If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Last Month

   Jest po dziewiętnastej, usiadłam w końcu z laptopem na kanapie w salonie, aby dokończyć ten wpis. Przede mną mąż z młodszą na rękach uczy starszą walca przy akompaniamencie "The Twelve Days Of Christmas". To piosenka, która z przymrużeniem oka opowiada o średnio udanych gwiazdkowych prezentach. Każdy kolejny jej wers śpiewa się, wymieniając wszystkie poprzednie, co według niektórych jest dosyć irytujące, ale nam ta wyliczanka (już w drugiej zwrotce przyprawiająca o bezdech) bardzo się podoba. Chciałabym już całkiem zanurzyć się w tej wyjątkowej atmosferze, ale dopóki nie pożegnam listopada z odpowiednimi laurami, muszę się powstrzymać. A więc Drogi Jedenasty Miesiącu w roku – wcale nie byłeś najbrzydszy i najsmutniejszy, to prawda, że wszyscy kochają Twojego młodszego brata, ale Ty też jesteś całkiem niezły. Zresztą sam zobacz :). 

1. Tu gdzieś powinna być wieża Eiffla. Listopad w Paryżu jest chyba najpiękniejszy. // 2. Zaczęliśmy zdrowo… potem było już gorzej. // 3. Pierwsze próby tłumaczenia, że muzeum to nie plac zabaw. // 4. Paryż o wschodzie słońca. Pokój na poddaszu, prawie jak w naszym ukochanym filmie o… szczurku. // 

Ja podziwiam. Ona wypatruje stoiska z ciasteczkami. Muzeum Picassa w Paryżu to miejsce, do którego bardzo lubię wracać. 

1. Może to nie jest tak ładne zdjęcie, jak reszta podobnych na Instagramie, ale ja przynajmniej naprawdę kogoś odwiedzałam ;). // 2. Kto mnie odklei od witryny? // 3. Gdy przychodzisz do restauracji z wcześniej zrobioną rezerwacją i dowiadujesz się, że paryska wersja stolika dla rodziny z dwójką dzieci wygląda właśnie tak :D.// 4. Czy to ukryte wejście do fabryki czekolady? // Przenieśmy te parę stolików do Trójmiasta!
1. Szalony umysł. // 2. Zupa cebulowa w Cafe de Flore. Miejsce trochę przereklamowane, ale i tak chciałabym tam wrócić. // 3. "Mamo, to babcia czy dziadek?" // 4. Taką pogodę to ja rozumiem! // Dziesięć tysięcy kroków za nami. Ten "look" możecie zobaczyć w pełnej krasie tutaj1. Tutaj psiaki też piją z kieliszków! // 2. Drogi Mikołaju, wybierz cokolwiek z tego sklepu. // 3. Przypadkowa paryska ulica. // 4. Bocianie nóżki. // W Cafe Charlot koniecznie trzeba spróbować ślimaków. I awokado z sosem balsamicznym… i burgerów! Tuż obok moich ukochanych Jardin du Palais Royal…1. Jeden dzień i niekończąca się liczba wspomnień. Disneyland. // 2. "Mamo nie kradnij mojego wózka. Masz swój!" // 3. Biegniemy na kolejną wystawę! // 4. Bo z Paryża jest tylko godzina drogi pociągiem do Brukseli! Z moją ukochaną mamą na wystawie Hockney'a. // Plac Sablon. Jak dobrze tu wrócić po tak długim czasie…1. Pamiątka. Wykupiliśmy dwa przejazdy na karuzeli w Ogrodach Tuleryjskich. "Przy dwóch przejazdach trzeci jest gratis!" – usłyszeliśmy. Nie mieliśmy już jednak czasu, aby go wykorzystać, więc w ramach rekompensaty nasza córeczka dostała od kasjera ten żeton. Do wykorzystania w przyszłości! // 2. Ten fotel z Iconic Design! Aż żałuję, że nie mam biura! // 3. Stoisko staroci. Dajcie mi się rozejrzeć… // 4. Powroty do domowej rutyny… Po takich podróżach ta codzienność wydaje się być taka prosta i słodka :). // Kalendarz elfów. Zapisuję najważniejsze grudniowe daty. Skreślam, podkreślam i dopisuję. Ten minimalistyczny kalendarz jest od Kal Store. Z kodem mle15 otrzymacie na niego 15% zniżki. Ułatwia planowanie i dobrze wpływa na organizację życia rodzinnego, bo (w przeciwieństwie do kalendarza w telefonie) widzą go też inni domownicy :). 1. Z goździkami, cytryną, miodem lipowym, gwiazdką anyżu… czy czegoś brakuje tej herbacie? // 2. Świecznik od mamy na imieniny. // 3. A czego Wy używacie jako zakładki do książki? :) // 4. Za oknem zaraz spadnie pierwszy śnieg, a w domku tak ciepło… // Słynna Mary Poppins i kawałek disney'owskiej historii. To fragment nietypowego poradnika, których z założenia nie lubię, ale czasem warto zrobić wyjątek……w przypadku poradników stosuję ważne kryterium – każda rada musi być poparta twardymi danymi, a nie być jedynie wynikiem beztroskich rozważań autora. Na liście listopadowych książek do przeczytania znalazła się więc pozycja pod tytułem "Jak zmieniać". Jej autorka, Katy Milkman, poświęciła się badaniu zmian behawioralnych, które pomagają nam osiągać zamierzony cel i pracować nad tym, aby nasze życie było łatwiejsze (ale że "make life easier"? :D).  Książka nie porusza tylko tematu trudnych życiowych decyzji, dowiemy się też jak zmienić wiele z pozoru prozaicznych niedoskonałości dotyczących domowych prac czy organizowania rutyny dnia. Ciekawe i skłaniające do pracy nad sobą. 

I ten smutniejszy czas… chciałabym, aby żadna z nas nie musiała się bać. Ani jednej więcej…

1. Kątem oka zerkam co to za cisza w sypialni. Wchodzę i nie wierzę – obydwie zasnęły! // 2. Moje liceum… Tu się poznaliśmy i kradliśmy sobie zeszyty z plecaków ;). // 3. "Mamo, usiądź na ławce. Mamo, zejdź z ławki. Nie, mamo usiądź, ale nie tak. Mamo, nic nie rozumiesz. Gdzie jest tata?" // 4. Zapiski artystów. // Kto się skusi na słodziutką gałkę oczną? 1. Pierniczki z żyrafą i krokodylem, czyli jak opowiadać dzieciom o Świętach… // 2. Najszczęśliwsza mama na świecie. // 3. Nie taka szara i ponura ta jesień… // 4. Ciuch ciuch! Jedzie pociąg z daleka… // Szykuję się małe zmiany, ale pozytywne!1. W czasie wyprzedaży przez nasz magazyn przeszedł istny huragan… Ale! Na pewno sporo rozmiarów wróci, więc kolejny raz przypominam o opcji "powiadom o dostępności" :). Znajdziecie ją na stronie każdego produktu. // 2. Wstawanie z łóżka nie jest takie proste, gdy dwa łobuziaki nie pomagają… // 3. Śnieżka w przybliżeniu. // 4. Ten krem lubię tak bardzo, że… chętnie go komuś podaruję, bo wiem, że będzie to udany prezent. // Na pewno znacie kogoś kto lubi dostawać kosmetyki. Ja znam nawet kogoś kto lubi dostawać konkretnie te od Sensum Mare ;). W tym roku wybrałam jeden z zestawów (numer 9), które przychodzą od razu w takim ładnym woreczku. Przy okazji możecie skorzystać z kodu rabatowego dającego, aż 20% zniżki. Wystarczy, że użyjecie hasła MLE. Myślę, że niemal każda mama, siostra, przyjaciółka – ucieszy się z takiego prezentu.A może jednak sobie zostawię? :DWarszawa i jej niespodzianka. Pierwszy śnieg z samego rana. 1. Pierwsze śniadanie w ukochanej Charlottcie na Placu Zbawiciela w nowym składzie. Mogło być gorzej :). // 2. Obiecuję, że będę nosić co najmniej do siedemdziesiątki :). // 3. Skończyły się instagramowe poukładane zdjęcia… // 4. Puk puk… // To będzie ciężki poniedziałek… Cynamonowa herbata dla wszystkich!Gdyby ktoś potrzebował trochę sianka pod obrus, to w Pałacu Ciekocinko coś się znajdzie ;). "Mamoooo, tata idzie!"
… a mama tak się starała, żeby było fajnie, a i tak z tatą nie ma żadnych szans. Lektura dla najmłodszych na grudzień, czyli "Krokodyl i Żyrafa czekają na Boże Narodzenie". Jedną jej stronę (pieczenie pierników) widzieliście już na początku tego wpisu. Mama żyrafa i tata krokodyl mają przed świętami ręce pełne roboty, za to ich dzieciaki są odmiennego zdania. Baaardzo podoba mi się ta książka o pieczeniu pierników, kupowaniu choinki i lepieniu bałwana. Choinka póki co papierowa. Więcej takich ozdób znajdziecie we wpisie "Kroniki (przed)Świąteczne"Kiedy mój mąż zobaczył pudełko od Tori w domu, był oburzony, że nie może jej od razu opróżnić. A potem sam złapał się na tym, że chciałby sprawić taki prezent paru osobom. Do wyboru jest wiele konfiguracji, ale łączy je jedno – wszystkie ukryte w nich produkty pochodzą od wyselekcjonowanych polskich manufaktur. Tutaj znajdziecie więcej przykładów tej prezentowej rewolucji. 1. O kilka naleśników za dużo. A może jednak za mało? // 2. Nowa wersja zdjęcia, które rok temu pożyczyła ode mnie Zara ;). // 3. Do naleśników, do tostów, do owsianki… miała być w prezencie, ale nie mogłyśmy się oprzeć. // 4. Gdy trochę za często oglądasz z dziećmi jeden film…// Naleśniki z mascarpone, czekoladą i konfiturą z pomarańczy. Mniam! Ale jak go zbierzesz to przepis nam nie wyjdzie! Każdy kto oglądał "Ratatuj" wie doskonale o co chodzi :D. 

Ja i mój szef kuchni przesyłamy Wam gorące pozdrowienia w ten śnieżny wieczór i zaczynamy planować świąteczne wypieki! Bądźcie zdrowi!

*  *  *

 

 

Kroniki (przed)świąteczne czyli listopadowe umilacze

   Reklamy telewizyjne i profile instagramowych influencerek już od paru dni fundują nam wizualizację idealnego przedświątecznego czasu. Choinka ubrana w listopadzie, na zewnątrz śnieżne zaspy, pierniki już upieczone, dom przyozdobiony niczym salon Kevina – patrzę na ten koszmar Grincha i myślę sobie – „Nie! Jeszcze nie! Nie jestem gotowa!”.

    Pewnie, że byłoby miło ulepić w ten weekend bałwana, a w szafie mieć już skompletowane prezenty dla całej rodziny. Najlepiej popakowane i właściwie podpisane (tak żeby bon do Intimissimi nie trafił przez przypadek do teścia mojego brata, tak jak w zeszłym roku). Tymczasem my dopiero co wróciliśmy z wyjazdu, po którym ja – jak zawsze zresztą po kilkudniowej nieobecności – gonię własny ogon. Nie w głowie mi pieczenie pierników, bo po szaleństwach w paryskich bistro marzę o czymś zdrowym, domowym, bez sera i czekolady. Mówię sama do siebie, że przecież jest jeszcze czas, że jeszcze ze wszystkim zdążę, ale wtedy do mojego mieszkania wpada Asia (z kolejną stertą zadań do nadrobienia) i przekraczając próg holu dokłada tylko oliwy do ognia. „Kasia no co ty! Nie ma u ciebie żadnych ozdób świątecznych? Ja już od dwóch tygodni słucham twojej grudniowej playlisty, byłam pewna, że po wejściu dostanę w twarz cynamonowym spray'em, a na głowę spadną mi gałęzie jemioły!”. Tak to jest, gdy w towarzystwie wszyscy mają cię za gwiazdkowego świrusa, a ty z roku na rok sama sobie coraz wyżej stawiasz poprzeczkę.

    W dzisiejszym wpisie chciałabym przede wszystkim nie dokładać Wam i sobie ciężaru przedświątecznej presji. Nie będę pisać o tym, abyście wszystko zaplanowały wcześniej, rozpoczęły wieloetapowe testy na idealne pierogowe ciasto i każdego dnia myły po jednym oknie. Zresztą nie przypominam sobie, aby moi rodzice przygotowywali święta wcześniej niż tydzień, maksymalnie dwa, przed Wigilią. A nie mam przecież poczucia, że ten czas był przez to niepełny (wręcz przeciwnie). Gdy byłam dzieckiem, w listopadzie Boże Narodzenie było jeszcze czymś niedopowiedzianym, mówiło się o nim szeptem, jak o czymś, co można łatwo spłoszyć. Dziś trzeba z kolei uważać, aby wszystko co ze Świętami związane nie bombardowało nas od rana do wieczora.

    Tym razem nie będę dawać Wam i sobie żadnych rad, żadnych „sprawdzonych sposobów na” i żadnych „superszybkich trików”. Poproszę Was tylko o to, abyście przed lekturą tych paru akapitów usiadły sobie w najprzytulniejszym miejscu w Waszym mieszkaniu, przyjęły swoją najwygodniejszą pozycję (w moim przypadku będą to podkurczone aż do brody nogi), zamknęły oczy i bez dłuższego zastanowienia przywołały najmilsze wspomnienia z pierwszych świątecznych przygotowań. Niech ten nastrój Was otuli i zdejmie z barków poczucie spóźnienia.  

Choinkowe skarby. Pod koniec wpisu znajdziecie kod rabatowy na kilka z tych ozdób, które mam już od zeszłego roku. 

Nasza ulubiona sukienka. Właściwie to już druga taka, bo ten sam model kupiłam kiedyś w mniejszym rozmiarze. Bardzo ją lubię, bo nadaje się i na co dzień i od święta. Jest tak uszyta, że wygląda dobrze, gdy jest ciut za duża i ciut za mała też ;). Poszukując kreacji dla Wszych pociech zajrzyjcie koniecznie na stronę polskiej marki Louisse. Mamy od niej sporo rzeczy i wszystkie są idealne (bluza w paski wymiata!). 

1. Fakty, powieści, legendy i baśnie.

   Tytuł dzisiejszego wpisu nie jest przypadkowy. Święta Bożego Narodzenia to niekończąca się inspiracja dla pisarzy, autorów książek dla dzieci, gawędziarzy, reżyserów, blogerów kulinarnych czy agencji PR-owych ;). Ja też każdego roku wracam do Was z co najmniej jednym dłuższym artykułem o tradycjach, Mikołaju, choince, prezentach i magicznej atmosferze. Nim jednak ruszę z kopyta ze świątecznymi publikacjami (niczym Rudolf na czele sań) to powrócę do Waszych ulubionych tekstów w tym temacie. Myślę, że moje osobiste „kroniki świąteczne” z powodzeniem wprowadzą Was w świąteczny nastrój…

– Choć ich cel jest oczywiście komercyjny, to wiele świątecznych reklam dużo mówi o tym, czego ludzie pragną w święta. Jak zmieniło się to w czasie pandemii? W artykule z zeszłego roku znajdziecie między innymi siedem moich ulubionych filmów świątecznych i przepis na kultowe już ciasto z polewą Kinder.  

– Skąd się wziął kalendarz adwentowy? Do kogo przychodzi Mikołaj, a do kogo Dziadek Mróz? Co trzeba zostawić dla renifera? W artykule z 2019 roku spisałam wiele bożonarodzeniowych tradycji i zwyczajów z całego świata.  

– O Dniu świętej Łucji i dekorowaniu domu na Boże Narodzenie przeczytacie z kolei w tym wpisie.

2. O potrawach, które smakują najlepiej, gdy się na nie czeka.

    Okazje do wykorzystania świątecznych przepisów jeszcze się znajdą. Nie mam co do tego wątpliwości, bo grudniowy kalendarz już teraz mamy wypełniony – wspólne pieczenie ciasteczek piątego grudnia, impreza w obowiązkowych świątecznych swetrach u Zosi, firmowa wigilia z Zespołem MLE, no i przygotowania do Świąt, które w moim przypadku zawsze przemieniają się w niekończące przesiadywanie z rodziną w domu (w teorii spotykamy się aby sprzątać i gotować, ale po pięciu godzinach właściwie nic nie jest zrobione). Wigilijne i bożonarodzeniowe potrawy smakują najlepiej wtedy, gdy się na nie czeka. Nie ma co się do nich nadto śpieszyć (nawet starbunio wie, że syropy powinny być sezonowe, bo inaczej ich sprzedaż spada ;)).

    A ja mam w lodówce jeszcze spory kawałek dyni po Halloween, którą nie zdążyłam się nacieszyć. Chciałabym wycisnąć z jesiennego sezonu ile się da nim przejdę do ciężkich grudniowych dań.  Ciasta dyniowego robić mi się nie chcę, ale w wersji pieczonej na słono mogłabym jeść to warzywo codziennie. Ostatnio skorzystałam z przepisu Nigelli, który znalazłam w jej najnowszej książce „Zrób. Zjedz. Powtórz”. No więc zrobiłam, zjadłam i chętnie powtórzę. Podobnie zresztą jak przepis już bardziej „obiadowy” z kaszą bulgur, skórką pomarańczy i warzywami. Nie ma w tych daniach cynamonu ani karpia, ale na jesienne wieczory, gdy potrzebujemy czegoś rozgrzewającego i lekkiego jednocześnie, są idealne. Dzielę się tym przepisem dlatego, bo jest to przykład mojej codziennej diety, a wiem, że część z Was dosyć ma potraw na „specjalne okazje”.

Książka Nigelli Lawson "Zrób, zjedz, powtórz. Skłaniki, przepisy i opowieści" to połączenie przepisów z opowieściami o jedzeniu w pięknym, wciągającym i niepowtarzalnym stylu. Na uwagę zasługuje też sposób wydania – bez nachalnego zdjęcia na okładce, z grzbietem z płótna i fajnymi rozwiązaniami edytorskimi. Aż żal odkładać ją na półkę, bo wiem, że za chwilę znów po nią sięgnę. 

Przepis Nigelli na pikantny bulgur z pieczonymi warzywami

(przepis jest nieco uproszczony, a składniki dopasowane do tego, co akurat znalazłam w sklepie, pełną wersję znajdziecie w książce :))

(3-4 porcje jako danie główne)

KASZA BULGUR

mały pęczek kolendry (ok. 25 g)

2 duże ząbki czosnku

pół łyżeczki nasion kopru włoskiego

pół łyżeczki ziaren kminu rzymskiego

pół łyżeczki ziaren kolendry

1/2 łyżeczki suszonych płatków chili

375 ml zimnej wody

1 łyżka (15 ml) oliwy

1 pomarańcza (starta skórka oraz sok)

200 g kaszy bulgur

50 g czerwonej soczewicy

1 i 1/2 łyżeczki soli morskiej w płatkach (albo 3/4 łyżeczki drobnej soli morskiej)

 

PIECZONE WARZYWA

400 g poru 

400 g czerwonej papryki (2-3 sztuki)

200 g pomidorków koktajlowych

pół łyżeczki nasion kopru włoskiego

pół łyżeczki ziaren kminu rzymskiego

1 łyżeczka soli morskiej w płatkach (albo 1/2 łyżeczki drobnej soli morskiej)

3 łyżki (45 ml) oliwy

150 g rzodkiewki

Zastanawiacie się pewnie co to za piękna księga, po której bezczelnie piszę ;). To Księga Przepisów czyli forma osobistego notatnika, w którym zapisuje się ulubione receptury lub te, które doczekały się „ulepszeń”. Ja modyfikuję prawie każdą potrawę pod nasze rodzinne gusta czy alergie (albo gdy nie znajdę danego składnika w lodówce i zamienię go na coś innego). Niestety tych zmian później nie zapamiętuję i to jest idealne rozwiązanie dla osób, którym zdarzają się podobne historie. Polecam mieć go przy sobie zwłaszcza w czasie Świąt – ja planuję w końcu wyciągnąć od mojej kuzynki przepis na czekoladowe jeżyki, którymi częstuje nas od lat. Ta „Księga” to kolejna udana publikacja od Madamy (miałyście okazję widzieć również planner na moim Instagramie). Z kodem MLE2021 dostaniecie na nią 20% rabatu (kod ważny do 6 grudnia). 

Sposób przygotowania:

1. Nie musisz zaczynać od kaszy, ale ponieważ po ugotowaniu może spokojnie poczekać, ja właśnie tak robię. Drobno posiekaj co miększe łodyżki kolendry, tyle żeby uzyskać ich mniej więcej 1 łyżkę; obierz czosnek; odmierz przyprawy; postaw dzbanek z wodą przy kuchence.

2. Znajdź niezbyt duży rondel z grubym dnem i szczelną pokrywką. Na małym ogniu bardzo powoli rozgrzej w nim oliwę. Wsyp na nią skórkę startą z pomarańczy i wymieszaj. Przeciśnij przez praskę lub zetrzyj czosnek, dodaj razem z posiekanymi łodyżkami kolendry do rondla i mieszając, smaż wszystko ok. 30 sekund. Odrobinę zwiększ ogień (na średni) i wsyp na tłuszcz ziarna kopru, kminu i kolendry oraz płatki chili i wszystko dobrze wymieszaj.

3. Zwiększ ogień na duży, szybko wsyp do rondla kaszę i soczewicę i jeszcze raz starannie przemieszaj. Wlej do rondla wodę, posól ją i doprowadź do wrzenia. Kiedy zacznie bulgotać, przykryj rondel, zmniejsz ogień na mały i gotuj wszystko 15 minut (w tym czasie możesz zacząć kroić warzywa) – po kwadransie kasza i soczewica powinny wchłonąć cały płyn. Kiedy kasza się ugotuje, wyłącz ogień, przykryj rondel ściereczką i pokrywką, a następnie odstaw na 40 minut.

4. Rozgrzej piekarnik do 220/200 stopni z termoobiegiem. Pory pokrój na kawałki długości około 3 cm i wrzuć do solidnej brytfanki. Pokrój papryki na spore kawałki i dorzuć je na brytfankę, razem z pomidorkami. Posyp warzywa koprem włoskim, kminem i solą, polej oliwą i wymieszaj. Wlej do brytfanki 2 łyżki zimnej wody i 2 łyżki soków z wyciśniętej pomarańczy. Wstaw warzywa do piekarnika na 30 minut.

5. Po 30 minutach wyjmij brytfankę z pieca, dodaj do warzyw rzodkiewki i wymieszaj. Wstaw warzywa do piekarnika na kolejne 10 minut. Wyjmij brytfankę z piekarnika. Posiekaj kolendrę i wymieszaj kaszę. Przełóż ją do miski, posyp większością posiekanej kolendry i wymieszaj. Dodaj do bulguru 1/3 pieczonych warzyw i wymieszaj wszystko. Na tym etapie dopraw danie. przełóż na kaszę resztę warzyw i posyp je kolendrą.

Najpiękniejsze wieńce świąteczne tylko od Narcyza. Też możecie taki zamówić i dać w prezencie komuś bliskiemu. Po prostu napiszcie tutaj do najzdolniejszych florystek w Trójmieście (można też kupić je na miejscu w pracowni florystycznej w Gdyni przy Klifie).  

Ten fotel już dobrze znacie, część ozdób również, bo przetrwały bez problemu od zeszłego roku. Możecie je znaleźć w sklepie JOTEX wraz z wieloma innymi świątecznymi droibiazgami (choinkę znajdziecie tutaj, a śnieżynkę tutaj). Lubię kupować papierowe dekoracje, bo po pierwsze są piękne, po drugie – po złożeniu zajmują bardzo mało miejsca, a po trzecie – to nie plastik. Zerknijcie koniecznie na tę stronę, jeśli szukacie czegoś do mieszkania – teraz z kodem KASIANOV30 dostaniecie 30% rabatu na wszystkie produkty + 5+% extra na ceny zaznaczone na czerwono (oferta ważna do 31.12.2021). Cały ten tydzień na JOTEX są różnego rodzaju oferty z bardzo atrakcyjnymi rabatami, więc to dobry moment aby wybrać coś na prezent. Psst… podaję też link do lampki, którą mam koło łóżka, bo pojawiało się o nią wiele pytań. 

3. Pierwszy krok.

   Spod cienkiej bibuły obsypanej gdzieniegdzie różowym brokatem. Między wstążkami pozbieranymi po zeszłorocznej Wigilii. Wciśnięte w kartonowe przegródki. Szklane, porcelanowe, z misternie powycinanego papieru. Schowane na wysokościach, bo przecież sięgam po nie tylko raz w roku.

   Czujny widz obserwuje wygibasy mamy na drabinie i wsłuchuje się w uwagi. „Tę możesz potrzymać. Na tę uważaj, bo ta jest po babci. Nie wchodź za wysoko, bo będzie bam. A może pokażesz tę gwiazdę siostrzyczce?”. Ile razy nie zabierałabym się za rozpakowywanie świątecznych ozdób, błogie uczucie ogarnia mnie z tą samą mocą. Moja minimalistyczna dusza doznaje totalnego otępienia i przez parę tygodni lubuje się we wszystkim co złote, czerwone i pstrokate. W przedświątecznym czasie nie powinno się szukać szczęścia w materialnych drobiazgach, ale rozgrzeszam siebie, gdy widzę, że są one tylko nośnikiem naszych rodzinnych historii i tradycji, a ich rozkładanie, to najlepsza okazja do tego, aby te opowieści przekazać małemu niezdarnemu elfowi.  

mój sweter – niestety nie ma metki, ale to chyba stara kolekcja H&M // spodnie – mają 10 lat i są z Mango ;). 

   Wczorajsze popołudnie, zamiast na spacerze, spędziłam wśród pudełek, rozplątując kable od lampek i szukając miejsca dla świątecznego wieńca. Wszystko poprzekładam pewnie jeszcze z pięć razy, połowa ozdób nadal leży w kartonach, a dyskusje o prezentach na WhatsApp'ie póki co prowadzą do nikąd („ale że tory do Duplo dla twojego męża?!”). I niech tak będzie – świąteczna kurtyna dopiero podnosi się do góry. Niech nie opada zbyt szybko na nasze własne życzenie. 

*  *  *

 

 

 

Dlaczego ten późno-jesienny lockdown może być „lepszy” od wiosennego? Mały poradnik ze szczyptą świątecznego nastroju.

   Chociaż Sopot od zawsze był miejscem, które jesienią i zimą nieco zamiera, to jednak nigdy aż tak. Ostatnio mam wręcz wrażenie, że na ulicy łatwiej spotkać lisa niż człowieka. Od mniej więcej miesiąca powracające ograniczenia związane z epidemią znów uprzykrzają nam każdy dzień. Dla niektórych przedsiębiorców to prawdziwe życiowe tragedie, dla rodziców – powrót do koszmaru lekcji zdalnych, dla całej reszty – z pewnością mniej przyjemna codzienność. Nie znam właściwie nikogo, kto powiedziałby: „każda nowa restrykcja wywołuje uśmiech na mojej twarzy”. Niepoprawni optymiści powiedzą co najwyżej, że jakoś szczególnie im to nie przeszkadza. No cóż, ciężko oczekiwać – nawet w imię wyższych wartości – że ograniczanie naszych praw spotka się z entuzjazmem albo chociaż z obojętnością. Wiosną na blogu pojawiło się parę tekstów o tym, jak zmienia się nasza codzienność, praca i wypoczynek w trakcie epidemicznych obostrzeń i jak sobie z tym poradzić (sprawdźcie tutaj i tutaj). Historia lubi się jednak powtarzać… a raczej rymować, bo dziś jesteśmy w podobnej, ale jednak nieco innej sytuacji. W mojej ocenie (wbrew pozorom) z psychologicznego punktu widzenia – lepszej.

   I nie chodzi tu nawet o nowe optymistyczne informacje na temat szczepionki. Nie wątpię, że w wielu rozbudziły one nadzieję (choć u niektórych pewnie wręcz przeciwnie), że jesteśmy bliżej niż dalej końca tej rundy wiecznej walki z naturą, ale to nie o niej będzie ten artykuł. Nie mamy bowiem żadnego wpływu na to, czy faktycznie będzie ona gotowa na wiosnę, więc uzależnianie od niej naszego nastroju nie jest dobrym pomysłem. Psychologowie są zgodni, że ludzie czują się dobrze i bezpiecznie, gdy mają poczucie kontroli nad własnym losem, a o ile nie pracujemy teraz w Pfizerze lub innym koncernie farmaceutycznym i nie jesteśmy naukowcem pracującym nad ocaleniem ludzkości przed wirusem, to powinniśmy skupić się na tym, co sami możemy zrobić, aby poczuć się lepiej w czasie lockdownu (przy okazji – znacie jakieś adekwatne polskie słowo? propozycja wujka googla pod tytułem „zakaz wyjścia”, choć w zasadzie mówi, o co chodzi, brzmi absurdalnie, a pojęcie kwarantanny kojarzy się bardziej z prawnym zakazem nałożonym przez sanepid).

    Już nie przynudzam, bo nawet mój tata, który twierdzi, że czytał „Krzyżaków” z wypiekami na twarzy (według mnie, musiał mieć w tym czasie różyczkę albo dostał po prostu alergii na laktozę) powiedział, że moje artykuły na blogu są za długie. A więc do brzegu – wiem, że ciężko jest się wygrzebać z tego stanu, w którym bombardując się złymi wiadomościami zakładamy najgorszy, kasandryczny scenariusz i powtarzamy sobie w kółko, że nic nie ma sensu, a resztę życia spędzimy bez relacji międzyludzkich, restauracji, podróży i prawdziwych świąt. Warto jednak spróbować, tym bardziej, że teraz będzie po prostu łatwiej. O czym piszę poniżej. 

1. „Epidewolucja”.

  Po pierwsze i najważniejsze, każda kryzysowa sytuacja, w której się znajdujemy uczy nas jednego: że udało nam się przetrwać. Brzmi bardzo pompatycznie, zwłaszcza w zestawieniu z problemami typu „Skończył mi się podkład! Co teraz skoro Sephora w Galerii Bałtyckiej jest zamknięta?”, ale ta zasada sprawdza się zarówno w sprawach „życia i śmierci” jak i tych bardzo przyziemnych. Na dodatek, gdy taka sama sytuacja spotyka nas parę razy z rzędu, to lęk, który odczuwamy, staje się coraz mniejszy, aż w końcu prawie go nie odczuwamy. Wniosek? Ósmy lockdown to będzie bułka z masłem.

   No dobrze, koniec żartów. Człowiek ma ogromną zdolność do przystosowywania się. Trudno znaleźć lepszy na to dowód niż ewolucja ludzkich postaw w trakcie trwającej pandemii. I nie odnoszę się tutaj do jakichś skrajnych reakcji typu negowanie wszystkiego i szukanie statystów wśród pacjentów szpitali. Zdecydowana większość z nas, bez względu na to, jak poważnie traktujemy zagrożenie koronawirusem, zupełnie inaczej zachowywała się na wiosnę, a zupełnie inaczej zachowuje się teraz. Wydaje się, że to było dawno temu, ale tak, opróżnialiśmy z mąki i makaronu półki sklepowe, papier toaletowy awansował do rangi papieru wartościowego, a ulice miast były puste jak Bershka w godzinach dla seniorów. Nieśmiało przypominam, że działo się to przy dziennej liczbie zakażeń stukrotnie mniejszej niż dzisiaj. Przyzwyczailiśmy się do tego zagrożenia i oswoiliśmy je. Dlatego też zapowiedzi kolejnych obostrzeń nie robią już na nas takiego wrażenia. Są też jednak obiektywne przyczyny tego, że wizja siedzenia w domu nie paraliżuje nas tak bardzo, jak wiosną.

   Same na pewno przyznacie, że to, co na początku wydawało się czymś dziwnym, dziś jest już naturalne. Okazało się, że to żaden problem wziąć ze sobą na plac zabaw mini płyn do dezynfekcji, pranie maseczek też już jakoś weszło w krew. Ominęło mnie ciekawe doświadczenie nauki zdalnej, ale z opowieści koleżanek i rodziny wiem, że powinnam się z tego cieszyć. Sporo nasłuchałam się o dysfunkcjach samych lekcji, ale też o problemach całego „gospodarstwa domowego” w godzinach „pracy”. Kilka osób równocześnie realizujące „szkolne” lub „dorosłe” home office, przekrzykujące jeden drugiego, dzięki czemu nauczyciel/szef usłyszy to, co trzeba, rozłączające się połączenie internetowe, prezentacja planu marketingowego z przedszkolakiem na kolanach to tylko kilka przykładów z życia wziętych. Wielu z nas wykorzystało letnią wirusową odwilż na zakup słuchawek typu „call center”, zadbało o lepsze łącze czy umowę z operatorem, ktoś wyposażył wszystkich członków rodziny w laptopy, choćby używane z allegro czy pożyczone od ciotki, która musiała w związku z tym zakończyć rozgrywki pasjansa. Wiemy, gdzie mamy sadzać dzieci z komputerem, żebyśmy mogły bezpiecznie poruszać się po domu w bieliźnie. A same dzieci nauczyły się podkładać spreparowane obrazki pod obraz z kamery, by móc bezkarnie grać w StarCrafta. Potrzeba matką wynalazku!

skórzana spódnica – Answear.LAB kolekcja "Król" // dzianinowa kamizelka – Arket // buty – Jimmy Choo 

A tu widzicie moją wersję stroju "home office" gdy czeka mnie ważna wideo-rozmowa, albo z jakiegoś innego powodu zestaw "legginsy plus bluza" może się nie sprawdzić. 

dzianinowa kamizelka – Arket // biały dół od dresy – HIBOU (mój ukochany model) // wełniane skarpetki – Wool so Cool

Jednak częściej mój zestaw "home office" wygląda tak…

    Na pewno jest mi łatwiej zachować dobry humor, bo dla mnie praca z domu z dzieckiem od dawna była normalnością, ale wiem, że wielu z Was nie jest do śmiechu. Jednocześnie jestem pewna, że wiosną udało się Wam wypracować sporo mechanizmów, które pozwolą utrzymać strukturę dnia w ryzach. Podpowiem Wam tylko, że w dobie pandemii największe wypalenie, zmęczenie i poczucie beznadziei przypada na godziny między jedenastą a trzynastą. To dlatego, że do tej pory większość z nas była w tym czasie najbardziej produktywna, więc wszelkie niedogodności są wtedy najbardziej irytujące. To normalne i naprawdę nie świadczy o tym, że sobie z czymś nie radzicie. 

2. Mózg próbuje oszukać nas, my spróbujmy oszukać mózg.

   Koniec fałszywej tęsknoty. Nasz mózg otrząsnął się po pierwszym szoku i ograniczeniu wolności i dziś lepiej radzi sobie z informacjami dotyczącymi epidemii. Nie wierzycie? Pamiętacie zapewne żartobliwe komentarze (w tym moje), jak to nagle dla niektórych ogromnym życiowym problemem stało się zamknięcie teatrów, oper i kin? Ludzie, marnujący przed pandemią całe dnie przy telewizorze, nagle zapałali miłością do wysokiej kultury i rozpaczali na myśl, o tym, że nie zobaczą w tym roku Wesela Figara na własne oczy. Można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że jeśli ktoś w kwietniu miał z tym problem, dziś być może zdał sobie sprawę z tego, że ostatni raz w teatrze był w podstawówce z klasą i nie jest to jego kluczowa potrzeba życiowa (choć po cichu liczyłam, że zamknięcie teatrów i filharmonii uświadomi wszystkim jak jest ważna). Wydaje się, że ten pierwszy odruch tęsknoty za zakazanym owocem mamy już za sobą. Ten mechanizm dotyczy jednak wielu innych aspektów naszego życia. Nasz mózg potrafił płatać nam figle i zamiast pomagać podtrzymać dobry humor, fiksował się na negatywach. Na szczęście, zasada działa też w drugą stronę – możemy zafundować naszemu umysłowi małe oszustwa, które sprawią, że i on i Ty poczujecie się lepiej.

Moja skórzana spódnica o idealnym kroju (dzięki rozcięciu nie wygląda zbyt ciężko), to jeden z elementów limitowanej kolekcji Answear.LAB , która jest współczesną interpretacją warszawskiej mody z lat trzydziestych. Inspiracją do jej powstania były kostiumy z serialu „Król”, który zrealizowano w oparciu o bestsellerową powieść Szczepana Twardocha. Kolekcja czerpie z dorobku projektantów epoki, głównie Elsy Schiaparelli, nie brakuje także inspiracji ówczesnymi ikonami kina: Gretą Grabo czy Marlene Dietrich. Piękne połączenie świata mody i kina.

    W jednym z klasycznych już eksperymentów pokazujących działanie tak zwanego torowania studenci mieli chodzić cały dzień z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem. Okazało się, że taki prymitywny wręcz zabieg poprawił im nastrój – poczuli się lepiej, choć teoretycznie nie mieli powodu. To oznacza, że nasz umysł bywa zadziwiająco prosty i łatwo go przechytrzyć. Jeśli więc znów dopada Was ponury nastrój, że w ten weekend nie spotkacie się ze znajomymi, nie usiądziecie w restauracji, czy nie odpoczniecie od dzieci, to nie dajcie się zwieźć Waszemu umysłowi, który będzie bojkotował wszystkie Wasze próby wzięcia się w garść. Nastrój wpływa na nasze zachowanie, ale zachowanie wpływa też na nasz nastrój. Nie zafunduję Wam jednak rady w stylu „rozluźnij się”, bo mnie samą czytanie takich tekstów tylko denerwuje (kochani internetowi publicyści – zapewniam Was, że te dwa wyrazy jeszcze nigdy nikogo nie rozluźniły). Nie będę więc tutaj pisać o „mindfulness”, ćwiczeniach oddechowych i abstrakcyjnych radach typu „ciesz się chwilą” albo „skup się na pozytywach”. Trzeba po prostu ruszyć się z miejsca na tyle szybko, aby nasz umysł nie zdążył zareagować i powiedzieć nam „Ale dlaczego?! Przecież tak fajnie jest nam tutaj siedzieć w smutku na fotelu?! Natychmiast ściągnij te buty, weź telefon do ręki i poczytaj o statystykach Ministerstwa Zdrowia!”.

    Co możemy robić? Możliwości mamy znacząco mniej niż kiedyś – to niezaprzeczalny fakt. Ale największym zagrożeniem, jest porzucenie jakiejkolwiek aktywności, tylko dlatego, że część z nich została zakazana. Przykład? W Stanach Zjednoczonych przed Świętem Dziękczynienia gwałtownie wzrosła ilość zamówień na dostawę do domu tradycyjnych placków z jabłkami. Zaraz… narzekamy na pandemiczną monotonię i marazm, że nic nie wolno nam robić, a kiedy jest okazja, żeby – jak zawsze – upiec samemu te świąteczne placki, to czekamy za założonymi rękami na dzwonek do drzwi? (No chyba, że chcemy wesprzeć upadającą gastronomię, wtedy jest to jakieś usprawiedliwienie). To jest według mnie największe psychologiczne zagrożenie jesiennej kwarantanny. „Skoro nie mogę robić wszystkiego, to nie będę robiła nic” – nasza psychika, zniechęcona brakiem szerokich perspektyw, będzie nakazywać robić nam jeszcze mniej niż wcześniej.  Starajmy się więc wykorzystać wszystkie opcję dozwolone w czasie pandemii. To spektrum jest mniejsze niż kiedyś, ale nadal można dzięki temu fajnie spędzić czas. Widzę to zresztą na własnym przykładzie – przed  koronawirusem nasze jednoślady lądowały w piwnicy we wrześniu, bo przecież tyle było innych ciekawszych rzeczy do roboty w weekendy. Mamy połowę listopada, ale mimo zimna nie odpuszczamy teraz naszych rowerowych wycieczek. Właściwie jest już oczywistym, że jeśli tylko pogoda pozwoli, plan na sobotę jest jeden – objazd po najpiękniejszych ulicach Sopotu, później kurs na Orłowo, gdzie przystajemy w ogrodzie teściowej i dostajemy od niej po filiżance pysznej kawy, a potem wracamy do domu alejkami przy plaży. Po takich wyprawach naprawdę nikt nie myśli o tym, że galerie handlowe są zamknięte.

Najtrwalsze wełniane skarpety jakie miałam. I chyba najpiękniejsze. Wykonane ręcznie od pierwszej pętelki do ostatniej zakończonej nitki. Oczywiście od polskiej marki.       Z kodem MLE możecie otrzymać rabat o wysokości 10% (kod jest ważny od dzisiaj do soboty, czyli do 21 listopada) na wszystkie czapki oraz skarpetki dostępne na stronie Wool So Cool.

  Po raz kolejny powtórzę, że wykonywanie konkretnych czynności, także w ramach wypoczynku, pozwoli nam zachować lepszy stan psychiczny niż kursowanie między kanapą a lodówką, niekończące się oglądanie memów na fejsie i snucie wyobrażeń o tym, co robilibyśmy gdyby nie wirus. Postarajmy się – na przykład – zawsze iść na spacer z jakimś konkretnym celem. To nie musi być nic wielkiego – uczenie psa nowych sztuczek (albo tych najbardziej podstawowych, z którymi Portos wciąż ma problem), wyprawa na inny niż zwykle plac zabaw czy zebranie bukietu liści z przynajmniej pięciu gatunków drzew.

3. Paskudna pogoda nam sprzyja.

 Gdy wiosną cała Polska udała się na dobrowolną kwarantannę wszyscy mocno marudzili. W końcu robiło się cieplej, świat budził się do życia po zimie, a my musieliśmy siedzieć zamknięci w domu. Nic fajnego. Byliśmy spragnieni spotkań, imprez, wyjazdów. Nawet jeśli nie korzystaliśmy pełnymi garściami z uroku wiosny w poprzednich latach, przymusowe siedzenie w domu i tak było bolesne. Z jesienią jest jednak inaczej. No bo czyż nie jest prawdą, że dawniej w listopadzie też głównie siedzieliśmy w domu? Kilka stopni na plusie, mżawka i przenikliwy wiatr znacznie bardziej zniechęcają do wychodzenia z domu niż niewidzialny wirus. Nie mówiąc już o tym, że obecnie mamy tylko zalecenie pozostawania w domu, a wiosną był to nakaz (nie wchodząc w dyskusję nad umocowaniem prawnym tego rozwiązania).

Zapracowane umysły potrzebują miejsca do odpoczynku. Jeśli czasem macie wrażenie,, że leżąc w łóżku dopada Was gonitwa myśli, a im bardziej próbujecie ją od siebie odpędzić, tym jest gorzej, to ta książka będzie dla Was idealna. Jej autorka jest przedstawicielką nowej generacji twórców, bo zyskała sławę dzięki swoim podcastom, a nie tradycyjnym książkom. „Nic się nie dzieje” to zbiór kojących opowiadań na dobranoc. Towarzyszą im żartobliwe ilustracje, przepisy i sposoby na medytacje, łagodzące nadwyrężone nerwy i pomagające budować dobre nawyki pielęgnujące sen. Na dodatek, książka jest pięknie wydana. 

  Traktujmy więc obecny czas jako taką „megajesień” (podsyłam Wam tutaj, tutaj i tutaj linki do paru jesiennych wpisów z zeszłych lat, które pokazują, że wtedy też wolałam siedzieć w czterech ścianach). Na zewnątrz ziąb, a ja w środku, w ciepłym wnętrzu powoli wypełniającym się świątecznymi ozdobami, siedzę z kubkiem herbaty i czytam dobrą książkę (kieliszka wina nie polecam, bo pierwsze badania sugerują, że lockdown zwiększa problem uzależnienia od alkoholu). Do polecenia mam jak zwykle parę tytułów. Zacznę od tego, że w księgarniach pojawił się „Czuły narrator” Olgi Tokarczuk – to pozycja, którą już parę razy widziałam na różnych listach do Świętego Mikołaja. Zaskoczona jestem niezwykłą mocą jaką ma w sobie książka „Nic się nie dzieje” autorstwa Nicolai Katrhyn. Jednym zdaniem jest to zbiór opowiadań na dobranoc, które mają na celu wprowadzić nas w głęboki i spokojny sen. Brzmi dziwnie, ale warto spróbować. Wracając do polskich autorów – pewnie nie wyglądam Wam na fankę powieści o brutalnym gangsterskim świecie, który nie ma nic wspólnego z klimatami „hygge”, ale jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiecie ;). „Król” Szczepana Twardocha ukazuje społeczny, religijny i polityczny tygiel w przedwojennej Warszawie. To jedna z tych powieści, w których okazuje się, że nie wszystko jest takie, jakie nam się wydaje, a czarne charaktery budzą największą sympatię. Klimat półświatka i warszawskich elit oddany kapitalnie – czytałam z wielką przyjemnością. Książkę można jednak zamienić na serial. Być może słyszeliście, że „Król” doczekał się swojej ekranizacji i dwa pierwsze odcinki są już dostępne w internecie na platformie Canal+ (tu możecie obejrzeć zwiastun). Jeśli macie już opłacony dostęp, to skorzystajcie i koniecznie obejrzyjcie również „Małe kobietki”, „Boże ciało” i „Parasite”. 

Odpowiadam Wam zbiorczo tutaj, bo chociaż to krzesło pojawiało się u mnie już wiele razy, to jakoś nie miałam okazji napisac o nim czegoś więcej, a wciąż pojawiają się pytanie o to, co to za model. Właściwie jest to fotel, a nie krzesło (model Leaf) i można go znaleźć w ofercie kultowej marki TON. Pod jej szyldem powstało wiele ikonicznych modeli, a sama marka może pochwalić się innowacyjnymi metodami produkcji, które są przyjazne środowisku (między innymi użycie farb na bazie wody zmniejszając tym samym poziom emisji związków organicznych, które negatywnie wpływają na układ odpornościowy człowieka, a także ponowne użycie odpadów). W swoim domu mam jeszcze dwa modele tej marki, w tym przypadku wybrałam używane wersje, ale to chyba najlepszy dowód na to, że produkty TON są dobrą inwestycją.

4. Grinch zaciera ręce. Nie wie na kogo trafił…

   Dla mnie największą osłodą jesienno-zimowego lockdownu i listopadowej szarugi  jest oczywiście przedświąteczna krzątanina. Tak, wiem, że te Święta będą inne (to temat na długi artykuł, więc nie będę go tutaj zbyt rozwijać) i dlatego warto już teraz zanurzyć się w tym szczególnym nastroju. Nie ma co ukrywać – świąteczne przygotowania były z reguły ciągłym wyścigiem z czasem, najważniejsze kwestie ogarnialiśmy w ostatniej chwili. Teraz będziemy mieli więcej luzu: na przygotowanie listy prezentów, na ich zdobycie, na zbudowanie w domu świątecznego klimatu. Wzbogaćmy te święta o coś więcej niż zwykle – potraktujmy na serio Opowieść Wigilijną dodając do naszych świątecznych zwyczajów ten najpiękniejszy – dzielenia się dobrem (bo puste nakrycie, choć jest uroczą tradycją, trudno nazwać prawdziwą pomocą). Pomyślmy przede wszystkim o najstarszych. O naszych babciach i dziadkach – to dla nich na pewno cięższy czas niż dla nas, więc dzwońmy częściej, wysyłajmy zdjęcia, prowadźmy z nimi video-rozmowy, zapukajmy do okna. Jestem pewna, że nie tylko oni poczują się dzięki temu lepiej…

   Czas na ngrodę dla wszystkich wytrwałych! Pękam z dumy, że tyle z Was zapisuje się do śledzenia moich muzycznych składanek, a że sama już od kilku dni słucham piosenek o reniferach, dzwonkach i jemiole, to Wam też nie powinnam tego odmawiać. Tutaj znajdziecie moją świąteczną playlistę. Znajdziecie tam sporo klasyków, ale starałam się dodać też sporo takich utworów, które nie zostały jeszcze wyeksploatowane do cna przez galerię handlowe. UWAGA! Muszę tu wyraźnie podkreślić, że nie są to kolędy – te zawsze mają swoją premierę dopiero w Wigilię.

*  *  *

   Kilka pokrzepiających słów na koniec. Życie płynie szybciej niż nam się wydaje, niezależnie od tego, czy walczymy z pandemią, czy nie. „No to nas pocieszyłaś, Kasiu” – macie mi pewnie ochotę odpowiedzieć z przekąsem, ale taka jest prawda i nic na to nie poradzimy. Tym bardziej żyjmy tak, aby dobrze wykorzystać dany nam czas – mówię Wam, że zleci jak z bicza strzelił. 

Jesień wchodzi do mnie przez kuchnię, czyli kilka zdań o JOMO, nowa playlista, przepis… jednym słowem: UMILACZE

 

   Jesień wkracza do mnie przede wszystkim przez kuchnię, aby potem rozgościć się w moim salonie,  przynieść do wazonów trochę rajskich jabłuszek i gałązek dzikiej róży, aby w końcu przypomnieć mi o ulubionych serialach i kilku nieprzeczytanych książkach. Nawet muzykę w telefonie mi zmienia. Te błahe przyjemności sprawiają, że codzienność jest milsza, a to jest dziś szczególnie ważne. Czy tego chcemy czy nie, epidemia ma wpływ na codzienne życie, zatacza coraz szersze koło i wdarła się już na dobre do naszej świadomości. Próbujemy być ze wszystkim na bieżąco, nie chcemy, aby umknęły nam jakiekolwiek wyniki badań na temat ozdrowieńców, wskaźniki nowych zakażeń, planowane restrykcje, czerwone strefy i tak dalej. Nie uciekniemy od tego i w jakimś sensie nie powinnyśmy próbować – to zbyt poważna sprawa, aby udawać, że jej nie ma. Internet, na szczęście, wirusa nie roznosi, więc możemy się tu na chwilę spotkać i wyciszyć skołatane nerwy. Mam nadzieję, że kilka „umilaczy” które dla Was przygotowałam spełnią swoje zadanie.

Kilka słów o JOMO.

Skoro już mowa o tym, że chcemy być ze wszystkim na bieżąco, to słyszałyście kiedyś o syndromie FOMO? „Fear of missing out” czyli obawa przed tym, że przestanie się być w centrum wydarzeń, to coraz częstszy problem naszego pokolenia. Może mieć różne oblicze – potrzebę scrollowania Instagrama piętnaście razy dziennie, aby nie umknęło nam żadne „stories”, uczestniczenie w każdym towarzyskim spotkaniu, ale też śledzenie pokazów mody z niezdrową ekscytacją czy chęć posiadania nowego modelu ajfona jeszcze nim ostygnie po wyjściu z fabryki. W opozycji do tego zjawiska stoi właśnie JOMO czyli „joy of missing out”, które wymaga niekonformistycznej postawy, ale za to przynosi ulgę i pomaga świadomie korzystać z czasu.

  Domyślam się, że dla większości z Was, blogerka czy właścicielka marki odzieżowej to ktoś, kto jest kwintesencją walki o bycie modnym, ale w branży uchodzę raczej za osobę, która jest tak daleko „od tego wszystkiego” jak to tylko możliwe. I w ustach tych, którzy to mówią nie jest to bynajmniej komplement. No cóż, coś w tym jest. Nie kojarzę za bardzo Billie Eilish, za to lubię Norah Jones i muzykę z filmu „Czekolada”. Zamiast Pad Thai'a z tofu robię na obiad ziemniaki pieczone z marchewką. I nadal lubię swetry w paski. Owszem, jest wiele tematów, które śledzę na bieżąco i zdarza mi się dostać szybszego bicia serca gdy Toteme wypuszcza nową kolekcję, ale zupełnie, ale to zupełnie nie mam dziś problemu z powiedzeniem sobie (i przede wszystkim innym) głośno i wyraźnie „ nie, nie słyszałam o tym”. „Nie, dziękuję bardzo, ale nie przyjdę, bo wolę spędzić czas z rodziną”. „Nie, teraz nie odpiszę na tego smsa, bo jest 21 wieczorem i usypiam dziecko”. „Nie, nie będę w tym chodzić tylko dlatego, że jest to modne skoro mi się nie podoba”.

Uprzedzając Wasze pytania – ten piękny zestaw, łącznie z kamizelką z prawdziwej wełny, są od polskiej marki A Baby Brand. Ubranka w tym sklepie są zawsze bardzo dopracowane. Od razu widać, że właścicielka marki wie doskonale, że w dziecięcej garderobie wiele rzeczy może nas denerwować – zapięcia nie w tym miejscu co powinny, za wąskie otwory na głowę, ciasna gumka w brzuszku… W tym przypadku żadnych takich niedoróbek nie ma. Polecam!

   Dzisiejsze zdjęcia mogą sugerować, że JOMO to po prostu siedzenie na kanapie i czytanie książek w dresie, ale to tylko jeden element całej tej układanki. WhatsApp, messenger skonfigurowany z Facebookiem, skrzynka mejlowa, smsy, wiadomości na Instagramie – wszystko połączone z naszym smartfonem, laptopem, padem i lodówką. Interakcje międzyludzkie są ważne, ale nie możemy spędzać pół dnia na weryfikowaniu najróżniejszych skrzynek pocztowych. Pewnie myślicie, że jestem uosobieniem hipokryzji, bo skoro pracuje w internecie to pewnie cały czas jestem w sieci, co? W rzeczywistości do dzisiejszego dnia nie mam messengera w telefonie. WhatsAppa otwieram raz dziennie, tylko do sprawdzenia rodzinnej grupy, a wszystkim innym osobom przesyłam szablon wiadomości, że nie obsługuję tej aplikacji. Nie mam też podpiętego mejla pod telefon, bo wiem, że sprawdzałabym go wtedy non stop. Na ekranie telefonu pojawiają mi się tylko i wyłącznie wiadomości sms, a wszystkie pozostałe skrzynki sprawdzam nie częściej niż raz w tygodniu. Zwykle okazuje się, że gdybym zaglądała tam jeszcze rzadziej, to naprawdę nic strasznego by się nie stało. Pandy by nie wyginęły, losy świata by się nie zmieniły, a o większości rzeczach dowiedziałam się już przy innej okazji.

   Oczywiście, nie wyznaczyłam sobie tych granic w jeden dzień. To był proces, który był wynikiem ciągłego poczucia, że ktoś kradnie mój czas. Że ciągła potrzeba „bycia nie bieżąco” właściwie wyklucza możliwość cieszenia się tym, co tu i teraz. Że czas mija szybciej i mniej przyjemnie, gdy próbujemy kontrolować świat i ogarniać swoim umysłem wszystko naokoło. 

Jesień w kuchni.

    Gdy byłam mała, uwielbiałam czytać o tym, jak wygląda życie zwierząt o danej porze roku. Jesień wydawała mi się pod tym względem najciekawsza, bo dla większości stworzeń to czas wytężonej pracy. Niedźwiedzie robią zapasy, jeże uwijają sobie ciepłe posłania w leśnej ściółce, krety uzupełniają swoją spiżarkę dżdżownicami, pszczoły magazynują miód. Wszyscy starają się korzystać z czasu obfitości, jeść ile się da i zadbać o ciepłe schronienie. W świecie fauny każdy ma swoją strategię na przetrwanie zbliżającej się zimy. Ja zachowuję się jak każde z tych zwierząt po trochu. Dużo gotuję, bardzo cieszę się z ciepłego miejsca na kanapie i ciągle kombinuję co by tu zrobić, aby do mieszkania wracało się jeszcze chętniej. Mam wrażenie, że gdyby jesień z jej darami i moimi wieczornymi zwyczajami trwała przez cały rok, to ważyłabym dwa razy tyle, co powinnam.  

   Nie potrafię znaleźć dobrego tłumaczenia dla zwrotu „comfort food” ale za to wiem doskonale, które potrawy są jego kwintesencją. Nie zaserwujemy ich naszym gościom na uroczystą kolację i pewnie nie zdobyłyby na najwykwintniejsze danie w mieście, ale i tak kochamy je bardziej niż najlepiej przygotowanego homara. W tym temacie mistrzem jest pewien charyzmatyczny Brytyjczyk, który każdy swój przepis podsumowywał słynnym „mmm… delicious!” i wywoływał we mnie niepohamowaną chęć ugotowania czegokolwiek. Mowa oczywiście o Jamie Oliverze. Ja wiem, że przez wielu uznawany jest za celebrytę, a jego kucharskie zdolności są przez wielu kwestionowane, ale prawda jest taka, że za większością najpyszniejszych domowych dań w mojej rodzinie stoi właśnie on. Poniżej znajdziecie przepis z jego najnowszej książki  „7 sposobów”, który dostosowałam do swoich potrzeb (jagnięcinę zamieniłam na cielęcinę, zmniejszyłam ilość mięsa o ponad połowę i nie dodałam mąki).  

Najnowsza książka "7 sposobów" Jamie Olivera powstała na podstawie analizy naszych zakupów, która postanowił przeprowadzić jej autor. Jamie sprawdził co kupujemy najczęściej i odkrył, że lista naszych zakupów z tygodnia na tydzień zmienia się zaledwie w czterech procentach. Postanowił więc przygotować serię przepisów wykorzystujących to, co i tak kupujemy ;). Prawda, że sprytne?​

Przepis na gulasz z ziemniakami hasselback :

4 porcje / 2 godziny

200g cielęciny pokrojonej w kostkę (ja wybrałam takie mięso, które będzie mogła zjeść też nasza córeczka)

2 cebule

3 ząbki czosnku

2 marchewki

1 pęczek szałwii

1 łyżka chutneyu (wybrałam jabłkowy)

500 ml wytrawnego cydru

750 g młodych ziemniaczków

przyprawy, które miałam pod ręką 

Sposób przygotowania. 

   Posyp mięso solą i mnóstwem pieprzu, a następnie wymieszaj. Postaw płytki żaroodporny garnek z grubym dnem na dużym ogniu, wlej do niego 1 łyżkę oliwy, wrzuć mięso i smaż, mieszając, aż zarumieni się ze wszystkich stron. Obierz cebule i marchewki i pokrój je w kostkę tych samych rozmiarów co cielęcina. Wyjmij mięso z garnka, a tłuszcz pozostaw w środku. Zmniejsz ogień na średni, wsyp na tłuszcz marchewkę, cebulę oraz porwane listki szałwii. Podsmażaj warzywa przez 5 minut, od czasu do czasu mieszając. Wrzuć mięso z powrotem do garnka, dodaj chutney i zalej wszystko cydrem. Rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Połóż ziemniak na desce, ściśnij go między trzonkami dwóch drewnianych łyżek i ostrożnie podcinaj w poprzek co 1/2 cm, tak jakbyś chciała pokroić go na talarki (dzięki łyżkom nie przetniesz go do końca). To samo zrób z pozostałymi ziemniakami. Wymieszaj gulasz, dopraw do smaku i włóż do niego ziemniaki nacięciami do góry. Wstaw garnek do piekarnika na mniej więcej 1 godzinę 30 minut, żeby ziemniaki się zarumieniły i wchłonęły pyszne aromaty.

Mały przegląd książkowy.

  Jeśli któraś z Was od wielu miesięcy nie mogła natrafić na powieść, która byłaby jednocześnie wciągająca, niegłupia i zawierała ciekawe wątki historyczne to znak, że nigdy nie powinnyście rezygnować z czytania tego bloga, bo znalazłam książkę godną Waszego czasu. „Mała” Edwarda Carey'a to historia ekscentrycznej i niezwykle walecznej dziewczynki, znanej szerzej światu jako Madame Tussaud. Zabawna, pouczająca, momentami makabryczna.  Po piętnastu latach pracy autor oddał w nasze ręce powieść dopracowaną w każdym calu. Bardzo jestem ciekawa, czy ktoś z Was miał już przyjemność ją czytać.

 „Amerykańska szkoła pisania” Elizabeth Bishop oraz „Wyspa na Księżycu” William Blake'a to książki, które wyszukała dla mnie moja przyjaciółka w ramach urodzinowego prezentu. Nie są to pozycje, które łyka się „na raz”. Mam wrażenie, że autorzy, chociaż żyjący w innych czasach mieli podobne zarzuty do świata co my dzisiaj. Jeśli któraś z tych pozycji wpadnie Wam kiedyś w ręce skorzystajcie i przeczytajcie chociaż kilka stron!

Niemożliwe! Znów mam na sobie dres? To jakiś przedziwny zbieg okoliczności… Zarówno bluza jak i spodnie to oczywiście polska marka HIBOU (a my w MLE wciąż się męczymy z prototypem…). Po raz kolejny wykażę się nielojalnością wobec własnej firmy, ale jeśli szukacie grubego ładnego dresu, który sprawi, że wieczory przed telewizorem będą piękniejsze to Hibou na pewno Was nie zawiedzie. Zobaczcie jakie mają fajne kolory!​

Obiecana playlista.

   Gdy po raz pierwszy udostępniłam Wam jedną z moich składanek byłam w naprawdę sporym szoku, gdy zobaczyłam jak wiele osób postanowiło ją polubić. MLE WORK czyli utwory, których słucham w trakcie pracy mają już ponad dwa tysiące obserwatorów. Miło mi, bo mój gust muzyczny nie płynie z głównym nurtem i zwykle jest obiektem żartów ;).  Na koniec tego wpisu wracam do Was z kolejnym zestawieniem przygotowanym specjalnie na jesień – włączam sobie tę kombinację muzyki klasycznej i jazzu w wielu codziennych sytuacjach i od razu jest mi jakoś lżej. Link znajdziecie tutaj. Oby umiliła Wam parę zbliżających się wieczorów!

*  *  *