda chwila może być wartościowa. U nas zmiana pościeli to, jak wizyta Jump City. Już dawno zauważyłam, że taka niepozorna czynność, to jeden z najfajniejszych plenerów na rodzinne zdjęcia. Śmieję się pod nosem, bo nawet tu wkrada się moda – lniane pościele zawojowały Instagram. Ja wybieram te od polskich marek

Pościel od So Linen! nie ma żadnych guzików ani plastikowych elementów, co jest bardzo istotne, jeśli oddajecie pościel do magla. Podoba mi się, że idea marki jest to, aby ich produkty można było przekazywać z pokolenia na pokolenie, bo są tak trwałe. W ofercie tej marki są też piękne obrusy (mam jeden i jego jakość zachwyca). 

   Zakupy to szereg wyborów jakich dokonujemy na poczet komfortu naszego życia. Dzięki nim możemy jeść, mieszkać i żyć coraz piękniej. Tylko od nas zależy, czy skupimy się na tym, aby kupować, czy będziemy korzystać z tego, co już kupiłyśmy. Nieważne czy mowa o płaszczu, fotelu, perfumach czy robocie kuchennym.

    Zbliżają się moje urodziny – gdy mąż zadał mi pytanie, co bym chciała dostać od niego w prezencie, to wyciągnęłam długą listę i zaczęłam czytać. Ha, ha, ha – nieeee, nie zrobiłam tak, ale kilka rzeczy od razu przyszło mi do głowy. Spacer z alpakami z całą rodziną za Przodkowem? Przyjęcie w ulubionej restauracji? Dwa dni tylko z nim i córeczkami za miastem? Albo wymarzony kurs gotowania z Mimi Thorisson? Ma w czym wybierać. W każdym razie, przez myśl mi nie przeszło, aby prezentem była nowa torebka. A to niby blog o modzie, prawda?

*  *  *