
Czwartego marca, czyli pięć dni temu, minął dokładnie rok od ujawnienia pacjenta zero – pierwszej osoby zakażonej koronawirusem w Polsce. Jeśli wirus czyta ten wpis, to muszę go rozczarować – nie będzie tortu i życzeń urodzinowych, a już na pewno nie zaśpiewamy sto lat. Oczywiście są ludzie, dla których niewiele się w zasadzie zmieniło – po prostu siedzenie z piwem przez ekranem zamiast bycia synonimem życiowej porażki, stało się oficjalnym sposobem walki z pandemią i troski o innych. Jest też niewielka grupa dla której ostatni rok był – przynajmniej pod względem zawodowym – udany (pozdrawiam branżę przesyłkową i producentów sprzętu do home office). Jednak dla zdecydowanej większości, miniony rok był po prostu trudny. Dla tych młodszych, którzy nie pamiętają 1989 roku choćby jako momentu nagłego wypełnienia się sklepowych półek wcześniej uginających się wyłącznie od octu i żurku, jest to w zasadzie pierwsze w życiu historyczne wydarzenie o skali globalnej, którego są częścią i o którym ich dzieci i wnuki będą czytać w podręcznikach – zarówno tych z historii, jak i tych z biologii. Pandemiczna rzeczywistość ostatniego roku wywróciła nasze życie do góry nogami.
Nigdy nie spędziłam w domu tyle czasu, co przez ostatnie 12 miesięcy. Mój synek ma już prawie rok i urodził się w twardym lockdownie. Wtedy cieszyłam się, że to nawet dobrze się składa – skoro mam siedzieć przez jakiś bliżej nieokreślony czas w domu, to przynajmniej nacieszę się noworodkiem. To było złudzenie, bo raz: w najgorszych snach nie przypuszczałam, że to potrwa rok (a już wiemy, że potrwa dłużej), dwa: wszystko ma swoje granice, w tym spełnianie się jako matka z czasów prehistorycznych, siedząca w jaskini w obawie przez mamutami i wilkami.
Życie nie zna próżni. Jeśli ktoś jest przystosowany do aktywnego trybu życia, to nie wytrzyma psychicznie, jeśli nie znajdzie sobie zamienników tego, co kochało się i robiło wcześniej. Zamienniki te powinny pochłaniać tyle samo energii i emocji co pierwotne oryginały, bo inaczej będą po prostu słabymi zamiennikami, bardziej frustrującymi, niż dającymi atrakcyjną alternatywę. Znam historię gościa, którego brak możliwości treningów i ogólnopandemiczna depresja pchnęły do rowerowej kurierki – wozi po Gdańsku jedzenie rowerem (niezależnie od swojej normalnej pracy). Z jednej strony utrzymuje formę fizyczną (o dziwo wykręcając z niebieskim plecakiem lepsze wyniki niż wcześniej w ramach amatorskiej, sportowej aktywności (bo pizza musi dojechać gorąca), z drugiej ma poczucie, że dokłada swoją małą cegiełkę do podtrzymania funkcjonowania społeczeństwa przy życiu, a z trzeciej dorobi coś do zasadniczej pensji.
Każdy z nas powinien sobie znaleźć sposób na takie przestawienie się na tory covidowej rzeczywistości. Z badań przeprowadzonych wśród Polaków wynika, że teraz więcej spacerujemy i doceniamy w ogóle jakąkolwiek aktywność na wolnym powietrzu. I to chyba nie są czcze deklaracje respondentów, bo o popularności spacerów przekonywaliśmy się w minionym roku wielokrotnie. Oglądamy seriale i filmy na Netfliksie i podobno w końcu drgnęło czytelnictwo (to jest chyba największe, pozytywne osiągnięcie wirusa, może jednak zasłuży na mały torcik na drugie urodziny). Przestaliśmy chodzić do kin i teatrów (tiaa, jakbyśmy masowo chodzili, szczególnie do tych drugich), na zakupy, do restauracji i knajp. Nawiasem mówiąc, wielkie odkrycie – przestaliśmy robić rzeczy, których robić się po prostu obecnie nie da. Pytanie brzmi, co się da robić?

Widoczne na zdjęciu ubrania sportowe pochodzą ze sklepu Oceans Apart. Marka ma kilka zestawów, które można ze sobą łączyć. Wszystkie rzeczy są minimalistyczne – nie mają wielkich, widocznych logo na środku bluzy. Jakościowo też w niczym nie odbiegają od znanych gigantów. Poza moim bezowym kompletem bardzo przypadł mi do gustu również ten zestaw – akurat zbliżają się moje urodziny ;). W tych ubraniach podoba mi się też to, że wcale nie trzeba być „szczupakiem” aby wyglądać w nich dobrze pokazując trochę ciała. Z kodem „MLE” przy zakupach za minimum 319 zł otrzymacie dwa prezenty z kolekcji Seamless. Można sobie wybrać dwie pary legginsów, dwa topy, albo top i legginsy. Czyli w cenie jednego zestawu można mieć dwa.
1. Aktywność fizyczna
Tedros Adhanom Ghebreyesus, dyrektor generalny WHO, wśród zaleceń na czas pandemii zwrócił uwagę na znaczenie aktywności fizycznej. Dorośli powinni ćwiczyć minimum 30 minut dziennie, a dzieci – godzinę dziennie. U osób, które regularnie ćwiczą – minimum 3 razy w tygodniu – zdecydowanie sprawniej funkcjonuje układ odpornościowy i krwionośny, poprawia się wydolność organizmu, dotlenia mózg i komórki ciała oraz poprawia się stan zdrowia psychicznego.
Tyle od „wujka dobra rada” z WHO, niestety rzeczywistość jest zupełnie inna. Od wielu miesięcy zostaliśmy pozbawieni możliwości chodzenia na siłownie, uczestniczenia w zajęciach grupowych, nawet przez pewien czas trzeba było biegać na zewnątrz w maskach – kto próbował ten wie, że prędzej można się tak udusić niż zrobić trening. Efekt jest taki, że tyjemy. Badania polskich dietetyków pokazują, że w minionym roku przytyło większość kobiet, zarówno tych, które wcześniej miały „właściwą” wagę, jak i tych, które już miały nadwagę (schudnąć „udało się” prawie wyłącznie kobietom, które przed pandemią miały… niedowagę, co z kolei powinno zwrócić naszą uwagę na wpływ obecnej sytuacji na naszą kondycję psychiczną). Dodajmy do tego fakt, że otyłość jest najczęstszą „chorobą współistniejącą” wśród pacjentów zmarłych na Covid-19 (ponad 30% wszystkich ofiar miało o wiele za wysoką wagę). Na pewno nie pomagają tutaj zamknięte siłownie, sale gimnastyczne czy korty tenisowe (nie chcę tutaj roztrząsać słuszności tych decyzji z pandemicznego punktu widzenia, niemniej ich efektem może być taka a nie inna kondycja fizyczna społeczeństwa).
Nasza standardowa aktywność fizyczna musiała zostać przeniesiona na matę do ćwiczeń rozłożoną w salonie lub między szafą a łóżkiem. Motywacyjnie jest to kiepski układ. Z jaką koleżanką bym nie rozmawiała, rzadko spotykam się z opinią, że jest to świetna sprawa i treningi w domu sprawiają jej ogromną radość. Tutaj trzeba sobie powiedzieć jedną rzecz – często słychać reakcje – „po co Wam siłownia, ćwiczyć można wszędzie, teraz widać kto chodzi na siłownię, żeby poćwiczyć, a kto się polansować”. Oczywiście z reguły wypowiadaną przez osoby, które ostatni raz ćwiczyły na WF-ie w podstawówce, bo w liceum miały już zwolnienie na całe 3 lata z góry. Odpowiedź brzmi – niestety życie jest bardziej złożone. Po to wymyślono siłownie, pakiety, abonamenty, treningi umawiane na godzinę, żeby ludzie mieli narzędzia do zmuszenia siebie samych do aktywności fizycznej. Tak, czasem bardzo się nie chce ruszyć z kanapy, ale niemałe pieniądze już zapłacone, więc trzeba. Można złorzeczyć, że to jest w jakiejś formie nieuczciwe, bo ktoś uprawia aktywność fizyczną nie z samej wewnętrznej potrzeby, ale dlatego, bo nie chce zmarnować wydanych pieniędzy, ale liczy się efekt. Miliony ludzi na świecie dbają skutecznie o własne zdrowie dzięki takiej „niskich lotów” motywacji. Oczywiście są też tacy, jak Ross i Chandler, którzy mimo pakietów, abonamentów itd. w siłowni nie pojawią się ani razu – ale to zdecydowana mniejszość.
Teraz tej motywacji nie ma – i dla wielu osób jest to problem. Pewnym półśrodkiem są zdobycze technologii, a więc Youtube, kanały trenerów, czy wręcz dedykowane aplikacje, które są namiastką regularnego odbębniania siłownianej pańszczyzny. Jakiś czas temu pytałam Was na moim instagramie z jaką „domową” trenerką lubicie ćwiczyć najbardziej. Moje Stories widziało 11 tysięcy osób, z czego 1614 osób zaznaczyło odpowiedz „z Ewą” , 1403 „z Anią”. Te odpowiedzi nie były zaskakujące – obydwie od wielu lat prężnie działają na swoich kanałach i skutecznie pomogły schudnąć wielu osobom. To co mnie zdziwiło, to bardzo dużo osób zaczęło pisać o Monice Kołakowskiej. Chociaż ćwiczę w domu od dawna nigdy o niej nie słyszałam. Wykonałam kilka jej treningów i są naprawdę fajne – za darmo. Ja mimo tego wróciłam do ćwiczeń z aplikacją Ani, bo jest dla mnie najprostsza i najszybsza w obsłudze. Przy wspomnianych problemach motywacyjnych dostęp do treningu musi być banalny, prosty i przyjemny. Łatwiejszy niż wybranie kolejnej pozycji w Netfliksie, bo obie aplikacje często walczą o ten sam czas (chociaż znam i takie osoby, które potrafią ćwiczyć z telefonem i jednocześnie oglądać Bridgertonów na laptopie).
Tak na koniec tego akapitu jeszcze mogę dodać, że jeśli chcecie zacząć ćwiczyć w domu, bo już Was nosi, a na zmiany w obostrzeniach raczej się nie zanosi, to idealna na początek jest Monika Kołakowska. Spróbujcie zrobić z nią dwa/trzy treningi w tygodniu przez conajmniej cztery tygodnie. Nie więcej, bo na początku „zakwasy” są murowane. Jeśli założycie, że będziecie ćwiczyć codziennie (a nie oszukujmy się: prędzej czy póżniej wypadnie Wam jeden albo dwa treningi), to motywacyjnie psuje wszystko – najczęściej wtedy przestajemy ćwiczyć w ogóle. Osoby średnio zaawansowane będą zadowolone z treningów u Ani Lewandowskiej – warto śledzić jej Instagram, bo często można kupić dożywotni dostęp do aplikacji z 40% rabatem. Natomiast osoby, które lubią mocno się zmęczyć mają to zagwarantowane z Ewą Chodakowska – dla ambitnych polecam jej program „Hot Body” ;)
2. Wydarzenia kulturalne
Kino zamieniliśmy na Netfliksa i Hbo Go. Obecnie puszczane tam filmy i seriale są tak dobre, że ta dziura jest dość dobrze zakopana. Podam trzy głośne tytuły: Gambit Królowej, Wiedźmin i 6 Underground. W ciągu czterech tygodni od premiery w serwisach internetowych zebrały przed ekranami odpowiednio 62, 76 i 83 mln gospodarstw domowych. Tak, gospodarstw, ponieważ widowni w Internecie nie da się liczyć osobami – ostatecznie Netflix czy Hbo nie wiedzą, ile osób siedzi przed ekranem, na którym wyświetlają swoje treści. Tak czy inaczej, są to bardzo dobre liczby, nie ustępujące wynikom „kinowym”.
Czy przyczyniła się do tego pandemia? Na pewno w dużej mierze tak. Znam kilka osób, które w ostatnim roku kupiły telewizor wyłącznie do oglądania seriali i filmów dostępnych przez Netfliksa i jedyne co do niego podłączyły to kabel z Internetem.
Czy podobne zjawisko dotknęło wydarzenia kulturalne? Czy korzystamy z ich wirtualnych wersji? Według przeprowadzonej przeze mnie ankiety (a jestem wybitnym badaczem i noszę sygnet ;)) na moim Instagramie, na pytanie „czy odwiedzasz wirtualne wydarzenia kulturalne” odpowiedz „nie” zaznaczyło 2960 osób natomiast „tak” tylko 485. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego typu ankieta ma swoje ograniczenia, niemniej taki wynik coś mówi. Obawiam się, że Czytelniczki bloga i tak zawyżyły populacyjny wynik i odpowiedzi „tak” w badaniu CBOS-u byłoby jednak znacznie mniej…
Z drugiej strony – trudno się dziwić. Czym innym jest film czy serial, który po prostu oglądamy – nie ma ogromnej różnicy, czy wyświetli go nam telewizor w salonie, laptop w łóżku, czy kinowy ekran. Z dziełami sztuki, takimi jak obrazy czy rzeźby, jest inaczej – tu chodzi o obcowanie z nimi, oglądanie z każdej strony po kilka minut i kontemplowanie ich piękna lub znaczenia. Z tego samego powodu trudno oczekiwać ogromnej popularności teatrów online. Po to idziemy do teatru, by na własne oczy zobaczyć pracę aktorów. Jeśli mamy oglądać ich na ekranie – to mamy od tego filmy i seriale. Na szczęście w przypadku muzeów i teatrów te rozważania są od 12 lutego hipotetyczne – te placówki są już otwarte i były nadal w momencie przygotowania tego wpisu (ale zakażenia na Pomorzu rosną jak szalone, więc kto wie). Mogę tylko Was zachęcić by, jeśli ciągle macie taką możliwość, skorzystać z niej – teatry rok były zamknięte, większość z nich po otwarciu przygotowała mnóstwo ciekawych premier. Jeśli zostaną zamknięte, kto wie, kiedy będzie można znowu je odwiedzić?
Mój ulubiony smak to wanilia z lawendą. Dzięki produktom „Vegan Bowl” można w łatwy i szybki sposób przygotować wegański posiłek z niezbędnymi składnikami odżywczymi. Teraz z kodem rabatowym „VEGAN40” otrzymacie – 40% rabatu dla zamówień od 249 zł (dodatkowo 1 z 3 ebooków z przepisami do wyboru gratis). Udanych zakupów :)
3. Restauracje
Czy zamknięcie restauracji spowodowało, że więcej gotujemy w domu? Z mojej ankiety wynika, że tak, bo tę odpowiedz zaznaczyło aż 70 procent osób. I trudno, żeby było inaczej. Osoby, które często jadły w restauracjach i raczej nie przygotowywały dużych posiłków samodzielnie stanęły przed wyborem – albo zacząć gotować samemu, albo zamawiać „wynosy”. Teoretycznie to drugie rozwiązanie umożliwia nadal spożywanie ulubionych potraw bez grama wysiłku, niemniej dla wielu osób nie liczyło się tylko samo jedzenie, ale też atmosfera, towarzystwo – to wszystko czego doświadczamy w restauracjach (przynajmniej tych niektórych). Odebranie spakowanej w folię aluminiową potrawy nie ma już tego czaru – więc sporo osób przerzuciło się na własnoręczne przygotowanie jedzenia. Trzeba też dodać, że opakowania na żywność, zwłaszcza tą gorącą, wykonane z plastiku, styropianu, a nawet z niektórych rodzai papieru, uwalniają szkodliwe składniki, które szybciej i łatwiej przenikają do jedzenia, a w konsekwencji do naszego organizmu. Podobno jako alternatywę wskazuje się brązowy papier w 100 proc. pochodzący z recyklingu, ale nie doświadczyłam go póki co w żadnej z trójmiejskich knajp.
Siedzenie w domu to nie tylko więcej czasu na gotowanie, to także więcej czasu na jedzenie. Całe dnie na home office z lodówką wypełnioną jedzeniem na wyciągnięcie ręki – to nie może się dobrze skończyć. Dlatego, szczególnie teraz trzeba dbać o to, co się je. Z badań wynika, że osoby, które jedzą mało białka, częściej sięgają po jedzenie, a ich posiłki są bardziej kaloryczne. Nie oznacza to od razu, że koniecznie trzeba jeść mięso. Można je z powodzeniem zastąpić rybą, jajkiem albo porcją strączków. Zmniejszyć łaknienie pomoże też błonnik. Jako ssaki nie potrafimy co prawda go trawić, ale bez niego ani rusz. Błonnik rozpuszczalny w wodzie, którego źródłem jest miąższ warzyw i owoców, pęcznieje w przewodzie pokarmowym, zwiększając objętość zjadanego posiłku. Jeśli nie chce Wam się bawić w dietetyków i dbać o odpowiednią ilość błonnika w codziennych posiłków, to nic straconego – błonnik można świetnie uzupełnić w inny sposób niż zjadając pół kilograma cykorii. Ja staram się codziennie jeden posiłek zastępować dobrej jakości mieszanką „superfoods”. Polecam ten od Natural Mojo. W jego skład wchodzi między innymi granat, matcha i białko grochu. Wystarczy 2/3 łyżki proszku zmieszać z jogurtem i niskokaloryczny posiłek z błonnikiem mamy gotowy.
Wiem, że wiele osób tak robi – to znaczy dba od początku pandemii o swoje zdrowie bardziej niż wcześniej. Powszechna dezynfekcja to nie wszystko, w dalszym ciągu producenci notują wzrost popularności produktów naturalnych/BIO/organic/eko – żywności, kosmetyków czy środków czystości.
4. Zdrowie psychiczne.
Wspomniałam o złotych żniwach firm kurierskich. Inną branżą, która nie może narzekać na brak klientów są psychoterapeuci. Niestety pandemia niesamowicie nas obciąża – trudno znaleźć inne wydarzenie w ostatnim dwudziestoleciu latach, które tak mocno i powszechnie wywoływałoby stres – od strachu o zdrowie swoje i najbliższych po typowe lęki natury zawodowo-finansowej. U kobiet częściej stwierdza się tzw. zaburzenia emocjonalne, tj. depresję, zaburzenia lękowe czy związane z traumą i stresem. W większym niż mężczyzn stopniu dotyka nas strach o miejsce pracy (bo niestety nadal w przypadku oszczędności kobiety są zwalniane częściej), a obecność partnera w domu wcale nie przekłada się na bardziej sprawiedliwy podział obowiązków domowych. Niestety nieporadność panów powoduje, że często prościej to wszystko zrobić samemu niż po raz setny tłumaczyć, co to znaczy kolorowe pranie, albo czego nie można suszyć w suszarce bębnowej…
Nie ma za bardzo zajęć pozalekcyjnych, które wyrwałyby dziecko z domu. W weekendy zamiast „zrzucić” dziecko do kogoś na urodziny lub do dziadków maluchy są z nami. Część z nas może pracować zdalnie, a to często oznacza bardzo nienormowane godziny – trzeba naprawdę porządnie trzymać się harmonogramu, żeby nie siedzieć przed komputerem kilkunastu godzin.
W tym wszystkim warto pamiętać o dwóch złotych zasadach. Pierwsza dotyczy innych ludzi – utrzymuj serdeczne kontakty z tymi osobami, z którymi czujesz się dobrze i bezpiecznie. Które dają ci wsparcie i których Ty również chętnie wspierasz. Druga zasada dotyczy nas samych – nie bójmy się wydzierać z codziennej rzeczywistości czasu tylko dla siebie. Mamy do tego święte prawo i nikt nie może go nam odbierać.



1 i 2. Poranki w lutym zaczynały się powoli, ale kończyły bardzo szybko. // 3. Czy ktoś z Was biegł w dzieciństwie do salonu, aby oglądać na Jedynce o dziewiętnastej te urocze białe stworzonka? // 4. Poniedziałek. Zabieram się za uprzątnięcie mojego domowego biura, bo zaraz ruszamy z pracą, a wszędzie leżą jeszcze grafiki, które planowałam powiesić w niedzielę… //
Po drugiej stronie obiektywu nic nie wygląda już tak jak powinno. W lutym wróciłyśmy w końcu do pracy nad zdjęciami dla MLE i w marcu nie zamierzamy zwolnić :).
1. Prezent od mamy. Wie co lubię. // 2. Jedyne zdjęcie, na którym nie wcinam popcornu. Wszystkie trzy kolory tych dresów, wykonanych ze 100% wełny merynosowej, są już dostępne na
W takim wnętrzu zdjęcia same się robią.
Być może w lutym nie miałyście czasu zajrzeć na moje stories, więc chciałabym Wam szybko przypomnieć ekspresowy przepis na Kaiserschmarrn. Składniki na pewno macie w domu (duża szklanka mleka, szklanka mąki pszennej, 3 jajka, 3 łyżeczki cukru, pół łyżeczki wanilii lub esencji, szczypta soli, łyżka masła, konfitura do podania). Białka oddzielamy od żółtek, dodajemy szczyptę soli i ubijamy z nich pianę. Żółtka mieszamy trzepaczką z resztą składników (mleko, mąka, cukier, wanilia). Delikatnie dodajemy ubitą wcześniej pianę. Całość wylewamy na dużą patelnię, na której wcześniej rozgrzałyśmy masło. Po kilku minutach odwracamy omlet i czekamy aż delikatnie zarumieni się też z drugiej strony. Po chwili dzielimy ciasto łopatką na nieduże kawałki. Przed podaniem posypujemy cukrem pudrem. (wkradło się do tego kolażu też jedno zdjęcie chałki – ona też jest dobra!).
1. Tak prezentuje się już gotowe danie. Jeszcze tylko kilka zdjęć i kilka głodomorów będzie mogło rzucić się do konsumpcji. // 2. Poszukiwania idealnej klamry do naszego trencza. // 3. Luty był miesiącem wypieków.// 4. Kto powiedział, że nie można grillować w środku zimy? //
Takie zestawy lubię najbardziej.
Trochę śniegu jeszcze nikomu nie zaszkodziło!
1. Miesiąc cudownych spacerów, wywrotek, zjeżdżania na sankach – oj, będzie nam tego bardzo brakowało. // 2. Domowa zupa warzywna – pokazuję tylko dlatego, że prosiłyście o zdjęcia teco "co naprawdę" jem w ciągu dnia ;). // 3. Techno dinozaur i pan Prosiak – a Wasze dzieci kogo lulają do snu? // 4. Zdrowe zupy też są fajne, ale nie oszukujmy się – kto nie ma czasami ochoty poszaleć? //
Wydeptana ścieżka. Nie zbłądzimy.
W lutym na blogu pojawił się
1. Zimowe spacery. Jednym z niezastąpionych modeli okazały się śniegowce marki
A tu nasze poniedziałkowe centrum dowodzenia. Monika z początku była kimś w rodzaju asystentki, ale teraz pomaga mi właściwie we wszystkim. Razem planujemy i realizujemy sesje produktowe dla MLE, pomaga mi tworzyć oferty reklamowe, jak trzeba to zrobi zdjęcia i ogarnia całą masę firmowych problemów życia codziennego. Do tego jest super skromną i mega kochaną osobą. No i uwielbia zwierzęta, a to tak jakby istotne u mnie w pracy ;).
Pucia w naszym domu nigdy za wiele. Książeczki z tej serii mają w sobie jakąś niezwykłą moc przyciągania maluchów (i ich rodziców też!) więc każdy nowy "odcinek" od razu ląduje u nas na regale. Z "
1. I kolejne popisy domowej piekarni. // 2. Tę stronę chyba lubimy najbardziej. // 3. Szykujemy wiosenną garderobę. // 4. Najprostszy sposób na odświeżenie wystroju mieszkania. //
Z tęsknoty za prawdziwym latem. Już widzę jak biały obłoczek biega sobie w czerwcowym słońcu, a ja nie mogę go dogonić. Kto wie? Może weźmiemy tę sukienkę na pierwsze od dawna prawdziwe wakacje? A nawet jeśli nie, to w Sopocie też będzie dobrze wyglądać. Tę piękną sukienkę znalazłam w sklepiku marki
1. Smak konfitur – to naprawdę miły sposób, aby przypomnieć sobie ulubione letnie owoce w czasie, gdy jedyny krzaczek malin w ogrodzie posłużył jako stelaż do bałwana. // 2 i 3. Niezwykłe róże z polskiego ogrodu w Łańcucie stały się inspiracją do stworzenia wyjątkowego zapachu Izia la Nuit od Sisley Paris. Całą historię przeczytacie w
Konfitura o smaku mango z jabłkiem. Pochodzi ze sklepu
Śniadanie na życzenie męża.
1. Las zimą zachwyca najbardziej. // 2. A ty, mała królewno, dasz dziś trochę popracować mamie? // 3. Gdy tak długo decydujesz się, które plakaty masz wybrać, że aż jesz z nimi śniadanie. // 4. Borówka, śmietana, konfitura, masło = niebo. //
Odkopałam stare UGG'i, szary dres i puchową kurtkę. Czyżby (nie)idealna stylizacja na Look of The Day? ;)
Macie wrażenie, że już gdzieś to widziałyście? :D Ale tym razem zamiast jogurtu jest zielone smoothie! Czy to nie zmienia postaci rzeczy?
1. Gotowa na wiosnę! // 2. Po takie paczki mogłabym ścigać kurierów codziennie. // 3. Oj nie! To wcale nie jest smoothie z poprzedniego zdjęcia tylko krem z groszku! // 4. Jak dobrze, że ktoś jednak postanowił zawrócić…//
Włączamy piąty bieg, aby móc więcej czasu spędzić na spacerze z tym wariatem.
Jest i słynne "wurstel mit patate"! Zosia pewnie spadnie z krzesła, jak zobaczy tę niezwykle wyszukaną potrawę, ale co zrobić – kochamy frytki z parówką, a w marcu już nie wypada jeść tego schroniskowego dania. 





Delikatnie rzecz ujmując dokument mnie nie porwał. O ile temat ważny, to niestety został podany w takiej formie, że chciałabym użyć słowa na „n” którego dalsza część brzmi „udy”. Nie zrobię tego jednak, bo nie wpisywałoby się to w zachowawczość moich wpisów ;P. Oczywiście nie kwestionuję tutaj samej potrzeby uświadamiania społeczeństwa o zagrożeniach płynących z internetu, ale chyba lepiej wybrać na wieczór coś innego. Ja gorąco polecam inny dokument (również na HBO GO) – „Tiger”. W tym przypadku było dokładnie na odwrót niż w „Podróbkach sławy”. Przede wszystkim temat średnio mi bliski. Ani to nie jestem jakąś specjalną fanką golfa (właściwie to nie jestem nią ani trochę), ani biografie sportowców nie są czymś, co by mnie specjalnie fascynowało. W tym przypadku mamy jednak coś, czego zdecydowanie zabrakło w produkcji o influencerach. Poruszany jest kontekst społeczny, kulturowy i psychologiczny, a sami twórcy unikają jednoznacznych wniosków prawdopodobnie mając świadomość (w przeciwieństwie do kolegów po fachu z „Podróbek…”), że świat nie jest czarno-biały.
4. Otwieram szafki, otwieram lodówkę, rozglądam się po blacie, sprawdzam jakie owoce jeszcze mi zostały. Luty i marzec to czas mojego kulinarnego marazmu. Z zamrażalnika zniknęły już ostatnie świąteczne pierogi, a na typowo zimowe potrawy, które przygotowywałam od listopada, naprawdę nie mogę już patrzeć. Warzywa i owoce w spożywczaku nie są takie, jakbym chciała – widać, że najlepszy czas mają już za sobą, a do pierwszych plonów jeszcze daleko. Ratują nas najróżniejsze zupy (i rosół mamy, na którą zawsze można liczyć), przetwory i soki, a raczej smoothie, bo wyciskarki z prawdziwego zdarzenia nie mam. Wrzucam więc do miksera dwa ogórki, dwa kiwi, garść szpinaku, duże jabłko, miętę (jeśli mam), a jak trzeba to dodaję łyżkę miodu. Nie jestem z tych, którzy wierzą w magiczne właściwości różnych mikstur z samego rana, od cytryny po ocet, (mój żołądek raczej by tego nie przeżył), ale po małym śniadaniu taki sok jest miłym połączeniem czegoś na kształt karaibskiego drinka z lemoniadą babci.





1. Amarylis. Najpiękniejszy zimowy kwiat. Babcia powiedziała mi, żeby nie dawać mu za dużo wody. „W bulwie ma wszystko, czego potrzebuje, sam zakwitnie”. Właśnie tak – wygląda pięknie, bo nie pamiętałam, aby go podlewać. Idealna roślina dla mnie. 2. // Nietrudno zgadnąć, które wybrałam chociaż podobały mi się wszystkie. // 3. Tak wyglądał nasz sylwester. Do północy dotrwaliśmy wszyscy, ale ja ledwo, ledwo ;).. // 4. Autoportret. //
Nigdy nie należy się śmiać z diety mamy pracującej ;). Gdy jest ten dzień, kiedy to tata ogarnia jedzenie dla siebie i córki, ja żywię takimi o to rarytasami ;).
Miejmy nadzieję, że za kilka miesięcy prace zaczną postępować nieco szybciej… (ciekawe czy ta istotka będzie już wyższa o głowę).
"Mamo, czy to nasz nowy stół?"
1. Morsowanie w śniegu już zaliczyliśmy. Kilka sekund po zrobieniu tego zdjęcia wbiegłam boso na śnieg i raz na zawsze przekonałam się, że to chyba jednak nie dla mnie. // 2. Wspólne kąpiele stały się wieczorną rutyną (chyba moją ulubioną!). //. 3. Tyle śniegu w Trójmieście nie było od lat. Nigdy wcześniej nie zjeżdżałam z Monciak na sankach! // 4. 
1. Hiacynty. O wiośnie jeszcze nie myślimy, ale kwiaty chętnie przyjmuję. // 2. Gdy tuż po świcie wita się pierwszy śnieg. // 3. Rośnie mi kolejna blogerka kulinarna. // 4. Weekendowe plany. //
Komuś tu bardzo posmakował miodek lipowy. Nie sądziłam, że
Najpiękniejsza pora roku. Domyślam się, że jestem w mniejszości, ale dla mnie zima mogłaby trwać jak najdłużej.
1. Ten 
1. Babka migdałowa rozeszła się migusiem. Tak to jest, gdy na co dzień nie je się słodyczy, a potem coś niespodziewanie pojawia się na blacie w kuchni. // 2. Zwłaszcza ostatnie tygodnie pokazały mi, że bardzo przeżywam niektóre tematy. Chciałabym czasem móc spojrzeć na nie z dystansem, a z drugiej strony nie stać się kimś, kto ma wszystko w nosie. // 3. Najlepsze prezenty na drugie urodziny. Po wsmarowaniu tortu czekoladowego w pościel przyszedł czas na budowanie kawiarni z duplo. // 4. Moja ulubiona pora w ciągu dnia. Zgadniecie, która to może być godzina? //
Prawie jak w Wieżycy, a to przecież Gdańsk :)
Każdy z innej parafii, ale nie wyobrażam sobie bez nich mojej kuchni. Wszystkie to używane starocie wyszukiwane na allegro albo pchlich targach.
1. Te sanki stały w piwnicy ostatnie 4 lata, braliśmy je tylko na wyjazdy w góry, natomiast tej zimy służą nam intensywnie niemal każdego dnia. // 2. Ranking najlepszych maseczek do twarzy to jeden z najpopularniejszych wpisów tego miesiąca. Miałyście okazję już zapoznać się
A wracając do białych t-shirtów noszonych zimą – bardzo lubię tę subtelna bawełnianą biel wystającą spod bluz i swetrów. mam wrażenie, że każdy zestaw wygląda dzięki temu świeżej. Ważne aby t-shirt miał dekolt pod szyję i nie był zbyt obszerny, bo będzie się fałdował pod cieńszymi swetrami.
Moja koszulka jest od polskiej marki
1. Powiało luksusem i elegancją. Pokaz Chanel oglądałam "on-line" na kanapie. Ciekawe czy tradycyjne pokazy mody z widownią jeszcze kiedykolwiek wrócą. // 2. Kolejna sobota, czyli kolejne godziny na sankach. // 3. Widok na orłowskie molo – spacer trwał bardzo krótko, bo tego dnia było minus dziesięć stopni! // 4. Tradycyjne styczniowe śniadanie – bezglutenowe płatki owsiane, banan, ekologiczny jogurt, płatki migdałów i łyżka malinowej konfitury. //
Najbardziej wzruszająca niedziela w całym styczniu! Do Nicoli, która zebrała dla WOŚP ponad pięć milionów nam daleko, ale w MLE też postanowiłyśmy coś zrobić w tej sprawie.
Sukienka Atlanta w pięknym karmelowym odcieniu jest już dostępna!
Koncert w wykonaniu gąski. Dziękuję
Moja kosmetyczka, a w niej kosmetyki do dziennego makijażu.
Gdy raz na miesiąc wybierzesz się do empiku i na wejściu od razu atakuje cię tata.
Niczym pocztówka sprzed wielu lat. Sopot wieczorową porą w drodze na Łysą.
Kończąc dla Was dzisiejszy wpis znów miałam za oknem syberyjskie widoki. Zamykam już laptopa, pędzę ubierać małą (co zajmuje teraz jakieś 23 minuty), bierzemy Portosa, bo on z nas wszystkich najbardziej kocha śnieg, i pędzimy zaliczyć chociaż jeden zjazd przed obiadem. Trzymajcie się ciepło!





Świaaatłooo… Słońce w grudniu to produkt bardzo deficytowy.
1. Dysproporcja. // 2. "Zabieram go do domu, czy wam się to podoba, czy nie!" // 3. Tego ranka miał spaść śnieg, ale wyszło jak zawsze. // 4. Gałązki tego nietypowego ostrokrzewu znalazłam w Narcyzie – gdyńskiej kwiaciarni. //
Karne stópki za to, że mama zostawiła telefon bez opieki.
Prezenty znalezione w bucie się nie zmarnowały! Wszystkie czekoladowe resztki wykorzystaliśmy do pieczenia
Brawo mamo! A teraz przestań się już wysilać z tym ciastem, tylko po prostu zjedzmy czekoladę!
Bezglutenowa mieszanka.
1. Zaczynamy! // 2. Pierwsza próba i już sukces. // 3. Zamieniłam stalową misę z Kitchen Aid na szklaną i ta jest dużo fajniejsza. // 4. To się tu nie mieści. Muszę pomóc i trochę zjeść.
A tak wygląda obrona piernika przed Portosem. Gdyby ciasto było bliżej krawędzi prawdopodobnie rano już by go nie było.
1. Blask pereł. // 2. Ulubione sopockie widoki. // 3. W tym roku obyło się bez kupowania nowych kompletów lampek. Te, które kupiłam trzy lata temu w Ikea nadal działają bez zarzutu. // 4. Kilka słów. //
Gdańsk i Garnizon – tutaj chodzimy teraz na niedzielne spacery. Mamy tam plac zabaw, księgarnię z pyszną kawą i Ping Ponga na obiad ;).
1. Jodła czy świerk? // 2. Na Instagramie pokazywałam Wam tę fotoksiążkę oprawioną w len, którą możecie zaprojektować i zamówić
Zero śniegu, ale za to mnóstwo świątecznej magii. (wszystkie moje ubrania ze zdjęcia nie są z tego sezonu ;\).
1. Szukamy tej jednej jedynej! // 2. Piękne, ale niestety nie dla mnie ;). // 3. Na kanapie też można imprezować. // 4.
Zabieramy się za przystrajanie. Ten dzianinowy dres sprawił, że moja skrzynka została zasypana pytaniami od Was. Już niebawem pojawi się w MLE – ma super skład, jest wygodny i ciepły. O takim właśnie marzyłam!
1. Lubię te kolory. // 2. O! I znowu ten piernik. // 3. Robisz zdjęcie czy kręcisz film? // 4. Każdy kąt w świątecznym klimacie. //
I kolejny słoneczny poranek, który trzeba było uwiecznić.
1. Pracownia elfów. // 2. Wstążki i sznurki, które zbieram po Wigilii, aby były na przyszły rok :D. // 3. Jednak świerk. // 4. Chleba nie piekę ale Elizę uwielbiam. //
W MLE Collection wyprzedaż ruszyła pełną parą. Wciąż możecie kupić mój ukochany
1 i 4. Ale chyba nie byłam aż tak grzeczna… // 3. Sprzątania było pełno, ale zabawy jeszcze więcej. //
Starałam się nacieszyć tym czasem tak mocno, jak tylko było to mozliwe. A i tak, jak zawsze, trochę mi smutno, że to już po…
1. Papierowe ozdoby coraz milej widziane. // 2. Udany prezent. // 3. Lepimy bezglutenowe pierogi i jest to zajęcie beznadziejne. // 4. Wigilia, którą zapamiętamy do końca życia.
Małe przemeblowanie. Mieszkamy tu niecałe 4 lata, a już nam trochę ciasno ;).
Świąteczny poranek i nowy kubek, w którym kawa smakuje jeszcze lepiej. Nawet ten bałagan w tle mi nie przeszkadza.
Małe kosmetyczne odkrycie. Jeśli, tak jak ja, od dawna chciałyście znaleźć coś lżejszego niż podkład i dobrze rozświetlić makijażem cerę, to na pewno będziecie zadowolone z tego kremu bb od
A tak krem wygląda na skórze.
Najbardziej kolorowa rzecz w mojej szafie. Uwielbiam ten dres od polskiej marki
Dlaczego ten koktajl jagodowy tak się cieszy?
Ten prezent przyniósł mi pan kurier. W naszym domu zużycie miodów w ostatnim miesiącu zdecydowanie przekroczyło unijne normy, więc kolejny zapas od
Jeśli jeszcze nie próbowałyście miodów od Apimelium to trochę Wam zazdroszczę, bo gdy raz się ich posmakuje, to wszystkie inne wypadają już potem jakoś blado ;).
Dosłownie był i zniknął. W 2020 roku śniegu w Trójmieście było tyle, co na tym zdjęciu.
Wełniane warstwy. Szal jest z Cos-a, sweter to MLE, spodnie z Massimo Dutti, buty z Arket.
A kurtka, o którą masowo pytałyście na stories jest z 
