If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Coroczny ranking – Najlepsze kosmetyczne hity roku 2021!

Dres – Hibou (spodnie , bluzka) / kapcie – Roboty Ręczne / fotel – Zara Home / stolik – HAY (nap.com.pl) / kieliszek – Ikea

   Trochę jestem spóźniona z tym wpisem, bo zwykle pojawiał się on w okolicach Sylwestra, ale musicie mi to wybaczyć. Mój fotograf – niejaka Kasia – jak doskonale wiecie, dopiero co wyszła ze szpitala. Siedziała w nim z mocno ograniczonym kontaktem ze światem. Nie mogła stamtąd wyjść przez wiele dni, nawet na moment, więc najpierw chciałam ten cały wpis po prostu anulować. Z pomocą przyszła mi na szczęście Zosia, a wiem, że i Kasi zależy, aby na Makelifeeasier nie wiało pustkami w czasie jej nieobecności. No więc jestem! Gotowa na zderzenie z Waszymi komentarzami! ;)

   Co w temacie pielęgnacji przyniósł mi miniony rok? Jeszcze parę tygodni temu, na jednym z czołowych kobiecych portali internetowych przeczytałam, że wpadamy w jeszcze większą „propandemiczną presję wyglądania jak najlepiej”. Z tą „popandemiczną” to chyba zapeszyli, ale chyba wiem co autorzy mieli na myśli. Wszystkie znane mi gabinety kosmetyczne prześcigają się w kupowaniu coraz to nowszych i jedynych w swoim rodzaju maszyn do odmładzania (może wiecie gdzie znajdę rzetelne porównanie tego rodzaju zabiegów?) i kuszą spektakularnymi efektami. Z drugiej strony, mam wrażenie, że ingerujące zabiegi „wypełniająco-ostrzykujące” przechodziły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy prawdziwy regres. I z tego chyba akurat można się cieszyć. A jeśli chodzi o same kosmetyki mam ceną listę kilku ulubionych, sprawdzonych produktów. W tym rankingu znajdziecie kilka marek, które pojawiają się w nim już od paru lat! To chyba mówi samo za siebie. Do niektórych udało mi się zdobyć dla Was kody rabatowe, więc prześledźcie wpis uważnie :).

1. Najlepszy krem do twarzy.

   Mam dwa kremy, które uwielbiam. Ich skuteczność jest świetna, ale są niestety drogie – Image „VitalC” oraz Diego Dalla Palma. Dlatego postawiłam sobie za cel odnalezienie ich tańszego zamiennika. Przetestowałam w sumie pięć budżetowych marek i ten mały konkurs wygrała polska marka Balenokosmetyki z ich malinową serią. Malinowy krem odmładzający i poprawiający owal twarzy to miks z najsilniejszej na świecie leczniczej wody siarczkowej, SLIM-EXCESS ® – czyli z hydrolizatem z czerwonych alg, nawilżającą betainą, kwasem hialuronowym, masłem Shea, olejem macadamia, kokosowym, brokułowym i z pestek moreli. Taka ciekawostka: SLIM-EXCESS ® jest główny składnikiem kremu – substancja ta wykazuje silnie działanie poprawiające owal twarzy, co potwierdzają badania. Umożliwia 87% stymulacji lipolizy (rozpadu komórek tłuszczowych) i 79% zahamowanie lipogenezy (powstawanie komórek tłuszczowych) oraz zmniejsza nawet o 40% obszar podwójnego podbródka*  
*Na podstawie danych producenta surowca Slim-Excess w stężeniu 2.0%: Średnia redukcja wynosi 10,2% po 8 tygodniach stosowania i może osiągnąć 40% u niektórych ochotników po 12 tygodniach.
Z mojej strony mogę napisać, że doskonale nawilża skórę, nie pozostawiając na niej żadnej tłustej powłoki (czego nie można powiedzieć o Diego). Nadaje skórze świeżego wyglądu i lekko ją rozjaśnia co naprawdę sprawia, że twarz wygląda młodziej. Teraz wszystkie kosmetyki Balenokosmetyki kupicie z 25% rabatem. Wystarczy użyć kodu „styczeń”.

2. Najlepszy krem na skórę pod oczami.

   Liftingujące serum pod oczy i na powieki od BasicLab jest królem wśród produktów, jakie dotychczas miałam. Bardzo często, zwłaszcza w okresie grzewczym, mam wysuszoną skórę między powieką, a łukiem brwiowym. Pozbycie się tego problemu zajmowało mi zwykle kilka tygodni intensywnej pielęgnacji i zabiegów nawilżających. Pierwszy raz mam krem, który niweluje wysuszenie dosłownie po dwóch, trzech użyciach. Emulsja opiera się na dziesięcioprocentowym kompleksie peptydów, ceramidach i wyciągu z albicji. Dzięki silnym właściwościom nawilżającym, rozjaśniającym i wygładzającym może nie „prasuje" zmarszczek, jak botoks, ale ładnie je redukuje. Ma lekką konsystencję i dosłownie pół pompki wystarcza, aby nakremować powieki i skórę pod oczami. Serum jest już ze mną od trzech miesięcy i myślę, że spokojnie wystarczy jeszcze na półtora. Można je używać na dzień i na noc. BasicLab przygotowało dla Was kod "MLE" umożliwia zakupy z 20% zniżką na cały asortyment (z wyjątkiem produktów już przecenionych).

 

3. Najlepsze serum do twarzy.

   Przy tym serum, aż się prosi, aby zacząć od wypisania składników: Bakuchiol (roślinna alternatywa dla retinolu, o działaniu „retinol-like", niepowodujący podrażnień skóry. Bakuchiol wpływa na zmniejszenie głębokości drobnych zmarszczek. Wspomaga redukcję widoczności przebarwień oraz poprawę kolorytu skóry); Gatuline® In-Tense (ekstrakt z Akmelli stymuluje fibroblasty, co wzmacnia i napina skórę. Działa szybko i długofalowo wygładzając zmarszczki);  Stoechiol tzw. „Botox Like" nie tylko rozluźnia zmarszczki, ale także zwiększa grubość epidermy); NanoCacao O (lipofilowa frakcja ziaren kakaowych – zmniejsza napięcie skóry, intensywnie wygładza jej powierzchnię i skutecznie opóźnia procesy starzenia się skóry);  Oléoactif® DIAM (aktywny kompleks lipidowy otrzymywany z dębu korkowego oraz palmy kokosowej – zamiatacz wolnych rodników);  Oléoactif® Pomegranate (unikatowe połączenie wosku jojoba oraz wyciągu z kwiatów granatu. Stanowi idealne źródło biofenoli ochronnych. Odbudowuje, chroni i wzmacnia barierę hydrolipidową skóry, co zapobiega odparowywaniu wody i poprawia jej nawilżenie, dodatkowo chroniąc ją przed stresem oksydacyjnym); Witamina E (tzw. Witamina młodości – neutralizuje działanie wolnych rodników), oraz odżywczy olej z owoców rokitnika, regenerujący olej z awokado i zapobiegający powstawaniu zmian trądzikowych – olej z żurawiny wielkoowocowej. Jak sami mogliście przeczytać serum od marki Senelle jest bardzo bogaty. To prawdziwy koktajl przeciwutleniaczy i antyoksydantów, który działa niczym ochronna tarcza dla skóry i maksymalnie wyhamowują procesy starzenia.  Za flakonik 30ml trzeba zapłacić 149zł, ale z kodem "mle" tylko 126, więc jest to naprawdę bardzo dobra cena w stosunku do jakości. Kod „mle” dający  -15% będzie ważny do końca stycznia i obowiązuje na wszystkie produkty.

4. Najlepszy żel do mycia twarzy.

   Według mnie najlepszy żel do mycia twarzy to taki, który spełnia też funkcję płynu micelarnego. Kiedyś kochałam płyn micelarny od Biodermy (ten różowy), zużywałam go hektolitry, ale od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że pozostawia na skórze dziwną powłokę, no i wolałabym chyba produkt z bardziej ekologicznym składem. Od wielu lat polecam Wam markę D'Alchemy i ich wspaniały żel do mycia twarzy – w tym roku nie będzie inaczej, z małym wyjątkiem. Żel doczekał się swojego konkurenta – Gentle Cleansing Facial Wash. Zmywa z twarzy nawet pokład nakładany szpachlą do gładzi. D'Alchemy również przygotowało dla was kod "DALCHEMY20" na wszystkie produkty (ważny do końca stycznia).

5. Najlepsza maska do twarzy.

   W tym podpunkcie najchętniej użyłabym opcji „kopiuj, wklej”, od kiedy pisałam o tej masce w 2019 nie wiele się zmieniło. Uwielbiam ją i uważam, że dzięki niej pozbyłam się problemów z trądzikiem (no może jeszcze dzięki regularnemu chodzeniu do salonu kosmetycznego Balola w Sopocie, na zabieg Dermapen).  Image Skincare „Purifying Probiotic Masque” to maska z probiotykiem i prebiotykiem idealna dla osób, które mają problem z stanami zapalnymi po wypryskach. Można stosować ją nawet punktowo, aby złagodzić zaczerwienienia. Działa natychmiastowo. Tutaj niestety nie mam dla Was kodu, ale postaram się go kiedyś zdobyć. Póki co naprawdę mimo dość wysokiej ceny ten kosmetyk jest warty swojej ceny.

6. Najlepsza pielęgnacja od środka.

   Wiem, wiem tu mogę być trochę monotonna, ale co mam zrobić – kocham kolagen. Dostarczanie do organizmu dodatkowego wsparcia w postaci witamin i minerałów, to jeden z moich ulubionych sposobów na pielęgnację. Myślę, że gdyby nie ten proszek byłabym dzisiaj prawie łysa (śmiech przez łzy). Na efekty trzeba trochę poczekać, ale chyba jeszcze nikt nie wymyślił pielęgnacji od środka, która działa po pierwszym dniu. Kolagen od ZojoElixirs nie jest genetycznie modyfikowany, nie ma w nim konserwantów. Zawiera za to czyste hydrolizowane białko, które wzmacnia i ujędrnia skórę. Zojo Elixirs również możecie teraz kupić w lepszej cenie na hasło „Zojo” otrzymacie 20% zniżki – promocja będzie ważna do końca marca.

Królowa dresów może być tylko jedna i jestem nią ja. Zwłaszcza zimą, kiedy moją pracę wykonuję głównie z domu. Może jestem leniem, ale do Żabki jakoś nie chce mi się stroić. A jeśli ja jestem królową dresów, to królem jest HIBOU. Nie bez powodu ta marka uważana jest za najlepszą, jeśli chodzi o nasze ukochane domowe uniformy. Ba! Podobno niezłą karierę robi też poza Polską. Jakość ich dresów jest najlepsza z jaką miałam do czynienia. A jako specjalistka od niszczenia prania (na szczęście mój mąż nie czyta bloga, a tylko ogląda zdjęcia) mogę napisać, że HIBOU ma bardzo przesuniętą granicę wytrzymałości materiałów. Noszę ich dresy już wiele sezonów i nie płowieją, nie mechacą się ani nie kurczą.

   Tradycyjnie czekam na Wasze polecenia w komentarzach. Czy jest jakiś kosmetyk, który kupujecie ponownie, gdy tylko widzicie, że się kończy? A może macie wątpliwości co do jakiejś marki i szukacie opinii innych? Chętnie wymienię się z Wami doświadczeniem!

  

 

 

Ciało, dieta, wystrój mieszkania – wszystko na celowniku. Czy to Pudelek, Media Społecznościowe, a może nasze wrodzone cechy sprawiają, że ciągle się porównujemy i krytykujemy nawzajem?

   Zacznijmy od realnej sceny z życia: wstaję rano, odpalam telefon. Tak jakoś wychodzi, że po sprawdzeniu poczty i facebooka wchodzę na Pudelka. Czytam przyjemny artykuł o kulisach teledysku „Easy on Me” Adele, po czym schodzę do sekcji komentarzy, a tam tradycyjny ściek. „A taka była piękna i wyjątkowa, ale BYŁA” (komentarz odnośnie jej sylwetki). Przechodzę dalej do tekstu o szczycie klimatycznym, w którym udział wzięła także księżna Kate. „Nie wygląda na szczęśliwą, zmęczona pomarszczona twarz”.„Trochę się posunęła, oczy opuchnięte, może ona wcale nie jest szczęśliwa z tym Williamem?”. Brrr… a może, gdy chodzi o nasze rodzime gwiazdy, to jest trochę lepiej? Chyba jednak nie… o sympatycznej Annie Starmach można było przeczytać, że „ten jej uśmiech wydaje się taki na pokaz i fałszywy! A tak w ogóle, to kim ona jest?”, „sztuczność i fałsz aż bije po oczach”, „nie jestem złośliwa, ale wygląda dramatycznie”. Pierwszą piątkę najpopularniejszych komentarzy zamyka życzliwe zdanie „wygląda na 50+”. Już przed poranną kawą dostaję solidną dawkę prymitywnego, bezpodstawnego hejtu.

   Kiedy byłam nastolatką nie było takiego miejsca, w którym każdy mógł przeczytać o sobie jakąś nieprzyjemną rzecz. Oczywiście zdarzało się, że koleżanki kogoś obgadywały, ale przestrzeni do tego, aby dzielić się tym publicznie było bardzo niewiele. Jeśli już ktoś na przykład na oczach całej szkoły sprawiał komuś w ten sposób przykrość, to było to duże wydarzenie, które z reguły (przynajmniej w mojej podstawówce) miało swoje konsekwencje dla sprawcy. Internet to wszystko zmienił.

   Może gdyby nie byłoby pola do wyrażania takich myśli to hejtu po prostu by nie było? Może problem tkwi w tym, że coś, co kiedyś działo się tylko w naszych głowach znalazło sposób, aby się z tej głowy wydostać bez poważniejszych konsekwencji dla nas samych? A może to silniejsze od nas i po prostu część z nas musi w ten sposób dawać upust swoim emocjom? Czy hejtu musi być coraz więcej?

1. Dlaczego krytyka przeniosła się na inne sfery życia i nie dotyczy już tylko naszego wyglądu? 

   Prawda jest taka – to co pokazujemy wystawiamy jednocześnie na ocenę. Jeśli ktoś ma po prostu znaną twarz, ale nie prezentuje publicznie swojego prywatnego życia, to rozmaite złośliwości ograniczą się do jego wyglądu. Ale takie podejście to dzisiaj rzadkość. Facebook i instagram już dawno nie służą wyłącznie do wrzucania swoich pozowanych zdjęć w różnych konfiguracjach. Za ich pomocą rozgłaszamy na cały świat dosłownie wszystko – gdzie naszym zdaniem warto pojechać na wakacje, z jaką ilością wody zmieszać mleko w proszku dla niemowlaka, którą dietę wybrałyśmy czy pozycję, z jaką siedzimy przy biurku. Już nie wspominając o ostatniej modzie jaką są osobiste mądrości covidowo-pandemiczne. Każda treść, którą udostępniamy innym poddawana jest ocenie i praktycznie zawsze – krytyce. Czasem najbardziej niespodziewanej, kiedy na przykład na zdjęciu własnego psa ludzie przyczepią się do odcienia farby na ścianie w tle. Dwadzieścia lat temu nie było takiej technicznej możliwości. Weźmy pod lupę wystrój wnętrz. W latach 90-tych szczęściarze mogli dorwać katalogi z pierwszych sklepów IKEA, pooglądać je i… nic poza tym. Komentarz krytykujący umeblowanie pokoju dziecka można było sobie długopisem napisać na dole kartki. Oczywiście zdarzały się jakieś wyjątkowo szalone jednostki które były gotowe wysłać list do redakcji magazynu z opinią na jakiś temat, ale już widzę, jak dzisiaj wszyscy komentujący czyjeś wnętrza ruszają gromadnie na pocztę, kupują kopertę, znaczek i wykonują cały ten wysiłek, aby wyrazić swoje zdanie. To samo dotyczy innych sfer – ubioru, diety, czy po prostu czyjegoś wyglądu. Możliwości publicznej wymiany opinii w tych tematach były bardzo ograniczone – nie licząc poczekalni do fryzjera, można było wysyłać wspomniane listy, albo ewentualnie zadzwonić na wizji do jakiegoś tematycznego programu – ale, co ważne, w obu przypadkach nasze przemyślenia były bezwzględnie moderowane. List do Bravo Girl, w którym napisałybyśmy, że bohaterka ostatniego fotostory jest gruba zapewne nie zostałby opublikowany. Nawiasem mówiąc warto zwrócić uwagę, że wymienione ograniczenia i brak możliwości komentowania wszystkiego w dowolny sposób nie uwierały jakoś nikogo. Ta potrzeba została uświadomiona i dla niektórych stała się elementem wolności słowa dopiero wtedy, gdy umożliwiła ją technika.

Ciągłe porównywanie się z innymi i chęć posiadania tego co inni to nie tylko źródło hejtu, ale coś, co niepotrzebnie napędza konsumpcję. Kiedyś dotyczyło to głownie ubrań, a teraz też i wnętrz. Na szczęście coraz bardziej widoczne jest odpowiedzialne podejście osób prezentujących swoje mieszkania – większe wrażenie robi “furniture hacking”, czyli przerabianie rzeczy albo ponowne wykorzystanie zużytych elementów. Oczywiście, to nie broni przed hejtem (typu “ty ekolewaczko!” ), ale uczula ludzi na pewne sprawy.  Zamiast co miesiąc wymieniać kanapę, można dawać nowe życie starym rzeczom. Jeśli interesuję Was tematyka renowacji mebli, to mogę Wam polecić akcję „Made in Green” prowadzoną przez sklep YourHomeStory. W ramach kampanii można za darmo (koszty kuriera opłaca YourHomeStory) przekazać komody, krzesła lub inne stare meble, które zostaną odnowione przez polskich rzemieślników. W ten sposób dbamy o środowisko i przy okazji zarabiamy . Po sprzedaży firma oddaje Wam 30% wartości odnowionego mebla. Uprzedzając Wasze pytania – lustro ze zdjęcia również pochodzi ze sklepu YourHomeStory.

2. Czy złośliwość jest wrodzona? Czy jest nieodłączną cechą człowieka?

   Zacznijmy od tego, że w przypadku niektórych osób bycie złośliwym, to po prostu część osobowości. Można odnieść wrażenie, że tacy byli zawsze. Czuli przyjemność i satysfakcję z tego, że komuś sprawili przykrość. Bo taki jest cel bycia złośliwym. Żeby sprawić przykrość swojej ofierze.
   Oczywiście hejt nie jest bezinteresowny. Z reguły za opisanymi wyżej potrzebami kryje się coś jeszcze. Najczęściej jest to zazdrość. To trochę truizm, ale jest oczywiste, że osoby które publicznie w Internecie prezentują swój sukces, także ten materialny, będą obiektem zazdrości ze strony tysięcy obserwatorów – bez względu na to, jak bardzo na ten sukces zapracowały. Niektórych z nas nowy samochód sąsiada nie inspiruje do ciężkiej pracy (by kupić sobie podobny) ale do szukania gwoździ, co by je rozsypać sąsiadowi na podjeździe. To mogłoby jednak mieć swoje konsekwencji prawne. Zamiast gwoździ możemy więc po prostu powyzywać kogoś w Internecie.
   Drugą motywacją dla hejterów jest potrzeba poczucia kontroli. Taki hejt ma często paternalistyczny charakter. “Ty jesteś głupia, ja wiem lepiej” – do takiej treści sprowadzają się takie wpisy. Co ciekawe, ten hejt ma często bardzo wysublimowany charakter, ot zwykła “dobra rada” w komentarzu napisana pełnym wyższości językiem. Ciekawostką jest to, że takie osoby często są wiernymi czytelnikami czy obserwatorami danego bloga czy profilu. Komentują każdy wpis – teoretycznie w kulturalny sposób, ale praktycznie dając do zrozumienia, że komentowana osoba popełnia błąd za błędem.
   Złośliwość również jest międzypokoleniowa – „jeśli nasza mama serwuje nam kąśliwe uwagi przez pół życia, to bardzo prawdopodobne, że my też będziemy póżniej przekazywać je innym. Można robić edukacyjne zabawy, ale jeżeli dziecko każdego dnia słucha, jak tata albo babcia deprecjonują mamę, to uczy się, że tak właśnie wygląda życie” – tak kwestię „women shamingu” wyjaśnia w wypowiedzi dla Wysokich Obcasów Alicja Wysocka-Świtała  – partnerka zarządzająca i współwłaścicielka agencji Clue PR). Świetne wytłumaczenie dla złośliwców, ale czy można coś w tej kwestii zmienić? Na internetowych trolli raczej nie wpłyniemy, ale na najbliższych – jak najbardziej. Jeśli będziemy jednoznacznie informowali nasze otoczenie, że nie życzymy sobie opinii, o które nie prosiliśmy, to zapewne zdecydowana większość osób to uszanuje (może nie za pierwszym i nie za drugim razem, ale jasny komunikat na pewno w końcu przyniesie skutek). Jeśli z tego powodu ktoś przestanie z nami w ogóle rozmawiać, to będzie tylko świadczyło o tym, że ta znajomość była wątpliwej jakości.

Dlaczego z tak świetnego serialu „Od Nowa” z Nicole Kidman najbardziej zapamiętana została jej wygładzona twarz?  „Body shaming” to najpopularniejsze słowo ostatnich miesięcy. Czyli temat zawstydzania złośliwymi lub niewybrednymi komentarzami kobiet z powodu tego, jak wyglądają. To także oczekiwanie, że wszystkie powinnyśmy wyglądać doskonale – zawsze szczupłe, zgrabne i bez zarzutu. Czasem body shaming działa odwrotnie – gdy, jak w przypadku Kidman zbytnia dbałość o urodę staje się przyczynkiem do zarzutów o “sztuczność”. Zasadniczo u podłoża Body Shamingu kryje się przekonanie niektórych osób, że mają prawo komentować i oceniać wygląd innych ludzi. Przeciwieństwem Body Shamingu i sposobem na walkę z krytyką jest ruch Body Positivity, który pokazuje, że wygląd nie determinuje naszej wartości. Przekonuje także, jak ważna jest akceptacja własnego ciała takim, jakie jest i udowadnia, że życie w cieniu ciągłych ocen prowadzi tylko do frustracji. Te kwestie dotyczą też ubioru. Dla mnie symbolem pewnego luzu i pokazania, że mam swój styl i nie oglądam się na innych jest strój sportowy. Mogę Wam tu polecić ciuchy Oceans Apart, które obecnie są reklamowane u co drugiej influenserki (o tym czy warto takim poleceniom ufać pisałam ostatnio tutaj – w skrócie napiszę, że „to zależy”:). Ubrania tej marki są świetne jakościowo, wygodne i chodzę w nich non stop. Do tego mają mnóstwo fajnych promocji i można je wyhaczyć w dobrej cenie. Zwłaszcza teraz z moim kodem MLE2, przy zakupie za minimum 319zł otrzymacie dwa prezenty z kolekcji Seamless oraz Rebellution w pięknych jesiennych kolorach (czyli drugi komplet otrzymacie gratis).

3. Jak radzić sobie z hejtem? 

   Zapewne większość z Was spotyka się w codziennym życiu z poradą albo oceną przykazywaną bez pytania o zgodę czy po prostu ze zwykłą złośliwością. Bo trzeba pamiętać, że choć to Internet wyhodował hejt na ogromną skalę, to zdarza się on także w niewirtualnej rzeczywistości. Pewnie nie każda z Was ma profil, który jest komentowany przez innych, ale ile razy spotkaliście na swojej drodze „ciocię dobra rada”: –  „Schudłaś? Widać, teraz musisz coś zrobić z twarzą bo wygląda niezdrowo. Mam świetną kosmetyczkę. Chcesz numer?” , – „Pewnie nie będzie ci łatwo wrócić do dawnej figury. Współczuję ci, ale jeśli chcesz możemy razem pójść na siłownię.”, – „Widziałam twojego byłego chłopaka z nową dziewczyną, chcesz wiedzieć, jak wygląda?”. Jak reagować na tego typu zaczepki?

– Już sama świadomość, że mamy w danej sytuacji do czynienia z hejtem daje nam siłę. Jeśli nauczymy się go rozpoznawać, jest szansa, że całkowicie go rozproszymy. Zrozumiemy, że ani gniew, ani zaakceptowanie złośliwości nie spowodują, że nasza koleżanka będzie inna. To nie my jesteśmy przyczyną tego, że druga osoba musi poprawiać swoją samoocenę.

– Zareaguj. Ktoś rzuca złośliwymi tekstami w twoją stronę? Wyprostuj się. Wstań. Jeśli siedzisz, podnieś się z krzesła lub kanapy. Bo w mowie ciała oznacza to dominację. Nachyl się nad osobą, która była złośliwa. I powiedz jej wprost, co myślisz o jej zachowaniu. Najlepiej krótko i konkretnie, bez zbędnych przymiotników. A potem wróć do tego, czym zajmowałaś się wcześniej. Wiem, że to nie będzie łatwe, ale każda reakcja jest lepsza niż plucie sobie w brodę przez trzy dni, że się nic nie zrobiło. Nawet jeśli mają Ci się trząść ręce a głos będzie dziwnie piskliwy – jak ochłoniesz poczujesz się lepiej.

– Zamieniaj minus na plusy. Jeśli koleżanka wytyka ci, że przytyłaś, to powiedz „że wolisz siebie z kobiecymi kształtami i nie tylko Tobie one się podobają” – odpowiedzi na złośliwość musi mieć pozytywny wydźwięk. To ona zostaje w naszych myślach. I w zależności od tego, co w niej jest, może nam zepsuć – albo wręcz przeciwnie: poprawić – dzień, popołudnie, weekend.

Nie jestem obecnie na żadnej diecie odchudzającej. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że w tworzeniu jadłospisu powinnam skupić się na dbaniu o zdrowie. Lepszy wygląd powinien być skutkiem ubocznym tych działań. Codziennie biorę witaminę D i C. Raz na jakiś robię „kurację”z kolagenem do picia w ramach polepszenia wyglądu skóry twarzy i wzmocnienia stawów. I zamiast lampki wina wieczorem piję „specjalne” kakao, które ma właściwości relaksujące i wyciszające organizm po intensywnym dniu. Spróbujcie! Na zachętę do końca roku możecie skorzystać z kodu Magic20, który upoważnia do zakupów z 20% zniżką na cały asortyment w sklepie ZojoElixirs (kod będzie aktywny do końca grudnia).

4. Czy można to zmienić?

Na koniec kilka słów o drugiej stronie lustra. Bo w końcu kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem, prawda? Jeśli kusi Was, żeby kogoś zhejtować, czy to w internecie anonimowym komentarzem („Kiedyś takie jak ona to sprzątać pomagały co najwyżej w pałacu, a dziś jest księżną”), czy to subtelniej “na żywo” („nie masz wyrzutów sumienia, że wracasz do pracy zamiast poświęcić czas dziecku?”), musicie wiedzieć, że to niestety świadczy tylko o nas samych. Skoro czyjaś uroda/mieszkanie/dziecko/pies prowokuje nas do pisania złośliwości, to znaczy, że gdzieś mamy problem. Zawsze warto wtedy pomyśleć – dlaczego tak mnie to wkurza? Może sama doświadczyłam kiedyś podobnej przykrości?

„Sama się prosiła” albo „mam prawo do wyrażania swojej opinii” to argumenty, które być może uspokoją czyjeś sumienie, ale na pewno nie sprawią, że adresat naszych komentarzy nie uzna nas za buraczanych złośliwców. Spotkałyście się kiedyś z hejtem wymierzonym w Waszą stronę? Kto najczęściej był ich adresatem? Jak próbujecie sobie z tym radzić?

 

 

Nasza codzienna pielęgnacja w dobie Social Mediów. Którym poleceniom warto ufać? Jak rozpoznać wiarygodne profile?

   Instagram zdominował rynek „beauty”, podobnie jak świat mody, kulinaria i tematykę wnętrz. Coraz więcej trendów rodzi się na kontach społecznościowych jego użytkowników, a nie w głowach dyrektorów kreatywnych największych marek. Dotyczy to także kosmetyków – niektóre z nich zostają stworzone specjalnie z myślą o share’owaniu ich przez influencerów. Instagram już dawno przestał być po prostu aplikacją do dodawania zdjęć. Teraz to platforma za pośrednictwem której może realizować się niemal każdy. Z tej możliwości korzystają ludzie na całym świecie próbując dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Robią to z potrzeby samorealizacji, bo pragną sławy albo po prostu uznają to za dobry biznes. I tutaj pojawia się mały haczyk – komu ufać, jak rozpoznać wiarygodny profil i nie dać naciągnąć się na zakup czegoś co zostało jedynie ładnie pokazane na zdjęciu?

   Myśle, że tu aż prosi się o przykład jednej z celebrytek, która polecała suplement diety na depresję pisząc – „Pomaga i to bez recepty, BEZ PSYCHIATRY”. Po takiej reklamie możemy złapać się za głowę albo umrzeć ze śmiechu i oczywiście marzyć, aby nikt kto choruję na depresje się nie nabrał i aby nie zniechęciło go to do szukania fachowej pomocy. Ja natomiast ze swojego doświadczenia mogę napisać o sprzęcie do rolowania ud – dziewczyny na Instagramie z uśmiechem na twarzy rolują pupy, pokazują potem super efekty – jędrne pośladki bez grama cellulitu. Skojarzenia z telezakupami całkowicie na miejscu. Kupiłam go. Myślałam, że z bólu będę wyć do ściany, a sąsiedzi zaraz przybiegną z pomocą. Efekt był taki, że miałam wszędzie siniaki, a rollera oddałam siostrze, która podjęła to samo wyzwanie i też poddała się po pierwszym razie. Trudno – jesteśmy skazane na pomarańczową skórkę. Oczywiście to są te złe doświadczenia i dobrych przykładów znam więcej (po prostu słabiej zapadają w pamięć), ale nie mam wątpliwości, że nie każdy zakup z instagramowego polecenia jest trafny.

   Naiwnie zakładam, że większość popularnych kont w mediach społecznościowych jest zbudowana na autentycznym zainteresowaniu czytelników, a nie dzięki kupowaniu botów. Niestety, nawet jeśli tak jest, to nie mamy żadnej gwarancji marketingowej uczciwości ich właścicieli – to od osobowości i indywidualnych zasad każdej gwiazdy Instagrama z osobna zależy, czy podejmie się promowania czegokolwiek, czy jednak zachowa się fair wobec swoich obserwatorów i poleci tylko to, co sama faktycznie sprawdziła. Sama od lat piszę o kosmetykach i testuję ich naprawdę sporo. Może dlatego łatwiej jest mi przesiać niesprawdzone polecenia? Mam kilka sposobów na to, aby umieć przymknąć oko nawet na najbardziej sugestywną reklamą i jednocześnie wyłapać spośród gąszcza poleceń te autentyczne.

kanapa – Ikea (pokrowiec Bemz) / sukienka – H&M / stołek – WestwingNow

1. Czy warto ufać poleceniom gigantów Instagramowych typu: @negin_mirsalehi , @leoniehanneczy, @jannid, @adenorah, @mathildegoehler, @kristin_rodin, czy naszym polskim: @maffashion_official i @jemerced? Z mojego doświadczenia wynika, że tak. Kupiłam produkty @Gisou Negin , samoopalacz polecany przez Janni , używałam Cellublue z kodem od Maffashion, Jessika zainspirowała mnie do kupienia serum z witaminą C. I naprawdę, jeśli chodzi o te polecenia nie mam złych doświadczeń. Dziewczyny, które od lat pracują na swoje nazwisko, spotkały się już z każdym rodzajem hejtu i doskonale wiedzą jak ważna jest jakość polecanego produktu. Mogą przesiewać marki dowoli – propozycji dostają niezliczoną ilość (pewnie na te nieciekawe nawet nie odpisują). Z racji statusu, który tworzą im zasięgi mogą grymasić dowoli, bo to nie im zależy na tej reklamie. Jakby nie patrzeć pokazując coś, że coś działa, ręczą za cudzy produkt całą swoją osobą. Gdyby polecenia były nierzetelne komentujący nie pozostawiliby na nich suchej nitki. Tym samym mamy pewność, że ich konta są prawdziwe, nie sztucznie napędzane kupionymi obserwatorami. Natomiast Instagramerki, które są mało znane szybciej wezmą „cokolwiek”, bo nie mają dużo propozycji, dla nich nobilitacją jest to, że ktoś w ogóle chce z nimi współpracować.

2. W najpopularniejszych serwisach możemy znaleźć wiele profili, w przypadku których liczba oberwatorów jest nieadekwatna do ilości czy jakości opublikowanych treści lub też tempo ich przyrostu jest nienaturalnie szybkie. Wówczas istnieje prawdopodobieństwo, że prowadzący pozyskują swoich fanów poprzez specjalne aplikacje lub ich kupują. Sama takich propozycji dostaje przynajmniej dwie w tygodniu. Na szczęście takich „spryciarzy” jest łatwo namierzyć. Przede wszystkim sprawdzajcie czy pod zdjęciami jest nie mniej niż 5% lajków w stosunku do liczby obserwujących – jeśli tak, to super, jeśli jest dużo mniej to sygnał, że coś tam nie gra do końca. Innym sposobem jest sprawdzenie zaangażowania danej osoby – czy pod komentarzami daje serduszka, czy odpowiada na komentarze lub wdaje się w jakieś dyskusje.

3. Czy można ufać poleceniom, które pokazują się często u różnych osób? W dużym skrócie – to zależy. Jeśli producent przygotowuje nowy, ciekawy produkt, to nie ma w tym nic dziwnego, że promuje go przez wiele kanałów. Przecież gdy Samsung, albo Apple wypuszcza swoje kolejne „flagowce” to nikogo nie dziwi, że w krótkim czasie tysiące vlogerów technologicznych opisuje te telefony na swoich kanałach. Podobnie jest z kosmetykami. Szeroki atak marketingu jakiegoś produktu świadczy o tym, że producent poważnie potraktował jego przygotowanie. I tu znowu wracamy do kwestii jakości samych kont polecający dany produkt – jeśli nową rzecz promują praktycznie wyłącznie małe, początkujące influencerki, to jest to podejrzane. Jeśli jednak są wśród nich także liderzy internetu – to mamy po prostu do czynienia z profesjonalną kampanią, z której nie można producentowi czynić zarzutu.

4. Wspomniałam o efekcie „telezakupów”. Jeśli prezentowany filmik jak żywy przypomina Wam tego wesołego Amerykanina w sweterku zachwalającego genialną wyciskarkę do soków, uśmiechniętych młodych ludzi którzy „ćwiczą” rażąc się prądem, albo Joe’ya który w jednym z odcinków prezentował rewolucyjny kolec-nalewak do mleka w kartonie to wiedzcie, że coś się dzieje. Jeśli na pierwszy rzut oka pachnie to picerką i wydaje się, że nie może działać (i/lub jest bolesne i nieprzyjemne) – to zapewne tak właśnie jest – nie działa, ale za to boli i kosztuje (jak sprzęt to rolowania ud).

5. Jeśli widzimy konta prowadzone bardzo estetycznie, w których widać włożone serce , życiowe chwile, ale z małą liczbą obserwujących, to nie ma się czego bać. Jeśli szukacie takich alternatywnych kont i poleceń to zobaczcie profile @oliwiapakosz, @panianiani czy @indiasaka. Po zobaczeniu pięciu pierwszych zdjęć widać, że dziewczyny mają wrodzony dar do wyszukiwania perełek. Wydaje mi się, że tam znajdziecie nowoczesne i świadome podejście do kupowania kosmetyków. Warto przeczytać ostatni artykuł Indi (link do niego jest w jej profilu) o naszym podejściu do próbek kosmetyków (których produkcja wciąż rośnie), a ekologii.

6. Jakim poleceniom nie warto ufać? Mnie nigdy nie przekona materiał w social mediach po którym widać, że został po prostu żywcem skopiowany z materiałów przesłanych przez producenta. Takie rozwiązanie jest oczywiście wygodne dla prowadzącego profil, ale nie tylko świadczy o braku szacunku do czytelniczek, ale przede wszystkim może oznaczać, że nikt go przez wrzuceniem wpisu czy filmu nie użył. A przecież po to przeglądamy sieć, żeby poznać prawdziwe historie i oparte na nich polecenia. Bardzo cenię sobie przykłady z życia wzięte. Jak instagram to zdjęcia i stories – im bardziej skupione na samym produkcie tym gorzej, tutaj też ma znaczenie zasada oddania czegoś w życiowy sposób, pokłony idą w stronę Jessici. Fajnie też ogląda się @sazan.

7. Kluczem do prawdy jest też… czas. Jeśli widzicie, że u kogoś dany produkt pojawia się przez lata to znaczy, że dana influencenka musi naprawdę lubić ten kosmetyk. Warto też zwracać uwagę na marki, które widać na zdjęciach, ale nie są oznaczane. Czasem może to wskazywać na to, że nie sprawdziły się na tyle aby je promować, a czasem, że to zupełnie prywatne wybory ich właścicielek.

8. Przyznaję, że nie lubię reklam w których dziewczyna mówi otwarcie, że została ambasadorką danej marki. Zdecydowanie wolę pojedyncze polecenia. Oczywiście mogę się mylić, ale dla mnie podejmowanie się takich dużych zleceń wiąże się z jakimś rodzajem uwięzienia. Inaczej to wygląda jak ktoś poleca jeden wybrany kosmetyk z danej marki, bo przetestował ich kilka, niż jak musi pisać o nich co dwa tygodnie, przez pół roku. Nie ma się co oszukiwać – nie wszystkie produkty w jednej firmie zawsze wychodzą idealnie.

9. Na koniec kilka moich poleceń, które znalazłam przez Instagram i jestem z nich bardzo zadowolona:

   Krem pod oczy marki Senelle. Kupiłam go po znalezieniu recenzji u @agasava (Agata też jest z Gdyni). Krem jest naturalny – w jego skład wchodzą trzy olejki: lniany, z pestek pomidora oraz ze słodkich migdałów. Ma właściwości wygładzające, ale mnie zachwycił przede wszystkim po tym, jak zaczęłam go stosować na opuchnięte oczy (mam alergię na kwitnącą trawę) i szybko dawał ulgę przy czym niwelował też cienie pod oczami. Nie roluje się po nałożeniu podkładu. Korzystając z kodu „MLE” otrzymacie 15% rabatu na wszystko (promocja będzie ważna do końca miesiąca.

   Emulsja pod makijaż z filtrem 50 UV od BasicLab, polecenie znalazłam u @lelci (którą miałam przyjemność poznać na wyjeździe z Nike). Z kosmetykami tego typu najczęściej jest problem, że się słabo wchłaniają i trzeba trochę odczekać zanim nałoży się na nie makijaż. Tutaj marka się naprawdę postarała, bo formuła kosmetyku jest super lekka. Co ciekawe można emulsję stosować po takich zabiegach jak dermapen, mikrodermabrazja czy nawet mocnych peelingach i laserach. Kosmetyk zapewnia wysoką ochronę przeciwsłoneczną – chroni skórę przed niekorzystnym działaniem promieniowania UVA i UVB, światłem niebieskim HEV, a także niweluje negatywne skutki światła podczerwonego IR. BasicLab przygotowało dla Was kod: „MLE”, który upoważnia do zakupów z 20% rabatem na wszystko poza zestawami i produktami w promocyjnych cenach.

   Krem do twarzy „Corpo Cream” od marki Yasumi. Ten kosmetyk został mi polecony w Instytucie Kosmetycznym w Sopocie. Ma delikatny i bardzo świeży zapach. Od kiedy zaczęłam go regularnie używać nie mam problemów z wysuszaniem skóry. Jeśli poszukujecie dobrego kremu na dzień to warto go wypróbować. Jest przede wszystkim dedykowany osobom mieszkającym w dużych miastach, spędzającym długie godziny przed ekranem komputera i przesiadających w klimatyzowanych pomieszczeniach (ja, ja i jeszcze raz ja). Obecnie na stronie został przeceniony o 30%.

   O produktach od ZojoElixirs piszę Wam regularnie. Tym razem uratował mnie ich kolagen. Pisałam  już parę razy, że miałam mega wielki problem z nadmiernym wypadaniem włosów. Czego to ja nie próbowałam przez te kilka miesięcy… ale najbardziej pomogły mi ampułki Seboradin (z tym, że one wzmagają szybszy porost włosów, nie do końca zatrzymują ich wypadnie) i regularne picie kolagenu. Każdy dzień zaczynam od szklanki letniej wody i dwóch miarek proszku. Efekty widać już po pierwszym tygodniu. Warto też taką kurację podtrzymać przez 3 miesiące, wtedy efekty są spektakularne – obecnie nie mam żadnych problemów z włosami i zero wyprysków na skórze. Może to przypadek, a może znalazłam antidotum na swoje problemy. Zojo Elixirs też możecie teraz kupić w lepszej cenie – kod „Zojo” daje 20% zniżki na wszystko. Uwaga! Rabat będzie ważny do końca wakacji (koniec dopiero 31.08.2021).

   I na koniec jedna z moich ulubionych marek, którą bardzo często polecam – czyli Balneokosmetyki. Teraz mają w ofercie nową serię kosmetyków, która bazuje na aloesie i ogórkach. Pachną niesamowicie – świeżo i naturalnie. W zestawie jest krem do twarzy oraz dwa produty do demakijażu. Olejek (polecam jeśli lubicie mocny makijaż, ale nie lubicie go potem zmywać przez dwadzieścia minut) i delikatną piankę. Ja na co dzień używam tylko podkładu, więc najczęściej korzystam z samej pianki. Po jej użyciu skóra jest bardziej naprężona i nawilżona. Kem natomiast działa na skórę kojąco i mocno nawilża. Produkty są bardzo wydajne – używam ich na codzień od 2 miesięcy i na pewno jeszcze wystarczą na kolejne dwa. Do końca czerwca możecie skorzystać z kod „czerwiec” – upoważnia do zakupów z 25% rabatem na cały asortyment.

   Jestem bardzo ciekawa Waszych komentarzy – koniecznie dajcie znać czy znacie jakieś fajne profile na Instagramie, z których można czerpać inspiracje? Lub chcielibyście się podzielić z nami Waszymi kosmetycznymi odkryciami? Albo porażkami? :D

 

Nasz czas wolny w pandemii – z czego zrezygnowałyśmy, a co robimy częściej?


    Czwartego marca, czyli pięć dni temu, minął dokładnie rok od ujawnienia pacjenta zero – pierwszej osoby zakażonej koronawirusem w Polsce. Jeśli wirus czyta ten wpis, to muszę go rozczarować – nie będzie tortu i życzeń urodzinowych, a już na pewno nie zaśpiewamy sto lat. Oczywiście są ludzie, dla których niewiele się w zasadzie zmieniło – po prostu siedzenie z piwem przez ekranem zamiast bycia synonimem życiowej porażki, stało się oficjalnym sposobem walki z pandemią i troski o innych. Jest też niewielka grupa dla której ostatni rok był – przynajmniej pod względem zawodowym – udany (pozdrawiam branżę przesyłkową i producentów sprzętu do home office). Jednak dla zdecydowanej większości, miniony rok był po prostu trudny. Dla tych młodszych, którzy nie pamiętają 1989 roku choćby jako momentu nagłego wypełnienia się sklepowych półek wcześniej uginających się wyłącznie od octu i żurku, jest to w zasadzie pierwsze w życiu historyczne wydarzenie o skali globalnej, którego są częścią i o którym ich dzieci i wnuki będą czytać w podręcznikach – zarówno tych z historii, jak i tych z biologii. Pandemiczna rzeczywistość ostatniego roku wywróciła nasze życie do góry nogami.
    
    Nigdy nie spędziłam w domu tyle czasu, co przez ostatnie 12 miesięcy. Mój synek ma już prawie rok i urodził się w twardym lockdownie. Wtedy cieszyłam się, że to nawet dobrze się składa – skoro mam siedzieć przez jakiś bliżej nieokreślony czas w domu, to przynajmniej nacieszę się noworodkiem. To było złudzenie, bo raz: w najgorszych snach nie przypuszczałam, że to potrwa rok (a już wiemy, że potrwa dłużej), dwa: wszystko ma swoje granice, w tym spełnianie się jako matka z czasów prehistorycznych, siedząca w jaskini w obawie przez mamutami i wilkami.

   Życie nie zna próżni. Jeśli ktoś jest przystosowany do aktywnego trybu życia, to nie wytrzyma psychicznie, jeśli nie znajdzie sobie zamienników tego, co kochało się i robiło wcześniej. Zamienniki te powinny pochłaniać tyle samo energii i emocji co pierwotne oryginały, bo inaczej będą po prostu słabymi zamiennikami, bardziej frustrującymi, niż dającymi atrakcyjną alternatywę. Znam historię gościa, którego brak możliwości treningów i ogólnopandemiczna depresja pchnęły do rowerowej kurierki – wozi po Gdańsku jedzenie rowerem (niezależnie od swojej normalnej pracy). Z jednej strony utrzymuje formę fizyczną (o dziwo wykręcając z niebieskim plecakiem lepsze wyniki niż wcześniej w ramach amatorskiej, sportowej aktywności (bo pizza musi dojechać gorąca), z drugiej ma poczucie, że dokłada swoją małą cegiełkę do podtrzymania funkcjonowania społeczeństwa przy życiu, a z trzeciej dorobi coś do zasadniczej pensji.

   Każdy z nas powinien sobie znaleźć sposób na takie przestawienie się na tory covidowej rzeczywistości. Z badań przeprowadzonych wśród Polaków wynika, że teraz więcej spacerujemy i doceniamy w ogóle jakąkolwiek aktywność na wolnym powietrzu. I to chyba nie są czcze deklaracje respondentów, bo o popularności spacerów przekonywaliśmy się w minionym roku wielokrotnie. Oglądamy seriale i filmy na Netfliksie i podobno w końcu drgnęło czytelnictwo (to jest chyba największe, pozytywne osiągnięcie wirusa, może jednak zasłuży na mały torcik na drugie urodziny). Przestaliśmy chodzić do kin i teatrów (tiaa, jakbyśmy masowo chodzili, szczególnie do tych drugich), na zakupy, do restauracji i knajp. Nawiasem mówiąc, wielkie odkrycie – przestaliśmy robić rzeczy, których robić się po prostu obecnie nie da. Pytanie brzmi, co się da robić?

Widoczne na zdjęciu ubrania sportowe pochodzą ze sklepu Oceans Apart. Marka ma kilka zestawów, które można ze sobą łączyć. Wszystkie rzeczy są minimalistyczne – nie mają wielkich, widocznych logo na środku bluzy. Jakościowo też w niczym nie odbiegają od znanych gigantów. Poza moim bezowym kompletem bardzo przypadł mi do gustu również ten zestaw – akurat zbliżają się moje urodziny ;). W tych ubraniach podoba mi się też to, że wcale nie trzeba być „szczupakiem” aby wyglądać w nich dobrze pokazując trochę ciała. Z kodem „MLE” przy zakupach za minimum 319 zł otrzymacie dwa prezenty z kolekcji Seamless. Można sobie wybrać dwie pary legginsów, dwa topy, albo top i legginsy. Czyli w cenie jednego zestawu można mieć dwa.

1. Aktywność fizyczna
   Tedros Adhanom Ghebreyesus, dyrektor generalny WHO, wśród zaleceń na czas pandemii zwrócił uwagę na znaczenie aktywności fizycznej. Dorośli powinni ćwiczyć minimum 30 minut dziennie, a dzieci – godzinę dziennie. U osób, które regularnie ćwiczą – minimum 3 razy w tygodniu – zdecydowanie sprawniej funkcjonuje układ odpornościowy i krwionośny, poprawia się wydolność organizmu, dotlenia mózg i komórki ciała oraz poprawia się stan zdrowia psychicznego.

   Tyle od „wujka dobra rada” z WHO, niestety rzeczywistość jest zupełnie inna. Od wielu miesięcy zostaliśmy pozbawieni możliwości chodzenia na siłownie, uczestniczenia w zajęciach grupowych, nawet przez pewien czas trzeba było biegać na zewnątrz w maskach – kto próbował ten wie, że prędzej można się tak udusić niż zrobić trening. Efekt jest taki, że tyjemy. Badania polskich dietetyków pokazują, że w minionym roku przytyło większość kobiet, zarówno tych, które wcześniej miały „właściwą” wagę, jak i tych, które już miały nadwagę (schudnąć „udało się” prawie wyłącznie kobietom, które przed pandemią miały… niedowagę, co z kolei powinno zwrócić naszą uwagę na wpływ obecnej sytuacji na naszą kondycję psychiczną). Dodajmy do tego fakt, że otyłość jest najczęstszą „chorobą współistniejącą” wśród pacjentów zmarłych na Covid-19 (ponad 30% wszystkich ofiar miało o wiele za wysoką wagę). Na pewno nie pomagają tutaj zamknięte siłownie, sale gimnastyczne czy korty tenisowe (nie chcę tutaj roztrząsać słuszności tych decyzji z pandemicznego punktu widzenia, niemniej ich efektem może być taka a nie inna kondycja fizyczna społeczeństwa).

   Nasza standardowa aktywność fizyczna musiała zostać przeniesiona na matę do ćwiczeń rozłożoną w salonie lub między szafą a łóżkiem. Motywacyjnie jest to kiepski układ. Z jaką koleżanką bym nie rozmawiała, rzadko spotykam się z opinią, że jest to świetna sprawa i treningi w domu sprawiają jej ogromną radość. Tutaj trzeba sobie powiedzieć jedną rzecz – często słychać reakcje – „po co Wam siłownia, ćwiczyć można wszędzie, teraz widać kto chodzi na siłownię, żeby poćwiczyć, a kto się polansować”. Oczywiście z reguły wypowiadaną przez osoby, które ostatni raz ćwiczyły na WF-ie w podstawówce, bo w liceum miały już zwolnienie na całe 3 lata z góry. Odpowiedź brzmi – niestety życie jest bardziej złożone. Po to wymyślono siłownie, pakiety, abonamenty, treningi umawiane na godzinę, żeby ludzie mieli narzędzia do zmuszenia siebie samych do aktywności fizycznej. Tak, czasem bardzo się nie chce ruszyć z kanapy, ale niemałe pieniądze już zapłacone, więc trzeba. Można złorzeczyć, że to jest w jakiejś formie nieuczciwe, bo ktoś uprawia aktywność fizyczną nie z samej wewnętrznej potrzeby, ale dlatego, bo nie chce zmarnować wydanych pieniędzy, ale liczy się efekt. Miliony ludzi na świecie dbają skutecznie o własne zdrowie dzięki takiej „niskich lotów” motywacji. Oczywiście są też tacy, jak Ross i Chandler, którzy mimo pakietów, abonamentów itd. w siłowni nie pojawią się ani razu – ale to zdecydowana mniejszość.

   Teraz tej motywacji nie ma – i dla wielu osób jest to problem. Pewnym półśrodkiem są zdobycze technologii, a więc Youtube, kanały trenerów, czy wręcz dedykowane aplikacje, które są namiastką regularnego odbębniania siłownianej pańszczyzny. Jakiś czas temu pytałam Was na moim instagramie z jaką „domową” trenerką lubicie ćwiczyć najbardziej. Moje Stories widziało 11 tysięcy osób, z czego 1614 osób zaznaczyło odpowiedz „z Ewą” , 1403 „z Anią”. Te odpowiedzi nie były zaskakujące – obydwie od wielu lat prężnie działają na swoich kanałach i skutecznie pomogły schudnąć wielu osobom. To co mnie zdziwiło, to bardzo dużo osób zaczęło pisać o Monice Kołakowskiej. Chociaż ćwiczę w domu od dawna nigdy o niej nie słyszałam. Wykonałam kilka jej treningów i są naprawdę fajne – za darmo. Ja mimo tego wróciłam do ćwiczeń z aplikacją Ani, bo jest dla mnie najprostsza i najszybsza w obsłudze. Przy wspomnianych problemach motywacyjnych dostęp do treningu musi być banalny, prosty i przyjemny. Łatwiejszy niż wybranie kolejnej pozycji w Netfliksie, bo obie aplikacje często walczą o ten sam czas (chociaż znam i takie osoby, które potrafią ćwiczyć z telefonem i jednocześnie oglądać Bridgertonów na laptopie).

   Tak na koniec tego akapitu jeszcze mogę dodać, że jeśli chcecie zacząć ćwiczyć w domu, bo już Was nosi, a na zmiany w obostrzeniach raczej się nie zanosi, to idealna na początek jest Monika Kołakowska. Spróbujcie zrobić z nią dwa/trzy treningi w tygodniu przez conajmniej cztery tygodnie. Nie więcej, bo na początku „zakwasy” są murowane. Jeśli założycie, że będziecie ćwiczyć codziennie (a nie oszukujmy się: prędzej czy póżniej wypadnie Wam jeden albo dwa treningi), to motywacyjnie psuje wszystko – najczęściej wtedy przestajemy ćwiczyć w ogóle. Osoby średnio zaawansowane będą zadowolone z treningów u Ani Lewandowskiej – warto śledzić jej Instagram, bo często można kupić dożywotni dostęp do aplikacji z 40% rabatem. Natomiast osoby, które lubią mocno się zmęczyć mają to zagwarantowane z Ewą Chodakowska – dla ambitnych polecam jej program „Hot Body” ;)

2. Wydarzenia kulturalne
   Kino zamieniliśmy na Netfliksa i Hbo Go. Obecnie puszczane tam filmy i seriale są tak dobre, że ta dziura jest dość dobrze zakopana. Podam trzy głośne tytuły: Gambit Królowej, Wiedźmin i 6 Underground. W ciągu czterech tygodni od premiery w serwisach internetowych zebrały przed ekranami odpowiednio 62, 76 i 83 mln gospodarstw domowych. Tak, gospodarstw, ponieważ widowni w Internecie nie da się liczyć osobami – ostatecznie Netflix czy Hbo nie wiedzą, ile osób siedzi przed ekranem, na którym wyświetlają swoje treści. Tak czy inaczej, są to bardzo dobre liczby, nie ustępujące wynikom „kinowym”.

   Czy przyczyniła się do tego pandemia? Na pewno w dużej mierze tak. Znam kilka osób, które w ostatnim roku kupiły telewizor wyłącznie do oglądania seriali i filmów dostępnych przez Netfliksa i jedyne co do niego podłączyły to kabel z Internetem.

   Czy podobne zjawisko dotknęło wydarzenia kulturalne? Czy korzystamy z ich wirtualnych wersji? Według przeprowadzonej przeze mnie ankiety (a jestem wybitnym badaczem i noszę sygnet ;)) na moim Instagramie, na pytanie „czy odwiedzasz wirtualne wydarzenia kulturalne” odpowiedz „nie” zaznaczyło 2960 osób natomiast „tak” tylko 485. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego typu ankieta ma swoje ograniczenia, niemniej taki wynik coś mówi. Obawiam się, że Czytelniczki bloga i tak zawyżyły populacyjny wynik i odpowiedzi „tak” w badaniu CBOS-u byłoby jednak znacznie mniej…
Z drugiej strony – trudno się dziwić. Czym innym jest film czy serial, który po prostu oglądamy – nie ma ogromnej różnicy, czy wyświetli go nam telewizor w salonie, laptop w łóżku, czy kinowy ekran. Z dziełami sztuki, takimi jak obrazy czy rzeźby, jest inaczej – tu chodzi o obcowanie z nimi, oglądanie z każdej strony po kilka minut i kontemplowanie ich piękna lub znaczenia. Z tego samego powodu trudno oczekiwać ogromnej popularności teatrów online. Po to idziemy do teatru, by na własne oczy zobaczyć pracę aktorów. Jeśli mamy oglądać ich na ekranie – to mamy od tego filmy i seriale. Na szczęście w przypadku muzeów i teatrów te rozważania są od 12 lutego hipotetyczne – te placówki są już otwarte i były nadal w momencie przygotowania tego wpisu (ale zakażenia na Pomorzu rosną jak szalone, więc kto wie). Mogę tylko Was zachęcić by, jeśli ciągle macie taką możliwość, skorzystać z niej – teatry rok były zamknięte, większość z nich po otwarciu przygotowała mnóstwo ciekawych premier. Jeśli zostaną zamknięte, kto wie, kiedy będzie można znowu je odwiedzić?

 Mój ulubiony smak to wanilia z lawendą. Dzięki produktom „Vegan Bowl” można w łatwy i szybki sposób przygotować wegański posiłek z niezbędnymi składnikami odżywczymi. Teraz z kodem rabatowym „VEGAN40” otrzymacie – 40% rabatu dla zamówień od 249 zł (dodatkowo 1 z 3 ebooków z przepisami do wyboru gratis). Udanych zakupów :)

3. Restauracje
   Czy zamknięcie restauracji spowodowało, że więcej gotujemy w domu? Z mojej ankiety wynika, że tak, bo tę odpowiedz zaznaczyło aż 70 procent osób. I trudno, żeby było inaczej. Osoby, które często jadły w restauracjach i raczej nie przygotowywały dużych posiłków samodzielnie stanęły przed wyborem – albo zacząć gotować samemu, albo zamawiać „wynosy”. Teoretycznie to drugie rozwiązanie umożliwia nadal spożywanie ulubionych potraw bez grama wysiłku, niemniej dla wielu osób nie liczyło się tylko samo jedzenie, ale też atmosfera, towarzystwo – to wszystko czego doświadczamy w restauracjach (przynajmniej tych niektórych). Odebranie spakowanej w folię aluminiową potrawy nie ma już tego czaru – więc sporo osób przerzuciło się na własnoręczne przygotowanie jedzenia. Trzeba też dodać, że opakowania na żywność, zwłaszcza tą gorącą, wykonane z plastiku, styropianu, a nawet z niektórych rodzai papieru, uwalniają szkodliwe składniki, które szybciej i łatwiej przenikają do jedzenia, a w konsekwencji do naszego organizmu. Podobno jako alternatywę wskazuje się brązowy papier w 100 proc. pochodzący z recyklingu, ale nie doświadczyłam go póki co w żadnej z trójmiejskich knajp.

   Siedzenie w domu to nie tylko więcej czasu na gotowanie, to także więcej czasu na jedzenie. Całe dnie na home office z lodówką wypełnioną jedzeniem na wyciągnięcie ręki – to nie może się dobrze skończyć. Dlatego, szczególnie teraz trzeba dbać o to, co się je. Z badań wynika, że osoby, które jedzą mało białka, częściej sięgają po jedzenie, a ich posiłki są bardziej kaloryczne. Nie oznacza to od razu, że koniecznie trzeba jeść mięso. Można je z powodzeniem zastąpić rybą, jajkiem albo porcją strączków. Zmniejszyć łaknienie pomoże też błonnik. Jako ssaki nie potrafimy co prawda go trawić, ale bez niego ani rusz. Błonnik rozpuszczalny w wodzie, którego źródłem jest miąższ warzyw i owoców, pęcznieje w przewodzie pokarmowym, zwiększając objętość zjadanego posiłku. Jeśli nie chce Wam się bawić w dietetyków i dbać o odpowiednią ilość błonnika w codziennych posiłków, to nic straconego – błonnik można świetnie uzupełnić w inny sposób niż zjadając pół kilograma cykorii. Ja staram się codziennie jeden posiłek zastępować dobrej jakości mieszanką „superfoods”. Polecam ten od Natural Mojo. W jego skład wchodzi między innymi granat, matcha i białko grochu. Wystarczy 2/3 łyżki proszku zmieszać z jogurtem i niskokaloryczny posiłek z błonnikiem mamy gotowy.
Wiem, że wiele osób tak robi – to znaczy dba od początku pandemii o swoje zdrowie bardziej niż wcześniej. Powszechna dezynfekcja to nie wszystko, w dalszym ciągu producenci notują wzrost popularności produktów naturalnych/BIO/organic/eko – żywności, kosmetyków czy środków czystości.

4. Zdrowie psychiczne.
   Wspomniałam o złotych żniwach firm kurierskich. Inną branżą, która nie może narzekać na brak klientów są psychoterapeuci. Niestety pandemia niesamowicie nas obciąża – trudno znaleźć inne wydarzenie w ostatnim dwudziestoleciu latach, które tak mocno i powszechnie wywoływałoby stres – od strachu o zdrowie swoje i najbliższych po typowe lęki natury zawodowo-finansowej. U kobiet częściej stwierdza się tzw. zaburzenia emocjonalne, tj. depresję, zaburzenia lękowe czy związane z traumą i stresem. W większym niż mężczyzn stopniu dotyka nas strach o miejsce pracy (bo niestety nadal w przypadku oszczędności kobiety są zwalniane częściej), a obecność partnera w domu wcale nie przekłada się na bardziej sprawiedliwy podział obowiązków domowych. Niestety nieporadność panów powoduje, że często prościej to wszystko zrobić samemu niż po raz setny tłumaczyć, co to znaczy kolorowe pranie, albo czego nie można suszyć w suszarce bębnowej…
Nie ma za bardzo zajęć pozalekcyjnych, które wyrwałyby dziecko z domu. W weekendy zamiast „zrzucić” dziecko do kogoś na urodziny lub do dziadków maluchy są z nami. Część z nas może pracować zdalnie, a to często oznacza bardzo nienormowane godziny – trzeba naprawdę porządnie trzymać się harmonogramu, żeby nie siedzieć przed komputerem kilkunastu godzin.

   W tym wszystkim warto pamiętać o dwóch złotych zasadach. Pierwsza dotyczy innych ludzi – utrzymuj serdeczne kontakty z tymi osobami, z którymi czujesz się dobrze i bezpiecznie. Które dają ci wsparcie i których Ty również chętnie wspierasz. Druga zasada dotyczy nas samych – nie bójmy się wydzierać z codziennej rzeczywistości czasu tylko dla siebie. Mamy do tego święte prawo i nikt nie może go nam odbierać.