Look of The Day – jedwabna bieliźniana sukienka w wersji miejskiej. Jak ją nosić?

shoes / buty – RYŁKO

beige jacket / beżowy żakiet – MLE Collection

silk dress / jedwabna sukienka – Intimissimi

sunglasses / okulary – Meller 

basket / koszyk – Cellbes 

   Stroje z wykorzystaniem jedwabnych bieliźnianych sukienek w wersji dziennej podpatrywałam u innych już od jakiegoś czasu. Z czym je zestawić, aby wyglądać modnie i jednocześnie niezbyt wyzywająco? Buduarowy charakter takiej sukienki dobrze jest przełamać nieco topornymi butami na płaskiej podeszwie (tak! Nadają się nie tylko do wyrzucania śmieci!) i dłuższą oversizową marynarką (bez problemu znajdziecie podobne w sklepach vintage). Polecam też wstrzemięźliwość kolorystyczną – musi być minimalistycznie, żeby nie było przaśnie.  

Trzy książki do poduszki, trzy książki dla dzieci i kilka innych lipcowych umilaczy

   Jak wygląda mój wymarzony lipcowy wieczór? Pół godziny bujania na hamaku i czytanie historii Eli i jej psa. A później, gdy trzeba będzie już wracać do domu i powoli myśleć o łóżku, talerz jeszcze ciepłych jagodzianek, szklanka mleka, świeża „zimna” pościel i chociaż kilka stron prawdziwej, poważniejszej literatury, gdy brzdącowi śnią się już bajkowe stwory.

   Lipcowe „umilacze” to idealna okazja do zrecenzowania kilku książek – dla dzieci i dla nas. Pozwólcie, że zacznę od tych dla dorosłych (tak aby nie zniechęcić Czytelniczek, które nie mogą już słuchać o dzieciach ;)), a między wierszami podzielę się z Wami wartymi uwagi linkami – idealną, „nie-sieciówkową” pościelą i ulubionymi białymi sukienkami dla mnie i dla małej. Ach, no i dwoma sprawdzonymi przepisami na jagodzianki!

1. „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuval Harari.

    W maju polecałam Wam książkę „21 lekcji na XXI wiek” Yuvala Harariego – traktującą o wyzwaniach współczesności w kontekście historycznych doświadczeń ludzkości. W praktyce mówiąc językiem filmowym, niczym George Lucas z Gwiezdnymi Wojnami, zaczęłam od końca – bo ta pozycja to ostatnia z trzech głośnych książek tego autora. Od razu się usprawiedliwię – kolejność ich czytania nie ma żadnego znaczenia. „Sapiens. Od Zwierząt do Bogów” różni się od „21 lekcji” tym, że jest to książka historyczna, opowiadająca o rozwoju ludzkości od czasu pojawienia się gatunku Homo Sapiens na ziemi do czasów dzisiejszych (i według mnie jest chyba lepsza niż tytuł, który polecałam Wam ostatnio). Na tym różnice się kończą. „Sapiens”, podobnie jak „21 lekcji” czyta się jednym tchem, hipotezy autora są pociągające, choć często obrazoburcze (ale sprawiedliwe, bo Harari w równym stopniu dezawuuje religie, systemy gospodarcze czy liberalne dogmaty). Tutaj muszę zrobić pewne zastrzeżenie – pozycję tę należy traktować jako zachętę do otwartego myślenia, stawiania mądrych pytań i zbiór bardzo ciekawych, ale ciągle hipotez. Wiele zaproponowanych przez Harariego rozwiązań problemów historycznych budzi kontrowersje wśród jego kolegów historyków, antropologów czy kulturoznawców, choć wszystkie opierają się na uznanej bibliografii czy badaniach archeologicznych. Sam autor zresztą zastrzega wielokrotnie w tekście, że przy skąpych materiałach źródłowych, na przykład dotyczących czasów przed starożytnych, skazani jesteśmy na spekulacje i snucie domysłów.

2. "Wyzwanie Stoika" William B.Irvine.

   Kontynuując klimat filozoficznych rozważań proponuję – z kolejną książką – skierować uwagę na nas samych. Filozofia to nie tylko rozważania teoretyczne o pochodzeniu i przyszłości ludzkości, ale także źródło całkiem praktycznych rozwiązań codziennych problemów. Nie przepadam za książkami „samodoskonalącymi” więc z początku byłam sceptyczna, ale ta pozycja nie jest typowym coach-owo-motywującym laniem wody. Myślę, że będziecie nią bardzo mile zaskoczone. Wyzwanie Stoika Williama Irvine’a to poradnik radzenia sobie z codziennymi przeciwnościami, a w zasadzie z będącą ich efektem złością. Wszystko to za pomocą metod opracowanych w starożytności m.in. przez Senekę, Marka Aureliusza czy Chryzypa – czyli współtwórców ruchu filozoficznego znanego pod nazwą Stoicyzmu. Ich przemyślenia, połączone z osiągnięciami nowoczesnej psychologii, składają się razem na spójną i łatwą do wprowadzenia (przynajmniej w założeniu) metodę radzenia sobie z własnym gniewem, złością i smutkiem. Książka tą polecam wszystkim tym, którzy po uderzeniu małym palcem w mebel nie mogą się powstrzymać i muszą mu „oddać”, potrafią zwyzywać w samotności kierownictwo sieci komórkowej po piątym przerwanym połączeniu, a przejazd samochodem przez miasto łączą zawsze z tyradami przekleństw na innych kierowców.  Trochę jednak infantylizuję, bo ta książka w żadnym wypadku nie sprawia wrażenia trywialnej. Profesor Irvine w wyjątkowy sposób łączy naukę z prawdziwym życiem, a książkę czyta się jednym tchem. 

„Musisz ją przeczytać! I musi ją przeczytać Twój brat! I tata! W ogóle wszyscy powinni ją przeczytać” ta wypowiedź to wyjątkowo wyczerpująca recenzja mojej bratowej na temat książki "Wyzwanie Stoika", którą zafundowała mi, gdy zapytałam ją o opinię na jej temat, i z którą (już po wykonaniu rozkazu Ani) jak najbardziej się zgadzam. A tak na poważnie – to krzepiąca, mądra i wciągająca pozycja, którą gorąco polecam. (muszę tu wspomnieć o perfekcyjnie wykonanej pracy edytorskiej – oczywiście, że najważniejszą robotę zawsze wykonuje autor, ale format tej książki, czcionka, jej rozmiar, rozplanowanie na stronie jeszcze bardziej uprzyjemniło mi tę lekturę).  

3. „Historia piękna” Umberto Eco.

   Obie powyższe książki czyta się łatwo i szybko. Ale czy łatwość czytania musi być warunkiem dobrej lektury? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, warto sięgnąć po „Historię Piękna” Umberto Eco. Autora nie muszę chyba przedstawiać. Włoski filozof i pisarz, autor światowego bestselleru „Imię Róży” (kto nie czytał ten gapa) ma na swoim koncie kilkadziesiąt prac naukowych i esejów. Jednym z nich jest „Historia Piękna” – książka o encyklopedycznym charakterze, w szczegółowy, ale jednocześnie finezyjny sposób odnosząca się do rozwoju zmian idei piękna, ilustrowana setkami grafik, obrazów i fotografii. Według mnie, pozycja obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się – w profesjonalnym tego słowa znaczeniu – estetyką, a więc fotografią, modą czy makijażem. Nie jest to książka w typie powieści. Jej encyklopedyczno – podręcznikowy charakter przekłada się na konieczność skupienia umysłu podczas lektury. Nierzadko trzeba będzie cofnąć się o kilka stron by spojrzeć na wspomniany szczegół na grafice, czy przeczytać jeszcze raz przywołany później fragment, by przemyśleć go w innym, nowym kontekście. Eco piszę jednak o sztuce tak, że nawet laik bez problemu wyłapie wnioski autora. Tę książkę „podczytuję” sobie od kilku miesięcy, bo nie jest to pozycja „na raz”. Lubię mieć do niej odpowiedni nastrój i czysty umysł, aby móc analizować każdą myśl i bez pośpiechu przyglądać się dziełom wielkich twórców. 

"Historia piękna" Umberto Eco na ulubionej lnianej pościeli. 

   Polecane przeze mnie dzisiaj książki dla dzieci to bardzo subiektywny wybór. I bardzo niestabilny, bo właściwie z tygodnia na tydzień jedne wypadają z podium, a inne z impetem zajmują pierwszą pozycję. Pozwólcie więc, że z czasem będziemy aktualizować nasze wybory.

1. „Moja babcia, mój dziadek” Małgorzata Swędrowska, Joanna Bartosik.

   O książkach dla dzieci mogłabym gadać i gadać. Chętnie opowiedziałabym Wam o tym, jakie książeczki ja kochałam, gdy byłam dzieckiem i jak bardzo się cieszę, że moja mama, szepcąc przed laty pod nosem „może będzie kiedyś dla Twoich dzieci” przetrzymała jednak tę „Martynkę i Przyjaciół” pod łóżkiem. Albo o tym, dlaczego stare baśnie nie raz sprawdziłyby się w nowym świecie lepiej niż większość kreskówek na dziecięcych kanałach.  Nie będę jednak zanudzać Was moimi refleksjami (błagam! Napiszcie w komentarzach, że jednak byście chciały!) i spróbuję ograniczyć się do kilku zdań polecenia książeczki „Moja babcia, mój dziadek” od bardzo fajnego wydawnictwa Wytwórnia. Ostrzegam, że książeczka w nas – dorosłych – może wywołać nieopanowaną lawinę wzruszenia i łez, ale dla naszych dzieci będzie po prostu pięknie wydaną, mądrą opowieścią tłumaczącą reguły tego świata. 

2. Książeczki Erica Carle'a.

   Fakt, że książeczki Erica Carle'a, słynnego amerykańskiego grafika i pisarza, posiadam w języku angielskim nie jest bynajmniej efektem mojego snobizmu – dostałam je po prostu od kuzyna, który na stałe mieszka w Anglii. Dobrze się jednak złożyło, bo wspólne czytanie było miłym i subtelnym wprowadzeniem do obycia z językiem. Większość mam pewnie świetnie kojarzy „Miś patrzy” i „Bardzo głodną gąsienicę” ale być może któraś z Was jednak te pozycje przeoczyła. Z jakiegoś powodu dzieci już od ponad pięćdziesięciu lat kochają efekt pracy tego zdolnego artysty. Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić w czym tkwi ich magia. Być może chodzi o technikę, z której korzysta Carle tworząc ilustracje do książek. Bazą każdej grafiki są kawałki papieru, które następnie pokrywane są kolorowymi farbami akrylowymi. Dopiero później autor nadaje im kształty, wycinając przeróżne postaci, tworząc ciekawe kompozycje, często z efektami dźwiękowymi czy migającymi światełkami.

3. „Piłka Eli” Catarina Krussval.

   Książeczki Catariny Krussval to udany kompromis między tym, co lubi moja córeczka (psiaki), a tym, co lubię ja (piękne ilustracje). Polujemy jeszcze na „Wszystkie psy Eli” i coś czuję, że ta książeczka będzie strzałem w dziesiątkę. Wydawnictwo Zakamarki ma zresztą w swojej ofercie wiele pięknych tytułów, ale większość z nich jest jednak dla starszych dzieci. A może Wy polecicie mi coś wyjątkowego dla półtoraroczniaka?

Bawełniana sukienka z podszewką od polskiej marki Louisse. Świetnie się pierze i po wielu imprezach z jagodziankami nadal wygląda jak nowa… 

   "Umilacze" bez słowa o modzie byłyby czymś nietypowym, ale dziś będą (już zresztą tradycyjnie) bardziej o oporze wobec niej niż podążaniu za nią. Biel to zdecydowanie mój ulubiony kolor na lato. Po przejrzeniu zawartości mojej szafy widać wyraźnie, że to właśnie takie ubrania służą mi najdłużej (najstarsza biała sukienka, którą mam, liczy sobie siedem lat i w tym sezonie też była już noszona). Niektóre z Was często się dziwią jak mama małego dziecka może w takim kolorze funkcjonować, co mnie osobiście trochę dziwi, bo moje doświadczenie pokazuje mi, że to właśnie białe ubrania najłatwiej doprać. I nie jest to bynajmniej kryptoreklama jakiegoś proszku do prania. W przypadku plam na kolorowych rzeczach ich wybawianie jest po prostu znacznie trudniejsze. Trzeba jednak pamiętać o jednej rzeczy! Materiał ubrań musi być na tyle trwały, aby przetrzymać wysoką temperaturę w pralce, czy potraktowanie odplamiaczem. W dzisiejszym wpisie widzicie bawełnianą sukienkę (dwa lata temu mogłyście przyjrzeć się jej lepiej), koszulę nocną (bardzo podobną znajdziecie tutaj) i kreację mojej córeczki od polskiej marki Louisse (w sklepie znajdziecie również podobny model Rose z rękawkiem). 

Pościel wykonana ze stuprocentowego lnu, uszyta w Polsce. Marka Bebelin dopracowała swoje modele do perfekcji. W ofercie znajdziecie też pościele dla dzieci. 

   Skoro tytuł dzisiejszego wpisu brzmi „książki do poduszki” to naturalną scenerią do zdjęć była oczywiście moja sypialnia. A ponieważ niezależnie od objętości czy tematu artykułów, które tutaj publikuję, pierwszym pytaniem od Was jest zwykle „skąd jest pościel?” to dziś Was przechytrzę :). Kiedyś lubiłam pościele z IKEA, ale odkąd mój mąż zażyczył sobie kołdrę o długości 220 centymetrów (ja mam co prawda zaledwie nieco ponad metr sześćdziesiąt wzrostu ale on nieco więcej), to oferta tego szwedzkiego giganta już mi nie wystarczała. Pościele kupuję bardzo rzadko (na pewno nie częściej niż raz na kilka lat) i dlatego sporo uwagi przywiązuję do tego, aby dobrze trafić. Wolę pościele z troczkami, bez guzików, bo niestety słabo znoszą maglowanie, z odpowiednio dużą zakładką, najlepiej wykonane z lnu typu prewashed, który z czasem tylko zyskuje na szlachetności, no ale jednocześnie materiału musi być na tyle gruby, aby pościel nie prześwitywała i… właściwie tych cech idealnej pościeli mogłabym wymieniać bez końca. Nie dziwię się więc Wam, że z taką skrupulatnością pytacie o markę moich pościeli, bo trafić na idealną nie jest łatwo. Ja wyszukałam taką i taką (a tę z dzisiejszych zdjęć znajdziecie tutaj). 

I obiecane dwa przepisy na jagodzianki. Pierwszy, który wypisałam poniżej jest autorstwa Zosi oczywiście – z tego przepisu uzyskacie około osiem niedużych jagodzianek. Więcej zdjęć z realizacji przepisu znajdziecie tutaj. Jeśli jednak nie uznajecie jagodzianek bez kruszonki i lukru to spróbujcie tego przepisu od Tosi

Skład:

Przepis na ciasto:

400 g mąki

150 ml ciepłego mleka

30 g świeżych drożdży

50 ml oleju roślinnego

2 jajka

60 g cukru

80 g masła

farsz:

ok. 200 g świeżych jagód

5-6 łyżek twarogu

2-3 łyżki brązowego cukru

A oto jak to zrobić:

 Świeże drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku z łyżką cukru i 2 łyżkami mąki. Zaczyn odstawiamy w ciepłe miejsce pod przykryciem folii. Po 15 minutach powinien podrosnąć. Aby przygotować farsz: oczyszczone jagody łączymy z twarogiem i cukrem. Do oddzielnej miski przesiewamy pozostałą mąkę, cukier i jajka. Dodajemy wyrośnięty zaczyn i jednocześnie mieszamy. Następnie dodajmy rozpuszczone i ostudzone (nie gorące!) masło i wyrabiamy ciasto (wyrabiam mechanicznie za pomocą haka). Po kilku minutach wyrabiania ciasta dolewamy cienkim strumieniem olej i ponownie ugniatamy ciasto. W efekcie końcowym ciasto nie powinno kleić się do rąk. Gotowe ciasto umieszczamy do naczynia i przykrywamy lnianą serwetką. Pozostawiamy ciasto na ok. 1,5 godziny do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto ponownie zagniatamy i dzielimy na 6-9 części. Z jednej części formujemy kulkę, lekko spłaszczamy i umieszczamy na niej gotowy farsz. Formujemy podłużną bułeczkę i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku w 200 stopniach C przez 15-18 minut.

Komentarz: Aby ciasto szybciej rosło, naczynie z zaczynem umieszczam na płycie grzewczej i włączam mały palnik. Z farszem możemy kombinować, np. zamienić twaróg na ricottę, cukier zastąpić miodem, skorzystać z przypraw – kardamon, cynamon lub odrobinę otartej skórki cytrynowej.

look of the day – Wielkie wieści, czyli czemu nie ma mnie na plaży.

white shirt / biała koszula – MLE Collection (dostępna w sierpniu)

gold earrings / złote kolczyki – YES (poniżej znajdziecie kilka wybranych przeze modeli)

leather belt / skórzany pasek – Polene (w zestawie z torebką)

jeans / dżinsy – ZARA (stara kolekcja)

shoes / buty – Jimmy Choo

   Chociaż do Trójmiasta dotarła w końcu plażowa pogoda, ostatni tydzień spędziłam z dala od piasku i morza. Już jakiś czas wspominałam, że szykują się u mnie pewne zawodowe kroki milowe i te z Was, które śledzą mój Instagram lub profil MLE dobrze wiedzą już o co chodzi. Od minionej środy, po raz pierwszy, można obejrzeć i kupić rzeczy od MLE Collection stacjonarnie, w Gdańsku. Bardzo długo zwlekałyśmy z podjęciem takiej decyzji, bo po prostu nie znalazłyśmy wcześniej miejsca, które wpisywałoby się w wizję naszej marki. Tymczasem, tuż pod naszym nosem, bo w Trójmieście, pojawił się showroom Iconic Design – miejsce dla miłośników wyrafinowanego wzornictwa. Głównym założeniem Iconic Design jest to, że świetne projekty mogą być dyskretny, a to świetnie oddaje ideę MLE Collection. Z przyjemnością więc ogłaszam, że do końca wakacji możecie obejrzeć nasze rzeczy właśnie w tym wyjątkowym miejscu. Na kilka słów zasługuje niewątpliwie dzielnica, w której zdecydowałyśmy się po raz pierwszy sprzedawać nasze rzeczy – piękny Wrzeszcz. Prawdziwej atmosfery przedwojennego Gdańska, znaną nam z powieści Grassa, nie znajdziecie na Starym Mieście (chociaż też warto jest zobaczyć), ale właśnie tutaj. Jaśkowa Dolina, ulice Wajdeloty czy Park Kuźniczki to miejsca tak nastrojowe, że warto zatrzymać się w nich na dłużej. A jeśli zawędrujecie do Iconic Design to nie zapomnijcie zjeść lodów w "Słonym Karmelu".

Kilka przydatnych informacji:

ADRES: ul. Joachima Lelewela 6/5 Gdańsk

GODZINY OTWARCIA: pn – pt: 10:00 – 18:00, sobota: 11:00 – 15.00

Rozmiarówka uzupełniana jest każdego dnia!

   Dwa (no może trzy) zdania na temat stroju. Pandemia i bycie mamą nałożyło się na siebie i prawie zapomniałam już, jak to jest nosić szpilki do pracy. Ostatnich kilka dni było dla mnie i dla Asi (z którą prowadzę MLE Collection) pełne pracy, ale na efekty miło popatrzeć. Koszula, którą widzicie na zdjęciach niebawem wejdzie do sprzedaży, a ponieważ nie ma dnia, abyście nie zapytały mnie o kolczyki, to specjalnie dla Was wybrałam kilka fajnych modeli ze strony YES, gdzie trwa teraz wyprzedaż  (ten, ten, ten, ten, ten i ten), tak abyście nie musiały ich szukać. Spokojnej niedzieli!

Top5: Ranking najlepszych blogerek z Instagrama – Lato w garniturze, czyli polskie blogerki pokazują służbowe zestawy na upały.

 Lato kojarzy nam się przede wszystkim z niezobowiązującą modą plażową, wakacyjnymi sukienkami, dżinsowy szortami i romantycznymi wzorami. Tymczasem, urlop to zwykle tydzień, maksymalnie dwa, a cała reszta lata mija nam w podobny sposób, co reszta pór roku – w pracy. Jeśli więc ciężko znaleźć Wam wystarczająco oficjalny strój, który jednak oddawałby trochę letniego luzu, to dzisiejsze propozycje polskich instagramerek będą w sam raz!

MIEJSCE PIĄTE

@fashionmugging

Garnitur niekoniecznie trzeba nosić w komplecie. Jessica eleganckie spodnie zestawiła z prostym, basicowym topem na ramiączkach, płócienną torbą oraz płaskimi klapkami. Dzięki tym elementom stylizacja zachowuje balans – jest trochę elegancko, ale z przymrużeniem oka. 

MIEJSCE CZWARTE

@dagmarajarzynka

Bardzo podoba mi się taka wersja letniego garnituru – z krótkimi nogawkami i rękawkami. Aby stylizacja nie była zbyt staroświecka Dagmara postawiła na modne sandałki z paskami. Jestem pewna, że taki strój zwróciłby moją uwagę. 

 

MIEJSCE TRZECIE

@styleonbykinga

Kinga postawiła na lniany garnitur w miętowym kolorze. Blogerka zawsze wybiera oversizowe kroje i tak jest tym razem. Podoba mi się czarna koszula pod spodem. Całość prezentuje się swobodnie, ale myślę, że z odpowiednim obuwiem taki zestaw sprawdziłby się także w pracy. 

MIEJSCE DRUGIE

@igawysocka

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć oczywiście motywu zwiewnej satynowej sukienki pod marynarką. Bardzo podoba mi się to połączenie, chociaż idąc do biura czy na służbowe spotkanie pewnie wybrałabym coś dłuższego. Płaskie klapki i pleciona torebka nadają charakteru całej stylizacji, szpilki i toreba do ręki byłyby zbyt oczywiste. Iga wygląda dziewczęco i niezwykle promiennie!

 

MIEJSCE PIERWSZE

@jestemkasia

Ta stylizacja spodobała mi się w tym miesiącu najbardziej. Kasia perfekcyjnie pokazuje jak łączyć styl sportowy z formalnym i wyszło jej to świetnie. Czarne bazowe ubrania jak kolarki, top i marynarka w połączeniu z białymi trampkami nie wyglądają już tak surowo i oficjalnie. Z przyjemnością ubrałabym się tak samo. Chociaż na takie skarpety brak mi odwagi. 

   

Look of The Day – Nigdy dosyć Kaszub.

dress / sukienka – Kornalia Rataj (model "Minimal Dress")

sandals / sandały – Tkees (kupione dawno temu, ale oferta tej marki rzadko się zmienia)

big basket / duży kosz – kupiony w Brukseli

hat / kapelusz – Zara Hom 

   Miło spędza się wakacje, nawet takie jednodniowe, na kaszubskich pustkowiach. Udając się na wieczorny spacer można na przykład spotkać rodzinę kózek, nazbierać bukiet polnych kwiatów albo szukać chmur w kształcie ulubionych zwierząt. Dla mnie ten spacer był też idealną okazją, aby pokazać Wam projekt zdolnej polskiej projektantki – Kornelii Rataj. Długo zastanawiałam się, którą z jej lnianych i pięknych w swej prostocie sukienek wybrać (poza kolekcją lnianą w ofercie znajdziecie także kolekcję SWIMWEAR). Wybór padł na model, który różni się od wszystkich tych, które mam w swojej szafie. 

Konsumencka rewolucja czyli czym teraz kieruję się kupując kosmetyki

   Dużo słyszy się o tym, że przesadny perfekcjonizm, to problem dzisiejszych kobiet po trzydziestce. Pełnimy wiele ról i z każdej chciałybyśmy wywiązać się idealnie. Chętnie bierzemy odpowiedzialność za siebie, za najbliższych i całą machinę codziennego życia. Tyczy się to także wszelakich zakupów. No bo ile razy w ostatnim miesiącu nadrabiałyśmy kilometrów, aby kupić truskawki i marchewkę z ekologicznej uprawy? Kiedy ostatni raz wrzuciłyśmy do koszyka jajka bez wcześniejszego sprawdzenia liczby czerwonych pieczątek? Zdarza Ci się kupić dziecku pierwsze lepsze body, które wpadło Ci w ręce, czy też poddajesz je analizie? I niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która przez tydzień nie miała otwartych na komputerze dwóch kart z prawie identycznymi modelami białych trampek, aby porównywać je bez końca i żałować, że na stronie dostępny jest tylko poczwórny zoom. Nie wspomnę już o tym, jak konsekwentnie staramy się wrzucać na listę zakupów rzeczy wyprodukowane w Polsce, a zamawiając coś przez Internet zwracamy uwagę na to, która firma wysyła swoje produkty bez wykorzystania plastikowych opakowań. A na koniec i tak większość rzeczy zwracamy, bo okazuje się, że po przeanalizowaniu wszystkich czynników ten biały ręcznik jednak nie spełnia naszych oczekiwań, a poza tym w innym sklepie znalazłyśmy podobny, ale z bawełny „eko”.

   Mój prześmiewczy ton jest tak naprawdę nieuzasadniony – to świetnie, że coraz więcej z nas (i z tego co obserwuję: większość Czytelniczek bloga) zwraca tak dużą uwagę na to, aby robić mądre zakupy. Zawsze odczuwam jednak pewną obawę przed skrajnościami, w które zresztą sama się wpędzam. Pogoń za „mniej” może być tak samo złudna i wyczerpująca, jak pogoń za „więcej”. W końcu nadal zostajemy niewolnikami rzeczy. W naszych lodówkach, szafach czy kosmetyczkach mamy tylko to, co się sprawdza i czego potrzebujemy, ale z drugiej strony poświęciłyśmy na to mnóstwo bezcennego czasu.  

   Zaczęłam od szerokiego tematu, ale dziś skupię się tylko na wątku kosmetycznym – chociaż i on wyszedł mi całkiem obszerny. Po prostu im więcej czytam i im więcej szukam, tym bardziej widzę, że tak naprawdę nie wiem nic. Albo prawie nic. Informacji, teorii, zagrożeń, obietnic czy profitów, wynikających z zakupu danego kosmetyku jest zawsze tak wiele, że ciężko jest wyłuskać z tego ziarnko obiektywnej prawdy. Na dodatek coś, co jest prawdą dzisiaj, po miesiącu może okazać się oszustwem. Internet, łatwy dostęp do ocen innych klientów, sprytny marketing i pozorna transparentność marek dają nam złudne poczucie, że kupujemy to, co dla nas najlepsze. Czy jest jakiś sposób, aby nie wpaść w tę pułapkę fałszywego pragmatyzmu? 

Wszystkie moje kosmetyki pielęgnacyjne, które mam w tym momencie. 

 

1. Droga na skróty.

   Gdy dostajesz się na wymarzoną psychologię, przebierasz już nogami na myśl o tym, że odkryjesz wszystkie te tajemne mechanizmy i zawiłe procesy myślowe, które rządzą naszym umysłem. Tymczasem, już na pierwszym wykładzie dowiadujesz się, że to do czego człowiek nieustannie dąży to upraszczanie. Nasz mózg, niczym procesor w komputerze, ma ograniczone zasoby przetwarzania informacji, musi więc jak najszybciej wykształcić sobie pewne automatyzmy, które nie będą niepotrzebnie „obciążać” procesora (tzw. metoda oszczędności poznawczej). Pomaga nam to w szybszym podejmowaniu decyzji dotyczących codziennych spraw. Każdego dnia stajemy bowiem przed całą masą mniej lub bardziej istotnych wyborów. Przygotować domowy obiad czy wziąć jedzenie na wynos? Jeśli to drugie, to z której restauracji? Czy skoro dziecko nie miało dziś drzemki, to powinniśmy położyć je spać szybciej niż zwykle? W co się ubrać skoro na zewnątrz są chmury? Te decyzje są bardzo błahe i zwykle na ich podjęcie poświęcamy ledwie kilka sekund – robimy to automatycznie, analizujemy tylko tyle informacji, ile potrzeba, by zrobić to, co należy: zdecydować, wybrać reakcję, przejść do następnego punktu. Fachowo nazywa się to heurystykami wydawania sądów i w zdecydowanej większości przypadków pomagają nam one sprawnie funkcjonować.

   Co ma psychologia do kosmetyków? W przypadku ich kupowania też stosujemy różne schematy. Niektóre z nich nie zawsze są jednak trafne. „Skończył mi się krem do twarzy, a to najważniejszy kosmetyk więc wybiorę ten z górnej półki” – klik i drogi krem ląduję w naszym koszyku. „Na opakowaniu jest informacja, że ten żel do mycia ciała zawiera olej migdałowy, więc musi być dobry i ekologiczny” – no chyba lepiej wybrać ten niż inny. „Widziałam, że tego serum używa Julia Wieniawa, a lubię jej piosenki” – kupujemy więc to, co poleca znana osoba. Chcemy mieć poczucie, że decyzji nie podejmujemy w sposób bezmyślny, znajdujemy więc jakiś punkt zaczepienia, jedną przesłankę, której nie poddajemy krytycznej ocenie i na jej podstawie dokonujemy zakupu. Wszyscy tak robimy i nie jest to nic złego – gdybyśmy pochylały się nad każdą decyzją zakupową straciłybyśmy pół życia. A naprawdę nie ma sensu analizować tego, czy lepiej wybrać waciki karbowane czy gładkie. Oczywiście chciałabym dobierać swoje kosmetyki bardziej świadomie, ale jednocześnie nie chce mi się poświęcać energii, czasu i pieniędzy na czytanie, testowanie i ciągłe aktualizowanie informacji. Heurystyki, nawet jeśli są obarczone pewnym błędem, pozwalają nam nie angażować umysłu w kwestie, w gruncie rzeczy, nieistotne dla naszego szczęścia. No ale jakoś trzeba wybrać ten krem, prawda?

2. Posegregujmy priorytety.  

   Jaki powinien być dobry kosmetyk? Powinien działać szybko i skutecznie, być tani, wyprodukowany w Polsce, naturalny, mieć ładne opakowanie i w żaden sposób nie szkodzić. Trochę jak z firmą budowlaną która zawsze powinna budować szybko, tanio i dobrze, choć każdy wie, że w rzeczywistym świecie połączenie tych wszystkich trzech cech jest niewykonalne. Podobnie jest z kosmetykami. Jeśli złapałyście się kiedyś na myśleniu „chciałabym aby opakowania po moich kosmetykach nie zaśmiecały planety” a jednocześnie uznałyście, że „no chyba ta marka zwariowała jeśli myśli, że będę im odsyłać te buteleczki do ponownego użytku, nie mam do tego głowy ani czasu” albo „chciałabym, aby kosmetyk zmniejszył wszystkie moje zmarszczki i fajnie jeśli jego głównym składnikiem będzie nieprzetworzony jogurt, bo cenię naturalne składy” to wiecie, że znalezienie konsensusu w tym całym galimatiasie naszych wyidealizowanych oczekiwań jest trudne.

    Od lat staram się, aby zdecydowana większość kosmetyków pielęgnacyjnych (i innych rzeczy również), które kupuję było produkowanych w Polsce i posiadało naturalne składy. Tylko w niewielu przypadkach robię wyjątki. Mam swoje trzy ulubione marki kosmetyczne o bardzo silnym działaniu, które akurat nie są polskie, ale myślę, że ten wyjątek dobrze potwierdza regułę. Biologique Recherche, Image Skincare i Dermaquest opisywałam na blogu już parę razy i w przypadku profesjonalnej pielęgnacji nie mają sobie równych (na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć czego obecnie używam). Uważam, że jeśli raz na kilka\kilkanaście miesięcy kupię coś „zza granicy” to jeszcze można mi to wybaczyć i nie nazywać zdrajczynią. Dotyczy to jednak tylko kosmetyków, których skuteczność ma być naprawdę „piorunująca”. No i jeśli już decyduję się na taki zakup, to znajduję produkty w polskim sklepie internetowym – staram się więc dokładać chociaż mini cegiełkę do czyjejś polskiej działalności. W przypadku pozostałych mazideł mam już inne podejście.

Na zdjęciu widzicie produkty od trzech moich ulubionych marek profesjonalnych. Od Image Skincare polecam zieloną maskę z probiotykiem i prebiotykiem (miałam też tę maskę z witaminą C która była super) i nawilżający balsam do ust, który dodatkowo ma filtr SPF15, z Biologique Recherche maskę długotrwale nawilżającą (niezmiennie polecam Wam też ten krem, ale przeczytajcie dokładnie jak go używać w tym wpisie) a od Dermaquest mam bazę pod makijaż, który go przedłuża i sprawia, że podkład lepiej wygląda na skórze. Wszystkie kosmetyki profesjonalne kupuję w jednym miejscu –  w Topestetic. Ten sklep internetowy posiada naprawdę bogaty zbiór najlepszych światowych i polskich marek, rekomendowanych przez lekarzy medycyny estetycznej, chirurgii plastycznej oraz dermatologów.

    Zacznijmy od tego, że właściwie przed każdym zakupem stawiam sobie pytania, czy na pewno danej rzeczy potrzebuję. Jeśli chociaż przez chwilę się waham to znaczy, że jeszcze się bez niej obejdę. Zakupy pod wpływem chwili właściwie już mi się nie zdarzają. Najpierw musi nastąpić potrzeba, a dopiero potem poszukiwanie. Na przykład: mój t-shirt się podarł i nie nadaje się do noszenia, mogę kupić nowy. Albo: wieczorem chcę zrobić ciasto z truskawkami, więc pójdę po kobiałkę do sklepu (zdecydowanie gorzej jest pójść do sklepu i bez namysłu nakupować truskawek, rabarbaru, jagód i malin formułując w głowie myśl, że może do czegoś w najbliższych dniach się przydadzą) i podobnie jest z kosmetykami („kończy mi się maska do włosów i szampon więc mogę zamówić nowe”, albo „znów pojawiły się wypryski na policzkach – wrócę do tej maski probiotycznej która mi pomogła”). Gdy już wiem, że coś kupić trzeba, szukam odpowiedniego produktu z oferty ulubionych polskich marek, do których mam zaufanie – Yonelle, Veoli Botanica, Sensum Mare, Clochee i parę innych. Jestem też podatna na wpływy autorytetów, ale niestety nie tych z Instagrama. Dlaczego? Bo widzę jak często na profilach influencerek pokazywane są marki, których propozycję reklamowania sama wcześniej odrzuciłam, bo były za słabej jakości. Mam tą komfortową sytuację, że mogę pozwolić sobie na polecanie tylko i wyłącznie tego, co sprawdziłam na własnej skórze i naprawdę polubiłam – i widzę, że ta moja ostra selekcja jest przez Was doceniana. Wracając jednak do moich autorytetów – mam sprawdzone panie kosmetolożki w salonie do którego chodzę od lat (Balola w Sopocie), dziewczyny nieustannie się tam dokształcają i zawsze podsuwają mi coś, co działa (wiele z ich poleceń ląduje później na blogu ;)). Przychylniejszym okiem patrzę także na marki, których założycielkami są kobiety. Chociaż nie, cofam to. Właściwie to jest na odwrót. Zwykle gdy odkrywam jakąś super markę, okazuje się, że stoi za nią właśnie nasza płeć.

Jeśli szukacie kosmetycznego pewniaka, to wejdźcie na stronę polskiej marki Yonelle. Założyły ją dwa autorytety w branży kosmetycznej – doktor nauk chemicznych Małgorzata Chełkowska oraz biolog Jolanta Zwolińska. Yonelle to polska marka, która doczekała się niezliczonych nagród i wyróżnień za swoje technologiczne odkrycia. Ja przetestowałam produkt o groźnie brzmiącej nazwie MEDIFUSION krem w ampułce z mezoigłami, który ma po prostu odmłodzić skórę (wcześniej używałam też naprawdę super kremu na noc). Krem aplikuje się tylko przez 16 dni (co drugi wieczór) i efekty są naprawdę widoczne – po prostu wygląda się młodziej. Na pewno jeszcze kupię ten produkt. Na zdjęciu widzicie również serum pod oczy, które też jest świetne (kurze łapki mniej widoczne, skóra nie wydaje się już tak cienka i delikatna). 

    Muszę się też przyznać do czegoś – niestety mojej konsekwencji nie dostrzeżecie przy kosmetykach kolorowych – nie używam ich zbyt wielu, ale bardzo ciężko jest mi znaleźć alternatywy dla zagranicznych marek. Podkłady, cienie do oczu, róże czy bronzery – tu wciąż widzę niszę do wypełnienia. Właściwie nie spotkałam na swojej drodze idealnego kolorowego produktu polskiej produkcji, nie mówiąc już o takim, który spełniałby nie tylko wymagania makijażowe, ale również moje standardy ekologiczne, a jego skład byłby naturalny. No właśnie. A jak z tą naturalnością jest? Czy nie dajemy się przypadkiem nabić w bambuko?

3. Naturalne kosmetyki a benzyna i olej opałowy. 

   Od kilku lat furorę robi określenie „naturalny”. Wierzymy (albo może lepiej powiedzieć, że chcemy wierzyć), że odpowiednie zioła, olejki roślinne i inne podobne specyfiki rozwiążą wszystkie nasze kosmetyczne problemy. I jak to dziś w handlu bywa, ponieważ wierzyć w to chce duża część z nas, to producenci na tą potrzebę odpowiadają. Mamy więc mnóstwo naturalnych specyfików na rynku, a wraz z nimi osoby zachwycone efektem ich działań, jak i takie, które się nimi srogo rozczarowały. Warto sobie w tym momencie zadać pytanie, co jest tak naprawdę naturalne i czy naturalne oznacza zawsze mniej szkodliwe. W końcu naturalne z pochodzenia są benzyna, olej napędowy, tworzywa sztuczne (wszystkie biorą się z ropy naftowej będącej naturalnym surowcem mineralnym, a „mineral oil” to często składnik naturalnych kosmetyków) i benzoesan sodu (wytwarzany m.in. przez owoce leśne środek zabezpieczający je przez grzybami). A bynajmniej tak ich nie traktujemy.

Naturalna marka kosmetyczna – prawda czy fałsz? W przypadku marki Veoli Botanica zdecydowanie to pierwsze. Kiedy w 2016 roku Monika Solorz postanowiła stworzyć nową markę, kosmetyki naturalne stanowiły produkt niszowy. Prywatnie, od dawna była fanką naturalnych produktów. Już wtedy miała intuicję, że tak jak ona, inne kobiety również zrezygnują z tradycyjnych składów, na rzecz tych wartościowych i autentycznych. Wprowadzenie całkowicie wegańskich, polskich kosmetyków naturalnych z pewnością było dużym wyzwaniem, ale moim zdaniem udało się zrealizować ten cel. Swoje doświadczenia z tą marką zaczęłam niepozornie, od olejku do ciała z płatkami róż, który był genialny i żałuję, że się skończył. Teraz używam kremów do twarzy na dzień HAVE A NICE FACE i na noc REPAIR BY NIGHT (oba kremy mają bogatą formułę, która zaskakująco szybko się wchłania). Veoli Botanica łączy opatentowane substancje naturalne takie jak GEMMOCALM ®, Hydroavena™ HpO, LycoMega® Polyplant Red Fruits, BIOPHILIC ™ H oraz Dermasooth™, które w produkcji są bardzo drogie, dlatego uważam, że stosunek ceny do jakości tych produktów jest bardzo dobry, zresztą same poszukajcie internetowych recenzji – naprawdę trudno znaleźć jakieś minusy. 

   Zacznijmy od tego, że sam przymiotnik „naturalny” niczego tak naprawdę nie gwarantuje. Większość składników każdego kosmetyku to mniej lub bardziej przetworzony surowiec naturalny (jak w wspomniane wyżej paliwa), więc nazwać naturalnym można cokolwiek. Oczywiście możemy oprzeć na odpowiednich certyfikatach, które z reguły gwarantują nieco bardziej zbliżoną naszym oczekiwaniem definicję „naturalności”. Jak to z reguły w  życiu bywa, kosmetyki naturalne najbardziej renomowanych producentów (a więc też niestety dosyć drogie), są optymalnym połączeniem naturalnego pochodzenia i efektywności działania. Te produkowane masowo dla drogeryjnych sieciówek często są albo naturalne tylko z nazwy, albo mało skuteczne. Powtarza się tu zresztą schemat z rynku odzieżowego – producenci natychmiast wychwytują nowe oczekiwania klientek. Moda na „eko” przekłada się na marketing, a językowa dowolność i brak uniwersalnych standardów powoduje, że świadomy wybór jest tylko złudzeniem – odpowiednio przewidzianym przez marketingowych speców wymyślających kolejne linie produktów. 

    Sens kupowania produktów naturalnych czy ekologicznych jednak jest i to muszę mocno podkreślić. Nawet jeśli od czasu do czasu natkniemy się na firmę, która tylko wykorzystuje popularne slogany do zwiększenia sprzedaży. Rynek jest okrutny – produkuje się to, co później chętnie kupujemy. Jeśli przestaniemy wybierać kosmetyki bardziej przyjazne środowisku i z naturalnym składem, to producenci całkiem zarzucą prace nad takimi produktami, bo po prostu przestanie im się to opłacać. 

Maska z probiotykami od Image. Wcześniej nie byłam fanką zielonych masek, bo wydawały mi się dobre dla nastolatek. Nie mam skóry tłustej (a to z myślą o niej stworzono tę maskę), ale nie ma ona wysuszającego działania. Już tuż po użyciu widać, że stany zapalne na skórze się wygaszają, szybciej się goją, znika obrzęk. Używam jej nawet dwa razy w tygodniu bo w lecie moje problemy skórne się nasilają.

   Świadomy wybór – to hasło odmieniane przez wszystkie przypadki jest dziś kluczem do dobrych zakupów. Tak przynajmniej myślimy. Internet powoduje, że mamy dostęp do setek recenzji, opisów, sklepów i porównywarek. Wszyscy lubimy to uczucie dobrze dokonanego zakupu, kiedy mamy wrażenie, że znaleźliśmy dobry produkt w dobrej cenie. I trzeba przyznać, że czasem rzeczywiście to działa. Wiertarka ma wiercić, kosiarka kosić, a rower jeździć. Z tego typu użytkowymi przedmiotami sprawa jest prosta. Jeśli nie działają, zostaje nam gwarancja. Tym samym przy odrobinie determinacji i odporności na marketingową papkę producentów, dokonanie świadomego wyboru jest możliwe. Przynajmniej w przypadku przedmiotów typowo użytkowych, co do których łatwo jest ocenić, czy dobrze spełniają swoją rolę. Co więcej w ich przypadku potrzeba ich posiadania jest często autentyczna, wynikająca z realnych potrzeb – trudno zrobić dziurę w ścianie palcem, mało kto chce kosić trawę kosą, zalety korzystania z roweru są także dosyć oczywiste. Z kosmetykami nie jest już tak prosto. Po pierwsze, trudno porównywać je w usystematyzowany sposób. Po drugie efekty ich działania zawsze będą subiektywne. Po trzecie, coraz więcej czytamy na ich temat, a coraz mniej wierzymy w to, co czytamy. Nasze wybory zakupowe nie powinny stawiać życia na głowie i wpędzać w nerwice, ale jednocześnie muszą nadążać nad zmieniającym się światem. Tylko w którym miejscu leży złoty środek? Chętnie przeczytam, co o tym myślicie. 

*  *  *

sukienka / koszula nocna z jedwabiu – Lovli Silk (polska marka) // krzesło z oparciem – TON // biżuteria – Stag Jewels (polska marka)