Dear Santa, All I want for Christmas is a little less stress :)

W tym roku święta są dla mnie wyjątkowe – po raz pierwszy spędzam je nie tylko w gronie rodziny. Postanowiłam w pierwszy dzień świąt przygotować spotkanie dla najbliższych znajomych. Nawet pisząc to, czuję lekkie mrowienie w okolicach żołądka (na pewno nie jest to niestrawność po moich próbnych świątecznych wypiekach) i nareszcie rozumiem  coroczne nerwy mojej mamy o "wszystko" i o "nic" :). Zorganizowanie obiadu dla kilku osób jest nie lada wyczynem (pomijając przypadek Zosi – u niej wszystko wychodzi perfekcyjnie:)). Wiem, że czeka mnie (Was pewnie też) dużo pracy. Muszę pomyśleć nad niebanalnymi prezentami, przygotować listę zakupów i przepisy na zdrowe dania (dobrze, że zawsze mogę się poradzić Zosi, ponieważ ja nie jestem wybitnym kucharzem), mieszkanie także musi wyglądać odświętnie. Nie chcąc dopuścić do przedświątecznego stresu podzielę się z Wami moim planem działania:

Dekoracja mieszkania i stołu wigilijnego.

– Wyciągnęłam już pudła z zeszłorocznymi ozdobami świątecznymi (oczywiście kilka bombek zmieniło się w gwiezdny pył). Wybrałam te które nie wyglądają na sfatygowane. Dużo ich nie zostało – czekają mnie zakupy!

– Jeśli mamy wystarczająco dużo ozdób, nie kupujmy ich od razu. Przejdźmy się po sklepach, zobaczmy jaki oferują asortyment, wróćmy do domu i sprawdźmy co będzie pasować do naszego wnętrza. Przedstawiam Wam moją świąteczną listę ozdób:

1. Lampki na okno z Ikea (są na przyssawki, które często zawodzą i odpadają regularnie co 5 minut, ale jest na to skuteczny patent – wystarczy je odrobinkę wysmarować olejkiem albo oliwą z oliwek i mocno przycisąc do szyby, powinny się przyssać na amen ;))

2. Lampion Ikea. Uwielbiam wszystkiego rodzaju świeczniki – chyba mam lekkie skłonności do piromanii.

3. Zawieszenie jemioły na lampie w dużym pokoju jest moją coroczną tradycją. Najładniejsze i najświeższe okazy możemy kupić na rynku lub hali targowej.

 4. Tym razem moja patera z Duki nie posłuży jako podstawka do ciasta. Dookoła udekoruje ją wiankiem z gałązek choinki (można również użyć jarzębiny), w środek postawiłam świeczki różnej wysokości.

5. Wystrój choinki, to mój coroczny dylemat, czy ma być wielokolorowa czy jednokolorowa. Jaki Wy lubicie najbardziej?

 W tym roku moja choinka też wyląduje w skrzynce lub koszu wiklinowym.

– Muzyka to niezbędny element udanej kolacji. Nie chcę sobie stwarzać dodatkowego i niepotrzebnego stresu z tworzeniem własnej play-listy, włączę moją ulubioną stację RMFClassic.

– Wyszukałam w internecie kilka zdjęć inspiracyjnych. Dzięki nim, wiem już mniej więcej, jaką kolorystykę wybiorę na świąteczny stół (nie uwierzycie: biało-czerwono-zieloną :D). Dodatkowo chciałabym go udekorować gałązkami choinki, na serwetkach położyć cukrowe laski, a na środku postawić świece :).

Przygotowanie potraw (z badań wynika, że noc z 23 na 24 grudnia najczęściej jest nieprzespana – jestem przekonana, że to ze strachu przez oceną naszych dań).

-Najważniejsze jest podzielenie zadań – przecież nie musimy brać sobie wszystkiego na głowę. Jeżeli nie czujemy się na siłach w przygotowywaniu 12 dań (tak jak ja – na widok przepisu zaczyna mi się mylić sól z pieprzem) najłatwiej jest poprosić każdego gościa o zrobienie potrawy, którą lubi najbardziej. W ten oto sposób, Kasia już dostała za zadanie ulepienie uszek do barszczyku, kolejna koleżanka zobowiązała się do przyrządzenia karpia po żydowsku, a dla tych którzy migają się od pomocy "biednej Gosi" Gwiazdor przygotował rózgi.

-Aby wykazać się kulinarnym beztalenciem (pomimo inspirowania się dobrymi przepisami jestem w stanie zepsuć wszystko) postanowiłam przygotować:

1.Przystawkę:

-Wędzony łosoś z kurkami (przepis mojej mamy).

  • potrzebne produkty: łosoś wędzony w plastrach, kurki w zalewie (lub mrożone), majonez, jogurt, świeży koperek, cebula, biały pieprz (jest najlepszy do ryby), masło
  • kurki z cebulką smażę na maśle – tak żeby cebula się zeszkliła (była przezroczysta)
  • czekam, aż farsz ostygnie
  • następnie siekam koperek i dodajemy go do kurek
  • dodaję majonez i jogurt (jogurt nie jest konieczny, używam go żeby przystawka nie była za tłusta)
  • kładę farsz na łososia i zawijam w rulonik
  • odstawiam do lodówki
  • i gotowe :)

2. Zupę:

-Barszczyk z krokiecikiem (przepisu możecie się niedługo spodziewać na naszej stronie:))

3. Danie główne:

-Zaletą Świąt Bożego Narodzenia jest to, że do ich tradycji należy jedzenie dużej i różnorakiej ilości ryb. Zapewne już nie raz słyszeliście, że zawierają kwasy Omega 3, które są niezbędne w naszej codziennej diecie i mają zbawienny wpływ na nasz organizm. Dlatego na główne danie przyrządzę łososia duszonego w winie.

  • potrzebne produkty: duży płat łososia, butelka  wino (zalecam tanie wino, nie ma co marnować drogiego – lepiej je wypić ;)), czosnek pokrojony w łódeczki (około pół główki), cytryna, oregano, sól morska i biały pieprz
  • łososia nacieramy cytryną i solą
  • następnie wtykamy w niego (jak zapałki w kasztana) czosnek
  • posypujemy oregano (nie jest to konieczne, osobiście do wszystkiego dodaję tę przyprawę – bardzo ją lubię)
  • dodajemy odrobinę pieprzu
  • do dużego garnka wlewamy wino (około pól butelki) i wkładamy naszego przyprawionego łososia
  • płytę nastawiamy na mały ogień, tak żeby nie doszło do wrzenia (łososia dusimy nie gotujemy!)
  • koniecznie nakrywamy pokrywką naczynie
  • dusimy około 20 minut

Proste w przyrządzeniu, do tego pyszne i zdrowe :)!

3. Desery:

-Obowiązkowo upiekę Zosi kruche ciasteczka (tutaj macie link do przepisu). Zamienię mąkę pszenną na orkiszową i użyję odtłuszczonego kakao, dzięki temu będę miała czyste sumienie jedząc piąte ciasteczko.

-Kolejnym deserem będą babeczki marchewkowe, nie uwierzycie ale również będę korzystać z przepisu Zosi (tutaj link)

Pakowanie prezentów.

-W tym roku większą część prezentów planuję kupić w H&M Home (uwielbiam ten sklep). Dodatków do domu potrzebuje każdy.

-Dla mamy i taty stworzyłam duży kalendarz. Zamówiłam go przez stronę internetową, w całości projektując go sama (od czcionki po zawartość wszystkich dwunastu kartek).

-Dość pisania o zawartości prezentów. Przejdźmy do ich opakowania (przecież nie ważne co jest w środku, liczy się to co jest na zewnątrz:D).

– My z dziewczynami w tym roku stawiamy na neutralne opakowania. Zaopatrzyłyśmy się w dużą ilość rolek szarego papieru (do kupienia w sklepach papierniczych). Jeżeli szukacie więcej ciekawych pomysłów na prezenty, odsyłam Was do poprzednich postów Kasi. Znajdziecie tam mnóstwo inspiracji (tutaj i tutaj)

Mam nadzieję, że dzięki tak dokładnemu przygotowaniu będę miała mniej stresu, a dania będą zjadliwe. Trzymajcie za mnie kciuki i za żołądki moich gości ;). Wszystkim dzielnym Czytelnikom, którzy przeczytali mój obszerny post do samego końca gratuluję i życzę Wesołych Świąt :).

 

 

Beautiful legs? Yes, please.

source: Vogue

Wiele z nas uważa, że największym atutem kobiety są jej zgrabne nogi (według badań myśli tak aż 85% kobiet). Jednocześnie bywają one przyczyną naszych kompleksów. Zamartwiamy się, że są za grube, za krótkie, za chude, za krzywe – można by wymieniać bez końca (bo kobiecy wrodzony dar wyolbrzymiania problemów zobowiązuje :)). Warto poznać kilka małych sztuczek, dzięki którym nasze nogi będą wydawały się dłuższe, szczuplejsze i zgrabniejsze. Przygotowałam dla Was kilka rad, które mogą okazać się pomocne.

Nośmy odpowiednie buty.

– Podstawowe obuwie w naszych szafach – klasyczne czarne szpilki. Jeżeli chcemy wydłużyć i wyszczuplić nogi, najlepiej załóżmy je do czarnych kryjących rajstop (uważajcie na marszczenia wychodzące koło palców, unikajcie ich jak ognia!). Obcas nie powinien być za cienki ani za gruby (przykłady poniżej :)).  

Zara

TopShop (dokładnie ten model posiada Kasia i jest z nich bardzo zadowolona)

TopShop

– Latem i wiosną lepiej wyglądają buty cieliste – im bardziej zlewają się z kolorem naszej skóry, tym nasze nogi będą zgrabniejsze. Pamiętajcie! Nigdy (ale to nigdy!) nie powinny mieć bardzo długiego szpicu, najładniej będą się prezentować buty z lekko wyciągniętym noskiem (te z krótkim i zaokrąglonym, jak odrysowanym od szklanki, zostawmy modelkom) .

Aldo

Mango

– Nie nośmy botków kończących się w połowie łydki (chyba, że lubimy stylizacje na skrzata!). Jest to reguła, o której musimy bezwzględnie pamiętać. Najładniej wyglądają buty kończące się tuż za kostką (idealne do spódniczek) lub długie kozaki (pamiętajcie, że cholewki nie powinny odstawać od łydek, zwłaszcza jeśli nasze nogi nie są idealnie proste). 

New Look

PrimaModa (niedawno zagościły w mojej szafie :))

– Niektóre z nas lubią obuwie na płaskim obcasie. Niestety, nie wydłuży ono nam nóg, ale ma jedną zaletę – wygodę. Poszukajmy w sklepach balerinek na minimalnym obcasie (lepszy rydz niż nic :)).

H&M

Gabor

MICHAEL Michael Kors

Pamiętajmy o odpowiednim doborze spodni i spódnic.

– Nie od dziś wiadomo, że kobiety najładniej wyglądają w sukienkach i spódnicach (nie wierzycie? zapytajcie swoich facetów). Tylko pytanie, jak je nosić? Zdecydowanie najkorzystniej wyglądamy w spódniczkach rozkloszowanych, nie za krótkich, z wysokim stanem.

Asos

– Jeśli nie przepadamy za krótkimi spódniczkami, nic nie stoi na przeszkodzie abyśmy nosiły dłuższe modele. Najlepiej, aby kończyły się tuż przed, lub tuż za kolanem.  

Ostwald Helgason (bardzo droga ale piękna)

Asos

– W spodniach może nie wyglądamy tak atrakcyjne jak w spódnicach, ale jest nam w nich wygodniej. Dlatego, gdy już się na nie decydujemy, nie powinny być ścierane i wzorzyste. Najlepiej będziemy się prezentować w jednolitych granatowych rurkach, lub z delikatnie rozszerzanymi nogawkami zakrywającymi buty. Nie powinny mieć odznaczających się innym kolorem szwów. Po sobie zauważyłam, że dużo lepiej wyglądam w spodniach z wysokim stanem.

Mango (podczas ostatniej wizyty w Warszawie Kasia namówiła mnie do ich kupna, są ekstra!)

Ujędrniajmy uda i pośladki (myśleliście, że tym razem nie będę Wam zawracać głowy ćwiczeniami :)?)

Mata i ciężarki są firmy Spokey (tutaj macie link do sklepu)

 Musimy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Pogoda za oknem sprawia, że mamy ochotę jeść i oglądać filmy leżąc na kanapie, ale musimy pamiętać, że czas leci szybko i nim się obejrzymy znowu będzie ciepło. Krótkie, zwiewne sukienki na nas czekają, dlatego Moje Drogie – do dzieła…  

– zaczynamy od krótkiej rozgrzewki (5-8 minut). Dla mnie najlepszym ćwieczeniem na rozgrzewkę jest skakanie na skakance. Jeżeli nie macie tyle miejsca w domu, możecie pójść biegać (10-15 minut wystarczy). Również dobrze sprawdzą się wymachy rąk i nóg. Sposobów jest mnóstwo, każdy z Was musi znaleźć swój ulubiony. 

– Po rozgrzaniu się do czerwoności, przechodzimy do ćwiczeń. W przypadku rzeźbienia nóg warto jest zaopatrzyć się w ciężarki, które sprawią, że szybciej wzmocnimy mięśnie.  

– Zawsze po skończeniu treningu musimy się porządnie rozciągnąć. Proszę, nie zapominajcie o tym! Dzięki rozciągnięciu, możemy uniknąć obolałych mięśni następnego dnia. 

 Dość pisania, zasuwamy do sklepu po czarne szpilki, a wieczorem, przed oglądaniem filmu – ćwiczymy!!!

Things to see in London, a map by Kasia, Zosia, Gosia

source: Alice Tait

Weekend in London was an experience that I'll never forget. We had little time for sleep (as often happens during short trips) but we managed to see a lot of things, which is rather unusual in our case, because we often missed the time to dine in peace. We visited many interesting places, that I'd like to tell you about. Below you'll find a small list of places that every blogger (and others) should visit while being in London.

Weekend w Londynie był przygodą, której nigdy nie zapomnę. Miałyśmy mało czasu na spanie (jak to najczęściej bywa na krótkich wyjazdach), za to dużo zwiedzałyśmy (co w naszym przypadku jest zaskakujące – najczęściej brakowało nam czasu, aby spokojnie zjeść obiad). Odwiedziłyśmy mnóstwo ciekawych miejsc, o których chciałabym Wam opowiedzieć – poniżej znajdziecie więc małe zestawienie obowiązkowych punktów dla blogerów (i nie tylko) na mapie Londynu. 

„Retro Women”, sklep vintage znajdujący się na ulicy 20 Pembridge Road w dzielnicy Notting Hill (tutaj mam dla Was link do mapki).

Gdybyśmy miały więcej czasu, z chęcią spędziłabym tam pół dnia. 

Kiedy przekraczałam próg tego sklepu, odniosłam wrażenie, jakbym przenosiła się do innej bajki. Wystrój nie powalał na kolana, ale rzeczy które znajdowały się w środku były jedyne w swoim rodzaju (dosłownie – wszystko było unikalne i tylko w jednym rozmiarze). Gabloty z butami pękały w szwach od szpilek, botków i sandałków od najznakomistszych domów mody – Lanvin, Chanel, Jimmy Choo, Prada, Yves Saint Laurent (istny raj). Przy tak imponującej kolekcji butów, ubrania i torebki były tylko miłym dodatkiem. Wpadła mi w oko beżowa sukienka Herve Legera, niestety nie była w moim rozmiarze. Mogę śmiało powiedzieć, że był to najwspanialszy Second Hand w jakim byłam!

Kasia w stosie różnych ubrań wyszukała śliczne cygaretki. Temperatura na dworze pozostawiała wiele do życzenia i przemarznięta Katarzyna uznała, że nie będzie ich przymierzać, a w ciemno nie ma co kupować (ale do dziś muszę słuchać jej lamentu, że nie zdecydowała sie ich przygarnąć). Za to ja zrobiłam to z chęcią – niestety mogłam jedynie pomarzyć o dopięciu się w pasie.

Pod sam koniec, przy kasie zauważyłam stos starych egzemplarzy Vogue. Najstarszy jaki wynalazłam był z 2000 roku :).

Restauracja Twenty Something London, miejsce które poleca Wam Zosia.

Po tym jak odwiedziłyśmy sklep vintage, Zosia namówiła nas na wizytę w pobliskiej restauracji, gdzie podobno kręcili kilka scen z filmu Notting Hill (jestem wielką fanką Hugh Granta). Głodne i zmęczone, bez wahania przystałyśmy na jej propozycję (oczywiście wcale nie było blisko, a zwłaszcza jak przez pół godziny idzie się w złym kierunku – "My i mapa":D). Gdy dotarłyśmy na miejsce, zaskoczyła nas masa ludzi stojących przed wejściem. Aby dostać stolik trzeba była poczekać w kolejce około godziny. Miałyśmy chwilę zwątpienia, ja nawet dwie, ale Zosia bardzo nalegała abyśmy zostały i poczekały. Oczywiście nasz kulinarny spec się nie mylił, było warto i gdybym miała tam iść jeszcze raz i czekać przez kolejne dwie godziny, bez chwili zwątpienia zrobiłabym to. 

Eaton place, (tutaj jest dla Was link)

Do tego miejsca zaprowadziła nas Kasia, która w trakcie drogi tajemniczo mówiła nam, że będziemy zachwycone, a zdjęcia będą robić się same (jasne, zawsze tak mówi). Kasia, przed każdą naszą podróżą dokładnie sprawdza miejsca, w których według niej stylizacje będą się dobrze prezentować. Godzinami potrafi przeglądać fotografie miast (dziwi Was to? Mnie też :)), ale dzięki temu do tej pięknej londyńskiej dzielnicy dotarłyśmy bez problemu. Po wyjściu z metra i przejściu kilku przecznic ukazał nam się ciąg pięknych białych kamienic w klasycznym stylu architektonicznym, tworzących idealną perspektywę. To ulubione miejsce blogerów i fotografów z całego świata – nic dziwnego, że dokładnie tutaj powstała cała tegoroczna kampania reklamowa Zary.

Mogłabym się do takiej kamienicy przeprowadzić choćby jutro :).

British Museum to miejsce, które polecamy Wam we trójkę.

Odpoczynek na schodach – bezcenne.

Postanowiłyśmy pójść do jednego z największych muzeów świata – British Museum.  Dotarłyśmy na miejsce i nie mogłyśmy się zdecydować, co obejrzeć na początek. Zosia nalegała na wizytę w bibliotece, ja pamiętałam najlepiej salę w której ściany są wyłożone freskami z Niniwy. Kasia chciała koniecznie zostać dokładnie tam, gdzie stałyśmy, czyli pod kopułą, która jest wykonana z 1 656 par unikalnych szklanych tafli. Oczywiście przystałyśmy na propozycję Zosi (starszym się ustępuje ;)).Po kilku godzinach zwiedzania byłyśmy oszołomione ilością eksponatów zgromadzonych w British Museum. Powiedziałyśmy sobie, że  ilekroć będziemy w Londynie, to obowiązkowo odwiedzimy ten przybytek – tam nie można się nudzić, nawet odwiedzając to miejsce po raz setny (a poza tym wejście jest za darmo:)).

Na koniec chciałabym Wam polecić Hyde Park, jako idealne miejsce, gdzie można bezkarnie ganiać wiewiórki i próbować zrobić im zdjęcia.  

UWAGA, Kasia tak biegała przez dobre 10 minut (co pod koniec bawiło mnie do łez). Potem w samolocie, gdy przeglądała zdjęcia, odwróciła się w moją stronę i z bardzo poważną miną stwierdziła, że ma za dużo zdjęć wiewiórki :).

Oto nasz główny bohater, zdjęcie numer 278 z 1 000 000 :)

Trzy bardzo sympatyczne blondynki – jakby się ktoś pytał :P.

Kolejna niesamowita przygoda z wielkim europejskim miastem już za nami. Było zimno i mokro, ale pomijając to, Londyn wywarł na mnie ogromne wrażenie. Cieszę się, że pomimo napiętego terminarzu, znalazłyśmy z dziewczynami trochę czasu na odwiedzenie tylu fantastycznych miejsc. Teraz kolej na Was, podzielcie się proszę z nami wrażeniami z miejsc, które Wy polecacie:).

Beauty Secrets For The Eyes

My, kobiety, żyjemy w ciągłym biegu – brak snu, stres, zbyt ciężkie kosmetyki sprzyjają pogorszeniu się kondycji naszej cery. Konsekwencje intensywnego trybu życia widać przede wszystkim w okolicach naszych oczu. Worki pod oczami, sińce, drobne zmarszczki, to zmora naszego pokolenia (pomyśleć, że jeszcze do niedawna wisiałyśmy z koleżankami na trzepakach, a teraz ciężko nam znaleźć chociaż 5 minut na wytuszowanie rzęs). Mam dla Was jednak kilka prostych sposobów, które poprawią wygląd naszej oprawy oczu. Być może, za jakiś czas cienie zbledną, opuchlizna będzie znacznie mniej widoczna,  a my, któregoś dnia, wyjdziemy z domu zupełnie bez makijażu, czując się swobodnie i atrakcyjnie.

  • Jeszcze kilka lat temu zupełnie nie wierzyłam w ideę posiadania dwóch różnych kremów do twarzy. Używanie osobnego kremu pod oczy wydawało mi się zwykłym kaprysem. Jednak do pewnych rzeczy się dorasta – teraz nie mogę żyć bez mojego ukochanego kremu – skóra pod oczami jest znacznie cieńsza i delikatniejsza niż pozostałe obszary twarzy, dlatego trzeba o nią dbać jak o największy skarb. Kremy pod oczy zawierają te same składniki co preparaty nawilżające stosowane na twarz, jednak ich formuła jest delikatniejsza niż dla produktów przezna­czonych na inne miejsca.
  • Odkąd pamiętam moja mama goniła mnie niczym kojot strusia pędziwiatra, abym nigdy nie zapominała o noszeniu okularów przeciwsłonecznych. Po pierwsze promienie UV wspomagają występowanie worków pod oczami. Po drugie pod wpływem ostrego światła zaczynamy mrużyć oczy, pogłębiając tym zmarszczki.
  • Bardzo często w walce z niedoskonałościami możemy zastosować technikę kamuflażu. Jeżeli nasze podkrążone oczy mają kolor fioletowy, to do jego zamaskowania będzie nam potrzebny korektor o przeciwnej barwie czyli w kolorze żółtym. Kolor czerwony maskujemy korektorem w kolorze zielonym, a niebieski odcieniem brzoskwiniowym. W moim przypadku sińce mają kolor fioletowy.

  • Nie nakładajmy podkładu na skórę pod oczami – tak ciężki kosmetyk niepotrzebnie obciąży ten delikatny obszar naszej twarzy. W tym przypadku zdecydowanie lepiej sprawdzi się korektor przeznaczony specjalnie na te okolice. Chyba nie ma nic gorszego niż zrolowany podkład pod oczami.

  • Opuchliznę wokół oczu najłatwiej zniwelować zimnym okładem. W sklepach typu Rossmann lub Super-Pharm możecie kupić żelowe maski na oczy, które trzymamy w lodówce. Jeśli nie posiadamy takiej maski, możemy zastosować okład z kostek lodu, zawiniętych w delikatne chusteczki higieniczne (na dosłownie kilka sekund przykładamy zimny kompres w opuchnięte miejsca) – jest tańszy i łatwo dostępny, ale wymaga małego przygotowania. Wiem, że Kasia stosuje tego rodzaju okład, gdy planuje zdjęcia stylizacji na wczesną godzinę, a boryka się z problemem opuchniętych oczu.

  • Ostatnio pokochałam „genialną miksturę” – jak myślicie, co to takiego? Olejek rycynowy jest bardzo skuteczny, a do tego kosztuje naprawdę niewiele. Wystarczy, że wsmarujecie dwie krople w skórę wokół oczu na noc, a efekt rozświetlenia macie murowany!

  • Osiem godzin snu zapewni nam zdrowy wygląd skóry pod oczami.  Wiem, wiem marzenia ściętej głowy – lepiej patrzcie na punkty powyżej :P.

Skóra pod oczami jest bardzo delikatna i potrzebuje wyjątkowej pielęgnacji. Nawet teraz, gdy jesteśmy młode, bezwzględnie musimy dbać o ten newralgiczny obszar naszej twarzy. Jak nie zaczniemy dbać o siebie teraz, to w przyszłości, to pozostaną nam tylko drastyczne rozwiązania – zawsze lepiej zapobiegać niż leczyć. Czy jest jeszcze jakaś metoda o której zapomniałam? Czy może macie jakieś inne pomysły na pielęgnację skóry pod oczami?

Stay Slim In The Winter

Przez ostatnie trzy miesiące pogoda sprzyjała aktywnemu spędzaniu czasu – dużo spacerowałam, jeździłam na rowerze, całe dni spędzałam nad wodą, a kalorie spalały się same. Wysoka temperatura zmuszała mnie do picia ogromnej ilości wody, a ulubioną przekąską stały się sezonowe owoce. To wszystko sprawiło, że po wakacjach moja sylwetka prezentuje się znacznie lepiej, niż to miało miejsce wczesną wiosną. Z trudem przyjmuję do wiadomości fakt, że lada moment nastanie pora zmroku. Niska temperatura, opady deszczu, a potem śniegu, mogą skutecznie cofnąć efekt letniej aury. W taką ponurą i depresyjną pogodę najchętniej zamknęłabym się w domu i niczym niedźwiedź przezimowała na kanapie najgorsze mrozy (z jedna małą różnicą – te sympatyczne z wyglądu zwierzątka śpią, a ja jem). Tym razem nie mam zamiaru uskuteczniać efektu jojo – przygotowałam kilka podpunktów, które mają pomóc mi (a może i Wam:)) w utrzymaniu letniej figury:

  • Nie bójmy się mrożonych owoców! W zimie nie warto jest rezygnować z ulubionego smoothie. Gdy na sklepowych półkach brakuje Wam świeżych owoców możecie je zastąpić mrożonymi (są równie zdrowe jak świeże i dużo tańsze).

Oto składniki na mojego ulubionego smoothie, którego można zrobić o każdej porze roku:

1. świeżo wyciskany sok jabłkowy

2. wiórki kokosowe

3. truskawki

4. banany

5. arbuz

  • Gdy warunki pogodowe nie sprzyjają uprawianiu naszych ulubionych dyscyplin sportowych, warto jest zrealizować trening w domu. Świetnie nadadzą się do tego ćwiczenia które polecałam Wam kilka miesięcy temu – tutaj możecie zobaczyć mój starszy post. Jeśli jednak preferujecie ruch na świeżym powietrzu to zajrzyjcie tutaj.
  • Zamiast siedzieć w domu i pić kolejną niezdrową sypaną kawę, w tym roku planuję wychodzić na zewnątrz i codziennie pokonywać dystans do mojej ulubionej kawiarni (to zaledwie kilkaset metrów, ale gdy nastaną mrozy, a mój samochód zamieni się w zaspę śnieżną, będzie to doprawdy spory wysiłek:)) .

  • Zaopatrzmy się w grabie do zamiatania liści i dobrą łopatę do odśnieżania i w końcu przestańmy prosić naszego faceta o pomoc. Lepiej zróbmy porządki przed domem same – będziemy mogły potraktować je jako porządny trening.
  • Jednym z moich ulubionych sposobów na nieobżeranie się jest jedzenie dużej ilości zup. Zupy mają mało węglowodanów, szybko się nimi najadamy i jest to doskonały sposób nas rozgrzanie się w mroźne dni.
  • W trakcie oglądania telewizji, zamiast podjadać niezdrowe przekąski, zabierzmy się za manikiur. Nie ma nic gorszego niż jedzenie na noc „świństw”, a świeży lakier na paznokciach zawsze wprawi nas w lepszy nastój (dopóki będzie mokry uniemożliwi nam sięganie po kolejne kalorie).

  • Gdy już żaden z powyższych podpunktów nie jest w stanie powstrzymać mnie przed zajadaniem się czekoladkami, próbuje podtrzymać swoją motywację. Przeglądając zdjęcia z wakacji, przypominam sobie, że już niedługo znowu będę musiała wskoczyć w bikini, więc zamiast sięgać po słodycze chwytam moją skakankę.

Wiem, że zimowy ubiór jest nam w stanie dużo wybaczyć i uśpić naszą czujność – kilka warstw, które na siebie zakładamy w idealny sposób tuszują przybrane kilogramy. Nie warto jednak marnować naszych wysiłków dla kilku maślanych ciasteczek. Całoroczne dbanie o linie wyjdzie nam na zdrowie, a nasze poczucie własnej wartości nie będzie spadać wraz z temperaturą.

 

Five reasons…

Follow my blog with bloglovin!