Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Newby Teas i Wydawnictwem Literackim, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Luty w Sopocie bywa zwykle najspokojniejszym czasem w roku. Ale nie tym razem – niespotykane od lat mrozy i zamarznięta Zatoka Gdańska sprawiły, że wiele z nas, zamiast zapaść w zimowy sen, ochoczo korzystała z tej bajkowej aury.

   A jeśli chodzi o moje osobiste odczucia, to również nie zaliczyłabym minionego miesiąca do tych spokojnych i nudnych. Właściwie to nie pamiętam, kiedy ostatni raz działo się w moim życiu tak wiele. Zdecydowanie nie wszystko ujęłam na zdjęciach, ale myślę, że mimo tego, wyczujecie w tej dzisiejszej relacji dużo emocji. I chociaż dni mijały mi z prędkością światła i nie wszystko miałam pod kontrolą, to przecież doskonale wiem, tam głęboko w środku, że sama możliwość doświadczania i pokonywania codziennych trudności jest już absolutnie kosmicznym szczęściem.

  Świat pędzi w nieznanym kierunku i nie ogląda się na nas ani trochę. Nie sposób o tym nie myśleć. A jednak pamiętajmy, aby po wstrzymaniu oddechu, dalej robić swoje. Jeśli pewna niezmienność tego bloga daje Wam (złudne, bo złudne, ale jednak) poczucie stabilności, to jest nas więcej! Cieszę się, że tu wpadłyście i już nie przedłużam – zapraszam do mojego pamiętnika.

 

Co tam bałwan! Czas na prawdziwe iglo!Luty był pasmem nowych wyzwań. Na przykład, w związku z pączkową akcją, nasz zespół musiał z dnia na dzień przygotować projekt potykacza :).  1. Ach, co to była za zima! // 2. Ten przepis na pączki jest idealny i nawet nie trzeba wyciągać miksera z szafki. Nie musicie czekać do kolejnego Tłustego Czwartku, aby zrobić go jeszcze raz. Tu macie przepis. // 3. Kawa już jest. Czas na gorące mleko. // 4. Walentynki obchodziłam na reformerach – i dzięki temu odkryłam nowe super miejsce w Sopocie.  // Ja wiem, że ciągle gadam o pączkach, ale tegoroczny Tłusty Czwartek był po prostu najlepszy i nigdy go nie zapomnę! Jeszcze tylko rozwiesimy plakaty, rozstawimy potykacz, przygotujemy stanowisko z cukrem pudrem i nasza osobista mini-pączkarnia MLE rozpoczyna pracę! 1. Dieta pudełkowa. // 2. Bo gdy jesteś klientką MLE, to w Tłusty Czwartek nie czekasz w kolejce po gorące pączki. //A do tego padał piękny śnieg! 
Czy ktoś powiedział, że w Sopocie jest minus dziewięć, a my mamy sesję w wielkim hangarze?– Co Ci się dziś śniło?

– Miałam straszny koszmar…
Lutowego szaleństwa ciąg dalszy. Nasze kurtki nie przestały jeszcze pachnieć pączkami, a my już wciągnęłyśmy się w kolejny marketingowy projekt – kampanię MLE na sezon wiosna/lato. Staram się do większości rzeczy w życiu podchodzić na luzie i ze świadomością, że dopóki moi najbliżsi są względnie zdrowi i bezpieczni, to niewiele więcej powinnam oczekiwać. Ale uwierzcie mi, że w przeddzień takiej kampanii, gdy wydajesz mnóstwo pieniędzy na sesję zdjęciową, nie mając żadnej gwarancji, że ona wyjdzie (a to od niej będzie zależał Twój biznes przez następnych kilka miesięcy) to naprawdę emocje sięgają zenitu. 

Chyba pod spodem są moje klucze.  

Ten jeden czarny sweter, do którego nie jesteś przekonana, a potem chodzisz w nim non stop. 

Gdy chcesz być mamą na pełen etat, prowadzić dwie firmy, masz problem z tym, żeby robić rzeczy byle jak i znów dałaś się namówić na udział w sesji zdjęciowej, to znaczy, że na osiem godzin przed wyjazdem jednocześnie gotujesz kolację, robisz paznokcie, wyskubujesz slajma z dywanu i oglądasz olimpiadę. Żadnej z tych rzeczy nie robisz porządnie, ale przynajmniej masz poczucie, że nie marnujesz czasu.

Ach i jeszcze jedna rzecz, dzięki której stojąc następnego dnia przed mega zdolnym fotografem, zyskałam odrobinę więcej pewności siebie. Opalenizna od Azure Tan. 

Mamy 21:20, ja nadal niespakowana, a rano ruszamy punkt 04:00, więc podejmuję (męską?) decyzję, że jednak nie robię peelingu, choć powinnam, ale strasznie mi się nie chce. Gdybym jednak chciała wykonać idealną procedurę opalania, to na pewno użyłabym właśnie tego zestawu. Ale za to zrobiłam inny "myk" zgapiony z Instagrama. 

Mój niezbędnik za każdym razem, gdy w lutym muszę udawać, że jest lato. Organic Coconut „medium to dark” – pianka samoopalająca (do cieniowania potrzebny jest kosmetyk, który nadaje kolor, inaczej łatwo o krzywe rozprowadzenie). Tan Free Firm & Hydrate – nawilżające masło do ciała (użyte do zabezpieczenia miejsc bardziej podatnych na działanie samoopalacza). Streak Free Tan – rękawica do aplikacji samoopalaczy.  
Kod rabatowy MLE30 daje 30% rabatu na wszystkie produkty Azure Tan z wyłączeniem zestawów (można oddzielnie dodać do koszyka każdy produkt z zestawu i wtedy rabat będzie korzystniejszy niż w zestawie).  

1. Tak to jest. Najpierw śmiejesz się z tych dziewczyn, co cieniują twarz samoopalaczem, a potem sama to robisz. Widziałam taki zabieg na kilku rolkach. Trochę się bałam, ale wyszło całkiem dobrze! Czasem Instagram nie kłamie. // 2. "Kasia, jak ty sfotografujesz samoopalacz, to naprawdę… //Voila! Efekt za kilka godzin! Tutaj możecie zobaczyć filmik z cieniowania. Jeszcze szybka rozmowa z Asią, abyśmy jasno określiły to, co nam jutro nie wyjdzie.  I w drogę! My myślami jesteśmy już z letnią kolekcją, ale widoki do Warszawy raczej polarne… Jesteśmy już z Asią w oku cyklonu. Już niczego nie zmieniamy, nie nadgonimy, nie przywieziemy. Musimy zaufać fotografowi (a ten jest naprawdę nie byle jaki i do dziś ciężko mi uwierzyć, że bierze udział w tym projekcie) i niczym Elsa powiedzieć sobie "let it goooooł".1. Stylistka, Alicja Werniewicz, przygotowała na sesję wiele par butów. Zgadniecie, którą z nich postanowiłam sobie zostawić? // 2 i 3. A teraz wjeżdża nowa scenografia. Pierwszy raz robimy sesję na taką skalę. // 4. Czy ktoś przypadkiem nie mówił, że "chmurna biel" będzie kolorem roku 2026? // 
Przysięgam, że to jest najbardziej "cool" zestaw, jaki miałam na sobie od ostatnich dziesięciu lat. Aż mam ochotę zapytać co to za marka ;). Kurtkę i dżinsy znajdziecie już teraz w sprzedaży. Bo szycie w Polsce, to naprawdę WIELKA rzecz. ;) Ta sukienka pojawi się w MLE już jutro (06.03). 
A to wykrój naszej idealnej marynarki. 
Całą kampanię i kilka moich słów o marce znajdziecie w tym wpisieUwielbiam podróże, ale zdecydowanie nie lubię tego, jak mój organizm reaguje na zmianę jedzenia. Będąc daleko, zawsze tęsknię za swoją lodówką, gdzie czekają na mnie rosołki w słoikach, warzywa i kasze. Tutaj widzicie makaron z cukinią, jarmużem i pietruszką. I kto niby twierdzi, że zima nie jest kolorowa? 
Dżinsowa paczuszka od Chanel. Tutaj możecie zobaczyć, co było w środku. Dzień dobry Poznań! Wiecie co się właśnie wydarzyło?MLE wyruszyło na podbój Poznania! Wpadnijcie do UMI – najpierw można przymierzyć, potem się zastanowić, a na końcu i tak jeszcze raz przeliczyć – po poznańsku. ;) 
1. Może coś takiego w Trójmieście zmotywowałoby mnie do biegania? (A może nie.) // 2. Ja jestem nadal zakochana w tym swetrze.  // 

Najpierw szneka z glancem, potem spacer po fyrtlu, a na końcu wpadnijcie do UMI obczaić MLE. Ja wybieram z domowej kawiarki. A Wy?
A teraz zapiszcie sobie ten adres: UMI ul. Jackowskiego 24/U3, 60-511 Poznań.

Godziny otwarcia: 

wtorek – piątek: 11:00 – 18:00 

sobota – niedziela: 10:00 – 16:00 
Zdążyłam wybrać się jeszcze do kilku miejsc w Poznaniu. Czy tutejsi rozpoznają tę knajpę?Pierwszy dzień w tym roku bez puchowej kurtki!"Masło" znajduje się tuż koło UMI. Poznań wydaje się być naprawdę super miejscem do życia. Cieszę się, że teraz MLE jest bliżej jego mieszkańców :). 
Powrót do domu i obowiązki, które mnie nie ominą, nawet jeśli w ostatnich tygodniach czułam się, jakbym była na szczycie świata. Czyszczenie pędzli po malowaniu łowczyni demonów, umawianie wizyt lekarskich, przedszkolne wyzwania, małe awanturki o zjedzone żelki i cała masa wyzwań, które z perspektywy zawodowych sukcesów, mogą wydawać się błahe, a tak naprawdę, są najważniejsze na świecie. Ostatnie podrygi Zimy. Powiem to szeptem, żeby nikogo nie zezłościć – będę za Tobą tęsknić, wróć do nas jeszcze kiedyś z tym swoim białym, miękkim, śnieżnym płaszczem. Każdy, kto żyje dziś w miejscu, w którym można bezpiecznie wyjść na spacer po parku, jest wielkim szczęściarzem. Wystawa w Pałacu Opatów, czyli idealny plan na niedzielne popołudnie.  1. Hockney w Gdańsku. :)) // 2. Odwiedzajmy wystawy w naszych miastach! Nie czekajmy na podróże do zachodnich stolic! // W Pałacu Opatów zobaczycie też teraz kilka dzieł Olgi Boznańskiej – jednej z najważniejszych przedstawicielek polskiego modernizmu i sztuki portretu. Wystawę możecie zobaczyć do 29 marca (a jeśli zajrzycie tam we wtorki, to tego dnia wystawa jest za darmo). Więcej informacji znajdziecie tutaj1. Performens młodych artystek pod tytułem "Mamo, ale dlaczego nie możemy tutaj jeździć na hulajnodze?". // 2. Minecraft Art.Ten był super!
Przedwiośnie, jak się patrzy. Typowe zagranie upadającej marki ;). Zaglądaliście już na dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą stronę marcowego wydania Vogue? W roli głównej nasza kultowa kurtka Tilburg (mamy ją w dwóch długościach). "Love story", o którym pisałam w tym miesiącu. Serial jest infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, co oczywiście nie przeszkadza mi czekać na każdy odcinek w takim samym napięciu, jak w czasach, gdy na Polsacie leciał "Zbuntowany anioł". Po zimie stulecia kończę luty na rowerze. 

1. Czy fenomen Carolyn Bessette przeminie wraz z wiosną? Zobaczymy. // 2. Pędzę w stronę wiosny i czternastu stopni w weekend! // 

Ciężko uznać, że na zewnątrz robi się zielono (chociaż chodziłyśmy już po ogrodzie z prawdziwą lupą w poszukiwaniu pierwszych tulipanów), ale ja w mojej kuchni czuję już pierwsze zwiastuny wiosny. Jednym z nich jest z pewnością przesyłka z zielonymi (a jak!) herbatami od Newby Teas. I to jest sygnał specjalnie dla tych z Was, którym przez zimę nadszarpnięto herbaciane zapasy.Herbata jest zdrowa, pod warunkiem, że wybieramy tę dobrej jakości. Mam dla Was niespodziankę od marki Newby Teas – z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na całe zamówienie (z kodu możecie korzystać do 17 marca).  Możecie więc śmiało robić zapasy! Od razu polecam Wam również ten zestaw z czarnymi herbatami i ten z owocowo-ziołowymi smakami. Moje nagłe zainteresowanie zieloną herbatą wynika też z pewnych planów, które mam nadzieję spełnią się jeszcze w tym roku. Kto wie? Może uda mi się spróbować prażonej hojichy? Newby Teas od lat dba o moje herbaciane zapasy. Czy chowam właśnie ulubione smaki przed koleżankami? ;)"Hau hau to stary japoński przepis na kluski, wiem jak go przygotować". Tak przynajmniej Portos powiedział mi na ucho zaraz po tym, jak próbował wskoczyć na kuchenny blat. 
Nawet jeśli azjatyckie klimaty zupełnie Wam do bloga nie pasują, to obawiam się, że w najbliższych miesiącach może wkraść się tu kilka dalekowschodnich akcentów – przewodników, dań, sztuki, a może nawet mody? Zobaczymy! A w tym tygodniu zainspirowałam się daniem od "Rozkosznego" (znajdziecie go tutaj). Właściwie to po prostu go odtworzyłam, dodałam od siebie jedynie pastę tahini, szczypiorek i więcej ogórka. 

Składniki:
(dla dwóch osób)
 
2 łyżki masła orzechowego 
2 łyżki sosu sojowego 
1 łyżka octu ryżowego 
1 łyżka miodu 
1 łyżka oleju sezamowego 
szczypta płatków chilli 
1 łyżka tahini 
300 g makaronu (ja wybrałam makaron udon)
ogórek
kolendra 
szczypiorek 

Sposób przygotowania:

W głębokim talerzu dokładnie wymieszałam masło orzechowe, sos sojowy, ocet ryżowy, miód i tahini. Następnie w garnku zagotowałam wrzątek i wrzuciłam do niego na 3 minuty świeży makaron udon. Po trzech minutach dodałam makaron do miski z powstałym sosem. Szybko pokroiłam ogórka na kawałki, dodałam kolendrę oraz szczypiorek. Na koniec wymieszałam olej sezamowy z płatkami chilli i dodałam do makaronu. Bardzo proste, bardzo szybkie, bardzo smaczne. Rozkoszny dodał jeszcze tofu, ale ja pominęłam ten krok i dodałam więcej zielonych dodatków. 

Gdy robisz porcję dla dwojga, ale jednak wszystko zjadasz sama.  Niezbity dowód na to, że nie tylko książki kucharskie mogą nas zainspirować do gotowania. "Kuchnia" japońskiej autorki Banany Yoshimoto jest właśnie jedną z tych opowieści, które pomagają odnaleźć rytm i radość w zwykłych czynnościach. Najbardziej porusza sposób, w jaki Yoshimoto opisuje codzienność. Kuchnia, lodówka brzęcząca w środku nocy, proste posiłki — te drobne elementy stają się dla bohaterów czymś w rodzaju kotwicy, która pozwala przetrwać moment, kiedy życie nagle się rozpada. 

W czasach, gdy marnujemy mnóstwo czasu na skrolowanie, bezmyślne oglądanie cudzego życia i szybkie przyjemności, ta historia daje nam kopa, aby wrócić do konstruktywnych czynności. I odnaleźć w nich na nowo spokój.Spróbujcie a potem mi podziękujcie! Z tym makaronem wszyscy jakoś dotrwamy do pierwszej świeżej fasolki szparagowej! :)

Pierwsze dni marca pokazały mi bardzo wyraźnie jedną rzecz… że czas umyć okna! Żartuję! ;) Dziękuję za Waszą uwagę i odwiedziny – mam nadzieję, że w te cieplejsze dni też znajdziecie czas, aby tu zajrzeć, bo bez Was ten blog nie miałby najmniejszego sensu :*. 

 

*  *  *

Jeden dzień w Pączko-vanie MLE

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

  Tego nie było w moim bingo na ten rok. Tłusty Czwartek nie jest świętem o wysokiej randze duchowej, ani momentem, w którym dochodzi do jakichś szczególnych wzruszeń (chyba, że do łez doprowadza nas naprawdę pyszny pączek), a mimo to, ja na długo zapamiętam ten słodki dzień.  

  Od dłuższego czasu chciałyśmy zrobić z Asią coś dla Was, coś co sprawi, że poczujecie się wyróżnione, ale wczoraj to my, dzięki Wam, unosiłyśmy się nad ziemią. Do teraz wspominamy wszystkie te chwilę, gdy podchodziłyście do nas i pokazywałyście, co macie na sobie z MLE, jak długo to nosicie, jak wiele komplementów słyszałyście na temat swoich ubrań i w ogóle jak fajnie, że mogłyśmy tego dnia spotkać się chociaż na chwilę. Było mi strasznie zimno, ale dzięki Wam moje serce naprawdę rozgrzało się do czerwoności. No i wydałyśmy wszystkie 200 pączków!

  Mam nadzieję, że to dopiero początek naszej gastronomicznej MLE-kariery i za rok wrócimy do Was w kilku miastach! 

Punkt godzina dziesiąta ruszyłyśmy. Udało się zgodnie z planem, chociaż jeszcze godzinę wcześniej nic tego nie zapowiadało ;). 

Moja dieta pudełkowa. 

Nasz pączko-van stanął koło butiku Moodstore, jedynym miejscu w Trójmieście, w którym można kupić rzeczy MLE stacjonarnie. 

Chociaż rekordowe opady śniegu sprawiły, że ledwo dotarłyśmy na czas, to chyba nie mogłyśmy sobie wymarzyć bardziej nastrojowej aury, prawda?

Chwila przerwy na ogrzanie w Moodstore i wracamy ze świeżutką porcją pączków.  I ostatnia godzina otwarcia naszej pączkarni. Jak coś zostanie, to zabieramy do domu!

Po dzisiejszym dniu wiem jedno: AI nie wygeneruje ciepła pączka w Twojej dłoni. A wyjście zza ekranu bywa czasem naprawdę fajną przygodą. Dziękujemy za Waszą obecność!

 

*  *  *

Tłusty czwartek – słodkie świętowanie z MLE i przepis na pączki

  Uznajmy, że skoro już ta tradycja istnieje i zdarza się tylko raz w roku, to trochę szkoda z niej nie skorzystać. Tłusty Czwartek — legenda głosi, że kto tego dnia nie sięgnie po choć jeden pączek, musi liczyć się z brakiem szczęścia przez resztę roku. Nie jestem przesądna, ale gdy stawka jest tak słodka, wolę nie igrać z losem.

  Zacznijmy od tego, że od dawna nie wdaję się w te głupie dyskusje o nadzieniach. Każdy (powtarzam: k a ż d y), kto zjadł w życiu tyle pączków co ja, wie doskonale, że najlepsze są te bez zbędnych dodatków w środku, delikatnie twarogowe, zwane przez niektórych „gdańskimi” (a przez innych: „powód, dla którego warto biegać w lutym”). Można je jeść jedną ręką — stojąc w kuchni, odprowadzając dzieci do przedszkola, biegnąc na spotkanie z księgową albo czekając na kolejke. I można ich zjeść dużo.

  Poniżej znajdziecie mój ukochany, dokładny przepis. Z podanych proporcji wychodzi między pięćdziesiąt a sześćdziesiąt małych pączków. Jeśli jednak jesteście z Trójmiasta lub okolic, nie zawracajcie sobie głowy smażeniem. Usmażymy je za Was. W Tłusty Czwartek włóżcie na siebie cokolwiek, co kupiłyście w MLE i przyjdźcie na Garnizon, a my poczęstujemy Was pączkami z naszego pączko-vana (butik Moodstore, ul. Norwida 6/u3, Gdańsk). Zaczynamy o 10:00 i kończymy o 18:00 — albo wcześniej, jeśli zapasy się skończą.

  Na koniec dodam tylko jedno: coraz więcej rzeczy wydarza się tylko w wirtualnym świecie. Tym bardziej warto korzystać z okazji, kiedy coś dzieje się naprawdę. Żaden algorytm nie wygeneruje uczucia ciepła na dłoni, w której trzyma się świeżego, pachnącego, jeszcze ciepłego pączka.  

Składniki:

 500 g twarogu  

4 żółtka

140g cukru  

1 laska wanilii

 100 g śmietany 18%

 2 czubate łyżeczki sody oczyszczonej

 470 g mąki pszennej

 

  A oto jak to zrobić:

1. Rozgnieść w misce twaróg, dodać żółtka, cukier oraz wnętrze laski wanilii. Śmietanę wymieszać z sodą i również dodać do miski z twarogiem. Wsypać mąkę i wymieszać wszystkie składniki.  

2. Wyłożyć masę na stolnicę i krótko zagnieść powstałe ciasto. Podzielić je i ulepić z nich kulki wielkości orzecha włoskiego. Do szerokiego, dużego garnka wlać olej i rozgrzać do 180 stopni. Partiami wkładać pączki, tak aby każdy miał odstęp.  

3. Smażyć na złoty kolor, po około 1,5 minuty z każdej strony. Wyłowić łyżką cedzakową i ułożyć na papierze aby wchłonął nadmiar tłuszczu. Posypać cukrem pudrem.

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marą Olini i Francine&Mat, a także zawiera lokowanie marki własnej i linki afiliacyjne. 

 

  Fajny był ten styczeń. Taki nie za krótki. Właściwie to był jak wielka zimowa epopeja. Miesiąc, który zwykle jest czasem wyciszenia, tym razem był niekończącą się mroźną opowieścią, w której wszyscy graliśmy podobne postacie. Każdy spacer stał się małą (i nieco ryzykowną) przygodą, a spadające temperatury grały pierwsze skrzypce we wszystkich programach informacyjnych ostatnich dni.  

  Przy tych niecodziennych okolicznościach działo się u mnie wszystko to, co dziać się powinno. Codzienne obowiązki, praca, szukanie pomysłu na obiad, podróże, ferie, problemy i małe radości. Nic nie staje się wolniejsze ani szybsze w związku z tym, że za oknem zawierucha i temperatury jak na księżycu. Z jedną małą różnicą – przy wszystkich niedogodnościach i trudach, które przyniosła ze sobą ta zima, jedno trzeba jej przyznać. Będzie niezapomniana.  

  Zaparzcie więc sobie herbaty, zaciągnijcie koc aż po pachy. Spróbuję Was przekonać, że styczeń był jak serial, którego nikt nie wybrał, ale wszyscy oglądali go z ciekawością.  

 

Początek stycznia był dla mnie jak wejście do szafy skrywającej przejście do Narnii. Autor powieści, C.S. Lewis, widział w szafie symbol dziecięcej wyobraźni — tej niezwykłej zdolności, która potrafi zamienić najzwyklejszy mebel w portal do innego świata. I właśnie takie drobne, niemal baśniowe czary obserwowałam w pierwszy dzień nowego roku. Był kulig, było suszenie przemoczonych ubrań przy kominku, było bieganie między pokojami wśród śmiechu i pisków. A ponad tym wszystkim unosił się kojący spokój: świadomość, że choć świat wokół zmienia się nieustannie, dzieci wciąż odnajdują radość w tych samych, niezmiennie prostych zabawach.
 
Ten moment, gdy widzisz siebie sprzed 32 lat :). Najlepsze prezenty przychodzą na koniec. Dziękuję Chanel za odrobinę mroźnego blasku na mojej skórze. Gdy chcesz być idealną mamą, więc zabierasz dzieci na drugi w tym dniu zimowy spacer, na który one nie chcą iść jeszcze bardziej, niż na ten pierwszy (za karę musiałam nosić ich „bałwanka” przez 3 kilometry, bo przecież trzeba go zabrać do domu).
// czapka – prototyp MLE // rękawiczki, chusta, spodnie – MLE // kurtka – 303 Avenue (kupiona w 2023 roku) // buty – Inuikii // Pierwsza herbata na mrozie zawsze smakuje wyjątkowo!
Kroniki Makelifeeasier – Ciekocinko. Rok 2026.  1. Sprawdzam na ekranie telefonu, czy moje włosy nadal wyglądają idealnie ;). // 2. Niech to się tu wysuszy, a my idziemy grać w Jengę. // To ten produkt – zima w płynie. Pięknie rozświetla i pachnie No5. 1,2 i 4. Kocham święta i ciężko mi się z nimi żegnać, a jednocześnie odczuwam wielką ulgę, gdy udaje mi się uporać z choinką i toną ozdób w mieszkaniu. I gdy w pewne styczniowe popołudnie, z bólem serca, zakończyłam ten świąteczny pogrzeb i opłakałam każdą chowaną do pudełka bombkę, mój mąż powiedział, że według ChataGPT kolędy można śpiewać aż do 2 lutego, czyli do Święta Ofiarowania Pańskiego. I on, wraz z naszymi dziećmi, zamierza skorzystać z tej możliwości. Także czekał mnie wieczór z "Lulajże Jezuniu". Doprawdy, W S P A N I A L E. // 3. Kolejny rozdział pod tytułem "w MLE nie korzystamy z AI". W spadku po nagrywkach została mi ta góra masła. Nie zmarnowała się ani odrobina, bo w moim domu masło zawsze znika podejrzanie szybko.Idealny zimowy dzień w Trójmieście.  1. Jak dobrze, że w tym roku zrobiłyśmy w MLE najcudowniejsze rękawiczki (a ja nie ograniczyłam się do zostawienia sobie tylko jednego koloru). // 2. Jeśli jest Wam zimno, to idźcie z dwójką dzieci na lodowisko i próbujcie je uczyć jeździć na łyżwach. Gwarantuję saunę parową pod własną kurtką. Nie dziękujcie.  // Przyjechałam do gdańskiego schroniska w Alpach. Czy jakoś tak. Zapiszcie sobie to nowe miejsce na Garnizonie: SLOW1. Świetnie zaprojektowana przestrzeń. Surowa i przytulna jednocześnie. No i spotkałam moją Obserwatorkę! // 2. To nie jest oszroniona elewacja. To sufit, który wygląda niczym pokryty delikatną warstwą śniegu.  // 3. Nasz masełkowy Graz wciąż dostępny w MLE, ale w ostatnich sztukach. Gotowi na bardziej wiosenne kolory? // 4. Nawet zwykły omlet był naprawdę wyjątkowy. // "Asia, to moje rękawiczki, prawda?"
"Nie, moje."
"Chyba moje, bo je tu położyłam."
"Na pewno moje, bo też je tu położyłam."
Jeśli nie jadasz śniadań, to w SLOW zaczniesz. Wrócimy tu!1. Praca z domu oznacza mniej więcej tyle, że przygotowujesz sobie biurko, ale prawie w ogóle przy nim nie siadasz. // 2. Moja pierwsza książka w 2026 roku to…. ta książka jest jak namiastka prawdziwej podróży. Uwielbiam koncepcję tej serii przewodników, a Wenecja to chyba mój ulubiony (mam jeszcze Paryż i Tokio). // 3. Pogoda sprzyja tworzeniu kolejnej zimowej kolekcji :). // 4. Chyba czas o Ciebie zadbać, bo jesteś jakaś taka potargana. Ta lampa to jedna z tych rzeczy, która chyba nigdy mi się nie znudzi. //  Wracam do moich nierozwiązanych problemów. Frędzle, które miały być hitem MLE w kolejnej kolekcji FW 2026, wychodzą w produkcji tak drogo, że nikt by ich nie kupił. Nie ma to, jak ponieść pierwszą porażkę, jeszcze nim wyszło się z domu.   Na co nie wydam pieniędzy w 2026 roku? Na śliczne dziecięce ubranka wykonane w 100% z poliestru i akrylu. Na zabiegi medycyny estetycznej, których nie przetestowały wcześniej moje przyjaciółki :D. Na kosmetyki od influencerek, o których nie wiem nic poza tym, że są zbyt idealne, aby mogły być prawdziwe. Na jedzenie, które nie jest albo „mega zdrowe” albo „mega pyszne”. I na swetry. Za dużo o nich wiem, aby wybierać coś innego niż MLE.  
1. Mokro, zimno, zapachy trochę jak przy weneckim kanale. Widoki równie oszałamiające. // 2. Mam stosik zaplanowanych lektur na każdy miesiąc roku i dopóki ich nie przeczytam, nie kupuję nic nowego. (Chyba, że dacie mi znać, czy któraś z tych nie jest przypadkiem beznadziejna.)  // 

Sopot o 16:30. Za dwa miesiące będziemy tu podziwiać pierwsze tulipany. 

Pamiętam, jak lata temu po raz pierwszy odwiedziłam Cortinę d’Ampezzo we włoskich Dolomitach. I jak bardzo byłam zachwycona tamtejszym stylem. Mieszkańcy tego miasteczka pięknie łączyli modę z regionalnym rzemiosłem (a przyjezdni próbowali to podłapać). W oczy rzuciły mi się tam też białe dżinsy noszone dosłownie przez wszystkich. Przy minus dziesięć. Cóż to była za ekstrawagancja te piętnaście lat temu! A że lecę na imprezę Après-ski (to nic, że w Gdańsku) wskoczyłam właśnie w białe dżinsy. A co! Całe zamieszanie wynika oczywiście z nowej książki Zosi o Tyrolu. 

Ja: Och, dziękuję bardzo, ale ograniczam słodycze.  
Obsługa: Ok. Następny!  
Również ja: To w takim razie poproszę podwójną porcję.  

Fikka i tyrolskie klimaty to naprawdę świetne połączenie. A skoro już mowa o Tyrolu…Móc raz w roku, przez kilka dni, zobaczyć te widoki, to dla mnie zawsze największa nagroda. Nawet jeśli sporo czasu spędzałam pod kocem w swetrze, bo jak każda zapracowana mama, najbardziej lubię chorować na urlopie.     Nie mogę uwierzyć w to, co Włosi umieją wyczarować z pomidora, czosnku i kilku listków bazylii. I to zajmuje im 3 minuty. I jedzą to nawet moje dzieci. Czary. Val di Fiemme. Region, który traktuję trochę jak drugi dom. 
Każdy ma już swoje plany na tydzień. Chociaż naprawdę nie wiem, co oznacza plan na niedzielę. Mała przypominajka, że na blogu pojawił się cały artykuł o Cortinie w przeddzień Igrzysk. 

Gdy wydaje Ci się, że wyjeżdżasz z zimowej krainy i żegnasz się ze śniegiem, a okazuje się, że w domu czeka na Ciebie pogodowy kataklizm.

1. "Kasia, gdzie Ty poszłaś? Miałyśmy usiąść do ogarniania KSEF-u!" // 2. ​Nie wiem, czy to jakiś rodzaj psychologii krańców świata, ale ludzie znad morza wyjątkowo często mają słabość do gór. Jakby samo dotarcie do miejsca, gdzie coś się kończy – woda albo skała – pomagało poczuć się lepiej. A nasze Zakopane od ponad stu lat działa jak magnes, nie tylko jako miejscowość, lecz także jako obietnica intensywności. Wystawa "Pociąg do Zakopanego" dobrze łapała tę atmosferę i bardzo chciałam ją zobaczyć. Marzenia jednak mają to do siebie, że świetnie radzą sobie w teorii, a codzienność wciąż upiera się przy swoim. Zamiast pociągu – album. Zamiast wernisażu – kanapa. Dobre i to. Dziękuję DESA za tę namiastkę góralskiego życia.  //Miłe zadanie w pracy, czyli szukanie inspiracji do nowej kampanii MLE. Uwierzcie mi, że tym razem będzie to coś wyjątkowego. Poniedziałek na hołmofisie. Jak myślicie, Portos bardziej pomaga czy jednak przeszkadza?"Witkacy" Michała Zaborowskiego. Czy ten obraz nie jest rewelacyjny? Wystawa "Zakopane, Zakopane" do obejrzenia na ulicy Pięknej 1 w Warszawie do 12 lutego.  1. Wigilia, wigilii, wigilii […] wigilii Tłustego Czwartku to jeden z moich ulubionych dni w roku. // 2. Przepraszam, coś przerywa, muszę kończyć. // Nie pamiętam takiej zimy w Sopocie. Wiecie, że coraz więcej badań udowadnia, że chłód (niekoniecznie w wersji ekstremalnej) jest dla nas zdrowy, wzmacnia odporność, spowalnia procesy starzenia, zwiększa wydolność i możliwości regeneracyjne, a jego ciągłe unikanie może mieć negatywny wpływ na nasze ciało?  Ok. Nie poddajemy się i próbujemy dalej.1. Toteme. Marka założona przez jedną z pierwszych skandynawskich ifluencerek. // 2. Ostatni rzut oka, bo dziś ma przyjść odwilż.  Moje cele na dziś? Nie zrujnować efektów wczorajszej pracy i wrócić do domu z suchymi skarpetkami.  //Podobno w moim Gdańsku pierwszy raz od 16 lat wydarzyło się to… Czyli jednak to nie AI. (A chodzenia po Motławie i innych zamarzniętych rzekach nie polecam).Temperatura w kuchni wynosi 15.5 stopnia. Chyba wyciągamy świeczki z pieca kaflowego…
Utwór „Zima” Vivaldiego tak idealnie pasuje do tego, co teraz dzieje się w Sopocie, że aż przechodzą mnie ciarki (albo to ta śnieżka, która właśnie rozbiła się o mój kark).      "Sopotarktyda" i kilka zamarzniętych kadrów.Obita kość ogonowa za 3…2…1. Nie pamiętam takiej zimy. A Wy?
1. Ostatnie zdjęcie i… telefon zamarzł. // 2. Do truskawek i szparagów, jeszcze trochę czasu, ale robimy, co możemy, aby w tej styczniowej diecie było "trochę zielonego". Uprzedzając Wasze pytania – sweter pojawi się w najbliższy piątek. //
Bo w taką pogodę nawet sałatka musi mieć w sobie gorące składniki. Brukselka i ziemniaki to może nie jest szczyt naszych marzeń, ale wystarczy chwila, aby zrobić z nich zdrowy posiłek. 

Składniki: 

świeża brukselka (jedno z niewielu zielonych warzyw, które można teraz kupić w warzywniaku) 
ziemniaki (tu również nie więcej niż pół kilo wystarczy, łącznie mamy już kilogram)
szpinak
rukola 
orzechy pekan
​oliwa 
koperek 
sól i pierz do smaku 
pasta miso 
tran z Olinii o ulubionym smaku (ja tutaj polecam cytrynowy – pasuje do warzyw) 

 

Warzywa dokładnie myjemy. Brukselkę obieramy i kroimy na pół. Ziemniaki porządnie szorujemy i kroimy na kawałki. Zaczynamy od ziemniaków, które obtaczamy w oliwie, paście Miso, soli i odrobinie przypraw. Najpierw wrzucamy na blachę ziemniaki na 20 minut (w 180 stopniach) a po upływie tego czasu, dodajemy brukselkę skropioną oliwą i doprawioną solą i pieprzem. Gorące warzywa wrzucamy na talerz razem ze szpinakiem i rukolą. Doprawiamy solą, pieprzem, dorzucamy koperek oraz ulubione orzechy, a na koniec polewamy wszystko tranem od Olini (w ogóle nie ma zapachu ryby, a cytrynowy posmak, świetnie podbija smak dania). 

Przemycam zdrowe oleje do naszejd diety, jak tylko potrafię. Ten tran o smaku cytrynowym od Olini naprawdę świetnie pasuje do warzyw (danie nie może być bardzo gorące). Moje dzieci niechętnie jadłyby taki olej z łyżki, ale fasolkę szparagową z takim dodatkiem, to jak najbardziej (polecam też spróbować z  tostem z awokado).  (jak klikniecie w link, to od razu nalicza się na niego mój rabat). :) 

A tu kilka bardzo ważnych faktów o tranie Olini: producent ma certyfikat Marine Stewardship Council (MSC), który potwierdza, że ryby, z których jest tworzony, łowione są zgodnie z rygorystycznymi Standardami Zrównoważonego Rybołówstwa. MSC przyznaje się na 5 lat konkretnym rybakom, którzy prowadzą połowy określonego stada. Co roku muszą oni poddawać się audytowi i stale usprawniać swoje działania. Zrównoważone połowy w mniejszym stopniu wpływają na ekosystem morski. Zapewniają też bezpieczną przyszłość rybackim społecznościom i ludziom z branży rybackiej. Jego TOTOX wynosi 5*. Tran cytrynowy ma także korzystny stosunek omega-3, omega-6 i omega-9 – 12,1:1:14. Dlaczego to ważne? Kwasy tłuszczowe pełnią różne role w organizmie, więc należy dostarczać je we właściwych proporcjach. Olej z wątroby dorsza jest poddany delikatnemu oczyszczaniu, dzięki czemu nie zawiera zanieczyszczeń – w tym metali ciężkich (np. rtęci, ołowiu), dioksyn i pestycydów (PCB).

Nie lubię drastycznych zmian i nie uważam siebie za zeschizowaną fanatyczkę zdrowej diety, ale obstawienie się w kuchni takim zestawem sprawia, że małymi krokami i niewielkim wysiłkiem mogę dbać o zdrowie całej rodziny. Jeśli chciałybyście zacząć, ale nie wiecie jak, to Olini naprawdę zna się na rzeczy. 
Na mojej tacy z olejami znajdziecie też olej z wiesiołka (świetny do sałatek albo smoothie), olej z czarnuszki (ten piję w formie shota, bo ma bardzo intensywny smak, ale uważam, że warto – jego udowodnione właściwości prozdrowotne naprawdę robią wrażenie) i tran o smaku pomarańczowym (do owsianek i innych słodkich śniadań, pasuje nawet do naleśników).Jak widać afirmowanie plaży i wakacji niektórym wystarcza, aby się rozgrzać.
Ale mi z całą pewnością afirmacje nie wystarczają. Po ostatnim spacerze na mrozie, byłam tak skostniała, że pierwszy raz od roku postanowiłam zrobić sobie gorącą kąpiel we własnej wannie. Tym bardziej, że dotarła do mnie taka paczka. Wydawało mi się, że kosmetyki, sposób ich zapakowania, zapach i tak dalej, nie mogą już na mnie zrobić wrażenia. A jednak produkty Francine&Mat sprawiły, że od razu miałam ochotę je otworzyć i użyć. 

Dobra. Na pierwszy rzut biorę puder do kąpieli i ten olejek. Marka Francine & Mat  jest nowa na polskim rynku, ale myślę, że lada moment stanie się bardzo popularna. Z kodem MLE10 otrzymacie rabat na wszystko do 18 lutego (z wyłączeniem zestawu 3 mgiełek, bo jest on już w obniżonej cenie na stronie). 

Wszystko gotowe, trudno uwierzyć, że czeka mnie taki relaks, aż tu nagle… Pająk wyłowiony garnkiem. Kąpiel uratowana. Polecam takie odmrażanie każdej mamie, babci i prababci :). Czy może być bardziej trafiony film na dzisiaj niż "Pojutrze", w którym zamarza pół kuli ziemskiej? Chyba nie, prawda? A jeśli nie chcecie wracać do starych klasyków, to polecam film "Jedna bitwa po drugiej", który jest już dostępny na różnych platformach streamingowych. 

No i witamy luty! Pamiętajcie o blogu, bo będzie się tu dużo działo w najbliższym czasie. A trzeba jakoś zapełnić czas do wiosny, prawda? Dziękuję Wam bardzo za uwagę i idę się jakoś rozgrzać!

 

*  *  *

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Farmina, Noteka, Veoli Botanica, Tori, Apimelium oraz zawiera lokowanie marki własnej.

 

  Zbieram wszystkie porozrzucane tematy z naszego stołu: listy z prezentami, umowy na grudniowe działania, moje chaotyczne zapiski, wstążki, które zamówiłam na Święta (ale już wiem, że skończą jako szaliki dla misiów), album o sztuce czekający na swój moment i cała masa spraw do załatwienia „jeszcze przed grudniem”.  To ten czas w roku, który mija najszybciej, chociaż – bez żadnych wątpliwości – chciałabym, aby trwał jak najdłużej. Panika idzie za rękę z ekscytacją – ten duet towarzyszył mi w listopadzie wyjątkowo często.

  Grunt to nie dać się wpleść w myślenie: „byleby było już po wszystkim”. O nie, nie, nie. Jeśli teraz odpuścimy, jeśli pozwolimy, by grudzień prześlizgnął się obok nas, to elfy nie będą zadowolone – one i tak mają już ręce pełne roboty i nie mają czasu zajmować się humorzastymi milenialsami przed czterdziestką, którym nie chce się piec pierników… Napisałam to, czy tylko pomyślałam?  

  Dałam sobie małego świątecznego kopniaka tym wstępem i… pomogło. Mam nadzieję, że Wy takiego nie potrzebujecie i z czystą przyjemnością spędzicie ze mną te kilka minut. Zapraszam na listopadowe podsumowanie. 

 

1. To było moje najdłuższe Halloween w życiu! // 2. i 3. Jak tu się dziwić, że jesień stała się gwiazdą Instagrama? // 4. Nie sądziłam, że moja stara książka "Szkoła malowania" jeszcze kiedykolwiek kogoś zainteresuje. Ale akwarele to bym już mogła nowe kupić ;). //  Zmierzam w stronę największej przygody ostatnich tygodni. Podobno obrabowanie Luwru ożywiło rynek sztuki, ale… Nie jest to najlepszy sposób na pozyskanie wartościowego dzieła. Trudno potem pochwalić się nim przy kolacji bez uwag o Interpolu. Znacznie rozważniej jest zaufać renomowanemu domowi aukcyjnemu, a potem kierować się własną intuicją i gustem. Bo pod koniec to my będziemy codziennie patrzeć na to dzieło. Z ogromną przyjemnością zapraszam Was na wyjątkową aukcję Desy, którą współtworzę w roli kuratorki. Magdalena Berbeka "Głowa meduzy" z 2025 roku. Ta rzeźba także znajdzie się na aukcji drugiego grudnia.A tu widzicie obraz Nikodema Szpunara. Kto nie chciałby mieć czegoś takiego w domu? 
Swoją drogą długo debatowałyśmy nad tym, jakim narzędziem operował artysta – macie jakieś pomysły? 
Tutaj link do jego profilu. Od lat pytacie mnie gdzie i jak zacząć kolekcjonować sztukę. Mam nadzieję, że ta aukcja będzie dla Was podpowiedzią. Na zdjęciu jeden z moich wyborów: obraz Anny Szprynger (tutaj znajdziecie jej profil na Instagramie). Jeśli macie coś w rodzaju zaufania do moich wyborów, to gorąco zapraszam Was do wizyty w Desa Unicum oraz do udziału w licytacji, która odbędzie się 2 grudnia, o godzinie 19:00 w Domu Aukcyjnym DESA Unicum na ulicy Pięknej 1A w Warszawie. Na licytację dzieł może przyjść każdy, kto ma ochotę. :) Tak się kończy zbyt długie przesiadywanie na wystawach i w muzealnych salach. Wracasz do domu i od razu chcesz coś zmieniać, przestawiać, a w najgorszym wypadku – sama zaczynasz malować (na szczęście tylko z dziećmi).1. To był ostatni moment na takie jesienne bukiety w domu. // 2. Deadline jest dzisiaj, a Ty w końcu osiągnęłaś odpowiedni poziom paniki, aby zacząć być produktywną. (Z wyrazami współczucia z powodu Black Week dla wszystkich firm.) // 3. Cafe Nero w Gdyni. Skąd fenomen tych kawiarni? Według założyciela tej sieciówki kluczową umiejętnością szefa jest zrozumienie, że warto zatrudniać ludzi mądrzejszych i lepszych w danej dziedzinie od siebie. Brzmi banalnie, prawda? // 4. Szarlotka Mojej Mamy. Podobno niektórym z Was wyszła ;). // Czekam na ciasto i mogę pracować dalej.Są ludzie, którzy czekają na piątek, aby wyjść z domu, spotkać się ze znajomymi, zrobić coś niezwykłego. Ja czekam na piątek, aby nie musieć spotykać się z nikim ;). Uwielbiam listopadowanie w domku!   1. Jeden silniejszy podmuch wiatru i to złoto zniknie.  // 2. Wiele z nas miało tego dnia wolne (10 listopada), ale w MLE paczki wychodziły, bo wiemy, że zaczęłyście już marznąć i czekacie na nasze swetry, płaszcze i kurtki. Czy Świętomarcińskie przysmaki to wynagrodziły? Pewnie nie, ale to nie znaczy, że nie można zjeść trzech. // Kiedy mówię listopad, myślę: gorący napar, spokojne wieczory w domu i zapach Portosa.  Portos, jak każdy spaniel, uważa, że to on jest najważniejszy w rodzinie i gdy czegoś mu nie pozwalamy, (na przykład porwania ze stołu naleśników dzieci) szczeka na nas i zachowuje tak, jakby chciał dać nam do zrozumienia, że to absolutny skandal. Ale są takie momenty, gdy staje się grzecznym i pokornym pieskiem. To dzień dostawy Farminy, która od lat dba o zdrowie Portosa i o to, aby nie musiał zjadać naszych naleśników.

Jeżeli nie możecie zdecydować się, jaka karma będzie dobra dla Waszego psa lub kota, to na stronie Farminy istnieje możliwość konsultacji z doradcą żywieniowym – gorąco polecam z niej skorzystać. Doradzi Wam także jak porcjować karmę, aby nie było jej za dużo albo za mało, uwzględni wszelkie alergie i podpowie w sprawie wyboru karmy. Wszystkiego dowiecie się po konsultacji. 

Farmina przygotowała dla Was wyjątkowo duży rabat z okazj Black Friday. Kod BLACKMLE da aż -40% na jednorazowe zakupy.  Maksymalna wartość zniżki to 250zł (kod jest ważny aż do 28.02.2026).
1. Ja dziś rano: nie zaczynam jeszcze żadnego przedświątecznego ogarniania. Jeszcze dużo czasu, bo przecież mamy dopiero połowę października (mamy, prawda?).  // 2. Też ja, kilka godzin później, ciesząca się jak dziecko i wyciągająca wszystkie świąteczne ozdoby.  //  Ten moment w roku, gdy walczą ze sobą dwa demony, czyli "to jeszcze za wcześnie" kontra… "W zeszłym roku o tej porze miałaś już ogarnięte połowę rzeczy, a i tak się nie wyrobiłaś!".  Nigdy, ale to N I G D Y nie rezygnujcie z tworzenia przedświątecznych wspomień, tylko dlatego, że efekty nie będą idealne.  Wiem, że gdybym narzuciła sobie stworzenie tych domków z piernika od zera, to istniałaby duża obawa, że w ogóle bym się za nie nie zabrała. (Ściany i dach z piernika kupiłam w Ikea.)Ten jeden wyjątkowy wieczór, który wydarza się kompletnie przez przypadek. 

I nawet po najdłuższym jesiennym dniu, ta krótka chwila dla siebie jest potrzebna. Nie zasnęłabym chyba bez dokładnego demakijażu, ale ten duet od Veoli Botanica sprawia, że ta krótka czynność nabiera innego wymiaru. 

Tonik Touch of Balance i emulgujące masełko seboregulujące Melt with Balance do zmywania makijażu i SPF dla skóry z problemami to nowości od Veoli Botanica. Tonik łagodzi moją skórę i przygotowuje pod dalszą rutynę pielęgnacyjną. Wieczorem zmywam twarz masełkiem emulgującym. Działa ono w taki sposób, że pod wpływem ciepła dłoni masełko przekształca się w olejek, który bardzo dokładnie zmywa makijaż i SPF. Skóra pozostaje oczyszczona, świeża i matowa. Ponadto, produkt jest idealny do skór problematycznych, gdyż zawarte w nim składniki (m.in. kapsułkowany kwas salicylowy) regulują wytwarzanie sebum i nie zaburzają bariery hydrolipidowej.  

Na Veoli Botanica trwa obecnie promocja z okazji Black Friday – tylko dzisiaj jest aż 40% rabatu na zakupy! Korzystajcie i róbcie zapasy (ja polecam też kropelki samoopalające, kremy BB czy olejek z płatkami róż). 

Opakowanie masełka zostało tak przemyślane, że ani się nie ubrudzicie, ani nie nałożycie za dużo kosmetyku. Bardziej gotowa do spania już nie mogę być! Jeszcze tylko siedem odcinków "Kulawych koni" i lulu!Ten jeden dzień, gdy dzieci mają wolne od przedszkola i wyciągają Cię do Centrum Nauki Eksperyment, ale tego dnia jedyne eksperymenty na które masz ochotę to sprawdzenie, jak długo zajmie dzieciom znalezienie Ciebie w kawiarni obok. Dorwałam! Myślę, że Zosia napisała tę książkę dla największej fanki Południowego Tyrolu – czyli dla mnie. Ale u Zosi na stronie też możecie ją zamówić.Jest pięknie, zimno i wilgotno – ale to akurat nic nowego (witamy nad morzem). Podobno, gdy w VII wieku osiedlili się na Pomorzu pierwsi Słowianie, to od razu zamówili sobie w internecie czapki i rękawiczki od MLE (65% super kid mohair). Ale możliwe, że coś pokręciłam.  1. Jednego dnia złote liście mienią się w każdym kącie, kolejnego zalewa nas mgła. Gdyby ktoś szukał pleneru do drugiej części Heweliusza, to Gdynia chyba się nadaje. // 2. A skoro już mowa o książkach Zosi… // To teraz jej przewodnik po Paryżu jest dołączony do prezentów TORI. I to z autografem autorki!

A jeśli nie wiecie, o czym mowa, to już tłumaczę. TORI to zestawy upominkowe, które można podarować na przykład z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Wyróżniają się jednak tym, że każdy drobiazg jest dobrze wyselekcjonowany i pochodzi z polskich manufaktur. W tym roku ma w swojej ofercie wyjątkowy upominek dla każdego, kto marzy o Paryżu. W eleganckim pudełku znajdziecie wspomnianą wcześniej książkę Zosi "Paris Brunch Travel" z autografem i całą masą przepisów inspirowanych Francją. Do tego pyszna herbata, świeca o zapachu cukrowych migdałów i pierniczki. 

Znaleziony w IKEA i nie wiem, czy jest piękny, czy wręcz przeciwnie. Nadaje się do biura MLE, które właśnie urządzamy? Czymże byłby listopad bez mojej ukochanej słodkiej paczki? Moje ulubione miodowe bombki, czyli wielki słodki zapas od Apimelium. Każdy inny, każdy w pięknym słoiczku, z przepyszną i zdrową zawartością. Z kodem MLE możecie zakupić miodowy zapas dla siebie z 5% rabatem, ale tylko do 6 grudnia. Dziś zaczynam pisać "Last Month" więc wyciągam największy dzbanek na herbatę!
Najpierw dam jedną łyżkę, a jak będą marudzić, to dopiero dam drugą. 
Fabryka Elfów w Gdańsku. Najweselsza sobota listopada, nawet jeśli dorośli wiedzieli, że nie wszystko jest prawdziwe ;). Gdy przeglądasz pinteresta i nagle widzisz swoje zdjęcie w… reklamie TEMU. 
Tyle tylko, że płaszcz to MLE a torba COS. No i zdjęcie pochodzi z mojego bloga z 2020 roku :D.Ruszamy z Black Week, no i szykujemy materiały na kolejne tygodnie w MLE. A do tego był nam potrzebny nasz sweter – idealny dla kogoś komu zawsze jest zimno, czyż nie?A po świąteczno-sylwestrowe kreacje zajrzyjcie za dwa tygodnie.  1. i 2. Ktoś musi nosić szpilki, aby ktoś mógł nosić kapcie. Chociaż akurat w tym przypadku chętnie byśmy się z Pauliną zamieniły. // 3. A może toczki w MLE? // 2. Czy ktoś powiedział "Dziadek do orzechów"? // Pióro Sailor z Noteki dostałam w prezencie. Dawno, dawno temu, miałam bardzo podobne pióro, które wiele dla mnie znaczyło. Zazwyczaj nie przywiązuję zbyt dużej wagi do materialnych rzeczy, ale to pióro to było akurat coś więcej. Pamiętam to ukłucie w sercu, gdy okazało się, że zostawiłam je na jednym ze spotkań autorskich mojej drugiej książki. Dzwoniłam i pytałam, czy gdzieś nie zostało, ale chyba ktoś się połakomił na tę błyskotkę. Jeśli szukacie wyjątkowego prezentu dla kogoś, kto wciąż sięga po tę staromodną metodę pisania "nie na klawiaturze", to dobre pióro będzie świetnym pomysłem :). 

Jeśli chciałybyście sprawić w prezencie komuś bliskiemu takie pióro lub inną piękną rzecz ze sklepu Noteka (uwierzcie mi, tam niemal każdy produkt to małe dzieło sztuki), to do 6 grudnia możecie skorzystać z rabatu. Kod MLE2025 daje 15% zniżki na wszystko. 

Nie wiem, czy czujecie już tę przedświąteczną presję, ale do Wigilii zostały niecałe cztery tygodnie (tak tylko przypominam). Mnie uspokaja robienie list, najróżniejszych: od planowanego menu, przez świąteczne aktywności na grudzień, prezenty dla bliskich czy imiona osób, które jeszcze muszę zaprosić. To daje mi złudne poczucie, że o niczym nie zapomnę. 

Okej, wszystko fajnie, ale gdzie w menu są pierogi?!Oblężenie magazynu MLE w czasie Black Week. To ten moment, w którym przez chwilę wychodzi się z magicznej krainy przygotowań świątecznych. Chociaż z drugiej strony można zrozumieć jak naprawdę czują się elfy Św. Mikołaja w grudniu. Dziś nic nie popsuje mi humoru. MLE ma swoją urodzinową, jubileuszową imprezę. Jesteście z nami już dziesięć lat! PS. My też w tym tygodniu mamy dla Was coś ekstra! Do 30 listopada możecie korzystać z kodu BF30 i daje on 30% na wszystko w MLE.Żeby dalej było nam tak wesoło! Mimo wszystko!Brut Bistro to stosunkowo młode miejsce na kulinarnej mapie Trójmiasta, ale przetestowałyśmy i dajemy znać – warto zajrzeć! Banana split. Po ten deser szczególnie warto tu przyjść. To była naprawdę szalona dekada i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. Dacie wiarę, że przez ten cały czas, mimo wielu niepowodzeń i kryzysów, nigdy się z Asią nie pokłóciłyśmy? I to na pewno nie jest moja zasługa :D. 

Dziękuję Wam za uwagę. To co? Widzimy się w grudniu? ;) 

* * * 

 

Preludium grudnia czyli przepis, którego potrzebujesz i prezent, którego się nie spodziewasz.

Wpis powstał we współpracy z PWN oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Grudzień jeszcze nie nadszedł, ale powietrze już zaczyna drżeć od tej charakterystycznej, zimowej obietnicy. Nazywam ten czas „chrupiącym listopadem” – trochę dlatego, że oszronione liście chrupią nam pod stopami nad ranem, a trochę dlatego, że jem teraz więcej kruchych ciastek. 

  W każdym razie, w tym krótkim okresie między codziennością, a magią, chciałabym podzielić się z Wami czymś, co otwiera świąteczny sezon lepiej niż pierwszy śnieg: przepis na szarlotkę. Nie byle jaką, bo Szarlotkę Mojej Mamy. Tę, którą piekła, kiedy odrabiałam lekcje przy kuchennym stole albo pytałam po raz setny "kiedy tata wróci z Warszawy", albo gdy suszyłam jej głowę, abyśmy zaczęły już robić coś, co przybliży nas do Świąt.  

  Ale to dopiero początek. W dzisiejszym wpisie mam dla Was więcej niespodzianek — takich, które wprowadzą nas w ten wyjątkowy nastrój delikatnie i powoli. Doczytajcie do końca!

 

PRZEPIS NA BEZGLUTENOWĄ SZARLOTKĘ MOJEJ MAMY

(sms od mojej mamy, że coś pokręciłam w przepisie za trzy, dwa, jeden…)

 

Składniki:

– 2 szklanki różnych mąk bezglutenowych (użyłam gotowej mieszanki mąk bezglutenowych oraz mąki ryżowej, kokosowej, migdałowej i kasztanowej)

– pół szklanki cukru trzcinowego + dwie łyżki do posypania

– łyżka cukru waniliowego

– pół łyżeczki proszku do pieczenia

– dwie szczypty soli

– 1 jajko

– kilogram jabłek (najlepiej renet lub innych twardych jabłek)

– szklanka przecieru jabłkowego

– kostka masła

– 4 łyżki cynamonu (albo więcej jak ktoś lubi)

– cukier puder (do posypania) 

– śmietana jako dodatek

 

A oto jak to zrobić:  

1. Mąki mieszamy razem z cukrem trzcinowym i waniliowym, solą, a także proszkiem do pieczenia. Czas na kostkę masła. Dobrze, aby było trochę schłodzone, ale nie za mocno (im lepiej schłodzone, tym lepiej wyjdzie kruche ciasto). Kroimy masło na drobne kostki i dodajemy do wymieszanych mąk. Wszystko ugniatamy dłońmi. Na koniec dodajemy 1 jajko i ponownie szybko ugniatamy. Gdy masa będzie już gotowa, dzielimy ją na dwie części. Wykładamy je po kolei na folię spożywczą. Robimy z ciasta  dwa płaskie naleśniki pasujące do formy, w której będziemy piec ciasto. Obydwa placki przykrywamy folią (tak, aby była z obydwu stron placków) i wkładamy do lodówki na minimum pół godziny.  

2. W tym czasie obieramy jabłka i kroimy w półksiężyce lub kostkę. Wyciągamy nasze dwie połówki ciasta z lodówki i pierwszą z nich umieszczamy w blaszce do pieczenia, uprzednio układając w niej papier do pieczenia. Moja forma była kwadratowa i miała wymiary około 28×28 cm, ale równie dobrze, możecie użyć okrągłą lub prostokątną formę. Ciasto układamy tak, aby wszystkie brzegi sięgały do końca, więc można je delikatnie ponaciągać (chociaż ja robię to byle jak i się tego nie wstydzę ;)). Pierwsze przygotowane w formie ciasto posypujemy trzema łyżkami cynamonu i łyżką cukru trzcinowego. Następnie układamy pokrojone jabłka i dodajemy przecier jabłkowy. Tak przygotowaną masę przykrywamy drugą częścią ciasta. Na wierzch posypujemy wszystko łyżką cukru trzcinowego oraz pozostałym cynamonem. Przygotowane ciasto wkładamy do piekarnika na sto osiemdziesiąt stopni bez termoobiegu i pieczemy przez pięćdziesiąt minut (albo do czasu, gdy będzie zarumienione).

3. Po upieczeniu posypujemy cukrem pudrem. Ciasto tuż po upieczeniu nieco się rozwala, ale po ostygnięciu trzyma formę. Ja podaję ciasto z łyżką śmietany (25%), albo śmietany wymieszanej z jogurtem. 

  A skoro powoli oswajamy się z myślą, że za chwilę zacznie się oficjalne odliczanie, przygotowałam dla Was nową playlistę. Taką niby wcale nie świąteczną, bo nie znajdziecie tam ani jednej piosenki o Rudolphie czy dzwoneczkach, które biją w rytm zakupowych kolejek. A jednak… gwarantuję, że wyczujecie w niej ten jedyny w swoim rodzaju nastrój: trochę nostalgiczny, trochę jak ciepłe światło lampy odbijające się w oknie, gdy robi się ciemno o szesnastej.  Sporo w niej romantycznych wątków, co samą mnie niezwykle dziwi. Mój pragmatyzm nie pozwala mi na bycie romantyczną (ekhm… co nie przeszkadza mi płakać słuchając KAŻDEJ piosenki Whitney Houston z filmu "Bodyguard"). 

  Więc tak — to będzie nieświąteczna, ale jednak bardzo grudniowa muzyczna rozgrzewka. Tło do pieczenia, do pracy, do nicnierobienia. Albo — kto wie — do pierwszych w tym roku wzruszeń.

 

Link do Playlisty

 

Specjalnie przed Black Friday uzupełniłyśmy zapasy naszego kultowego melanżowego swetra. To już ostatnia partia!

 

  MLE tańsze o 30% – takiego prezentu jeszcze dla Was nie miałam. Wiem, jak ciężko jest czasem dorwać rzeczy od mojej marki. Nie mówiąc już o sytuacjach, gdy są w obniżonych cenach – nasze serwery stają się wtedy prawdziwym polem bitwy. W tym roku chciałam, aby Czytelniczki bloga poczuły się w jakiś sposób wyróżnione i żeby mogły w spokoju zastanowić się, co najbardziej przyda im się z tegorocznej kolekcji. A więc – nim zacznie się ten cały chaos na Black Friday i połowa projektów zniknie ze sklepu – Wy już dziś możecie skorzystać z kodu.  

                                             

Kod: BFMLE

 

(do wykorzystania w sklepie internetowym MLE, ważny do 30.11)

  A gdy czekamy na ostygnięcie szarlotki (nikt nie czeka), sięgam w końcu po kolejną książkę Grażyny Bastek. I od razu przypominam sobie, że ktoś pożyczył ode mnie jej „Warsztaty weneckie” i nadal nie oddał! „Rozmowy obrazów” Grażyny Bastek to książka, która wciąga w muzealny świat tak, jak rzadko udaje się to przewodnikom — bez zadęcia, bez akademickiego tonu. Nie tłumaczy obrazów, lecz pozwala im mówić. Zestawia dzieła z różnych epok tak, jakby sadzała je przy jednym stole i obserwowała, co wyniknie z tej nieoczywistej kolacji. To książka, która przywraca sztuce głos, a czytelnikowi radość z patrzenia. Jeśli chciałybyście ją kupić (lub dać w prezencie) to mam dla Was kod rabatowy, który obniża cenę katalogową wszystkich książek papierowych dostępnych w PWN o 25%! Hasło to SZTUKA25. (Nie łączy się z innymi promocjami i jest ważny aż do 31 grudnia tego roku.) 
 

  Ten wpis ma być jedynie pierwszym, delikatnym akordem zbliżającej się magii— takim, który nie zdradza jeszcze wszystkiego, ale obiecuje, że najlepsze przed nami. A teraz zapraszam: częstujcie się gorącą szarlotką, włączcie muzykę, otwórzcie książkę, zamówcie wymarzony sweter, na który spoglądałyście od miesięcy (albo powiedzcie o nim temu panu z długą brodą). Grudzień może zaczekać jeszcze chwilę, ale przyjemność z drobiazgów — już nie.