
Wpis zawiera lokowanie marki własnej i marki Sensum Mare.
To nie wydarzyło się w liceum, kiedy niedoskonałości na skórze są właściwie jednym z obowiązkowych punktów programu. Nie wydarzyło się też w czasie, gdy szczególnie eksperymentowałam z pielęgnacją czy makijażem. Miałam grubo po trzydziestce, swoją sprawdzoną kosmetyczkę, dwie ciąże za sobą (czyli największe hormonalne huśtawki w życiu) i mniej więcej wiedziałam już, co mojej skórze służy, a czego lepiej nie stawiać nawet na półce w łazience. I dokładnie w chwili, w której powinnam raczej zacząć interesować się utratą kolagenu i kremami przeciwzmarszczkowymi, moja skóra postanowiła cofnąć się do okresu dojrzewania. Najpierw pojawiło się kilka drobnych stanów zapalnych. Potem kolejne. Wypryski przestały znikać po dwóch czy trzech dniach. Zamiast tego zostawiały po sobie czerwone ślady, a zanim jeden zdążył się zagoić, obok pojawiał się następny. „Nie dramatyzuj, zaraz minie” — powtarzałam sobie. Nie mijało. Wręcz przeciwnie.
Kto nigdy nie miał poważniejszych problemów z cerą, może mieć trudność z wyobrażeniem sobie, jak bardzo kilka małych czerwonych punktów potrafi zdemolować pewność siebie. To nie jest złamana noga ani życiowa tragedia. A jednak nagle zaczynasz myśleć o swoim wyglądzie inaczej. W samochodzie odruchowo opuszczasz lusterko i sprawdzasz, czy „to” nadal widać (oczywiście, że tak). Zaczynasz tłumaczyć się przed znajomymi ze swojego wyglądu, chociaż nikt o żadne wyjaśnienia nie prosił. Ba, dochodzisz nawet do absurdalnego wniosku, że powinnaś przeprosić innych za to, że muszą patrzeć na stany zapalne na twojej twarzy. Jakbyś przyniosła je na spotkanie w ramach jakiegoś niezbyt apetycznego performansu artystycznego.

top z trenem – MLE // dżinsy – Zara // klapki – Ancient Greek Sandals // torebka – Bottega Veneta // okulary – Shevoke
Wydawało mi się, że etap analizowania każdego centymetra swojej twarzy zostawiłam gdzieś dalekooo, dalekooo za sobą. Nigdy też nie należałam do osób, dla których wygląd był najważniejszą sprawą na świecie. Mam dzieci, pracę, firmę, terminy, rachunki i wystarczająco dużo prawdziwych powodów do zmartwień. A jednak rano stałam przed lustrem i chociaż rozsądek mówił jedno, to własne odbicie sugerowało mi, że jednak mam problem. Najgorsze było chyba to, że kompletnie nie wiedziałam, dlaczego nagle się to dzieje. Zaczęłam więc robić to, co robi prawdopodobnie każda osoba, która chce odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją: szukać winnego. Kosmetyki? Hormony? Stres? Jelita? Za mało snu? Dieta? Merkury w retrogradacji? Przez kolejne miesiące sprawdziłam chyba każdy z tych tropów. No dobrze, poza Merkurym.
Pragmatycznie podeszłam do tematu i zaczęłam od badań krwi, które nie przyniosły żadnej odpowiedzi. Wizyty i zabiegi u dermatologa pomagały, ale zwykle przez chwilę: tydzień skóra się goiła, a po trzech problem wracał. I chociaż dziś wiem, że w przypadku trądziku dorosłych rzadko istnieje jeden prosty winowajca, to jedna zmiana okazała się u mnie zaskakująco istotna. Tyle że przez długi czas w ogóle nie brałam jej pod uwagę. Albo — co chyba bliższe prawdy — bardzo nie chciałam brać. Bo trop prowadził prosto do mojej szuflady ze słodyczami.
A ja ze słodyczami zawsze miałam bardzo emocjonalną relację. Uwielbiam je. Są dla mnie nagrodą za trudy dnia, drobną ulgą w stresujących momentach i chwilą dla siebie, najlepiej wtedy, gdy nikt nie patrzy (nie piszę o tym, aby usłyszeć, że to nie jest dobre, piszę o tym, bo wiem, że są osoby, które też mają złe nawyki i ciężko im znaleźć motywacje do zmiany). Co ciekawe, jeśli chodzi o własne dzieci, bez najmniejszego problemu potrafię wygłosić wykład o tym, dlaczego słodycze nie są najlepszym pomysłem. Jak widać, kompetencje rodzicielskie i umiejętność stosowania własnych rad w praktyce to dwie zupełnie odrębne specjalizacje.
Nie było tak, że pewnego dnia wyrzuciłam cały cukier z domu i rozpoczęłam nowe życie z selerem naciowym w dłoni. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że ciastko owsiane, które upiekłam z dziewczynkami w domu, to jednak trochę inna historia niż trójpak Kinder Bueno zjedzony po cichu między kolacją a myciem zębów.
Poczytałam badania i postanowiłam zacząć od rzeczy, która wydawała mi się wykonalna: rezygnuję z kupnych słodyczy. Knoppersy, Schoko-Bonsy, czekolada z orzechami, Kinder Cards, wafelki, a nawet orzechowe cukierki Geisha — wszystko poszło w odstawkę. To znaczy, najpierw zjadłam wszystkie zapasy, bo przecież nie będziemy marnować jedzenia, a dopiero potem przestałam kupować nowe ;).
Nie zobaczyłam różnicy następnego ranka. I byłoby zresztą mocno podejrzane, gdybym zobaczyła. W tym samym czasie wprowadziłam też kilka innych zmian: wróciłam do nakładania makijażu palcami zamiast gąbeczką, zupełnie zrezygnowałam z ciężkich podkładów, zaczęłam bardzo dokładnie, dwuetapowo oczyszczać twarz wieczorem. Dlatego nie zamierzam dziś twierdzić, że odkryłam jedną cudowną metodę leczenia trądziku i wystarczy ominąć alejkę ze słodyczami w supermarkecie. Ale po mniej więcej trzech tygodniach zaczęłam zauważać poprawę. Najpierw przestały pojawiać się nowe stany zapalne. Potem stare zaczęły się wreszcie goić. Po kolejnych tygodniach różnica była już na tyle duża, że trudno było ją zignorować. Sama trochę nie chciałam w to wierzyć — głównie dlatego, że dużo wygodniej byłoby mi odkryć, że winny jest na przykład konkretny składnik kremu, który mogę po prostu wyrzucić do kosza i nadal spokojnie kupować Kinder Bueno.
Od tego skórnego kryzysu minął już prawie rok. Oczywiście od czasu do czasu coś na mojej twarzy się pojawia. Nie mam skóry z reklamy podkładu i chyba już pogodziłam się z tym, że nigdy nie będę jej miała. Jem też czasem deser, piekę z dziewczynkami ciastka i nie zamierzam spędzić reszty życia, uciekając przed kawałkiem tortu na urodzinach. Do kupnych słodyczy boję się jednak wrócić bo moja skóra bardzo wyraźnie zareagowała na tę zmianę. Zaczęłam się też zastanawiać, czy to, co zobaczyłam we własnym lustrze, ma jakiekolwiek potwierdzenie w badaniach.
I tu zaczyna się ciekawsza część tej historii. Bo okazuje się, że nauka nie mówi wcale: „zjesz czekoladę, dostaniesz pryszcza”. Związek między dietą a skórą jest znacznie bardziej skomplikowany — i właśnie dlatego dużo ciekawszy. Chodzi między innymi o indeks i ładunek glikemiczny, insulinę, IGF-1, stany zapalne, a nawet proces, który może wpływać na kolagen i elastynę. Domyślam się, że większość z Was ma silniejszy charakter ode mnie i w Żabce nigdy nie zagląda do działu ze słodyczami, ale gdyby jednak na blogu pojawiła się jakaś zbłąkana fanka Raffaello albo Kasztanków, to przygotowałam dla Was zestawienie badań, które najbardziej przemówiły mi do rozsądku.
1. Mniej zmian trądzikowych po 12 tygodniach diety.
W randomizowanym badaniu 43 osoby z trądzikiem przez 12 tygodni stosowały dietę o niskim lub wysokim ładunku glikemicznym. W grupie low-GL liczba zmian spadła średnio o 23,5, a w kontrolnej o 12. Poprawiła się też wrażliwość na insulinę. Ważne: grupa low-GL również schudła, więc nie można przypisać całego efektu wyłącznie zmianie ładunku glikemicznego.
Źródło: Smith R.N. i wsp., A low-glycemic-load diet improves symptoms in acne vulgaris patients: a randomized controlled trial, American Journal of Clinical Nutrition, 2007. PubMed.
2. Mniej stanu zapalnego — i to nie tylko „na oko”.
32 osoby z trądzikiem przez 10 tygodni stosowały dietę low-GL lub zwykłą dietę. W grupie low-GL zmniejszyła się liczba zapalnych zmian trądzikowych, ale naukowcy zbadali też próbki skóry. Stwierdzili mniejszy stan zapalny, mniejsze gruczoły łojowe i niższą ekspresję prozapalnej IL-8.
Źródło: Kwon H.H. i wsp., Clinical and histological effect of a low glycaemic load diet in treatment of acne vulgaris in Korean patients, Acta Dermato-Venereologica, 2012. PubMed.
3. Słodzone napoje i wzrost markera stanu zapalnego.
Już po trzech tygodniach 29 zdrowych mężczyzn piło przez trzytygodniowe okresy napoje zawierające różne ilości glukozy, fruktozy lub sacharozy. Po interwencjach poziom hs-CRP — markera ogólnoustrojowego stanu zapalnego — wzrósł o 60–109% względem wartości początkowych. To małe badanie i dotyczy napojów słodzonych, więc nie oznacza, że jedno ciastko wywołuje stan zapalny. Ale wynik jest zdecydowanie wart uwagi.
Źródło: Aeberli I. i wsp., Low to moderate sugar-sweetened beverage consumption impairs glucose and lipid metabolism and promotes inflammation in healthy young men, American Journal of Clinical Nutrition, 2011. PubMed.
4. A na koniec: czy to wszystko nie jest przypadkiem zbiegiem okoliczności?
W 2022 roku opublikowano systematyczny przegląd 34 badań dotyczących diety i trądziku. Wniosek? Wysoki indeks glikemiczny, wysoki ładunek glikemiczny i większe spożycie węglowodanów mają niewielki, ale istotny efekt sprzyjający trądzikowi, a związek ten potwierdzały również badania randomizowane.
Źródło: Meixiong J. i wsp., Diet and acne: A systematic review, JAAD International, 2022. PubMed.

Dietę zmieniłam. Ulubione marki kosmetyczne zostały. Pielęgnacja wróciła wreszcie do problemów odpowiednich dla mojego PESEL-u, zamiast ciągłego gaszenia kolejnych stanów zapalnych. Moja skóra od dawna nie podobała mi się tak bardzo. I chyba właśnie dlatego znów mam ochotę myśleć o pielęgnacji nie jak o akcji ratunkowej, tylko o czymś, co ma sprawić, że ten stan utrzyma się jak najdłużej. A skoro zmarszczki ponownie awansowały na pierwsze miejsce mojej listy problemów, to mogę oficjalnie uznać ostatni rok za sukces ;).
Sensum Mare to specjalista w tym temacie i polecam Wam serum z egzosomami, peptydami i adenozyną ukierunkowane na jędrność, nawilżenie i zmarszczki, kojąco-regenerujący krem z egzosomami, który wspiera barierę hydrolipidową i łagodzi zaczerwienienia, oraz antyglikacyjny krem-maskę pod oczy z egzosomami i peptydem, ukierunkowany na wygładzenie i oznaki starzenia. Kod MLE30 daje 30% zniżki na wszystkie produkty Sensum Mare i jest ważny do 31 sierpnia.
Jeśli dotarłyście aż tutaj, to mam świadomość, że tekst o ograniczeniu słodyczy zakończony przepisem na lody może wyglądać jak pewna niekonsekwencja. Pozwólcie więc, że się wytłumaczę. Te domowe lody kokosowe mają kilka składników, robi się je chwilę, a ponieważ ostatnio znikają u nas szybciej niż Schoko-Bonsy w moim poprzednim życiu, uznałam, że przepis powinien trafić również tutaj.
PRZEPIS NA DOMOWE LODY KOKOSOWE
Skład:
– 3/4 szklanki jogurtu naturalnego
– 3/4 szklanki mleczka kokosowego
– pół szklanki wiórków kokosowych
– 3 łyżki syropu klonowego
– pół szklanki śmietanki 36%

A oto jak to zrobiłam:
Do miski wlałam pół szklanki śmietanki 36% i ubiłam ją za pomocą miksera. Do ubitej śmietany dodałam jogurt naturalny, mleczko kokosowe, wiórki kokosowe i syrop klonowy (możecie użyć również innego słodzika typu syrop daktylowy). Wszystko delikatnie wymieszałam łyżką, a następnie przelałam do gotowych foremek na lody i umieściłam w zamrażalniku. Po około 3 godzinach lody były gotowe.

Na koniec pozwolę sobie na dość śmiałe połączenie Pascala z alejką ze słodyczami w Żabce. Jego słynny „zakład” można bardzo swobodnie sprowadzić do pewnej logiki: jeśli podejmujesz decyzję, która w jednym scenariuszu może przynieść ci dużą korzyść, a w drugim właściwie niczego ważnego nie tracisz, to może warto zaryzykować.
I trochę tak zaczęłam patrzeć na swoją decyzję o ograniczeniu kupnych słodyczy. Jeśli rzeczywiście mają wpływ na moją cerę — świetnie, właśnie znalazłam jeden ze sposobów, żeby jej pomóc. Jeśli za rok okaże się, że cała poprawa była dziełem przypadku, hormonów, zmiany pielęgnacji albo Merkurego, którego jednak zbyt pochopnie wykreśliłam z listy podejrzanych — też nic straconego. Bo niezależnie od tego, co zobaczę w lustrze, ograniczenie wysokoprzetworzonych produktów pełnych cukrów jest jedną z tych rzeczy, za które reszta organizmu raczej nie będzie miała do mnie pretensji. Pascal prawdopodobnie nie dokładnie to miał na myśli. Ale podejrzewam, że nie miał też w szufladzie Schoko-Bonsów.



1. Nasi dziadkowie znali patenty na upały. Architekci właśnie odkrywają je na nowo. 











Gdyby ktoś myślał, że w czerwcu nad polskim morzem nosi się bikini… Początek tego miesiąca nie zwiastował żadnej fali upałów.
Ukochane Lubiatowo, którego krajobraz wciąż się zmienia (ku naszemu niezadowoleniu).
Jazda konna w Folwarku Jackowo, opalanie w Sasinie i oczywiście obiad w Ewie Zaprasza (niektórzy przyjeżdżają do tej restauracji nawet z Krakowa ;)).
Konie na prawdziwym pastwisku. Wiele z nich miało swoje przejścia, ale odnalazły swój szczęśliwy przystanek.
1. Gdy nudzi Ci się powoli Twoje wnętrze, ale na myśl o remoncie od razu stwierdzasz, że jest ślicznie i jednak nic nie chcesz zmieniać. // 2. Gdy w końcu mogłaś spać do dziewiątej, ale od piątej nie możesz zmrużyć oka. // 3. Mini szampon, maska do włosów, balsam, płyn do mycia ciała i twarzy od Sensum Mare. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam na mój wyjazd pod namiot. A wiecie, że do 30 czerwca w
Nawigator taksówkarza – i od razu wiadomo, że jesteśmy w Paryżu!
Taka tam zwykła pierwsza lepsza uliczka w Paryżu. Ależ dobrą robotę wykonał ten Haussmann.
1. Gdy bardzo się śpieszymy, więc zamawiamy, co jest. // 2. Od lat wierzymy w nasze tenisistki i zawsze kupujemy bilety tylko na kobiecy finał – możecie się więc domyśleć, jaka to była radość, gdy okazało się, że niespodziewanie zagra w nim Maja Chwalińska. //
1. Krótka przerwa między gemami – przyglądam się więc widowni. // 2. Maja Chwalińska została pierwszą kwalifikantką w historii, która awansowała do finału French Open. Wcześniej żadna zawodniczka, która przebijała się przez kwalifikacje, nie zagrała w finale Rolanda Garrosa.
Łatwo podziwiać dwie godziny meczu, dużo trudniej pamiętać o tysiącach godzin treningów, których nikt nie ogląda. Będąc na trybunach, chyba łatwiej dojrzeć to, że oglądamy tak naprawdę człowieka z krwi i kości, który toczy właśnie najważniejszą walkę w swoim dotychczasowym życiu.
Niezależnie od tego, jak skończył się tamten mecz – Maja i tak sprawiła nam niesamowitą niespodziankę. //
Jeśli coraz częściej masz poczucie, że zaczynasz być brzydka i bez filtrów wyglądasz okropnie…
… I że Twoje ubrania do niczego się nie nadają…
… I że Twoje mieszkanie przestało Ci się już podobać…
… I że u Ciebie jest zawsze brzydka pogoda…
… I Twoja codzienność zaczęła wydawać Ci się nudna…
… I że jesteś złą mamą…
1. Gdy w radiu grają piosenkę "Torn" to millenialsom jakoś łatwiej wtedy wstać. // 2. Moje marne zbiory i stary pumpernikiel… zaraz coś z tego wyczaruję. //
„Dziś wiszą dumnie w salach polskich muzeów, ale zanim się tam znalazły, prowadziły zaskakująco bujne życie. Zaszywane w jedwabie, kradzione, darowane w prezencie lub przywożone jako pamiątki z podróży. Przenoszone z miejsca na miejsce albo ukrywane na długie lata. Mowa o dziełach najwybitniejszych mistrzów malarstwa europejskiego, które w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności trafiły do naszych rodzimych zbiorów.” To wielki talent opowiadać o sztuce tak, aby zainteresować każdego, nawet najbardziej zniechęconego słuchacza. Tę umiejętność posiada niewątpliwie Paweł Bień, a jego książka "
Być może o niektórych historiach tych obrazów słyszałyście, ale sposób, w jaki opowiada o nich pan Bień sprawia, że każdy wątek chcecie zapamiętać, aby umieć potem przekazać to dalej.
1. Szczypiorek czyli moje największe rolnicze osiągnięcie ostatnich lat. // 2. W sumie nie jestem pewna, czy jestem w piżamie i ubrałam na siebie byle co, aby wyjść po zioła na taras, czy jednak wymyśliłam cool zestaw na festiwal. //
Mój najwierniejszy asystent kucharza. Dba o zatowarowanie (albo jego brak). 
Trzynaście stopni, bo przecież połowa czerwca. Jak dobrze, że mam w swojej szafie naprawdę sporo swetrów.
MLExMORDOR, czyli comiesięczna sesja produktowa. Praca w taki dzień jest powtarzalna i trwa zawsze sporo czasu, ale i tak jestem dumna z tej zmiany, bo zdjęcia na stronie wyglądają teraz znacznie bardziej profesjonalnie. Mam wrażenie, że w MLE ogromną uwagę skupiamy na produktach, aby były dopracowane do ostatniej niteczki i potem brakuje nam już trochę tego zapału, aby móc zaprezentować efekty w odpowiedni sposób (Z kolei w dzisiejszej branży odzieżowej sukcesy odnoszą te marki, które robią dokładnie na odwrót ;)). A może to tylko moje subiektywne wrażenie?
1. z cyklu "Rozmowy dwóch CEO": "Asia, raz, dwa, trzy, ja zaklepuję ten
Poczułam pierwszą kroplę, więc wbiegam do środka – wiem doskonale , gdzie w Gdańsku schować się przed deszczem.
1. Za oknem grzmi, ale ja skryłam się w bezpiecznych murach galerii
Nicolas Grospierre kieruje obiektyw na budynki epoki modernizmu, obok których codziennie przechodzimy bez większych emocji. To, co zwykle wydaje się zwyczajne, nagle zaczyna wyglądać jak scenografia do futurystycznego filmu o przyszłości, który ktoś nakręcił kilkadziesiąt lat temu.
Czasem ciężko zdecydować, czy blokowiska i powojenny modernizm kochać, czy wyburzać. Wiele rozwiązań architektonicznych o światowym poziomie nie przetrwało zderzenia z bylejakością codziennego utrzymania. 
Dopiero teraz, po kosztownych remontach, odkrywamy zalety i skromną, ale na swój sposób fascynującą urodę takich dzieł architektury jak Dworzec Centralny czy katowicki Spodek. Trzeba uznać fakt, że każdy budynek stanie się obrzydliwy, jeśli przez 30 lat nie będziemy go myć, naprawiać i sprzątać.
Galeria NOMUS "Nicolas Grospierre. Permakryzys" 14.05 – 6.09.2026, Gdańsk.
A na parterze budynku, w którym mieści się galeria, możecie zjeść pyszną drożdżówkę, albo wypić pyszną kawę.
Pokazywać Wam więcej nieoczywistych miejsc związanych ze sztuką w Trójmieście?
A ten napis czekał na mnie tuż po wyjściu…
Czerwcowa puszcza za oknem.
Ja i koncerty to rzadkie połączenie, ale skoro Sopot jest taki "małomiasteczkowy"…
…to żal nie skorzystać z takiej okazji.
Chyba jesteśmy za młode na takie szalone wieczory ;).
1. Najlepsze polskie czerwcowe obiady. // 2. I najlepsze czerwcowe kwiaty…//
Kwitnący jaśmin to moja najlepsza motywacja do wspinaczki.
1. Herbata parzona na zimno. Znacie? Na pewno tak, ale wiem, że o dobrych rzeczach czasem warto przypomnieć (mi przypomniała o tym Meghan Markle, ale nie żebym oglądała jej program ;)). // 2. Upalne wieczory w Sopocie i podejrzliwi sąsiedzi. //
Herbatę parzoną na zimno polecam szczególnie tym z was, które nie przepadają za smakiem zielonej herbaty, ale chciałyby ją pić z prozdrowotnych względów. Herbata parzona na zimno jest zdecydowanie delikatniejsza, ma ładniejszy kolor i dużo przyjemniej się ją pije – jestem pewna, że gdy raz spróbujecie, to stanie się ona Waszym ulubionym rodzajem lipcowego nawodnienia.
Ja wybrałam „Green Lemon” od
Wystarczy dobrej jakości herbata z jakimiś owocowymi akcentami – zalewamy ją chłodną wodą i zostawiamy na godzinę.
Te dwie rzeczy razem oznaczają, że w mieszkaniu pachnie poezją.
"Slow" na Garnizonie.
1. Omlet, bo nawet ja uległam trochę tej białkowej propagandzie ;). // 2. "Drogi Panie Informatyku, niestety sweter padł i strona nie dziala. To znaczy swerter. To znaczy swerwer. To znaczy SERWER" – czyli ja i Monika gasimy poniedziałkowe pożary.
Nawodnienie od wewnątrz zamówiłam, a to od zewnątrz wyciągnęłam z torebki. Miło mieć taki krem do rąk, który nie dość, że pielęgnuje, to jeszcze cieszy oko. Te dwie tubki o nowoczesnym kształcie są od
1. Kocham tę spódnicę! // 2. Kompaktowy, ładny. Skuteczność oparta na składnikach naturalnych z kompaktowym designem może iść w parze. :). // 
Jeśli mainstreamowe treści dotyczące sztuki już Was męczą i potrzebujecie czegoś naprawdę wnikliwego, co rozgrzeje Wasze neurony do czerwoności, to ta pozycja Was nie zawiedzie (na tę książkę też działa kod do
Magia hamaka.
A tu magia Sopotu.
Udawajmy turystki, kupmy gofra!
Wszystkie trójmiejskie odcienie błękitów.
Analogowe życie. Trzeba się postarać, aby do niego wrócić, ale warto (zwłaszcza w wakacje).




Po takim spacerze lepiej od razu wystawić kącik ze zdrową lemoniadą z syropem z kwiatów bzu, niż co chwilę słyszeć, że komuś chce się pić.
Syrop z kwiatów czarnego bzu to mój ulubiony sposób na dobre nawodnienie wszystkich domowników. Nagle okazuje się, że wypicie 4 litrów w ciągu kwadransu nie jest dla nich żadnym problemem. Syrop jest od
Rodzinny wypad do stolicy zaczęliśmy już tradycyjnie od Łazienek. Był akurat Dzień Kobiet, świeciło piękne słońce, kaczki zażywały pierwszych słonecznych kąpieli, a ja marzyłam, żeby zatrzymać w miejscu tę beztroskę jak najdłużej.
Dziadek biegnie na pomoc wnuczkom. Czyżby dojrzały pawia?
W Warszawie zawsze jestem za krótko. Za krótko, żeby się z kimś spotkać, za krótko, żeby odwiedzić restaurację, którą chciałam, za krótko, żeby odpocząć i za krótko, żeby załatwić wszystko, co miałam do załatwienia. Wracam zwykle do domu z poczuciem, że mogłam to lepiej ogarnąć. Z pewnością pomocna byłaby tu umiejętność obiektywnego oceniania czasu. Na przykład na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie przeznaczyłam trzydzieści minut, a siedziałam tam blisko dwie godziny. Myślicie, że da się to jakoś leczyć?
1. "Autorka przy swoich zajęciach" autorstwa Marie-Nicole Vestier Dumont. W swoich czasach obraz był przełomowy, bo pokazywał coś rzadkiego: kobietę nie tylko jako matkę, czy ozdobę salonu, ale też jako profesjonalną artystkę przy pracy. To był sygnał, że kobiety mogą tworzyć i pracować, a nie tylko pozować. Dziś jednak patrzymy na ten obraz trochę jak na bardzo estetyczną wersję macierzyństwa: nie widać tu zmęczenia, artystyka ma ułożone włosy, maluje w pięknej jasnej sukni, jest uśmiechnięta. Dlatego obraz jest ciekawy podwójnie: kiedyś był symbolem emancypacji, ale dziś kobiety uznałyby to za zbyt wyidealizowaną sytuację. // 2. Nie było nam łatwo, ale niektóre z nas potrafiły wytyczyć nowe szlaki, dzięki którym dziś możemy więcej, a prawa przyznane kobietom są dla nas oczywistością.
Moja córeczka spytała o jeden z obrazów: dlaczego jest taki ważny i czemu mu się przypatruję. Powiedziałam, że jego autorka miała szczęście, bo w czasach w których żyła, kobiety nie mogły uczyć się malować – było to dozwolone tylko dla chłopców. W jej oczach widziałam wielkie zdziwienie. Ja z kolei czułam wdzięczność wobec kobiet, które przyczyniły się do tego, że dziś moje dziewczynki mogą bez przeszkód chodzić na swoje ukochane lekcje rysunku.
I pani Olga też jest. "KWESTIA KOBIECA 1550–2025" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – polecam gorąco tę wystawę, wciąż możecie ją odwiedzić.
No i kultowa już grafika, której historię pewnie większość z Was zna. W 1989 roku grupa aktywistek "Guerilla Girls" wykorzystała do swoich plakatów słynny obraz przedstawiający kobiecy akt („Wielka Odaliska”) i dokleiła jej małpią głowę. Po co? Zaczepny tekst “Czy kobiety muszą być nagie, żeby dostać się do Met. Museum?” umieszczony pod tytułem, mówi o niesprawiedliwym postrzeganiu kobiecej sztuki we współczesnym świecie – twórczość jedynie 5% artystek ma szansę na wystawę, podczas gdy 85% aktów przedstawia kobiecą nagość. Akcja była odpowiedzią na to, że MoMa zorganizowało wystawę „Międzynarodowy przegląd najnowszego malarstwa i rzeźby”, na której pokazano dzieła tylko czternastu kobiet na sto sześćdziesięcioro pięcioro uczestniczących. Przykry to dowód, że świat bardziej interesuje nasze nagie ciało, niż to, co chcemy przekazać.
I czas wracać! Następnym razem zrobię wszystko to, czego nie zdążyłam zrobić tym razem!
Tymczasem ja, pierwszego dnia wiosny.
Ta owieczka wymaga już chyba małego strzyżenia.
1. Ja, rok temu: "Tym razem naprawdę będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Również ja, w tym roku: "Ale tym razem, to już naprawdę, OBIECUJĘ, że będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Jassne… a teraz jadę do pralni… // 2. W nieładzie, w puchowej kurtce, idę grabić ogród. Ale popryskam się moim ukochanym Chanel 5, licząc na to, że dzięki temu w małym stopniu stanę się częścią tego magicznego, modowego świata. //
"Kasia, jeśli potrzebujesz pomocy, bo już nie masz siły grabić, to daj nam znak."
Gdy pogoda za oknem mało wiosenna, a w duszy już grają kolory. Kilka moich wyborów z Desenio.
1. Tulipany w wazonie i otwarte okna… znacie to uczucie? // 2. Rosół w wydaniu azjatyckim. Bo podobno jem za mało białka ;).
Długo myślałam o jakimś prima aprilisowym żarcie dla Was, ale uwierzyłam dziś już w tyle różnych dziwactw (między innymi w to, że miasto Sopot planuje wybudować zadaszenie nad molo), że nie będę się w to bawić – są lepsi ode mnie ;).
Nieważne co pokażę, i tak wszyscy pytają o ten obraz. "Un Po'Di Blu No1" wymiar 140×100 na płótnie (również od Desenio).
Bardzo cenię sobie marki, które nie dość, że produkują w Polsce, to dbają o środowisko. Marka Oio Lab współpracuje z polskimi Fundacjami i wspiera konkretne inicjatywy (między innymi z Fundacją Las na Zawsze, która zajmuje się sadzeniem młodych lasów i ochroną dojrzałych ekosystemów leśnych oraz z Fundacją MARE, która skupia się na ochronie ekosystemów morskich – szczególnie Morza Bałtyckiego). Ponadto, marka Oio Lab posiada certyfikat PETA, jest wegańska i wolna od okrucieństwa. A do tego wszystkiego minimalizują zużycie plastiku i używają ekologicznego (biofotonicznego) szkła.
A produkt, którego teraz używam, to holistyczne serum do twarzy. Ten kosmetyk pielęgnuje, ale jednocześnie daje efekt delikatnego makijażu: nawilża, wspiera mikrobom i przywraca blask a krycie to jedynie dodatek. Dostępny jest w trzech kolorach, a najciemniejszy może być stosowany jako bronzer. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% zniżki na wszystkie kosmetyki na stronie
Lata temu napisałam tekst o "Dziewczynach, które zawładną Warszawą". Wśród nich była Kamila, która z całą pewnością świetnie pasowała do tego tytułu. Po obejrzeniu jej
Przed…
… i po! Kupiłam na prezent, ale całkiem nieźle wyglądałby tu ten obrazek.
Szylkretowe guziki czy obciągane?
Praca w MLE ma różne oblicza, ale takie momenty uwielbiam! Przyszedł do nas pierwszy prototyp i dosłownie wstrzymałam oddech po tym jak go przymierzyłam.
A teraz mała odtrutka instagramowa, czyli temat numer 1 ostatnich dni w pracy. Przepięłyśmy MLE na nowy system i w związku z tym, wszystkie w zespole dostałyśmy małej nerwicy.
1. Gdy po przeczytaniu 10 mejli od Klientek o tym, że nie mogą dokończyć płatności, ty wiesz, że możesz w spokoju pić dalej matchę, bo informatyk mówi, że na jego komputerze wszystko działa :). A tak bez żartów. Chyba przetrwałyśmy najgorszy etap i wszystko już działa (a jeśli nie działa, to zgłaszajcie to do nas, a my będziemy reagować). // 2. i 3. No i podejmowane są też kluczowe decyzje. Ta na przykład jest prosta, bo przecież na pierwszy rzut oka widać, że próbka na dole jest lepsza ;). // 4. Znacie to ćwiczenie dla osób pracujących na telefonie? Dwie minuty z głową skierowaną w jedną stronę, a pote, w drugą. A dłonie mocno zadarte! Zakwasy gwarantowane. Tutorial
Dzień w którym bardzo się martwiłam, ale tym razem wszystko skończyło się dobrze. Cieszcie się Dziewczyny każdym miłym dniem!
Krzewy i drzewa jeszcze nie zakwitły. U nas, w Trójmieście, zawsze musimy dłużej czekać na zieleń (podobno, w porównaniu do innych regionów Polski, nawet dwa tygodnie).
"
Myślałam, że taki format będzie wciąż zbyt wymagający dla moich dzieci, ale te ilustracje i fascynujące opisy przyciągały jak magnez.
No kiedy one już wrócą z tego przedszkola i się ze mną pobawią?
"
Kod rabatowy MLE25 jest ważny do końca kwietnia, zarówno na "Sztukę cenniejszą niż złoto", jak i inne pozycje
Deser o nazwie "jeśli ładnie zjecie zupę".
1. Bez żadnych cukrów ani sztucznych dodatków – 100% pasty z miąższu kokosowego. Jest delikatnie słodka w smaku chociaż nie ma dodatku cukru. Uwielbiamy ją! // 
Pościel jest przejściem ze świata snu do rzeczywistości, pierwszą rzeczą, którą dotykamy w ciągu dnia i w której spędzamy 1/3 naszego życia. Nie wybierajmy jej przypadkowo. Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce i do tego ma przeróżne piękne opcje do wyboru.
A teraz pytanie do Was! Czy taka marynarka do Was przemawia? Szyć?
Był taki czas, kiedy uważałam, że "zdrowe słodycze" nigdy nie zastąpią tych od Kinder. A to jest jedna z najlepszych
Nie mogę się doczekać tej Wielkanocy. Planuję idealną równawagę między tradycją a bezczynnym bomblowaniem, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy.
Puk, puk, czy nasz kochany Narcyz w Gdyni jeszcze otwarty? Mamy alarm!
Bo w poniedziałek o 18:00 usłyszałam: "Mamo, a pamiętasz, że do jutra trzeba przynieść własnoręcznie zrobione wianki na konkurs?"
"Mamo, kupisz mi bazie na rynku?"
Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Newby Teas i Wydawnictwem Literackim, a także zawiera lokowanie marki własnej.
Co tam bałwan! Czas na prawdziwe iglo!
Luty był pasmem nowych wyzwań. Na przykład, w związku z pączkową akcją, nasz zespół musiał z dnia na dzień przygotować projekt potykacza :).
1. Ach, co to była za zima! // 2. Ten przepis na pączki jest idealny i nawet nie trzeba wyciągać miksera z szafki. Nie musicie czekać do kolejnego Tłustego Czwartku, aby zrobić go jeszcze raz.
Ja wiem, że ciągle gadam o pączkach, ale tegoroczny Tłusty Czwartek był po prostu najlepszy i nigdy go nie zapomnę! Jeszcze tylko rozwiesimy plakaty, rozstawimy potykacz, przygotujemy stanowisko z cukrem pudrem i nasza osobista mini-pączkarnia MLE rozpoczyna pracę!
1. Dieta pudełkowa. // 2. Bo gdy jesteś klientką MLE, to w Tłusty Czwartek nie czekasz w kolejce po gorące pączki. //
A do tego padał piękny śnieg!
Czy ktoś powiedział, że w Sopocie jest minus dziewięć, a my mamy sesję w wielkim hangarze?
– Co Ci się dziś śniło?
Lutowego szaleństwa ciąg dalszy. Nasze kurtki nie przestały jeszcze pachnieć pączkami, a my już wciągnęłyśmy się w kolejny marketingowy projekt – kampanię MLE na sezon wiosna/lato. Staram się do większości rzeczy w życiu podchodzić na luzie i ze świadomością, że dopóki moi najbliżsi są względnie zdrowi i bezpieczni, to niewiele więcej powinnam oczekiwać. Ale uwierzcie mi, że w przeddzień takiej kampanii, gdy wydajesz mnóstwo pieniędzy na sesję zdjęciową, nie mając żadnej gwarancji, że ona wyjdzie (a to od niej będzie zależał Twój biznes przez następnych kilka miesięcy) to naprawdę emocje sięgają zenitu. 





1. Tak to jest. Najpierw śmiejesz się z tych dziewczyn, co cieniują twarz samoopalaczem, a potem sama to robisz. Widziałam taki zabieg na kilku rolkach. Trochę się bałam, ale wyszło całkiem dobrze! Czasem Instagram nie kłamie. // 2. "Kasia, jak ty sfotografujesz samoopalacz, to naprawdę… //
Voila! Efekt za kilka godzin!
Jeszcze szybka rozmowa z Asią, abyśmy jasno określiły to, co nam jutro nie wyjdzie.
I w drogę! My myślami jesteśmy już z letnią kolekcją, ale widoki do Warszawy raczej polarne…
Jesteśmy już z Asią w oku cyklonu. Już niczego nie zmieniamy, nie nadgonimy, nie przywieziemy. Musimy zaufać fotografowi (a ten jest naprawdę nie byle jaki i do dziś ciężko mi uwierzyć, że bierze udział w tym projekcie) i niczym Elsa powiedzieć sobie "let it goooooł".
1. Stylistka, Alicja Werniewicz, przygotowała na sesję wiele par butów. Zgadniecie, którą z nich postanowiłam sobie zostawić? // 2 i 3. A teraz wjeżdża nowa scenografia. Pierwszy raz robimy sesję na taką skalę. // 4. Czy ktoś przypadkiem nie mówił, że "chmurna biel" będzie kolorem roku 2026? //
Przysięgam, że to jest najbardziej "cool" zestaw, jaki miałam na sobie od ostatnich dziesięciu lat. Aż mam ochotę zapytać co to za marka ;). Kurtkę i dżinsy znajdziecie już teraz w sprzedaży.
Bo szycie w Polsce, to naprawdę WIELKA rzecz. ;)
Ta sukienka pojawi się w MLE już jutro (06.03).
A to wykrój naszej idealnej marynarki.
Uwielbiam podróże, ale zdecydowanie nie lubię tego, jak mój organizm reaguje na zmianę jedzenia. Będąc daleko, zawsze tęsknię za swoją lodówką, gdzie czekają na mnie rosołki w słoikach, warzywa i kasze. Tutaj widzicie makaron z cukinią, jarmużem i pietruszką.
I kto niby twierdzi, że zima nie jest kolorowa?
Dżinsowa paczuszka od Chanel.
Dzień dobry Poznań! Wiecie co się właśnie wydarzyło?
MLE wyruszyło na podbój Poznania! Wpadnijcie do UMI – najpierw można przymierzyć, potem się zastanowić, a na końcu i tak jeszcze raz przeliczyć – po poznańsku. ;) 
Najpierw szneka z glancem, potem spacer po fyrtlu, a na końcu wpadnijcie do UMI obczaić MLE.
Ja wybieram z domowej kawiarki. A Wy?
A teraz zapiszcie sobie ten adres: UMI ul. Jackowskiego 24/U3, 60-511 Poznań.
Zdążyłam wybrać się jeszcze do kilku miejsc w Poznaniu. Czy tutejsi rozpoznają tę knajpę?
Pierwszy dzień w tym roku bez puchowej kurtki!
"Masło" znajduje się tuż koło UMI.
Poznań wydaje się być naprawdę super miejscem do życia. Cieszę się, że teraz MLE jest bliżej jego mieszkańców :).
Powrót do domu i obowiązki, które mnie nie ominą, nawet jeśli w ostatnich tygodniach czułam się, jakbym była na szczycie świata. Czyszczenie pędzli po malowaniu łowczyni demonów, umawianie wizyt lekarskich, przedszkolne wyzwania, małe awanturki o zjedzone żelki i cała masa wyzwań, które z perspektywy zawodowych sukcesów, mogą wydawać się błahe, a tak naprawdę, są najważniejsze na świecie.
Ostatnie podrygi Zimy. Powiem to szeptem, żeby nikogo nie zezłościć – będę za Tobą tęsknić, wróć do nas jeszcze kiedyś z tym swoim białym, miękkim, śnieżnym płaszczem.
Każdy, kto żyje dziś w miejscu, w którym można bezpiecznie wyjść na spacer po parku, jest wielkim szczęściarzem.
Wystawa w Pałacu Opatów, czyli idealny plan na niedzielne popołudnie.
1. Hockney w Gdańsku. :)) // 2. Odwiedzajmy wystawy w naszych miastach! Nie czekajmy na podróże do zachodnich stolic! //
W Pałacu Opatów zobaczycie też teraz kilka dzieł Olgi Boznańskiej – jednej z najważniejszych przedstawicielek polskiego modernizmu i sztuki portretu. Wystawę możecie zobaczyć do 29 marca (a jeśli zajrzycie tam we wtorki, to tego dnia wystawa jest za darmo). Więcej informacji znajdziecie
1. Performens młodych artystek pod tytułem "Mamo, ale dlaczego nie możemy tutaj jeździć na hulajnodze?". // 2. Minecraft Art.
Ten był super!
Przedwiośnie, jak się patrzy.
Typowe zagranie upadającej marki ;). Zaglądaliście już na dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą stronę marcowego wydania Vogue? W roli głównej nasza kultowa kurtka Tilburg (mamy ją w dwóch długościach).
"Love story", o którym pisałam w tym miesiącu. Serial jest infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, co oczywiście nie przeszkadza mi czekać na każdy odcinek w takim samym napięciu, jak w czasach, gdy na Polsacie leciał "Zbuntowany anioł".
Po zimie stulecia kończę luty na rowerze. 
Ciężko uznać, że na zewnątrz robi się zielono (chociaż chodziłyśmy już po ogrodzie z prawdziwą lupą w poszukiwaniu pierwszych tulipanów), ale ja w mojej kuchni czuję już pierwsze zwiastuny wiosny. Jednym z nich jest z pewnością przesyłka z zielonymi (a jak!) herbatami od Newby Teas. I to jest sygnał specjalnie dla tych z Was, którym przez zimę nadszarpnięto herbaciane zapasy.
Herbata jest zdrowa, pod warunkiem, że wybieramy tę dobrej jakości. Mam dla Was niespodziankę od marki Newby Teas – z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na całe zamówienie (z kodu możecie korzystać do 17 marca). Możecie więc śmiało robić zapasy! Od razu polecam Wam również ten
Moje nagłe zainteresowanie zieloną herbatą wynika też z pewnych planów, które mam nadzieję spełnią się jeszcze w tym roku. Kto wie? Może uda mi się spróbować prażonej hojichy?
Czy chowam właśnie ulubione smaki przed koleżankami? ;)
"Hau hau to stary japoński przepis na kluski, wiem jak go przygotować". Tak przynajmniej Portos powiedział mi na ucho zaraz po tym, jak próbował wskoczyć na kuchenny blat.
Nawet jeśli azjatyckie klimaty zupełnie Wam do bloga nie pasują, to obawiam się, że w najbliższych miesiącach może wkraść się tu kilka dalekowschodnich akcentów – przewodników, dań, sztuki, a może nawet mody? Zobaczymy! A w tym tygodniu zainspirowałam się daniem od "Rozkosznego" (znajdziecie go 
Gdy robisz porcję dla dwojga, ale jednak wszystko zjadasz sama.
Niezbity dowód na to, że nie tylko książki kucharskie mogą nas zainspirować do gotowania. "
Spróbujcie a potem mi podziękujcie! Z tym makaronem wszyscy jakoś dotrwamy do pierwszej świeżej fasolki szparagowej! :)






I ostatnia godzina otwarcia naszej pączkarni. Jak coś zostanie, to zabieramy do domu!

