Zapiski o modzie i stylu – chyba jestem kiepską influencerką

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 

 

kolczyki – YES (kolekcja Bubble)

sweter z frędzlami, marynarka i satynowe spodnie – MLE

wysokie kozaki – Gianvito Rossi

torebka – Bottega Veneta

 

  Influencerka z definicji powinna „wpływać”. Najlepiej regularnie, skutecznie i w sposób, który da się później zmierzyć w kliknięciach, zasięgach i sprzedaży. Powinna być obecna, odkrywać nowości i nieustannie nadążać za tym, co akurat staje się viralem. Biorąc pod uwagę te kryteria, jestem dość beznadziejną influencerką.

  Publikuję za rzadko. Potrafię przez kilka dni nie wrzucić niczego na Instagram i, co gorsza, nie towarzyszy mi wtedy szczególne poczucie winy. W gąszczu codziennych spraw i obowiązków związanych z MLE zwyczajnie nie mam zbyt wiele czasu, żeby zastanawiać się, czy ktoś zdążył już zauważyć moją nieobecność (na szczęście nie należę do osób, które po kilku dniach ciszy wracają ze słowami „przepraszam, że zniknęłam” – naprawdę nikt nigdy nie czuł się urażony chwilowym milczeniem na Instagramie).

  Do tego chodzę głównie w rzeczach własnej marki, co z punktu widzenia influencera jest prawdopodobnie jeszcze mniej rozsądne. „Co masz na sobie?” jest pytaniem, na które zdecydowanie zbyt często odpowiadam tak samo. Czasami mam wrażenie, że mój codzienny strój wygląda jak wyjątkowo konsekwentne lokowanie produktu. Problem w tym, że to nie jest lokowanie. To po prostu moje ubrania. Skoro sama je projektuję, chyba nikogo nie powinno dziwić, że mam później ochotę je nosić.

  Mój styl jest też nudny do bólu. Nawet jeśli sama mam poczucie, że w ostatnich latach bardzo się zmienił, bo musiał dopasować się do zupełnie innego trybu życia – w międzyczasie pojawiły się dzieci, ciężar mojej pracy przeniósł się na MLE, a zamiast kolejnej podróży do Paryża coraz częściej wybieram spacer po pustej plaży – to większość z Was słusznie zauważa, że w mojej garderobie rzadko pojawia się coś naprawdę zaskakującego. Rozumiem to i nawet się z tym zgadzam. Nie potrafię jednak założyć czegoś, w czym sama czuję się źle, tylko po to, żeby ktoś inny mógł powiedzieć, że w końcu zrobiło się ciekawie.

  To samo dotyczy biżuterii. Najlepsze kolczyki nie są dla mnie tymi, które robią największe wrażenie na zdjęciu. Są nimi te, które zakładam rano, a przypominam sobie o nich dopiero wieczorem. Jeśli coś trzeba zdejmować przed każdą normalną czynnością życiową, nasza relacja prawdopodobnie nie potrwa długo. Dobra rzecz powinna wejść w życie na tyle naturalnie, że po pewnym czasie przestaje być „contentem”, a staje się po prostu częścią codzienności.

  Może więc rzeczywiście nie jestem szczególnie dobrą influencerką w klasycznym rozumieniu tego słowa.  Jeśli rzeczywiście, choćby w niewielkim stopniu, mam wpływ na Wasze wybory, chciałabym korzystać z niego w taki sposób, żebym sama czuła się z tym dobrze. Nie brzmi to może jak wielka filozofia, ale w internecie nawet o takich banałach całkiem łatwo zapomnieć. 

 

*  *  *

  Moje kolczyki o czystej i nowoczesnej formie są z Bubble od YES. Nie posiadają żadnej ostrej krawędzi, także przy zapięciu, dzięki czemu właściwie nie czujemy, że je nosimy.

Look of The Day

Wpis powstał we współpracy z marką L37. 

 

skórzane oficerki – L37 

sweter z frędzlami – MLE 

torebka – Bottega Veneta

 

Pierwszy chłodny weekend za nami, więc korzystając z uprawnień, których nikt mi nigdy nie nadał, oficjalnie ogłaszam sezon na oficerki za otwarty.

Konia nadal nie mam, ale z całą pewnością nie muszę nikomu tłumaczyć, że buty stworzone kiedyś właśnie do jazdy konnej, od dziesięcioleci należą do kategorii „forever fashion favorites”. Moda może co kilka sezonów ogłaszać ich wielki powrót, ale trudno wrócić, jeśli właściwie nigdzie się nie poszło. Mój model ma wbudowaną platformę i został wykonany z delikatnej skóry.

A skoro już udało mi się znaleźć jeden powód, żeby cieszyć się z pierwszego chłodnego weekendu, to dorzucę drugi: z kodem MLE15 kolekcję jesień–zima 26/27 w L37 kupicie teraz 15% taniej. Nie twierdzę, że rabat wynagradza koniec lata, ale być może klasyczne buty pasujące do wszystkiego ułatwią Wam codzienne wyjście z domu (kod ważny do 20.09, rabat nie łączy się z innymi promocjami).

 

MLE kadruje Bałtyk po swojemu. Nowa kolekcja AW26/27 wyrasta z krajobrazu polskiego wybrzeża

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Czy miejsce, na które patrzymy przez całe życie, może wpłynąć na to, jak projektujemy ubrania? W przypadku najnowszej kolekcji MLE odpowiedź pewnie przyjdzie do Was sama. No bo jeśli przez lata oglądasz Bałtyk w każdym możliwym wydaniu, od stalowej tafli po sztormowe odmęty, pewne obrazy po prostu zostają z Tobą na dłużej.

  Kolekcja jesień/zima 26/27 wyrasta z krajobrazu polskiego wybrzeża – ale bez dosłownych marynistycznych odniesień. Zamiast granatowych pasków są miękkie dzianiny z merynosa i wełny owczej, puchowe okrycia wierzchnie i frędzle przypominające spienione grzywy fal.

  To kolekcja o miejscu, które od początku kształtuje estetykę MLE. Od ponad dekady projektujemy nad Bałtykiem i właśnie tę perspektywę coraz wyraźniej traktujemy jako część własnego języka, szczególnie w kontekście jesienno-zimowych projektów, gdy robi się chłodniej, wiatr staje się mocniejszy, plaże pustoszeją, a paleta krajobrazu ogranicza się niemal do bieli, piasku, szarości i błękitu.

  Najbardziej dosłownym śladem Bałtyku są frędzle. Pojawiają się na dzianinach jak piana na grzywach fal – czasem miękkie i uporządkowane, innym razem niemal niesforne. Obok nich pojawiają się obszerne swetry, miękkie warstwy i czyste, oszczędne sylwetki. To zestawienie dwóch rzeczy, które nad polskim morzem istnieją obok siebie przez cały rok: surowości i miękkości. Geometryczna scenografia, ustawiona bezpośrednio na plaży, tworzy ramę dla Bałtyku, zmieniając go w część kompozycji. Postanowiłyśmy dosłownie skadrować morze, bo to jest właśnie nasz punkt widzenia.

  MLE od początku projektuje i produkuje w Polsce. Lokalność nie jest deklaracją dopisaną do kolekcji. Jest jej punktem wyjścia: od miejsca, w którym powstają projekty, przez krajobraz, który wpływa na ich estetykę, po rzemiosło stojące za gotowym ubraniem.

 

SESJĘ ZREALIZOWALI:

Fotograf: Jakub Pleśniarski

Stylizacje: Anna Dobrzańska

Asystent Stylisty: Max Pawełek

Makijaż: Katarzyna Korszla

Włosy: Patryk Nadolny

Scenografia: Piotr Piwowar

Wsparcie techniczne: Pin Up Studio

 

Ten sweter jest chyba jednym z tych projektów, w których najłatwiej zobaczyć, jak bardzo morze potrafi wejść człowiekowi do głowy. Frędzle miały przypominać morską pianę i chociaż w fazie projektu wydawało mi się, że to może zbyt odważny pomysł, to dziś uważam, że wyszło idealnie. Sweter Corvara jest już dostępny na stronie.  

Przez kilka miesięcy ten sweter funkcjonował u nas pod roboczą nazwą „Rekonstrukcja” i chyba trudno byłoby znaleźć dla niego lepsze określenie. Wzięłyśmy sploty z kilku naszych najbardziej charakterystycznych modeli, rozłożyłyśmy je na czynniki pierwsze, a później zaczęłyśmy układać od nowa. Trochę jak zabawa z własnym archiwum – znajome elementy połączyły się w coś, czego wcześniej w MLE nie było. ​Sweter Auronzo również jest już dostępny.

Kurtka Ortisei (dostępna od 11.09) i kapturek to nasze propozycje na chłodne dni. 

Gdy kochasz klasykę, a Twoja garderoba to głównie minimalistyczne ubrania, to może przyjść taki moment, kiedy będziesz chciała w prosty sposób ożywić swój styl. Jeśli masz czasem takie przemyślenia, to ten sweter jest dla Ciebie. Wchodzi do sprzedaży w przyszły piątek. 

Sweter Deia Ecru (dostępny od 11.09) 

Sweter Sora to model, który pojawi się u nas w opcjach dla całej rodziny. Wykonany jest w 100% z wełny merynosowej i pojawi się w MLE na przełomie października i listopada.

Płaszcz i chusta Megeve (dostępne pod koniec października) to zestaw, dzięki któremu jesień wydaje mi się jakaś taka elegancka i dostojna. 

Asia chce ten zestaw nosić na wieczorne wyjścia, a dla mnie jest to elegancka i zmysłowa alternatywa dla dresów. O czym to świadczy? Że obydwie jesteśmy zmarzlakami ;). Sweter i spódnica Lerici są już dostępne na stronie. 

 

***

 

Śledźcie MLE aby odkryć jeszcze więcej naszych nowości i pamiętajcie, aby w miarę możliwości, wybierać rzeczy polskiej produkcji. 

 

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Desenio, Sensum Mare i platformą do nauki angielskiego Akcent, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Lato się skończyło. Jeszcze chwilę temu zastanawiałam się, czy zdążymy na plażę przed zachodem słońca, czy dzieci zjedzą kolację przed dziewiątą i dlaczego znowu wniosły pół kilo piasku do domu.

   Zapomniałam już, jakie to uczucie, kiedy wraz z wrześniem zaczyna się nie tylko jesień, ale też szkoła. Podejrzewam nawet, że właśnie dlatego przez większość dorosłego życia tak bardzo lubiłam tę porę roku. Mogłam wreszcie doceniać złote światło, pierwsze swetry i chłodne poranki bez tego ukłucia gdzieś w środku, że w tle czeka kartkówka z fizyki. 

   Szkoły podstawowej nie wspominam najlepiej, ale długo wydawało mi się, że ten temat mam już ze sobą przepracowany. A potem zostałam mamą i okazało się, że psychika ma swoje małe archiwum, do którego bardzo chętnie zagląda przy okazji pierwszego września. Dowodem na to jest chociażby fakt, że ostatnio znów śniła mi się pani od matematyki z podstawówki, aby przypomnieć mi przy tablicy, dlaczego nic mi nie wychodzi. 

   Oczywiście wiem, że moje dzieci mają przed sobą własną historię i że ich szkoła wcale nie musi przypominać mojej. Mimo to przełom sierpnia i września uruchomił we mnie dziwną mieszankę nostalgii, lekkiego napięcia i irracjonalnej potrzeby sprawdzania, czy na pewno wszyscy mają dobrze spakowany piórnik. 

   Odkrywam więc jesień na nowo. Tylko tym razem trochę trudniej odnaleźć w niej to całe „hygge”, którego przecież przez lata byłam gorliwą propagatorką. Kiedyś wystarczały mi świeca, koc i kubek czegoś ciepłego. Teraz mam wrażenie, że niezbędnym i właściwie jedynym liczącym się warunkiem jest niezachwiane poczucie, że wszyscy są zaopiekowani tak, jak powinni. To dużo trudniejsze niż zamówienie „pumpkin spice latte”.

   Jeśli więc macie swoje sprawdzone sposoby na odzyskanie jesiennego spokoju pomiędzy szkolnymi planami, budzikami a pytaniem samej siebie, co jeszcze można było zrobić lepiej, to bardzo chętnie je poznam. 

  A póki co, wracam do Was z dowodami na to, że życie jest piękne, nawet jeśli beztroska to tylko przerywnik. Na szczęście to właśnie ją najczęściej fotografujemy. Dzięki temu, po czasie można odnieść całkiem przyjemne wrażenie, że wakacje były dłuższe, dzieci mniej się kłóciły, a my naprawdę przez chwilę niczym się nie martwiłyśmy.

 

To tylko ja, nosząca ubrania od mojej własnej marki, w moim własnym mieście. Nie udało mi się być na sopockiej plaży tak często, jak planowałam. Ale podejrzewam, że nie tylko ja oceniam swoją wydajność tego lata na takie mocne trzy na dziesięć ;). 

Plaża – i to nie zawsze ta sopocka – kojarzy mi się zawsze z najpiękniejszymi wspomnieniami. I nie mam tu na myśli momentów, w których działo się coś niezwykłego. Nikt nie miał urodzin, nie byliśmy na drugim końcu świata, nie wydarzyło się nic, co "trzeba" sfotografować. A potem mijają długie lata i okazuje się, że właśnie do tych chwil najbardziej chcemy wrócić. 

Nasza pamięć nie jest jak archiwum, w którym wszystko czeka na nas w niezmienionej formie. Z czasem jedne rzeczy blakną, inne nabierają znaczenia, a jeszcze inne zupełnie nam umykają. A skoro moja pamięć i tak zamierza z czasem trochę poprzekręcać fakty, to wolę podsuwać jej dobre materiały źródłowe. W jakiś listopadowy poniedziałek chciałabym mieć niezbity dowód na to, że życie jest pełne pięknych chwil – nawet jeśli nie zawsze potrafimy je docenić, gdy jesteśmy w samym centrum wydarzeń. Ta mała galeria ze zdjęciami z poprzednich wakacji będzie moim materiałem dowodowym ;).Jeśli chcecie, aby galeria nie wyglądała infantylnie, pamiętajcie, aby ramki były tej samej wielkości i koloru (moje mają wymiar 30x40cm), żeby były cienkie, z szerokim passe-partout. Czarno-białe fotografie to niezawodny sposób, aby całość była spójna. Ja dodałam jeszcze cytaty, które kojarzą mi się z daną osobą/miejscem/chwilą. Oprawianie zdjęcia w ramki od Desenio trwa kilka sekund. A tak wygląda gotowy efekt. Zostawić na parapecie czy powiesić w równym rzędzie na ścianie? Mam dla Was kod rabatowy – MAKELIFEEASIER, który daje 45% zniżki na plakaty, 25% na obrazy na płótnie, 20% zniżki na ramki oraz plakaty personalizowane w Desenio. Kod jest ważny do 30 września. Myślicie, że jestem po prostu sentymentalnym mięczakiem? No to czytajcie: 

1. Wracanie do dobrych wspomnień po stresie zmniejszało wzrost kortyzolu i negatywne emocje (Speer & Delgado, Nature Human Behaviour, 2017). 

2. Oglądanie zdjęć związanych z dobrymi wspomnieniami poprawiało nastrój po negatywnym doświadczeniu (Current Psychology, 2023). 

3. Osoby oglądające własne zdjęcia ze szczęśliwych chwil odczuwały więcej pozytywnych emocji niż te, którym pokazywano po prostu pozytywne, ale obce obrazy (Carretero et al., Frontiers in Psychology, 2020). 1. Cały rok czekałam na ten moment. // 2. Mamulek :*. // 3. Obraz w kolorach lata. Jak to teraz zjeść? // 4. Cykady gdzieś tam na górze właśnie urządzają koncert. // Lubię odkrywać nowe miejsca, ale zdecydowanie bardziej lubię wracać do tych, które już pokochałam. W przewodnikach po Prowansji częściej polecają lawendę, ale jeśli wolicie mniej oczywiste miejsca związane ze sztuką, to zabieram Was tam, gdzie Van Gogh spędził jeden z najtrudniejszych i najbardziej twórczych okresów swojego życia. 

Monastère Saint-Paul de Mausole 
2 VC des Carrières
13210 Saint-Rémy-de-Provence 
Francja 

To około piętnaście minut spacerem od centrum Saint-Rémy-de-Provence i dosłownie kilka kroków od ruin rzymskiego miasta Glanum. 

1. Zwiedzając klasztor i starą część szpitala, można na chwilę poczuć się jak ktoś żyjący pod koniec XIX wieku, kto właśnie został przyjęty na oddział. Nie jest to szczególnie przyjemne uczucie, ale z pewnością trudno o nim zapomnieć. // 2. W miejscu, do którego trafił, bo jego psychika nie dawała już rady, stworzył jedne z najbardziej rozpoznawalnych obrazów w historii sztuki. To właśnie tutaj powstały "Irysy" czy "Gwiaździsta noc". // 3. Nic tak nie napędza do zgłębiania wiedzy jak fakt, że można pokonać potem w jakimś quizie tę mistrzynię (nie udało się jeszcze nikomu nigdy). // 4. Instrument w pokoju to dosyć przyjazne warunki dla pacjentów, nawet jak na dzisiejsze czasy, prawda?// Klasztor i część szpitalna zostały naprawdę dobrze odwzorowane. Poszliśmy tym razem z dziećmi, ale na szczęście nie udzieliła im się lekko mroczna atmosfera tego miejsca.XIX-wieczna garderoba, ale "make it MLE". To właśnie tutaj Vincent van Gogh dobrowolnie zgłosił się na leczenie psychiatryczne po kryzysie w Arles. Spędził w Saint-Paul-de-Mausole niemal rok.Van Gogh miał niewielki pokój, farby i wąskie okno wychodzące na gaj oliwny. Patrzył na ten sam fragment krajobrazu przez wiele miesięcy, a mimo to potrafił zobaczyć w nim wystarczająco dużo, aby stworzyć obrazy, które ponad sto lat później nadal zachwycają cały świat. A jaki my mamy dziś dostęp do piękna? Możemy każdego dnia oglądać setki idealnych wnętrz, krajobrazów, twarzy i miejsc z całego świata. Mamy dostęp do większej ilości pięknych obrazów i miejsc niż jakiekolwiek wcześniej pokolenie, a jednak najczęściej nic konstruktywnego z tego nie wynika.Mój osobisty propagator sztuki. Prowansalski mix. ​Zaprojektowane w Sopocie. Uszyte w Polsce. Noszone w Prowansji.1. A dziś za oknem taka pogoda, że bez marynarki nie wyszłabym z domu. // 2. Mogłabym to jeść na śniadanie, obiad i kolację. // 3. Gdy architekt wnętrz ma nieco ułatwione zadanie, bo zieleń jest tak piękna, że właściwie wystarczy rozstawić stoły i stoliki. // 4. Gdy żyją w Tobie dwa demony: pierwszy chce nosić koszulki z Demon Hunters, a drugi mówi, że woli biel i czerń, żeby wyglądać jak mama. // 

Pilates: 0. Balans między wypoczynkiem a pracą: 0. Wymodelowanie włosów Dysonem: 0. 

Kolejny dzień, kolejny żar. Mój top od MLE znajdziecie tutaj. 

Aż strach wchodzić w tę filmową inscenizację, aby jej nie zepsuć. 

Nie pokazuję Wam tutaj, co spakowałam do walizki, tylko co faktycznie nosiłam. Jak wiadomo, jedno z drugim nie zawsze idzie w parze. Przy 37 stopniach wszystkie dopasowane, przemyślane i wysublimowane zestawy mogłyby równie dobrze zgubić się na lotnisku. Bo jest tak gorąco, że najchętniej nie zakładałabyś nic poza kostiumem kąpielowym, ale jednocześnie chciałabyś wyglądać jak osoba, która ma jakiś styl, a nie uciekła z basenu po alarmie przeciwpożarowym. Bo w hotelu nie ma żelazka. A nawet jeśli jest, trochę boisz się go użyć, bo nigdy nie wiadomo, czy wypuści parę, czy rdzawą wodę. Bo po prostu, życie szybko weryfikuje to, jak wyobrażałaś sobie wakacje, stojąc przed lustrem w swoim mieszkaniu, a jak wyglądają one naprawdę.

No więc nosiłam tylko MLE. Nie dlatego, że czuję obowiązek noszenia własnej marki, ale dlatego, że najwyraźniej ubrania szyte w Polsce mają w sobie tę samą cechę co Polki: muszą być przygotowane na wszystko. 

A dziś wracamy do mojego ukochanego miejsca w Prowansji. W dawnych kamieniołomach wapienia w Les Baux-de-Provence oglądam Fridę Kahlo w giga-skali (i przy okazji chowam się w chłodnych murach, bo na zewnątrz jedyne trzydzieści osiem stopni).

W czasach Fridy kobiece ciało miało być przede wszystkim zdrowe, piękne i płodne. Jej ciało nie posiadało żadnej z tych cech. Ale my, patrząc dziś na jej talent, wiemy doskonale, że wartość kobiety – i człowieka w ogóle – zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się lista cudzych oczekiwań. 

Byłaś niezwykle dzielna. Potrafiłaś zamienić cierpienie w sztukę, która do dziś daje siłę innym.Uwielbiam prowadzić własną firmę, ale czasem chciałabym, żeby urlop był urlopem ;). Sierpień to w MLE czas wielkich przygotowań i nie można było odłożyć laptopa na bok.
"Mamo, dajemy Ci dokładnie jedenaście minut na obejrzenie wszystkich dzieł Joana Miró, Caldera czy Kandinsky'ego. Czas start! Wykorzystaj ten czas mądrze."Fondation Maeght, czyli miejsce do którego bardzo chcę jeszcze wrócić.I wyprawa dobiega końca. Zostawiam Was z rolką o polskich ubraniach w Prowansji, które zawsze są gotowe na wszystko. A ja ruszam dalej…Mała podpowiedź od Sofonisby…Florencja i okolice. Odwiedzamy miejscówki znane z "Kaczych opowieści". Kto zna komiks o RaKWAelu Santi? ;)
Jakiś ojciec z córką piją kawę i chyba nie są stąd.
Żegnamy Florencję, Włochy i witamy szczyty górskie z prania. 
Zieleń w różnych odsłonach. Im jej więcej w mojej codzienności tym lepiej. Pokochałam ten sweter. W tym kolorze zostały nam ostatnie sztuki, ale mamy też już bardziej jesienną wersję.1. Świat właśnie docenił estetykę, która od lat jest częścią naszego codziennego krajobrazu — i wpływa także na projekty MLE. Modernistyczne centrum Gdyni trafiło na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. I nie chodzi tu o jeden wyjątkowy budynek, ale o całe założenie miasta.// 2. Gorąco, w domu nie ma słodyczy, więc robimy lody kokosowe. // "Pańcia powiedziała, że lody nie są dla psów". A teraz ruszamy do prawdziwej pracy. Takiej bez komputera. W sierpniu zorganizowałyśmy w Gdańsku selekcję specjalną w MLE. Trzeba było przygotować lemoniadę dla stu osób, wyprasować niezliczoną liczbę ubrań i sprawić, aby Wasze pierwsze spotkanie z marką w prawdziwym świecie było idealne.Od szklanek „Polka”, przez gruszki na stole, aż po ubrania — zależało nam, żeby wszystko, co tego dnia Was otaczało, było polskie. Jak się okazuje, całkiem sporo rzeczy można znaleźć blisko domu. Łącznie z najlepszymi Klientkami. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem to przepis naszej mistrzyni Oli. 
Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądało całe wydarzenie. 

Myślałyśmy, że nikt nie przyjdzie, a okazało się, że kolejka była dłuższa niż do sopockiego kebaba ;). 

Chyba muszę powiedzieć mamie, że spóźnię się na obiad. 

To był szalony i piękny dzień! Nie będę się z nikim spierać o to, kto ma najlepsze Klientki. Zwłaszcza że sprawa dawno temu została ostatecznie rozstrzygnięta. 
W Gdańsku zawsze natrafię na coś ciekawego. W Zbrojowni przy ulicy Piwnej trwa sprzedaż prac studentów Akademii Sztuk Pięknych. Wstęp wolny :).1. Nasz kotek miał w sierpniu swoje święto. Czy to normalne, że wzruszam się przy takich okazjach do łez? // 2. Dostawy świeżych prac zapewnione każdego dnia. // 3. W poszukiwaniu tęczy. // 4. Hamburgerowy torcik, a może koci hamburger? // 

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Gdyni i jej architekturze, to proponuję zajrzeć do budynku PLO. 

1. Pytacie mnie, czy na spacer po gdyńskim bulwarze trzeba chodzić w swetrze, który przypomina sieć rybacką. No cóż. Projektując go, nie planowałyśmy aż tak daleko idącej spójności z lokalnym krajobrazem. Ale wyszło jak wyszło. 2. W roku 1920 mieszkało w Gdyni około 1200 osób. Niespełna dwie dekady później – już około 120 tysięcy (sto razy więcej mieszkańców w niecałe 20 lat!) Miasto budowano praktycznie od zera, według bardzo nowoczesnych, jak na tamte czasy, zasad. Szerokie ulice, dużo światła, funkcjonalność, modernistyczne kamienice – to znaki rozpoznawcze Gdyni.

W ostatni weekend sierpnia wiedziałam już, że w te wakacje nie dałam rady zrobić remontu kuchni. Po dwóch miesiącach odkładania go na później zrozumiałam, że nie chcę go robić. Polecam tę metodę. Ale za to udało mi się odnaleźć dziwną przyjemność w tym, że czasu nie da się zatrzymać. Natura jakoś nie boi się przemijania. Jej młodość już za nią, niebawem przyjdzie zimowy kres, a ona błyszczy jak nigdy, powoli obsypując się złotem. 

Gdy pod koniec wakacji stwierdzasz, że zdecydowanie za rzadko korzystałaś z ogrodu, więc pomimo tego, że jest zimno i nie ma słońca, to drugiego dnia września przenosisz tam swoje domowe biuro.Ale za pielęgnację w te wakacje stawiam sobie piątkę z plusem. Sama nie wierzę w to, jak moja cera się poprawiła w ciągu ostatniego roku! Przypominam Wam artykuł o tym, dlaczego postanowiłam zrezygnować z kupnych słodyczy. Na szczęście tej jesieni nie chodzi już o naprawianie skóry po kolejnej serii stanów zapalnych, tylko o znacznie przyjemniejsze problemy: nawilżenie, jędrność i zmarszczki. Te dwa produkty z egzosomami od Sensum Mare (serum oraz krem regenerujący) zaraz mi się skończą, więc nim wyrzucę opakowania, przypominam Wam o nich. Egzosomy w tych formułach działają jak małe nośniki sygnałów między komórkami skóry – wspierają jej regenerację, wzmacniają barierę hydrolipidową i procesy związane z poprawą jędrności oraz wygładzeniem. Pamiętajcie, że z kodem MLE30 otrzymacie aż 30% rabatu w Sensum Mare (kod działa do 15 września). 
A na temat tego swetra nie mogę nic powiedzieć, poza tym, żebyście oglądali w sobotę rano Dzień Dobry TVN albo zajrzeli tutaj :).

Ale do takiej szkoły to akurat mogę wracać! Kursy online to coś, w czym świetnie się odnajduję i właściwie nie ma miesiąca, abym nie zaczęła (i może, co ważniejsze: nie skończyła!) jakiegoś szkolenia. Najczęściej dotyczą one pracy (PR, marketing, social media manager, zarządzanie i tak dalej) ale niektóre robię dla przyjemności i poczucia, że po prostu poszerzam horyzonty. Jeśli chodzi o naukę angielskiego, to od kilku lat korzystam z Platformy Akcent i bardzo odpowiada mi to, że nie muszę sama układać sobie planu ani zastanawiać się, czego właściwie powinnam uczyć się dalej. Materiał prowadzi krok po kroku, od słownictwa i gramatyki po czytanie, powtórki i testy, a poziom można dopasować od A1 aż do C2. Są też kursy bardziej specjalistyczne, na przykład Business English. 
Istnieje również możliwość zakupu e-booków do nauki angielskiego, jeśli ktoś woli uczyć się w ten sposób. Z kodem MLEnglish (działa przez dwa tygodnie od dzisiaj) otrzymacie 15% rabatu. 

"Kasia, czy Ty trochę nie przesadzasz? I Ty mówisz, że masz problem z hygge? Jest trzeci września, a Ty już biegasz w wełnianych kapciach!"

Tak! Muszę przyznać, że samo pisanie tego tekstu dla Was poprawiło mi humor. Wygadałam się, trochę pomarudziłam i chyba właśnie tego było mi trzeba, żeby móc ruszyć dalej. Mam nadzieję, że dla Was to też była mała odskocznia od pierwszych wrześniowych dni i przypomnienie, że nie wszystko od razu musi wejść na właściwe tory. Do zobaczenia niebawem!

 

*  *  *

 

 

Zapiski o modzie i stylu: bitwa o własny gust.

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 
 
 
kolczyki – YES 

bluzka z wiązaniem – MLE 

jasne dżinsy z prostą nogawką – MLE 

japonki na koturnie – Mako 

torebka – Bottega Venetta

 

  Nigdy wcześniej nie miałyśmy dostępu do tylu ubrań, inspiracji i osób gotowych podpowiedzieć nam, jak powinnyśmy wyglądać. Instagram, Pinterest i TikTok codziennie podsuwają setki świetnie ubranych kobiet. Jedna przekonuje mnie, że potrzebuję zamszowej kurtki. Druga, że moje życie odmieni jedwabna apaszka. Trzecia właśnie odkryła idealne dżinsy i chyba takich jeszcze w swojej szafie nie mam.  

  Teoretycznie wszystko powinno być więc prostsze niż kiedykolwiek. Piękne ubrania, gotowe stylizacje mamy podane na tacy. Tylko czy w tej całej „łatwiźnie” zostało jeszcze miejsce na to, co charakteryzuje właśnie nas? Największym problemem współczesnej mody nie jest już nadążanie za trendami. Jest nim odróżnienie własnego gustu od gustu, który algorytm bardzo sprawnie pomaga nam wybrać. On nie tylko próbuje zgadnąć, co nam się podoba. Może mieć też udział w tym, że coś  z a c z y n a  nam się dopiero podobać. To działa trochę jak zamknięte koło. Zatrzymuję się przy jednej rolce z dziewczyną w ortalionowych spodniach. Instagram uznaje, że temat mnie interesuje, więc pokazuje mi kolejną. Potem następną. Po kilku dniach mam wrażenie, że ortalionowe spodnie są absolutnie wszędzie. Po dwóch tygodniach zaczynam się za nimi rozglądać, a po miesiącu jestem przekonana, że idealnie pasują do mojego stylu. Najwyraźniej zawsze byłam dziewczyną od ortalionu, tylko przez 38 lat nie miałam o tym pojęcia.

  Bo algorytm zna przede wszystkim nasze zachowanie, a nie nasze intencje. Wie, że obejrzałam rolkę trzy razy. Nie wie, czy zrobiłam to dlatego, bo naprawdę chcę tak wyglądać, czy dlatego, że dziewczyna wydała mi się znajoma. Dla niego trzy odtworzenia to trzy odtworzenia. Proszę bardzo, oto kolejnych dwadzieścia kobiet w ortalionie. I właśnie temu coraz częściej przyglądają się badacze. To, co podsuwa nam algorytm, może wpływać na nasze późniejsze wybory, a ciągłe rekomendowanie podobnych rzeczy stopniowo zawężać pole, z którego w ogóle wybieramy. Co ciekawe, w badaniach dotyczących mody zauważono nawet, że część osób świadomie próbuje „uciekać” przed rekomendacjami Instagrama, żeby zachować bardziej niezależny gust.

  Zresztą ubrania są w tym wszystkim najmniejszym problemem. W najgorszym wypadku zamówimy te ortalionowe spodnie  i będziemy w nich potem chodzić na ryby. Ale dokładnie ten sam mechanizm może dotyczyć znacznie poważniejszych preferencji, opinii i wyborów. I może dlatego od czasu do czasu warto zadać sobie dość niewygodne pytanie: czy ja naprawdę tak uważam? Czy naprawdę mi się to podoba? Czy po prostu widziałam to już wystarczająco wiele razy, żeby uznać cudzy wybór za własny?

Sama nie raz dałam się komuś "zinfluensować". Efektem tego są na przykład te japonki na drobnym podwyższeniu, ale reszta to chyba cała ja, a nie wynik algorytmowych manipulacji. Z kolczykami, to chyba nie muszę Was przekonywać, bo noszę je od lat i jeśli któraś z Was wciąż się nad nimi zastanawia, to daję znać trwają ostatnie dni wyprzedaży w YES (rabaty sięgają nawet do -50%). 

 

Dlaczego zrezygnowałam z kupnych słodyczy?

Wpis zawiera lokowanie marki własnej i marki Sensum Mare.

 

  To nie wydarzyło się w liceum, kiedy niedoskonałości na skórze są właściwie jednym z obowiązkowych punktów programu. Nie wydarzyło się też w czasie, gdy szczególnie eksperymentowałam z pielęgnacją czy makijażem. Miałam grubo po trzydziestce, swoją sprawdzoną kosmetyczkę, dwie ciąże za sobą (czyli największe hormonalne huśtawki w życiu) i mniej więcej wiedziałam już, co mojej skórze służy, a czego lepiej nie stawiać nawet na półce w łazience. I dokładnie w chwili, w której powinnam raczej zacząć interesować się utratą kolagenu i kremami przeciwzmarszczkowymi, moja skóra postanowiła cofnąć się do okresu dojrzewania. Najpierw pojawiło się kilka drobnych stanów zapalnych. Potem kolejne. Wypryski przestały znikać po dwóch czy trzech dniach. Zamiast tego zostawiały po sobie czerwone ślady, a zanim jeden zdążył się zagoić, obok pojawiał się następny. „Nie dramatyzuj, zaraz minie” — powtarzałam sobie. Nie mijało. Wręcz przeciwnie.

  Kto nigdy nie miał poważniejszych problemów z cerą, może mieć trudność z wyobrażeniem sobie, jak bardzo kilka małych czerwonych punktów potrafi zdemolować pewność siebie. To nie jest złamana noga ani życiowa tragedia. A jednak nagle zaczynasz myśleć o swoim wyglądzie inaczej. W samochodzie odruchowo opuszczasz lusterko i sprawdzasz, czy „to” nadal widać (oczywiście, że tak). Zaczynasz tłumaczyć się przed znajomymi ze swojego wyglądu, chociaż nikt o żadne wyjaśnienia nie prosił. Ba, dochodzisz nawet do absurdalnego wniosku, że powinnaś przeprosić innych za to, że muszą patrzeć na stany zapalne na twojej twarzy. Jakbyś przyniosła je na spotkanie w ramach jakiegoś niezbyt apetycznego performansu artystycznego. 

 

top z trenem – MLE // dżinsy – Zara // klapki – Ancient Greek Sandals // torebka – Bottega Veneta // okulary – Shevoke

 

  Wydawało mi się, że etap analizowania każdego centymetra swojej twarzy zostawiłam gdzieś dalekooo, dalekooo za sobą. Nigdy też nie należałam do osób, dla których wygląd był najważniejszą sprawą na świecie. Mam dzieci, pracę, firmę, terminy, rachunki i wystarczająco dużo prawdziwych powodów do zmartwień. A jednak rano stałam przed lustrem i chociaż rozsądek mówił jedno, to własne odbicie sugerowało mi, że jednak mam problem. Najgorsze było chyba to, że kompletnie nie wiedziałam, dlaczego nagle się to dzieje. Zaczęłam więc robić to, co robi prawdopodobnie każda osoba, która chce odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją: szukać winnego. Kosmetyki? Hormony? Stres? Jelita? Za mało snu? Dieta? Merkury w retrogradacji? Przez kolejne miesiące sprawdziłam chyba każdy z tych tropów. No dobrze, poza Merkurym.

  Pragmatycznie podeszłam do tematu i zaczęłam od badań krwi, które nie przyniosły żadnej odpowiedzi. Wizyty i zabiegi u dermatologa pomagały, ale zwykle przez chwilę: tydzień skóra się goiła, a po trzech problem wracał. I chociaż dziś wiem, że w przypadku trądziku dorosłych rzadko istnieje jeden prosty winowajca, to jedna zmiana okazała się u mnie zaskakująco istotna. Tyle że przez długi czas w ogóle nie brałam jej pod uwagę. Albo — co chyba bliższe prawdy — bardzo nie chciałam brać. Bo trop prowadził prosto do mojej szuflady ze słodyczami.

  A ja ze słodyczami zawsze miałam bardzo emocjonalną relację. Uwielbiam je. Są dla mnie nagrodą za trudy dnia, drobną ulgą w stresujących momentach i chwilą dla siebie, najlepiej wtedy, gdy nikt nie patrzy (nie piszę o tym, aby usłyszeć, że to nie jest dobre, piszę o tym, bo wiem, że są osoby, które też mają złe nawyki i ciężko im znaleźć motywacje do zmiany). Co ciekawe, jeśli chodzi o własne dzieci, bez najmniejszego problemu potrafię wygłosić wykład o tym, dlaczego słodycze nie są najlepszym pomysłem. Jak widać, kompetencje rodzicielskie i umiejętność stosowania własnych rad w praktyce to dwie zupełnie odrębne specjalizacje.

  Nie było tak, że pewnego dnia wyrzuciłam cały cukier z domu i rozpoczęłam nowe życie z selerem naciowym w dłoni. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że ciastko owsiane, które upiekłam z dziewczynkami w domu, to jednak trochę inna historia niż trójpak Kinder Bueno zjedzony po cichu między kolacją a myciem zębów.

  Poczytałam badania i postanowiłam zacząć od rzeczy, która wydawała mi się wykonalna: rezygnuję z kupnych słodyczy. Knoppersy, Schoko-Bonsy, czekolada z orzechami, Kinder Cards, wafelki, a nawet orzechowe cukierki Geisha — wszystko poszło w odstawkę. To znaczy, najpierw zjadłam wszystkie zapasy, bo przecież nie będziemy marnować jedzenia, a dopiero potem przestałam kupować nowe ;).

  Nie zobaczyłam różnicy następnego ranka. I byłoby zresztą mocno podejrzane, gdybym zobaczyła. W tym samym czasie wprowadziłam też kilka innych zmian: wróciłam do nakładania makijażu palcami zamiast gąbeczką, zupełnie zrezygnowałam z ciężkich podkładów, zaczęłam bardzo dokładnie, dwuetapowo oczyszczać twarz wieczorem. Dlatego nie zamierzam dziś twierdzić, że odkryłam jedną cudowną metodę leczenia trądziku i wystarczy ominąć alejkę ze słodyczami w supermarkecie. Ale po mniej więcej trzech tygodniach zaczęłam zauważać poprawę. Najpierw przestały pojawiać się nowe stany zapalne. Potem stare zaczęły się wreszcie goić. Po kolejnych tygodniach różnica była już na tyle duża, że trudno było ją zignorować. Sama trochę nie chciałam w to wierzyć — głównie dlatego, że dużo wygodniej byłoby mi odkryć, że winny jest na przykład konkretny składnik kremu, który mogę po prostu wyrzucić do kosza i nadal spokojnie kupować Kinder Bueno. 

  Od tego skórnego kryzysu minął już prawie rok. Oczywiście od czasu do czasu coś na mojej twarzy się pojawia. Nie mam skóry z reklamy podkładu i chyba już pogodziłam się z tym, że nigdy nie będę jej miała. Jem też czasem deser, piekę z dziewczynkami ciastka i nie zamierzam spędzić reszty życia, uciekając przed kawałkiem tortu na urodzinach. Do kupnych słodyczy boję się jednak wrócić bo moja skóra bardzo wyraźnie zareagowała na tę zmianę. Zaczęłam się też zastanawiać, czy to, co zobaczyłam we własnym lustrze, ma jakiekolwiek potwierdzenie w badaniach.

  I tu zaczyna się ciekawsza część tej historii. Bo okazuje się, że nauka nie mówi wcale: „zjesz czekoladę, dostaniesz pryszcza”. Związek między dietą a skórą jest znacznie bardziej skomplikowany — i właśnie dlatego dużo ciekawszy. Chodzi między innymi o indeks i ładunek glikemiczny, insulinę, IGF-1, stany zapalne, a nawet proces, który może wpływać na kolagen i elastynę. Domyślam się, że większość z Was ma silniejszy charakter ode mnie i w Żabce nigdy nie zagląda do działu ze słodyczami, ale gdyby jednak na blogu pojawiła się jakaś zbłąkana fanka Raffaello albo Kasztanków, to przygotowałam dla Was zestawienie badań, które najbardziej przemówiły mi do rozsądku. 

 

 1. Mniej zmian trądzikowych po 12 tygodniach diety.

W randomizowanym badaniu 43 osoby z trądzikiem przez 12 tygodni stosowały dietę o niskim lub wysokim ładunku glikemicznym. W grupie low-GL liczba zmian spadła średnio o 23,5, a w kontrolnej o 12. Poprawiła się też wrażliwość na insulinę. Ważne: grupa low-GL również schudła, więc nie można przypisać całego efektu wyłącznie zmianie ładunku glikemicznego.

Źródło: Smith R.N. i wsp., A low-glycemic-load diet improves symptoms in acne vulgaris patients: a randomized controlled trial, American Journal of Clinical Nutrition, 2007. PubMed.

 

2. Mniej stanu zapalnego — i to nie tylko „na oko”. 

32 osoby z trądzikiem przez 10 tygodni stosowały dietę low-GL lub zwykłą dietę. W grupie low-GL zmniejszyła się liczba zapalnych zmian trądzikowych, ale naukowcy zbadali też próbki skóry. Stwierdzili mniejszy stan zapalny, mniejsze gruczoły łojowe i niższą ekspresję prozapalnej IL-8.

Źródło: Kwon H.H. i wsp., Clinical and histological effect of a low glycaemic load diet in treatment of acne vulgaris in Korean patients, Acta Dermato-Venereologica, 2012. PubMed.

 

3. Słodzone napoje i wzrost markera stanu zapalnego.

Już po trzech tygodniach 29 zdrowych mężczyzn piło przez trzytygodniowe okresy napoje zawierające różne ilości glukozy, fruktozy lub sacharozy. Po interwencjach poziom hs-CRP — markera ogólnoustrojowego stanu zapalnego — wzrósł o 60–109% względem wartości początkowych. To małe badanie i dotyczy napojów słodzonych, więc nie oznacza, że jedno ciastko wywołuje stan zapalny. Ale wynik jest zdecydowanie wart uwagi.

Źródło: Aeberli I. i wsp., Low to moderate sugar-sweetened beverage consumption impairs glucose and lipid metabolism and promotes inflammation in healthy young men, American Journal of Clinical Nutrition, 2011. PubMed.

 

4. A na koniec: czy to wszystko nie jest przypadkiem zbiegiem okoliczności?

W 2022 roku opublikowano systematyczny przegląd 34 badań dotyczących diety i trądziku. Wniosek? Wysoki indeks glikemiczny, wysoki ładunek glikemiczny i większe spożycie węglowodanów mają niewielki, ale istotny efekt sprzyjający trądzikowi, a związek ten potwierdzały również badania randomizowane.

Źródło: Meixiong J. i wsp., Diet and acne: A systematic review, JAAD International, 2022. PubMed.

 

 

  Dietę zmieniłam. Ulubione marki kosmetyczne zostały. Pielęgnacja wróciła wreszcie do problemów odpowiednich dla mojego PESEL-u, zamiast ciągłego gaszenia kolejnych stanów zapalnych. Moja skóra od dawna nie podobała mi się tak bardzo. I chyba właśnie dlatego znów mam ochotę myśleć o pielęgnacji nie jak o akcji ratunkowej, tylko o czymś, co ma sprawić, że ten stan utrzyma się jak najdłużej. A skoro zmarszczki ponownie awansowały na pierwsze miejsce mojej listy problemów, to mogę oficjalnie uznać ostatni rok za sukces ;).

  Sensum Mare to specjalista w tym temacie i polecam Wam serum z egzosomami, peptydami i adenozyną ukierunkowane na jędrność, nawilżenie i zmarszczki, kojąco-regenerujący krem z egzosomami, który wspiera barierę hydrolipidową i łagodzi zaczerwienienia, oraz antyglikacyjny krem-maskę pod oczy z egzosomami i peptydem, ukierunkowany na wygładzenie i oznaki starzenia. Kod MLE30 daje 30% zniżki na wszystkie produkty Sensum Mare i jest ważny do 31 sierpnia. 

  Jeśli dotarłyście aż tutaj, to mam świadomość, że tekst o ograniczeniu słodyczy zakończony przepisem na lody może wyglądać jak pewna niekonsekwencja. Pozwólcie więc, że się wytłumaczę. Te domowe lody kokosowe mają kilka składników, robi się je chwilę, a ponieważ ostatnio znikają u nas szybciej niż Schoko-Bonsy w moim poprzednim życiu, uznałam, że przepis powinien trafić również tutaj. 

 

PRZEPIS NA DOMOWE LODY KOKOSOWE

Skład:

– 3/4 szklanki jogurtu naturalnego

– 3/4 szklanki mleczka kokosowego

– pół szklanki wiórków kokosowych

– 3 łyżki syropu klonowego

– pół szklanki śmietanki 36%  

 

 

A oto jak to zrobiłam:  

Do miski wlałam pół szklanki śmietanki 36% i ubiłam ją za pomocą miksera. Do ubitej śmietany dodałam jogurt naturalny, mleczko kokosowe, wiórki kokosowe i syrop klonowy (możecie użyć również innego słodzika typu syrop daktylowy). Wszystko delikatnie wymieszałam łyżką, a następnie przelałam do gotowych foremek na lody i umieściłam w zamrażalniku. Po około 3 godzinach lody były gotowe.

 

  Na koniec pozwolę sobie na dość śmiałe połączenie Pascala z alejką ze słodyczami w Żabce. Jego słynny „zakład” można bardzo swobodnie sprowadzić do pewnej logiki: jeśli podejmujesz decyzję, która w jednym scenariuszu może przynieść ci dużą korzyść, a w drugim właściwie niczego ważnego nie tracisz, to może warto zaryzykować.

  I trochę tak zaczęłam patrzeć na swoją decyzję o ograniczeniu kupnych słodyczy. Jeśli rzeczywiście mają wpływ na moją cerę — świetnie, właśnie znalazłam jeden ze sposobów, żeby jej pomóc. Jeśli za rok okaże się, że cała poprawa była dziełem przypadku, hormonów, zmiany pielęgnacji albo Merkurego, którego jednak zbyt pochopnie wykreśliłam z listy podejrzanych — też nic straconego. Bo niezależnie od tego, co zobaczę w lustrze, ograniczenie wysokoprzetworzonych produktów pełnych cukrów jest jedną z tych rzeczy, za które reszta organizmu raczej nie będzie miała do mnie pretensji. Pascal prawdopodobnie nie dokładnie to miał na myśli. Ale podejrzewam, że nie miał też w szufladzie Schoko-Bonsów.