Last Month

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem PWN, Pasiekami Rodziny Sadowskich oraz Oio Lab, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Na pytanie o to, jaki był ten marzec, odpowiadam – to zależy. Algorytmy, zasięgi, strategie – wszystko to wciągało mnie coraz głębiej, bo dziś nie da się budować marki, udając, że media społecznościowe są tylko dodatkiem. Trzeba je rozumieć, oswajać, czasem nawet podporządkować im własne pomysły.

  Dlatego powrót tutaj, na bloga, przynosi mi w tym miesiącu szczególną ulgę. Mogę po prostu zaprosić Was do mojej codzienności – bez analizowania, co zadziała lepiej, a co gorzej. Bez algorytmów w tle. Tak jak w szczerej, przyjacielskiej relacji – nie chodzi o autoprezentację, o przekazanie światu tylko tego, co da potem wymierną wartość, albo pomoże zebrać dane, aby w przyszłości jeszcze lepiej wpisać się w czyjeś oczekiwania. Dopaminowa pętla, którą funduje nam Instagram czy Tiktok każdego dnia, nie zacisnęła się jeszcze do końca na naszych szyjach – myślę, że wciąż potrafimy się z niej wydostać. Jestem o tym przekonana, gdy patrzę na to dzisiejsze zestawienie marcowych chwil – tych codziennych i tych trochę bardziej wyjątkowych. To co? Powspominamy razem?

 

Nie jest zielono, nie ma liści na drzewach, a po roztopieniu się śniegów chodniki pozostawiają wiele do życzenia. A jednak, jestem wielką fanką tych niezbyt ładnych zdjęć przedwiośnia. Pod koniec tego spaceru miałam już kurtkę przewieszoną przez ramię i czułam się jak te krowy, wypuszczane na pastwisko po zimie. Temperatura poszybowała do góry tak mocno, że pierwszy raz w tym roku rzuciłam w którymś momencie „ale się zgrzałam”. Aż nie chciało się wracać do domu.Po takim spacerze lepiej od razu wystawić kącik ze zdrową lemoniadą z syropem z kwiatów bzu, niż co chwilę słyszeć, że komuś chce się pić. Syrop z kwiatów czarnego bzu to mój ulubiony sposób na dobre nawodnienie wszystkich domowników. Nagle okazuje się, że wypicie 4 litrów w ciągu kwadransu nie jest dla nich żadnym problemem. Syrop jest od Manufaktury Rodziny SadowskichRodzinny wypad do stolicy zaczęliśmy już tradycyjnie od Łazienek. Był akurat Dzień Kobiet, świeciło piękne słońce, kaczki zażywały pierwszych słonecznych kąpieli, a ja marzyłam, żeby zatrzymać w miejscu tę beztroskę jak najdłużej. Dziadek biegnie na pomoc wnuczkom. Czyżby dojrzały pawia? W Warszawie zawsze jestem za krótko. Za krótko, żeby się z kimś spotkać, za krótko, żeby odwiedzić restaurację, którą chciałam, za krótko, żeby odpocząć i za krótko, żeby załatwić wszystko, co miałam do załatwienia. Wracam zwykle do domu z poczuciem, że mogłam to lepiej ogarnąć. Z pewnością pomocna byłaby tu umiejętność obiektywnego oceniania czasu. Na przykład na wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie przeznaczyłam trzydzieści minut, a siedziałam tam blisko dwie godziny. Myślicie, że da się to jakoś leczyć? 1. "Autorka przy swoich zajęciach" autorstwa Marie-Nicole Vestier Dumont. W swoich czasach obraz był przełomowy, bo pokazywał coś rzadkiego: kobietę nie tylko jako matkę, czy ozdobę salonu, ale też jako profesjonalną artystkę przy pracy. To był sygnał, że kobiety mogą tworzyć i pracować, a nie tylko pozować. Dziś jednak patrzymy na ten obraz trochę jak na bardzo estetyczną wersję macierzyństwa: nie widać tu zmęczenia, artystyka ma ułożone włosy, maluje w pięknej jasnej sukni, jest uśmiechnięta. Dlatego obraz jest ciekawy podwójnie: kiedyś był symbolem emancypacji, ale dziś kobiety uznałyby to za zbyt wyidealizowaną sytuację. // 2. Nie było nam łatwo, ale niektóre z nas potrafiły wytyczyć nowe szlaki, dzięki którym dziś możemy więcej, a prawa przyznane kobietom są dla nas oczywistością. Moja córeczka spytała o jeden z obrazów: dlaczego jest taki ważny i czemu mu się przypatruję. Powiedziałam, że jego autorka miała szczęście, bo w czasach w których żyła, kobiety nie mogły uczyć się malować – było to dozwolone tylko dla chłopców. W jej oczach widziałam wielkie zdziwienie. Ja z kolei czułam wdzięczność wobec kobiet, które przyczyniły się do tego, że dziś moje dziewczynki mogą bez przeszkód chodzić na swoje ukochane lekcje rysunku. I pani Olga też jest. "KWESTIA KOBIECA 1550–2025" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – polecam gorąco tę wystawę, wciąż możecie ją odwiedzić. 
No i kultowa już grafika, której historię pewnie większość z Was zna. W 1989 roku grupa aktywistek "Guerilla Girls" wykorzystała do swoich plakatów słynny obraz przedstawiający kobiecy akt („Wielka Odaliska”) i dokleiła jej małpią głowę. Po co? Zaczepny tekst “Czy kobiety muszą być nagie, żeby dostać się do Met. Museum?” umieszczony pod tytułem, mówi o niesprawiedliwym postrzeganiu kobiecej sztuki we współczesnym świecie – twórczość jedynie 5% artystek ma szansę na wystawę, podczas gdy 85% aktów przedstawia kobiecą nagość. Akcja była odpowiedzią na to, że MoMa zorganizowało wystawę „Międzynarodowy przegląd najnowszego malarstwa i rzeźby”, na której pokazano dzieła tylko czternastu kobiet na sto sześćdziesięcioro pięcioro uczestniczących. Przykry to dowód, że świat bardziej interesuje nasze nagie ciało, niż to, co chcemy przekazać.  I czas wracać! Następnym razem zrobię wszystko to, czego nie zdążyłam zrobić tym razem!Tymczasem ja, pierwszego dnia wiosny. 
Ta owieczka wymaga już chyba małego strzyżenia. 1. Ja, rok temu: "Tym razem naprawdę będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Również ja, w tym roku: "Ale tym razem, to już naprawdę, OBIECUJĘ, że będę chować te poduchy za każdym razem, gdy zacznie padać deszcz." Jassne… a teraz jadę do pralni… // 2. W nieładzie, w puchowej kurtce, idę grabić ogród. Ale popryskam się moim ukochanym Chanel 5, licząc na to, że dzięki temu w małym stopniu stanę się częścią tego magicznego, modowego świata. ​ // "Kasia, jeśli potrzebujesz pomocy, bo już nie masz siły grabić, to daj nam znak."

1. Tu możecie zobaczyć ten zestaw w całości. // 2. Zbliżenie na reprodukcję obrazu, który należy do jednego z najsłynniejszych cyklów historii sztuki. "Lilie wodne" mają dla mnie nieco osobiste znaczenie i dlatego pojawiają się w moim mieszkaniu, ale z tego co widzę, Monet okazuje się być teraz bardzo na czasie… Więcej przeczytacie w tym wpisie. // 3. A oto sopocko-marcowa wersja tego nastroju. // 4. I jeszcze jedna zmiana na wiosnę… bez remontu! // 

Gdy pogoda za oknem mało wiosenna, a w duszy już grają kolory. Kilka moich wyborów z Desenio. 1. Tulipany w wazonie i otwarte okna… znacie to uczucie? // 2. Rosół w wydaniu azjatyckim. Bo podobno jem za mało białka ;). 

Długo myślałam o jakimś prima aprilisowym żarcie dla Was, ale uwierzyłam dziś już w tyle różnych dziwactw (między innymi w to, że miasto Sopot planuje wybudować zadaszenie nad molo), że nie będę się w to bawić – są lepsi ode mnie ;). 
Nieważne co pokażę, i tak wszyscy pytają o ten obraz. "Un Po'Di Blu No1" wymiar 140×100 na płótnie (również od Desenio). Bardzo cenię sobie marki, które nie dość, że produkują w Polsce, to dbają o środowisko. Marka Oio Lab współpracuje z polskimi Fundacjami i wspiera konkretne inicjatywy (między innymi z Fundacją Las na Zawsze, która zajmuje się sadzeniem młodych lasów i ochroną dojrzałych ekosystemów leśnych oraz z Fundacją MARE, która skupia się na ochronie ekosystemów morskich – szczególnie Morza Bałtyckiego). Ponadto, marka Oio Lab posiada certyfikat PETA, jest wegańska i wolna od okrucieństwa. A do tego wszystkiego minimalizują zużycie plastiku i używają ekologicznego (biofotonicznego) szkła. A produkt, którego teraz używam, to holistyczne serum do twarzy. Ten kosmetyk pielęgnuje, ale jednocześnie daje efekt delikatnego makijażu: nawilża, wspiera mikrobom i przywraca blask a krycie to jedynie dodatek. Dostępny jest w trzech kolorach, a najciemniejszy może być stosowany jako bronzer. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% zniżki na wszystkie kosmetyki na stronie OioLab (kod nie łączy się z innymi ofertami/zniżkami).   Lata temu napisałam tekst o "Dziewczynach, które zawładną Warszawą". Wśród nich była Kamila, która z całą pewnością świetnie pasowała do tego tytułu. Po obejrzeniu jej rolki inaczej spojrzałam na nasz sweter Myre. Fajnie czasem jest móc zobaczyć swoje rzeczy okiem kogoś innego (a już szczególnie okiem Kamili!). Sweter pojawi się w MLE już w najbliższy piątek. 

Przed… 

… i po! Kupiłam na prezent, ale całkiem nieźle wyglądałby tu ten obrazek. 

Szylkretowe guziki czy obciągane?Praca w MLE ma różne oblicza, ale takie momenty uwielbiam! Przyszedł do nas pierwszy prototyp i dosłownie wstrzymałam oddech po tym jak go przymierzyłam. A teraz mała odtrutka instagramowa, czyli temat numer 1 ostatnich dni w pracy. Przepięłyśmy MLE na nowy system i w związku z tym, wszystkie w zespole dostałyśmy małej nerwicy. 1. Gdy po przeczytaniu 10 mejli od Klientek o tym, że nie mogą dokończyć płatności, ty wiesz, że możesz w spokoju pić dalej matchę, bo informatyk mówi, że na jego komputerze wszystko działa :). A tak bez żartów. Chyba przetrwałyśmy najgorszy etap i wszystko już działa (a jeśli nie działa, to zgłaszajcie to do nas, a my będziemy reagować). // 2. i 3. No i podejmowane są też kluczowe decyzje. Ta na przykład jest prosta, bo przecież na pierwszy rzut oka widać, że próbka na dole jest lepsza ;). // 4. Znacie to ćwiczenie dla osób pracujących na telefonie? Dwie minuty z głową skierowaną w jedną stronę, a pote, w drugą. A dłonie mocno zadarte! Zakwasy gwarantowane. Tutorial tutaj. // 

Dzień w którym bardzo się martwiłam, ale tym razem wszystko skończyło się dobrze. Cieszcie się Dziewczyny każdym miłym dniem!
Krzewy i drzewa jeszcze nie zakwitły. U nas, w Trójmieście, zawsze musimy dłużej czekać na zieleń (podobno, w porównaniu do innych regionów Polski, nawet dwa tygodnie). "Dookoła Świata – 80 ryb i innych stworzeń morskich" – znacie tę piękną serię od PWN?

Myślałam, że taki format będzie wciąż zbyt wymagający dla moich dzieci, ale te ilustracje i fascynujące opisy przyciągały jak magnez. No kiedy one już wrócą z tego przedszkola i się ze mną pobawią?"Sztuka dla dzieci". Zamówiłam tak naprawdę sobie, licząc na to, że kiedyś zaczniemy do niej razem zaglądać. Ale dzieci są tak zaskakujące, że przyłączyły się do mnie, gdy ją rozpakowałam. Porozmawiałyśmy o kilku obrazach, a potem – magia – ja mogłam zostawić je same i zająć się zwoimi sprawami. Co kilka minut słyszałam tylko jakieś śmiechy, że te zegary wyglądają jak rozpuszczone palstry sera.  Kod rabatowy MLE25 jest ważny do końca kwietnia, zarówno na "Sztukę cenniejszą niż złoto", jak i inne pozycje PWN, także te dla dzieci (daje 25% zniżki).

Deser o nazwie "jeśli ładnie zjecie zupę".  

Składniki: 

– pasta kokosowa od Manufaktury Rodziny Sadowskich (ilość wedle uznania)
– ewentualnie syrop klonowy albo łyżka miodu spadziowego
– banan 
– mango albo kiwi
– jogurt naturalny (najlepiej typu greckiego lub skyr) 
– mąka kokosowa 
– wiórki kokosowe 

1. Bez żadnych cukrów ani sztucznych dodatków – 100% pasty z miąższu kokosowego. Jest delikatnie słodka w smaku chociaż nie ma dodatku cukru. Uwielbiamy ją! // 

Pasta kokosowa wyciagnięta prosto z paczkomatu, więc jeszcze lekko przemarźnięta i skostniała, ale i tak pyszna. ;) 
Z kodem MAKELIFE10 otrzymacie 10% zniżki na zakupy w Pasiekach Rodziny Sadowskich. 

Pościel jest przejściem ze świata snu do rzeczywistości, pierwszą rzeczą, którą dotykamy w ciągu dnia i w której spędzamy 1/3 naszego życia. Nie wybierajmy jej przypadkowo. Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce i do tego ma przeróżne piękne opcje do wyboru. 

A teraz pytanie do Was! Czy taka marynarka do Was przemawia? Szyć?Był taki czas, kiedy uważałam, że "zdrowe słodycze" nigdy nie zastąpią tych od Kinder. A to jest jedna z najlepszych czekolad, jakie w życiu jadłam. Szukajcie, a znajdziecie :). 
Nie mogę się doczekać tej Wielkanocy. Planuję idealną równawagę między tradycją a bezczynnym bomblowaniem, a co z tego wyjdzie, to zobaczymy. Puk, puk, czy nasz kochany Narcyz w Gdyni jeszcze otwarty? Mamy alarm!Bo w poniedziałek o 18:00 usłyszałam: "Mamo, a pamiętasz, że do jutra trzeba przynieść własnoręcznie zrobione wianki na konkurs?""Mamo, kupisz mi bazie na rynku?"

"A może być małe baziowe drzewo?"

  Z różnych powodów marzec był czasem, w którym nie czułam się ze sobą jakoś szczególnie dobrze. Uwielbiam żyć w zgodzie z naturalnym cyklem przyrody i pewnie dlatego po zimie czuję się jak niedźwiedź wybudzony z zimowego snu, z potarganym futrem, zabałaganioną norą i w stanie kompletnej dezorientacji. Ale już biorę się do kupy i postaram się być bardziej jak kwitnący krokus – czego i Wam życzę :). Dziękuję za uwagę – jesteście (naprawdę) niezastąpione!

 

*  *  *

 

Czy Wy też tak macie każdej wiosny? – Marcowe Umilacze

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem PWN, Mumla, Topestetic i Aruelle. 

 

  Piąta rano. Budzi mnie sen – jeden z tych, które zostają w ciele jeszcze długo po otwarciu oczu. Przez chwilę leżę nieruchomo, z mocno zaciśniętymi powiekami, próbuję uspokoić oddech i przekonać samą siebie, że mogę jeszcze zasnąć. I wtedy słyszę coś, co wyrywa mnie ze świata zmartwień i lęków. Pierwszy raz w tym roku słyszę poranny śpiew ptaków. Świergoczą nieśmiało, a jednak wystarczająco wyraźnie, żeby coś się we mnie przestawiło. To był ten moment, kiedy wiosna przestała być datą w kalendarzu, a zaczęła być doświadczeniem.  

Każdej wiosny dopada mnie to samo wrażenie – jakbym była bohaterką filmu, a głos z hollywoodzkich trailerów podkładał codziennie rano zdania typu „Kasia przez lata była przekonana, że najważniejsza jest przewidywalność. Że jeśli wszystko będzie poukładane, życie stanie się prostsze. A jednak los zdecydował inaczej…” (a propos nieprzewidywalności, to ta nieoczekiwana pobudka o piątej sprawiła, że nie usłyszałam budzika o siódmej, a to faktycznie gwarantuję potem sceny, jak z filmu akcji).  

  Wiosną nagle zaczynam widzieć własne życie trochę z boku – jakby ktoś na chwilę podłożył pod nie muzykę i lepsze światło. Zmontował nieco ładniejszy i ciekawszy obraz. Tak lubię o tym myśleć: że radość z wiosny to kwestia odpowiedniej percepcji, a nie obiektywnych okoliczności. I dziś podsuwam Wam kilka takich wiosennych szablonów, które zawsze mi w tym „montażu rzeczywistości” pomagają. No to zaczynamy!

 

 

 1. Wiosna w mieszkaniu, którego nie mam siły remontować.

  Podobno za kilka dni wróci do nas zima. Póki trudno wytrzymać na zewnątrz bez rękawiczek, próbuję poczuć wiosnę we własnym wnętrzu. Jestem typem człowieka, który potrafi długo mówić o tym, co mu przeszkadza – i zaskakująco rzadko coś z tym robi. Dotyczy to też mieszkania, a dokładniej listy zmian, które „kiedyś” wprowadzę, gdy nadejdzie kolejny remont (czyli raczej nigdy, co zrozumie każdy, kto choć raz przeżył remont w kamienicy).

  Ale gdy nadchodzi wiosna, po prostu MUSZĘ coś zmienić. Próbuję chociaż zidentyfikować najbardziej irytujące mnie strefy i zrobić cokolwiek, aby nie wlepiać się w nie w ciągu dnia, z poczuciem, że kuchenka nie zmieni koloru z błękitnego na czarny, już zawsze będzie tu wisiał ten licznik, a wyglądając przez okno w kuchni, codziennie będą mnie witały kolorowe śmietniki sąsiadów. 

 

  Zazdrostki okazały się jednym z takich rozwiązań. Krótkie firanki montowane w połowie okna – coś między nostalgicznym detalem prosto z angielskiej wsi a całkiem praktycznym sposobem na dopuszczenie światła, zapewnienie prywatności i odcięcie się od widoku, który naprawdę nie wymagał ekspozycji. Bez wiercenia, cekolowania i szlifowania.

To widok przed zamontowaniem zazdrostek (nie widać na nim wyżej wspomnianych śmietników, ale uwierzcie mi, że kłuły mnie w oczy za każdym razem, gdy siadaliśmy do stołu. Zazdrostki wykonała dla mnie firma Kamena z Malborka. 

 

  Nie bez powodu Marcel Proust poświęcił tyle uwagi porankom i temu dziwnemu momentowi tuż po przebudzeniu, kiedy jeszcze nie do końca wiemy, gdzie jesteśmy. Pisał o tym, jak ciało – dotyk pościeli, ciężar kołdry, światło wpadające przez okno – pomaga nam „wrócić” do rzeczywistości szybciej niż rozum i świadomość.  

  Jeśli więc od zawsze miałyście poczucie, że zmiana pościeli wyzwala w Was jakąś dziwną radość (a wiosną to już szczególnie), to wiedzcie, że wielcy francuscy pisarze mieli tak samo. Ja polecam tę od polskiej marki MUMLA. To od niej mam pościel, o którą pytacie najczęściej, a teraz dostałam jej nową wiosenną wersję. 

  Niebieskie kwiaty na pościeli, rysowane charakterystyczną kreską, to estetyka bliska tradycji "toile de Jouy", ale uproszczona, bardziej powściągliwa.  

 

Pościel od MUMLA jest zaprojektowana i uszyta w Polsce. Wykonano ją ze 100% bawełny o płóciennym splocie (ok. 130 g/m²). Naturalną cechą tkaniny są widoczne drobne łuski niebarwionej bawełny. Materiał posiada certyfikat Oeko-Tex Standard 100 (klasa I), co oznacza, że jest bezpieczny nawet dla niemowląt. Marka ma w swoim asortymencie wiele różnych produktów, które pozwolą stworzyć w domu wiosenny klimat. Z kodem KASIA10 otrzymacie 10% rabatu na całe zakupy. Kod obowiązuje do 31 marca (do końca dnia) i jest na wszystko z wyjątkiem kart podarunkowych i nie łączy się z innymi kodami.

 

  Toile de Jouy to jeden z tych wzorów, które wyglądają niewinnie – dopóki nie zacznie się czytać ich historii. Powstał w drugiej połowie XVIII wieku, kiedy przedsiębiorca Christophe-Philippe Oberkampf założył manufakturę w Jouy-en-Josas pod Paryżem. To był moment technologicznego przełomu: zamiast ręcznego malowania tkanin zaczęto stosować druk: najpierw drewnianymi blokami, później miedzianymi płytami, co pozwalało na znacznie bardziej szczegółowe, niemal graficzne wzory. Toile de Jouy nie było zwykłym ornamentem. To były całe opowieści nadrukowane na tkaninie. Sceny pasterskie, życie codzienne, egzotyczne krajobrazy inspirowane podróżami, a nawet wydarzenia polityczne.

  W pewnym sensie były to XVIII-wieczne „tapety z narracją” – coś pomiędzy sztuką a medium. Co ciekawe, wzór był na tyle popularny, że szybko stał się symbolem statusu – ale w dość przewrotny sposób. Z jednej strony był luksusowy i modny na dworach, z drugiej: dzięki technologii druku był bardziej dostępny niż hafty czy ręcznie tkane tkaniny. To była wczesna forma „demokratyzacji designu”.

 

 

 2. Tej wiosny zapach palonych ubrań będzie jakby mniej intensywny.

  Od 2026 roku Unia Europejska zakazuje niszczenia niesprzedanych ubrań – praktyki, która przez lata była jednym z najlepiej skrywanych „sekretów” branży odzieżowej. Szacuje się, że nawet 9% wszystkich tekstyliów nigdy nie trafia do klienta i jest po prostu utylizowane, generując emisje CO₂ porównywalne z roczną emisją całej Szwecji. To oznacza jedno: marki nie będą już mogły produkować „na zapas” i liczyć, że nadwyżkę po cichu spalą – będą musiały ją pokazać, policzyć i zagospodarować. Dla sieciówek to wielki koszt i prawdziwa rewolucja w zarządzaniu produkcją, ale dla niektórych polskich brandów to tak naprawdę dobra informacja – te, które do tej pory z własnej woli opierały się nadprodukcji nie będą musiały nic zmieniać :). 

 

Zarówno bluza (wybrałam rozmiar M) jak i szorty są od marki Aruelle. Z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na wszystko (kod nie łączy się z innymi promocjami i nie obejmuje kart rabatowych). Ważny jest przez tydzień. Standardowo nowe kolekcje przez dłuższy czas nie są objęte promocjami, więc warto skorzystać z tej opcji.

 

3. Pierwsze słońce. Pierwszy błąd.

 W marcu nadchodzi też zawsze ten moment, gdy z uczuciem błogości wystawiam twarz do słońca i po kilku sekundach zakrywam twarz rękami niczym wampir, bo przypominam sobie, że mój krem z filtrem do twarzy leży gdzieś na dnie szuflady i nie dość, że go dziś nie użyłam, to chyba w ogóle do użycia już się nie nadaje. Niech ten artykuł będzie więc dla Was życzliwą przypominajką, że warto wrócić do tego nawyku regularnej ochrony skóry, zwłaszcza gdy – tak jak w moim przypadku – z niewiadomego powodu zaczęłyście mieć z dnia na dzień skłonność do posłonecznych przebarwień. Ja gorąco polecam ten krem ochronny Physical Protectant Tinted SPF 45 Light To Medium ze sklepu Topestetic.

 

Ten krem z filtrem ma uniwersalne pigmenty, więc doskonale dostosowuje się do wielu odcieni karnacji (dostępny w 3 odcieniach). Dodatkowo rozświetla i wyrównuje kolory skóry oraz niweluje nadmierne błyszczenie. Marka Jan Marini zmieniła kolory opakowań i nazwę na Marini SkinSolutions, ale to te same kosmetyki i ten sam koloryzujący krem z filtrem, który znam i stosuję od lat (szczególnie w okresie wiosna-lato, bo rewelacyjnie zastępuje codzienny lekki makijaż oraz sprawdza się też jako baza pod makijaż). Nie raz kosmetyki Jan Marini polecałam Wam w moich wcześniejszych publikacjach (w szczególności właśnie ten SPF oraz ich witaminę C). 

 

4. Kiedy moda wygląda jak wiosenny obraz.  

  „Kwiaty? Na wiosnę? Ale odkrywczo.” – rzuca z lodowatym spokojem Miranda Priestly, grana przez Meryl Streep w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”. Jedna linijka, która przez lata zdążyła stać się modowym memem – i co roku wraca dokładnie wtedy, kiedy wszystko wokół zaczyna kwitnąć.

  No cóż, możemy udawać, że jesteśmy ponad to, ale wiosna i tak nas dopada. Nagle nawet najbardziej powściągliwe estetki zaczynają mięknąć. Szarości ustępują miejsca zieleni. Pojawia się potrzeba światła, lekkości, czegoś żywego. Kwiaty wracają – nie dlatego, że są odkrywcze, tylko dlatego, że są nieuniknione. Nawet najwięksi kreatorzy dostrzegają ich moc. Dowód? Wyobraź sobie pokaz mody, który wygląda jak wejście do obrazu. Tak właśnie było na ostatnim pokazie Diora. Scenografia nie przypominała klasycznego wybiegu – bardziej pejzaż wyjęty prosto z obrazów Moneta. Ci najwięksi wizjonerzy potrafią czerpać z dzieł mistrzów i redefiniować je na coś bardzo współczesnego. A więc brawa dla Jonathana Andersona. 

 

  W ostatnim czasie sztuka coraz częściej wychodzi poza galerie i muzea. Przestaje być czymś, co się „ogląda od święta”, a zaczyna działać w codzienności – w modzie, wnętrzach, obrazach, które wybieramy do życia. No i zaczyna być dla ludzi, a nie tylko dla hermetycznych środowisk.

  Takim pomostem między zwykłymi śmiertelnikami a wielkimi artystami są oczywiście książki i albumy. Ja polecam nowe (i naprawdę piękne) wydanie książki „Sztuka cenniejsza niż złoto” autorstwa Jana Białostockiego, która od lat uznawana jest za jedną z najważniejszych książek poświęconych historii sztuki. Pierwsze wydania powstawały w zupełnie innej rzeczywistości – w Polsce lat 60-tych i 70-tych, gdzie dostęp do światowej historii sztuki był ograniczony, a jednocześnie potrzeba jej rozumienia była ogromna. Białostocki pisał więc nie tylko jako badacz, ale też jako tłumacz między światami: zachodniej historii sztuki i polskiego czytelnika. 

Z kodem MLE25 otrzymacie 25% rabatu od ceny okładkowej na ofertę PWN – kod będzie dostępny do 30 kwietnia, więc możecie się chwilę zastanowić, które tytuły dodać jeszcze do koszyka.​ Poza "Sztuką cenniejszą niż złoto" polecam także "Dlaczego zebry nie mają wrzodów", "Człowiek, istota społeczna" czy "Dlaczego umieramy?". 

 

5. Filmy, do których wracam każdej wiosny.

  Mam ulubione filmy na każdą porę roku. Wracam do nich od lat, aby sprawdzić, czy dalej znaczą dla mnie to samo. Albo po prostu po to, aby było milej. Przedstawiam listę moich ulubionych wiosennych filmów. Znacie je wszystkie? 

  Według najnowszych raportów, m.in. tych publikowanych przez Pinterest czy WGSN, wyraźnie odchodzimy od wielkich życiowych resetów na rzecz małych, świadomych zmian, które realnie poprawiają samopoczucie. W ogóle mnie to nie dziwi. I nie chodzi tu o lenistwo, ale o szacunek do własnych zasobów – czasu, energii i uwagi. Świat przytłacza swoimi możliwościami, dlatego tej wiosny skupiam się na tym, co mogę poprawić tu i teraz. Chciałabym pamiętać o tym, że drobna zmiana jest lepsza niż największy projekt, który finalnie nie doszedł do skutku. Czy jest coś, co w szybki sposób wymaże mi z głowy chociaż jedną nieprzyjemną myśl i zastąpi ją spokojem? Kiełkują Wam w głowie takie pomysły? 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Azure Tan, Newby Teas i Wydawnictwem Literackim, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Luty w Sopocie bywa zwykle najspokojniejszym czasem w roku. Ale nie tym razem – niespotykane od lat mrozy i zamarznięta Zatoka Gdańska sprawiły, że wiele z nas, zamiast zapaść w zimowy sen, ochoczo korzystała z tej bajkowej aury.

   A jeśli chodzi o moje osobiste odczucia, to również nie zaliczyłabym minionego miesiąca do tych spokojnych i nudnych. Właściwie to nie pamiętam, kiedy ostatni raz działo się w moim życiu tak wiele. Zdecydowanie nie wszystko ujęłam na zdjęciach, ale myślę, że mimo tego, wyczujecie w tej dzisiejszej relacji dużo emocji. I chociaż dni mijały mi z prędkością światła i nie wszystko miałam pod kontrolą, to przecież doskonale wiem, tam głęboko w środku, że sama możliwość doświadczania i pokonywania codziennych trudności jest już absolutnie kosmicznym szczęściem.

  Świat pędzi w nieznanym kierunku i nie ogląda się na nas ani trochę. Nie sposób o tym nie myśleć. A jednak pamiętajmy, aby po wstrzymaniu oddechu, dalej robić swoje. Jeśli pewna niezmienność tego bloga daje Wam (złudne, bo złudne, ale jednak) poczucie stabilności, to jest nas więcej! Cieszę się, że tu wpadłyście i już nie przedłużam – zapraszam do mojego pamiętnika.

 

Co tam bałwan! Czas na prawdziwe iglo!Luty był pasmem nowych wyzwań. Na przykład, w związku z pączkową akcją, nasz zespół musiał z dnia na dzień przygotować projekt potykacza :).  1. Ach, co to była za zima! // 2. Ten przepis na pączki jest idealny i nawet nie trzeba wyciągać miksera z szafki. Nie musicie czekać do kolejnego Tłustego Czwartku, aby zrobić go jeszcze raz. Tu macie przepis. // 3. Kawa już jest. Czas na gorące mleko. // 4. Walentynki obchodziłam na reformerach – i dzięki temu odkryłam nowe super miejsce w Sopocie.  // Ja wiem, że ciągle gadam o pączkach, ale tegoroczny Tłusty Czwartek był po prostu najlepszy i nigdy go nie zapomnę! Jeszcze tylko rozwiesimy plakaty, rozstawimy potykacz, przygotujemy stanowisko z cukrem pudrem i nasza osobista mini-pączkarnia MLE rozpoczyna pracę! 1. Dieta pudełkowa. // 2. Bo gdy jesteś klientką MLE, to w Tłusty Czwartek nie czekasz w kolejce po gorące pączki. //A do tego padał piękny śnieg! 
Czy ktoś powiedział, że w Sopocie jest minus dziewięć, a my mamy sesję w wielkim hangarze?– Co Ci się dziś śniło?

– Miałam straszny koszmar…
Lutowego szaleństwa ciąg dalszy. Nasze kurtki nie przestały jeszcze pachnieć pączkami, a my już wciągnęłyśmy się w kolejny marketingowy projekt – kampanię MLE na sezon wiosna/lato. Staram się do większości rzeczy w życiu podchodzić na luzie i ze świadomością, że dopóki moi najbliżsi są względnie zdrowi i bezpieczni, to niewiele więcej powinnam oczekiwać. Ale uwierzcie mi, że w przeddzień takiej kampanii, gdy wydajesz mnóstwo pieniędzy na sesję zdjęciową, nie mając żadnej gwarancji, że ona wyjdzie (a to od niej będzie zależał Twój biznes przez następnych kilka miesięcy) to naprawdę emocje sięgają zenitu. 

Chyba pod spodem są moje klucze.  

Ten jeden czarny sweter, do którego nie jesteś przekonana, a potem chodzisz w nim non stop. 

Gdy chcesz być mamą na pełen etat, prowadzić dwie firmy, masz problem z tym, żeby robić rzeczy byle jak i znów dałaś się namówić na udział w sesji zdjęciowej, to znaczy, że na osiem godzin przed wyjazdem jednocześnie gotujesz kolację, robisz paznokcie, wyskubujesz slajma z dywanu i oglądasz olimpiadę. Żadnej z tych rzeczy nie robisz porządnie, ale przynajmniej masz poczucie, że nie marnujesz czasu.

Ach i jeszcze jedna rzecz, dzięki której stojąc następnego dnia przed mega zdolnym fotografem, zyskałam odrobinę więcej pewności siebie. Opalenizna od Azure Tan. 

Mamy 21:20, ja nadal niespakowana, a rano ruszamy punkt 04:00, więc podejmuję (męską?) decyzję, że jednak nie robię peelingu, choć powinnam, ale strasznie mi się nie chce. Gdybym jednak chciała wykonać idealną procedurę opalania, to na pewno użyłabym właśnie tego zestawu. Ale za to zrobiłam inny "myk" zgapiony z Instagrama. 

Mój niezbędnik za każdym razem, gdy w lutym muszę udawać, że jest lato. Organic Coconut „medium to dark” – pianka samoopalająca (do cieniowania potrzebny jest kosmetyk, który nadaje kolor, inaczej łatwo o krzywe rozprowadzenie). Tan Free Firm & Hydrate – nawilżające masło do ciała (użyte do zabezpieczenia miejsc bardziej podatnych na działanie samoopalacza). Streak Free Tan – rękawica do aplikacji samoopalaczy.  
Kod rabatowy MLE30 daje 30% rabatu na wszystkie produkty Azure Tan z wyłączeniem zestawów (można oddzielnie dodać do koszyka każdy produkt z zestawu i wtedy rabat będzie korzystniejszy niż w zestawie).  

1. Tak to jest. Najpierw śmiejesz się z tych dziewczyn, co cieniują twarz samoopalaczem, a potem sama to robisz. Widziałam taki zabieg na kilku rolkach. Trochę się bałam, ale wyszło całkiem dobrze! Czasem Instagram nie kłamie. // 2. "Kasia, jak ty sfotografujesz samoopalacz, to naprawdę… //Voila! Efekt za kilka godzin! Tutaj możecie zobaczyć filmik z cieniowania. Jeszcze szybka rozmowa z Asią, abyśmy jasno określiły to, co nam jutro nie wyjdzie.  I w drogę! My myślami jesteśmy już z letnią kolekcją, ale widoki do Warszawy raczej polarne… Jesteśmy już z Asią w oku cyklonu. Już niczego nie zmieniamy, nie nadgonimy, nie przywieziemy. Musimy zaufać fotografowi (a ten jest naprawdę nie byle jaki i do dziś ciężko mi uwierzyć, że bierze udział w tym projekcie) i niczym Elsa powiedzieć sobie "let it goooooł".1. Stylistka, Alicja Werniewicz, przygotowała na sesję wiele par butów. Zgadniecie, którą z nich postanowiłam sobie zostawić? // 2 i 3. A teraz wjeżdża nowa scenografia. Pierwszy raz robimy sesję na taką skalę. // 4. Czy ktoś przypadkiem nie mówił, że "chmurna biel" będzie kolorem roku 2026? // 
Przysięgam, że to jest najbardziej "cool" zestaw, jaki miałam na sobie od ostatnich dziesięciu lat. Aż mam ochotę zapytać co to za marka ;). Kurtkę i dżinsy znajdziecie już teraz w sprzedaży. Bo szycie w Polsce, to naprawdę WIELKA rzecz. ;) Ta sukienka pojawi się w MLE już jutro (06.03). 
A to wykrój naszej idealnej marynarki. 
Całą kampanię i kilka moich słów o marce znajdziecie w tym wpisieUwielbiam podróże, ale zdecydowanie nie lubię tego, jak mój organizm reaguje na zmianę jedzenia. Będąc daleko, zawsze tęsknię za swoją lodówką, gdzie czekają na mnie rosołki w słoikach, warzywa i kasze. Tutaj widzicie makaron z cukinią, jarmużem i pietruszką. I kto niby twierdzi, że zima nie jest kolorowa? 
Dżinsowa paczuszka od Chanel. Tutaj możecie zobaczyć, co było w środku. Dzień dobry Poznań! Wiecie co się właśnie wydarzyło?MLE wyruszyło na podbój Poznania! Wpadnijcie do UMI – najpierw można przymierzyć, potem się zastanowić, a na końcu i tak jeszcze raz przeliczyć – po poznańsku. ;) 
1. Może coś takiego w Trójmieście zmotywowałoby mnie do biegania? (A może nie.) // 2. Ja jestem nadal zakochana w tym swetrze.  // 

Najpierw szneka z glancem, potem spacer po fyrtlu, a na końcu wpadnijcie do UMI obczaić MLE. Ja wybieram z domowej kawiarki. A Wy?
A teraz zapiszcie sobie ten adres: UMI ul. Jackowskiego 24/U3, 60-511 Poznań.

Godziny otwarcia: 

wtorek – piątek: 11:00 – 18:00 

sobota – niedziela: 10:00 – 16:00 
Zdążyłam wybrać się jeszcze do kilku miejsc w Poznaniu. Czy tutejsi rozpoznają tę knajpę?Pierwszy dzień w tym roku bez puchowej kurtki!"Masło" znajduje się tuż koło UMI. Poznań wydaje się być naprawdę super miejscem do życia. Cieszę się, że teraz MLE jest bliżej jego mieszkańców :). 
Powrót do domu i obowiązki, które mnie nie ominą, nawet jeśli w ostatnich tygodniach czułam się, jakbym była na szczycie świata. Czyszczenie pędzli po malowaniu łowczyni demonów, umawianie wizyt lekarskich, przedszkolne wyzwania, małe awanturki o zjedzone żelki i cała masa wyzwań, które z perspektywy zawodowych sukcesów, mogą wydawać się błahe, a tak naprawdę, są najważniejsze na świecie. Ostatnie podrygi Zimy. Powiem to szeptem, żeby nikogo nie zezłościć – będę za Tobą tęsknić, wróć do nas jeszcze kiedyś z tym swoim białym, miękkim, śnieżnym płaszczem. Każdy, kto żyje dziś w miejscu, w którym można bezpiecznie wyjść na spacer po parku, jest wielkim szczęściarzem. Wystawa w Pałacu Opatów, czyli idealny plan na niedzielne popołudnie.  1. Hockney w Gdańsku. :)) // 2. Odwiedzajmy wystawy w naszych miastach! Nie czekajmy na podróże do zachodnich stolic! // W Pałacu Opatów zobaczycie też teraz kilka dzieł Olgi Boznańskiej – jednej z najważniejszych przedstawicielek polskiego modernizmu i sztuki portretu. Wystawę możecie zobaczyć do 29 marca (a jeśli zajrzycie tam we wtorki, to tego dnia wystawa jest za darmo). Więcej informacji znajdziecie tutaj1. Performens młodych artystek pod tytułem "Mamo, ale dlaczego nie możemy tutaj jeździć na hulajnodze?". // 2. Minecraft Art.Ten był super!
Przedwiośnie, jak się patrzy. Typowe zagranie upadającej marki ;). Zaglądaliście już na dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą stronę marcowego wydania Vogue? W roli głównej nasza kultowa kurtka Tilburg (mamy ją w dwóch długościach). "Love story", o którym pisałam w tym miesiącu. Serial jest infantylny i upraszcza złożone historie do efektownych obrazów, co oczywiście nie przeszkadza mi czekać na każdy odcinek w takim samym napięciu, jak w czasach, gdy na Polsacie leciał "Zbuntowany anioł". Po zimie stulecia kończę luty na rowerze. 

1. Czy fenomen Carolyn Bessette przeminie wraz z wiosną? Zobaczymy. // 2. Pędzę w stronę wiosny i czternastu stopni w weekend! // 

Ciężko uznać, że na zewnątrz robi się zielono (chociaż chodziłyśmy już po ogrodzie z prawdziwą lupą w poszukiwaniu pierwszych tulipanów), ale ja w mojej kuchni czuję już pierwsze zwiastuny wiosny. Jednym z nich jest z pewnością przesyłka z zielonymi (a jak!) herbatami od Newby Teas. I to jest sygnał specjalnie dla tych z Was, którym przez zimę nadszarpnięto herbaciane zapasy.Herbata jest zdrowa, pod warunkiem, że wybieramy tę dobrej jakości. Mam dla Was niespodziankę od marki Newby Teas – z kodem KASIA20 otrzymacie 20% rabatu na całe zamówienie (z kodu możecie korzystać do 17 marca).  Możecie więc śmiało robić zapasy! Od razu polecam Wam również ten zestaw z czarnymi herbatami i ten z owocowo-ziołowymi smakami. Moje nagłe zainteresowanie zieloną herbatą wynika też z pewnych planów, które mam nadzieję spełnią się jeszcze w tym roku. Kto wie? Może uda mi się spróbować prażonej hojichy? Newby Teas od lat dba o moje herbaciane zapasy. Czy chowam właśnie ulubione smaki przed koleżankami? ;)"Hau hau to stary japoński przepis na kluski, wiem jak go przygotować". Tak przynajmniej Portos powiedział mi na ucho zaraz po tym, jak próbował wskoczyć na kuchenny blat. 
Nawet jeśli azjatyckie klimaty zupełnie Wam do bloga nie pasują, to obawiam się, że w najbliższych miesiącach może wkraść się tu kilka dalekowschodnich akcentów – przewodników, dań, sztuki, a może nawet mody? Zobaczymy! A w tym tygodniu zainspirowałam się daniem od "Rozkosznego" (znajdziecie go tutaj). Właściwie to po prostu go odtworzyłam, dodałam od siebie jedynie pastę tahini, szczypiorek i więcej ogórka. 

Składniki:
(dla dwóch osób)
 
2 łyżki masła orzechowego 
2 łyżki sosu sojowego 
1 łyżka octu ryżowego 
1 łyżka miodu 
1 łyżka oleju sezamowego 
szczypta płatków chilli 
1 łyżka tahini 
300 g makaronu (ja wybrałam makaron udon)
ogórek
kolendra 
szczypiorek 

Sposób przygotowania:

W głębokim talerzu dokładnie wymieszałam masło orzechowe, sos sojowy, ocet ryżowy, miód i tahini. Następnie w garnku zagotowałam wrzątek i wrzuciłam do niego na 3 minuty świeży makaron udon. Po trzech minutach dodałam makaron do miski z powstałym sosem. Szybko pokroiłam ogórka na kawałki, dodałam kolendrę oraz szczypiorek. Na koniec wymieszałam olej sezamowy z płatkami chilli i dodałam do makaronu. Bardzo proste, bardzo szybkie, bardzo smaczne. Rozkoszny dodał jeszcze tofu, ale ja pominęłam ten krok i dodałam więcej zielonych dodatków. 

Gdy robisz porcję dla dwojga, ale jednak wszystko zjadasz sama.  Niezbity dowód na to, że nie tylko książki kucharskie mogą nas zainspirować do gotowania. "Kuchnia" japońskiej autorki Banany Yoshimoto jest właśnie jedną z tych opowieści, które pomagają odnaleźć rytm i radość w zwykłych czynnościach. Najbardziej porusza sposób, w jaki Yoshimoto opisuje codzienność. Kuchnia, lodówka brzęcząca w środku nocy, proste posiłki — te drobne elementy stają się dla bohaterów czymś w rodzaju kotwicy, która pozwala przetrwać moment, kiedy życie nagle się rozpada. 

W czasach, gdy marnujemy mnóstwo czasu na skrolowanie, bezmyślne oglądanie cudzego życia i szybkie przyjemności, ta historia daje nam kopa, aby wrócić do konstruktywnych czynności. I odnaleźć w nich na nowo spokój.Spróbujcie a potem mi podziękujcie! Z tym makaronem wszyscy jakoś dotrwamy do pierwszej świeżej fasolki szparagowej! :)

Pierwsze dni marca pokazały mi bardzo wyraźnie jedną rzecz… że czas umyć okna! Żartuję! ;) Dziękuję za Waszą uwagę i odwiedziny – mam nadzieję, że w te cieplejsze dni też znajdziecie czas, aby tu zajrzeć, bo bez Was ten blog nie miałby najmniejszego sensu :*. 

 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marą Olini i Francine&Mat, a także zawiera lokowanie marki własnej i linki afiliacyjne. 

 

  Fajny był ten styczeń. Taki nie za krótki. Właściwie to był jak wielka zimowa epopeja. Miesiąc, który zwykle jest czasem wyciszenia, tym razem był niekończącą się mroźną opowieścią, w której wszyscy graliśmy podobne postacie. Każdy spacer stał się małą (i nieco ryzykowną) przygodą, a spadające temperatury grały pierwsze skrzypce we wszystkich programach informacyjnych ostatnich dni.  

  Przy tych niecodziennych okolicznościach działo się u mnie wszystko to, co dziać się powinno. Codzienne obowiązki, praca, szukanie pomysłu na obiad, podróże, ferie, problemy i małe radości. Nic nie staje się wolniejsze ani szybsze w związku z tym, że za oknem zawierucha i temperatury jak na księżycu. Z jedną małą różnicą – przy wszystkich niedogodnościach i trudach, które przyniosła ze sobą ta zima, jedno trzeba jej przyznać. Będzie niezapomniana.  

  Zaparzcie więc sobie herbaty, zaciągnijcie koc aż po pachy. Spróbuję Was przekonać, że styczeń był jak serial, którego nikt nie wybrał, ale wszyscy oglądali go z ciekawością.  

 

Początek stycznia był dla mnie jak wejście do szafy skrywającej przejście do Narnii. Autor powieści, C.S. Lewis, widział w szafie symbol dziecięcej wyobraźni — tej niezwykłej zdolności, która potrafi zamienić najzwyklejszy mebel w portal do innego świata. I właśnie takie drobne, niemal baśniowe czary obserwowałam w pierwszy dzień nowego roku. Był kulig, było suszenie przemoczonych ubrań przy kominku, było bieganie między pokojami wśród śmiechu i pisków. A ponad tym wszystkim unosił się kojący spokój: świadomość, że choć świat wokół zmienia się nieustannie, dzieci wciąż odnajdują radość w tych samych, niezmiennie prostych zabawach.
 
Ten moment, gdy widzisz siebie sprzed 32 lat :). Najlepsze prezenty przychodzą na koniec. Dziękuję Chanel za odrobinę mroźnego blasku na mojej skórze. Gdy chcesz być idealną mamą, więc zabierasz dzieci na drugi w tym dniu zimowy spacer, na który one nie chcą iść jeszcze bardziej, niż na ten pierwszy (za karę musiałam nosić ich „bałwanka” przez 3 kilometry, bo przecież trzeba go zabrać do domu).
// czapka – prototyp MLE // rękawiczki, chusta, spodnie – MLE // kurtka – 303 Avenue (kupiona w 2023 roku) // buty – Inuikii // Pierwsza herbata na mrozie zawsze smakuje wyjątkowo!
Kroniki Makelifeeasier – Ciekocinko. Rok 2026.  1. Sprawdzam na ekranie telefonu, czy moje włosy nadal wyglądają idealnie ;). // 2. Niech to się tu wysuszy, a my idziemy grać w Jengę. // To ten produkt – zima w płynie. Pięknie rozświetla i pachnie No5. 1,2 i 4. Kocham święta i ciężko mi się z nimi żegnać, a jednocześnie odczuwam wielką ulgę, gdy udaje mi się uporać z choinką i toną ozdób w mieszkaniu. I gdy w pewne styczniowe popołudnie, z bólem serca, zakończyłam ten świąteczny pogrzeb i opłakałam każdą chowaną do pudełka bombkę, mój mąż powiedział, że według ChataGPT kolędy można śpiewać aż do 2 lutego, czyli do Święta Ofiarowania Pańskiego. I on, wraz z naszymi dziećmi, zamierza skorzystać z tej możliwości. Także czekał mnie wieczór z "Lulajże Jezuniu". Doprawdy, W S P A N I A L E. // 3. Kolejny rozdział pod tytułem "w MLE nie korzystamy z AI". W spadku po nagrywkach została mi ta góra masła. Nie zmarnowała się ani odrobina, bo w moim domu masło zawsze znika podejrzanie szybko.Idealny zimowy dzień w Trójmieście.  1. Jak dobrze, że w tym roku zrobiłyśmy w MLE najcudowniejsze rękawiczki (a ja nie ograniczyłam się do zostawienia sobie tylko jednego koloru). // 2. Jeśli jest Wam zimno, to idźcie z dwójką dzieci na lodowisko i próbujcie je uczyć jeździć na łyżwach. Gwarantuję saunę parową pod własną kurtką. Nie dziękujcie.  // Przyjechałam do gdańskiego schroniska w Alpach. Czy jakoś tak. Zapiszcie sobie to nowe miejsce na Garnizonie: SLOW1. Świetnie zaprojektowana przestrzeń. Surowa i przytulna jednocześnie. No i spotkałam moją Obserwatorkę! // 2. To nie jest oszroniona elewacja. To sufit, który wygląda niczym pokryty delikatną warstwą śniegu.  // 3. Nasz masełkowy Graz wciąż dostępny w MLE, ale w ostatnich sztukach. Gotowi na bardziej wiosenne kolory? // 4. Nawet zwykły omlet był naprawdę wyjątkowy. // "Asia, to moje rękawiczki, prawda?"
"Nie, moje."
"Chyba moje, bo je tu położyłam."
"Na pewno moje, bo też je tu położyłam."
Jeśli nie jadasz śniadań, to w SLOW zaczniesz. Wrócimy tu!1. Praca z domu oznacza mniej więcej tyle, że przygotowujesz sobie biurko, ale prawie w ogóle przy nim nie siadasz. // 2. Moja pierwsza książka w 2026 roku to…. ta książka jest jak namiastka prawdziwej podróży. Uwielbiam koncepcję tej serii przewodników, a Wenecja to chyba mój ulubiony (mam jeszcze Paryż i Tokio). // 3. Pogoda sprzyja tworzeniu kolejnej zimowej kolekcji :). // 4. Chyba czas o Ciebie zadbać, bo jesteś jakaś taka potargana. Ta lampa to jedna z tych rzeczy, która chyba nigdy mi się nie znudzi. //  Wracam do moich nierozwiązanych problemów. Frędzle, które miały być hitem MLE w kolejnej kolekcji FW 2026, wychodzą w produkcji tak drogo, że nikt by ich nie kupił. Nie ma to, jak ponieść pierwszą porażkę, jeszcze nim wyszło się z domu.   Na co nie wydam pieniędzy w 2026 roku? Na śliczne dziecięce ubranka wykonane w 100% z poliestru i akrylu. Na zabiegi medycyny estetycznej, których nie przetestowały wcześniej moje przyjaciółki :D. Na kosmetyki od influencerek, o których nie wiem nic poza tym, że są zbyt idealne, aby mogły być prawdziwe. Na jedzenie, które nie jest albo „mega zdrowe” albo „mega pyszne”. I na swetry. Za dużo o nich wiem, aby wybierać coś innego niż MLE.  
1. Mokro, zimno, zapachy trochę jak przy weneckim kanale. Widoki równie oszałamiające. // 2. Mam stosik zaplanowanych lektur na każdy miesiąc roku i dopóki ich nie przeczytam, nie kupuję nic nowego. (Chyba, że dacie mi znać, czy któraś z tych nie jest przypadkiem beznadziejna.)  // 

Sopot o 16:30. Za dwa miesiące będziemy tu podziwiać pierwsze tulipany. 

Pamiętam, jak lata temu po raz pierwszy odwiedziłam Cortinę d’Ampezzo we włoskich Dolomitach. I jak bardzo byłam zachwycona tamtejszym stylem. Mieszkańcy tego miasteczka pięknie łączyli modę z regionalnym rzemiosłem (a przyjezdni próbowali to podłapać). W oczy rzuciły mi się tam też białe dżinsy noszone dosłownie przez wszystkich. Przy minus dziesięć. Cóż to była za ekstrawagancja te piętnaście lat temu! A że lecę na imprezę Après-ski (to nic, że w Gdańsku) wskoczyłam właśnie w białe dżinsy. A co! Całe zamieszanie wynika oczywiście z nowej książki Zosi o Tyrolu. 

Ja: Och, dziękuję bardzo, ale ograniczam słodycze.  
Obsługa: Ok. Następny!  
Również ja: To w takim razie poproszę podwójną porcję.  

Fikka i tyrolskie klimaty to naprawdę świetne połączenie. A skoro już mowa o Tyrolu…Móc raz w roku, przez kilka dni, zobaczyć te widoki, to dla mnie zawsze największa nagroda. Nawet jeśli sporo czasu spędzałam pod kocem w swetrze, bo jak każda zapracowana mama, najbardziej lubię chorować na urlopie.     Nie mogę uwierzyć w to, co Włosi umieją wyczarować z pomidora, czosnku i kilku listków bazylii. I to zajmuje im 3 minuty. I jedzą to nawet moje dzieci. Czary. Val di Fiemme. Region, który traktuję trochę jak drugi dom. 
Każdy ma już swoje plany na tydzień. Chociaż naprawdę nie wiem, co oznacza plan na niedzielę. Mała przypominajka, że na blogu pojawił się cały artykuł o Cortinie w przeddzień Igrzysk. 

Gdy wydaje Ci się, że wyjeżdżasz z zimowej krainy i żegnasz się ze śniegiem, a okazuje się, że w domu czeka na Ciebie pogodowy kataklizm.

1. "Kasia, gdzie Ty poszłaś? Miałyśmy usiąść do ogarniania KSEF-u!" // 2. ​Nie wiem, czy to jakiś rodzaj psychologii krańców świata, ale ludzie znad morza wyjątkowo często mają słabość do gór. Jakby samo dotarcie do miejsca, gdzie coś się kończy – woda albo skała – pomagało poczuć się lepiej. A nasze Zakopane od ponad stu lat działa jak magnes, nie tylko jako miejscowość, lecz także jako obietnica intensywności. Wystawa "Pociąg do Zakopanego" dobrze łapała tę atmosferę i bardzo chciałam ją zobaczyć. Marzenia jednak mają to do siebie, że świetnie radzą sobie w teorii, a codzienność wciąż upiera się przy swoim. Zamiast pociągu – album. Zamiast wernisażu – kanapa. Dobre i to. Dziękuję DESA za tę namiastkę góralskiego życia.  //Miłe zadanie w pracy, czyli szukanie inspiracji do nowej kampanii MLE. Uwierzcie mi, że tym razem będzie to coś wyjątkowego. Poniedziałek na hołmofisie. Jak myślicie, Portos bardziej pomaga czy jednak przeszkadza?"Witkacy" Michała Zaborowskiego. Czy ten obraz nie jest rewelacyjny? Wystawa "Zakopane, Zakopane" do obejrzenia na ulicy Pięknej 1 w Warszawie do 12 lutego.  1. Wigilia, wigilii, wigilii […] wigilii Tłustego Czwartku to jeden z moich ulubionych dni w roku. // 2. Przepraszam, coś przerywa, muszę kończyć. // Nie pamiętam takiej zimy w Sopocie. Wiecie, że coraz więcej badań udowadnia, że chłód (niekoniecznie w wersji ekstremalnej) jest dla nas zdrowy, wzmacnia odporność, spowalnia procesy starzenia, zwiększa wydolność i możliwości regeneracyjne, a jego ciągłe unikanie może mieć negatywny wpływ na nasze ciało?  Ok. Nie poddajemy się i próbujemy dalej.1. Toteme. Marka założona przez jedną z pierwszych skandynawskich ifluencerek. // 2. Ostatni rzut oka, bo dziś ma przyjść odwilż.  Moje cele na dziś? Nie zrujnować efektów wczorajszej pracy i wrócić do domu z suchymi skarpetkami.  //Podobno w moim Gdańsku pierwszy raz od 16 lat wydarzyło się to… Czyli jednak to nie AI. (A chodzenia po Motławie i innych zamarzniętych rzekach nie polecam).Temperatura w kuchni wynosi 15.5 stopnia. Chyba wyciągamy świeczki z pieca kaflowego…
Utwór „Zima” Vivaldiego tak idealnie pasuje do tego, co teraz dzieje się w Sopocie, że aż przechodzą mnie ciarki (albo to ta śnieżka, która właśnie rozbiła się o mój kark).      "Sopotarktyda" i kilka zamarzniętych kadrów.Obita kość ogonowa za 3…2…1. Nie pamiętam takiej zimy. A Wy?
1. Ostatnie zdjęcie i… telefon zamarzł. // 2. Do truskawek i szparagów, jeszcze trochę czasu, ale robimy, co możemy, aby w tej styczniowej diecie było "trochę zielonego". Uprzedzając Wasze pytania – sweter pojawi się w najbliższy piątek. //
Bo w taką pogodę nawet sałatka musi mieć w sobie gorące składniki. Brukselka i ziemniaki to może nie jest szczyt naszych marzeń, ale wystarczy chwila, aby zrobić z nich zdrowy posiłek. 

Składniki: 

świeża brukselka (jedno z niewielu zielonych warzyw, które można teraz kupić w warzywniaku) 
ziemniaki (tu również nie więcej niż pół kilo wystarczy, łącznie mamy już kilogram)
szpinak
rukola 
orzechy pekan
​oliwa 
koperek 
sól i pierz do smaku 
pasta miso 
tran z Olinii o ulubionym smaku (ja tutaj polecam cytrynowy – pasuje do warzyw) 

 

Warzywa dokładnie myjemy. Brukselkę obieramy i kroimy na pół. Ziemniaki porządnie szorujemy i kroimy na kawałki. Zaczynamy od ziemniaków, które obtaczamy w oliwie, paście Miso, soli i odrobinie przypraw. Najpierw wrzucamy na blachę ziemniaki na 20 minut (w 180 stopniach) a po upływie tego czasu, dodajemy brukselkę skropioną oliwą i doprawioną solą i pieprzem. Gorące warzywa wrzucamy na talerz razem ze szpinakiem i rukolą. Doprawiamy solą, pieprzem, dorzucamy koperek oraz ulubione orzechy, a na koniec polewamy wszystko tranem od Olini (w ogóle nie ma zapachu ryby, a cytrynowy posmak, świetnie podbija smak dania). 

Przemycam zdrowe oleje do naszejd diety, jak tylko potrafię. Ten tran o smaku cytrynowym od Olini naprawdę świetnie pasuje do warzyw (danie nie może być bardzo gorące). Moje dzieci niechętnie jadłyby taki olej z łyżki, ale fasolkę szparagową z takim dodatkiem, to jak najbardziej (polecam też spróbować z  tostem z awokado).  (jak klikniecie w link, to od razu nalicza się na niego mój rabat). :) 

A tu kilka bardzo ważnych faktów o tranie Olini: producent ma certyfikat Marine Stewardship Council (MSC), który potwierdza, że ryby, z których jest tworzony, łowione są zgodnie z rygorystycznymi Standardami Zrównoważonego Rybołówstwa. MSC przyznaje się na 5 lat konkretnym rybakom, którzy prowadzą połowy określonego stada. Co roku muszą oni poddawać się audytowi i stale usprawniać swoje działania. Zrównoważone połowy w mniejszym stopniu wpływają na ekosystem morski. Zapewniają też bezpieczną przyszłość rybackim społecznościom i ludziom z branży rybackiej. Jego TOTOX wynosi 5*. Tran cytrynowy ma także korzystny stosunek omega-3, omega-6 i omega-9 – 12,1:1:14. Dlaczego to ważne? Kwasy tłuszczowe pełnią różne role w organizmie, więc należy dostarczać je we właściwych proporcjach. Olej z wątroby dorsza jest poddany delikatnemu oczyszczaniu, dzięki czemu nie zawiera zanieczyszczeń – w tym metali ciężkich (np. rtęci, ołowiu), dioksyn i pestycydów (PCB).

Nie lubię drastycznych zmian i nie uważam siebie za zeschizowaną fanatyczkę zdrowej diety, ale obstawienie się w kuchni takim zestawem sprawia, że małymi krokami i niewielkim wysiłkiem mogę dbać o zdrowie całej rodziny. Jeśli chciałybyście zacząć, ale nie wiecie jak, to Olini naprawdę zna się na rzeczy. 
Na mojej tacy z olejami znajdziecie też olej z wiesiołka (świetny do sałatek albo smoothie), olej z czarnuszki (ten piję w formie shota, bo ma bardzo intensywny smak, ale uważam, że warto – jego udowodnione właściwości prozdrowotne naprawdę robią wrażenie) i tran o smaku pomarańczowym (do owsianek i innych słodkich śniadań, pasuje nawet do naleśników).Jak widać afirmowanie plaży i wakacji niektórym wystarcza, aby się rozgrzać.
Ale mi z całą pewnością afirmacje nie wystarczają. Po ostatnim spacerze na mrozie, byłam tak skostniała, że pierwszy raz od roku postanowiłam zrobić sobie gorącą kąpiel we własnej wannie. Tym bardziej, że dotarła do mnie taka paczka. Wydawało mi się, że kosmetyki, sposób ich zapakowania, zapach i tak dalej, nie mogą już na mnie zrobić wrażenia. A jednak produkty Francine&Mat sprawiły, że od razu miałam ochotę je otworzyć i użyć. 

Dobra. Na pierwszy rzut biorę puder do kąpieli i ten olejek. Marka Francine & Mat  jest nowa na polskim rynku, ale myślę, że lada moment stanie się bardzo popularna. Z kodem MLE10 otrzymacie rabat na wszystko do 18 lutego (z wyłączeniem zestawu 3 mgiełek, bo jest on już w obniżonej cenie na stronie). 

Wszystko gotowe, trudno uwierzyć, że czeka mnie taki relaks, aż tu nagle… Pająk wyłowiony garnkiem. Kąpiel uratowana. Polecam takie odmrażanie każdej mamie, babci i prababci :). Czy może być bardziej trafiony film na dzisiaj niż "Pojutrze", w którym zamarza pół kuli ziemskiej? Chyba nie, prawda? A jeśli nie chcecie wracać do starych klasyków, to polecam film "Jedna bitwa po drugiej", który jest już dostępny na różnych platformach streamingowych. 

No i witamy luty! Pamiętajcie o blogu, bo będzie się tu dużo działo w najbliższym czasie. A trzeba jakoś zapełnić czas do wiosny, prawda? Dziękuję Wam bardzo za uwagę i idę się jakoś rozgrzać!

 

*  *  *

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi i platformą do nauki angielskiego Akcent oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Pierwszy punkt w moim noworocznym kalendarzu mówi, że 1 stycznia o 19:30 na Polsacie leci „Kevin sam w Nowym Jorku” (i proszę, nie zdradzajcie mi, że można obejrzeć ten film na każdej platformie streamingowej — to by zniszczyło całą atmosferę). Po kilku pięknych, intensywnych świątecznych dniach powinnam mieć już chyba dość przeciągania bożonarodzeniowego nastroju do granic możliwości, ale ja zamierzam cieszyć się kolędami, choinką i zwolnionym tempem aż do Trzech Króli. Nie wiem, co na tę długą przerwę powie polska gospodarka, ale ja mam wrażenie, że ten wyjątkowy układ wolnych dni wreszcie naładował moje akumulatory. Być może to poczucie błogości wynika z faktu, że grudzień był prawdziwą gonitwą z czasem — przeplataną nieustającymi infekcjami, które dodatkowo mnie spowalniały. A jednak jakoś dobrnęłam do końca. I nawet jeśli moje tempo przypominało bardziej poruszanie się po świątecznym jarmarku w godzinach szczytu niż elegancki bieg z przeszkodami, to wciąż jestem na mecie. Szczęśliwa, z poczuciem, że wykonana praca przyniosła efekty.  

  I to jest, proszę Państwa, mały noworoczny sukces, który odnotowuję z dumą: weszłam w kolejny rok, nie tracąc ani poczucia humoru, ani przywileju oglądania Kevina o stałej porze. Zapraszam Was poświątecznie na moje małe podsumowanie grudnia!

 

Gdy ma się markę odzieżową, to w Black Week nie kupuje się ubrań, ale… Ma się inne słabości. Co myślicie? Obraz na płótnie zamówiłam na Desenio. 1 i 3. // Podobała mi się ta grafika i o włos nie wylądowała pod choinką, tylko u mnie na ścianie (również z Desenio). 2. Do wszystkich tych, którzy mają niespełnione marzenia z dzieciństwa… Zawsze możecie do nich wrócić. O ile nie liczycie na jakiekolwiek efekty :). Ja postanowiłam uczyć się gry na fortepianie razem z dziećmi. // 4. Nieco zapętlona rzeczywistość, czyli kończenie poprzedniego Last Month po nocach ;). // Czy to przypadek, że właśnie w Gdańsku marka Chanel miała swoje najpiękniejsze świąteczne stoisko?W Galerii Forum znajduje się oficjalny butik Chanel z produktami "beauty". Znajdziecie tam produkty niedostępne w innych drogeriach. 
A ten produkt chyba nałożę w sylwestrową noc! Przepraszam, gdzie realizuje się listy do Św. Mikołaja?  1. // 2. W tym grudniu zupełnie nie czułam się jak biznes-woman. Sporo było chorowania, a kołdra na kanapie była stałym elementem wystroju salonu.   A więc, gdy przyszedł moment, że musiałam wyjść po ostatnie prezenty, papier toaletowy i kreta do zlewu (ciasto drożdżowe jak zwykle nie zawiodło mojej kanalizacji – zapchany zlew to już moja mała świąteczna tradycja), to czułam się, jakbym szła co najmniej na Piątą Aleję w NYC i miała robić świąteczne zakupy w Tiffany & Co. // Nie jestem królową "selfie" ale to zdjęcie zrobiłam jako przypominajkę dla samej siebie, że kończę ten rok bez wysypu nieproszonych gości na twarzy. Przez miesiące walczyłam z problemami skórnymi, które osiągnęły apogeum na początku lata. Nie wiem, czy to zmiana diety, czy kochane Panie z Baloli w Sopocie, ale cieszę się, że się udało. Ale nie osiadam na laurach i mam zamiar dalej poświęcać chociaż ciut więcej uwagi mojej skórze. Jeśli szukacie dogłębnego nawilżenia i odżywienia Waszej skóry, to  Aqua Resort od Say Hi  będzie idealny – nadaje się na dzień, na noc, a także pod oczy. Jest wegański i w 98% naturalny. W składnikach aktywnych znajdują się między innymi korzeń gromwell (działa jak przeciwzapalny plaster), ekstrakt z rambutanu (który pobudza komórki do naturalnej produkcji ceramidów i regeneruje barierę hydrolipidową), a ponadto oleje, alantoinę, glicerynę i masło shea. 

Mój kod MLE20 daje 20% zniżki i działa na wszystko w Say Hi (poza zestawami) do końca stycznia. Używałyście już kiedyś produktów tej marki?

Prezent numer 23, więc wjeżdża już pakowanie na cukierek. Śmieję się sama do siebie, bo nie jestem mistrzem pakowania prezentów, ale chyba tym razem mi się udało? A ten wiralowy zestaw kosmetyków Say Hi trafił pod choinkę dla kogoś, kto zawsze wierzy w moje pielęgnacyjne polecajki. Na zdjęciu poza kremem widzicie też Sunrise Serum, czyli ujędrniające i rozjaśniające serum z witaminą C. Zima to idealny moment na tego typu składniki w kosmetykach. Ledwo wygrzebałyśmy się z jednej choroby i już czekała na nas następna. Łączenie pracy, opieki nad dziećmi i grypy to zawsze wyższa szkoła jazdy. Ale w grudniu, gdy nigdzie się nie spieszymy, nabiera dodatkowego klimatu, prawda? :D

Grudniowy wieczór. Czekałyśmy na zapowiadany w prognozach śnieg, ale wystawił nas koncertowo.

Skoro śniegu brak, to chociaż za ozdoby się zabierzemy. Łańcuch z papieru to coś, co nie powinno mnie dziś przerosnąć (chyba). Mój grudniowy cel "więcej analogowych wspomnień w te Święta" został osiągnięty.  1. W grudniu słońce w Trójmieście pojawiało się przez trzy dni. Jednego dnia pojawiało się przez cztery godziny, a w kolejne dwa dni świeciło o godzinę krócej. Policz, ile godzin słońce świeciło w grudniu. // 2. Kartka świąteczna, której nigdy nie wyrzucę. // 3. Gdy mama stawia cały dom na głowie i wyciąga z piwnicy drabinę, to znak, że zbliżają się Święta. // 4. Te łańcuchy to najfajniejsza ozdoba w naszym domu. //   Dziś żyjemy w świecie, w którym większość rzeczy da się wyjaśnić, sprawdzić, zaktualizować i zweryfikować. I może właśnie dlatego tak trudno jest nam poczuć to, co dla poprzednich pokoleń było oczywiste: że Święta miały w sobie coś, czego nie dało się rozłożyć na czynniki pierwsze. Nie wszystko musiało się zgadzać. Nie wszystko trzeba było rozumieć. Nie wszystko dało się udowodnić.    

Więcej o algorytmach, które próbują ukraść magię Świąt, przeczytacie w tym wpisie. 

Balans w grudniu oznacza dla mnie, że czasem włożę perły i ubiorę się w coś innego niż legginsy, ale nijak nie znajdę czasu, aby ściągnąć pranie z kaloryferów przed przyjściem gości. Że uszka ulepię, ale barszcz kupię. Że będą pokoje, w których będzie porządek, i takie, w których go nie będzie. I że o trzydziestu ośmiu rzeczach będę pamiętać, ale pewnie o pięciu zapomnę. Gdy dział marketingu w MLE próbuje być na bieżąco z najnowszymi trendami w branży i w związku z tym zamawia taką włochatą paczkę z Gisou.  Ten moment, w którym mogę zacząć spokojnie pakować prezenty i nie uciekać co chwilę przed dziećmi, to moje ulubione dziewięć sekund w ciągu dnia. 1. Jemioła, czyli najtańsza terapia rodzinna na Święta :D. // 2. To tutaj lada dzień stanie choinka. Czekamy chociaż do 20 grudnia! //   Szesnaście lat temu Twoja kuzynka powie Ci, że nie da się zrobić pierożków z przepisu babci Ewy z mąki bezglutenowej. To ważne, żebyś jej wtedy uwierzyła
1. Czy ktoś jeszcze chodzi w tak wysokich szpilkach? I czy dla Magdy Butrym warto zrobić wyjątek? // 2. Zapomniane miejsca mają swój urok. Kto zgadnie, gdzie to jest? // 3. Ja krzyczę, żeby uważać na gałązki, on myśli, jak to potem odkurzy. // 4. Już prawie miałam usiąść i czytać, ale nie tak łatwo jest oszukać przeznaczenie. //Zaraz przyjdzie ten moment, w którym nie myślimy, o tym dokąd biegniemy, a dokąd wracamy. W te kilka dni przed Świętami chodzi o powroty do domu. O powrót z dalekiej podróży. O powrót po trudnym spotkaniu w pracy, które tak bardzo chciałam mieć już za sobą. O powrót do tych, którzy na nas czekają. O powroty z tych wszystkich miejsc, w których załatwiamy sprawy Św. Mikołaja, bo on wziął wolne tuż przed Świętami. O powroty z paczkomatów. Chodzi o te momenty, gdy możemy ściągnąć buty i pomyśleć już tylko o setce innych rzeczy do ogarnięcia…Ten jeden, najbardziej magiczny wieczór w roku, gdy wszystko zwalnia i staje się jakieś takie nostalgiczne. Uczucia, które przychodzą do mnie w Wigilię, trudno jest opisać. To chyba jacyś kuzyni tęsknoty i radości, ale też wiary w to, że dobro zwycięża. A kolejnego dnia rozpoczęliśmy maraton świętowania. Jednego jestem pewna – nie kończę tego roku z poczuciem świątecznego niedosytu. 1. Uwielbiam ten widok! (A bajka to nasi ukochani "Aryskotraci" Disneya). // 2. Ktoś się chyba uparł na tę markę ;).  
Jaś i Małgosia, edycja świąteczna. Nie mam prawie żadnych zdjęć kolejnych dni Świąt, które nie byłyby zbyt prywatne, aby je tu publikować, ale to absolutnie bezwstydne panettone pistacjowe samo się pchało do zdjęć.  Którym typem jesteście? Mówicie gościom, że czas już iść, czy przetrzymujecie ich tak długo, aż zaczyna ich szukać policja?
Sękacz z Gołdapii, mandarynki, krem brulee w pomarańczach, szarlotka mamy, tiramisu. Jakim cudem nic nie zostało na drugi dzień?Biegnę się schować z moją porcją! 1. Reset. // 2. W zeszłym roku trzymałam tę drewnianą pozytywkę przy łóżku do marca. // 3. "Im jest się mniejszym, tym Święta Bożego Narodzenia są większe." // 4. A jak wyglądają Wasze zakładki do książek w Święta? Czytam "Collette" Valerie Perrin, bo to kobieca literatura, ale nawet mojemu tacie się podobała, a to wymagający czytelnik. // Nawet technologiczny gigant, marka Apple, w swojej nowej kampanii świątecznej, postanowiła odejść od najprostszego dziś rozwiązania i użyła w swojej kampanii ręcznie robionych pacynek. Czy rok 2026 będzie stał pod znakiem wielkiego odrzucenia do cyfrowego świata? Czy wręcz przeciwnie? Myślę o tym patrząc za okno i zastanawiając się, jak wyciągnąć moje dzieci na zewnątrz w taką pogodę.

1. Po kilku dniach wspaniałego, acz intensywnego socjalizowania się, praca na laptopie zdaje się jakby przyjemniejsza, a kasowanie spamu wspaniale wycisza układ nerwowy. // 2. Kto po tych wszystkich pierogach, grzybach i smażonych karpiach nie tęsknił za rumiankiem? //

No naprawdę nawet do lekcji angielskiego wracam jakby z nową energią. Nie mam czasu chodzić na lekcje. Ba! Nie mam nawet czasu umawiać się na spotkania zdalne. Kurs platformy Akcent jest więc jedyną opcją pozwalającą mi mieć z nauką angielskiego jakąkolwiek styczność. Ten kurs różni się od popularnych aplikacji. Opiera się na autorskich materiałach tworzonych przez doświadczonych ekspertów w nauczaniu języków obcych. Nauka rozpoczyna się od precyzyjnego określenia poziomu językowego, tak aby kurs odpowiadał realnym kompetencjom i celom. Lekcje wideo oraz duża ilość odpowiednich ćwiczeń pozwalają uczyć się w dowolnym czasie i miejscu, bez utraty jakości i ciągłości procesu.

Dla osób, które chcą pracować jeszcze bardziej indywidualnie, dostępna jest opcja Premium z konsultacjami online z lektorem, w tym z autorką kursu. Uzupełnieniem są starannie przygotowane materiały do czytania, pisania i konwersacji, które wspierają realne użycie języka. Choć nauka odbywa się online, wsparcie pozostaje stałe i dostępne. Przez cały czas macie możliwość kontaktu z biurem szkoły – szybko, sprawnie i po ludzku. To nowoczesna edukacja cyfrowa, która nie traci osobistego wymiaru.  

Mam dla Was rabat 15% na wszystkie pozycje kursu. Hasło to MLEnglish, aktualne do 10 stycznia. Powodzenia!

No więc na Islandii wierzono w legendę, że ci, którzy nie zapracują sobie na nowe wełniane ubrania, mogą zostać pożarci przez czarnego kota-giganta. Ta legenda brzmi jak żart, ale w przeszłości przetrwanie surowych zim Islandii zależało od obróbki wełny. Nowe ubrania nie były luksusem, a dowodem na to, że ludzie pracowali i byli dobrze przygotowani na trudniejszy czas. Straszono więc żarłocznym kotem, aby zmotywować tych, którzy obijali się w czasie strzyżenia owiec i skręcania przędzy. 

Myślę, że dział marketingu MLE powinien podchwycić tę opowieść :D. A tak całkiem serio: coś mi podpowiada, że ten sweter żadnej promocji nie będzie potrzebował. 

Remanent w MLE zrobiony! Na stronie czeka więc na Was wiele produktów, które wróciły. No i ruszyłyśmy z wyprzedażami. Kilka moich ukochanych modeli jest jeszcze dostępnych. 

Jestem w domu. Jest ciepło. Są tu moi bliscy, którzy czekają aż w końcu skończę "pisać ten comiesięszny artykuł". Fajnie tak wchodzić w nowy rok. Ja wiem, że na większości z Was to może nie zrobić wrażenia, ale dziś w Sopocie spadł pierwszy śnieg w tym roku. Zdążył w ostatniej chwili! Odpoczywajcie, ile się da i widzimy się już w 2026 roku! Czy przyjmiecie ode mnie najserdeczniejsze życzenia noworoczne? :*

 

*  *  *

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Farmina, Noteka, Veoli Botanica, Tori, Apimelium oraz zawiera lokowanie marki własnej.

 

  Zbieram wszystkie porozrzucane tematy z naszego stołu: listy z prezentami, umowy na grudniowe działania, moje chaotyczne zapiski, wstążki, które zamówiłam na Święta (ale już wiem, że skończą jako szaliki dla misiów), album o sztuce czekający na swój moment i cała masa spraw do załatwienia „jeszcze przed grudniem”.  To ten czas w roku, który mija najszybciej, chociaż – bez żadnych wątpliwości – chciałabym, aby trwał jak najdłużej. Panika idzie za rękę z ekscytacją – ten duet towarzyszył mi w listopadzie wyjątkowo często.

  Grunt to nie dać się wpleść w myślenie: „byleby było już po wszystkim”. O nie, nie, nie. Jeśli teraz odpuścimy, jeśli pozwolimy, by grudzień prześlizgnął się obok nas, to elfy nie będą zadowolone – one i tak mają już ręce pełne roboty i nie mają czasu zajmować się humorzastymi milenialsami przed czterdziestką, którym nie chce się piec pierników… Napisałam to, czy tylko pomyślałam?  

  Dałam sobie małego świątecznego kopniaka tym wstępem i… pomogło. Mam nadzieję, że Wy takiego nie potrzebujecie i z czystą przyjemnością spędzicie ze mną te kilka minut. Zapraszam na listopadowe podsumowanie. 

 

1. To było moje najdłuższe Halloween w życiu! // 2. i 3. Jak tu się dziwić, że jesień stała się gwiazdą Instagrama? // 4. Nie sądziłam, że moja stara książka "Szkoła malowania" jeszcze kiedykolwiek kogoś zainteresuje. Ale akwarele to bym już mogła nowe kupić ;). //  Zmierzam w stronę największej przygody ostatnich tygodni. Podobno obrabowanie Luwru ożywiło rynek sztuki, ale… Nie jest to najlepszy sposób na pozyskanie wartościowego dzieła. Trudno potem pochwalić się nim przy kolacji bez uwag o Interpolu. Znacznie rozważniej jest zaufać renomowanemu domowi aukcyjnemu, a potem kierować się własną intuicją i gustem. Bo pod koniec to my będziemy codziennie patrzeć na to dzieło. Z ogromną przyjemnością zapraszam Was na wyjątkową aukcję Desy, którą współtworzę w roli kuratorki. Magdalena Berbeka "Głowa meduzy" z 2025 roku. Ta rzeźba także znajdzie się na aukcji drugiego grudnia.A tu widzicie obraz Nikodema Szpunara. Kto nie chciałby mieć czegoś takiego w domu? 
Swoją drogą długo debatowałyśmy nad tym, jakim narzędziem operował artysta – macie jakieś pomysły? 
Tutaj link do jego profilu. Od lat pytacie mnie gdzie i jak zacząć kolekcjonować sztukę. Mam nadzieję, że ta aukcja będzie dla Was podpowiedzią. Na zdjęciu jeden z moich wyborów: obraz Anny Szprynger (tutaj znajdziecie jej profil na Instagramie). Jeśli macie coś w rodzaju zaufania do moich wyborów, to gorąco zapraszam Was do wizyty w Desa Unicum oraz do udziału w licytacji, która odbędzie się 2 grudnia, o godzinie 19:00 w Domu Aukcyjnym DESA Unicum na ulicy Pięknej 1A w Warszawie. Na licytację dzieł może przyjść każdy, kto ma ochotę. :) Tak się kończy zbyt długie przesiadywanie na wystawach i w muzealnych salach. Wracasz do domu i od razu chcesz coś zmieniać, przestawiać, a w najgorszym wypadku – sama zaczynasz malować (na szczęście tylko z dziećmi).1. To był ostatni moment na takie jesienne bukiety w domu. // 2. Deadline jest dzisiaj, a Ty w końcu osiągnęłaś odpowiedni poziom paniki, aby zacząć być produktywną. (Z wyrazami współczucia z powodu Black Week dla wszystkich firm.) // 3. Cafe Nero w Gdyni. Skąd fenomen tych kawiarni? Według założyciela tej sieciówki kluczową umiejętnością szefa jest zrozumienie, że warto zatrudniać ludzi mądrzejszych i lepszych w danej dziedzinie od siebie. Brzmi banalnie, prawda? // 4. Szarlotka Mojej Mamy. Podobno niektórym z Was wyszła ;). // Czekam na ciasto i mogę pracować dalej.Są ludzie, którzy czekają na piątek, aby wyjść z domu, spotkać się ze znajomymi, zrobić coś niezwykłego. Ja czekam na piątek, aby nie musieć spotykać się z nikim ;). Uwielbiam listopadowanie w domku!   1. Jeden silniejszy podmuch wiatru i to złoto zniknie.  // 2. Wiele z nas miało tego dnia wolne (10 listopada), ale w MLE paczki wychodziły, bo wiemy, że zaczęłyście już marznąć i czekacie na nasze swetry, płaszcze i kurtki. Czy Świętomarcińskie przysmaki to wynagrodziły? Pewnie nie, ale to nie znaczy, że nie można zjeść trzech. // Kiedy mówię listopad, myślę: gorący napar, spokojne wieczory w domu i zapach Portosa.  Portos, jak każdy spaniel, uważa, że to on jest najważniejszy w rodzinie i gdy czegoś mu nie pozwalamy, (na przykład porwania ze stołu naleśników dzieci) szczeka na nas i zachowuje tak, jakby chciał dać nam do zrozumienia, że to absolutny skandal. Ale są takie momenty, gdy staje się grzecznym i pokornym pieskiem. To dzień dostawy Farminy, która od lat dba o zdrowie Portosa i o to, aby nie musiał zjadać naszych naleśników.

Jeżeli nie możecie zdecydować się, jaka karma będzie dobra dla Waszego psa lub kota, to na stronie Farminy istnieje możliwość konsultacji z doradcą żywieniowym – gorąco polecam z niej skorzystać. Doradzi Wam także jak porcjować karmę, aby nie było jej za dużo albo za mało, uwzględni wszelkie alergie i podpowie w sprawie wyboru karmy. Wszystkiego dowiecie się po konsultacji. 

Farmina przygotowała dla Was wyjątkowo duży rabat z okazj Black Friday. Kod BLACKMLE da aż -40% na jednorazowe zakupy.  Maksymalna wartość zniżki to 250zł (kod jest ważny aż do 28.02.2026).
1. Ja dziś rano: nie zaczynam jeszcze żadnego przedświątecznego ogarniania. Jeszcze dużo czasu, bo przecież mamy dopiero połowę października (mamy, prawda?).  // 2. Też ja, kilka godzin później, ciesząca się jak dziecko i wyciągająca wszystkie świąteczne ozdoby.  //  Ten moment w roku, gdy walczą ze sobą dwa demony, czyli "to jeszcze za wcześnie" kontra… "W zeszłym roku o tej porze miałaś już ogarnięte połowę rzeczy, a i tak się nie wyrobiłaś!".  Nigdy, ale to N I G D Y nie rezygnujcie z tworzenia przedświątecznych wspomień, tylko dlatego, że efekty nie będą idealne.  Wiem, że gdybym narzuciła sobie stworzenie tych domków z piernika od zera, to istniałaby duża obawa, że w ogóle bym się za nie nie zabrała. (Ściany i dach z piernika kupiłam w Ikea.)Ten jeden wyjątkowy wieczór, który wydarza się kompletnie przez przypadek. 

I nawet po najdłuższym jesiennym dniu, ta krótka chwila dla siebie jest potrzebna. Nie zasnęłabym chyba bez dokładnego demakijażu, ale ten duet od Veoli Botanica sprawia, że ta krótka czynność nabiera innego wymiaru. 

Tonik Touch of Balance i emulgujące masełko seboregulujące Melt with Balance do zmywania makijażu i SPF dla skóry z problemami to nowości od Veoli Botanica. Tonik łagodzi moją skórę i przygotowuje pod dalszą rutynę pielęgnacyjną. Wieczorem zmywam twarz masełkiem emulgującym. Działa ono w taki sposób, że pod wpływem ciepła dłoni masełko przekształca się w olejek, który bardzo dokładnie zmywa makijaż i SPF. Skóra pozostaje oczyszczona, świeża i matowa. Ponadto, produkt jest idealny do skór problematycznych, gdyż zawarte w nim składniki (m.in. kapsułkowany kwas salicylowy) regulują wytwarzanie sebum i nie zaburzają bariery hydrolipidowej.  

Na Veoli Botanica trwa obecnie promocja z okazji Black Friday – tylko dzisiaj jest aż 40% rabatu na zakupy! Korzystajcie i róbcie zapasy (ja polecam też kropelki samoopalające, kremy BB czy olejek z płatkami róż). 

Opakowanie masełka zostało tak przemyślane, że ani się nie ubrudzicie, ani nie nałożycie za dużo kosmetyku. Bardziej gotowa do spania już nie mogę być! Jeszcze tylko siedem odcinków "Kulawych koni" i lulu!Ten jeden dzień, gdy dzieci mają wolne od przedszkola i wyciągają Cię do Centrum Nauki Eksperyment, ale tego dnia jedyne eksperymenty na które masz ochotę to sprawdzenie, jak długo zajmie dzieciom znalezienie Ciebie w kawiarni obok. Dorwałam! Myślę, że Zosia napisała tę książkę dla największej fanki Południowego Tyrolu – czyli dla mnie. Ale u Zosi na stronie też możecie ją zamówić.Jest pięknie, zimno i wilgotno – ale to akurat nic nowego (witamy nad morzem). Podobno, gdy w VII wieku osiedlili się na Pomorzu pierwsi Słowianie, to od razu zamówili sobie w internecie czapki i rękawiczki od MLE (65% super kid mohair). Ale możliwe, że coś pokręciłam.  1. Jednego dnia złote liście mienią się w każdym kącie, kolejnego zalewa nas mgła. Gdyby ktoś szukał pleneru do drugiej części Heweliusza, to Gdynia chyba się nadaje. // 2. A skoro już mowa o książkach Zosi… // To teraz jej przewodnik po Paryżu jest dołączony do prezentów TORI. I to z autografem autorki!

A jeśli nie wiecie, o czym mowa, to już tłumaczę. TORI to zestawy upominkowe, które można podarować na przykład z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Wyróżniają się jednak tym, że każdy drobiazg jest dobrze wyselekcjonowany i pochodzi z polskich manufaktur. W tym roku ma w swojej ofercie wyjątkowy upominek dla każdego, kto marzy o Paryżu. W eleganckim pudełku znajdziecie wspomnianą wcześniej książkę Zosi "Paris Brunch Travel" z autografem i całą masą przepisów inspirowanych Francją. Do tego pyszna herbata, świeca o zapachu cukrowych migdałów i pierniczki. 

Znaleziony w IKEA i nie wiem, czy jest piękny, czy wręcz przeciwnie. Nadaje się do biura MLE, które właśnie urządzamy? Czymże byłby listopad bez mojej ukochanej słodkiej paczki? Moje ulubione miodowe bombki, czyli wielki słodki zapas od Apimelium. Każdy inny, każdy w pięknym słoiczku, z przepyszną i zdrową zawartością. Z kodem MLE możecie zakupić miodowy zapas dla siebie z 5% rabatem, ale tylko do 6 grudnia. Dziś zaczynam pisać "Last Month" więc wyciągam największy dzbanek na herbatę!
Najpierw dam jedną łyżkę, a jak będą marudzić, to dopiero dam drugą. 
Fabryka Elfów w Gdańsku. Najweselsza sobota listopada, nawet jeśli dorośli wiedzieli, że nie wszystko jest prawdziwe ;). Gdy przeglądasz pinteresta i nagle widzisz swoje zdjęcie w… reklamie TEMU. 
Tyle tylko, że płaszcz to MLE a torba COS. No i zdjęcie pochodzi z mojego bloga z 2020 roku :D.Ruszamy z Black Week, no i szykujemy materiały na kolejne tygodnie w MLE. A do tego był nam potrzebny nasz sweter – idealny dla kogoś komu zawsze jest zimno, czyż nie?A po świąteczno-sylwestrowe kreacje zajrzyjcie za dwa tygodnie.  1. i 2. Ktoś musi nosić szpilki, aby ktoś mógł nosić kapcie. Chociaż akurat w tym przypadku chętnie byśmy się z Pauliną zamieniły. // 3. A może toczki w MLE? // 2. Czy ktoś powiedział "Dziadek do orzechów"? // Pióro Sailor z Noteki dostałam w prezencie. Dawno, dawno temu, miałam bardzo podobne pióro, które wiele dla mnie znaczyło. Zazwyczaj nie przywiązuję zbyt dużej wagi do materialnych rzeczy, ale to pióro to było akurat coś więcej. Pamiętam to ukłucie w sercu, gdy okazało się, że zostawiłam je na jednym ze spotkań autorskich mojej drugiej książki. Dzwoniłam i pytałam, czy gdzieś nie zostało, ale chyba ktoś się połakomił na tę błyskotkę. Jeśli szukacie wyjątkowego prezentu dla kogoś, kto wciąż sięga po tę staromodną metodę pisania "nie na klawiaturze", to dobre pióro będzie świetnym pomysłem :). 

Jeśli chciałybyście sprawić w prezencie komuś bliskiemu takie pióro lub inną piękną rzecz ze sklepu Noteka (uwierzcie mi, tam niemal każdy produkt to małe dzieło sztuki), to do 6 grudnia możecie skorzystać z rabatu. Kod MLE2025 daje 15% zniżki na wszystko. 

Nie wiem, czy czujecie już tę przedświąteczną presję, ale do Wigilii zostały niecałe cztery tygodnie (tak tylko przypominam). Mnie uspokaja robienie list, najróżniejszych: od planowanego menu, przez świąteczne aktywności na grudzień, prezenty dla bliskich czy imiona osób, które jeszcze muszę zaprosić. To daje mi złudne poczucie, że o niczym nie zapomnę. 

Okej, wszystko fajnie, ale gdzie w menu są pierogi?!Oblężenie magazynu MLE w czasie Black Week. To ten moment, w którym przez chwilę wychodzi się z magicznej krainy przygotowań świątecznych. Chociaż z drugiej strony można zrozumieć jak naprawdę czują się elfy Św. Mikołaja w grudniu. Dziś nic nie popsuje mi humoru. MLE ma swoją urodzinową, jubileuszową imprezę. Jesteście z nami już dziesięć lat! PS. My też w tym tygodniu mamy dla Was coś ekstra! Do 30 listopada możecie korzystać z kodu BF30 i daje on 30% na wszystko w MLE.Żeby dalej było nam tak wesoło! Mimo wszystko!Brut Bistro to stosunkowo młode miejsce na kulinarnej mapie Trójmiasta, ale przetestowałyśmy i dajemy znać – warto zajrzeć! Banana split. Po ten deser szczególnie warto tu przyjść. To była naprawdę szalona dekada i nic nie zapowiada, aby miało się to zmienić. Dacie wiarę, że przez ten cały czas, mimo wielu niepowodzeń i kryzysów, nigdy się z Asią nie pokłóciłyśmy? I to na pewno nie jest moja zasługa :D. 

Dziękuję Wam za uwagę. To co? Widzimy się w grudniu? ;) 

* * *