If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Superfoods – prawda czy mit?

   Superfoods are flooding us through all channels, and the "newly discovered food product whose wonderful properties have been known for years" becomes a new marketing hit each season. The quality of our eating has been considerably diminishing, so we are prone to advertisements that promise us that one diet element can solve all our health problems. It is a very pleasant perspective, but we are all too mature to still believe in magic, Hogwart, and coconut oil.

   Superfood is a label theoretically pertaining to all balanced food products that protect our organism against numerous diseases. They need to contain antioxidants inhibiting the development of cancer cells as well as vitamins, minerals, and fatty acids.

   You can't really create a complete list of superfoods – much depends on where and in what conditions the products originated and were prepared. For a few seasons, we've been hearing about some extremely promoted products – do exotic foods have really something more in comparison to the good old bell pepper or linseed? And most importantly, are they worth their high prices?

* * *

   Super produkty zalewają nas z każdej strony, a karierę co sezon robi „odkryta właśnie nowość, której cudowne właściwości znane są od wieków”. Odżywiamy się coraz gorzej, więc łatwo padamy ofiarą reklamy, która obiecuje, że jeden składnik diety może rozwiązać wszystkie nasze zdrowotne problemy. To bardzo przyjemna perspektywa, ale jesteśmy już trochę za duże, aby wciąż wierzyć w magię, Hogwart i olej kokosowy.

   Na miano „superfoods" teoretycznie zasługują wszystkie pełnowartościowe produkty żywnościowe, które chronią organizm przed różnymi chorobami. Muszą więc zawierać przeciwutleniacze hamujące rozwój komórek nowotworowych, witaminy, minerały i kwasy tłuszczowe.

   Nie da się stworzyć zamkniętej listy „superfoods” – dużo zależy gdzie i w jakich warunkach jedzenie jest hodowane i przygotowywane. Od kilku sezonów słyszymy jednak o kilku nad wyraz mocno promowanych produktach – czy egzotyczne specyfiki faktycznie mają w sobie coś więcej niż stara dobra papryka czy siemię lniane? I przede wszystkim czy są warte swoich wysokich cen?

1. Chia seeds

I remember how I once read an extensive article on the beneficial influence of chia seeds on our body, and I started eating them for breakfast for a few months. Their less popular name is simply Salvia Hispanica. The fans of this wonder-product from Guatemala praise its high fibre, calcium, iron, and complete protein content. The seeds can really boast good composition. Additionally, they contain more Omega 3 fatty acids than Atlantic salmon. Unfortunately, scientists quarrel over whether our organism digests this food product in its unchanged form at all (we most frequently soak them in water and pour some of the product into our morning porridge). Lately, it has also been loud about the fact that Salvia Hispanica protects against breast cancer, while brushing under the carpet the information about the increased risk of prostate cancer due to the presence of alpha-linolenic acid. The price is also exorbitant – for one kilogramme of chia seeds, you'll pay from several to several dosen zlotys. I'm more willing to trust a safer and less expensive replacement. On our family fields, we'll find a plant which is the queen of natural medicine – linseed. Flax facilitates bowel movements, increases the moisture of mucosa additionally helping with dry cough, and has anti-cancer properties. It's best to combine two spoonfuls of linseed with lukewarm water and soak it for twenty minutes in the liquid – as a result, flax will become soft and more digestible. When flax volume increases several times, you can eat it. Its taste is comparable to peanuts – its great in salad dressings and you can sprikle them on cooked groats or add to a cocktail.

2. Goji berries

If you are interested in the topic of healthy diet, you'll surely come across information on the healthiest fruit in the world, that is goji berries known to Chinese medics for ages. These wonderful red balls stormed the Polish market already some time ago, and they turned out to be a gold vein. According to the distributing entities, they contain a plethora of antioxidants which protect us against cancers, diseases of the circulatory system as well as are beneficial for our brain. Scientists convince us, however, that one apple provides us with more antioxidants than several portions of goji berries juice. I'll add that we will pay a few zlotys for a kilogramme of apples, and more than fifty zlotys for one kilogramme of goji berries. Also, let's not forget about the season for equally beneficial blueberries and whortleberries. You don't believe me? Read this article.

* * *

1. Nasiona chia
Pamiętam jak kiedyś przeczytałam obszerny artykuł o zbawiennym wpływie nasion chia i przez kilka miesięcy codziennie jadłam je na śniadanie. Ich mniej popularna nazwa to po prostu „szałwia hiszpańska”. Fani tego cud-produktu pochodzącego z Gwatemali zachwalają wysoką zawartość błonnika, wapnia, żelaza i pełnowartościowego białka. Nasiona faktycznie mają bardzo dobry skład, dodatkowo zawierają więcej kwasów Omega 3 niż łosoś atlantycki, niestety naukowcy spierają się, czy nasz organizm w ogóle trawi ten specyfik w niezmienionej postaci (a najczęściej namaczamy go lub dosypujemy do porannej owsianki). Głośno mówi się także o tym, że szałwia hiszpańska chroni przed rakiem piersi, przemilczając to, że u mężczyzn zwiększa prawdopodobieństwo zachorowania na raka prostaty z powodu zawartości kwasu alfa-linolenowego. Cena też jest powalająca – za kilogram nasion można zapłacić od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu złotych. Ja o wiele bardziej ufam bezpieczniejszemu i tańszemu zamiennikowi. Na naszych rodzimych polach znajdziemy roślinę, która jest królową medycyny naturalnej – siemię lniane. Nasiona lnu dbają o prawidłową perystaltykę jelit, zwiększają wilgotność śluzówki pomagając przy suchym kaszlu i mają właściwości antynowotworowe. Dwie łyżki nasion najlepiej namaczać przez dwadzieścia minut w letniej wodzie – dzięki temu nasiona są miękkie i szybciej wchłania je nasz organizm. Gdy ich objętość powiększy się kilkukrotnie można śmiało je zjeść. Ich smak jest porównywalny do orzeszków – świetnie sprawdza się w dressingach do sałatek, można nim również posypać ugotowaną kaszę lub dodać do koktajlu.

2. Jagody goji
Jeśli interesujecie się tematem dobrego odżywiania, na pewno natknęliście się na informacje o najzdrowszych owocach świata, czyli jagodach goji znanych chińskim medykom od wieków. Te wspaniałe czerwone kuleczki trafiły na polski rynek już jakiś czas temu i okazały się doskonałym interesem. Według dystrybutorów zawierają mnóstwo antyoksydantów, które chronią przed nowotworami, chorobami układu krążenia i wspomagają pracę mózgu. Naukowcy przekonują jednak, że jedno jabłko dostarcza więcej antyoksydantów niż kilkanaście porcji soku z jagód goji. Dodam, że za kilogram jabłek zapłacimy kilka złotych, a za jagody goji ponad pięćdziesiąt. Nie zapominajmy także o sezonie na porównywalnie zdrowe jagody i amerykańskie borówki. Nie wierzycie? Przeczytajcie ten artykuł.

Koktajl pina colada (bez alkoholu ;)) i woda różana do kupienia w Coco Bowls Warszawa

3. Coconut water

Cold water improves health. How much will our health be improved by the wonderful coconut water? It'll surely deprive us of some money as one litre costs around twelve zlotys. However, celebrities claim that it's worth spending more and often pose with coconut water bottles. Is this food product, fully natural and unprocessed (information on the package tells us that it's true), truly that wonderful? Coconut water is great for hydrating our organism. It provides us with plenty of minerals and electrolytes; therefore, it's better than isotonic drinks. The problems is that by drinking 500 ml of water, you'd consume around 4 teaspoons of sugar. Conclusion? If you haven't just finished your workout and you're simply feeling thirsty – choose water.

4. Quinoa

And what about the exotic replacements of cereals? Quinoa has recently gained great popularity. It is most recommended for the followers of gluten-free diet. Known as Peruvian rice, quinoa, in fact, is not really cereal, despite the fact that it offers seeds that are rich in starch. Its high content of complete protein, fatty acids, and multiple minerals has been appreciated by the indigenous dwellers of South America who called it the Incas' sacred grain. Its undisputed advantage is additionally its low glycemic index. From time to time, it can be a good alternative for rice or potatoes, but you also need to be aware of its drawbacks – it contains saponins and lectins that irritate the bowel. For one kilogram of quinoa, we'll pay around fourteen zlotys.

* * *

3. Woda Kokosowa
Zimna woda zdrowia doda. A ile zdrowia doda nam cudowna woda z kokosa? Na pewno odejmie trochę pieniędzy z portfela, bo jeden litr kosztuje około dwunastu złotych. Gwiazdy uważają jednak, że warto wydawać więcej i często pozują z kokosowymi butelkami. Czy ten specyfik, w pełni naturalny i nieprzetworzony (jak wynika z informacji na opakowaniach) naprawdę jest tak wspaniały? Woda kokosowa dobrze nawadnia nasz organizm, dostarcza sporo minerałów i elektrolitów, dlatego jest lepsza niż sztuczne napoje izotoniczne. Problem w tym, że wypijając porcję, czyli 500 mlililitrów, pochłoniemy około 4 łyżeczek cukru. Wniosek? Jeśli nie jesteś po treningu i po prostu chce ci się pić to lepiej wybierz wodę.

4. Komosa Ryżowa
A co z egzotycznymi zamiennikami zbóż? Na tapecie jest ostatnio komosa ryżowa, polecana przede wszystkim bezglutenowcom. Zwana quinoą lub ryżem peruwiańskim tak naprawdę nie jest zbożem, choć wytwarza bogate w skrobię nasiona. Wysoką zawartość pełnowartościowego białka, kwasów tłuszczowych i wielu minerałów doceniali rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej, nazywając ją „świętym zbożem Inków”. Jej niewątpliwą zaletą dodatkowo jest niski indeks glikemiczny. Od czasu do czasu może być dobrą alternatywą dla ryżu czy ziemniaków, ale trzeba mieć świadomość, że ma minusy – zawiera podrażniające układ pokarmowy saponiny i lektyny. Za kilogram komosy ryżowej zapłacimy około czternastu złotych.

5. Wheatgrass

Wheatgrass will probably be a potential hot topic and a vitamin bomb in the upcoming seasons. Even though it's now that recognised in Poland, it has become a popular food product all over the world. This magical powder is sold at a price of around ten zlotys for 100 grams. The product is best to be combined with cocktails. We will pay a little more because around twenty zlotys for 500 ml of wheatgrass juice – to benefit from its medicinal properties, it is recommended to drink around 30 ml of it daily. We can also purchase the seeds and start our own culture at home. But is it worth it at all? The product contains chlorophyll and by consuming it, we enrich our blood in oxygen and improve the functioning of our circulatory system. We won't, however, be able to help ourselves with a one-time dose. What we need is consistency.

6. Coconut oil

There was a time when the proponents of natural products replaced all hair conditioners, lotions, toothpastes, and kitchen oils with this product (and I was among this group of people). Unfortunately, most probably it is the greatest misunderstanding of the last couple of years. I couldn't find any scientific reports that would confirm its wonderful properties when it comes to haircare or skincare – so it's an equally great idea to simply use olive oil. When it comes to the use of coconut oil in the kitchen, its fans are convincing us that it doesn't contain cholesterol and trans-fatty acids that are supposed to be avoided because of the increased risk of atherosclerosis and heart diseases. However, I need to mention that none of the plant oils contains cholesterol. In the press and online, you can find multiple articles about coconut oil – some present coconut oil as the ultimate solution to all our ailments, whereas others show that other plant oils declassify it. A considerably better option is olive oil, rapeseed oil, and linseed oil (yet, remember that you can't use it at higher temperatures). An undisputed advantage of coconut oil is its high smoke point and pleasant taste. However, it is surely not a panacea for all health problems in the world.

* * *

5. Trawa Pszeniczna
Bombą witaminową i potencjalnym hitem w najbliższym czasie prawdopodobnie będzie trawa pszeniczna. Choć jeszcze jest mało znana w Polsce, na świecie robi zawrotną karierę. Magiczny proszek sprzedawany jest w cenie około dziesięciu złotych za 100 gramów. Produkt najlepiej dosypywać do koktajli. Trochę więcej, bo około dwudziestu złotych zapłacimy za 500 mlililitrów soku z tej trawy – dla zdrowia zaleca się picie około 30 mililitrów dziennie. Możemy też kupić nasiona i sami uprawiać trawę w domu. Tylko czy ma to sens? Produkt zawiera chlorofil, a dostarczając go bezpośrednio do organizmu wzbogacamy krew w tlen i poprawiamy funkcjonowanie układu krążenia. Nie pomożemy sobie jednak jednorazową dawką, potrzebna jest regularność.

6. Olej kokosowy
Był czas kiedy zwolennicy naturalnych produktów wymienili wszystkie odżywki do włosów, kremy, pasty do zębów i oleje w kuchni właśnie na ten specyfik (a ja się do nich zaliczałam). Prawdopodobnie jest to niestety największe nieporozumienie ostatnich lat. Nie znalazłam, żadnych badań naukowych, które potwierdzałaby jego nadzwyczajne działanie w pielęgnacji włosów czy skóry – równie dobrze powinna więc działać na przykład oliwa z oliwek. Jeśli chodzi o zastosowanie oleju kokosowego w kuchni, to jego fani przekonują, że nie zawiera on cholesterolu oraz kwasów tłuszczowych typu trans, których należy unikać ze względu na ryzyko rozwoju miażdżycy i chorób serca. Trzeba jednak wspomnieć, że żaden olej roślinny nie zawiera cholesterolu. W prasie i Internecie można znaleźć mnóstwo artykułów o oleju kokosowym – w niektórych przeczytamy na jego temat same pochwały, a w innych dowiemy się, że w porównaniu do innych olejów roślinnych wypada słabo. Znacznie lepsza jest oliwa z oliwek, olej rzepakowy czy lniany (tylko przy tym oleju należy bezwzględnie pamiętać, aby nie podawać go obróbce termicznej). Niewątpliwą zaletą oleju kokosowego jest wysoka temperatura dymienia i przyjemny dla podniebienia posmak, ale z pewnością nie jest to panaceum na wszystkie choroby świata.

Marka ZOJO to sproszkowane naturalne produkty, które wybijają się na tle innych swoją zawartością witamin, antyoksydantów i minerałów. W ofercie znajdziecie osiem mieszanek o bardzo różnorodnym składzie. Każda z nich została stworzona z myślą o innym efekcie. Sposób użycia jest bardzo prosty: wystarczy raz dziennie zmieszać 5 gramów proszku ze szklanką mleka, soku, koktajlu owocowego lub jogurtu. Od dzisiaj możecie uzyskać, aż 20% zniżki na cały asortyment w sklepie. Wystarczy użyć hasła „makelifeeasier” w trakcie dokonywania zakupu.

       Since all of the products have their flaws, is it a good idea to use the term superfoods at all? Scientists from the William Paterson University in New Jersey have delved deeper into this subject matter and made an attempt to create a reliable list. Interestingly, exotic dragon's fruits and seeds with strange names didn't make their way to the list. The healthiest products are green leafy vegetables, including: watercress, Chinese cabbage, and chard – starting from the top. Then, there are: chicory, spinach, lettuce, parsley, romaine lettuce, brassica juncea, turnip top, endive, dill, kale, and rocket.  

   The list prepared by the American scientists also included red bell pepper, pumpkin, broccoli, brussels, cauliflower, carrot, tomato, strawberry, and lemon. As you can see, all of the best vegetables and fruits can be found at our street markets. Its availability will protect as from spending a fortune on nutrient rich and healthy meals. You want some superfoods in a nutshell? Don't forget about juices and cocktails, for which you can use all of the enumerated vegetables or fruits. You can also add linseed, wheatgrass, or a mix purchased from a verified source. I often prepare a green cocktail for breakfast. I add:

1 handful of kale or spinach

1 small sour apple

1/2 of a banana (I like when they aren't already ripe)

2-3 teaspoons of lemon juice

3-4 drops of olive oil or  1/2 of avokado

1 large tablespoon of „The Supergreens Formula” mix by ZOJO

 

* * *

   Skoro wszystkie produkty mają swoje wady, czy w ogóle powinniśmy używać określenia „superfoods”? W temat zagłębili się naukowcy z Uniwersytetu Williama Patersona w New Jersey i podjęli próbę stworzenia wiarygodnej listy. Co ciekawe, nie trafiły na nią egzotyczne owoce smoka czy nasiona o obcobrzmiących nazwach. Za najzdrowsze uznano zielone warzywa liściaste, umieszczając na podium kolejno: rukiew wodną, kapustę pekińską i boćwinę. Dalsze miejsca zajęły: cykoria, szpinak, sałata, natka pietruszki, sałata rzymska, kapusta sitowata, nać rzepy, endywia, szczypiorek, jarmuż i rukola.

   W spisie amerykańskich naukowców nie zabrakło także czerwonej papryki, dyni, brokułów, brukselki, kalafiora, marchwi, pomidorów, truskawek i cytryn. Jak widać na naszych straganach kupimy wszystkie najlepsze warzywa i owoce. Ich powszechny dostęp uchroni nas także od wydania majątku na wartościowe i zdrowe posiłki. Chciałabyś zafundować sobie „superfoods” w pigułce? Nie zapominaj o sokach i koktajlach do których możesz wrzucić wszystkie ulubione warzywa czy owoce. Można do nich dodać na przykład siemię lniane, trawę pszeniczną albo mieszankę kupioną w sprawdzonym źródle. Bardzo często na śniadanie przygotowuję zielonego szejka. Dodaję do niego:

1 garść jarmużu lub szpinaku
1 małe kwaśne jabłko
1/2 banana (ja najbardziej lubię jak są lekko niedojrzałe)
2-3 łyżeczki soku z cytryny
3-4 krople oliwy z oliwek lub 1/2 awokado
1 duża łyżeczka mieszanki „The Supergreens Formula” marki ZOJO

   My mix is a combination of, among others, barleygrass, black currant, Indian ginseng, and matcha. I chose this formula because a considerable number of pimples has appeared on my face lately. I guess that's because I've been consuming sweets recently, and to be precise ice-cream – but what would summer be like without ice-cream?  I won't abandon the taste of my favourite salty caramel ice-cream, but I can take care of my skin in another way – by providing it with an appropriate amount of nutrients, minerals, vitamins, and antioxidants. With such a mix, it's simple and effective, as I've already noticed. For the winter season, I'd like to buy „The Bikini Body Formula” – I hope that, owing to that, I'll be able to save my metabolism from the "winter sleep" at least a little bit.

* * * 

  Moja mieszanka jest połączeniem między innymi trawy jęczmiennej, czarnej porzeczki, indyjskiego żeń-szenia) czy matchy. Zdecydowałam się na tę formułę, ponieważ ostatnio na mojej twarzy pojawiło się sporo wyprysków. Domyślam się, że to za sprawą jedzenia słodyczy, a właściwie lodów – ale czym byłoby upalne lato bez tego smakołyku? Z moich ulubionych lodów o smaku słonego karmelu nie zrezygnuję, ale o skórę mogę zadbać w inny sposób – dostarczając jej odpowiednią ilość odżywczych składników, minerałów, witamin i przeciwutleniaczy. Z taką mieszanką jest to proste i widzę, że skuteczne. Na zimę chciałabym kupić „The Bikini Body Formula” – mam nadzieję, że dzięki temu, chociaż trochę powstrzymam mój metabolizm przed „zimowym snem”. 

    What about the digestibility? How can we be sure that all of the nutrients are actually absorbed by our organism? That's the actual trap prepared by the producers who recite all vitamins and minerals of their wonder products. Unfortunately, despite the periodic table of elements presented on the packaging, we won't be able to benefit from everything, however, in some cases we can help ourselves. For example, vitamins A, D, E, and K dissolve only in fats; therefore; it's best to enrich cocktails, salads, and pressed juices with a drop of olive oil and add avocado.  

   So, in that case, should we forget about the vogue for superfoods entirely? Everything depends on the consequences and the actual change of your everyday diet. Let's remember that a one-off portion of linseed in one of your meals won't do much – we need to consume it on a daily basis. Goji berries, coconut water, or other products extolled by the press won't bring us any harm and can improve our diets with greater diveristy, but on a daily basis, we should remember to replace a chocolate bar with a three-year best before date with plums and to enrich our dinner with something green.

* * *

   A co z przyswajalnością? Skąd możemy mieć pewność, że wszystkie składniki odżywcze wchłaniane są do organizmu? To jest właśnie pułapka, w którą próbują złapać nas producenci recytujący wszystkie witaminy i minerały ze składu swoich cudownych produktów. Niestety, mimo całej tablicy Mendelejewa rozpisanej na opakowaniu, nie ze wszystkiego uda nam się skorzystać, ale w niektórych przypadkach możemy sobie pomóc. Np. witaminy A, D, E, K rozpuszczają się jedynie w tłuszczach, dlatego koktajle, sałatki i wyciskane soki dobrze jest wzbogacić o kilka kropelek oliwy z oliwek lub dodać awokado.

   Czy w takim wypadku należy zapomniec o modzie na „superfoods”? Wszystko zależy od konsekwencji i faktycznej zmiany sposobu żywienia. Pamiętajmy, że jednorazowe dosypanie siemienia lnianego do potrawy nic nie da – musimy robić to każdego dnia. Jagody goji, woda kokosowa czy inne zachwalane przez prasę produkty na pewno nam nie zaszkodzą i mogą wprowadzić do naszej diety więcej urozmaicenia, ale na co dzień pamiętajmy raczej o tym, aby czekoladowy baton z trzyletnim terminem ważności zastąpić dostępnymi teraz śliwkami, a do obiadu zawsze dodawać coś zielonego.

Uprzedzając Wasze pytania: zdjęcia zostały wykonane w Warszawskim Coco Bowls przy ulicy Górnośląskiej 16. Malutki lokal z wyjątkową ofertą – na miejscu można zjeść power bowle (wybór jest bardzo szeroki), smoothies, ciasta i słodycze „raw”, masła z orzechów itd.
Jeśli chodzi o moją bluzę to kupiłam ją w sklepie polskiej marki Hibou Essentials – jest oversizowa i w 100% bawełniana. Idealna na chłodne wieczory (przynajmniej w Trójmieście już takie bywają). Spódniczka natomiast pochodzi ze sklepu Mango (obecna kolekcja).

Dlaczego treningi z internetu są tak popularne, czyli jak ćwiczyć w dzisiejszej rzeczywistości

   Social changes have an impact on our life – that's no revelation. The fact that our everyday habits and choices change over years seems obvious. It's enough to look at how today's reality is different from our mothers' reality. We cook differently (if at all), we work differently, we spend our time with our families differently, we take care of our bodies differently. Not looking so far back, it's possible to notice that we've come a long way even sport-wise. Our mothers often ended their physical activity together with the end of their education, and we, in turn, have tested a range of different workouts, from spinning to yoga to marathons. Now we've been given the chance to try another solution – online workouts and mobile workouts.  I'll tell you what I think about them, but first I'd like to take you on a little journey down the memory lane.

* * *

  Zmiany w społeczeństwie mają wpływ na tryb naszego życia – to żadne odkrycie. Oczywistym wydaje się być fakt, że wraz z upływem lat nasze nawyki i codzienne wybory ulegają przeformułowaniu. Wystarczy spojrzeć na to, jak bardzo różni się nasza dzisiejsza rzeczywistość się od tej, w której żyły nasze mamy. Inaczej gotujemy (o ile w ogóle), inaczej pracujemy, inaczej spędzamy czas z naszą rodziną i inaczej dbamy o siebie. Nie sięgając tak daleko wstecz łatwo zauważyć, że nawet w kwestii sportu przeszłyśmy długą drogę. Nasze mamy często kończyły swoją aktywność fizyczną wraz z końcem edukacji, my z kolei przetestowałyśmy już cały szereg różnych treningów, od spinningu przez jogę, aż po maratony. Teraz podano nam na tacy kolejne rozwiązanie – treningi w internecie i na urządzeniach mobilnych.  Powiem Wam co o nich myślę, ale najpierw zapraszam Was na małą podróż do przeszłości.

   In Poland, fitness was, in fact, the first form of physical activity dedicated to adult women who weren't professional athletes but who wanted to take care of their figure. Before that, not many people actually considered the influence of exercises on the body because women had to tackle bigger problems in their everyday lives – life in Poland was simply much harder then. Only when the economic situation in our country became more stabilised did caring for one's figure become a mass phenomenon. I can still remember how my mother, a dozen or so years ago, came from her first fitness classes and showed me and my sisters what she had been doing – who would have thought that it would be the golden age of fitness clubs. Over the period of three years (from 2008 to 2011), the number of such places had increased from 800 to 1900. In fitness clubs, there were almost 700 thousand people exercising and each year brought even more clients (the IHRSA European Market Report).  

   Exercising among other people had its pros and cons. Some women loved the atmosphere of the common effort and the slight competition – it gave them strength and allowed them to survive tougher moments. Unfortunately, I'm among the more self-conscious individuals when it comes to group jumping. I'd always thought that other girls are better at routines and I was never able to keep up with the group – when they were raising their left hand, I was raising my right hand. At such moments, I always recalled the nightmarish times of PE classes when I was chosen as the last group member for all group sports.  

   Group classes were also connected with adjusting your day schedule to the club’s schedule. Usually, it was possible to participate in the classes only two times a week, and that was definitely too little to attain neat figure, for example, after pregnancy or to maintain your weight. In case of losing our weight, we needed at least three classes a week. It meant that, taking into consideration the the time to get there and the time to catch your breath after the classes, our family life was starting to deteriorate.  

   You usually purchased a monthly pass for such classes – now, I'd like to ask you to raise your hand if you managed to participate in all the classes during a given month. Exactly. Lack of time, problems with logistics, and little effects compelled women to look for something slightly different.

* * *

   W Polsce fitness właściwie był pierwszą aktywnością skierowaną do dorosłych kobiet, które nie uprawiały wyczynowo sportu, a chciały zadbać o sylwetkę. Wcześniej mało kto zastanawiał się jak ćwiczenia wpływają na sylwetkę, bo na co dzień kobiety borykały się z większymi problemami – życie w Polsce było wtedy po prostu znacznie trudniejsze. Dopiero gdy sytuacja ekonomiczna w naszym kraju zaczęła być bardziej stabilne, dbanie o wygląd stało się zjawiskiem masowym. Do dzisiaj pamiętam jak mama, dobre kilkanaście lat temu, wróciła ze swoich pierwszych zajęć i pokazywała mnie i moim siostrom co robiła – kto by pomyślał, że będzie to początek złotego czasu dla fitness klubów. W ciągu trzech lat (Od 2008 do 2011 roku) liczba takich miejsc urosła z 800 do 1900. W fitness klubach ćwiczyło wtedy prawie 700 tysięcy ludzi, a z każdym rokiem było ich coraz więcej (The IHRSA European Market Report).

   Ćwiczenie w obecności innych ludzi miało plusy i minusy. Niektóre kobiety uwielbiały atmosferę wspólnej sprawy lub delikatnej rywalizacji – dawało im to siłę i pozwalało przetrwać gorsze chwile. Ja niestety należę do grona osób skrępowanych podczas grupowych podskoków. Zawsze wydawało mi się, że inne dziewczyny o wiele lepiej znają układy, a ja nigdy nie mogłam za nimi nadążyć – jak trzeba było machać w lewo, machałam w prawo. Przypominały mi się koszmarne czasy, kiedy na szkolnym WF-ie wybierano mnie na samym końcu przy tworzeniu drużyn.
   Grupowe zajęcia wiązały się też z dopasowaniem swojego planu dnia do grafiku klubu. Zwykle udawało się wygospodarować maksymalnie dwa dni w tygodniu, a to zdecydowanie za mało, aby wypracować zgrabną figurę na przykład po ciąży, czy chociaż utrzymać swoją wagę. W przypadku odchudzającego fitnessu potrzebowałyśmy minimum trzech treningów w tygodniu. To oznaczało, że licząc dojazdy, przygotowanie i złapanie oddechu po, nasze życie rodzinne mogło zacząć podupadać.
   Na takie zajęcia kupowało się zwykle miesięczne karnety – w tym momencie chciałabym poprosić nasze czytelniczki, aby podniosły rękę do góry jeśli udawało im się wykorzystać wszystkie wejścia w miesiącu. No właśnie. Brak czasu, trudności w logistyce i mało widoczne efekty sprawiły, że kobiety zaczęły szukać czegoś innego.

      Running became an alternative to hours spent at the gym. In 2013, jogging became a national religion among women who were taking care of their neat figure. On a daily basis, I passed many running ladies on my way. Besides, that was how I rebuilt my relationship with my friend – we come across one another by accident after a couple of years and we were doing the next route together (we've got great contact until today).What really happened that half of Poland started running? Taking into consideration other disciplines, we burn the greatest number of calories while running. In the beginning, the effect is literally spectacular – if we keep an appropriate diet and run every other day, kilograms are simply disappearing. Of course, there must be a catch – whenever our organism gets used to the discipline, the disappearing kilograms slow down, and we need to extend and modify the way we run.

   Jogging has another advantage – considerably low expenses – shoes and outfits were enough for a few seasons (I've got mine for a couple of years and even after the hundredth washing cycle they still look good). I didn't need the costly classes as well – it was enough to change into your running outfit and simply walk out the door.There's no greater advantage of jogging than it's availability. Everything depend on us here – we can run everywhere at any time and for how long we want. Of course, until a small child starts to rule our day. For a few years now, I've been sneaking out before work when Julia and my husband are still asleep, despite the fact that it's easier for me to run in the evening and that I run faster then. A woken up and warmed up organism gave me time that was better by 20 seconds on each kilometre. In the morning, I was running a kilometre within 5:50/km, and in the evening I managed to do the same route within 5:30/km.
   What about the disadvantages? Those who were running for longer than six months know that running develops only some of our body parts. For me, the biggest problem was buttocks, or the lack of them. After some time I realised that if I want to have a nice figure, instead of only burning calories, running will be insufficient.And it's even more difficult when it's snowy or rainy outside and you need to leave the house. To be honest: I don't like running in the winter time and I often search for alternative solutions.  

   For a couple of months I attended the gym. It seemed to me that by activating new body parts, my whole figure will attain better shape. I'm sure that my failure was an outcome of being inexperienced, yet still I was very discouraged towards this way of taking care of your body. Instead of losing weight I gained weight – after the workout, I was exhausted and hungry, and the only effect that I saw was the developing back muscles. Even though I was assured that I would get the help of personal trainers, it usually turned out that their helpfulness disappeared when I had problem with using one of the machines and I had to ask numerous times and interrupt others' individual classes – and for me individual workouts with a trainer are too much of an expense.
   There's one more thing which made most of my friends never return to the gym after their first visit. The ambiance of such places is peculiar – tiring light, a crowd of sweaty people staring at their biceps, and the peculiar smell are things that some people simply cannot accept. And still you need to leave your house to start exercising…

* * *

   Alternatywą dla godziny wymachów na salce okazało się bieganie. W 2013 roku wśród kobiet dbających o zdrowie i zgrabną sylwetkę jogging urósł do rangi religii narodowej. Na swojej ścieżce codziennie mijałam wiele biegających pań. Zresztą, tak odbudowałam relację z przyjaciółką – wpadłyśmy kiedyś na siebie przypadkiem po kilku latach, a następną trasę robiłyśmy już razem (do dzisiaj mamy świetne relacje).
Co tak naprawdę sprawiło, że połowa Polski zaczęła biegać? Ze wszystkich dyscyplin spalamy w ten sposób najwięcej kalorii. Początkowo efekt jest spektakularny – jeśli trzymamy się dopasowanej diety i biegamy co drugi dzień, kilogramy lecą w dół szybko. Oczywiście musi być jakiś haczyk – gdy tylko nasz organizm przyzwyczai się to tego trybu, zrzucana waga zwalnia i musimy rozszerzać i modyfikować sposób biegania.
Za joggingiem przemawiały także stosunkowo niskie wydatki – buty i stroje starczały nam na kilka sezonów (moje mam od kilku lat i nawet po setnym praniu wyglądają dobrze). Nie potrzebowałyśmy także kosztownych lekcji – wystarczyło się przebrać i po prostu wybiec z domu.
Nie ma większej zalety joggingu, niż jego dostępność. Tu wszystko zależy od nas – możemy biegać wszędzie, o każdej porze i jak długo chcemy. Oczywiście do momentu, w którym naszym dniem zaczyna rządzić małe dziecko. Ja od kilku lat wymykam się przed pracą, podczas gdy Julia i mój mąż śpią, choć po południu biega mi się łatwiej i szybciej. Rozbudzony i rozgrzany organizm dawał mi czas o 20 sekund lepszy na każdym kilometrze. Rano zdyszana przebiegałam kilometr w czasie 5:50/km, a po południu tę samą trasę bez problemu w 5:30\km.
A co z wadami? Która z nas biegała dłużej niż pół roku wie, że bieganie rozwija tylko niektóre części ciała. U mnie największy problem był z pośladkami, a właściwie ich brakiem. Po jakimś czasie widziałam, że jeśli chce ładnie ukształtować sylwetkę, a nie tylko spalać kalorię, to bieganie będzie niewystarczające.
No i dużo trudniej jest z mobilizacją, kiedy za oknem mamy śnieg albo deszcz. Przyznam szczerze: nie lubię biegać zimą i często szukam wtedy alternatywnych rozwiązań.

   Na kilka miesięcy przeniosłam się więc na siłownie. Wydawało mi się, że aktywując nowe partie ciała moja sylwetka nabierze ładniejszych kształtów. Jestem pewna, że moja porażka była wynikiem niedoświadczenia, ale i tak bardzo zraziłam się do tego sposobu dbania o sylwetkę. Zamiast schudnąć bardzo przytyłam – po treningu byłam wymęczona i głodna, a jedyny efekt jaki widziałam to coraz większe mięśnie pleców. Choć przy zapisach pojawiały się zapewnienia o pomocnych trenerach, zwykle okazywało się, że ich życzliwość znikała, jeśli miałam problem z korzystaniem z jakiegoś sprzętu i musiałam co chwilę o coś pytać, przerywając indywidualne lekcje –  a dla mnie indywidualny trening z trenerem to jednak za duży wydatek.
Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawiła, że większość moich koleżanek po pierwszej wizycie już nigdy nie wróciła na siłownię. Aura takich miejsc jest dosyć specyficzna – męczące oświetlenie, tłum spoconych ludzi wpatrzonych w swoje bicepsy i specyficzny zapach jest dla niektórych nie do zaakceptowania. No i nadal trzeba było wyjść z domu, aby zacząć ćwiczyć…

    All right, so what is a woman who wants to lose or maintain their weight but have no time supposed to do? If you've got your Instagram profile, you most certainly came across photos presenting women after their metamorphoses, which entailed working out with online trainers, on numerous occasions. I was sceptical in the beginning. "That's not real sport", "that has to be boring", "I don't believe that it brings such fast effects" – for a very long time I believed that such solutions would be great for someone else, but not for me. Already after the first workout I had to take back all of that.
The greatest advantage of at-home workouts is that they save time (because you don't have to attend the classes at a fixed time), their availability (because you can workout at home, during holidays, during a work trip – everywhere where you've got Internet access), and their intimacy (no one will be watching you so you can work out even in your pyjamas). For women who have children there is one significant factor – you don't have to call for someone who will take care of your child while you are working out – I've found an ideal gap during my daughter's bedtime cartoon. I'm sure then that I can go all out for 45 minutes.
When it comes to the place – it doesn't have to be a large space, kitchen will be enough. My friend doesn't even use a mat – she work outs on the carpet (I don't know whether it's hygienic but it's important that she still works out).  

   However, you need to ask yourself a question whether it works? If you do the exercises correctly as they are presented by the trainer, the effects will be visible quickly. Regularity, just like with any other type of sport, is extremely important – I needed no more than four workouts a week to see the improvement of my buttocks and stomach after less than two months.

What workouts do I recommend? This is my little TOP 5:

1. Slim Fit (Ewa Chodakowska) – the programme consists of approximately 30 exercises that are executed first regularly and then by pulsing. It is tiring and pretty painful in the beginning, but I quickly noticed that it nicely slims down and tones muscles. This workout isn't that straining for our bodies so its easier to get yourself to do it.

2. Hot Body (Ewa Chodakowska) – the opposite of Slim Fit – that is a tough workout. I even know a couple of lads who gave up after the fourth round. The programme is fast and energetic. After finishing it, you feel that the calories were burnt well. It's worth pointing out that a monthly subscription on Ewa Chodakowska's website is rather small in comparison to other subscriptions. I was able to register during a promotion and I pay less than twenty-five zlotys on a monthly basis for the access to twenty-one workouts.

3. Diet by Ann (Anna Lewandowska) – I need to admit that I haven't worked out with Ania yet, but some of my friends did when they were pregnant. The diversity of workouts is a great advantage for girls who went through everything and are searching for something new.

4. Mel B – it would be difficult to omit the first (at least for me) online trainer that I've come across. I can bet that I don't have to present her workouts. Mel B is really motivating – you feel that she is really sweating with you and doesn't allow you to give up.

5. „Sweat: Kayla Itsines Fitness" app  – I'm sure that it's an excellent programme. I've seen multiple metamorphoses, I've read a book, but I haven't had the ocasson to test it – the app is simply very expensive. You need to pay as much as PLN 80 for the subscription – and that seems too much when compared to Ewa Chodakowska’s option. 

 Of course, it would be beautiful if such at-home solutions were without flaws. We will surely get bored with the monotony of our own four walls, the same plans and films. After listening to the same words over and over again, you can really become fed up with it – my friend after a year of workouts turned off the sound on her computer and she knows the exercises almost by heart. However, there is a way to tackle that because you can watch a TV series while exercising. After some time, we also miss the contact with fresh air; therefore, we should definitely ventilate our flat before and after the workout. Surely, there'll come days when we want to ease up and we won't be mobilised by a scheduled date or by paid classes – working out at home surely requires some discipline, but it also brings marvellous effects.

* * *

   No dobrze, to co w takim razie ma ćwiczyć kobieta, która chce schudnąć lub utrzymać sylwetkę, ale nie ma na to czasu? Jeśli macie swój profil na Instagramie to z pewnością nie raz natknęłyście się na zdjęcia kobiet przedstawiających ich metamorfozy po ćwiczeniach z „cybertrenerkami”. Ja z początku podchodziłam do tego sceptycznie. „Przecież to nie jest prawdziwy sport”, „to musi być super nudne”, „nie wierzę, aby to przynosiło tak szybkie efekty” – bardzo długo uważałam, że takie rozwiązanie sprawdzi się może u kogoś innego, ale na pewno nie u mnie. Już po pierwszym treningu musiałam wszystko odszczekać.
Największą zaletą domowych treningów jest oszczędność czasu (bo nie trzeba pędzić z pracy na konkretną godzinę zajęć), dostępność (bo ćwiczyć możesz w domu, na wakacjach, w trakcie podróży służbowej – wszędzie gdzie masz internet) i intymność (nikt nie musi ciebie oglądać, możesz ćwiczyć nawet w pidżamie). Dla kobiet mających dzieci jest jeszcze jeden istotny czynnik – nie musisz organizować opieki nad nimi, gdy idziesz trenować – ja znalazłam idealną lukę podczas dobranocki córki. Mam wtedy pewność, że przez czterdzieści pięć minut mogę dawać z siebie wszystko.
Jeśli chodzi o miejsce – nie musi być to wielka powierzchnia, nadaje się choćby kuchnia. Moja przyjaciółka nie rozkłada nawet maty – ćwiczy na dywanie (nie wiem czy to higieniczne, ale ważne, że ćwiczy).

   Należy jednak zadać sobie pytanie czy to działa? Jeśli ćwiczenia wykonujemy poprawnie, tak jak są pokazywane przez prowadzącą efekty widać szybko. Regularność, tak jak przy każdym sporcie, jest bardzo ważna – wystarczyło mi nie więcej niż cztery treningi w tygodniu, by zauważyć poprawę pośladków oraz brzucha po niecałych dwóch miesiącach.

Jakie treningi polecam? Oto mój mały ranking TOP 5:
1. Slim Fit (Ewa Chodakowska) – program składa się z około 30 ćwiczeń wykonywanych najpierw na pełnych powtórzeniach, a następnie na tzw. ruchach pulsacyjnych. Jest męczący i na początku dość bolesny, ale szybko poczułam, że ładnie wysmukla i rzeźbi mięśnie. Przy czym nie jest to trening wylewający z nas siódme poty, więc łatwiej zmobilizować się do jego wykonania.
2. Hot Body (Ewa Chodakowska) – przeciwieństwo Slim Fit, czyli ostry wycisk. Znam nawet paru panów, którzy odpadali po czwartej rundzie. Program jest szybki i energiczny. Po jego skończeniu ma się wrażenie dobrze spalonych kalorii. Warto też zaznaczyć, że miesięczny abonament u Ewy Chodakowskiej jest, porównując do innych, dość niewielki. Udało mi się zarejestrować w trakcie promocji i miesięcznie płacę niecałe dwadzieścia pięć złotych za dostęp do dwudziestu jeden treningów.
3. Diet by Ann (Anna Lewandowska) – przyznam, że jeszcze nie ćwiczyłam za Anią, ale kilka moich koleżanek trenowały z nią gdy były w ciąży. Różnorodność treningów to z pewnością duży plus dla dziewczyn, które przerobiły już wszystko i szukają czegoś nowego.
4. Mel B – ciężko byłoby nie wymienić w rankingu pierwszej (przynajmniej mi) poznanej „cybertrenerki". Założę się, że jej treningów nie trzeba przedstawiać. Mel B przede wszystkim bardzo motywuje – masz wrażenie, że naprawdę męczy się razem z Tobą i nie pozwala Ci się poddać.
5. Aplikacja „Sweat: Kayla Itsines Fitness: – jestem pewna, że to doskonały program. Widziałam wiele metamorfoz, czytałam jej książkę, ale sama nie miałam jeszcze okazji go przetestować – aplikacja jest po prostu bardzo droga. Miesięcznie trzeba płacić prawie osiemdziesiąt złotych – a to przy kosztach Ewy wydaje się dużo za dużo.  

   Oczywiście byłoby zbyt pięknie, gdyby takie domowe rozwiązania pozbawione były wad. W końcu dopadnie nas monotonia czterech ścian, tych samych schematów i odtwarzanych w kółko filmów. Po wysłuchaniu tego samego tekstu po raz setny można mieć dość – moja koleżanka po roku treningów wyłącza w komputerze dźwięk, a ćwiczenia wykonuje prawie z pamięci. Chociaż jest i na to sposób, bo równolegle ćwicząc można oglądać na przykład serial na telewizorze. Po pewnym czasie brakuje też kontaktu ze świeżym powietrzem, dlatego koniecznie powinniśmy wietrzyć mieszkanie przed i po ćwiczeniach. Z pewnością nadejdą też dni, kiedy zechcemy odpuścić i nie będzie nas mobilizować umówiony termin lub opłacone zajęcia – trenowanie w domu z pewnością wymaga dyscypliny, ale daje też niesamowite efekty.

 

Czym różni się życie w stylu „slow life” od zwykłego lenistwa?

   Can you have more by doing everything slower? The proponents of slow life would ask what "slower" means to us. According to the philosophy of slowness, if more is about material goods, then the answer is no. However, if more is about spending more time with your nearest and dearest as well as healthy and happy life, they try to prove that’s true.

   When people and the world were chasing what's fast – fast food, fast cars, fast professional carrier, and money – Geir Berthelsen said "stop" and established the World Institute of Slowness in Norway. It was almost twenty years ago (in 1999). Other proponents of the theory that the continuous chase takes what's most important in our lives followed in his footsteps. Based on that, a Canadian, Carl Honoré, wrote "In Praise of Slowness". The book was translated into several languages and became a real best-seller in many countries. Bruno Contigiani, an Italian ex-workaholic, who was fed up with life running through his finders, joined the whole movement. He set up an association – The Art of Living Slowly – and owing to his initiative we have been celebrating the International Day of Slowness on 25 February since 2007. Italians (and other nations) loved this idea celebrating it in different ways each year. Even the local authorities remind about slowing down and paying attention to the beauty of your cities. We all know well that it is easy to forget about such minute pleasures when you are running errands with your nose in your phone. The catchphrase "live slower" has turned out to be so attractive that it transformed into a very fashionable trend. The question is whether the initially just idea isn't currently a caricature of itself?

* * *

   Czy można mieć więcej robiąc wszystko wolniej? Zwolennicy „slow life” zapytają, co dla nas oznacza „więcej”. Według filozofii powolności, jeśli więcej to dobra materialne, to nie. Jeśli natomiast więcej to czas z bliskimi, zdrowie i radość życia, na każdym kroku starają się udowodnić, że owszem.

   Gdy świat i ludzie gonili za tym co szybkie – szybkim jedzeniem, samochodami, karierą i pieniędzmi – Geir Berthelsen powiedział „stop” i założył w Norwegii Światowy Instytut Powolności (World Institute of Slowness). Było to prawie dwadzieścia lat temu (w 1999 roku). W jego ślady poszli kolejni zwolennicy teorii, że ciągła gonitwa zabiera nam to, co w życiu najcenniejsze. Na tej podstawie Kanadyjczyk, Carl Honoré, napisał „Pochwałę powolności”. Książka została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków i stała się prawdziwym bestselerem w wielu krajach. Do krzewienia idei przyłączył się pochodzący z Włoch Bruno Contigiani, były pracoholik, który miał dosyć uciekającego mu przez palce życia. Założył stowarzyszenie The Art of Living Slowly (Sztuka Powolnego Życia) i dzięki jego inicjatywie od 2007 roku obchodzony jest Światowy Dzień Powolności (25 lutego). Włosi (i nie tylko) pokochali tę ideę świętując co roku na różne sposoby. Nawet lokalne władze przypominają o zatrzymywaniu się i zwracaniu uwagi na piękno swoich miast. Dobrze wiemy, że o takich drobnych przyjemnościach łatwo zapomnieć będąc w biegu z nosem w telefonie. Hasło „żyj wolniej” okazało się tak bardzo atrakcyjne, że zamieniło się w bardzo modny nurt. Pytanie, czy początkowo słuszna idea nie jest obecnie karykaturą samej siebie?

  Everyone would like to slow down but how to find the time for it? You can do everything in the "slow life" fashion now – cook, eat, exercise, bring up, buy, and renovate. We've got  „slow food”, „slow design”, „slow parenting," or „slow fashion” – everyone will find their own obsessions. However, it's not always possible to slow down – if that was the case, we would all be able to rock in a hammock in the middle of the day. The work won't complete itself, and taking the whole idea too literally may bring something totally opposite – problems at work, lower earnings, and, finally, a lot of worries.  

   I met Kinga on holidays. She was taking a break from the "slow life" mode which put her through it. "I took slow life too literally. I probably read most of the books on the subject and I was trying to implement them overnight. I stopped keeping my deadlines at work, because what matters is here and now. In the end, I went down a spiral of frustration and stress by making myself believe that everything has to be exceptional and remote from the ordinary. I was wasting my time on trying to find for more eco carrot, I was searching the whole town for development paths – because I had to do something extra for myself. Maybe I didn't really get the slow life philosophy, and maybe I was too bothered by the whole concept. Positive sides? This period surely allowed me to appreciate what I've got and slow down only when it's really worth it".  

   So saying "stop" isn't that easy, especially if we are following the fashion that is artificially inflated by the media and the poor literature on the topic. Inappropriately understood "slow life" postulates bring us closer to laziness – they will be an ideal excuse to skip our duties – after all, why bothering with the project now since they say: focus on yourself and on what you fancy at the moment. It is a fact that certain fashion can lead you to a state of frustration, especially when you can't attain any improvement in everyday reality (and we usually expect quick changes).

* * *

   Zwolnić chciałby każdy, ale jak znaleźć na to czas? W stylu „slow life” można robić dziś wszystko – gotować, jeść, ćwiczyć, wychowywać, kupować i remontować. Mamy „slow food”, „slow design”, „slow parenting” czy „slow fashion” – każdy znajdzie niszę na własne natręctwa. Nie zawsze jednak da się zwolnić – gdyby tak było, wszyscy bujalibyśmy się w południe na ogrodowym hamaku. Praca jednak sama się nie zrobi, a zbyt dosłowne potraktowanie idei może przynieść rzecz odwrotną – problemy w pracy, mniejsze zarobki i w końcu całą masę zmartwień.

   Kingę poznałam na wakacjach. Odpoczywała właśnie od trybu „slow life”, który porządnie dał jej w kość. „Potraktowałam slow life zbyt dosłownie. Przeczytałam chyba większość książek na ten temat i z dnia na dzień próbowałam wdrożyć je w życie. Przestałam dotrzymywać terminów w pracy, bo przecież liczy się tu i teraz. Koniec końców wpadłam w spiralę frustracji i stresu, wmawiając sobie, że wszystko musi być wyjątkowe, dalekie od przeciętności. Marnowałam czas na szukaniu najbardziej ekologicznej marchewki, jeździłam po całym mieście szukając ścieżek rozwoju, bo przecież powinnam dla siebie zrobić coś ekstra. Może nie do końca zrozumiałam filozofię slow life, a może za bardzo się nią przejęłam. Pozytywy? Ten okres na pewno pozwolił mi docenić to, co mam i zwalniać tylko tam, gdzie warto”.

   Czyli powiedzieć „stop” wcale nie jest tak łatwo, zwłaszcza jeśli kierujemy się pompowaną przez media modą i słabą literaturą. Źle odczytane postulaty „slow life” zbliżą nas do lenistwa – będą świetną wymówką dla obowiązków – w końcu, po co męczyć się z projektem teraz, skoro porady mówią: skup się na sobie i na tym na co masz akurat ochotę. Faktem jest, że jako pewna moda może doprowadzać do frustracji, zwłaszcza, gdy nie osiąga się poprawy w szarej codzienności (a zwykle oczekujemy szybkich zmian).

   Agnieszka, my friend, a wife, a mother of two, admitted that she hides all watches when she's not at work.

"I don't allow my free time to be dominated by ticking clocks and a tight schedule. I immediately started to enjoy the moments spent with kids, without any pressure that I need to do something else instead. We just allow our time to naturally flow, and it turned out that we are able to use our time more effectively. The children know when they are supposed to head for bed, without any dallying or making a fuss."  

   It sounds great, but if I hid all watches, I'd get a notice on my desk the following day, and after one month, I would have no electricity at home as I won't waste the precious time that I could spend with my child on paying bills. Maybe "slow life" isn't for me? Maybe this beautiful idea doesn't always give you happiness and matches your day schedule?  

   Some things are independent of our children. In the beginning, the idea of buying at small merchants was really going well and bringing me a lot of pleasure. I always had a nice conversation with the shopping assistant, and the walk wasn't that cumbersome. Everything was falling into place until I received new duties at work, and my child was fighting bronchitis relapses for a whole month. At that time, moving between grocery stores, butcher shops, and drugstores started to bear more significance. In such moments, you simply lack the time to run (because there's no way you can just walk) from one small merchant to another.  

All right, so nothing really changes for the better in my life and the "slow life" catchphrases are unrealistic visions in the "feng shui" style? Despite all of that, I think that you need to approach everything with some common sense. I still visit my favourite eco stores and I'm able to visit a few of them before I choose appropriate products, but I do that only when I don't have to worry about other issues.

If we are trying to force any changes into our life by implementing artificial trends, we've got dwindling chances of success. By acting in that way, we risk going from one extreme to the other, especially if everything has been speeding and we suddenly hit the breaks. Instead of slowing down safely, we will stop in one spot, and all of the elements of our life will probably fall apart in chaos. So is there a way to put the slow life philosophy to some use and not go crazy? Some things can be changed without the need for a roller-coaster in our lives:

– One of the most beneficial changes in compliance with the slow trend that I've noticed in my case is the broadening of my knowledge concerning healthy food. I enriched my menu, I choose products, and even restaurants, more mindfully.

– I've discovered that there are plenty of places where I can get high-quality products in the near vicinity of my house. Sometimes, totally inconspicuous places surprise us with good quality assortment. Maybe we won't be able to get everything in local shops (we won't get a toilet detergent, some bread, and a pair of crocks in one place), but we've got the chance to come across products that we choose more wisely. Small stores are more often supplied, mostly due to the fact that they don't have a place to store all of those products. In large supermarkets, the products are delivered once every few weeks, so you can't be surprised that once in a while you'll get items that have exceeded their expiration date.

– I prepare meals without thinking about work and problems – I try to enjoy the small household duties and the outcome in the form of a delicious and nutritious meal. Of course, "slow" meal takes you a considerably greater amount of time in comparison to shovelling a pizza into the over; however, the avid fans of this idea highlight that everything is about the quality, emotions, and the outcome of the whole undertaking.

* * *

   Agnieszka, moja koleżanka, żona, matka dwójki dzieci przyznała, że w czasie poza pracą chowa wszystkie zegarki.

„Nie pozwalam, by mój czas wolny zdominowały tykanie wskazówek i ściśle określony plan od-do. Od razu zaczęłam bardziej cieszyć się z momentów z dzieciakami, bez presji, że teraz coś powinnam, teraz coś muszę. Po prostu płyniemy razem naturalnym trybem i okazało się, że o wiele efektywniej wykorzystujemy czas, a dzieci same czują, kiedy powinny szykować się do spania, bez marudzenia i problemów.”

   Brzmi pięknie, ale gdybym pochowała zegarki, to prawdopodobnie na następny dzień w pracy czekałoby na mnie wypowiedzenie na biurku, a po miesiącu w moim mieszkaniu nie byłoby prądu bo przecież nie będę tracić cennego czasu z dzieckiem na tak przyziemne rzeczy jak płacenie rachunków. Może „slow life” nie jest dla mnie? Może ta piękna idea nie zawsze daje szczęście i pasuje do naszego rozkładu dnia?

   Niektóre rzeczy są niezależne od naszych chęci. Na początku pomysł z zakupami u drobnych dostawców szedł mi bardzo dobrze i sprawiał wiele przyjemności. Zawsze trafiała się miła pogawędka z ekspedientką, a spacer nie był uciążliwy. Wszystko pasowało do momentu, gdy pojawiły się nowe obowiązki w pracy, a dziecko przez miesiąc walczyło z nawrotami zapalenia oskrzeli. Wtedy przemieszczanie się pomiędzy oddalonymi od siebie warzywniakami, mięsnymi i jeszcze sklepem z chemią zaczęło mieć znaczenie. W takich chwilach zwyczajnie brakuje czasu, żeby biec (bo o wolnym spacerku nie ma mowy) do kolejnych małych sklepików.

   No dobrze, ale czy w takim razie w moim życiu nic nie zmieniło się na lepsze, a hasło „slow life” to odrealnione wizje w stylu „feng shui”? Mimo wszystko uważam, że nie, ale trzeba do tego podchodzić z głową. Wciąż odwiedzam ulubione ekosklepiki i potrafię zwiedzić ich kilka, zanim wybiorę odpowiadające mi produkty, ale robię to tylko wtedy, kiedy nie muszę martwić się o inne sprawy.

Jeśli próbujemy zmienić w życiu coś na siłę, sztucznie wdrażając pewne mody, mamy małą szansę na sukces. Działając w ten sposób ryzykujemy, że z jednej skrajności wpadniemy w drugą, zwłaszcza jeśli wszystko do tej pory pędziło w zawrotnym tempie, a my gwałtownie naciśniemy hamulce. Zamiast bezpiecznie zwolnić, zatrzymamy się nagle w miejscu, a wszystkie elementy naszego życia prawdopodobnie rozsypią się w chaosie. Czy w takim razie jest jakiś sposób, żeby skorzystać z filozofii „slow life, ale nie zwariować? Pewne rzeczy da się zmienić bez wywracania codzienności do góry nogami:

– Jedną z najbardziej korzystnych zmian w duchu „slow”, jakie zauważyłam u siebie jest poszerzenie wiedzy na temat zdrowego odżywiania. Wzbogaciłam jadłospis, bardziej świadomie wybieram produkty, a nawet restauracje.

– Odkryłam, że w okolicy naszego domu jest całkiem sporo punktów z produktami wysokiej jakości. Czasami zupełnie niepozorne miejsca zaskakują nas jakościowym asortymentem. W osiedlowych sklepach może nie załatwimy wszystkich spraw (nie kupimy jednocześnie płynu do toalet, pieczywa i crocsów), ale mamy szansę trafić na towar wybierany z większą dbałością. Małe sklepiki są częściej zaopatrywane, przede wszystkim dlatego, że nie posiadają wielkiego zaplecza, gdzie można przechowywać produkty. W dużych marketach asortyment przyjeżdża raz na kilka tygodni, więc nie ma się co dziwić, że raz na jakiś czas kupimy tam rzeczy przeterminowane.

– Przygotowuję potrawy nie wybiegając myślami w stronę pracy i problemów – staram się cieszyć z drobnych zadań i sukcesu w postaci pysznego, wartościowego posiłku. Oczywistym jest, że ugotowanie obiadu w trybie „slow” potrwa dłużej niż wrzucenie do piekarnika mrożonej pizzy, jednak fani idei podkreślają, że wszystko rozbija się o jakość, emocje i to, co poświęcając ten czas zyskamy.

Autorka książki „Prosto z Roślin” Alicja Radej nie tylko zaprasza nas do swojej kuchni, w której zdradza kulinarne receptury. Prawie połowę książki zajmują rodzinne patenty Alicji na osiągnięcie szczęścia. Przecież jedzenie nie tylko ma zaspokoić nasz głód, ale dać nam przyjemność smakowania.

I started to gather recipes which go with the spirit of slow food, but can be still prepared in a short period of time. On my shelf, you'll find many cookbooks which propagate the idea of slow food – they are based on regional traditions and incorporate fresh and natural products. I especially recommend „Straight from Plants” by Alicja Radej – it is a true homage to the vegan cuisine. Among othe things, you'll find a recipe for an untypical cashew spread, avocado tartare, or pasta with spinach and olives.

– Let's model on Italians – one meal each day should be a small feast (or at least one meal during the week). It doesn't matter what you'll place on the table. What's important is that you should focus on the enjoyment of sharing your meal with your nearest and dearest.

– I've got a rule that when I come back home, I leave my phone on a shelf near the entrance door. When I go for a walk with Julka, I usually use the silent mode so that this time is truly ours. It'd be best to decrease the time you spend browsing through your mobile phone. Comparing people to zombies isn't an exaggeration at all, it's enough to ponder over how many times within an hour you look at your phone to check the time and end up browsing Instagram for 15 minutes. Let's transfer our attention to the place and people that are surroundings us at a given moment.

– I've decided to save the time that I use for frustrating on getting to the other part of the city. I've picked all of the permanent points on my everyday map, such as kindergarten, gym, pool, beauty salon, etc. near my home. Owing to that, I don’t have to worry about traffic jams and I can take a short walk when the weather is favourable.

* * *

– Zaczęłam zbierać przepisy, które wpisują się w ducha „slow food”, ale przygotowuje się je w krótkim czasie. Na mojej półce leży wiele książek kucharskich, które propagują ideę „slow food”, czyli opierają się na regionalnych tradycjach, bazują na świeżych i naturalnych produktach. Szczególnie polecam „Prosto z Roślin” Alicji Radej – to prawdziwy hołd dla kuchni wegańskiej. Znajdziecie w niej między innymi przepisy na niecodzienny serek z nerkowców, tatar z awokado czy makaron ze szpinakiem i oliwkami.

– Bierzmy przykład z Włochów – niech jeden posiłek dziennie (albo choć jeden posiłek w tygodniu) będzie małą ucztą. Nieważne co postawimy na stole, ważne, byśmy skupili się na radości z jedzenia wśród bliskich.

– Mam taką zasadę, że gdy wracam do domu, zostawiam telefon na półce przy drzwiach wejściowych. Kiedy spaceruję z Julką, zwykle go wyciszam, by ten czas był naprawdę nasz. Dobrze byłoby ograniczyć korzystanie z smartphone’a. Porównywanie ludzi do zapatrzonych w ekrany „zombiaków" wcale nie jest na wyrost, wystarczy zastanowić się ile razy w ciągu godziny zerkamy na telefon, by sprawdzić godzinę, a kończymy na 15 minutach przewijania zdjęć na Instagramie. Przenieśmy naszą uwagę na miejsca i ludzi, którzy właśnie nas otaczają.

– Postanowiłam zaoszczędzić czas, który ucieka i powoduje frustracje, gdy próbujemy szybko dojechać na drugi koniec miasta. Wszystkie stałe punkty na mojej codziennej mapie, jak przedszkole, siłownię, basen, kosmetyczkę itp., wybrałam blisko domu. Dzięki temu nie straszne są mi korki, a przy ładnej pogodzie mam okazję zaliczyć drobny spacer.

– I've started to pay reasonable attention (because you always get too close to becoming a hypochondriac) to toxic substances that cause allergies and other problems in my body. Worse mood, less energy, skin problems, and constant fatigue often have their source in an inappropriate diet. Owing to the fact that I became more interested in the slow philosophy, I've decided to scrutinize my metabolism and gluten tolerance. I took such a test online. It's enough to answer 48 questions – most of them have 3 answers, and some of the questions allow you to choose only one answer. You can't get a good or bad score – fortunately, it's not an exam, but a test that is supposed to show you your metabolic type. For example, I'm a mixed type. The remaining types are: carbohydrate type, mixed carbohydrate type, mixed protein type, and protein type. Together with the score, you receive instructions concerning the appropriate diet. This test is pretty great and reliable – try it ;)

– I've learnt to say "no". If we feel that we've got too many duties at work we shouldn't allow ourselves to take even more obligations. It's better to bluntly admit that we won't handle everything than allow stress to eat us alive. We shouldn't fill our calendars with thousands of obligations. We should give ourselves the time to take some breaks.

* * *

– Zaczęłam w granicach zdrowego rozsądku (bo do hipochondrii jeden krok) zwracać uwagę na toksyczne substancje, które wywołują alergie i inne problemy w moim organizmie. Gorsze samopoczucie, mniej energii, problemy z cerą, ciągłe zmęczenie często mają źródło w źle dobranej diecie. Dzięki temu, że zainteresowałam się tematem „slow”, postanowiłam przeprowadzić badania na temat mojego metabolizmu i tolerancji na gluten. Taki test wykonałam przez internet. Wystarczy odpowiedzieć na 48 pytań – większość z nich zawiera 3 odpowiedzi, cześć pytań daje możliwość wyboru tylko jednej odpowiedzi. Nie można uzyskać dobrego lub złego wyniku – na szczęście, nie jest to sprawdzian, tylko badanie, które ma wyróżnić nasz typ metaboliczny. Ja na przykład jestem typem mieszanym, ale są jeszcze: węglowodanowy, mieszano-węglowodanowy, mieszano-białkowy oraz białkowy. Razem z wynikiem dostajemy całą instrukcję tego, jak powinniśmy się odżywiać. Fajny i rzetelny test – polecam ;)

– Nauczyłam się mówić „nie”. Jeśli czujemy, że mamy za dużo obowiązków w pracy, nie bierzmy na siebie kolejnych. Lepiej przyznać, że się nie wyrobimy niż pozwolić, by zniszczył nas stres goniących terminów. Nie zapełniajmy zadaniami każdej minuty w kalendarzu. Dajmy sobie czas na przerwy.

    Slow life is, among other things, resigning from ready-made products or solutions, so it needs greater engagement or even sometimes searching for eco chicken in a few stores. A lazybones will read this idea as a permission to lie in one place for hours on end and to stay idle even after two hours they finished work. On the other hand, a maniac can overlook the fact that the blind following of all slow life postulates destroys their life by making them even more distant from what's important in the whole slow life philosophy – ease of mind. There are also such people who feel safe when they have calendars full of deadlines and they shouldn't change that at all. However, if people are able to draw a dividing line to use their life mindfully, but without the necessity to neglect their duties (that they set themselves), slow life philosophy will surely be something allowing for the discovery of an internal rhythm. If we don't mistake the whole concept with a snail-like life and take only the elements that we need, we will gain the opportunity to have a break from the hectic pace of life.

* * *

„Slow life” to między innymi rezygnacja z gotowców, podanych na tacy produktów czy rozwiązań, więc wymaga od nas większego zaangażowania, czasem nawet szukania ekologicznego kurczaka w kilku sklepach. Leń odczyta ideę jako przyzwolenie na wylegiwanie się i nic nie robienie po dwóch godzinach pracy. Fanatyk „slow life” może natomiast nie zauważyć, jak ślepe podążanie za wszystkimi postulatami niszczy mu życie, oddalając go od tego co w „slow life” najważniejsze – na spokoju ducha. Są też tacy, którym poczucie bezpieczeństwa daje wypełniony zadaniami kalendarz i nie powinni na siłę tego zmieniać. Jeśli jednak ktoś potrafi wyznaczyć sobie granicę, korzystać z życia uważnie, ale bez zaniedbywania obowiązków (które sam sobie ustala), „slow life” z pewnością będzie filozofią ułatwiającą odkrycie wewnętrznego rytmu. Jeśli spojrzymy na ideę inaczej niż na ślimacze tempo życia i zaczerpniemy tylko tyle, ile nam będzie potrzeba, także mamy szansę odrobinę od pędu odpocząć.