If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

If you are interested in advertisment on the site about interiors, send the message here:

Jeśli chciałbyś wykupić reklamę na blogu poświęconym wnętrzom to napisz tutaj:

[email protected]

Kąpiele leśne

    Patience is not my strong suit. Even before the calendar summer starts, I'd like to spend my time just as if it was already July. In May, food tastes better when we leave our four walls. That's why I try to organise small picnics wherever it's possible. Last week, for want of better options, the curb on the main plaza of St Remy was enough for us. The leaves of a conspicuous sycamore were a protection against the Provençal sun, and we were able to enjoy sausages, marinated garlic, and hummus purchased at a stall. Another time, when we were finally able to enjoy our first warm evening, we spread a blanket on the Orłowo Beach – the best place to celebrate without any occasion.  

   My love for picnicking probably originated out of longing for Jane Austen's novels – she was a master of describing preparations, the hardship connected with it, and also the pleasure of feasting outdoors. Of course, my escapades differ to a great extent from the ones we know from "Sense and Sensibility" or "Emma", but you can assume that the ambiance is similar – ultimately, it's all about lugging many items to one place and then pleasantly spending your free time in the open air. Lack of a valet shouldn't be an obstacle here.  

   The magic of picnics isn't only about eating (even though it's a very pleasant activity in itself), but it's also about your surroundings. Spending time close to nature, observing blooming trees, the fragrance of grass, or the singing of birds have always improved my mood, even though I've never been able to grasp why. It turns out that a thing that has been an unsolvable riddle since my childhood has its justification in science.

* * *

 

   Cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Jeszcze nim kalendarzowe lato nadejdzie chcę spędzać czas tak, jakbyśmy mieli już lipiec.

 

   W maju jedzenie smakuje lepiej gdy opuścimy nasze cztery ściany. Usiłuję więc zorganizować małe pikniki wszędzie gdzie się da. Tydzień temu, z braku laku, wystarczył nam krawężnik na głównym placu miasteczka St. Remy. Liście okazałego platana chroniły nas przed prowansalskim słońcem, a my delektowaliśmy się kiełbaskami, marynowanym czosnkiem i hummusem kupionymi na straganie. Innym razem, gdy doczekaliśmy się pierwszego ciepłego wieczoru, rozłożyliśmy koc na orłowskiej plaży – najlepszym miejscu do świętowania bez okazji.

   Moja miłość do piknikowania wzięła się pewnie z tęsknoty za powieściami Jane Austen, która było mistrzynią w opisywaniu przygotowań, trudów z nimi związanych, ale i przyjemności wynikających z uczty na świeżym powietrzu. Oczywiście, moje eskapady różnią się znacznie od tych, które znam z „Rozważnej i Romantycznej” czy „Emmy”, ale można uznać, że klimat jest podobny – w końcu chodzi o to aby przytaszczyć ze sobą mnóstwo rzeczy, a potem miło spędzić czas na świeżym powietrzu. Brak lokaja nie powinien być przeszkodą.

   Magia pikników nie polega wyłącznie na konsumowaniu jedzenia (chociaż jest to samo w sobie bardzo przyjemne), ale również na otoczeniu. Obcowanie z naturą, obserwowanie kwitnących drzew, zapach trawy czy śpiew ptaków zawsze poprawiało mój nastrój, chociaż nie potrafiłam jasno określić dlaczego. Okazuje się, że to co od dzieciństwa było dla mnie niewyjaśnioną zagadką ma swoje uzasadnienie w nauce.

   I've always felt that forest is place that has a positive influence on me and that breathing fresh air filtrated through the tree crowns has relaxing properties and immediately takes my thoughts away from my straits. So far, I've had no idea that the so-called "forest bathing" is a renowned field of medicine in Japan. A book that opens the readers' eyes on the topic of walks close to nature, introducing us to a world that is seemingly familiar, yet never fully explained, has just landed in bookshops. While reading the table of contents and the introduction to "Shinrin Yoku: The Art of Japanese Forest Bathing", I was amused by the fact that someone would be teaching me how to stroll around forests. But let's get to the point.  

   It's difficult to oppose an obvious conclusion that we are a society "living inside". When we start analysing our day, week, month, we'll notice that we spend most of our time inside buildings – houses, offices, shopping malls. The more urban infrastructure, corporations, and concrete jungles, the higher our stress level, exposure to noise, and the feeling of confinement. It seems to us that the development of civilisation allowed us to become independent of nature. However, it is not public transport, buildings, the Internet, but the forest that can give us everything that we need to survive. Even though we've learnt how to get our food and build our shelters away from the forest, our biological conditioning make us unconsciously yearn this green place.

* * *

   Od zawsze czułam, że las dobrze na mnie wpływa, a oddychanie powietrzem przefiltrowanym przez korony drzew od razu odpręża i odciąga myśli od strapień. Do tej pory nie wiedziałam jednak, że tak zwane „kąpiele leśne” to w Japonii uznana dziedzina medycyny. Na księgarniane półki trafiła właśnie pozycja, która otwiera oczy na tematykę spacerów w otoczeniu przyrody, wprowadzając nas w świat pozornie znany, ale nigdy dokładnie nie wyjaśniony. Czytając spis treści i wstęp do „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych” trochę rozbawiło mnie, że ktoś miałby uczyć mnie spacerowania po lesie. Ale do rzeczy.

   Trudno jest nie zgodzić się z oczywistym wnioskiem, że jesteśmy społeczeństwem „żyjącym wewnątrz”. Gdy przeanalizujemy swój dzień, tydzień miesiąc, zauważymy, że większość czasu spędzamy w budynkach – domach, biurach, centrach handlowych. Im więcej infrastruktury miejskiej, korporacji i betonowych dżungli, tym większy poziom stresu, narażenie na hałas i poczucie zamknięcia. Wydaje się nam przy tym, że rozwój cywilizacji pozwolił nam od uzależnić się od natury. Tymczasem to nie komunikacja miejska, budynki, internet, a las potrafi dać nam wszystko, czego potrzebujemy do przeżycia. I o ile nauczyliśmy się zdobywać pożywienie i budować schronienie poza lasem, to nasze biologiczne uwarunkowania sprawiają, że podświadomie za nim tęsknimy.

W książce znajdziecie nie tylko teorię, ale wiele praktycznych porad dotyczących samych spacerów, praktykowania Shinrin-Yoku wraz z ćwiczeniami i instrukcjami, jak rozbudzić każdy zmysł. Dowiecie się jakie rośliny najlepiej oczyszczają powietrze (ja już rozglądam się za azaliami doniczkowymi), jakie olejki eteryczne warto kupić i co trzymać w domowej apteczce. Sztuka i teoria kąpieli leśnych jest także świetnym przewodnikiem. Jeśli kiedykolwiek będę wybierała się do Japonii, na pewno znajdzie się w moim bagażu.

    Is a simple stroll around the forest enough to tick off your "forest bathing"? It will surely have a positive influence on us, but that's slightly too little. The book is supposed to teach us how to maximally benefit from what nature has in store for us. How to pick the routes to decrease our blood pressure, how to stimulate our immune system, solve our problems with sleeplessness (it is said that the reason for it might be the lack of appropriate contact with plants). The philosophy of "forest bathing" is based on five senses that will be fully activated when they come in contact with greenery. The route isn't that important. It's important that you have no particular aim – it is a stroll that is supposed to be aimless; therefore, you don't have to rush anywhere because you don't have to reach any place, probably a situation that you haven’t experienced in a long time. And what if you haven't got a forest nearby? Dr Qing assures that it is enough to take a stroll along the paths of a tree-lined park or even a small plaza – it's all about looking at greenery – for the sake of everyday relaxation.  

   I recommend closing your laptops quicker today, hiding your mobile phones, and wandering around a forest or a park. And maybe you'll opt for something more than a simple weekend dinner and eat under a blooming apple tree? If Instagram has any kind of positive influence on our lives, it is surely the promotion of picnics. Actually, each self-respecting Instagram star has to prepare a photo shoot with a basket filled with more or less reasonable contents at least once a season – if you haven’t got an idea on what to take with you, you can find the answer, for example, on this profile. When you reach some kind of scenic glade, take off your shoes and walk barefoot for a while. Why? A comprehensive explanation is provided in the book, but I can promise you that you'll feel the answer deep down inside.

 * * *

   Czy zwykła przechadzka po lesie wystarczy, aby uznać „kąpiel leśną” za zaliczoną? Na pewno wpłynie na nas pozytywnie, ale to trochę za mało. Książka ma nauczyć nas, jak w pełni czerpać z dobrodziejstw natury. Jak wyznaczać ścieżki, by obniżyć ciśnienie, pobudzić układ odpornościowy, rozwiązać problemy z bezsennością (podobno jej przyczyną także może być brak odpowiedniego kontaktu z roślinami). Filozofia „kąpieli leśnych” opiera się na pięciu zmysłach, które w pełni uaktywniają się w otoczeniu zieleni. Trasa natomiast nie jest ważna. Ważne, by nie ustalać mety – jest to spacer, który nie ma mieć celu, dlatego nigdzie nie trzeba się spieszyć, bo zapewne pierwszy raz od dawna, nigdzie nie będzie trzeba dojść. A co jeśli nie masz w pobliżu lasu? Dr Qing zapewnia, że dla codziennego relaksu wystarczy drzewiasty park, a nawet skwerek – byle patrzeć na zieleń.

   Polecam Wam zamknąć dziś komputery szybciej, schować głęboko telefony i poszwendać się po lesie albo parku. A może zdecydujecie się na coś więcej i weekendowy obiad zjecie pod kwitnącą jabłonią? Jeśli Instragram ma jakiś pozytywny wpływ na nasze życie to z pewnością jest to propagowanie pikników. Właściwie każda szanująca się gwiazda tej aplikacji przynajmniej raz na sezon musi przygotować sesję z koszykiem wypełnionym mniej lub bardziej uzasadnioną zawartością – jeśli nie macie pomysłu na to, co zabrać ze sobą to znajdziecie odpowiedź na przykład na tym profilu. A jak dojdziecie już do jakiejś uroczej polany, zdejmijcie buty i pochodźcie chwilę boso. Dlaczego? Wyczerpujące wyjaśnienie znajdziecie w książce, ale ja Wam mogę obiecać, że odpowiedź poczujecie głęboko w sobie.

Co prawda nie zaprosiliśmy na piknik królowej Elżbiety (wiedzieliśmy, że jest zbyt zajęta przygotowaniami do ślubu jej wnuka, by przyjechać do Polski), ale odrobina zapożyczeń od brytyjskiej arystokracji jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Kieliszki znajdziecie w ofercie polskiej firmy Krosno. Monika: spódnica oraz body – MLE Collection (ta pierwsze dostępna już teraz, na drugie trzeba jeszcze poczekać ;)) // Gosia: sukienka – Tuluza od MLE Collection // Kasia: koszula – MLE Collection (dostępna niebawem), spodnie – Topshop (model Jamie) //

Sobotni poranek i kalendarz spotkań Make Photography Easier

   Lately, there were really only a few mornings when the sky was blue and the sun barged into my bedroom. The view behind the window is changing overnight. There are increasingly more red and golden hues, and fewer and fewer leaves on the trees. I like that period when the air becomes cooler and smells of damp soil – coming back to a warm house is extremely pleasant and you sometimes don't want to leave it at all. Especially if we get to experience an exceptional Saturday…

   In the past couple of weeks, I was writing much about my second book devoted to photography. Since the moment I finished the last chapter, I've had a lot of time to ponder over some issues, and now I can safely say that I'm really glad. I was able to include there many helpful guidelines and sneak a couple of observations that might encourage you to do some photographic experiments. Today, I'm filled with true pride – every now and then I receive your comments and messages, not to mention that you stop me in the street just to say a couple of warm words about my book. And less than a week has passed from the moment when "Make Photography Easier" finally reached its first readers! I'm also talking about myself, because it was only last Saturday that I could see a printed book with my own eyes.

    When on the Saturday morning, I heard someone knocking on the door, I was sure that it was my neighbour who wanted me to move my car because I blocked his ("yeah sure, probably with my bicycle") or another amazing offer to combine Internet connection with cable TV – which will be twice as expensive as my current one but I will gain access to a TV station that is fully devoted to plastic surgeries ("wonderful, I wasn't dreaming of anything else"). However, I was wrong.

    A second after I, with a grin on my face, bid the courier goodbye (and I propably slammed the door shut a little bit too fiercely because all of the emotions), I was already running towards the bed to unpack the book. It was a really pleasant moment. What was even more pleasant was yesterday's evening – I was moved and thunderstruck that there were crowds to meet me. In my wildest dreams I wasn't expecting that there will be so many smiling faces to welcome me. Thank you very much for everything and, at the same time, I'm pleased to invite you to the next meet the author sessions that will take place over the forthcoming months. You just have to take down the dates – I'm waiting for you impatiently!

  If you are interested in what yesterday's meeting looked like, you can visit my Instagram account (see it on Instastories). Also, answering the numerous questions about the sweater and the trousers: the sweater is from Mango, and the trousers are by MLE Collection – they should soon be available in the store. 

***

 

 Takich poranków, gdy niebo jest niebieskie a słońce wprasza się do mojej sypialni, było ostatnio naprawdę niewiele. Widok za oknem zmienia się teraz z dnia na dzień. Coraz więcej w nim kolorów złota i czerwieni, a coraz mniej liści na drzewach. Lubię ten okres, gdy powietrze staję się chłodniejsze i pachnie wilgotną ziemią – chętniej wraca się teraz do ciepłego domu albo w ogóle się z niego nie wychodzi. Zwłaszcza jeśli trafia się nam wyjątkowa sobota…

   W ostatnich tygodniach dużo pisałam Wam o mojej drugiej książce poświęconej fotografii. Od momentu, kiedy skończyłam składać ostatni rozdział miałam sporo czasu na przemyślenia i teraz spokojnie mogę powiedzieć, że jestem naprawdę zadowolona. Udało mi się zawrzeć w niej wiele pomocnych wskazówek i przemycić kilka spostrzeżeń, które być może zachęcą Was do fotograficznych eksperymentów. Dziś rozpiera mnie już prawdziwa duma – co chwilę dostaję od Was komentarze i wiadomości, nie mówiąc już o tym, gdy zatrzymujecie mnie na ulicy tylko po to, aby powiedzieć mi kilka miłych słów o książce. A przecież minął niecały tydzień od momentu, gdy "Make Photography Easier" dotarła w końcu do pierwszych osób! I mam tu na myśli również siebie, bo dopiero w minioną sobotę mogłam zobaczyć wydrukowany egzemplarz na własne oczy.

   Gdy w sobotni poranek usłyszałam pukanie do drzwi, byłam przekonana, że to sąsiad, który uznał, że zastawiłam jego samochód ("no na pewno, chyba rowerem") albo kolejna niesamowita oferta połączenia internetu z kablówką, za którą będę co prawda płacić dwa razy więcej, ale zyskam dostęp do stacji telewizyjnej w całości poświęconej operacjom plastycznym ("wspaniale, o niczym innym nie marzyłam"). Moje przypuszczenia były jednak nietrafione.

   Moment po tym jak wyszczerzona od ucha do ucha powiedziałam kurierowi "do widzenia" (i z emocji chyba ciut za mocno zamknęłam mu przed nosem drzwi), biegłam już w stronę łóżka, aby rozpakować paczkę. To była naprawdę miła chwila. Jeszcze milej wspominam jednak wczorajszy wieczór – byłam wzruszona i oszołomiona tym, że przyszłyście tak tłumnie na spotkanie ze mną. W najśmielszych snach nie spodziewałam się, że przywita mnie tyle uśmiechniętych twarzy. Dziękuję Wam za wszystko i jednocześnie mam przyjemność zaprosić Was na kolejne spotkanie w innych miastach. Koniecznie zapiszcie sobie daty – czekam na Was z wielką niecierpliwością!

03.10, 18:00 – Wrocław – Empik, Renoma, ul. Świdnicka 40, 50-024 Wrocław

05.10, 18:00 – Katowice – CH Silesia (przestrzeń ogólnodostępna), ul. Chorzowska 107 40-101 Katowice

12.10, 18:00  – Łódź – Manufaktura, ul. Drewnowska 58, 91- 002 Łódź

17.10, 18:00 – Gdańsk – Empik, Gdańsk, Galeria Bałtycka, Al.Grunwaldzka 141 poziom -1.

29.10 – Kraków – Targi Książki, godz. 13.00

   Jeśli jesteście ciekawi jak wyglądało wczorajsze spotkanie, to zapraszam Was na mój Instagram (na Instastories). Od razu też odpowiadam na Wasze liczne pytania o sweter i spodnie. Ten pierwszy jest z obecnej kolekcji Mango, spodnie są od MLE Collection i niedługo powinny wejść do sprzedaży.  

Nowe życie na śniadanie, czyli książka “Przepisy na szczęście. Qmam kasze 2”

   "I don't eat breakfasts." I was repeating this sentence almost with pride, even when all of the articles on diet were trying to convince me that proper eating habits are the only way to being healthy. After waking up, I didn't have much of appetite and a cup of coffee effectively delayed it for the next couple of hours. Even on the weekends, when I could easily mince to the kitchen and spend a longer period of time on my morning meal, my empty stomach wasn't really bothering me. Only before the noon was I able to recall that food exists.    

   But at one point something changed, I got bored with the old habit and my stomach rebelled against it as well. It made me introduce a slow revolution of eating habits into my life. It started pretty innocently – each time before I left home, I ate two tablespoons of linseed that was previously soaked in tepid water so that my stomach wasn't completely empty. After a couple of weeks, a little bit involuntarily, I started to get up ten minutes earlier so that I could add in a slice of gluten-free bread with hummus or a crushed banana with millet groats and raspberries. It seems to be nothing special, but because it is easy to get used to positive things, I felt as if I had been on the brink of starvation whenever I forgot about breakfast – every person that I met could become a potential victim because the sucking hunger led me to discover the hidden deposits of anger that I had. Just like in the commercial in which you turn into a diva when you're hungry – in this case snickers wouldn't have done the trick because a candy bar, even the best, isn't the same as home food.    

   What do I have for breakfast today? My favourite option is millet groats with wild berries, pineapple, a handful of nuts, a teaspoon of coconut oil and honey or other products that I am able to find in my fridge. I came around to millet groats mostly owing to the book "Qmam Kaszę" by Maia Sobczak who also has a blog with the same name. Her recipes helped me to look at some meals differently and treat groats not as a side dish to meat meals but rather as something like pasta, flour, or a healthier counterpart of rice.

***

   "Nie jem śniadań". To zdanie powtarzałam prawie z dumą, nawet gdy każdy tytuł artykułu o diecie, przekonywał, że to jedyny sposób na zdrowie. Budziłam się bez apetytu, a kawa skutecznie opóźniała go na kolejnych kilka godzin. Nawet w weekend, gdy spokojnie mogłam podreptać do kuchni i poświęcić dłuższą chwilę na poranny posiłek, zupełnie nie przejmowałam się pustym żołądkiem. Dopiero przed południem potrafiłam przypomnieć sobie o jego istnieniu. 

   Ale w którymś momencie coś pękło, coś się zmieniło, zły nawyk się znudził, a żołądek zbuntował i zmusił do powolnej ewolucji mojego odżywiania. Zaczęło się niewinnie – przed wyjściem z domu jadłam dwie łyżki namoczonego w letniej wodzie siemienia, tak aby żołądek nie był kompletnie pusty. Po kilku tygodniach trochę mimowolnie zaczęłam wstawać dziesięć minut wcześniej, aby do siemienia dodać jeszcze kromkę chleba bezglutenowego z hummusem, albo banana rozpaćkanego z kaszą jaglaną i malinami. Niby nic, ale ponieważ do dobrego łatwo jest się przyzwyczaić, to gdy raz wypadło mi śniadanie z głowy, myślałam, że jestem na skraju śmierci głodowej, a każda napotkana przeze mnie osoba mogła stać się potencjalną ofiarą, bo ssanie żołądka wzbudzało we mnie nieodkryte wcześniej pokłady złości. Dokładnie tak, jak w tej reklamie, w której za bardzo się gwiazdorzy, tyle że snickers raczej nie załatwiłby sprawy, bo baton, nawet najpyszniejszy, to nie to samo, co domowe jedzenie. 

   Co dziś na śniadanie? Moja ulubiona propozycja, to kasza jaglana z borówkami, ananasem, garścią orzechów, łyżką oleju kokosowego i miodu lub innych rzeczy, które akurat znalazłam w lodówce. Do kaszy jaglanej przekonałam się głównie dzięki książce "Qmam Kaszę" autorstwa Mai Sobczak, która prowadzi bloga o tej samej nazwie. Jej przepisy pomogły mi spojrzeć na niektóre potrawy inaczej i potraktować kaszę nie jako dodatek do dań mięsnych ale raczej coś w rodzaju makaronów, mąki, czy zdrowszego odpowiednika ryżu. 

    In order to maintain my motivation and expand my breakfast menu, I eagerly read Maia's second book: "Przepisy na szczęście, czyli powrót do korzeni" ("Recipes for Happiness – Return to the Roots").  It contains almost seventy recipes based on rice, quinoa, spelt flour, and Salvia hispanica. Maia Sobczak makes us recall moments that make us happy, she also highlights that an appropriate diet is critical when it comes to our well-being. She shows her readers new tastes, passes on her way of approaching food and the world, teaches how to combine ingredients and create our own compositions.   

   The message of this book is what I like the most about it: paying greater attention to whether our meals are healthy and tasty will improve the quality of our life and make us a little bit happier. A fragrant omelette with salmon, avocado, and coriander, pancakes prepared with four different types of flour and preserve that was made last summer from blueberries bought by the road, eggs on toast, or hot fruit under a buckwheat-buttery shortcrust with honey and natural yoghurt – it isn't difficult to imagine that such meals can change our everyday life.    

   Imperceptibly, I’ve been able to extend the period of time for breakfast, and when I open my eyes, I don't think that I haven’t got enough time to eat something anymore. I calmly execute the menu with which I came up with for that particular day. For a moment, I cherish the morning sun rays and leaning against the door frame, I look how sparrows ask one another when the spring comes.

   Aby podtrzymać moją motywację i poszerzyć śniadaniowe menu, chętnie sięgnęłam po drugą książkę Mai: "Przepisy na szczęście, czyli powrót do korzeni". Zawiera ona prawie siedemdziesiąt przepisów na bazie ryżu, komosy ryżowej, mąki orkiszowej i szałwii hiszpańskiej. Maia Sobczak przypomina momenty, które wywołują w nas uczucie szczęścia, zwraca uwagę na to, że odpowiednia dieta przyczynia się do dobrego samopoczucia. Otwiera na nowe smaki, zaraża swoim sposobem patrzenia na jedzenie i świat, uczy zestawiać składniki i budować własne kompozycje.

   Przesłanie książki podoba mi się najbardziej: zwracanie większej uwagi na to, aby posiłki były zdrowe i smaczne poprawi naszą jakość życia i sprawi, że będziemy nieco szczęśliwsi. Pachnący omlet z łososiem, avokado i kolendrą, placuszki z czterech mąk i konfiturą, którą zrobiłam minionego lata z jagód kupionych przy drodze, jajka na grzance, czy gorące owoce pod gryczano-maślaną kruszonką z miodem i jogurtem naturalnym – nietrudno sobie wyobrazić, że takie rzeczy mogą odmienić naszą codzienność. 

   Niepostrzeżenie czas rankiem się rozciągnął, a gdy otwieram oczy, nie myślę już o tym, że mam zbyt mało czasu, aby coś zjeść. Spokojnie realizuję wymyślone na dziś menu, jeszcze chwilę cieszę się porannym światłem i oparta o framugę drzwi, patrzę jak wróble pytają siebie nawzajem o to, kiedy w końcu przyjdzie wiosna. 

szal z certyfikowanej bawełny organicznej – polska marka CADO (można nosić jako szal lub, dzięki specjalnej skórzanej bransoletce, jako komin – gorąco polecam) // koszulka i spodnie – MOYE

Moje ulubione przepisy trafiają do specjalnego zeszytu, który trzymam w kuchni. Ten który widzicie na zdjęciu jest ze sklepu NOTEKA i został zaprojektowany przez utalentowany tercet polskich projektantek ÅOOMI (znajdziecie w tym sklepie też te urocze złote nożyczki i wiele innych pięknych rzeczy). Przy okazji mam dla Was 10% rabatu na cały asortyment NOTEKA. Wystarczy, że podczas zakupów wpiszecie kod MLE17, który będzie ważny jeszcze przez tydzień.

    I would be pleased to read about your healthy and, at the same time, simple breakfasts that make you feel better. Maybe someone would like to share with me their secret recipes in the comments?

   Z przyjemnością przeczytałabym o Waszych zdrowych i jednocześnie prostych w wykonaniu śniadaniach, które sprawiają, że czujecie się lepiej. Może ktoś zechce podzielić się ze mną swoimi sekretnymi przepisami w komentarzach? 

***

“Światło między oceanami” czyli jak Alicia Vikander podsunęła mi świetną książkę

5e1a0177

   The times when I was platonically in love with actors and book protagonists are gone forever, but I still clearly remember my poster with Mulder from "The X-Files" hanging above my bed and how I shrieked with happiness when they announced "Lethal Weapon" or "Braveheart" with Mel Gibson on television (back then, young and without any moral scandals). Today, I no longer draw hearts on the photos from magazines, and the level of resemblance between Brad Pitt and a potential representative of the opposite sex ceased to be the main criterion when it comes to assessing attractiveness. However, I still sometimes experience temporary infatuations, when after watching a movie I start to frenetically search for other productions with the same leading actor, productions that are directed by the same person or, at least, that were created in the same period of time (even if the average grade on filmweb doesn't even exceed six points for some of these movies). That was the case with the detective stories of the 60s, Jake Gyllenhaal, Sean Connery, the works of Scorsese, Villeneuve, or Alan J. Pakula.

   Approximately one year ago, I went to the cinema to see "The Man from U.N.C.L.E." about two spies during the times of the Cold War. It was light and pleasant, and my attention was mostly drawn by Alicia Vikander who had one of the leading roles in that movie. I really liked her natural charm, freshness, and girly looks. A couple of months later, a little bit out of lack of ideas for the evening, I watched "The Danish Girl," whose main asset was the acting of the talented Swedish woman. As it later turned out, I wasn't the only person who thought that. No more than a couple of weeks had passed and this beauty, who is one year younger than me, won an Oscar. The girl has a sharp eye for screenplays – I thought and decided to watch other productions with her hoping that I won't be disappointed. After "Testament of Youth", "Ex Machina," and the famous "A Royal Affair," released a couple of years ago, (unfortunately, I couldn't find it in a Polish version, only with English subtitles because it's a Danish production) I became a real fan of her talent.I was waiting for the subsequent movies just like children who are waiting for the first snowfall and, once in a while, I checked whether anything had been revealed about her consecutive professional choices. Therefore, I probably saw the trailer of "The Light Between Oceans" around ten minutes after it had been released, and I immediately decided that I would go to the cinema right after the premiere. Nay! I'd do more! I'd read the book that was the basis for the screenplay – since you need to be well-prepared and well-informer in the subject matter. Having familiarised myself with a short description of the book, I was a little bit discouraged as I don't really like melodramas – and the book really seemed to be corny. It has been read by more than two million people; therefore, there has to be something great about it – I was convincing myself, and I went to the bookshop with a pretended enthusiasm.

    "The Light Between Oceans" by M. L. Stedman is a story of a young married couple who live on Janus Rock, an island located one hundred miles from the Australian coast. Tom Sherbourne, who is still not able to tackle his memories from the Great War, decides to take the post of a lighthouse keeper and, together with his beloved wife, starts a new chapter of life, away from home and the demons of the past. However, fate puts them to a tough test and forces them to make a choice that will change their lives forever. The story shows how difficult it sometimes is to distinguish between good and evil and how little it takes for good people to make bad decisions.

   As I already mentioned above: I'm not keen on melodramas, but I wasn't bothered at all to cry buckets and wail under my breath once every ten pages – "oh, how he loves her!" or "forgive him, forgive him, don't be stupid!" and to pull up an all-nighter to read just one more chapter…or maybe four. To sum up, the book is really worth recommending, not only to Alicia's fans. And those who are interested in the adaptation can visit cinemas to see the movie already on the 18th of November.

***

 Czasy, kiedy kochałam się platonicznie w aktorach i bohaterach książek minęły już bezpowrotnie, ale wciąż dobrze pamiętam plakat z Mulderem z „Archiwum X" nad moim łóżkiem i to, jak piszczałam ze szczęścia, gdy w telewizji zapowiadano „Zabójczą broń" lub „Braveheart" z Melem Gibsonem (wtedy jeszcze młodym i bez skandali obyczajowych na koncie). Dziś nie rysuję już serduszek na zdjęciach z gazety, a stopień podobieństwa do Brada Pitta przestał być głównym kryterium przy ocenianiu i atrakcyjności płci przeciwnej. Nadal jednak zdarzają mi się chwilowe zauroczenia, kiedy po obejrzeniu filmu zaczynam gorączkowo szukać kolejnych produkcji z tym samym aktorem w roli głównej, będących dziełem tego samego reżysera albo choćby nakręconych w tym samym czasie (nawet jeśli na filmwebie średnia ocen części z nich nie przekracza nawet sześciu punktów). Tak było z kryminałami lat sześćdziesiątych, Jakiem Gyllenhaalem, Seanem Connery, twórczością Scorsese, Villeneuve, czy Alana J. Pakuly.

   Mniej więcej rok temu wybrałam się do kina na film „Kryptonim U.n.c.l.e." o dwóch szpiegach w czasach Zimnej wojny. Był lekki i przyjemny, a moją uwagę zwróciła przede wszystkim Alicia Vikander, która grała tam jedną z głównych ról. Spodobały mi się jej naturalny wdzięk, świeżość i dziewczęca uroda. Kilka miesięcy później, trochę z braku pomysłu na wieczór, obejrzałam film „Dziewczyna z portretu", którego głównym atutem była gra utalentowanej Szwedki. Jak się później okazało, nie tylko ja byłam tego zdania, bo nie minęło kilka tygodni, a ta rok młodsza ode mnie piękność została laureatką Oscara. Dziewczyna ma nosa do scenariuszy – pomyślałam sobie i postanowiłam obejrzeć inne produkcje z jej udziałem, licząc na to, że się nie zawiodę. Po „Testamencie młodości", „Ex Machine" i głośnym sprzed kilku laty „Kochanku królowej" (którego nie odnalazłam niestety w polskiej wersji językowej, a jedynie z angielskimi napisami, bo jest to produkcja duńska) stałam się prawdziwą fanką jej talentu.

   Czekałam więc na kolejne filmy, tak jak dzieci czekają na pierwszy śnieg i co jakiś czas sprawdzałam czy wiadomo już coś więcej na temat jej poczynań. Zwiastun do filmu "Światło między oceanami" zobaczyłam więc prawdopodobnie jakieś dziesięć minut po tym, jak został opublikowany i od razu zadecydowałam, że wybiorę się do kina zaraz po premierze. Ba! Zrobię więcej! Przeczytam książkę, na podstawie której napisano scenariusz – trzeba się przecież dobrze przygotować i być rozeznanym w temacie. Po zapoznaniu się z krótkim opisem książki trochę się zniechęciłam, bo nie przepadam za melodramatami, a tu zapowiadało się naprawdę ckliwie. Przeczytało ją ponad dwa miliony osób więc musi być w niej coś fajnego – przekonywałam sama siebie i z udawanym entuzjazmem podreptałam do księgarni.

    "Światło między oceanami" autorstwa M.L. Stedman to historia młodego małżeństwa, któremu przyszło mieszkać na położonej sto mil od wybrzeży Australii wysepce Janus Rock. Tom Sherbourne, który wciąż nie może uporać się ze wspomnieniami z wielkiej wojny postanawia przyjąć posadę latarnika i wspólnie z ukochaną żoną rozpocząć nowy etap w życiu, z dala od domu i demonów przeszłości. Los wystawia ich jednak na ciężką próbę i stawia przed wyborem, który na zawsze zmieni ich życie. Historia pokazuje, jak trudno czasem odróżnić dobro od zła i jak niewiele trzeba, aby dobrzy ludzie podejmowali złe decyzje.

   Tak jak wspominałam powyżej: nie lubię melodramatów, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to wylać litra łez i lamentować pod nosem co dziesięć stron "jak on ją strasznie kocha!" albo "wybacz mu, wybacz mu, nie bądź głupia!" i zarywać noce, aby doczytać jeszcze tylko jeden rozdział… ewentualnie cztery. Reasumując, książkę naprawdę polecam, nie tylko fanom Alicii. A tych, którzy są ciekawi ekranizacji, zapraszam do kin już osiemnastego listopada.

5e1a00965e1a01475e1a02735e1a02655e1a0305

wool sweater & silk skirt / wełniany sweter z kaszmirem i jedwabna spódnica – MLE Collection