Zapiski o modzie i stylu – SKOŃCZYŁAM 39 LAT I…

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 
 

kolczyki – YES
marynarka z szarfą i spodnie – MLE (obecna kolekcja)
buty na obcasie- YSL 
torebka – Bottega Veneta 

 

  Na co w tym wieku nadal nie szkoda mi pieniędzy? Nie wiem, czy to kwestia doświadczenia, czy po prostu coraz mniejszej wyrozumiałości wobec siebie w przypadku nietrafionych zakupów, ale z biegiem lat moja lista zachcianek wyraźnie się skróciła. Zrobiłam więc mały rachunek — tym razem całkiem dosłowny — i okazało się, że jest kilka rzeczy, na które wciąż chętnie bym się połasiła. Gdybym, rzecz jasna, nie kupiła ich już wcześniej.

  Na przykład wartościowe kursy. Kiedyś odliczałam minuty do końca lekcji, dziś dobrowolnie zapisuję się na kolejne. Najwyraźniej nauka staje się znacznie przyjemniejsza, kiedy nikt nas do niej nie zmusza. Nie będę jednak udawać, że wszystkie moje słabości mieszczą się w kategorii rozwoju osobistego. Nadal potrafię zachwycić się doskonale skrojoną czarną marynarką. Zwłaszcza taką, którą równie dobrze można założyć na elegancką kolację, jak i do New Balance'ów (zdecydowanie częściej wybieram tę drugą opcję).

   Podobnie mam z klasycznymi czarnymi szpilkami. Chociaż już dawno przestałam uważać, że elegancka kobieta powinna je nosić, wcale nie przestałam ich lubić. Być może właśnie dlatego, że dziś zakładam je wyłącznie wtedy, kiedy naprawdę mam na to ochotę. Zresztą mój stosunek do mody zmienił się chyba najbardziej w kwestii dodatków. Są rzeczy, które kupujemy, żeby nadążyć za modą. I takie, które kupujemy, bo nie mamy już na to ochoty. Do tej drugiej kategorii zaliczam klasyczne złote kolczyki.  

  Na mojej liście niezmiennie znajduje się też dobre jedzenie — świeże, sezonowe i możliwie najmniej przetworzone. Z wiekiem coraz większą przyjemność sprawiają mi proste rzeczy przygotowane z naprawdę dobrych składników. I chociaż nadal zdarza mi się zjeść na obiad coś, czego żaden dietetyk by nie pochwalił, to właśnie na jakości codziennych produktów najmniej mam ochotę oszczędzać.

  A gdybym mogła dopisać do tej listy jeszcze jedną pozycję, bez wahania wybrałabym zwykły, poczciwy… święty spokój. Ale tego, niestety, wciąż nie da się zamówić przez internet.

  Skoro już mowa o rzeczach, na które nie szkoda mi pieniędzy, to tylko dziś, 25 października, w YES trwa jednodniowa promocja na wybraną biżuterię w ramach YES Club: – 10% rabatu na złoto i diamenty przy zakupach od 699 zł, – 15% rabatu na srebro i stal przy zakupach od 299 zł. Złote kolczyki, które widzicie na zdjęciach, również biorą w niej udział.

 

Przepis na szarą jesień – chlebek bananowy

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

 

 

  Jesienią piekę częściej. Nie dlatego, że wraz z pierwszym chłodem budzi się we mnie szczególnie romantyczna gospodyni domowa, ale dlatego, że o tej porze roku każdy z nas potrzebuje trochę więcej drobnych, codziennych przyjemności. A że pewnie wiele z Was pamięta jeszcze mój sierpniowy tekst, w którym deklarowałam rozstanie ze słodyczami z Żabki, domowe pieczenie stało się właściwie jedyną rozsądną drogą, żeby tę jesień przeżyć bez poczucia, że odebrałam sobie wszystko, co w tym wieku daje millenialsowi radość — obok świeżej pościeli, świeczki o zapachu cynamonu i dostępu do wszystkich platform streamingowych, z których i tak przez pół wieczoru wybiera się jeden film.  

  Tak więc po tekście o rezygnacji z kupnych słodyczy przychodzę dziś do Was z przepisem na chlebek bananowy. I to nie byle jaki. Bo jeśli z wiekiem też zatraciliście odrobinę młodzieńczej spontaniczności i na widok każdego wypieku zamiast rzucać się po dokładkę, najpierw zastanawiacie się, czy ktoś przypadkiem nie wsypał do niego pół szklanki białego cukru więcej, niż było to absolutnie konieczne, to ten przepis powinien Wam się spodobać.  

  To ciasto sprawdza się równie dobrze jako towarzysz netflixowych maratonów, jak i ratunek do szkolnego lunchboxa, kiedy o siódmej rano w poniedziałek okazuje się, że ktoś poprzedniego wieczoru zjadł ostatnią bułkę. Czyli, mówiąc krótko, spełnia wymagania współczesnego dorosłego człowieka: daje trochę przyjemności, nie wymaga wyrzutów sumienia i czasem rozwiązuje problem, o którym jeszcze wczoraj nie wiedzieliśmy, że będziemy go mieć.

 

Składniki mokre:

– 3 spore banany
– 2 jajka od szczęśliwych kur
– 113 g masła i uwaga, do mokrych w tym przypadku dodajemy też brązowy cukier
– pół standardowego kubeczka.  

Składniki suche:
– dwie czubate łyżki białka bananowo-waniliowego (ja użyłam to od Daily Spoon).
– 175 g mąki pszennej
– 1 łyżeczka sody

 Dodatki:
– garść posiekanych orzechów pekan
– 1 banan przekrojony w poprzek do dekoracji
 
 Przygotowanie: Piekarnik nagrzej do 175 stopni bez termoobiegu. W jednej misce przygotuj składniki mokre, w drugiej suche. Rozgnieć banany na papkę, dodaj jajka, cukier i rozpuszczone masło. Wymieszaj. W drugiej misce wymieszaj mąkę z białkiem i z sodą. Przelej mokre do suchych i bardzo delikatnie mieszaj. Na koniec dodaj orzechy. Przełóż masę do keksówki. Udekoruj górę bananem, tak jak na zdjęciu i włóż do rozgrzanego piekarnika na około 55 minut.​

 

Sweter i dżinsy pochodzą z nowej kolekcji MLE. 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi oraz Pasiekami Rodziny Sadowskich, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Zacznę może od tego, że pamięć ma dziwną skłonność do wygładzania ostrych krawędzi. Kiedy dziś próbuję sobie przypomnieć, z jakimi emocjami i lękami wchodziłam we wrzesień, wyraźnie widzę, jak wiele z nich zdążyło już odpłynąć w drugą stronę. Pierwsze huragany mam więc za sobą — choć nie te pogodowe, bo w Sopocie trwa właśnie prawdziwe babie lato. Mam raczej na myśli ten rodzaj zamieszania, który na początku wydaje się większy od nas, a po kilku tygodniach okazuje się czymś, przez co po prostu trzeba było przejść.

  Kilka tygodni temu usłyszałam od kogoś: „pamiętaj, żeby po tym, jak stworzysz już w głowie najgorszy możliwy scenariusz, spróbować wyobrazić sobie także ten najlepszy”. Skoro miesiąc temu nie bardzo mi się to udało, może teraz pójdzie lepiej. Myślę więc o długich spacerach, które w teorii będą grzybobraniem, a w praktyce zwyczajnym chodzeniem z koszykiem bez większego celu. O pieczeniu z dziećmi ciasta marchewkowego. O kilku wieczorach z zaległymi serialami – z „Lalką” na czele – i o tych momentach w pracy, które są tak absurdalnie zabawne, że później opowiadamy je sobie przez kolejne tygodnie. Myślę o tym, jak mimo upływającego czasu, wciąż cieszą mnie te same rzeczy. Na przykład ozłocone drzewa przy sopockiej plaży. W zachodzącym słońcu wyglądają tak, że nie sposób oderwać od nich wzroku.  

  Ale wróćmy jeszcze do tego września…

 

 

Po tygodniach słońca i niebieskiego nieba nareszcie przyszła gorsza pogoda. Jednym do szczęścia potrzebne jest lazurowe morze, a mi czasem potrzeba chmur i deszczu. A skoro przyszedł już ten pierwszy ponury dzień, to zatapiam się w różnych myślach i nadrabiam zaległości. Dzieci ćwiczą swoje pierwsze utwory, a ja poświęcam chwilę, aby napisać kilka słów, bo ktoś po prostu mnie o to poprosił. No więc, czy mogę na chwilę poprosić o Waszą uwagę?

Wielu z nas może się wydawać, że w obliczu choroby onkologicznej dziecka liczą się przede wszystkim wielkie pieniądze. I oczywiście, są one ogromnie ważne. Ale podczas wielomiesięcznego leczenia znaczenie mają również rzeczy pozornie drobne. Takie, które wydarzą się dziś, jutro i pojutrze na szpitalnym oddziale. Z perspektywy domowej kanapy, kiedy właściwie od naszego lenistwa zależy czy zrobimy danego dnia coś ciekawego, zajęcia plastyczne mogą wydawać się czymś niewielkim. 

Ale gdy dzień po dniu otaczają Cię ból i szpitalne ściany, a stan zdrowia nie pozwala korzystać z większości atrakcji dostępnych dla zdrowych dzieci, godzina śmiechu i lepienia z plasteliny nagle staje się prawdziwą przygodą. Czymś, co choć na chwilę pozwala myślom odpocząć od choroby. 

Fundacja z Pompą to nieduża organizacja, bez gigantycznych zasięgów, za to z ogromną energią, żeby codzienność na dziecięcych oddziałach onkologicznych była choć trochę bardziej normalna. Choćby przez godzinę czy dwie dziennie. W teorii takie zajęcia nie kosztują wiele. W praktyce ktoś musi poświęcić swój czas, odpowiednio się przygotować, przyjechać na oddział i zrezygnować w tym czasie z pracy zarobkowej. I robić to nie raz, ale regularnie. 

Jeśli uważacie, że to mało – przeklikajcie dalej. Jeśli jednak czujecie, że poświęcenie własnego czasu i energii po to, by dać trochę radości dzieciom, które bez żadnej swojej winy mierzą się z czymś, co byłoby próbą ponad siły dla większości dorosłych, ma znaczenie – kliknijcie w link i razem ze mną wesprzyjcie Fundację z Pompą. 

Można pomóc także inaczej. Fundacja z Pompą organizuje między innymi warsztaty z pierwszej pomocy, a dochód z wielu jej inicjatyw pozwala finansować codzienną działalność na oddziałach. Zapisując się na takie warsztaty, można więc nauczyć się czegoś naprawdę przydatnego. 

Dziękuję za Waszą uwagę i przepraszam, że skradłam trochę Waszego czasu na takie ogłoszenia – mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. 

Pakuj się, lapku, do torby, bo dziś zabieram Cię na kilka spotkań. Czas, abyś po tygodniu leżenia na moim kuchennym stole, ruszył się z domu!Sopot to symbol eleganckiego kurortu. 
Ale to też miasto, w którym żyję, więc obiektywizm mam ograniczony. We wrześniu często zaglądałam do słynnego Grand Hotelu, ale niestety nie dla przyjemności (chociaż taka praca to sama przyjemność). Czekała nas tam kolejna operacja MLE pod kryptonimem "Wiatr od morza". Pamiątka z 7:30 rano, kiedy dzień wciąż wydawał się całkiem dobrze zaplanowany (ale potem było już standardowo). Mam pewną teorię: jesień najbardziej lubią ci, którzy zapomnieli już, że we wrześniu zaczyna się szkoła. A tu podglądamy naszą tegoroczną kampanię. Nie wiem, ile jeszcze zostało mi czasu, nim AI zrobi to lepiej, ale na szczęście nadal bardziej interesuje nas tworzenie niż generowanie. Przyznam jednak, że stawianie oporu temu technologicznemu wyjadaczowi, to dosyć pracochłonna próba. Po raz kolejny oddałyśmy naszą kampanię w ręce Jakuba Pleśniarskiego. Tym razem jego obiektyw skierował się w stronę Bałtyku. Miejsca, które od początku jest częścią historii MLE. Więcej słów od Kuby na temat tej kampanii zobaczycie tutaj. 
Jeśli macie kupić tej jesieni tylko jeden sweter, niech będzie inny niż wszystkie (no i niech będzie wyprodukowany w Polsce). Model Auronzo jest już dostępny. 
 AI nadal nie ma przerwy obiadowej i nie zmarzła na wietrze. Punkty dla niej. Czy ekipa DDTVN jechałaby przez pół Polski, tylko po to żeby zobaczyć nasz backstage? Oglądałyście efekty?Nasz kultowy model, który moim zdaniem jest najlepszą puchową kurtką na świecie. W tym sezonie wraca w ciemym, zgaszonym odcieniu granatu. Oczywiście z certyfikatem RDS, z którego jesteśmy niezwykle dumne, bo bardzo trudno spełnić standardy pozwalające na jego przyznanie (nr TE-00297313).Wklej prompt: "Wyobraź sobie, że jesteś scenografem pracującym przy kampanii marki modowej znad polskiego wybrzeża i musisz oprawić morze w ramę nierealistycznych rozmiarów". Byłoby trochę prościej, co nie? A jednak postanowiłyśmy zrobić to naprawdę. Zamiataliśmy plażę, walczyliśmy z wiatrem i chyba staliśmy się pośmiewiskiem dla mew. Mogłyśmy to wygenerować, ale nie po to ludzkość zaszła tak daleko, żebyśmy teraz korzystały z jej osiągnięć tylko po to, aby ułatwić sobie życie. W końcu: Make Life Hard… znaczy Easier. Trochę Botticelli, a trochę Skagen. 
1. Rekwizyty. // 2. Było wiele zapytań, czy wróci – i wrócił. Sweter Corvara ecru jest ponownie dostępny w MLE i wcale się nie dziwię, że właściwie żadna z Was go nie zwróciła. // 3. Halo, halo? Paryż? Tak tylko dzwonię, żeby powiedzieć, że możecie już odpocząć. Modową zmianę przejmuje polskie wybrzeże. // 4. Co tam wiatraki w komfortowym studio, skoro możemy mieć prawdziwą bryzę nad morzem. // 
Porządki po sesji zdjęciowej. Wiem, że nie mogę zatrzymać wszystkich, ale w tym sezonie naprawdę bym chciała :). 

Nie wiem, czy bardziej stresuje się Kasia w telewizji, czy Kasia oglądająca Kasię w telewizji. W każdym razie, telewizja to nie jest mój żywioł i raczej nigdy nim nie będzie, ale ktoś mądry mi kiedyś powiedział, że jeśli już chcesz się za coś zabrać, to daj z siebie wszystko, w przeciwnym razie w ogóle nie zaczynaj. A że mamy w MLE najpiękniejszą kolekcję inspirowaną Bałtykiem i polskim wybrzeżem, którą naprawdę chcemy się pochwalić, to można zrobić coś nierozsądnego. Na przykład pójść do DDTVN, a potem przez resztę dnia analizować każde swoje zdanie z dokładnością komisji śledczej. 
Wciąż wydaje mi się, że nie wszystko, co zainteresuje innych, trzeba pokazywać w internecie. Niewiele tu rodzinnych kadrów, ale wrzesień zdecydowanie stał pod znakiem domowych spraw. 21:05 – "Mamusiu, jutro jest kiermasz w szkole i każdy musi przynieść ciasto." "Sopot by night but make it MLE" . 
Nie za często włóczę się wieczorami po moim mieście, ale gdy przyjeżdża tyle wspaniałych dziewczyn, to nie wypada siedzieć w domu.O, a tego pana w Polsce lubimy szczególnie. On z kolei najwyraźniej lubił Sopot. Charles de Gaulle nocował w Grand Hotelu w 1967 roku i dziś jeden z apartamentów nosi jego imię.  Rozpędzamy się też z innymi inicjatywami. Mamy już za sobą pierwsze spotkania z Klientkami (aby dostawać informacje o spotkaniach, trzeba zapisać się do Domu MLE na stronie sklepu).
Kolacja w ogrodzie Grand Hotelu. Dziękujemy za te piękne okoliczności i idealną wrześniową pogodę. :) Poranna droga do pracy, gdy mieszkasz w Sopocie.  Mój jesienny uniform na plażę, do biura i do wszystkiego, co pomiędzy. Wiem, że jesteście zaskoczone, ale wszystko jest z MLE ;). Jeśli szukasz kogoś, kto zorganizuje piknik na plaży i pokaże polskie wybrzeże od najlepszej strony, to MLE się poleca (jak tylko uznamy z Asią, że mamy już dosyć prowadzenia marki odzieżowej przestawiamy się na eventy ;)). 
No dobrze, ale to wszystko nie wyszłoby tak ładnie, gdyby nie Oficyna i agencja Fashion Valley. POLECAJKA Z SERCA.  1. Nie chcę nic mówić, ale właśnie zaczyna się najlepsze pół roku dla ludzi, którzy na plaży wolą być ubrani. Ten sweter jest ponownie dostępny. // 2. Śniadanie na plaży. // 3. Wełna i kalosze to najlepsze atrybuty jesiennej plażowiczki. // 4. Mieszkam w Sopocie od ponad 30 lat i pomyśleć, że dopiero teraz zjadłam swoją pierwszą jajecznicę na plaży. // Podejrzewam, że większość z Was zna już Maję Michalak z Poza Ramami, ale jeśli nie, to koniecznie musicie to nadrobić. Strasznie mi miło, że w trakcie swojego pobytu w Sopocie nosiła jeden z moich ulubionych projektów tego sezonu. 1. Ze wspaniałymi redaktorkami! Anią Tobiasz ze Zwierciadła oraz Eweliną Kołodziej z Vogue.  // 2. Pierwszy dzień poniżej 15 stopni i od razu jakoś lżej na sercu każdej jesieniarze.  // Mówiłam, że po Sopocie chodzą najlepiej ubrane dziewczyny ever?  Ahoj! We wrześniu sporo czasu spędziłam w sopockiej marinie – urządzałyśmy rejsy dla redaktorek, ale także dla Klientek zapisanych do Domu MLE. 1. W tej mojej pracy najdziwniejsze jest to, że jednego dnia planuję SKU na następny sezon, a drugiego muszę się uczyć węzłów żeglarskich. W Sopocie "coastal girl" to nie trend, tylko obowiązkowy element CV. // 2. Oj, przyda się na pokładzie ta gorąca herbata! // These beauties on board :). Mogłybyśmy wyjechać gdzieś daleko i znaleźć jakieś spektakularne widoki, które miałyby udowodnić, że MLE jest marką premium, ale myślę, że polskie wybrzeże ma zdecydowanie największy potencjał, aby Was do tego przekonać. 

Sweter z frędzlami, które miały wyglądać jak grzywy fal. Fajnie wygląda na tle takiego szarego morza. 

Lubię te aparaty, które jakiś czas temu dołączałyśmy do zamówień. To była super akcja i mam nadzieję, że udało Wam się dzięki nim stworzyć kilka pamiątek z wakacji. Coś czuję, że w najbliższych tygodniach pojawi się tu sporo analogowych zdjęć ;). Miejsce, do którego chce się wracać i pokazywać go innym.  ​"The blogger cartel." Kojarzycie Angelikę Warlikowską? Obwieściła niedawno wielki powrót blogów. Czekam z niecierpliwością na to, czy ta przepowiednia się sprawdzi. Bardzo doceniam fakt, że od czasu do czasu (konkretnie raz w roku :)) moja praca polega głównie na tym, aby pochwalić się przed innymi tym, co stworzyłyśmy w MLE.  
Po raz kolejny podczas projektowania kolekcji sięgnęłyśmy po element związany z polskim wybrzeżem. Jesienny Bałtyk podsunął nam odcień, który stał się jednym z najmocniejszych punktów tej kolekcji. Tu macie link do całej kolekcji "Fall Baltic Navy".

Te desery… mini pączki z pistacjami, mini beza Pavlova z truskawkami, mini ptysie z kremem waniliowym, galaretka z owocami i ciastko francuskie z malinami i ganaszem z białej czekolady. Można pakować do kieszeni?Gdy w czasie największego huraganu, tego zawodowego i prywatnego, koleżanki wyciągają cię na sztukę do Warszawy. Takie sytuacje wywołują we mnie z jednej strony złość i irytację… a z drugiej: nieopisaną wdzięczność. Po zobaczeniu Mai w tym swetrze, stwierdziłam, że jednak muszę go mieć. Przyszedł więc czas na mały remanent w szafie, bo w przeciwnym razie już żaden sweter od MLE się nie zmieści. Zachęcam Was do zajrzenia na moje aukcje na Vinted, bo dosłownie przed chwilą wrzuciłam tam kilka rzeczy, które czekają na nowy dom. 

Zdjęcia wywołane!

Z serii: co w tym tygodniu przyniósł mi kurier, czyli moje pierwsze październikowe zakupy. Forma do ciasta i stalowa taca z H&M, kosmetyki od Say Hi (mój makijaż znów będzie miał glow!), oraz halloweenowe ozdoby na imprezę dla dzieci. 

1. Rozpoczynamy odliczanie! // 2. Duet, który dba o rozświetlenie mojej skóry. Serum GLAZED SKIN bazuje na ceramidach i peptydzie, wspiera barierę ochronną skóry, regeneruje, intensywnie nawilża i pomaga przywrócić jej komfort, jędrność oraz blask. GLAZED EYES  to pierwsze serum od Say Hi stworzone specjalnie do pielęgnacji okolicy oczu. Serum ujędrnia, wygładza, regeneruje, nawilża i rozświetla, a jednocześnie pomaga zmniejszyć widoczność oznak zmęczenia, w tym cieni i opuchlizny. Razem tworzą THE GLAZED ROUTINE – dwa obszary, dwie formuły, jedna rutyna. 

Marka Say Hi gości w mojej kosmetyczce już od dłuższego czasu, a bez GLAZED SKIN nie potrafię już osiągnąć ładnego błysku na twarzy. Dla mnie to idealny zamiennik dla pewnego kultowego produktu od marki na literę R… Teraz można go kupić w mniejszym opakowaniu. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% rabatu na wszystkie produkty w Say Hi (kod działa do końca października). Do tego gorąco Was zachęcam do zapisania się do newslettera, aby nie ominąć wyjątkowych ofert, które marka szykuje na Black Friday (dlatego im szybciej się zapiszecie, tym lepiej!). 
"Lalka", kolejny sezon "Dżentelmenów", "Kulawe konie", a może kurs o sztuce od "Poza ramami"? Co obejrzycie dziś wieczorem?
Gdy połowa zespołu na sesji jest przeziębiona i zakatarzona, więc…
…przynosisz na plan miód z pomarańczą i goździkami. Czasem wystarczy jeden taki słoik, aby wszystkim zrobiło się jakoś milej.Miód z pomarańczą i goździkami od Pasieki Rodziny Sadowskich to niezbędnik tej jesieni – sam w sobie smakuje jak zimowa herbata albo grzaniec. Polecam! Z kodem Makelife10 otrzymacie 10% rabatu na zakupy w sklepie. Gdy w trakcie zdjęć produktowych okazuje się, że połowa modeli jednak nie wejdzie do sprzedaży w planowanym terminie, ale Wy się tym średnio przejmujecie, bo właśnie jedna z Was dostała wiadomość, że dziecko dostało w szkole gorączki, a druga, że niania złożyła wypowiedzenie z dnia na dzień. 
Ten sweter to moja ukochana opcja dla wszystkich tych z Was, które nawet na imprezy chcą wkładać sweter :). 
Mimo wszystkich trudności, stresu, nieprzewidzianych sytuacji i niestabilności tego biznesu, chciałabym tylko powiedzieć, że nadal lubię robić to, co robię. A ten różowy akcent to niespodzianka, która ma Wam przypominać o czymś bardzo ważnym. Październik to miesiąc profilaktyki raka piersi, więc będziemy Was próbować przekonać do badań. 

Bardziej cieszy mnie coś, co mam od pięciu lat, niż rzecz, którą mam od pięciu dni. Jako przykład podaję te kozaki, które możecie pamiętać jeszcze z czasów pandemii ;). 

Aaaaa psik!

No dobrze, a teraz czas na mały tour po moim wrześniowym Sopocie. Mam wrażenie, że przez cały lipiec i sierpień nie było u nas tak pogodnie, jak teraz. Tak jakby lato chciało na koniec wszystko nam wynagrodzić. Park Południowy to jedno z moich ulubionych miejsc w Sopocie. Tuż obok kultowego Grand Hotelu, z różanymi rabatami, w których można odnaleźć najróżniejsze odmiany, takie jak "Comte de Chambord", "Victor Verdier" czy "Ballerina".Chyba każdy ma w życiu taki moment, kiedy wydaje mu się, że gdzieś indziej wszystko byłoby trochę piękniejsze. Że najwspanialsze poranki zdarzają się w Paryżu, a prawdziwe życie zaczyna się dopiero tam, gdzie są wielkie miasta, dużo świateł i przynajmniej trzy dobre piekarnie w promieniu pięciuset metrów.  

I dobrze. Nadal potrafię zachwycić się obcym miastem, krajobrazem czy miejscem, do którego chciałabym kiedyś wrócić. Ale z czasem coraz bardziej doceniam też ten zwykły, lokalny rodzaj przywiązania. Ten, który sprawia, że znany od lat widok nadal potrafi zatrzymać człowieka w pół kroku, a spacer tą samą drogą, po raz setny, wcale nie musi być nudny.Jak tu nudno… i pięknie.Jesienią nie zmniejsza się we mnie ciekawość świata, ale bardzo cieszy mnie to, że umiem już odnaleźć radość także tam, gdzie akurat toczy się codzienne życie. Nie potrzebuję zmieniać szerokości geograficznej, żeby mieć poczucie, że coś się wydarza.  Mam nadzieję, że czasem czujecie podobnie — bez względu na to, gdzie akurat jesteście. I bardzo się cieszę, że we wszystkich tych miejscach macie internet, żeby od czasu do czasu tu do mnie zajrzeć. ;) Dziękuję Wam za ten czas.

 

*  *  *

 

Zapiski o modzie i stylu – chyba jestem kiepską influencerką

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 

 

kolczyki – YES (kolekcja Bubble)

sweter z frędzlami, marynarka i satynowe spodnie – MLE

wysokie kozaki – Gianvito Rossi

torebka – Bottega Veneta

 

  Influencerka z definicji powinna „wpływać”. Najlepiej regularnie, skutecznie i w sposób, który da się później zmierzyć w kliknięciach, zasięgach i sprzedaży. Powinna być obecna, odkrywać nowości i nieustannie nadążać za tym, co akurat staje się viralem. Biorąc pod uwagę te kryteria, jestem dość beznadziejną influencerką.

  Publikuję za rzadko. Potrafię przez kilka dni nie wrzucić niczego na Instagram i, co gorsza, nie towarzyszy mi wtedy szczególne poczucie winy. W gąszczu codziennych spraw i obowiązków związanych z MLE zwyczajnie nie mam zbyt wiele czasu, żeby zastanawiać się, czy ktoś zdążył już zauważyć moją nieobecność (na szczęście nie należę do osób, które po kilku dniach ciszy wracają ze słowami „przepraszam, że zniknęłam” – naprawdę nikt nigdy nie czuł się urażony chwilowym milczeniem na Instagramie).

  Do tego chodzę głównie w rzeczach własnej marki, co z punktu widzenia influencera jest prawdopodobnie jeszcze mniej rozsądne. „Co masz na sobie?” jest pytaniem, na które zdecydowanie zbyt często odpowiadam tak samo. Czasami mam wrażenie, że mój codzienny strój wygląda jak wyjątkowo konsekwentne lokowanie produktu. Problem w tym, że to nie jest lokowanie. To po prostu moje ubrania. Skoro sama je projektuję, chyba nikogo nie powinno dziwić, że mam później ochotę je nosić.

  Mój styl jest też nudny do bólu. Nawet jeśli sama mam poczucie, że w ostatnich latach bardzo się zmienił, bo musiał dopasować się do zupełnie innego trybu życia – w międzyczasie pojawiły się dzieci, ciężar mojej pracy przeniósł się na MLE, a zamiast kolejnej podróży do Paryża coraz częściej wybieram spacer po pustej plaży – to większość z Was słusznie zauważa, że w mojej garderobie rzadko pojawia się coś naprawdę zaskakującego. Rozumiem to i nawet się z tym zgadzam. Nie potrafię jednak założyć czegoś, w czym sama czuję się źle, tylko po to, żeby ktoś inny mógł powiedzieć, że w końcu zrobiło się ciekawie.

  To samo dotyczy biżuterii. Najlepsze kolczyki nie są dla mnie tymi, które robią największe wrażenie na zdjęciu. Są nimi te, które zakładam rano, a przypominam sobie o nich dopiero wieczorem. Jeśli coś trzeba zdejmować przed każdą normalną czynnością życiową, nasza relacja prawdopodobnie nie potrwa długo. Dobra rzecz powinna wejść w życie na tyle naturalnie, że po pewnym czasie przestaje być „contentem”, a staje się po prostu częścią codzienności.

  Może więc rzeczywiście nie jestem szczególnie dobrą influencerką w klasycznym rozumieniu tego słowa.  Jeśli rzeczywiście, choćby w niewielkim stopniu, mam wpływ na Wasze wybory, chciałabym korzystać z niego w taki sposób, żebym sama czuła się z tym dobrze. Nie brzmi to może jak wielka filozofia, ale w internecie nawet o takich banałach całkiem łatwo zapomnieć. 

 

*  *  *

  Moje kolczyki o czystej i nowoczesnej formie są z Bubble od YES. Nie posiadają żadnej ostrej krawędzi, także przy zapięciu, dzięki czemu właściwie nie czujemy, że je nosimy.

Look of The Day

Wpis powstał we współpracy z marką L37. 

 

skórzane oficerki – L37 

sweter z frędzlami – MLE 

torebka – Bottega Veneta

 

Pierwszy chłodny weekend za nami, więc korzystając z uprawnień, których nikt mi nigdy nie nadał, oficjalnie ogłaszam sezon na oficerki za otwarty.

Konia nadal nie mam, ale z całą pewnością nie muszę nikomu tłumaczyć, że buty stworzone kiedyś właśnie do jazdy konnej, od dziesięcioleci należą do kategorii „forever fashion favorites”. Moda może co kilka sezonów ogłaszać ich wielki powrót, ale trudno wrócić, jeśli właściwie nigdzie się nie poszło. Mój model ma wbudowaną platformę i został wykonany z delikatnej skóry.

A skoro już udało mi się znaleźć jeden powód, żeby cieszyć się z pierwszego chłodnego weekendu, to dorzucę drugi: z kodem MLE15 kolekcję jesień–zima 26/27 w L37 kupicie teraz 15% taniej. Nie twierdzę, że rabat wynagradza koniec lata, ale być może klasyczne buty pasujące do wszystkiego ułatwią Wam codzienne wyjście z domu (kod ważny do 20.09, rabat nie łączy się z innymi promocjami).

 

MLE kadruje Bałtyk po swojemu. Nowa kolekcja AW26/27 wyrasta z krajobrazu polskiego wybrzeża

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Czy miejsce, na które patrzymy przez całe życie, może wpłynąć na to, jak projektujemy ubrania? W przypadku najnowszej kolekcji MLE odpowiedź pewnie przyjdzie do Was sama. No bo jeśli przez lata oglądasz Bałtyk w każdym możliwym wydaniu, od stalowej tafli po sztormowe odmęty, pewne obrazy po prostu zostają z Tobą na dłużej.

  Kolekcja jesień/zima 26/27 wyrasta z krajobrazu polskiego wybrzeża – ale bez dosłownych marynistycznych odniesień. Zamiast granatowych pasków są miękkie dzianiny z merynosa i wełny owczej, puchowe okrycia wierzchnie i frędzle przypominające spienione grzywy fal.

  To kolekcja o miejscu, które od początku kształtuje estetykę MLE. Od ponad dekady projektujemy nad Bałtykiem i właśnie tę perspektywę coraz wyraźniej traktujemy jako część własnego języka, szczególnie w kontekście jesienno-zimowych projektów, gdy robi się chłodniej, wiatr staje się mocniejszy, plaże pustoszeją, a paleta krajobrazu ogranicza się niemal do bieli, piasku, szarości i błękitu.

  Najbardziej dosłownym śladem Bałtyku są frędzle. Pojawiają się na dzianinach jak piana na grzywach fal – czasem miękkie i uporządkowane, innym razem niemal niesforne. Obok nich pojawiają się obszerne swetry, miękkie warstwy i czyste, oszczędne sylwetki. To zestawienie dwóch rzeczy, które nad polskim morzem istnieją obok siebie przez cały rok: surowości i miękkości. Geometryczna scenografia, ustawiona bezpośrednio na plaży, tworzy ramę dla Bałtyku, zmieniając go w część kompozycji. Postanowiłyśmy dosłownie skadrować morze, bo to jest właśnie nasz punkt widzenia.

  MLE od początku projektuje i produkuje w Polsce. Lokalność nie jest deklaracją dopisaną do kolekcji. Jest jej punktem wyjścia: od miejsca, w którym powstają projekty, przez krajobraz, który wpływa na ich estetykę, po rzemiosło stojące za gotowym ubraniem.

 

SESJĘ ZREALIZOWALI:

Fotograf: Jakub Pleśniarski

Stylizacje: Anna Dobrzańska

Asystent Stylisty: Max Pawełek

Makijaż: Katarzyna Korszla

Włosy: Patryk Nadolny

Scenografia: Piotr Piwowar

Wsparcie techniczne: Pin Up Studio

 

Ten sweter jest chyba jednym z tych projektów, w których najłatwiej zobaczyć, jak bardzo morze potrafi wejść człowiekowi do głowy. Frędzle miały przypominać morską pianę i chociaż w fazie projektu wydawało mi się, że to może zbyt odważny pomysł, to dziś uważam, że wyszło idealnie. Sweter Corvara jest już dostępny na stronie.  

Przez kilka miesięcy ten sweter funkcjonował u nas pod roboczą nazwą „Rekonstrukcja” i chyba trudno byłoby znaleźć dla niego lepsze określenie. Wzięłyśmy sploty z kilku naszych najbardziej charakterystycznych modeli, rozłożyłyśmy je na czynniki pierwsze, a później zaczęłyśmy układać od nowa. Trochę jak zabawa z własnym archiwum – znajome elementy połączyły się w coś, czego wcześniej w MLE nie było. ​Sweter Auronzo również jest już dostępny.

Kurtka Ortisei (dostępna od 11.09) i kapturek to nasze propozycje na chłodne dni. 

Gdy kochasz klasykę, a Twoja garderoba to głównie minimalistyczne ubrania, to może przyjść taki moment, kiedy będziesz chciała w prosty sposób ożywić swój styl. Jeśli masz czasem takie przemyślenia, to ten sweter jest dla Ciebie. Wchodzi do sprzedaży w przyszły piątek. 

Sweter Deia Ecru (dostępny od 11.09) 

Sweter Sora to model, który pojawi się u nas w opcjach dla całej rodziny. Wykonany jest w 100% z wełny merynosowej i pojawi się w MLE na przełomie października i listopada.

Płaszcz i chusta Megeve (dostępne pod koniec października) to zestaw, dzięki któremu jesień wydaje mi się jakaś taka elegancka i dostojna. 

Asia chce ten zestaw nosić na wieczorne wyjścia, a dla mnie jest to elegancka i zmysłowa alternatywa dla dresów. O czym to świadczy? Że obydwie jesteśmy zmarzlakami ;). Sweter i spódnica Lerici są już dostępne na stronie. 

 

***

 

Śledźcie MLE aby odkryć jeszcze więcej naszych nowości i pamiętajcie, aby w miarę możliwości, wybierać rzeczy polskiej produkcji.