LAST MONTH

Wpis powstał we współpracy z marką Senelle, NewbyTea i wydawnictwem Insignis. 

 

  Po kilku latach znów jestem w stajni i stoję koło boksu. Wpatruję się w izabelowatego konia, który czeka, aby go osiodłać. „Podciągnij popręg, ale nie za mocno, strzemiona poprawię sobie na padoku, czy umiem jeszcze włożyć wędzidło?” – w głowie przerabiam to, co jeszcze pamiętam i staram się pomóc na tyle, na ile potrafię, bo wiem dobrze, że w świecie koniarzy mijanie się od przygotowywania rumaka jest zawsze źle widziane. Wychodzę z moim kopytnym kolegą i macham do życzliwej widowni, która przyjmuje już zakłady czy uda mi się wsiąść w siodło bez pomocy. Jest ciepły lipcowy poranek, a moja głowa w końcu skupia się tylko na jednym – aby trzymać pięty w dole.

  Tego było mi trzeba, bo w ostatnich tygodniach co chwilę zabierałam się za coś nowego, nie kończąc wcześniej tego, co już zaczęłam. To trochę rozbija. Wrażenie, że coś nas przerasta towarzyszy pewnie co jakiś czas każdemu z nas – grunt, aby nie weszło nam w krew :). Patrząc jednak na to dzisiejsze zestawienie mam wrażenie, że w lipcu pisałam więcej niż przez ostatnie pół roku, przeczytałam dzieciom małą bibliotekę, pokonałam wiele technologicznych przeszkód, odwiedziłam miejsca za którymi tak bardzo tęskniłam i potrafiłam się cieszyć z małych rzeczy – nawet w poniedziałki :). A co jeszcze u mnie słychać? Zapraszam do długiej fotorelacji!

 

Lipiec powinien kojarzyć się z zabawą na świeżym powietrzu, ale my rozpoczęliśmy go przedszkolnym wirusowym mutantem i umilaliśmy sobie czas choroby w domu…

1. … a to pozwoliło nam nadrobić kilka remontowych spraw. Szczera rada ode mnie – zastanówcie się trzy razy nim uznacie, że same będziecie malować drewniane żaluzje (można je kupić w marketach budowlanych, ale tylko w surowym drewnie). 2. W czasie choroby nasze mieszkanie zamienia się w jedną wielką czytelnię (czynną całą dobę). 

Ten miesiąc był zdominowany przez podcasty. Moje, cudze, nagrywane w szafie i w profesjonalnym studio. Nowa przygoda w końcu nabiera rozpędu. 
Mój kanał dostępny jest do odsłuchania na iTunes i na Spotify – w tym miesiącu pojawił się tam nowy odcinek i lada dzień dodam kolejny. 

Chorowanie w upale? Nie polecam. Chociaż w sumie… Było segregowanie starych zdjęć w przerwach między herbatami z miodem i cytryną, nadrabianie bajek Disney'a, które – szczerze przyznam – sama też oglądałam z przyjemnością. Znalazła się nawet wolna chwila na polskiego Vogue'a i pisanie. Gdyby nie nerwy spowodowane trudną do zbicia gorączką mogłabym nawet polubić taki czas.

Ja wiem, że to ciągłe gadanie o tym, że "mama ma wychodne" może być nudne. Brzmi to co najmniej tak, jakby kobiety, które mają dzieci były na co dzień trzymane w jakimś karcerze, ale część z Was zgodzi się pewnie ze mną, że nasz macierzyński umysł trochę tak funkcjonuje. Najtrudniejsze w tym wszystkim to otrzymanie zgody od samej siebie, aby na chwilę wyjść z roli mamy i bez wyrzutów sumienia tańczyć pod sceną do "świecisz jak miliony monet". Niby to wszystko wiem, a jednak każdy wieczór "bez bombelków" wciąż jest dla mnie w jakimś sensie trudny.

– Halo?

– Nie mogę rozmawiać, jestem na Openerze.

– Ale to ty do mnie dzwonisz!

– Pa!

(czyli jak się kończy oglądanie zbyt wielu storisków od Make Life harder)

Zabawa całą noc przy blasku księżyca… i chrabąszczach we włosach. Wakacje. Jesteśmy nad polskim morzem. Z nieba leje się żar. Dzieci grzebią w piasku i odliczają minuty, aby wrócić do wody, bo usta nadal sine (ale nie od jagodzianek). Parawany rosną wokół nas i co chwilę ktoś krzyczy, że sprzedaje ciepły popcorn. Lubimy się podśmiewywać z tych naszych narodowych dziwactw plażowych, ale mnie one jakoś nie drażnią. W takie dni jestem najszczęśliwsza na świecie. Ciasto na plaży!? Właściwie, czemu nie? Ja zabieram jako prowiant wszystko, co mam w lodówce, a za moment może się zmarnować. Wiem, że na plaży zjemy ze smakiem nawet to, na co w domu niekoniecznie miałabym ochotę.  Basen wybudowany dla świnki Peppy i jej przyjaciół z innych bajek. 1. Fajnie, że wzięłam gazetę i jednej strony nie przeczytałam. Naiwny rodzic, który na plażę przynosi leżak i lekturę… 2. Piękne to nasze wybrzeże, tylko czemu te upalne weekendy zdarzają się tak rzadko?A potem i tak wszystko wrzucam do torby!Słoneczny poranek w Warszawie! Zaczynam długi pełen wyzwań dzień! Wiele z Was pytało mnie na Instagramie o ten zestaw, a przecież ze statystyki wynika, że 99% u mnie to oczywiście MLE. :) Natomiast jedwabny top jest od Moye, a torba to Polene. Restauracja Oliva. Odkryta dzięki pani Dominice (pozdrawiam! :)). Na pewno tu wrócę!1. Risotto z kurkami. Żałuję, że też nie zamówiłam! //  2. Co robi Kasia w restauracji? Fotografuje zlewy – wiadomo. Nagrywamy razem z YES. Przy okazji przypominam Wam o ostatnich dniach kampanii YES. Zarówno online jak i w butikach stacjonarnych znajdziecie wyselekcjonowaną przeze mnie biżuterią. Spacer po warszawskich Łazienkach zaliczyłam nie jeden, ale za każdym razem odkrywam coś nowego. Idziemy na wystawę Fridy. Podobno przechodzi teraz prawdziwy szturm!Gdy wkładasz bluzkę i od razu masz ochotę wykorzystać ten wieczór (koszula pochodzi od Seprov). 1. Wystawę dzieł Fridy Kahlo w Łazienkach możecie obejrzeć do 3 września. // 2. Sto lat! W uroczej restauracji Chianti w Sopocie świętowaliśmy kolejną "czterdziestkę". // 3. Co by tu jeszcze zmienić, aby lepiej wykorzystać ogród? Długie rozmowy z kochaną panią Ewą z Narcyza – uwielbiam to miejsce, uwielbiam panie, które tam pracują i uwielbiam te wszystkie piękne kwiaty, które tam znajduję. // 4. Zielono na talerzu – groszek, szparagi, koperek, liście szpinaku i mięta. // Co dodaje blasku mojej skórze? Uśmiech i spokój. A sukienka to oczywiście MLE :).Mrożony napar parzony sposobem "cold brew" to moja lipcowa miłość. Polecam wykorzystać do niej dobry gatunkowo rooibos, bo to napar, którą bez ograniczeń mogą pić też dzieci. 

Rooibos czyli czerwonokrzew afrykański rośnie jedynie w RPA w obszarze gór Cederberg, na północ od Kapsztadu. Susz z rooibosa produkuje się podobnie, jak susz herbaciany. W efekcie powstaje wonna mieszanka drobnych jak igiełki listków w kolorze miodu. Mój numer jeden to Rooibos Orange od NewbyTea. Wiem, że wiele z Was ma już swoje ulubione produkty z tego sklepu, więc dzielę się kodem: z KASIA15 otrzymacie w Newbytea 15% zniżki na wszystkie produkty (możecie z niego korzystać do 15 sierpnia). 

Każda z 15 piramid Rooibos Orange jest pakowana oddzielnie w torebkę z trójwarstwowej folii aluminiowej w celu zagwarantowania najwyższej jakości i świeżości. Wrzucam dwie do dzbanka i zalewam letnią wodą. Czekam godzinę (dzięki zimnemu parzeniu napar jest delikatniejszy w smaku), dodaję miód, gałązki lawendy lub rozmarynu i dużo pokrojonych owoców brzoskwini. Prawie 30 stopni? W takim razie mrożona herbata będzie smakować jeszcze lepiej.1. Lipcowe słońce – wróć do nas! // 2. Dziękuję za zaproszenie! Jeśli coś może mnie zmusić do myślenia o deszczowej jesiennej pogodzie w samym środku lipca to będzie to CHANEL  i pokaz jesienno-zimowej kolekcji. Gdy przyjaciółki są najlepszymi ambasadorkami twojej marki. W MLE pojawiają się już nowości z kolekcji "resort".
Tak zwane słodkie nic nierobienie w domu. Przynajmniej w teorii. Czy dobrze urządzone mieszkania może nam dać trochę szczęścia? Tutaj zapraszam do kolejnego odcinka (będę bardzo wdzięczna za subskrypcję i pozytywne oceny – to jedyna nagroda za tę pracę :)). 1. "Kopciuszek". // 2. Moja najlepsza wymówka, aby zrobić sobie przerwę. Praca w domu w towarzystwie dzieci nie zawsze wygląda słodko, ale jestem wdzięczna za tę możliwość. // 

Ktoś tam kiedyś pisał w swoich artykułach, że trzeba unikać niebieskiego światła pod wieczór. Ekhm… a to ja idąca do łóżka z laptopem pod ręką. Wieczory to czasem jedyny moment w ciągu dnia, kiedy mogę skupić się w ciszy. Tak bywa, tak pewnie będzie i nie biczuję się za to. Chyba.A tu na zdjęciu widzicie serum marki Senelle – jedno z najmocniej nawilżających, jakie kiedykolwiek miałam. Wieczorem wcieram je w twarz (wystarczy kilka kropelek) i nad ranem skóra wciąż jest mocno nawilżona. Posiada w swoim składzie ultra stabilną formą witaminy C (4%), Stoechiolem (1%) (naturalny lifting) oraz Oléoactif. Rewitalizujące serum z witaminą C od Senelle wraz z innymi kosmetykami tej marki możecie znaleźć stacjonarnie (oraz online) w drogeriach Super-Pharm, gdzie zapewnione są testery dla każdego produktu. To świetna informacja dla osób chcących zobaczyć na żywo zapach/konsystencję i skorzystać z promocji, która notabene również na -20% jest tam dostępna.
Z kodem MLE otrzymacie natomiast 20% zniżki w sklepie Senelle i możecie z niego korzystać do końca sierpnia. 

Efekt "glow" w kroplach. Jeśli będziecie chciały skorzystać z kodu rabatowego to polecam również przy zakupach krem pod oczy tej marki, który świetnie radzi sobie z porannymi obrzękami.Rodzice idą na "Barbie". Tylko jak tu przekonać młodsze towarzystwo, że zostaje? Może jagodzianki załagodzą kryzys…1. Tulasy, które wyłudzam, kiedy tylko się da. // 2. i 3. Dla mnie też coś zostało! // 4. Lista zakupów. Każdy taką robi, prawda?Człowiek – stopa społeczna. Tfu! ISTOTA społeczna! A tak serio "Człowiek – istota społeczna" Elliota Aronsona to jedna z moich ulubionych książek z czasów studenckich. Polecam każdemu. Pierwsze odwiedziny w Montowni w Gdańsku – klimatyczne miejsce w pobliżu stoczni z pysznym jedzeniem. // O podróży do Prowansji opowiem Wam jeszcze trochę w innym artykule (w ten piątek to już na pewno wejdzie ta koszula ;)). Zobaczymy jak długo wytrzyma na kolanach u taty. Niezbyt długo. 

U moich rodziców jest jak w dobrym antykwariacie. "Eichmann w Jerozolimie" autorstwa Hannah Arendt (ta sama książka funkcjonuję też pod tytułem "Rzecz o banalności zła") to dzieje procesu zbrodniarza wojennego, ale też próba zdefiniowania różnych obliczy zła. Obojętność, brak charakteru, spolegliwość i zachłanność – to w ich cieniu rośnie największe zagrożenie. Projektowanie swetrów to zdecydowanie moja ulubiona działka w MLE. Wiem, że nasze modele nie mają sobie równych, ale i tak każdego roku staram się zawieszać tę poprzeczkę coraz wyżej. I chociaż mamy środek lata, to widzę już siebie w tym swetrze po lewej – przy kominku, tuż po bitwie na śnieżki. Powroty oznaczają jedno: zapach proszku do prania w całym mieszkaniu. Każda z nas jest inna, ale jedno nas łączy – potrafimy przyznać się do naszych słabości i porażek i nie oceniać nawzajem. W takim gronie "najgorsza wersja mnie" czuje się naprawdę dobrze ;).  Takie spotkania po latach lubię najbardziej. Szykuję dla Was małą niespodziankę związaną z MakePhotographyEasier, ale wszystko w swoim czasie. ;) 1. Kolor nieba, który lubię najbardziej. // 2. Toteme – marka założona przez koleżankę po fachu. // 3. Mój ulubiony posiłek – zrobiony z resztek. // 4. Udało mi się przekonać Asię, aby zrobić dla Was na Gwiazdkę piżamy! Czekamy jeszcze na ostatnie poprawki, ale już jestem zakochana – w materiale, lamówce i jakości wykończenia. // 

Czy moja babcia spodziewa się tych kwiatów? Ani trochę!1. Niewiele tu widać, ale jesteśmy w Pokusie w Gdyni – naszym ulubionym kawiarnianym biurze. // 2. Zwykle nie jadam słodkich śniadań, ale dla takiej owsianki można zrobić wyjątek. // Podróże, te dalekie i te duże. Godzina od Trójmiasta i jestem w niebie. 

Konie, drzewa, rodzina, przyjaciele. Pałac Ciekocinko to takie miejsce, do którego uwielbiam wracać.

 Prowansja? 
Galopowanie pod drzewami i leczenie zakwasów z lekką książką. Piszę się na to!Szybko, bo spóźnię się na lekcję!A do obiadu usiądziemy… z dziadkami! Jak miło, że ktoś znalazł chwilę między kampanijną zawieruchą.Ciepła, zabawna i wciągająca książka. W sam raz na weekend. To jedna z tych opowieści (a mówiąc wprost: romansów), które zostawiają nas z zadowoloną miną. Główna bohaterka zostaje opuszczona przez męża, ale radzi sobie w nowej sytuacji lepiej niż by się tego spodziewała. Być może to ten cudowny klimat domu Nory, być może jej charakter i życiowe doświadczenia, być może po prostu potrzebowałam czegoś, co wyrwie mnie z czytelniczego zastoju. W każdym razie polecam "Nora, tego nie ma w scenariuszu!"
Dziecięce menu dla wszystkich urlopowiczów!W starym pałacu z początku XX wieku powinnam chyba czytać Herkulesa Poirot, ale tym razem posłuchałam poleceń Gosi i zaczęłam "Nora, tego nie ma w scenariuszu". Na szczęście nie czytałam jej do góry nogami, jak na tym zdjęciu, bo wiele bym straciła ;). Korzystam z wizyty dziadków i pędzę na kolejną jazdę. 
Jeszcze z 38 lekcji i wszystko sobie przypomnę.
Płatki na śniadanie? A nie mieli parówek?
Ten kto tu przyjedzie na pewno będzie chciał wrócić. Widoki jak z "Pana Tadeusza" – moja stara dusza czuje się tu najlepiej.  Pierwszy sierpniowy poranek to idealny moment na rozpoczęcie nowego rozdziału. Napiszemy go razem?

 

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z markami Effiki, Farmina, Nature Science.

 

  Wracam do domu spacerem. W jednej ręce trzymam kilka gałązek pachnącego jaśminu z ogrodu mojej mamy, w drugiej – hulajnogę, która mniej więcej pięć minut po wyjściu z domu została porzucona przez swoją czteroletnią właścicielkę. Jest ciepło i wszyscy już rozmawiamy o lemoniadzie, którą zrobimy po powrocie. W przedpokoju wciąż leży kilka rzeczy z czerwcowych wyjazdów, których nie mam czasu odłożyć na miejsce – cóż za cudowne kontrasty miał dla mnie ten miesiąc. Od powolnej rutyny mamy dwóch małych dziewczynek, przez historyczne pełne podniosłości wydarzenia, wymarzoną podróż do Francji, aż po słodkie powroty pachnące ciastem z truskawkami i mokrą po burzy trawą. Jak dobrze, że zarówno te wszystkie ważne i zupełnie zwyczajne chwile przetrwają na zdjęciach. Zapraszam na czerwcową relację!

Czerwiec rozpoczęłam z przytupem i w pięknym towarzystwie. Jednego dnia ze wszystkich stron Polski zjechało się do Warszawy wiele moich przyjaciół. Delegacja z Trójmiasta też nie zawiodła! Datę 4 czerwca zapamiętamy na długo.

Wycieczka do Zoo ;). 

Być może usłyszycie w jakichś mediach, że to był marsz polityków, działaczy, samorządowców, artystów i sław. Ale każdy kto szedł tego dnia z nami widział tłum zwykłych/niezwykłych ludzi, którzy porzucili swoje codzienne obowiązki i ruszyli w imię najcenniejszych wartości. I to im jestem wdzięczna najbardziej. Bo pod koniec to wszystko od Was zależy.

1. Pierwsze zdjęcie to zapowiedź pewnej niespodzianki, którą szykujemy w MLE na jutro… // 2. Dziękuję za tę przesyłkę – to jeden z fajniejszych albumów o podróży jakie widziałam. 

Puk puk… czy przypadkiem od miesiąca kurier nie zostawia u Pana moich paczek?

… a w tych paczkach mnóstwo ciekawych tekstów do poczytania. Jak miło, że sezon plażowy już rozpoczęty! Sukienka to oczywiście MLE

Fryzjerskie popisy mamy, które na nic się zdają. Co rano gonię ze szczotką i słyszę, że panna nie ma czasu, bo musi z tatą robić kawę dla mamy. No to odpuszczam… i dogonię, gdy już wypiję tę kawę.

1. Pakujemy walizkę do Paryża! Im mniej tym lepiej – to moja dewiza skoro muszę wygospodarować miejsce dla dwóch innych kobiet(ek). // 2. W stronę kortów imienia Rolanda Garrosa. 

Ten widok zawsze koi moją duszę. 

To będę emocje. Walka o zwycięstwo w finałowym meczu. Iga Świątek kontra Karolina Muchova. 

Mecz był piękny i pełen emocji. Co za szczęście, że już drugi raz mogłam na żywo oglądać triumf Polki na tym słynnym korcie!

Każdego roku inny artysta odpowiedzialny jest za zaprojektowanie logo turnieju. Niektóre z nich są jak małe dzieła sztuki – każde zawiera ukryte przesłanie. Mój komplet w kolorze khaki znajdziecie jeszcze w MLE. 

Restauracja tuż koło ukochanego Jardin du Palais Royal. Wyglądała bardzo zachęcająco, ale tym razem odpuściliśmy obiad w tak eleganckiu miejscu, bo z dwójką rozbrykanych dziewczynek prędzej czy później i tak by nas wyprosili ;). 

Ten krem to odkrycie! Skóra sucha po samolotowym locie i paryskim słońcu, podrażniona i odwodniona, a cienka warstwa tego kosmetyku po prostu zmieniła ją nie do poznania. BAK probiotyczny krem Healthy Aging od Nature Science jest oczywiście wegański. Jego skład jest w 100 procentach naturalny (!!!), ale mnie najbardziej zaskoczyły jego właściwości – o zbawiennym działaniu probiotyków na nasz organizm wiemy od dawna, teraz przekonałam się do nich także w kwestii pielęgnacji. 

BAK Healthy Aging Moisture Boost  jest przebadanym klinicznie produktem, przeznaczonym dla każdego rodzaju skóry. 

Do kompletu mamy też płyn do mycia twarzy. Polecam wszystkim wrażliwcom.

Centra handlowe to miejsce, które na wyjazdach omijam szerokim łukiem, jednak tym razem bardzo chciałam coś sprawdzić w galerii Lafayette. I nie chodziło o zakupy! Na trzecim piętrze już od jakiegoś czasu znajduje się sektor z ubraniam z drugiej ręki – byłam ciekawa jak ten projekt rozwinął się przez ostatni rok. Najpierw wpadłam jednak do butiku słynnej francuskiej marki Rouje – jakie było moje zdziwienie, gdy wśród wieszaków znalazłam bluzkę, którą mamy obecnie w La Ronde. Moda z drugiej ręki jest nie tylko tańsza i bardziej przyjazna dla środowiska, ale – jak widać – może być też mega na czasie!

Słynny The Frankie Shop też ma tutaj swoje miejsce. 

No dobrze… to cudownie, że Crush On się rozwija i zajmuje w galerii Lafayette już ponad pół piętra (a przypomnijmy, że to podobno najbardziej luksusowa galeria handlowa na świecie), bo odzież używana to przyszłość. Przyznam jednak, że selekcja w La Ronde jest… zdecydowanie bardziej rygorystyczna ;). 

Mogłabym tu zostać na całą resztę dnia. 

1. Słynna kawiarnia Kitsune w Jardin du Palais Royal. // 2. i 3. Dwie dziewczyny, dwie skrajności, ten sam zawód. // 4. Ten "Karol" nie jest może tak elegancki, ale na pewno niezawodny. Uwielbiamy wracać do tego paryskiego bistro (mowa o "Cafe Charlot" na Rue de Bretagne). 

We francuskich magazynach o wnętrzach można znaleźć takie przykładowe palety barw – ta mi pasuje!

Idziemy zwiedzać muzeum Rodin. I dzięki marce Jacadi ta okazja jest wyjątkowo elegancka. 

Wokół muzeum rozpościera się piękny ogród, który oczaruje i dorosłych i dzieci. Minęło sporo czasu nim udało się te dwie małe królewny nakłonić do wejścia do środka. 

W takich miejscach czas płynie szybciej, mimo tego, że cofamy się w odległą przeszłość.

Muzeum Rodin to prawdziwa perła Paryża. Jeśli spodobało Wam się muzeum Picassa, które już tutaj parę razy polecałam, to koniecznie zajrzyjcie też tutaj. Na pewno lepiej nadaje się dla tych, którzy chcą tą sztuką podzielić się z najmłodszymi. 

Fotografuję wszystko – od genialnych (i zaskakująco demonicznych) rzeźb, przez detale wnętrz, frezy na ścianach, stolarkę okienną aż po wzory na parkietach… 

Po lewej dłoń, która ma około 150 lat, po prawej młodsza wersja – zaledwie 36 lat. 

A na tej fotografii mogą Państwo dostrzec dwie perfekcyjne kopie dwóch starszy eksponatów. Czteroletnią i prawie dwuletnią. 

Sopot? ;)

Mamo, a gdzie w muzeum sprzedaje się lody? 

Na terenie muzeum, w nowo powstałym budynku znajduje się mini wersja dla najmłodszych. Można tu zobaczyć wszystkie materiały, z których tworzone są rzeźby, pozjeżdżać ze zjeżdżalni i samemu coś ulepić. 

Talent. Jak do odkryć i pielęgnować?

Wrócimy tu na pewno!

Jeśli mam zrobić wyjątek to niech faktycznie będzie wyjątkowy! Mięso jem coraz rzadziej, ale w tym przypadku postanowiłam na chwilę się złamać. Jesteśmy w słynnym Au Pied de Cochon założonym w 1947 roku. 

Paryż, Paryż i jeszcze trochę Paryża. Włóczymy się bez końca.

Przypomnij mi Kochanie co zamówiliśmy jej na obiad?

Czas podzielony sprawiedliwie – jeden dzień dla rodziców, trzy dla dzieci. 

Ten widok na Luwr zostanie już ze mną. Wieczór w Cafe Marly to idealne miejsce dla fanów Kodu Leonarda da Vinci. Po kolacji poszliśmy szukać Linii Róży ;). 

Powroty. Pranie na kaloryferach i domowa kuchnia. Świeże zioła to u nas zasługa pani Ewy z Narcyza. 

Jest sobota i jest pogoda! Jak wiemy taka konfiguracja nie zdarza się za często, zmieniamy więc plany i otwieramy sezon plażowy. 

Pędzę nim pogoda zmieni zdanie!

1. Pakujemy do kosza mnóstwo rzeczy. Ciekawe czy te moje też się zmieszczą? // 2. i 4. No tak. Jeszcze kostium. // 3. Ten sweter to lenie wybawienie. Znajdziecie go w CARRY (a jeśli rozmiary już wyprzedane to w sklepach stacjonarnych podobno jest ich pod dostatkiem, ja wybrałam rozmiar L). 

Każdego roku jeden pasiak staję moim numerem jeden. W 2023 roku jest to on

Coś dla mnie. Po remoncie zawsze przychodzi taki moment, kiedy połowa rzeczy chciałoby się poprawić. Tytuł tej książki to "Jak przestałem kochać design".

Szukamy nowego miejsca na karmę Portosa. Dotychczasowe miejsce się nie sprawdziło – Portos, gdy tylko miał wolną chwilę, stał sobie przy szafce i wył minimum kwadrans w nadziei na to, że jej drzwi się otworzą, a karma wysypie wprost do jego paszczy. Pozostaje nam chyba piwnica. 

Wiem, że u wielu z Was nasza karma też się sprawdziła. Ja polecam Farminę wszystkim właścicielom wymagających psiaków. Jeśli jeszcze jej nie testowaliście to zachęcam Was do skorzystania z pomocy profesjonalnej konsultantki żywieniowej, która nawet jeśli pies/kot nie ma problemów jak alergia, biegunki, drapanie itp. to będzie mogła obliczyć indywidualnie dawkowanie wybranej karmy pod konkretne zapotrzebowanie pupila: LINK TUTAJ. O Farminie pisałam jeszcze na długo przed tym, nim marka odezwała się do mnie, aby nawiązać współpracę – z wielu źródeł polecali mi ją specjaliści, bo jej skład nie budzi żadnych zastrzeżeń. Tradycyjnie mam dla Was kod – ja sama z niego skorzystam i kupię karmę na zapas. Kod PL3438AZHHZMHG daje aż -25% i jest ważny do końca września 2023 na stronie Farmina.

Ciekawostka – marka stworzyła aplikację FarminaGenius w której jest nieograniczona i bezpłatna pomoc dietetyków zwierzęcych, a także kontrola parametrów zdrowia zwierzaka. 

Lato – we wspomnieniach z mojego dzieciństwa wydaje się bardziej beztroskie, spokojniejsze. Staram się takie same wrażenia zaszczepić moim dzieciom – cały czas mam nadzieję, że to po prostu punkt widzenia się zmienia wraz z wiekiem, a nie nasz świat. Operacja pod kryptonimem "buty w szufladzie, a nie powpychane do kartonów". Jeśli te segregatory się sprawdzą to w kolejnym Last Month zobaczycie efekty!… ale najpierw trzeba coś zrobić z zawartością tej szuflady, która uświadomiła mi, że chyba za bardzo kocham Boże Narodzenie, bo asortyment ozdób wystarczyłby mi na to, aby obchodzić je conajmniej 10 razy w roku. Stare grafiki zawisły z powrotem na swoim miejscu. Ale zamiast łóżka postawię tu teraz biurko! Szukam wymarzonego, ale nic co znalazłam nawet nie stało blisko niego. Miłość to wydłubywanie pestek z czereśni. 

Uczymy się (zupełnie bezskutecznie) porannego ścielenia łóżek. 

Na instagramie pojawił się zaledwie fragment tych pięknych pościeli, ale mimo to wywołał niemałe poruszenie. Zupełnie się nie dziwię, bo są naprawdę piękne i do tego świetnie wykonane. Znajdziecie je w sklepie Effiki (w różnych rozmiarach, z wypełnieniem lub bez). Dziesięć lat temu na polskim rynku wyrobów włókienniczych dla niemowląt dominowały tkaniny intensywnie barwione, o niskiej jakości i przypadkowym wzornictwie – to na szczęście się zmieniło i dziś można już znaleźć kolorowe i jednocześnie delikatne tekstylia do dziecięcych pokoi. Pluszowy królik, który ostatnio chodzi z nami wszędzie, to także dzieło założycielki marki Effiki – mamy trójki maluchów. Próbuj! Ale byłam zdziwiona gdy na drugi dzień jedno z łóżek było (prawie) idealnie pościelone. Wiem, że dziewczynki patrzą na mnie i na to co robię. Nie chcę, aby miały wrażenie, że biorę na siebie wszystkie obowiązki – wiem, że powielałyby ten schemat w przyszłości. 
Na plażę już nie zdążymy, ale ręcznik na trawie i kawa w dłoni to równie idealny plan na piątkowe popołudnie. 
Z okazji Dnia Taty, który obchodziłeś w czerwcu, życzyłabym Ci aby ten czas był łatwiejszy. Abyś chociaż od czasu do czasu mógł zrobić coś dla siebie, a nie dla innych.  Abyś Ty nie musiał się martwić o nas i żebyśmy my nie musieli się martwić o Ciebie.  I nawet jeśli czasem trudno zaakceptować wszystkie konsekwencje, to jestem dziś najdumniejszą córką na świecieCzy to Ty porwałeś z naszego ogrodu ostatni kawałek ciasta morelowego?!

Dotarliście do końca,a więc widok morza w nagrodę. Odpocznijmy teraz od ekranów – dziękuję Wam za uwagę :*,

 

*  *  *

 

 

Poranna rutyna nowoczesnej dziewczyny

Tekst powstał we współpracy z markami Wild Hill Coffee i Sensum Mare.

 

Artykuły opatrzone podobnymi tytułami przewijały się kiedyś na kobiecych portalach i blogach w nieskończoność. I – gdy czytam teraz niektóre z nich ponownie – dostrzegam, że nie tylko moda czy dieta podatne są na społeczne przemiany. Nasza rutyna dnia, zadania, które trzeba wykonać, podejście do swojego ciała tuż po przebudzeniu – wszystkie te elementy przeszły w ostatnim dziesięcioleciu rewolucję.

 W przeszłości rady w tego rodzaju tekstach dotyczyły właściwie tylko naszego wyglądu i tego, jak możemy go poprawić w ekspresowym tempie, no może od czasu do czasu jakiś autor pochylił się nad tym, co powinnyśmy zjeść na śniadanie (głównie w kontekście tego jak schudnąć). Ostatnio Internet dostrzegł chyba, że zdecydowaną większość z nas interesuje jednak nie tylko dobrze dobrany podkład do skóry, ale także to, jak wchodzimy w nowy dzień, co możemy zrobić, aby czuć się lepiej na wielu płaszczyznach i jak zachować w porannej rutynie spokój, a nie przyspieszyć ją jeszcze bardziej.

 Pisząc ten krótki artykuł postanowiłam sprawdzić przy okazji, jak naszą codzienną kobiecą rutynę postrzega najmądrzejszy algorytm na świecie i przeżyłam lekki szok. Czyżby słynny ChatGPT miał poglądy typowego „boomera” i nie zauważył, że perfekcyjny makijaż to nie jest nasz sprawdzony przepis na udany początek dnia? Oto tylko kilka „złotych myśli” i „rad”, które zafundowała mi sztuczna inteligencja.

 „Kiedyś kobieta musiała wstać znacznie wcześniej, aby zmieścić się w terminie. Pamiętacie, jak wyglądał ten czas? Szybkie prysznice, pękający lakier do paznokci, kłopoty z dobraniem idealnego zestawu ubrań i, oczywiście, godziny spędzone przed lustrem, próbując oswoić niesforną fryzurę. Ale nasze babskie przodkinie miały twardy charakter i nie poddawały się łatwo.”

 … nawet nie wiem jak to skomentować…lecimy dalej:

„To prawda, możecie zapomnieć o zwykłych puszkach z kosmetykami [co ChatGPT miał na myśli pisząc „puszka” tego nie wiem, prawdopodobnie to jakaś pułapka translatora]! Dzisiejsza dziewczyna korzysta z aplikacji mobilnych, które precyzyjnie dobierają produkty do jej indywidualnych potrzeb. Wyobraźcie sobie, jak wspaniale jest wstać rano i zamiast stresować się, który krem czy podkład wybrać, po prostu sprawdzić swoją aplikację i mieć gotowe zestawienie kosmetyków na daną porę roku, pogodę i nastrój! No, prawie gotowe – musisz tylko wiedzieć, gdzie zaczepić wtyczkę do naładowania swojego smartfona, który jest oczywiście zawsze na wykończeniu.”

 „Utwórz "strefę urody": Zorganizuj swoją łazienkę jak prawdziwy salon piękności! Postaw lustro na mini czerwonym dywanie, zawieś kurtynę ze sztucznych kryształów i zaproś swoje kosmetyki do "strefy urody". Będzie to miejsce, w którym będziesz mogła robić sobie stylizacje, jakbyś była gwiazdą Hollywood!”

A teraz hit:

„Użyj magicznego różdżkowego pędzla: Zamiast poświęcać wiele czasu na precyzyjny makijaż, weź w rękę magiczny różdżkowy pędzel! Udawaj, że nakładasz swoje produkty do pielęgnacji i makijażu za pomocą magicznego zaklęcia. To fantastyczny sposób na przełamanie rutyny i dodanie czaru do porannego rytuału.”

… a więc tak widzi nasze poranne przygotowania ten „genialny” wynalazek. No cóż, dzięki temu małemu eksperymentowi przynajmniej wiem już, że raczej nie da rady wykorzystywać AI przy tworzeniu treści na blogu – podejrzewam, że po miesiącu wyniosłybyście mnie stąd na wirtualnej taczce. W tych przykładach uderza mnie przede wszystkim powierzchowne potraktowanie naszych potrzeb, infantylna narracja, skupienie się wyłącznie na naszym wyglądzie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że słynny czat analizuje wyłącznie te dane, które kiedyś zostały już spisane, a więc to jedynie powielenie i wyciągnięcie kwintesencji z tego, co można znaleźć w internecie przed 2021 rokiem (dopiero nowa wersja ChatuGPT będzie mogła korzystać ze świeższej bazy danych). Prowadząc rozmowę z AI nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie nadąża nad kobiecą emancypacją w naszym kraju… no i że musi popracować nad poczuciem humoru jeśli faktycznie chce być konkurencją dla twórców z krwi i kości.

Inna sprawa, że być może po prostu Internet „piszą” mężczyźni więc siłą rzeczy, nie z własnej winy, AI powiela głównie ten punkt widzenia. Mimo zaimplementowania mu rozmaitych blokad i instrukcji które mają pilnować inkluzywności i równościowego podejścia. Tak czy inaczej – wbrew wszechobecnym prorokom wieszczącym koniec tekstu pisanego przez człowieka – wygląda na to, że przez kolejne lata teksty będę dalej musiała pisać sama ;).

Wracając do meritum: chciałabym myśleć o sobie jak o kimś z nowoczesnym podejściem do życia, nawet jeśli niektóre elementy mojej codzienności nie zawsze pasują do tego określenia. Stąd dzisiejsza próba uchwycenia tych zmian, o których wspomniałam w pierwszym akapicie, bo – nawet jeśli wprowadzam je w wolnym tempie – widzę je też u siebie. Nie są one wynikiem jakiegoś szaleńczego pędu za modą, a raczej mądrym korzystaniem z tego, co dają nam innowacyjne produkty. Chodzi o to, aby patrzeć wprzód, ale na własnych zasadach. Postęp nie ma podobno większego wroga niż przyzwyczajenie, ale ja nie stawiałabym tych dwóch kwestii w kontrze. Domowa rutyna to coś, co uwielbiam, ale nie mam nic przeciwko jej usprawnieniu. Ostatecznie chodzi o to, by po prostu wstać z łóżka „prawą nogą” (jako osobą leworęczna jakoś zawsze dziwnie się czuję używając tego zwrotu) i przejść przez dzień z tym nastawieniem.  

1. Inny sposób serwowania treści.

 Zacznę od tematu, który w ostatnich miesiącach jest mi szczególnie bliski. Mowa o podcastach, a mówiąc szerzej – o wielkiej pokoleniowej transformacji, która sprawiła, że treści szukamy dziś w innych miejscach niż nasi rodzice. Poranki pokazują to chyba najwyraźniej. Większość z Was pamięta pewnie jeszcze, jak rodzice siadali przy śniadaniu i do kawy czytali pachnącą świeżym drukiem codzienną gazetę. To świetny przykład na to, jak rozwój technologii wpłynął na dostępność informacji. Teraz, nawet z jednym tylko otwartym okiem i twarzą przyklejoną do poduszki, możemy szybko wejść na onet.pl, przeskrolować tytuły wiadomości i właściwie już wiemy, że przez noc nie wydarzyło się nic ciekawego. Trochę sobie kpię, ale ciężko nie zauważyć, że dostęp do informacji stał się szybszy, łatwiejszy i…. jednocześnie o wiele bardziej powierzchowny.

 Być może złota era prasy jeszcze kiedyś wróci (życzę jej tego z całego serca, chociaż nie byłabym optymistką), ale obecnie rozwój mediów informacyjnych idzie w zupełnie innym kierunku, czego symbolem mogą być choćby coraz absurdalniejsze clickbaity w stylu „gdy tylko użyła tego tego kremu zjadł ją krokodyl”. Przy czym to nie jest tak, że nagle przestaliśmy się interesować tym, co dzieje się na świeice. Czytamy zdecydowanie mniej, ale nasza potrzeba przyswajania informacji jest cały czas taka sama.

 To że statystyki czytelnictwa spadają z roku na rok nie jest wynikiem jakiejś nagłej zbiorowej ignorancji. To cała reszta się zmieniła – nasz tryb dnia bardzo przyśpieszył, pojawiło się mnóstwo ciekawych sposobów na spędzanie wolnego czasu, no i łatwiej jest sięgnąć za telefon, w którym szybko znajdziemy to, czego szukamy, niż grzebać w regale z książkami i potem skanować kartkę po kartce. Za żadne skarby nie chcemy marnować czasu. Kwadrans w towarzystwie Wyborczej, którą wcześniej trzeba było kupić w sklepie to coś, co dziś nie wpisuje się w plan dnia większości osób w moim wieku. Dodatkowo, w świecie ciągłego gonienia za czymś, lub bycia gonionym przez coś (terminy, dzieci itd.) siedzenie na fotelu przez kilka godzin dziennie z nosem w książce może być – niestety – postrzegane jako marnowanie czasu. Nie mam tu nawet na myśli otoczenia, ale przede wszystkim nas samych.

Często mam za to poczucie, że wykonuję jakąś czynność, która spokojnie pozwala mi na to, aby moja głowa zajęła się w tym momencie czymś innym. Sprzątam, prowadzę samochód, wyprowadzam psa na spacer – widzę mnóstwo potencjalnych sytuacji, w których mogłabym w jakiejś części zaspokoić informacyjny głód, ale książka z czysto logistycznych powodów się tu nie sprawdzi.  Któregoś dnia postanowiłam pójść za radą mojej znacznie młodszej koleżanki i zacząć słuchać podcastów. Z początku byłam mocno najeżona, ale szybko mi minęło. Znalazłam kilka odcinków, które były dla mnie jak substytut dawnych blogów. Oczywiście natrafiłam też na kilka kompletnych niewypałów i bzdur, ale to tylko pokazuje, że w podcastach każdy znajdzie coś dla siebie ;). Dziś poruszam się już po Spotify'u znacznie sprawniej i wiem jak szukać. Oto kilka moich poleceń, których słucham ostatnio najczęściej.

„Trendologia” Karoliny Liczbińskiej. Czy to aby nie jest dyskryminacja, że według badań mniej niż połowa kieszeni damskich dżinsów jest w stanie zmieścić ajfona lub portfel, a tylko 10% damskich dżinsów miały na tyle duże kieszenie aby zmieścić całą rękę? Czy tak było zawsze? I w ogóle skąd biorą się trendy? Czy to wymysł projektantów, a może odzwierciedlenie nastrojów społecznych i zmieniających się norm kulturowych?   

„Odpowiedzialna moda” Katarzyny Zajączkowskiej. Odnalazłam je po przeczytaniu wstrząsającej książki o tym samym tytule. Polecam każdemu kto dosyć ma „greenwashingu”. I tym, którym do tej pory brakowało motywacji, aby ograniczyć zakupy w sieciówkach. Spokojnie – tu nie ma karcenia czy gróźb, ale merytoryczne informacje na temat zagrożeń związanych z rynkiem odzieżowym.    

„Szturm sztuk” Anny Theiss od @vogue.polska . O nowych malarskich zjawiskach, o tym, co jest spekulacją, a co prawdziwą wartością. Czy świat sztuki jest gotowy na cyfrową rewolucją? Ten podcast to moje antidotum na przebodźcowanie.  

– „(Un)dressed” Michaliny Murawskiej. Redaktorka polskiej edycji magazynu Vogue zaprasza do rozmowy osoby związane ze światem mody. Mamy tu podcast o minimalizmie z lat 90-tych, o fenomenie „it-bag” i mój ulubiony z Marcinem Różycem o tym, jak w tym roku zmienia się moda – czy jest bardziej inkluzywna? Szalona? A może wraca do korzeni i znów staje się przesłaniem tego, co ważne?

– No i jeszcze kilka słów o moim kanale. Odsłuchałam swój nowy odcinek już zbyt wiele razy i w ostatnich dniach faktycznie to jego słucham najczęściej. Mam nadzieję, że niebawem Wam też dam go posłuchać ;).

 2. Małe zmiany, duże znaczenie.

  Nie będę się tu teraz rozpisywać o indeksach glikemicznych czy wartościach kalorycznych naszych posiłków. Dieta to temat, który rozgrzewa do czerwoności równie mocno, co brak czapeczki u dziecka. Jednym słowem: piekło. I mam tu na myśli zarówno dyskusje internetowe, jak i te całkiem realne, w grupie chociażby moich koleżanek. Nie zliczę ile razy w ciągu ostatniego dziesięciolecia ktoś z mojego otoczenia ogłaszał, że wreszcie odkrył jedyną słuszną i najzdrowszą dietę na świecie (która zwykle stała w sprzeczności z tym, co ta sama osoba twierdziła jeszcze miesiąc wcześniej), dodając przy tym, że jeśli zaraz także jej nie wdrożę to zapewne umrę bardzo szybko.

Ja zdecydowanie do testerów diet nie należę, ale nawet tak niechętna zmianom osoba jak ja, widzi wyraźnie, że to czym karmię siebie (i dzieci) ulega pewnym modyfikacjom. Zostawmy konkretny jadłospis (a może właśnie nie? Przykładowe śniadanie u mnie w domu znajdziecie pod zdjęciem), bo wpadniemy w niepotrzebne porównywania i spójrzmy na jedzenie nie pod kątem tego co robi dla nas, ale co my możemy zrobić dla niego. What? Tak, dobrze przeczytałaś. Istnieje spory zestaw produktów żywnościowych, które są wyjątkowo szkodliwe dla środowiska. Pierwsze z brzegu przykłady to:

awokado

kawa

mleko

jaja

  Wiem, że wygląda to jak standardowa lista zakupów wielu z Was –  i właśnie dlatego się nad nią pochylam. Rozpiszę się na temat kawy, bo mam wrażenie, ze spośród wszystkich tych produktów, akurat o tym – w kontekście środowiska – mówi się najrzadziej.  Szczególnie kawa jest tu ciekawym przykładem. Z jednej strony przez wielu postrzegana jako „naturalny” napój, choćby w porównaniu do wszelkich energetyków (dla niektórych są one alternatywą dla kawy za sprawą pobudzającego działania). Z drugiej strony uprawa kawy stanowi obecnie jeden z głównych czynników wylesiania się Ziemi. Warto o tym pamiętać i przy wyborze kolejnej paczki zainteresować się tematem. Są kawy hodowane w cywilizowanych warunkach (bez pracy dzieci), przy zrównoważonej gospodarce wodnej i w miejscach w których powstanie plantacji nie wymagało wycinki lasu. Istnieją plantacje, gdzie uprawa ma stanowić – obok oczywiście źródła nasion kawy – ostoję dla niektórych zwierząt i sposób na zróżnicowanie lokalnej farmy i flory. Kawy spełniające te warunki są dostępne m.in. pod polską marką Wild Hill Coffee. Co dla mnie szczególnie zaskakujące to fakt, że naprawdę niewiele osób zdaję sobie sprawę z wpływu kawy na planetę. Jeśli parzycie ją w domu, to spróbujcie chociaż raz przestawić się na tę uprawianą w zrównoważony sposób. Wild Hill Coffee jest przepyszna (według mnie nawet lepsza niż ta od czołowych marek) więc dbanie o planetę jest w tym przypadku czystą przyjemnością. 

W Wild Hill Coffee do wyboru macie kilka gatunków kaw dopasowanych do różnych gustów. Ta którą widzicie na zdjęciu to Rio Grande – odmiana o delikatnie czekoladowym, bardzo kawowym smaku, który świetnie kompunuje się z mlekiem. WSZYSTKIE kawy od Wild Hill Coffe są ekologiczne. Co to znaczy? To znaczy, że ich uprawa, zbiór i wszystkie etapy produkcji są bardzo dokładnie udokumentowane. Marka potrafi wskazać dokładnie skąd pochodzi ziarno (jest to kawa single origin pochodząca z jednego, konkretnego regionu). Kawowce są uprawiane bez pestycydów. I to jest bardzo ważna informacja ponieważ kawy dostępne powszechnie w sklepach mogą zawierać śladowe ilości pestycydów (wątek zdrowotny jest istotny, ale to także kwestia etyki – uprawa bez pestycydów nie naraża zdrowia ludzi pracujących na plantacji).  Z kodem MLE10 otrzymacie 10% zniżki na cały asortyment w sklepie Wild Hill Coffee a z kodu możecie korzystać do 15 lipca.  

  I żeby nie było – nie namawiam do rewolucji. Nie każdy może przerzucić się na alternatywy. Nie każdy też chce drastycznych zmian. Do wszystkich osób podchodzących do tego tematu w sposób zdecydowanie bardziej rygorystyczny niż ja pragnę napisać: z całego serca i zupełnie bez ironii – podziwiam Was. Pamiętajmy jednak o najważniejszej zasadzie. Dla planety ważniejsze jest 500 osób, które zmienią swoje nawyki o 15%, niż pięć osób, które żyją w całkowitej zgodzie z naturą. Realną zmianę przyniesie nie ortodoksyjne trzymanie się utopijnych reguł przez garstkę, tylko realne działania dużej części społeczeństwa przy jego poparciu, lub przynajmniej – zrozumieniu. Jakie mamy opcje? Możemy zmniejszyć udział tych produktów w naszej diecie. Ok, ale w przypadku powyższych produktów, akurat w moim gospodarstwie domowym będzie to trudne (wolę jednak dać dzieciom awokado niż parówkę). Możemy je zastąpić ekologicznymi zamiennikami (jeśli takie są). Możemy w końcu szukać takich wersji tych produktów, które gwarantują (przynajmniej w teorii) odpowiednimi certyfikatami odpowiednio mniejszy negatywny wpływ na środowisko naszej planety.

Bułka owsiana z ugniecionym widelcem awokado, jajecznica, dwa ogórki gruntowe. Do tego prawie zimna, ale nadal pyszna kawa. Trochę celowo pokazałam swoje śniadanie z newralgicznymi produktami. Mamy tu kawę z mlekiem (o kawie pisałam już powyżej, mleko krowie kupuję od zaprzyjaźnionego gospodarstwa lub wybieram roślinny zamiennik – owsiane, grochowe lub „toniemleko”), awokado (uwielbiają je moje dzieci, więc aby oczyścić sumienie przy zakupie wybieram wersję certyfikowaną), jaja to oczywiście zawsze zerówki.

 3. Pielęgnacja, nie kreacja.

 Teoretycznie nadal parę razy w tygodniu robię makijaż, ale nijak on ma się do tego, co nakładałam na twarz kiedyś. A – biorąc pod uwagą społeczną presję – im jestem starsza to przecież w teorii bardziej tego makijażu powinnam potrzebować (sick!). Czy to moje lenistwo, czy jednak powszechna zmiana poglądów (błagam, napiszcie w komentarzach, że to drugie)? A może… fakt, że coraz skuteczniej dbamy o naszą skórę sprawia, że nie chcemy jej aż tak ukrywać? A może wszystko naraz! (Łącznie z tym lenistwem na początku.)

 No dobrze, kończąc chrupkie niczym sucharki żarty – w ostatnich latach zmieniły się u mnie przede wszystkim proporcje między tym, jak próbuje wykreować swój wygląd, a tym jak chcę dbać o swoje ciało i twarz. Do tego pierwszego z roku na rok tracę zaangażowanie. Za to ten drugi aspekt jest dla mnie wyzwaniem, któremu próbuję sprostać.

  Dwadzieścia lat temu wraz z moimi koleżankami traktowałyśmy rady dermatologów o kremach z filtrem mniej więcej z takim nastawieniem, jak teraz, gdy słyszę komentarze w stylu „elegancka kobieta zawsze powinna nosić cieliste rajstopy do sukienek/ stanik pod bluzką/wysokie obcasy na oficjalne spotkania” i tak dalej. Mówiąc w skrócie – nie niszcz mi moich młodych lat na bezsensowne ograniczenia. A dziś – same spójrzcie – to ja wcielam się w rolę tej zrzędzącej babci, która nie pozwala Wam siadać na zimnym kamieniu.

  Krem z filtrem to absolutna podstawa mojej codziennej pielęgnacji twarzy. Wolę nie zdążyć z podkładem (to właściwie żaden problem, bo już od dawna zamiast niego używam tego produktu), różem, czy włożyć niewyprasowaną koszulę, ale filtr latem muszę nałożyć. Myślę, że jeśli znajdziecie idealny produkt, który poza ochroną będzie jeszcze sprawiał, że Wasza skóra stanie się bardziej nawilżona, pełna blasku i bez widocznych zmarszczek, to też zmodyfikujecie swoję rutynę.

  Kremy z filtrem to taki segment kosmetyków, który w ostatnich latach zrobił największy technologiczny postęp. Są mniej szkodliwe, łatwiejsze w nałożeniu, przyjemniejsze w stosowaniu. Te najlepsze kosmetyki z filtrem posiadają też całą masę odżywczych składników zapewniają naszej skórze nie tylko ochronę, ale także pielęgnację. 

Mój ulubiony produtk z filtrem, który dobrze sprawdza się nie tylko na wakacjach, ale także jako element codziennej pielęgnacji. Pozytywne renzje na jego temat nie są przesadzone. Sensum Mare Algodrops ultralekka formuła przeciw fotostarzeniu z SPF 50+ to połączenie pielęgnacyjnych właściwości serum do twarzy z kompleksową ochroną przed promieniami słonecznymi, zanieczyszczeniem oraz niebieskim i podczerwonym światłem. A teraz czas na odśpiewanie sto lat! Już trzy lata minęły odkąd pierwszy raz wspomniałam tutaj o marce Sensum Mare. Od tego czasu pokochały ją dziesiątki tysięcy Czytelniczek i jest to marka, do której – według statystyk – wracacie najczęściej. Założyciele marki postanowili z tej okazji udostępnić wyjątkowy kod MLE25 dający -25% na wszystko (poza zestawami). Możecie z niego skorzystać do 15 lipca. 

4. Homefulness.

  Poranna i wieczorna rutyna to ramy, pomiędzy którymi może wydarzyć się wiele, ale jeśli one są mocne i dają nam poczucie stabilności to wiem, że dzień, mimo niespodzianek może okazać się udany.  Inspirując się popularnym w ostatnim czasie słowem „mindfulness” stworzyłam jego wariację, która posłużyła mi jako tytuł tego akapitu. Rozumiem to jako pewien rodzaj „domowej filozofii”, według której czas spędzony w naszych czterech ścianach powinien przygotowywać nas na to, co poza nimi i jednocześnie pomagać koncentrować uwagę na tych drobnych domowych czynnościach, które przynoszą nam przyjemność/satysfakcję/spokój. Kiedyś nasze poranki nastawione były na to, abyśmy pokazały się światu tak, jak on chce nas widzieć. Mam wrażenie, że dziś znacznie ważniejsze jest dla nas to, aby rano znaleźć siłę i dobre nastawienie, które pozwolą nam po przekroczeniu progu mieszkania  spostać wyzwaniom najbliższych kilku godzin.

  Na czym więc polega nowoczesne podejście do codzienności? Na zadbaniu o siebie, ale nie kosztem planety. Na korzystaniu z innowacyjnych rozwiązań, ale tak, aby faktycznie usprawniały naszą rutynę, a nie wywalały ja do góry nogami. Na świadomym wyborze i poszerzaniu horyzontów. Jeśli tak mogę tę nowoczeność rozumieć, to się jej nie boję i chętnię będą z nią witać nowy dzień.

 

CHANEL Color Anima

Wpis powstał przy współpracy z marką CHANEL. 

 

  Piękno dla każdego z nas oznacza co innego. Dzisiaj uniwersalne kanony to dla niektórych za mało – aby doświadczyć zachwytu trzeba zaskakiwać. Spojrzeć dalej, otworzyć oczy na to, co inne, czasem zawrócić i przejść tę samą drogę jeszcze raz, aby wyłapać nieoczywistości.

  Gdy marka CHANEL zapytała mnie czy chcę towarzyszyć jej w odkrywaniu nowej perspektywy piękna – i to na południu Francji – naprawdę trudno było mi się zdecydować… taaaa, jasne. To oczywiście tylko kiepski dowcip z mojej strony – potwierdziłam wyjazd nawet bez zerknięcia w kalendarz, jakbym bała się, że w ciągu tych dziesięciu sekund Portos wyczuje okazję i zaszczeka, że skoro ja nie jestem pewna to on jedzie za mnie.

  Dotarłam więc szczęśliwie do słonecznego St. Tropez i przez dwa dni „wraz z rodziną CHANEL” (tak zwykło się podobno mówić, a ja łatwo do tego przywykłam) sprawdzałam jak marka postanowiła zredefiniować piękno. Niektóre elementy, miejsca, wrażenia zostawiam tylko dla siebie – bo wielkie domy mody lubią mieć swoje tajemnice – ale kilka ujęć pozwalam sobie tu przemycić.

  Gdy dotarliśmy do willi położonej na stromym zboczu nieopodal Saint Tropez od razu zorientowałam się, że nie jest to przestrzeń dostępna dla wszystkich. Właściwie to miałam wrażenie, że weszłam do czyjegoś domu. Gdy inni gości zajmowali się robieniem zdjęć ja dreptałam sobie wokół posiadłości, a później przeglądałam książki ułożone idealnie na półkach – „Modernism in Dialogue”, „Surrealism and Beyond” i mnóstwo albumów znanych artystów. „To musiał być dom jakiegoś artysty albo architekta” – uznałam. Dostrzegłam nawet na regale malutkie zdjęcie psa zrobione polaroidem, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie jest to bezosobowa przestrzeń wykreowana na potrzeby oficjalnych wydarzeń.

  Właścicielem posiadłości był aż do śmierci Enrico Navarra – dowiedziałam się później dopytując pana z obsługi, który dyskretnie stał z boku. Chyba nawet się ucieszył, że ktoś chciał poznać historię miejsca, którym na co dzień się opiekował, bo okazał się być bardzo rozmowny. Navarra to znany we Francji kolekcjoner sztuki i współtwórca wielu znanych wystaw. To wyjaśniało dlaczego w ogrodzie znajdowały się zwracające uwagę instalacje (między innymi łuk Bernara Veneta czy doniczka autorstwa Jean-Pierre’a Raynauda). „Ależ niesamowite spotkania musiały się tu odbywać” pomyślałam i sama udałam się na inspirującą rozmowę z trzema nowymi członkiniami zespołu studia makijażu CHANEL.

  Cecile Paravina, Valentina Li i Ammy Drameh to młodziutkie i niezwykle utalentowane kobiety, dla których CHANEL otworzyło swoje drzwi. Wystarczył kwadrans w ich towarzystwie aby zrozumieć jak wiele mają do zaoferowania. Jeśli śledzicie kanały CHANEL z pewnością nie raz natkniecie się na efekty ich pracy. Trzymam kciuki za to kobiece trio, które postanowiło poświęcić swoją karierę redefiniowaniu piękna. „Dziś musi być ono unikalne, a jednocześnie bardziej inkluzywne” – mówią jednym głosem. I oby tak było. Ja ruszam dalej w drogę i zostawiam Was z krótką fotorelacją.

Prosto z lotniska popędziłam wraz z moją polską grupą na lunch. Jak to w Saint Tropez, tuż obok naszego stolika turyści korzystali z uroków plaży, a ja, chociaż na piasku nie wypadało mi się położyć, to cieszyłam się z widoku morza. Jako Sopocianka zawsze czuję się bezpieczniej gdy wiem, w którą stronę woda ;). "No meat this week" czyli moje małe zmiany, których nie traktuję jak wyrzeczenia. // Podobno w Trójmieście pogoda była w tym czasie dokładnie taka sama! :)
Lektura na wieczór. Kolejny dzień miał być poświęcony kolorom – małe przygotowanie na pewno nie zaszkodzi. Co ja tu robię?! 
Gdyby zespół CHANEL wiedział jak bardzo doceniam te ręcznie wypisane kartki… I to co w torebce też! :)
Tego dnia zaopiekowała się mną "CHANEL Make up Artist" czyli Marianna Yurkiewicz. My tu o kolorach, a ja i tak wolę ten zestaw ;). Gdy przychodzisz do knajpy, w której wcześniej jakoś nie chcieli ci zrobić rezerwacji dla pary dorosłych z dwójką małych dzieci :). 
Jedyne zdjęcie makijażu, które znalazłam – był piękny i taki inny niż ten, który sama sobie robię!marynarka – MLE // jedwabny top – Moye // torebka – CHANEL // spodnie – Samsoe&Samsoe // sandały – Ancient Greek Sandals

Wszystkie te rzeczy są w mojej szafie od bardzo dawna, ale tym razem połączyłam je w inny sposób. Skoro wydarzenie miało nas nauczyć zmiany postrzegania piękna, to na siebie też spróbowałam spojrzeć inaczej. "Kochanie, ja tu jestem strasznie zajęta, a jak Tobie poszło usypianie dzieci? :D"Wczesna pobudka i zaraz ruszamy. szorty – 303 Avenue (kolekcja sprzed roku // sandały – Ancient Greek Sandals // top na wiązanych ramiączkach – MLEHistoryczny hotel…… i śniadanie z widokiem. 
W Saint Tropez znajduje się sezonowy butik CHANEL – uczta dla miłośników stylowych wnętrz. Niecała godzina drogi i dotarliśmy do naszej "sekretnej lokalizacji".
Do kogo się wprosiliśmy? Sprawdzam!A to łuk, o którym pisałam wcześniej, czyli fragment ekspozycji autorstwa Bernara Veneta.Jest i pan Navarra. Nie chcę nawet myśleć jak długo trzeba było szukać tak wyjątkowego miejsca z historią…
Moje wybory. A tu już druga część posiadłości, która bardzo przypominała mi te z obrazów Davida Hockeny'a. W środku czekały na nas artystyczne instalacje, które miały pomóc nam zmienić podejście do kolorów. Tego deszczu chyba nikt się nie spodziewał. Czyżby ktoś ciągnął za sobą tę pogodę z Trójmiasta?
aaa tam… trochę kropi. Czekamy na powrót słońca z Jessicą ​A tu poniżej puszczam do Was trochę oko. Zabawiłam się w małego "fashion hunter" – poniżej tylko kilka z wielu pięknych modeli torebek, które miały ze sobą uczestniczki wyjazdu. Szaleństwo :)
Czy to księżyc spadł z nieba? Nie, ale wieczór faktycznie już się zbliża. To co czeka mnie dalej zostanie już pomiędzy mną, a marką CHANEL. 

Dobranoc!

 

Last Month

Artykuł zawiera lokowanie marek Say Hi, Balagan, Bobux i Wydawnictwa Znak. 

 

  Od rana brzmi mi w głowie piosenka zasłyszana w radio. "To był maj, pachniała Saska Kępa szalonym, zielonym bzem…". Co prawda ten, który teraz prawie wchodzi mi przez otwarte okno do mieszkania jest soczyście fioletowy, a nie zielony, ale jego zapach faktycznie potrafi zbałamucić. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że maj to taki miesiąc, w którym najmilej się zakochać, bo dla natury to także czas pierwszej miłości. Wszystko jest nowe, świeże i jeszcze nie wiadomo, co się wydarzy. A dziś już wiem, że w maju wydarzyło się aż nadto. Liczba zdjęć chyba to potwierdzi! Zapraszam Was do długiej fotorelacji ze zwykłej/niezwykłej codzienności. 

Aby rozpocząć majowe historie według chronologii, cofam się wspomnieniami do Hiszpanii. To właśnie w pięknej i tajemniczej Andaluzji spędziłam tegoroczną majówkę. Są takie filmy, które wywołują we mnie jakąś dziwną mieszankę emocji – coś jak połączenie tęsknoty za czymś czego się nigdy nie poznało, wzruszenia i jednocześnie ekscytacji, że życie może być tak zaskakujące. No i że tak głęboko w środku każdy z nas marzy o tym samym, aby mimo wszelkim przeciwnościom móc być blisko osób, które kochamy najbardziej. Te filmy to przede wszystkim „Dom dusz”, „Angielski pacjent” i „Pożegnanie z Afryką”. Czy to przypadek, że wszystkie te historie dzieją się w krainach spalonych słońcem, na pustkowiach, gdzie łatwiej jest dostrzec to co najważniejsze? Pewnie nie. Andaluzja to miejsce, które świetnie wpisałoby się jako tło do kolejnej wielkiej epopei. Przez chwilę czułam się tu tak, jakbym sama stała się jej bohaterką. Ale tyczyło się to – na szczęście – tylko widoków i tej magicznej południowej atmosfery. Chciałabym, aby tak zostało jak najdłużej. 1. Dmuchane koła w kształcie koników, tęczowe okularki basenowe i pieluchy do kąpieli – wszystko to wraz z właścicielkami poszło się pluskać do wody. Mogę przez chwilę udawać na tym leżaku bezdzietną pannę ;). Uprzedzając pytania – klapki to Hermes, kosz jest z 303 Avenue, czarna kamizelka to oczywiście MLE, a okulary to Le Specs. // 2. Bujne drzewa oliwkowe, z których powstaje potem pyszna i intensywna w smaku Oliwa. // 

Gdy w kuchni szykuje się paella. 

Manipulacje w postaci buziaków dla mamy, podjudzanie młodszej siostry i symulowanie ucieczki z hotelowego pokoju – a wszystko po to, aby szybciej zaciągnąć rodziców na plażę. Udało się!Ciekawe czy klimat tego wnętrza udałoby się przenieść do mojej sypialni? Może czas na pościel w żywszym kolorze? A może trzeba się po prostu pogodzić z tym, że południowe światło współgra z żywymi kolorami inaczej?1. Moja wymarzona! W piątek wchodzi do sprzedaży, a ja mogę się tylko cieszyć, że już od miesiąca mam ją w szafie! // 2. Śpią! Obydwie! Ale… gdzie jest tata? Czyżby sam padł w trakcie usypiania? Czyżby czekała mnie godzina samotności na tarasie? Uwielbiam być mamą – to najpiękniejsza rola mojego życia ale… niezmienie też uwielbiam ten moment jak moje dzieci śpią ;). // 

Gdy ich torebki są fajniejsze niż moje…

1. Zapach wakacyjnej magii. // 2. Como estas? Estoy bien. Zwłaszcza gdy mam w ręku gorącego churrosa! / 3. Ach te drobne frezy! To surowe, niezabejcowane drewno! Ten kamień w formie progu! Mosiężna kołatka! Wspominałam już, że drzwi kamienic w starych miastach to moja mała obsesja? // 4. Zbieranie muszli to w pewnym sensie wakacyjna medytacja. // Małe waleczne stopy potrzebują dobrego wsparcia. Taki sam model kupiłam też dla naszego przedszkolaka. To już dla nas kolejny sezon z marką BOBUX.  W linku znajdziecie stronę, która pomoże Wam dopasować rozmiar.   1. A ta jest dla Ciebie! // 2. Walka o skarpetki przegrana. Skąd one już wiedzę, że do sandałów się ich nie nosi?! // 

Gdy stół do śniadania jest tak pięknie nakryty, to aż żal coś zamawiać.

1. Gdybym umiała pisać powieści, to moi bohaterowie mieszkaliby właśnie tutaj. // 2. Kolejny rok, kolejny dzień – ten sam kosz (303 avenue). // 

Hola!

Ulubiona forma zwiedzania z dziećmi? Włóczenie się! :)

Ten smak! Chciałabym odtworzyć, ale wiem, że to nie takie proste.

 Obiecałam sobie, że na tym wyjeździe zapomnę o pracy, a jeśli będę robić zdjęcia to tylko z wewnętrznej potrzeby. Tak więc, drugiego dnia skończyło mi się miejsce na karcie w aparacie, a trzeciego icloud w telefonie powiedział, że ma dosyć i chce podwyżkę. Ale to tylko potwierdzenie tego, co wiemy od zawsze. Ekspresja i twórczość potrzebują przestrzeni. 1. Zmiana perspektywy. // 2. Gdy wstaniesz na chwilę od stołu i zostawisz przy nim dzieci. // 3. Dobry filtr na twarz nałożony! // 4. Mam nadzieję, że za ten plasterek łososia przyniesiesz nam szczęście! // 

Gdy właściwie nawet nie podjęłaś takiej decyzji, ale krok po kroku jesteś coraz bliżej wegetarianizmu. 

No i powrót do domu, a w nim masa rzeczy do zrobienia. Zaczynamy od naprawy naszej ogrodowej huśtawki. 

1. Królowa zadowolona. // 2. Wiosna w rozkwicie – wersja słodka. // 3. Wyciągam z szafy ulubione letnie sukienki. Ta przetrwała próbę czasu. // 4. Prace ogrodowe. Zaraz, zaraz, czy ja dobrze widzę? Kto podlał magnolię płynem do robienia baniek?! // I znowu Bobux – z tymi sandałkami się teraz nie rozstajemy. Jeśli zastanawiacie się nad ich zakupem to z kodem 20MLE otrzymacie 20% rabatu na buciki ze sklepu Bobux a z kodu możecie korzystać do 4 czerwca (do końca dnia). Jaki cudowny próbnik kolorystyczny na nasze jesienno-zimowe swetry! A gdzie są próbki szarości, czerni i bieli? ;)Wieczór. Ten czas po kolacji, ale jeszcze przed kąpięlą. Krzątamy się po domu, w dobrych humorach, bo zaraz przyjdzie czas odpoczynku. I już rano! Dziś na sportowo? A może skorzystam z pogody i wskoczę w szorty? Dylematy, na które właściwie nie mam czasu.Następne pytanie! Na zielono czy żółto? Warzywa czy owoce? Ten kto mnie zna wie, że śniadanie dla mnie jest po lewej. Kolejny pojedynek zieleń vs. żółć. Albo raczej: mat vs. błysk. Dziś wybieram to pierwsze, bo dzień jest upalny i zależy mi, aby makijaż wytrzymał do wieczora. Te dwa kremy to produkty od marki SAY HI. Ten żółty daje piękny efekt nawilżenia i nie uczula nawet bardzo wrażliwej skóry (używałam go razem z mężem zimą i z przyjemnością do niego wrócę). Od kilku dni mamy w Sopocie prawdziwe lato i uznałam, że to dobra okazja aby zacząć testować zawartość tego zielonego słoiczka – ma bardzo odświeżający zapach i po jego nałożeniu skóra jest ładnie zmatowiona (ale nie daje uczucia ściągnięcia). Co ważne – substancje w kosmetykach są naturalne i wegańskie, kosmetyki nie są testowane na zwierzętach. Marka nie używa folii przy wysyłce ani żadnego plastiku. Przekazuję Wam kod na zakupy, gdybyście same chciały przetestować te produkty. Wpiszcie MLE20 przy dokonywaniu zakupów, a dostaniecie 20% zniżki (kod jest ważny do końca czerwca).

Naprawdę nie spodziewałam się, że ten model będzie wyglądał na żywo aż tak ładnie! Ja wybrałam rozmiar 37 i jest idealny. Buty są też zaskakująco wygodne – skórka jest delikatna, a obcas dobrze wyprofilowany. Żadnych obtarć przy pierwszym noszeniu. To oczywiście polska marka BALAGAN.

Portos próbuje zasugerować, że chce nagrać swój własny tutorial pod tytułem "make up no make up".
Czerń i granat. Tak czy nie? A co do tych butów, marka BALAGAN przygotowała ponownie kod -20% na cały nieprzeceniony asortyment. Wystarczy podać kod MLE20 (kod ważny do 14 czerwca).Jeśli spytalibyście naszą rodzinę, kto najchętniej wyszukuje książek do czytania na dobranoc, to z całą pewnością wszyscy wskazaliby na mnie. Uwielbiam wracać do tych z mojego dzieciństwa, a jeśli kupuję coś nowego, to bardzo krytycznie się przyglądam. Czy ma ilustracje? Czy jest mądra? Czy dobrze napisana? Czy zaciekawi małe dzieci? Czy jest ładnie wydana? W przypadku tej książki wszystkie odpowiedzi brzmią: TAK.
Być może obiła Wam się już informacja o książce dla dzieci, której autorką jest nie kto inny a Natalie Portman. W jej wydaniu klasyczne historie mają nie tylko ponadczasowe przesłanie, ale też mnóstwo odwołań do współczesności:  zając przechwala się modnym dresem, jedna ze świnek je chińszczyznę zamówioną na wynos, podczas gdy druga dba o planetę, a mysz domowa próbuje wyciągnąć mysz polną na imprezę. Do tego błyskotliwy przekład Michała Rusinka, który już nie raz udowodnił mi, że słowo czytane na głos rządzi się innymi prawami i wymaga specjalnego traktowania. Często mam wrażenie, że niektóre bajki powinni czytać także dorośli. 1. "Noc muzeów" to nasza tradycja. Dziś już trochę robimy miejsca młodszym i po Muzeum Narodowym w Gdańsku uciekamy na randkę. To właśnie tutaj można zobaczyć na żywo słynne dzieło Memlinga "Sąd ostateczny".Prześwitujące body z organzy wygrało plebiscyt na ulubiony strój wieczorowy (jest marki Undresscode, możecie je też znaleźć na Modivo).  1. "Pobożni i cnotliwi" to tytuł wystawy tymczasowej w Muzeum Narodowym w Gdańsku. // 2 i 3. Restauracja "Mielżyński" na terenach starej stoczni gdańskiej. Lubimy tu przychodzić. // 4. "Jak kradniesz mi ten makaron, to chociaż nie ubrudź sobie rękawa!"  // Szparagi. Moja domowa wersja z jajkiem wygląda zdecydowanie mniej szykownie. Miejsce dla gdańszczan szczególne.A tu kulisy pracy, które rzadko pokazuję, bo nie mam wtedy zwykle czasu aby sięgać za telefon. MLE i La Ronde jak każde przedsięwzięcie potrzebują zaangażowania – mamy cudowny zespół i to także dzięki niemu z miesiąca na miesiąc jestem z tych marek coraz bardziej dumna. Sesja produktowa – ubrania potrzebują odpowiednich dodatków, o które dbają nasze stylistki. 
Godziny spędzone w studiu to w naszej pracy standard. (Sukienka Asi po prawej to Arras, a buty są z Zary.)A to sukienka, którą noszę bardzo często (nawet w tym wpisie pojawia się kilkukrotnie). To nasz absolutny bestseller, a ponieważ od zadowolonych Klientek otrzymujemy wiele pozytywnych recenzji to postanowiłyśmy doszyć więcej sztuk. Tutaj możecie się zapisywać. Mała retrospekcja z Warszawy! Cudowny, szalony dzień w super towarzystwie!
Nowa torebka? Nie tym razem ;). W środku znalazłam piękny album o historii najsłynniejszych zapachów. 
 Źródła każdej niemal legendy skrywają jakąś tajemnicę, a miejsca ich narodzin są zazwyczaj trudno dostępne, trochę zagadkowe, owiane swoistą aurą mistycyzmu i zapachem natury i przeszłości. Wiem, że nie zawsze to łatwa sprawa, że nie każda mama może, nie każda chce. Gdy przyszłe mamy pytają mnie o karmienie piersią to szczerze odpowiadam – warto próbować. Od dawna wiemy, że naturalny pokarm jest dla dziecka najzdrowszy, ale czy wiedziałyście, że naturalne karmienie to także wymierne korzyści zdrowotne dla kobiet? Tutaj znajdziecie naukowe potwierdzenieMorele. Nie każdemu smakują, ale ja je uwielbiam. Przypominają mi trochę owocowe wersje pączków – to pewnie dlatego. W tej szklanej wazie wyglądają jak dzieło sztuki – zresztą ta waza (czy może raczej patera?) to naczynie, w którym wszystko wygląda ładnie. Proste linie, gładkie zatopione obrzeże i wysokiej jakości przejrzyste szkło pasuje zarówno do nowoczesnej, jak i klasycznej zastawy.To tylko kilka kadrów z wielu w moim telefonie, które powstały przy okazji pieczenia słynnego morelowego ciasta. Gdy po raz pierwszy dzieliłam się z Wami tym przepisem tutaj, to żadne małe rączki jeszcze mi nie pomagały więc czas przygotowania był szybszy :D. Pomoc to sprawa drugorzędna – mamy tu kolejkę do oblizywania łyżki wymazanej w roztopionej białej czekoladzie…… dokładnie tej tabliczki.

BANALNE CIASTO JOGURTOWE Z MORELAMI

(lub innymi owocami, jak kto lubi)

Skład:

(forma o wymiarach 20 na 30 cm, można użyć okrągłej)

3 jajka

200 g mąki pszennej

150 g cukru pudru

120 ml oleju roślinnego

1 mały jogurt naturalny

1 tabliczka białej czekolady

1/2 kg moreli

skórka z 1 cytryny

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżeczka naturalnego aromatu z wanilii 

A oto jak to zrobić: 

1. Morele dokładnie myjemy, kroimy w połówki i usuwamy pestki. 2. Jajka z cukrem pudrem ubijamy na puszystą masę. 3. Do małego rondelka dodajemy łyżkę oleju i na małym gazie rozpuszczamy białą czekoladę (nie chce mi się tego robić w kąpieli wodnej, więc garnuszek trzymam na ogniu dosłownie kilkanaście sekund, potem stawiam obok – delikatne ciepło sprawi, że czekolada się rozpuści ale nie przypali).
4. Do jajek i cukru dodaję jogurt, aromat waniliowy, skórkę z cytryny i pozostały olej, dokładnie mieszam. Wsypuję powoli mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Dodaję rozpouszczoną czekoladę. Po połączeniu wszystkich składników, włączam piekarnik na 180 stopni. Formę wykładam papierem do pieczenia. Lubię gdy w cieście jest dużo owoców, więc wykładam nimi najpierw spód blachy (tak aby się nie stykały), zalewam ciastem i dodaję resztę (zawsze przekrojoną częścią moreli do góry, w przeciwnym razie w trakcie pieczenia sok pójdzie w dół i może za bardzo rozwodnić ciasto). Pieczemy ok. 40-45 minut (do momentu, aż pośrodku będzie lekko ścięte). Jeśli zobaczycie, że ciasto za bardzo przypieka się od góry, to zmniejszcie temperaturę to 150 stopni. Przed podaniem posypujemy cukrem pudrem.

Zarówno waza z wcześniejszego zdjęcia z morelami, jak i szklana patera z kloszem są z kolekcji Glamour KROSNO. Zostały wykonane z dbałością o każdy detal przez najbardziej doświadczonych hutników. Nasze ciasto nie jest może zbyt zjawiskowe ani eleganckie, ale przy takim anturażu nawet ono przezentuje się dostojnie. Bardzo się cieszę, że w Polsce produkowane są tak świetnie gatunkowo rzeczy i z przyjemmnością polecam produkty od KROSNO. Z kodem KASIA 20 dostaniecie rabat na zakupy w sklepie krosno.com.pl (jest aktywny do 10 czerwca).Pierwsze plażowanie za nami. Musimy znaleźć jakiś sposób, aby częściej móc tu przychodzić. Biała lniana koszula i dżinsy. Ale jestem nudna. Znam doskonale wszystkie te wymówki pod tytułem „nie mam kiedy czytać”. Ba! Sama dopisuję do tej długiej listy nowe pozycje. A jednocześnie wiem doskonale, że jeśli trafię na coś genialnego, to zyskam nagle magiczne moce (a może po prostu odpowiedni stopień motywacji) i niespostrzeżenie, to tu, to tam, jakoś tak wyjdzie, że 250 stron pyknę w jeden wieczór. Czy następnego dnia zasypiam na stojąco robiąc poranny makijaż? Być może. Ale czasem warto zarwać noc, aby dać się porwać epopei noblisty. „Noce zarazy” opowiada o dwoistości ludzkiej natury, o tym, do czego doprowadza utracona wolność, o tym jak groźne jest nadużywanie władzy i ograniczanie praw, o propagandzie i strachu, który ją karmi. I chociaż „Noce zarazy” można by po prostu uznać za świetny kryminał o fikcyjnej wyspie Imperium Osmańskiego, na której wybucha epidemia dżumy, to ciężko nie dostrzec, że literacki świat Orhana Pamuka stawia przede mną aż nazbyt aktualne pytania i każe sądzić, że to tak naprawdę współczesna powieść o nas samych.
Sprawdzony sposób na to, aby namówić dzieci na spacer? Wystarczy powiedzieć, że to jest ten moment, kiedy trzeba posprzątać pokój…… i oporny przedszkolak sam rzuca się do ucieczki.Biuro marzeń! Co prawda tylko przez krótki czas, ale i tak było miło! W maju MLE przeniosło się do niesamowitej przestrzeni stworzonej przy udziale @comune.obj czyli @thegoodliving.co i @lexavala. Wrzeszczańska Willa Putkamerów zyskała świeżego ducha, bo w mieszkaniu na parterze, stworzono pop-up z meblami marki @thegoodliving.co oraz z pracami zaprzyjaźnionych artystów. The Good Living&Co powstała w Chojnicach a Lexavala w Nowym Sączu. O ich działałności napisał nawet Vogue Living! "Właściciele marek są jednocześnie głównymi projektantami a ich wspólną cechą jest między innymi zamiłowanie do tworzenia w metalu, przywiązanie do perfekcjonizmu oraz funkcjonalizm. Flagowym modelem marki Lexavala jest lampa Oblivion w kształcie prostopadłościanu, w której zastosowana technologia pozwala. 98% odwzorować naturalne światło. Marka The Good Living natomiast bardzo lubuje się w metalu – z czarnej polerowanej stali uzyskują srebrne komody i krzesła, z falujących prętów – kute parawany. Zimny metal chętnie łączą z tapicerowanymi walcami. Meble projektantki – Moniki Szyca-Thomas to abstrakcyjne obiekty, geometryczne formy zmieniające wnętrze w plastyczną kompozycję."Dostawa świeżego bzu i biurko "marzenie". No i sukienka Alken od MLE.A tu przestrzeń zespołu MLE od kuchni. Tworzenie treści i zdjęć na bloga i mój Instagram to zwykle praca z domu, w pojedynkę, z aparatem w dłoni, albo z dziećmi biegającymi wokół nóg. Ale gdy chodzi o MLE i La Ronde to czasem mam wrażenie, że w 10 minut z kury domowej muszę zmienić się w bohaterkę filmu "Diabeł ubiera się u Prady". I chyba lubię te kontrasty. Co robią koleżanki z pracy, gdy masz zły humor? Traktują to jako wymówkę, aby kupować słodycze! Z najbliższymi chcemy się dzielić tylko tym, co najlepsze. Jeśli chciałabyś pokazać mamie coś nowego, albo jeśli Twoja córka poszukuje swojego stylu i chcesz jej w tym pomóc, to dziś jest najlepsza okazja, aby powiedzieć najbliższym kobietom o MLE. Uczciłyśmy hucznie Dzień Mamy i z tej okazji po raz pierwszy ruszamy z promocją dla tych z Was, które do tej pory do nas nie zaglądały. Dla wszystkich nowych użytkowniczek mamy kod „MLEMAMA” na -25%. Dla mam, córek i każdej kobiety, która wierzy w to, że idealne ubrania naprawdę istnieją. Z kodu możecie korzystać jeszcze dzisiaj (1 czerwca) do końca dnia. A tuż obok biura – sala balowa! Stary Wrzeszcz kryje w sobie piękne tajemnice. 
Nie wiem czy ze mną jest coś nie tak (to znaczy „coś nie tak” jest na pewno, ale czy w tej kwestii to „nie tak” jest dużo silniejsze niż u innych?) ale Dzień Mamy to dla mnie od dawna huśtawka emocji i to nie zawsze tych łatwych. Mam ogromne szczęście, że wychowywała mnie (i chyba nadal trochę wychowuje gdy trzeba) najkochańsza mama na świecie, a i moja relacja z córkami jest taka o jakiej zawsze marzyłam (nawet jeśli nie zawsze jest idealna). A mimo tego wszystkie wzruszenia na przedszkolnych przesłodkich przedstawieniach podszyte są jakimś niewypowiedzianym żalem, że czas ucieka tak szybko. Że przed chwilą to ja robiłam laurki dla mamy, a dziś to ja je dostaje. Za to moja mama musi czekać na Dzień Babci aby dostać swoje. Że tak niepostrzeżenie to wszystko płynie, a to co wydaje się niezmienne jest w gruncie rzeczy tak kruche. Zalatana ale szczęśliwa!A tu już moje cztery kąty – wciąż w fazie remontu, ale już coraz bliżej końca. Jak to mawiają fachowcy "nie obiecuję, ale do Wigilii powinniśmy skończyć".  

Zaległe prace domowe to mój stary sposób na to, aby chociaż na chwilę odzyskać spokój. Mieliśmy zostawić to piłowanie i wiercenie na weekend, ale zmieniono nam plany. Wiem, że nie zaglądacie tutaj po to, aby czytać o cudzych problemach, a ja szukam wsparcia wśród najbliższych – nie w internecie. Dlatego zamiast użalać się nad sobą powiem tylko, że bardzo dziękuję za Wasze życzliwe słowa – gdy ma się wrażenie, że cały aparat państwa próbuje zniszczyć ukochaną ci osobę docenia się każde wsparcie. Mam nadzieję, że w niedzielę w Warszawie spotkam wiele z Was, a tymczasem cieszę się, że mogłyśmy spędzić tutaj razem kilka miłych chwil. Niech ten nadchodzący czerwiec będzie dla Was dobry!

 

 

Wymarzona wieczorna rutyna, na którą chciałabym znaleźć czas

Artykuł zawiera lokowanie produktów. 

  „To dziwne, że ludzie potrafią tak łatwo okazywać sobie tyle serdeczności; może łączy ich wspólne oczekiwanie na nadchodzący wieczór” to słowa słynnego pisarza, noblisty – Kazuo Ishiguro. Być może dla bohaterów jego powieści było to zaskakujące, ale mnie w ogóle nie dziwi, że perspektywa zbliżającego się kresu dnia wydaje się niektórym tak słodka, że z marszu poprawia humor.  

  Czysta wymaglowana pościel, przewietrzona sypialnia, nowy odcinek „Sukcesji”, który czeka jeszcze na obejrzenie, albo szklanka siemienia lnianego – każdy z nas ma w głowie rzeczy, które sprawiają, że przejście z fazy „dzień” na „wieczór” wydaje się przyjemniejsze. Ja jednym tchem mogłabym wymienić wiele takich okoliczności  – większość z nich to po prostu drobne przyjemności, które mogę sprawić sama sobie.

  Bo wieczór to ten czas (przynajmniej w teorii), kiedy nie odhaczamy już rzeczy z listy. Oczywiście proza życia z dziećmi rządzi się swoimi prawami, ale podejrzewam, że większość rodziców przybija sobie piątkę w momencie, w którym dzieci są już po kąpieli i w czystych piżamkach – jeśli mama i tata mają czas aby odpocząć i spokojnie paść na twarz to idę o zakład, że dzieje się to właśnie wtedy.

  Gdy dwa „bombelki” wybiegają z łazienki (i zamiast kierować się do swoich pięknie zaścielonych łóżeczek wbiegają do naszego łóżka) staram się jeszcze spojrzeć na siebie w lustrze, sięgnąć po ulubione kosmetyki, rozczesać włosy i wykonać kilka manewrów w domu – to naprawdę drobniutkie rytuały, które dobrze wpływają na nasz sen i pozwalają wyskoczyć z toru codziennej gonitwy. To dla mnie ważne, zwłaszcza po nerwowym dniu, bo rytuały dają mi poczucie stabilności i niezmienności. Dzięki nim mamy kontrolę chociaż nad jakąś częścią doby. Lęk jest emocją, która pojawia się, gdy odczuwamy niepokój przed tym, co nas czeka w przyszłości, kiedy podejrzewamy, że „stanie się coś złego”. Kiedy jednak mamy gwarancję, że przynajmniej dziś wieczorem wszystko będzie takie, jak zawsze to ten lęk jest mniejszy. Zaczynając i kończąc dzień na własnych warunkach, czujesz, że masz kontrolę, a to pozwala zasnąć spokojniej. Nawet jeśli mówimy tu o tak banalnych czynnościach jak podlanie kwiatów czy słuchanie podcastu. Uwielbiam tworzyć sobie takie schematy umilające zwykłe sytuacje – Wy pewnie też to robicie, nawet jeśli nieświadomie. Dobrze jest je sobie wypunktować, bo ta świadomość potęguję ich siłę. A może ten krótki artykuł sprawi, że będzie ich jeszcze więcej?

1. Nim zapadnie zmrok.

  A o tej porze roku zapada on wyjątkowo późno, więc mamy trochę czasu, aby się do niego przygotować. Lubię w mieszkaniu zamknąć pewną fazę, jasno odciąć jedną porę dnia od drugiej. Zasuwam wtedy zasłony we wszystkich pokojach i zapalam boczne światła. Otwieram okno w sypialni i w pokoju dzieci, często zabieram się już wtedy za ostatnie porządki. W idealnym świecie byłby to pewnie moment, w którym odkładam już wszystkie elektroniczne urządzenia na bok, ale ten artykuł jest o „wymarzonej” wieczornej rutynie, a nie o tej prawdziwej. A prawda wygląda niestety tak, że zwykle zerkam na niego jeszcze wtedy, gdy jestem w łóżku.

  Ale żeby nie było, że jestem taka okropna – zaczerpnęłam sposób, który mignął mi kiedyś na instagramie – ładowarkę mam podłączoną w sypialni, ale nigdy przy łóżku. Gdy jedno z nas idzie do kuchni po szklankę wody na noc (wcale nie po czipsy chowane przed dziećmi, o nie, nie nie…. nigdy, przenigdy nam to nie przeszło przez myśl), to wtedy podłączamy telefony do ładowarek i tym samym odsuwamy je od łóżka tak daleko, że bez wstania z niego nie ma szansy, aby je dosięgnąć. Bariera psychologiczna działa.

  Mój grzech numer jeden? Gdy wszyscy domownicy zasną przede mną, łamię się i sięgam po telefon żeby obejrzeć relacje Make Life Harder. Zawsze łudzę się, że jeśli czymś się martwię i nie potrafię uspokoić gonitwy myśli, to kilka (lub kilkanaście, ewentualnie kilkadziesiąt) zabawnych storisków o bieżących wydarzeniach, zmęczonych niedźwiedziach polarnych i kolejnych rundach pojedynku między Igą Świątek a Lewandowskim sprawią, że się wyluzuję i szybko zasnę. No cóż, niestety chichranie się w poduszkę przynosi zwykle odwrotny skutek. 

Był taki czas, kiedy właściwie zrezygnowałam ze świec w mieszkaniu, chociaż uwielbiam je palić, zwłaszcza po ciężkim dniu. Naczytałam się jednak o szkodliwych substancjach, a że ciężko dorwać na rynku święcę ze zweryfikowanym składem to odpuściłam. W przypadku tego produktu jestem spokojna – genialny wynalazek! Co odróżnia preparaty D'alchemy od typowych świec? Niemal wszystko. To produkty pielęgnacyjne, nie zawierają wosków ani żadnych substancji syntetycznych a po rozpuszczeniu są bezpieczne dla skóry. Wystarczy na chwilę zapalić świecę, by uzyskać konsystencję ciepłego olejku pełnego nawilżających składników aktywnych. Można używać nawet po kuracjach złuszczających (kwasy, peelingi) oraz terapiach z retinolem. Przy okazji mam dla Was kod rabatowy od marki – kod KT20 daje 20% zniżki na kosmetyki, świece i zestawy w sklepie D'alchemy (kod działa do końca maja).

2. Gdybym miała pięć minut na pielęgnację.

  Brzmi jak prowokacja, aby przeczytać w komentarzu: ”Kasiu, najwyraźniej nie umiesz się zorganizować, skoro nie masz nawet pięciu minut wieczorem”, ale tak to zwykle bywa, że przed snem do wykonania jest kilkanaście innych ważniejszych czynności niż wklepywanie dodatkowego serum i samoopalacza, więc zaczynam i kończę na umyciu twarzy i grubej warstwie kremu. Jeśli znajdę sprawdzony sposób na przechytrzenie schematu (albo gdy dzieci nie będą nas wyciągać z łazienki siłą) to plan na perfekcyjną wieczorną pielęgnację już mam – ułożyłam ją tak, aby  w s z y s t k i e potrzeby mojej skóry zostały zaspokojone. Od oczyszczenia, przez odmłodzenie, nawilżenie, aż po idealną opaleniznę i relaks. Poniżej zobaczycie sześć produktów moich ulubionych marek (i chyba Waszych też), których używałabym krok po kroku każdego dnia. 

Żel oczyszczający Jan Marini C-ESTA. To od niego zaczynam wieczorny rytuał pielęgnacyjny. Dokładny demakijaż to rzecz, której nigdy nie pomijam. Ten żel jest świetny, bo ma w swoim składzie witaminę C oraz DMAE dzięki czemu już podczas oczyszczania pielęgnuje skórę (po regularnym stosowaniu naprawdę widać różnicę). Kosmetyk mimo tego jest delikatny i stosuję go również do demakijażu oczu.

Kosmetyki od tej marki polecam zamawiać na stronie topestetic.pl, gdzie można dodatkowo skorzystać z całkowicie bezpłatnej porady kosmetologów (to dzięki temu nie boję się tam zamawiać produktów o aktywniejszym działaniu, bo są one indywidualnie dobrane do mojej skóry). Mam dla Was kod dający 15% rabatu na kosmetyki Jan Marini w sklepie Topestetic – hasło: KASIA15 (akcja trwa do 23 maja – promocje nie łączą się).

Serum z witaminą C i DMAE C-ESTA od Jan Marini. To właśnie serum najczęściej zdarza mi się pominąć, jeśli na wieczorną pielęgnację mam tylko tyle czasu ile zajmuje dwulatce rozwinięcie rolki papieru toaletowego. Ale to nie znaczy, że nie mam swojego faworyta: jest takie serum, do którego wracam – bardzo je lubię i polecałam je wcześniej na blogu. To bestsellerowy kosmetyk od Jan Marini. Zawiera witaminę C (w formie lipofilowej) i DMAE, dzięki czemu błyskawicznie poprawia wygląd skóry, chroni skórę przed przedwczesnym starzeniem oraz przed szkodliwościami czynników zewnętrznych, niweluje widoczność przebarwień.

Krople brązujące do twarzy i dekoltu CATCH THE SUN od Veoli Botanica. To już moja trzecia buteleczka tego produktu. Dzięki niemu mogę chronić twarz przed słońcem, bo nie kusi mnie, aby ją opalać, a jednocześnie osiągam wymarzony kolor i to w bardzo przyjemny sposób. Kropelki można zmieszać z kremem, chociaż ja doszłam już do takiej wprawy z ich rozcieraniem, że najpierw nakładam kropelki, a później krem. Nakładam pipetką naprawdę niewielką ilość na czoło, nos i najbardziej wystającą część kości policzkowych i delikatnie rozsmarowuję. Dlaczego akurat w tych miejscach? Bo to strefy, które najszybciej opalają się w naturalnych warunkach. Jeśli na tak przygotowaną skórę nałożę krem, to krawędzie produktu i tak idealnie się rozetrą. Jesienią i zimą wystarczy, że nałożę krople raz, maksymalnie dwa razy w tygodniu. Teraz staram się o tym pamiętać trzy razy w tygodniu. Jeśli chcecie przetestować ten lub inne produkty od Veoli Botanica to możecie skorzystać z kodu rabatowego makelifeeasier25 (daje 25% rabatu na asortyment Veoli Botanica do 1 czerwca).  

Hydrostabilizująco maska na noc Algomask od Sensum Mare. Pytanie, które moje koleżanki najczęściej zadają mi na przywitanie? Nie, to niestety nie jest: „jak ty to robisz, że tak pięknie wyglądasz?” tylko: „kiedy będziesz mieć kod do Sensum Mare?”. Ale czemu ja się dziwię skoro sama używam kosmetyków tej marki na okrągło? Maskę, którą widzicie na zdjęciach nakłada się na noc i spłukuje dopiero rano. Działa podczas snu jak kuracja nawilżająco regeneracyjna, pozostaje aktywna nocą, w czasie gdy skóra najsilniej się regeneruje. Po przebudzeniu skóra będzie bardziej jędrna, doskonale nawilżona, a zmarszczki mniej widoczne. Jeśli kończy Wam się już krem BB, albo szukacie idealnego kremu z filtrem, albo chcecie przetestować tę maskę, to dzielę się kodem: MLE daje zniżkę 20% na cały asortyment poza zestawami i aktywny będzie do 10 czerwca.

Krem do rąk Spectacular Hand Therapy D'alchemy Mój ukochany krem do rąk od lat. Najczęściej noszę go w torebce (albo trzymam w schowku w samochodzie), ale jeśli mam spokojniejszy wieczór, to lubię nałożyć bardzo grubę warstwę i delikatnie go wsmarować. Ma genialny zapach (drzewa sandałowego, mandarynki, grapefruita, cedru i słodkiej wanilii) i chyba nigdy mi się nie znudzi.

3. Platforma streamingowa czy książka?

  Każdy specjalista od zdrowia psychicznego i snu powie, że książka – to oczywiste. I ja też to tutaj publicznie potwierdzę. A więc dlaczego często wygrywa u nas właśnie kolejny sezon ulubionego serialu na dobranoc? Moja pierwsza myśl to: bo możemy to robić razem. Książka lepiej wycisza i uznawana jest za ambitniejszą formę przekazu, ale raczej nie jesteśmy w stanie czytać jej wspólnie, komentować w trakcie, śmiać się i przeżywać kolejne sceny. Ta godzina, gdy dzieci już śpią, to zwykle jedyny moment, w którym jesteśmy sami i żal nam zanurzać nosa między kartki i zamykać się w dwóch różnych światach (staram się to nadrabiać, gdy ta druga połówka wyjeżdża i wieczór spędzamy osobno – wtedy zamieniam się w książkowego mola). Faktem natomiast jest, że jeśli nie możemy oderwać się od intrygi dziejącej się na ekranie, następnego ranka musimy napić się mocniejszej niż zwykle kawy. Czy powinnam w takim razie zrezygnować z tej przyjemności?

  Sama nie mogę podjąć decyzji co oznacza dla mnie w tym przypadku idealna wieczorna rutyna, ale wiem, że stawianie seriali i książek w opozycji nie ma sensu. Jestem ostatnia do okazywania pogardy wobec „miałkich gustów większości, która odrzuciła książki na rzecz banalnej rozrywki”, zwłaszcza, że w repertuarze platform streamingowych można znaleźć takie perły jak „The Greatest Painters of the World”. Nawet snob przyzna, że taki streaming zły nie jest. Poza tym, niby kiedy mam to oglądać jeśli nie wieczorem? 

Piżama to kolekcja MLE sprzed wielu lat (cały czas próbuję namówić Asię na nową kolekcję piżam). Kołdra to zlepek Zara Home i H&M, a książka powyżej to "Pillow Thoughts".

  Na szczęście, im jestem starsza tym wyraźniej widzę, że równowaga nie zawsze jest tożsama z perfekcjonizmem. I piszę to trzymając laptopa na kołdrze o 21:27, co oznacza, że właśnie złamałam narzucone samej sobie przykazanie dotyczące elektroniki przy łóżku. No cóż, kto jest bez winy niech pierwszy rzuci smartfonem. Dobranoc! 

ps. chciałam wrócić do Was z zupełnie innym artykułem, którego jednak od wielu tygodni nie mogłam dokończyć. Dziękuję za cierpliwość!

 

*  *  *

 

Wpis powstał we współpracy reklamowej z Topestetic, Sensum Mare, D'Alchemy, Veoli.