Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką BasicLab, Farminą i z Pasiekami Rodziny Sadowskich, oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Zanim sierpień rozpędzi się na dobre, wracam do lipca – miesiąca, który miał być długi i leniwy, a tradycyjnie umknął mi mniej więcej tak szybko, jak wolny stolik w sopockiej restauracji w samym środku sezonu.

  Gdybym miała opisać ostatni miesiąc jednym zdaniem, powiedziałabym, że był inspirujący aż do bólu głowy. Dzieci zaczęły wakacje, a ja wróciłam do nauki, snułam wielkie plany, które zdążyły mnie przestraszyć, zanim jeszcze na dobre ruszyły, i dowiedziałam się o sobie kilku nowych rzeczy.

  Nie wszystko uda mi się tutaj opisać, ale podejrzewam, że gdzieś między słowami (i zdjęciami) bez trudu wyłapiecie, o czym mówię.

 

 

1. Sama wyhodowałam i jestem z nich dumna. Zaczynam też rozumieć ten specyficzny rodzaj przywiązania do roślin, kiedy ma się wrażenie, że doceniają one nowe podwiązanie czy delikatne przycięcie… Co ja gadam? ;) // 2. Te dżinsy są już dostępne w MLE, ale tu widzicie moment mierzenia ostatniego wzoru. Wiem, jak pokochałyście biały model krótszych dżinsów. Ten jest wydłużony, z prostą nogawką. // 3. Toczki w wydaniu wakacyjnym, bo naoglądałam się za dużo Freakery ;). // 4. I pomyśleć, że AI nie miało nic wspólnego ze stworzeniem piwonii, a wydają się przecież takie nierealne. // "Camping core", ale "make it MLE". Do teraz nie wiem, jak udało się mnie przekonać, aby wyjechać pod namiot.A tę sukienkę mam czwarty rok. 
Trzy dni jedzenia lodów i kąpania się w morzu. Łapcie mój "protip": spanie w namiocie, wśród pająków i bez klimatyzacji, to najlepszy sposób, aby zmotywować siebie i dzieci do spędzania czasu na zewnątrz od rana do wieczora. Zatrzymać się, aby obejrzeć zachód słońca. W dzisiejszych czasach to coraz rzadsza umiejętność. Zgaduję, że gdy myślicie o ubraniach na kemping czy pod namiot, to MLE nie jest pierwszą marką, która przychodzi Wam do głowy. A tu niespodzianka! Dobrze zaprojektowana kolekcja polega na tym, że sprawdzi się w różnych sytuacjach. Ten czarny asymetryczny top jest najlepiej sprzedającym się produktem sezonu i… właśnie wrócił do sprzedaży (mam też na sobie spódnicę Bremę i klapki z Tkees, ale niestety okazały się średnio wygodne). Ostatni wieczór po dniu pełnym przygód. Nie jestem typem festiwalowej dziewczyny i nie wiem, jak to się dzieje, że co roku można mnie spotkać na Openerze. 
Może dzieje się tak, bo w gruncie rzeczy przychodzę zjeść dobre pączki? 1. Chowam się z moimi brylancikami przy oczach, gdy widzę takie rozgwieżdżone cuda u Magdy. // 2. Teddy Swims i jego "Lose Control", które od dnia tego koncertu codziennie wybrzmiewa z głośników mojego samochodu ;). // 3. Wewnętrzna strona drzwi w toalecie na festiwalu. Uroczy podpis czy wandalizm? // 4. Ten jeden lipcowy dzień, gdy wszystkie wyciągamy kalosze, choć wcale nie pada. // Jak miło było spotkać tyle Czytelniczek bloga! Czyli ta festiwalowa krew gdzieś tam głęboko płynie w żyłach milenialsów.

Gdy sesja miała być w plenerze, ale mamy lipcopad, więc jednak idziemy do mnie.  

1. Ale tej dziewczynie nic nie przeszkadza. // 2. Właśnie tak wygląda wybieranie kolorów do naszej jesiennej kolekcji. // 3. No więc miało przestać padać, ale okazało się, że nie dzisiaj, tylko jutro. // 4. "Zmiana planu" to nasze drugie imię. // Uniform na sopocką pogodę. Nasze kurtki Tilburg przydają nam się częściej, niż sądziłyśmy.Długo nie mogłam zrozumieć fenomenu kombuchy, uznając, że to pewnie kolejna krótkotrwała moda, ale teraz jest to dla mnie jeden z ulubionych letnich napojów. Kombucha od Rodziny Sadowskich w wersji brzoskwiniowej jest delikatna i smaczna, ja dorzuciłam kilka kostek lodu i miętę (kod Makelife10 da Wam 10% rabatu). To co, Portos? Po tym tygodniu zasłużyliśmy na duży kieliszek kombuchy i szaloną imprezę z "Kaczymi opowieściami", co nie?No i dotarł do nas upał. I to jaki!1. To co? Robimy lemoniadę? (Taką w polskim stylu, bez jakichś tam marakui czy yuzu.) // 2. Czas oderwać metkę od szortów. // 3. To będzie naprawdę ciepły dzień w Sopocie. Już to czuję w powietrzu. // 4. Czy nasze babcie były pierwszymi ekspertkami od "passive cooling"?  Dlaczego polskie lato ma gorszy PR, niż na to zasługuje? Jakie są moje 4 ulubione filmy na upalne wieczory? O wszystkim przeczytacie w tym wpisie. //Niezastąpiona kruszarka do lodu w każdym polskim domu.  1. No to idę częstować. // 2. Mural promujący badania kontrolne. Jak Wam się podoba? // 3. Pierwsze testy na sopockim molo. Kampania Resort 2026 zaraz ruszy. // 4. "Mamo, a mogę zrobić z nich maseczkę na twarz?" // Gdy widzisz to inne spojrzenie na świat i zastanawiasz się, co możesz zrobić, żeby je pielęgnować, a nie równać do reszty.Poduszka z H&M Home. Niby minął już rok od czasu, gdy moje problemy z cerą się skończyły, ale obawiam się ich powrotu tak bardzo, że ani mi się śni powracać do starych nawyków. Jeśli pytacie mnie, co miało największy wpływ na zmniejszenie stanów zapalnych na twarzy, to odpowiem bez zastanowienia – ograniczenia do minimum wysokoprzetworzonych słodyczy. Dziś pielęgnacja to nie jest już dla mnie takie źródło stresu (czy faktycznie pomoże? A może pogorszy sprawę?) i mogę zająć się innymi tematami niż pryszcze (w sumie zbliżam się do czterdziestki, więc miło ;)). Do codziennej pielęgnacji i nazwijmy do "pokonywania konkretnych problemów" szukam przede wszystkim marek, które potrafią bardzo jasno wyjaśnić, dlaczego akurat ich kosmetyk ma zadziałać. I jak dobrze wie cały Instagram, taką marką jest BasicLab.

To serum w fioletowym kolorze jest pierwszym na polskim rynku serum z peptydami miedzi. Łączy wysokie stężenia peptydów miedzi, kompleksu peptydów prokolagenowych i PDRN. Pierwsze efekty działania – uczucie napięcia i wygładzenia – mogą być zauważalne już po pierwszej aplikacji, natomiast przy regularnym stosowaniu, po około miesiącu, skóra zyskuje widoczną poprawę jędrności, sprężystości i ogólnej kondycji.   BasicLab i mój niezawodny duet, po którym zobaczycie różnicę: ujędrniające serum wygładzające 0,7% czystych peptydów miedziowych oraz krem aktywnie rewitalizujący pod oczy na dzień z 3% aminokwasów. W okresie od 1.08 do 5.08 z kodem MLE25 macie 25% zniżki na wszystkie nieprzecenione produkty na stronie BasicLab. Po tym czasie działa stały kod MLE, który daje 20% zniżki. 1. Tym razem pogodę na sesję mamy idealną, ale… // 2. … widać, że nie wszyscy w zespole są zadowoleni. Tak wygląda spontaniczna reakcja Oli, gdy dowiadujemy się, że coś, co planujemy w naszym dziale marketingu od tygodni, właśnie zostało zaprezentowane przez inną markę. Samo życie :). // I pamiętajcie Dziewczyny. Zawsze wierzcie w siebie równie mocno, jak kiedyś wierzyłyście w to, że już nigdy nie włożycie rybaczek.Bo w Sopocie w końcu nie pada i miło wyjść na zewnątrz z kubkiem porannej kawy. Tutaj możecie zobaczyć rolkę z makijażem. 

Gdy dawno temu byłaś czołową polską influencerką, a teraz to twój pies jest zapraszany na najfajniejsze sesje zdjęciowe. To jest Twoja chwila prawdy, Portos. I pamiętaj: postaraj się nie wskakiwać na ławkę. 

I jak mi idzie? 

Świetnie. 

Za ciężko wykonaną pracę należy się psie wynagrodzenie, a o nie, jak zawsze dba Farmina. 

Cały ten dzień stał u nas pod znakiem mojego ukochanego Sopotu. Chciałyśmy, przy okazji premiery kolekcji resort w MLE, pokazać Wam to miasto z innej strony. Ale Sopot nie jest dla MLE tylko źródłem inspiracji. Właściwie to jest też adresem pracowni :). Straciliśmy tę pracę Portos.  Tak! Wraca kamienny trencz!Jeszcze raz, ktoś mi powie, że rzeczy MLE nie wyglądają dobrze na brunetkach ;).1. Do Sopotu przyjeżdża się na wakacje od ponad stu lat. // 2. Ten jeden sweter, którego miałam nie brać, ale teraz, jak zobaczyłam go na Zuzi, to jednak biorę.  //1. Ten kardigan ma w sobie 95% wełny merynosowej. Został zaprojektowany w Sopocie, a wyprodukowany w Polsce. // 2. To będzie długi i gorący dzień, ale wsparcie właśnie nadchodzi. // Niezależnie od tego, czy Portos poradził sobie na sesji, czy nie, to kurier i tak przyniósł dla niego najlepsze jedzonko na świecie. Od lat karmimy go Farminą, ostrożnie zmieniając mu typy karmy, bo springer spaniele to bardzo delikatne psy. W Farminie znajdziecie  stałą i bezpłatną pomoc dietetyków zwierzęcych, którzy dostępni są również pod telefonem +48 732 070 652 (dzwońcie śmiało!). Znajdziecie tam też różne promocje, które pozwolą Czytelnikom wprowadzić rytuały zdrowego żywienia z Farminą w jeszcze przyjemniejszy sposób: Przysmak jako prezent (99% zniżki): przy wyborze specjalistycznego przysmaku dentystycznego dla psa lub przysmaku typu cream dla kota czytelnicy mogą otrzymać jedno opakowanie z rabatem aż 99%. Na stronie czekają kupony uprawniające do zniżki sięgającej nawet 50% na zakupy online lub prezent w postaci kuponu do 50 zł do wykorzystania podczas wizyty w partnerskich stacjonarnych sklepach zoologicznych.  

Na zdrowie nasz kochany, słabo słyszący Spanielku. Dokładnie w tym miesiącu będzie kończył dziewięć lat!

Hej, Warszawo. Poproszę duuuuużą kawę i odrobinę wielkomiejskiej energii, abym chodziła dziś chociaż w połowie tak szybko, jak mieszkańcy stolicy. 

Praca w modzie, odcinek 284. Dziś w programie: ochraniacze na buty i wysokie składowanie.   Ja jadąca do innego kraju, bo głupio mi było powiedzieć kierowcy Ubera, że jedzie w złą stronę.   A może i dobrze, bo przynajmniej zahaczyłam o Mokotów i kupię coś swojemu psiecku.   Schrupałabym Cię Leny (i Portos pewnie też, ale tak inaczej).  Zajrzyjcie, jeśli szukacie estetycznych i niebanalnych rzeczy dla swoich czworonogów.Wybieramy nowe miski dla Portosa.Zostały nam 3h w Warszawie i jakieś 8 lokali do obejrzenia. A może Wy macie jakieś lokale spod lady, albo słyszałyście, że ktoś będzie coś wynajmować?  Szukamy i szukamy, ale MLE to nie jest marka, która za wszelką cenę chce się rozrastać. Pewnie dlatego tak trudno nam znaleźć odpowiednią przestrzeń – nie chcemy robić nic na siłę czy otwierać butik byle gdzie tylko dlatego, że konkurencja ma już trzy. Tak więc, jeśli słyszałyście o lokalu, który czeka właśnie na MLE, to odzywajcie się! Chodzi o lokal do wynajęcia, w Warszawie Śródmieście, na parterze, z fajną witryną (może być do odnowienia), metraż między 40 a 80 metrów (plus minus). 
Kierunek: dom. 

Trochę smutno, a trochę wesoło. Kończymy w MLE ten sezon, jesteśmy mądrzejsze o wiele rzeczy i wiemy na przykład, że jednak nie zostaniemy z Asią informatykami. Za to ubrania wyszły nam najlepiej ever. Ja się cieszę, Asia trochę mniej, bo wie, że nowy sezon oznacza też całą masę moich nowych pomysłów :).

(Za to żadna z nas, na szczęście, nie wpadła jeszcze na pomysł, aby szyć ubrania MLE poza Polską.)

A to miejsce nazywa się BRUT i znajduje się w samym sercu Dolnego Miasta w Gdańsku.

Moja marynarka to model Roscoff, który możecie pamiętać z naszej kampanii wiosna/lato. Mamy jeszcze kilka ostatnich rozmiarów. Zawsze zależało nam, żeby polskie ubrania nie traciły nagle połowy swojej wartości tylko dlatego, że minął kolejny tydzień. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec pracy, którą wkładamy w każdą kolekcję. Nasze rzeczy nie mają sztucznie zawyżonych marży, z których można schodzić bez końca, a poza tym jest ich po prostu niewiele – to dlatego przeceny trwały tak krótko.

Ze smutkiem patrzę na kilka polskich marek, które w ostatnich tygodniach się zamknęły – mam nadzieję, że coraz więcej osób zacznie dostrzegać różnicę i doceniać wysiłki tych firm, które całą swoją produkcję opierają na polskich zakładach. Pamiętajcie, że marki odzieżowe komunikujące się jako "polskie" wcale nie muszą szyć ubrań w naszym kraju. Warto to sprawdzić, jeśli jest to dla Was ważne.

Są w tym zespole też inne dzielne żuczki, bez których ten sezon by się nie udał! No i Wy. Dziękuję za Wasze zaufanie!

Kampanię naszej kolekcji Resort zrealizowałyśmy w najbardziej, moim zdaniem, fotogenicznym miejscu w Polsce. Wiadomo, że chodzi o Trójmiasto ;). Pomyślałyśmy więc, że same musicie się o tym przekonać i porobić trochę zdjęć…
Do zamówień powyżej tysiąca złotych w MLE dołączamy jednorazowy aparat z filmem – aby te wakacje stały się odrobinę bardziej analogowe. 

Kocham fotografię, ale trochę inaczej wyobrażałam sobie "pracę z aparatem" w swojej firmie. 

Jak już Wam wspominałam – przetworzonych słodyczy brak, ale cały czas wyszukuję zdrowsze alternatywy. Ananas liofizowany i poziomki liofizowane – gdy najdzie Cię ochota na czipsy, ale wiesz, że to zły pomysł. Jeśli chcecie zrobić zapasy, to łapcie kod Makelife10 rabatowy dający 10% na zamówienie w Manufakturze Rodziny Sadowskich.
Przedszkole już zamknięte. Czas rozpocząć praktyki u mamy w pracy.Ostatnie kadry robiliśmy w Gdyni już po zachodzie słońca. Zostawiam Wam link do kampanii, gdybyście jeszcze jej nie widziały. 

A wywołane zdjęcia pokażę Wam pewnie w kolejnym Last Month ;). Brrr… na myśl o wrześniu przechodzi mnie dreszcz.

A kilka dni po tym, jak robiliśmy tu zdjęcia, czytam o tym, że… modernistyczne centrum Gdyni znalazło się na Liście światowego dziedzictwa UNESCO. Miła informacja dla mieszkanki Trójmiasta :). Niezmiennie dziękuję Wam za uwagę i mam nadzieję, że kolejny miesiąc wakacji Was miło zaskoczy!

 

*  *  *

 

 

Zapiski o modzie i stylu – czy AI oznacza zmierzch zdjęć prawdziwych osób w prawdziwych miejscach?

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 

 

 

kolczyki – YES 

sweter na jedno ramię – MLE (prototyp na tę jesień)

lniane spodnie w prążek – H&M

torebka – Bottega Veneta

japonki – Ancient Greek Sandals

 

 

  Marki modowe coraz częściej rezygnują z klasycznych sesji zdjęciowych na rzecz obrazów tworzonych przez sztuczną inteligencję. Także w Polsce. Produkt można dziś „sfotografować” w kilka chwil: zmienić modelkę, pogodę, wnętrze, porę dnia, a nawet kraj, nie opuszczając biura i nie sprawdzając wcześniej, czy nad morzem znowu zaczęło padać.

  Z biznesowego punktu widzenia trudno się temu dziwić. Tradycyjna sesja oznacza fotografa, ekipę, lokalizację, transport, zmienną pogodę, noclegi i transport dla ekipy i wiele nieprzewidzianych sytuacji. AI jest szybsze, tańsze i nie prosi o przerwę na kawę. Pozostaje jednak pytanie, czy odbiorczynie w ogóle chcą wiedzieć, jak takie zdjęcie powstało? Czy ma dla Was znaczenie, że modelka nigdy nie miała na sobie prezentowanej sukienki, a wnętrze nie istnieje? Czy wystarczy, że obraz dobrze pokazuje fason, kolor i sposób noszenia produktu?

  Nie jestem przeciwna nowym technologiom. Trudno obrażać się na narzędzie tylko dlatego, że działa szybciej od człowieka. Zastanawiam się jednak, czy moda, która z założenia ma wywoływać emocje i opowiadać o stylu życia, nie straci czegoś ważnego, gdy wszystko stanie się zbyt doskonałe. A może to te zdjęcia na blogu (nie tylko bez AI, ale nawet bez retuszu) są już archaicznym przeżytkiem?  

  Chętnie poznam Waszą opinię. Czy zdjęcia wygenerowane przez AI obniżają Wasze zaufanie do marki? A może nie ma to większego znaczenia, dopóki produkt został pokazany uczciwie i estetycznie?  

  Ten dzisiejszy zestaw ma wyglądać, jak kwintesencja letniego stylu (wiadomo, że lepsza byłaby pewnie zwiewna sukienka, ale w Sopocie na zwiewne sukienki jest po prostu za imno). Widzicie też nowe kolczyki, bo w YES trwa promocja -10% na złoto i diamenty od 999 zł oraz -15% na srebro i stal od 299 zł. Wystarczy, że dołączycie do YES Club. 

 

Kolekcja MLE Resort 2026 – Sopot latem.

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

 

  Jako mieszkanka Trójmiasta uczucie piasku pod stopami znam właściwie od zawsze. Jest częścią mojego dzieciństwa, młodości i tych wspomnień, które na długo ukształtowały wyobrażenie o tym, jak powinno wyglądać lato.  

  Sopot to miasto, w którym blask dawnego kurortu, spotyka się z niezobowiązującym stylem nadbałtyckich miejscowości i właściwą północy surowością. Bywa eleganckie, trochę teatralne, czasem przesadne, ale zawsze pociągające. W najnowszej kampanii MLE chciałyśmy pokazać wszystkie twarze Sopotu, tę oczywistą, która przywodzi na myśl roztańczony tłum wychodzący po północy na deptak i tę mniej jednoznaczną, ukrytą kilka ulic dalej: w cieniu starych willii, na schodach prowadzących do drewnianych werand i w towarzystwie nieobliczalnej pogody.  

  Sopot jest dla mnie również miejscem codziennej pracy. To tutaj projektujemy kolekcje MLE, wybieramy tkaniny, robimy przymiarki i poprawki. Decydujemy o kształcie kolekcji. Nasze projekty nigdy nie są całkowicie wakacyjne ani jednoznacznie miejskie. Mają w sobie swobodę nadmorskiego kurortu, ale również jego bardziej powściągliwą, elegancką stronę.

  Sopot od początku pozostaje naturalnym tłem dla MLE. Nie tylko jako miejsce, w którym powstają nasze kolekcje, ale także jako jeden z najważniejszych punktów odniesienia dla tego, jak rozumiem letni styl.  

  Zapraszam Was do zanurzenia się w to nasze wyobrażenie letnich chwil. Kampanię Resort przygotwałyśmy dla Was razem z Zuzią i Rafałem Strzeleckim. 

 

 

Nasz top z trenem oraz szorty są już dostępne na stronie. Zuzia ma na sobie dwa swetry – nasz bestseller w warkoczowy wzór (100% bawełna) oraz bardziej prześwitujący sweter Siena. Obydwa są już dostępne na stronie. Ten jeden sweter na wszystkie pory roku, na które natrafiasz, gdy przyjeżdżasz do Sopotu na jeden tydzień ;). Warkoczowy sweter polo również miał dzisiaj swoją premierę i jest już dostępny. 
Sukienka Locri to dowód na to, że w letnich sukienkach kluczowy jest materiał. Nasz model uszyty jest z rayonu i lnu. Powrót naszej kultowej kamizelki puchowej. Nasze puchowe kurtki, płaszcze i kamizelki uzyskały certyfikat RDS. Zapewnia on, że puch i pierze pochodzą od kaczek i gęsi, którym zapewniono odpowiednie warunki przez cały okres hodowli. Certyfikat ten zyskał uznanie niezależnych organizacji prozwierzęcych, jednak trudność w jego pozyskaniu (i związane z tym wyższe koszty produkcji) sprawiają, że wciąż bardzo niewiele polskich marek może się nim poszczycić. Puchowe produkty marki MLE otrzymały oficjalny numer licencji (CU 1456815), dzięki któremu można sprawdzić, czy faktycznie mamy prawo posługiwać się tym certyfikatem (bo przecież wiemy, jak nieprzejrzysty jest rynek odzieżowy). Kamizelka jest już dostępna. Jeśli nie wiecie, jakie swetry nosić latem, aby nie wyglądać jakbysmy urwały się z wigilijnego spotkania przy herbacie, to polecam Wam kardigan Tirano (uwaga! jest wykonany w 95% z wełny merynosowej). 
Kamienny trencz szyjemy ze względu na Wasze liczne prośby – do sprzedaży powróci tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Kardigan Tirano w szarym kolorze to projekt, który będzie miał premierę w przyszły piątek. 

Komplet Durres można łączyć, ale ja spodnie lubię też nosić ze zwykłym biały t-shirtem a top z białymi dżinsami

Moja ukochana marynarka, którą mimo wielu trudności chyba faktycznie kiedyś zrobimy. Premiera drugiego tygodnia sierpnia. 

Każdemu, kto przyjeżdża do Sopotu, życzę, aby przeżył chociaż jeden wschód słońca na plaży. ​Nasza sukienka pojawi się w sprzedaży pod koniec sierpnia. Wełniana marynarka, bo Sopot lubi sprawić, że tęsknimy za ciepłem stolicy. mam nadzieję, że lada dzień zobaczycie ją u nas na stronie. 

Przewędrowaliśmy z Sopotu aż do Gdyni i dzień się skończył. Aby obejrzeć całą kolekcję MLE, nie tylko tą inspirowaną sopockim stylem, zapraszam tutaj

Lipcowe umilacze, czyli upały w polskim stylu

  Wpis powstał we współpracy z Krosno i Topestetic oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Pewne rzeczy się nie zmieniają. W lipcowe upały Polska pachnie dokładnie tak samo jak dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt lat temu. Rozgrzanym asfaltem, lipami, jagodziankami, suchą trawą i wodą z pobliskiego jeziora. Lada dzień Instagram znowu zaleją zdjęcia termometrów, ktoś napisze, że „35 stopni w Polsce to nie to samo co 35 stopni we Włoszech”, a Castorama poinformuje, że właśnie sprzedała ostatni wiatrak. Jak co roku będziemy zachowywać się tak, jakby lato postanowiło zaskoczyć nas zupełnie bez zapowiedzi. Tymczasem nasi rodzice i dziadkowie też przeżyli niejeden gorący lipiec. Nie mieli klimatyzacji, aplikacji pogodowych ani butelek termicznych, które utrzymują temperaturę frappucino przez dwanaście godzin i kosztują tyle, co weekendowy wyjazd. A mimo to, potrafili znaleźć własny sposób na przetrwanie najbardziej gorących dni, nim ktokolwiek wymyślił pojęcie „wellbeing”.

   A ponieważ druga połowa lipca zapowiada się wyjątkowo gorąco, pomyślałam, że zamiast szukać inspiracji na południu Europy, warto zajrzeć do naszego własnego letniego archiwum. Polskie lato nie potrzebuje egzotyki. Dzisiejsze umilacze będą o tym, że mamy w własne rytuały, własne smaki i własne piękno, które od lat towarzyszą nam w najcieplejszych miesiącach roku.  

 

1. Nasi dziadkowie znali patenty na upały. Architekci właśnie odkrywają je na nowo.  

   Kiedy dziś czytamy o projektowaniu domów odpornych na fale upałów, łatwo odnieść wrażenie, że to zupełnie nowa wiedza. Tymczasem wiele rozwiązań, które architekci określają dziś mianem”passive cooling”, czyli pasywnego chłodzenia budynków, opiera się na zasadach doskonale znanych naszym babciom i dziadkom. Nie używali modnych angielskich nazw. Po prostu wiedzieli, że najważniejsze jest jedno – nie wpuszczać gorąca do domu. Weźmy choćby „night flushing”. Brzmi jak technologia rodem z Doliny Krzemowej, ale w praktyce oznacza po prostu otwieranie okien na noc i zamykanie ich rano. Innymi słowy – dokładnie to, co przez lata robiła każda babcia, powtarzając: „Nie otwieraj teraz, bo całe gorąco wejdzie do środka.”

   Dzisiaj architekci projektują budynki dokładnie według tej samej zasady. Zewnętrzne żaluzje, rolety typu screen czy ruchome drewniane lamele mają zatrzymać promienie słoneczne zanim dotrą do szyby. To bardzo ważna różnica. Gdy słońce nagrzeje szybę, większość ciepła i tak przedostanie się do wnętrza. Dlatego współczesne osłony montuje się na zewnątrz budynku, podobnie jak dawniej okiennice chroniły wnętrza wiejskich domów.

   A jeśli pamiętacie mokre prześcieradło wiszące w oknie, to nie był to odpowiednik foliowej czapeczki na przeziębienie, tylko całkiem sensowna metoda chłodzenia. Woda, parując, odbiera ciepło z otoczenia. Dziś tę samą zasadę wykorzystują nowoczesne systemy chłodzenia wyparnego. Okazuje się, że nie wszystkie domowe patenty naszych babć czekały na obalenie przez naukę. Niektóre nauka po prostu po latach potwierdziła.

2. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem i historia jednej szklanki.  

  Po zamknięciu okien przychodził czas na drugi, równie ważny rytuał – coś zimnego do picia. Najczęściej był to kompot, woda z domowym sokiem albo oranżada na specjalne okazje.I prawdopodobnie wszystko podawano w tej samej szklance.  Szklanka Polka to jeden z tych przedmiotów, których przez lata właściwie nie zauważaliśmy. Była po prostu obecna – w kredensach naszych babć, na kuchennych półkach i w niemal każdym przepisie rozpoczynającym się od słów: „wsyp jedną szklankę mąki”. Zaprojektowana ponad osiemdziesiąt lat temu miała pojemność 250 ml i szybko stała się nieformalnym standardem w polskich domach.

  Dziś, dzięki polskiej marce Krosno, wraca w odświeżonej formie – lżejsza, cieńsza i odporna na temperaturę. Na szczęście zachowała swój charakterystyczny kształt. Bo są rzeczy, których naprawdę nie trzeba było projektować od nowa.

   Gdyby ktoś po lekturze doszedł do wniosku, że jednak potrzebuje w domu tej słynnej „szklanki z przepisu babci”, która stała się ikoną polskiego wzornictwa, to mam małą podpowiedź. Do 26 lipca kolekcja Polka marki Krosno jest objęta 15% rabatem z kodem MLE.  

   A skoro już mowa o letnich rytuałach, poniżej zostawiam przepis na napój, który w ostatnich tygodniach przygotowuję najczęściej. Gruszki, odrobina tymianku i dużo lodu.

 

Składniki:

4 miękkie gruszki

1 cytryna

kilka gałązek świeżego tymianku

ok. 500 ml wody gazowanej

2 łyżki miodu

2 szklanki kruszonego lodu

 

Sposób przygotowania:

Gruszki umyj, obierz, usuń gniazda nasienne i pokrój na małe kawałki. Wrzuć je do misy blendera razem z odciśniętym sokiem z całej cytryny i miodem. Zblenduj tak, aby nie było grudek, wrzuć kilka gałązek tymianku i odstaw na mniej więcej 2 godziny do lodówki (dzięki temu aromat tymianku stanie się lepiej wyczuwalny). Po tym czasie umieść w dzbanku kruszony lód, wlej lemoniadę i dolej wodę gazowaną. Na tym etapie możesz wszystko dokładnie wymieszać, a następnie dosłodzić lub dokwasić wedle uznania.

3. Cztery filmy, które najlepiej ogląda się wtedy, kiedy za oknem jest 33 stopnie.  

   Skoro już siedzimy zamknięci w mieszkaniu, z zaciągniętymi zasłonami, i próbujemy się schłodzić po całym dniu spędzonym w upale to przestańmy mieć wyrzuty sumienia, że cały wieczór spędzimy przed telewizorem. Przygotowałam cztery filmy, które najlepiej ogląda się z otwartymi oknami i szklanką czegoś zimnego w ręku.

„Utalentowany pan Ripley” (1999)

Jeżeli istnieje film, który skuteczniej niż Pinterest przekonuje do lnianych koszul, okularów przeciwsłonecznych i wakacji we Włoszech, to jest nim „Utalentowany pan Ripley”. Włochy końca lat 50., leniwe dni nad morzem, aperitivo, łodzie kołyszące się w porcie i poczucie, że czas płynie trochę wolniej. Oczywiście tylko do pewnego momentu, bo to jednak thriller.

 

„Heartbraker. Licencja na uwodzenie.” (2010)

Są filmy, które polecam tak często, że powinnam dostawać prowizję od platform streamingowych. „Heartbreaker. Licencja na uwodzenie” jest jednym z nich. To lekka francuska komedia z Monako w tle, świetnymi kostiumami i humorem, który nie obraża inteligencji widza. Jeśli po całym dniu upału marzy Wam się film, który poprawia nastrój równie skutecznie jak lemoniada, którą piję na tych zdjęciach, właśnie go znaleźliście.  

 

„La Piscine” (1969)

Ten film udowadnia, że południe Francji potrafi być równie piękne, co niepokojące. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut kadry przypominają reklamę wakacji, na które wszyscy chcielibyśmy pojechać – elegancka willa, rozgrzane słońcem tarasy, cykady, błękitny basen i wnętrza, które mimo upływu lat wciąż wyglądają niezwykle stylowo. Jacques Deray wykorzystuje ten letni bezruch po mistrzowsku, stopniowo budując napięcie tam, gdzie pozornie nic się nie dzieje. Dodatkowego wymiaru całej historii dodaje fakt, że Alain Delon i Romy Schneider spotkali się na planie kilka lat po zakończeniu swojego głośnego związku. Widzowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że ekranowa chemia między nimi wykracza daleko poza aktorskie rzemiosło.

 

„Ziemia obiecana" (1975)

Na pierwszy rzut oka to dziwny wybór do letniego zestawienia. Ale wystarczy przypomnieć sobie sceny rozgrywające się w dusznych fabrykach, rozgrzanych kamienicach i zakurzonych ulicach XIX-wiecznej Łodzi. Czuć tam ciężkie, stojące powietrze, od którego aż chce się otworzyć okno. Jeśli nie widzieliście, to warto nadrobić – zwłaszcza z perspektywy dorosłego millenialsa.  

4. Wieczór po plaży i kilka sposobów na schłodzenie rozgrzanej do czerwoności skóry.  

  Mam teorię, że polskie słońce ma najlepszy PR na świecie. Wyjeżdżając do Włoch czy Grecji, wszyscy nagle przypominamy sobie o SPF 50, kapeluszu i cieniu między 12.00 a 15.00. W Polsce? Przecież to tylko odrobina witaminy D…. Tymczasem temperatura i promieniowanie UV to dwie zupełnie różne rzeczy. W słoneczne dni indeks UV nad Bałtykiem czy w górach bardzo często osiąga latem 7–8, a zdarza się, że dochodzi do 9. To poziom, przy którym dermatolodzy zalecają wysoką ochronę przeciwsłoneczną i ograniczenie ekspozycji na słońce. Mimo to sama łapię się na tym, że to właśnie z plaży w Trójmieście najczęściej wracam z ramionami w kolorze pomidora. Najwyraźniej mój mózg uznaje, że skoro w zasięgu wzroku jest budka z goframi, zagrożenie nie może być poważne.

  Po powrocie do domu plażowy kosz lądują na podłodze i natychmiast wysypuje z siebie pół plaży, a ja żałuję, że wychodząc nie wpakowałam do torby dodatkowo kremu spf do ciała zamiast oliwki przyspieszającej opalanie (nic się nie zmienia u mnie w kwestii kremu z filtrem do twarzy, to mój obowiązkowy ostatni krok porannej pielęgnacji i w moim przypadku spf do twarzy łączy pielęgnację, ochronę i makijaż). Schłodzony tonik wyjęty z lodówki, letni prysznic, lekki balsam po opalaniu i luźna bawełniana albo jedwabna piżama – brzmi, jak drobiazgi, ale naprawdę robią różnicę. Oto kilka moich poleceń na ten wieczór, kiedy pielęgnacja bardziej przypomina gaszenie pożaru niż wieczorne SPA.

BEIGIC Treatment Essence

To jeden z niewielu kosmetyków, który po upalnym dniu trzymam w lodówce. Nie wiem, czy działa lepiej, ale twarz jest zdecydowanie bardziej przekonana, że właśnie dostała urlop. Ta koreańska nawilżająco-rozświetlająca esencja działa wręcz jak serum. Oparta jest na zielonej kawie, peptydach i niacynamidzie. Ma bardzo wodnistą konsystencję, dlatego po dniu na plaży działa niemal jak pierwszy łyk zimnej wody dla odwodnionej skóry. W zależności od kondycji i potrzeb skóry esencję można zastosować na kilka sposobów – ja wybieram stosowanie warstwowe (zobaczcie na stronie Topestetic jak polecają kosmetolodzy).

 

JOONBYRD Moon Swim Hydrating Body Wash

Jeśli do tej pory (tak jak ja) uważałyście, że żel do mycia ciała może być byle jaki, to po użyciu tego produktu zmienicie zdanie. To nie jest zwykły żel pod prysznic. Zawiera kwas hialuronowy, witaminę E, prebiotyk (inulinę) i ashwagandhę, czyli adaptogen, który ma wspierać skórę narażoną na stres środowiskowy. Po dniu spędzonym na plaży ważne jest, żeby nie przesuszyć dodatkowo skóry agresywnymi detergentami, dlatego łagodne formuły mają tutaj sens. Zapach (wanilia, kawa i karmel) też robi swoje.  

 

JOONBYRD Daydreamer Body Serum

To serum do ciała o żelowo-olejowej formule stworzone z myślą o skórze wymagającej ujędrnienia, ale i takiej zaawansowanej pielęgnacji. Nuty zapachowe tego serum otulają eleganckimi aromatami kaszmirowego piżma, bursztynu, drewna gwajakowego, jaśminu oraz karmelu. Ten kosmetyk zawiera biomimetyczny kompleks peptydowy z szafirem, który wspiera syntezę kolagenu i elastyny, poprawia gęstość skóry i wzmacnia jej barierę ochronną. Zielona kawa pobudza mikrokrążenie, a także działa ujędrniająco, a ekstrakt z parakrzesu zapewnia efekt wygładzenia i poprawy napięcia (koniecznie zobaczcie zdjęcia przed i po 4 tygodniach stosowania na stronie Topestetic, to w pełni zrozumiecie, jak ważny jest ten produkt w pielęgnacji ciała ;) ). 

SKYMILK Panthenol Cream With Donkey Milk

A to już prawdziwa karetka na sygnale dla naszej skóry – krem z pantenolem i oślim mlekiem. Intensywnie nawilża, łagodzi wszelkie podrażnienia i przynosi natychmiastową ulgę – po długiej kąpieli słonecznej, albo męczącym dniu w upale, będzie jak plaster dla naszego ciała. Co więcej, ten krem jest odpowiedni do pielęgnacji każdego rodzaju skóry i dla każdej grupy wiekowej – od niemowląt po osoby dorosłe.  

 

Physical Protectant Tinted SPF 30 Light To Medium

Ten spf już pewnie dobrze znacie z moich wcześniejszych poleceń blogowych – od lat po niego sięgam i niezmiennie jest w gronie moich ulubieńców. Daje piękny efekt na skórze twarzy. To ostatni krok mojej codziennej porannej pielęgnacji. Ale czasami stosuję go nawet na wieczorne wyjścia latem – po całym dniu na plaży często nie mam ochoty nakładać podkładu, a taki produkt załatwia trzy sprawy naraz (pielęgnuje, chroni i wyrównuje koloryt). Filtry mineralne (tlenek cynku i dwutlenek tytanu) działają od razu po aplikacji i są dobrze tolerowane przez skórę wrażliwą.  

5. Dom MLE (mój top wchodzi do sprzedaży już w ten piątek).

  Na koniec dwie krótkie informacje. Pierwsza jest taka, że to już ostatni moment aby kupić coś w czasie wyprzedaży w MLE. Nigdy nie lubiłam sytuacji, w której ubranie z tygodnia na tydzień traci kolejne 10 czy 20 procent swojej wartości. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec naszej pracy. Dlatego jeśli coś od dawna było na Waszej liście, to jest dobry moment. Jeśli nie było, to i tak nie powinnyście tego kupować tylko dlatego, że nagle stało się tańsze.  

  A druga informacja to raczej zaproszenie. Od kilku miesięcy rozwijamy coś, co nazwałyśmy Domem MLE. Od dawna mam poczucie, chociażby po naszych przypadkowych spotkaniach czy wiadomościach, które od Was dostaję, że łączy nas znacznie więcej niż ubrania. MLE i nasze projekty są raczej wynikiem tych wspólnych upodobań niż ich przyczyną. Ono po prostu sprawiło, że łatwiej było nam się odnaleźć. Dlatego pomyślałyśmy o miejscu dla tych z Was, które chciałyby być trochę bliżej. Nie tylko nowych kolekcji, ale też wszystkiego, co nas inspiruje i z czego to MLE właściwie się bierze. Do Domu MLE możecie zapisać wchodząc na naszą stronę (po kilku sekundach pojawi wyskakujące okienko, w którym podajecie potrzebne dane). 

  Mam wrażenie, że najłatwiej zachwycamy się tym, co nowe, egzotyczne albo trudno dostępne. Tymczasem przez cały ten wpis wracałam do rzeczy, które większość z nas zna od dziecka albo które otaczają nas przez cały czas. Z polskimi produktami często jest podobnie. Czasem trzeba, żeby ktoś opowiedział ich historię, zanim zauważymy, że od dawna mamy je obok siebie. I że ciężko jest znaleźć coś lepszego nawet na końcu świata.

  Właśnie tego chciałabym sobie i Wam życzyć tego lata — żeby jak najczęściej zachwycać się tym, co nie próbuje na siłę zwrócić naszej uwagi.

 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Newby Teas, Handy Lab i Wydawnictwem PWN, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  W maju łatwo było sobie powiedzieć, że odpoczniemy za kilka tygodni, że znajdziemy czas na książkę, dłuższy spacer czy kolację z przyjaciółmi, kiedy tylko zrobi się cieplej. A potem przyszedł czerwiec i okazało się, że lato nie zaczyna się w kalendarzu. Ono zaczyna się w chwili, kiedy po raz pierwszy wybiegam z domu bez żadnej bluzy czy marynarki. Rozpoczyna się wtedy, gdy potrafię spontanicznie zamienić wieczór na kanapie w niekończący się plac zabaw i oglądanie zachodu słońca z wyładowanym telefonem w kieszeni.  

  Lato zaczyna się od decyzji: „jest czerwiec i muszę z niego korzystać, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi”. I nawet nie wiecie, jak bardzo jestem z siebie dumna, że kończę ten miesiąc z poczuciem, że akurat to mi się udało. A zresztą same oceńcie! Zapraszam na wpis pachnący jaśminem i morzem, będący dowodem na to, że latem nawet ja potrafię być odrobinę spontaniczna.

 

 

Gdyby ktoś myślał, że w czerwcu nad polskim morzem nosi się bikini… Początek tego miesiąca nie zwiastował żadnej fali upałów.
(Mój sweter to oczywiście MLE).Ukochane Lubiatowo, którego krajobraz wciąż się zmienia (ku naszemu niezadowoleniu). Jazda konna w Folwarku Jackowo, opalanie w Sasinie i oczywiście obiad w Ewie Zaprasza (niektórzy przyjeżdżają do tej restauracji nawet z Krakowa ;)). Konie na prawdziwym pastwisku. Wiele z nich miało swoje przejścia, ale odnalazły swój szczęśliwy przystanek. 1. Gdy nudzi Ci się powoli Twoje wnętrze, ale na myśl o remoncie od razu stwierdzasz, że jest ślicznie i jednak nic nie chcesz zmieniać. // 2. Gdy w końcu mogłaś spać do dziewiątej, ale od piątej nie możesz zmrużyć oka. // 3. Mini szampon, maska do włosów, balsam, płyn do mycia ciała i twarzy od Sensum Mare. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam na mój wyjazd pod namiot. A wiecie, że do 30 czerwca w Sensum Mare jest 30% zniżki na wszystkie kosmetyki?  4. A gdyby ktokolwiek chciał się schronić przed upałem… lub wiatrem… albo przed całym światem. /// Nawigator taksówkarza – i od razu wiadomo, że jesteśmy w Paryżu!Taka tam zwykła pierwsza lepsza uliczka w Paryżu. Ależ dobrą robotę wykonał ten Haussmann.
1. Gdy bardzo się śpieszymy, więc zamawiamy, co jest. // 2. Od lat wierzymy w nasze tenisistki i zawsze kupujemy bilety tylko na kobiecy finał – możecie się więc domyśleć, jaka to była radość, gdy okazało się, że niespodziewanie zagra w nim Maja Chwalińska. //Marynarka w tenisowy prążek nada się na tę okazję idealnie. 1. Krótka przerwa między gemami – przyglądam się więc widowni. // 2. Maja Chwalińska została pierwszą kwalifikantką w historii, która awansowała do finału French Open. Wcześniej żadna zawodniczka, która przebijała się przez kwalifikacje, nie zagrała w finale Rolanda Garrosa. 

(Postanowiłam tylko o tym szepnąć, gdyby ktoś już postanowił gdakać, że coś mu się nie podobało. Brawo, Maja Chwalińska!)

Łatwo podziwiać dwie godziny meczu, dużo trudniej pamiętać o tysiącach godzin treningów, których nikt nie ogląda. Będąc na trybunach, chyba łatwiej dojrzeć to, że oglądamy tak naprawdę człowieka z krwi i kości, który toczy właśnie najważniejszą walkę w swoim dotychczasowym życiu. 
Niezależnie od tego, jak skończył się tamten mecz – Maja i tak sprawiła nam niesamowitą niespodziankę. //Jeśli coraz częściej masz poczucie, że zaczynasz być brzydka i bez filtrów wyglądasz okropnie…… I że Twoje ubrania do niczego się nie nadają…… I że Twoje mieszkanie przestało Ci się już podobać…

… I że jesteś ze wszystkim w tyle i nie ogarniasz tak, jak inni…

… I że u Ciebie jest zawsze brzydka pogoda…… I Twoja codzienność zaczęła wydawać Ci się nudna…

… I że jesteś złą mamą…
To czas odłożyć telefon.  

A z Tobą jest wszystko w porządku. Problemem nie jest Twoje życie. Problemem jest Twój czas przed ekranem.  Dawniej mieliśmy małe pole do porównywania się z innymi. Sąsiadka, mama koleżanki synka, kuzynostwo, koleżanki z pracy. Dziś zarzucane jesteśmy setkami obrazów cudzych żyć każdego dnia. Widzimy wyłącznie wycinki rzeczywistości – najładniejsze kadry, największe sukcesy, najbardziej uporządkowane momenty. Trudno czuć się wystarczającą, gdy nieustannie porównujesz swoje kulisy do czyjejś starannie wyreżyserowanej sceny. Nasz mózg nie został stworzony do tego, by codziennie mierzyć się z życiem setek innych ludzi naraz.

1. Gdy w radiu grają piosenkę "Torn" to millenialsom jakoś łatwiej wtedy wstać. // 2. Moje marne zbiory i stary pumpernikiel… zaraz coś z tego wyczaruję. //

„Dziś wiszą dumnie w salach polskich muzeów, ale zanim się tam znalazły, prowadziły zaskakująco bujne życie. Zaszywane w jedwabie, kradzione, darowane w prezencie lub przywożone jako pamiątki z podróży. Przenoszone z miejsca na miejsce albo ukrywane na długie lata. Mowa o dziełach najwybitniejszych mistrzów malarstwa europejskiego, które w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności trafiły do naszych rodzimych zbiorów.” To wielki talent opowiadać o sztuce tak, aby zainteresować każdego, nawet najbardziej zniechęconego słuchacza. Tę umiejętność posiada niewątpliwie Paweł Bień, a jego książka "Nieobce" od PWN sprawiła, że w ostatnich dniach chodziłam niewyspana.  

Być może o niektórych historiach tych obrazów słyszałyście, ale sposób, w jaki opowiada o nich pan Bień sprawia, że każdy wątek chcecie zapamiętać, aby umieć potem przekazać to dalej.   

(Kod MLE25 daje -25% od ceny okładkowej na wszystkie papierowe publikacje PWN. Kod jest już ważny i będzie działał do 31.07. :))1. Szczypiorek czyli moje największe rolnicze osiągnięcie ostatnich lat. // 2. W sumie nie jestem pewna, czy jestem w piżamie i ubrałam na siebie byle co, aby wyjść po zioła na taras, czy jednak wymyśliłam cool zestaw na festiwal. // Mój najwierniejszy asystent kucharza. Dba o zatowarowanie (albo jego brak). 

1. Błagam, żeby dzieci nie były dziś głodne, to może jedna czwarta jednej z tych kanapek zostanie dla mnie. Przepis jest banalnie prosty (najważniejsze jest idealnie ugotowane, siedmiominutowe jajko). 

Pieczywo (ja używam razowego) smarujemy miękkim awokado, mrożony groszek zalewam wrzątkiem na dwie minuty, aby się sparzył. Kluczem jest idealne jajko – zależy mi na ściętym białku i lekko płynnym żółtku – u mnie gotowanie trwa dokładnie 7 minut! Dla smaku dodajemy sól i pieprz i ozdabiam szczypiorkiem lub koperkiem. 

Trzynaście stopni, bo przecież połowa czerwca. Jak dobrze, że mam w swojej szafie naprawdę sporo swetrów. MLExMORDOR, czyli comiesięczna sesja produktowa. Praca w taki dzień jest powtarzalna i trwa zawsze sporo czasu, ale i tak jestem dumna z tej zmiany, bo zdjęcia na stronie wyglądają teraz znacznie bardziej profesjonalnie. Mam wrażenie, że w MLE ogromną uwagę skupiamy na produktach, aby były dopracowane do ostatniej niteczki i potem brakuje nam już trochę tego zapału, aby móc zaprezentować efekty w odpowiedni sposób (Z kolei w dzisiejszej branży odzieżowej sukcesy odnoszą te marki, które robią dokładnie na odwrót ;)). A może to tylko moje subiektywne wrażenie?1. z cyklu "Rozmowy dwóch CEO": "Asia, raz, dwa, trzy, ja zaklepuję ten sweter na Openera". // 2. Ale na dzisiejszą pogodę w Trójmieście to zdecydowanie ta sukienka lepiej się sprawdzi. // Poczułam pierwszą kroplę, więc wbiegam do środka – wiem doskonale , gdzie w Gdańsku schować się przed deszczem.1. Za oknem grzmi, ale ja skryłam się w bezpiecznych murach galerii NOMUS. To jedna z tych codziennych sytuacji, które łatwo przeoczyć, choć architekci od stuleci poświęcają im ogrom uwagi (schronienie jest przecież jedną z najbardziej podstawowych potrzeb, na które odpowiada architektura). // 2. Modernizm miał ambicje znacznie większe niż projektowanie ładnych budynków. Jego zwolennicy wierzyli, że architektura może naprawiać świat. Brzmi naiwnie? Trochę tak. Ale po doświadczeniach rewolucji przemysłowej, przeludnionych kamienic i dwóch wojen światowych wizja mieszkań pełnych światła, zielonych osiedli i racjonalnie zaplanowanych miast wydawała się całkiem rozsądną odpowiedzią na chaos rzeczywistości. // Nicolas Grospierre kieruje obiektyw na budynki epoki modernizmu, obok których codziennie przechodzimy bez większych emocji. To, co zwykle wydaje się zwyczajne, nagle zaczyna wyglądać jak scenografia do futurystycznego filmu o przyszłości, który ktoś nakręcił kilkadziesiąt lat temu.  Czasem ciężko zdecydować, czy blokowiska i powojenny modernizm kochać, czy wyburzać. Wiele rozwiązań architektonicznych o światowym poziomie nie przetrwało zderzenia z bylejakością codziennego utrzymania. Dopiero teraz, po kosztownych remontach, odkrywamy zalety i skromną, ale na swój sposób fascynującą urodę takich dzieł architektury jak Dworzec Centralny czy katowicki Spodek. Trzeba uznać fakt, że każdy budynek stanie się obrzydliwy, jeśli przez 30 lat nie będziemy go myć, naprawiać i sprzątać. Galeria NOMUS "Nicolas Grospierre. Permakryzys" 14.05 – 6.09.2026, Gdańsk.A na parterze budynku, w którym mieści się galeria, możecie zjeść pyszną drożdżówkę, albo wypić pyszną kawę. Pokazywać Wam więcej nieoczywistych miejsc związanych ze sztuką w Trójmieście?A ten napis czekał na mnie tuż po wyjściu…Czerwcowa puszcza za oknem.

Co tu zrobić, aby nigdy nie zadeptać tej artystycznej spontaniczności?

Ja i koncerty to rzadkie połączenie, ale skoro Sopot jest taki "małomiasteczkowy"……to żal nie skorzystać z takiej okazji. Chyba jesteśmy za młode na takie szalone wieczory ;). 1. Najlepsze polskie czerwcowe obiady. // 2. I najlepsze czerwcowe kwiaty…// Kwitnący jaśmin to moja najlepsza motywacja do wspinaczki. 
1. Herbata parzona na zimno. Znacie? Na pewno tak, ale wiem, że o dobrych rzeczach czasem warto przypomnieć (mi przypomniała o tym Meghan Markle, ale nie żebym oglądała jej program ;)). // 2. Upalne wieczory w Sopocie i podejrzliwi sąsiedzi. // Herbatę parzoną na zimno polecam szczególnie tym z was, które nie przepadają za smakiem zielonej herbaty, ale chciałyby ją pić z prozdrowotnych względów. Herbata parzona na zimno jest zdecydowanie delikatniejsza, ma ładniejszy kolor i dużo przyjemniej się ją pije – jestem pewna, że gdy raz spróbujecie, to stanie się ona Waszym ulubionym rodzajem lipcowego nawodnienia. Ja wybrałam „Green Lemon” od Newby Teas, czyli mieszankę wyselekcjonowanych długich liści chińskiej zielonej herbaty typu sencha z kawałkami aromatycznej cytryny.  Gatunek ma tutaj kluczowe znaczenie, ale o tym, że herbatę należy kupować z pewnego źródła na pewno wiecie – tę od Newby Teas kupuję od lat i ciężko przerzucić mi się na coś innego – do dobrego szybko się przyzwyczajamy (Kod KASIA20 daje 20% zniżki na cały asortyment -działa na wszystko do 20 lipca). 

Wystarczy dobrej jakości herbata z jakimiś owocowymi akcentami – zalewamy ją chłodną wodą i zostawiamy na godzinę. 

Te dwie rzeczy razem oznaczają, że w mieszkaniu pachnie poezją. "Slow" na Garnizonie.1. Omlet, bo nawet ja uległam trochę tej białkowej propagandzie ;).  // 2. "Drogi Panie Informatyku, niestety sweter padł i strona nie dziala. To znaczy swerter. To znaczy swerwer. To znaczy SERWER" – czyli ja i Monika gasimy poniedziałkowe pożary. Nawodnienie od wewnątrz zamówiłam, a to od zewnątrz wyciągnęłam z torebki. Miło mieć taki krem do rąk, który nie dość, że pielęgnuje, to jeszcze cieszy oko. Te dwie tubki o nowoczesnym kształcie są od Handy Lab. Macie dwie opcje do wyboru: Glow&Go lub Energy & Fresh (kod "Make" daje rabat  -15% w sklepie Handy Lab). 1. Kocham tę spódnicę! // 2. Kompaktowy, ładny. Skuteczność oparta na składnikach naturalnych z kompaktowym designem może iść w parze.  :).  // 

"Jak myśleć o sztuce" Ryszarda Kasperowicza 

Często targam swoje dzieci po muzeach (nie po wszystkich i nie zawsze) i to one są dla mnie najlepszym dowodem na to, że sztuki nie trzeba rozumieć, aby się nią zachwycać. Ale będę też zawsze stała na stanowisku, że warto ją zrozumieć, jeśli chcemy zachwycać się nią jeszcze bardziej. Rozumienie sztuki sprawia, że kontakt z nią przestaje być jedynie emocją, a zaczyna być doświadczeniem – a tym kluczem, który otwiera nam drzwi, jest szczere zainteresowanie. Im więcej wiemy, tym więcej chcemy wiedzieć i tym po trudniejsze rzeczy sięgamy. 

Jeśli mainstreamowe treści dotyczące sztuki już Was męczą i potrzebujecie czegoś naprawdę wnikliwego, co rozgrzeje Wasze neurony do czerwoności, to ta pozycja Was nie zawiedzie (na tę książkę też działa kod do PWN, który podałam wyżej).Magia hamaka. 
A tu magia Sopotu.Udawajmy turystki, kupmy gofra! Wszystkie trójmiejskie odcienie błękitów.Analogowe życie. Trzeba się postarać, aby do niego wrócić, ale warto (zwłaszcza w wakacje).

W kolejnym Last Month pokażę Wam, jak wyszło, bo jutro odbieram zdjęcia!

I to by było na tyle, bo wszystko inne, co wydarzyło się w moim życiu w tym miesiącu, było nudne, niezbyt ładne, albo byłam w tym momencie tak zakręcona, że przez myśl by mi nie przeszło, aby wyciągnąć telefon ;). … A teraz pakuję plecak, bo chyba wszyscy wkoło widzą, że czas się na sekundkę wylogować. Ale wrócę!

 

*  *  *

 

Zapiski o modzie i stylu – czy trzeba „się znać” aby wyglądać dobrze?

Wpis powstał we współpracy z marką YES i zawiera lokowanie marki własnej.

kolczyki – YES 

marynarka – MLE (dostępna w połowie lipca)

buty – Jimmy Choo (kolekcja z 2019 roku)

rozszerzane spodnie – MLE (wzór)

torebka – Bottega Venneta

top bandeau – MLE  

 

  Czy modę należy rozumieć, aby wyglądać dobrze (i modnie)? Myślę, że nie. W każdej branży, w każdym mieście czy miasteczku, a nawet w każdej szkole z łatwością wskażemy kogoś, kto po prostu ma świetny styl. I zazwyczaj nie wynika on ze znajomości wszystkich fuzji w LVMH, śledzenia każdego pokazu Loewe czy umiejętności wymienienia nazwisk dyrektorów kreatywnych najważniejszych domów mody.

  Oczywiście wiedza – jak to często w życiu bywa – pomaga. Pozwala lepiej rozumieć kontekst, dostrzegać inspiracje, śledzić zmiany zachodzące w branży. Z pewnością jednak nie jest warunkiem koniecznym posiadania dobrego gustu. Co więcej, nie jest też jego gwarancją, choć niektórzy zdają się w to wierzyć. Podobnie jest ze znajomością samego przemysłu odzieżowego. Nie trzeba wiedzieć, jak przebiega proces produkcji tkanin, czym różni się dzianina od tkaniny ani jakie etapy przechodzi ubranie, zanim trafi do sklepu, aby ubierać się dobrze. Tak jak nie trzeba znać zasad budowy silnika, by prowadzić samochód, ani historii architektury, by urządzić piękne mieszkanie.

  A jednak warto. Warto, ponieważ wiedza daje większą sprawczość. Pozwala dokonywać bardziej świadomych wyborów, odróżniać jakość od marketingu, rozumieć, skąd biorą się różnice w cenach i dlaczego niektóre rzeczy służą nam przez lata, a inne tracą formę po kilku praniach. Pomaga także spojrzeć na ubrania nie tylko jak na produkt, ale jak na efekt pracy wielu ludzi – projektantów, konstruktorów, szwalni, producentów tkanin czy rzemieślników. Znajomość branży nie sprawi automatycznie, że będziemy ubierać się lepiej. Może jednak sprawić, że będziemy kupować rozsądniej, z większym szacunkiem dla rzeczy, które już posiadamy. A w czasach, gdy codziennie bombardowani najróżniejszymi możliwościami jest to umiejętność nie mniej cenna niż dobry gust.

  Na dzisiejszych zdjęciach widzicie moją wymarzoną marynarkę, której materiał inspirowany jest modą Dalekiego Wschodu. Jest trudna w szyciu, bo aby zachować półtransparentne wzory trzeba był zrezygnować z podszewki i nagimnastykować się z wykończniem. Do tego dobrałam moje ukochane (niezwykle lekkie, wygodne i nieuczulające) kolczyki. A piszę o tym, bo na stronie YES trwa aktualnie wyprzedaż i wiele modeli biżuterii jest przecenionych. Jeśli miałyście ochotę, żeby zaoptarzyć się w nową biżuterię na lata (a nie tylko na "to lato"), to teraz jest ku temu idealna okazja.