Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi oraz Pasiekami Rodziny Sadowskich, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Zacznę może od tego, że pamięć ma dziwną skłonność do wygładzania ostrych krawędzi. Kiedy dziś próbuję sobie przypomnieć, z jakimi emocjami i lękami wchodziłam we wrzesień, wyraźnie widzę, jak wiele z nich zdążyło już odpłynąć w drugą stronę. Pierwsze huragany mam więc za sobą — choć nie te pogodowe, bo w Sopocie trwa właśnie prawdziwe babie lato. Mam raczej na myśli ten rodzaj zamieszania, który na początku wydaje się większy od nas, a po kilku tygodniach okazuje się czymś, przez co po prostu trzeba było przejść.

  Kilka tygodni temu usłyszałam od kogoś: „pamiętaj, żeby po tym, jak stworzysz już w głowie najgorszy możliwy scenariusz, spróbować wyobrazić sobie także ten najlepszy”. Skoro miesiąc temu nie bardzo mi się to udało, może teraz pójdzie lepiej. Myślę więc o długich spacerach, które w teorii będą grzybobraniem, a w praktyce zwyczajnym chodzeniem z koszykiem bez większego celu. O pieczeniu z dziećmi ciasta marchewkowego. O kilku wieczorach z zaległymi serialami – z „Lalką” na czele – i o tych momentach w pracy, które są tak absurdalnie zabawne, że później opowiadamy je sobie przez kolejne tygodnie. Myślę o tym, jak mimo upływającego czasu, wciąż cieszą mnie te same rzeczy. Na przykład ozłocone drzewa przy sopockiej plaży. W zachodzącym słońcu wyglądają tak, że nie sposób oderwać od nich wzroku.  

  Ale wróćmy jeszcze do tego września…

 

 

Po tygodniach słońca i niebieskiego nieba nareszcie przyszła gorsza pogoda. Jednym do szczęścia potrzebne jest lazurowe morze, a mi czasem potrzeba chmur i deszczu. A skoro przyszedł już ten pierwszy ponury dzień, to zatapiam się w różnych myślach i nadrabiam zaległości. Dzieci ćwiczą swoje pierwsze utwory, a ja poświęcam chwilę, aby napisać kilka słów, bo ktoś po prostu mnie o to poprosił. No więc, czy mogę na chwilę poprosić o Waszą uwagę?

Wielu z nas może się wydawać, że w obliczu choroby onkologicznej dziecka liczą się przede wszystkim wielkie pieniądze. I oczywiście, są one ogromnie ważne. Ale podczas wielomiesięcznego leczenia znaczenie mają również rzeczy pozornie drobne. Takie, które wydarzą się dziś, jutro i pojutrze na szpitalnym oddziale. Z perspektywy domowej kanapy, kiedy właściwie od naszego lenistwa zależy czy zrobimy danego dnia coś ciekawego, zajęcia plastyczne mogą wydawać się czymś niewielkim. 

Ale gdy dzień po dniu otaczają Cię ból i szpitalne ściany, a stan zdrowia nie pozwala korzystać z większości atrakcji dostępnych dla zdrowych dzieci, godzina śmiechu i lepienia z plasteliny nagle staje się prawdziwą przygodą. Czymś, co choć na chwilę pozwala myślom odpocząć od choroby. 

Fundacja z Pompą to nieduża organizacja, bez gigantycznych zasięgów, za to z ogromną energią, żeby codzienność na dziecięcych oddziałach onkologicznych była choć trochę bardziej normalna. Choćby przez godzinę czy dwie dziennie. W teorii takie zajęcia nie kosztują wiele. W praktyce ktoś musi poświęcić swój czas, odpowiednio się przygotować, przyjechać na oddział i zrezygnować w tym czasie z pracy zarobkowej. I robić to nie raz, ale regularnie. 

Jeśli uważacie, że to mało – przeklikajcie dalej. Jeśli jednak czujecie, że poświęcenie własnego czasu i energii po to, by dać trochę radości dzieciom, które bez żadnej swojej winy mierzą się z czymś, co byłoby próbą ponad siły dla większości dorosłych, ma znaczenie – kliknijcie w link i razem ze mną wesprzyjcie Fundację z Pompą. 

Można pomóc także inaczej. Fundacja z Pompą organizuje między innymi warsztaty z pierwszej pomocy, a dochód z wielu jej inicjatyw pozwala finansować codzienną działalność na oddziałach. Zapisując się na takie warsztaty, można więc nauczyć się czegoś naprawdę przydatnego. 

Dziękuję za Waszą uwagę i przepraszam, że skradłam trochę Waszego czasu na takie ogłoszenia – mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. 

Pakuj się, lapku, do torby, bo dziś zabieram Cię na kilka spotkań. Czas, abyś po tygodniu leżenia na moim kuchennym stole, ruszył się z domu!Sopot to symbol eleganckiego kurortu. 
Ale to też miasto, w którym żyję, więc obiektywizm mam ograniczony. We wrześniu często zaglądałam do słynnego Grand Hotelu, ale niestety nie dla przyjemności (chociaż taka praca to sama przyjemność). Czekała nas tam kolejna operacja MLE pod kryptonimem "Wiatr od morza". Pamiątka z 7:30 rano, kiedy dzień wciąż wydawał się całkiem dobrze zaplanowany (ale potem było już standardowo). Mam pewną teorię: jesień najbardziej lubią ci, którzy zapomnieli już, że we wrześniu zaczyna się szkoła. A tu podglądamy naszą tegoroczną kampanię. Nie wiem, ile jeszcze zostało mi czasu, nim AI zrobi to lepiej, ale na szczęście nadal bardziej interesuje nas tworzenie niż generowanie. Przyznam jednak, że stawianie oporu temu technologicznemu wyjadaczowi, to dosyć pracochłonna próba. Po raz kolejny oddałyśmy naszą kampanię w ręce Jakuba Pleśniarskiego. Tym razem jego obiektyw skierował się w stronę Bałtyku. Miejsca, które od początku jest częścią historii MLE. Więcej słów od Kuby na temat tej kampanii zobaczycie tutaj. 
Jeśli macie kupić tej jesieni tylko jeden sweter, niech będzie inny niż wszystkie (no i niech będzie wyprodukowany w Polsce). Model Auronzo jest już dostępny. 
 AI nadal nie ma przerwy obiadowej i nie zmarzła na wietrze. Punkty dla niej. Czy ekipa DDTVN jechałaby przez pół Polski, tylko po to żeby zobaczyć nasz backstage? Oglądałyście efekty?Nasz kultowy model, który moim zdaniem jest najlepszą puchową kurtką na świecie. W tym sezonie wraca w ciemym, zgaszonym odcieniu granatu. Oczywiście z certyfikatem RDS, z którego jesteśmy niezwykle dumne, bo bardzo trudno spełnić standardy pozwalające na jego przyznanie (nr TE-00297313).Wklej prompt: "Wyobraź sobie, że jesteś scenografem pracującym przy kampanii marki modowej znad polskiego wybrzeża i musisz oprawić morze w ramę nierealistycznych rozmiarów". Byłoby trochę prościej, co nie? A jednak postanowiłyśmy zrobić to naprawdę. Zamiataliśmy plażę, walczyliśmy z wiatrem i chyba staliśmy się pośmiewiskiem dla mew. Mogłyśmy to wygenerować, ale nie po to ludzkość zaszła tak daleko, żebyśmy teraz korzystały z jej osiągnięć tylko po to, aby ułatwić sobie życie. W końcu: Make Life Hard… znaczy Easier. Trochę Botticelli, a trochę Skagen. 
1. Rekwizyty. // 2. Było wiele zapytań, czy wróci – i wrócił. Sweter Corvara ecru jest ponownie dostępny w MLE i wcale się nie dziwię, że właściwie żadna z Was go nie zwróciła. // 3. Halo, halo? Paryż? Tak tylko dzwonię, żeby powiedzieć, że możecie już odpocząć. Modową zmianę przejmuje polskie wybrzeże. // 4. Co tam wiatraki w komfortowym studio, skoro możemy mieć prawdziwą bryzę nad morzem. // 
Porządki po sesji zdjęciowej. Wiem, że nie mogę zatrzymać wszystkich, ale w tym sezonie naprawdę bym chciała :). 

Nie wiem, czy bardziej stresuje się Kasia w telewizji, czy Kasia oglądająca Kasię w telewizji. W każdym razie, telewizja to nie jest mój żywioł i raczej nigdy nim nie będzie, ale ktoś mądry mi kiedyś powiedział, że jeśli już chcesz się za coś zabrać, to daj z siebie wszystko, w przeciwnym razie w ogóle nie zaczynaj. A że mamy w MLE najpiękniejszą kolekcję inspirowaną Bałtykiem i polskim wybrzeżem, którą naprawdę chcemy się pochwalić, to można zrobić coś nierozsądnego. Na przykład pójść do DDTVN, a potem przez resztę dnia analizować każde swoje zdanie z dokładnością komisji śledczej. 
Wciąż wydaje mi się, że nie wszystko, co zainteresuje innych, trzeba pokazywać w internecie. Niewiele tu rodzinnych kadrów, ale wrzesień zdecydowanie stał pod znakiem domowych spraw. 21:05 – "Mamusiu, jutro jest kiermasz w szkole i każdy musi przynieść ciasto." "Sopot by night but make it MLE" . 
Nie za często włóczę się wieczorami po moim mieście, ale gdy przyjeżdża tyle wspaniałych dziewczyn, to nie wypada siedzieć w domu.O, a tego pana w Polsce lubimy szczególnie. On z kolei najwyraźniej lubił Sopot. Charles de Gaulle nocował w Grand Hotelu w 1967 roku i dziś jeden z apartamentów nosi jego imię.  Rozpędzamy się też z innymi inicjatywami. Mamy już za sobą pierwsze spotkania z Klientkami (aby dostawać informacje o spotkaniach, trzeba zapisać się do Domu MLE na stronie sklepu).
Kolacja w ogrodzie Grand Hotelu. Dziękujemy za te piękne okoliczności i idealną wrześniową pogodę. :) Poranna droga do pracy, gdy mieszkasz w Sopocie.  Mój jesienny uniform na plażę, do biura i do wszystkiego, co pomiędzy. Wiem, że jesteście zaskoczone, ale wszystko jest z MLE ;). Jeśli szukasz kogoś, kto zorganizuje piknik na plaży i pokaże polskie wybrzeże od najlepszej strony, to MLE się poleca (jak tylko uznamy z Asią, że mamy już dosyć prowadzenia marki odzieżowej przestawiamy się na eventy ;)). 
No dobrze, ale to wszystko nie wyszłoby tak ładnie, gdyby nie Oficyna i agencja Fashion Valley. POLECAJKA Z SERCA.  1. Nie chcę nic mówić, ale właśnie zaczyna się najlepsze pół roku dla ludzi, którzy na plaży wolą być ubrani. Ten sweter jest ponownie dostępny. // 2. Śniadanie na plaży. // 3. Wełna i kalosze to najlepsze atrybuty jesiennej plażowiczki. // 4. Mieszkam w Sopocie od ponad 30 lat i pomyśleć, że dopiero teraz zjadłam swoją pierwszą jajecznicę na plaży. // Podejrzewam, że większość z Was zna już Maję Michalak z Poza Ramami, ale jeśli nie, to koniecznie musicie to nadrobić. Strasznie mi miło, że w trakcie swojego pobytu w Sopocie nosiła jeden z moich ulubionych projektów tego sezonu. 1. Ze wspaniałymi redaktorkami! Anią Tobiasz ze Zwierciadła oraz Eweliną Kołodziej z Vogue.  // 2. Pierwszy dzień poniżej 15 stopni i od razu jakoś lżej na sercu każdej jesieniarze.  // Mówiłam, że po Sopocie chodzą najlepiej ubrane dziewczyny ever?  Ahoj! We wrześniu sporo czasu spędziłam w sopockiej marinie – urządzałyśmy rejsy dla redaktorek, ale także dla Klientek zapisanych do Domu MLE. 1. W tej mojej pracy najdziwniejsze jest to, że jednego dnia planuję SKU na następny sezon, a drugiego muszę się uczyć węzłów żeglarskich. W Sopocie "coastal girl" to nie trend, tylko obowiązkowy element CV. // 2. Oj, przyda się na pokładzie ta gorąca herbata! // These beauties on board :). Mogłybyśmy wyjechać gdzieś daleko i znaleźć jakieś spektakularne widoki, które miałyby udowodnić, że MLE jest marką premium, ale myślę, że polskie wybrzeże ma zdecydowanie największy potencjał, aby Was do tego przekonać. 

Sweter z frędzlami, które miały wyglądać jak grzywy fal. Fajnie wygląda na tle takiego szarego morza. 

Lubię te aparaty, które jakiś czas temu dołączałyśmy do zamówień. To była super akcja i mam nadzieję, że udało Wam się dzięki nim stworzyć kilka pamiątek z wakacji. Coś czuję, że w najbliższych tygodniach pojawi się tu sporo analogowych zdjęć ;). Miejsce, do którego chce się wracać i pokazywać go innym.  ​"The blogger cartel." Kojarzycie Angelikę Warlikowską? Obwieściła niedawno wielki powrót blogów. Czekam z niecierpliwością na to, czy ta przepowiednia się sprawdzi. Bardzo doceniam fakt, że od czasu do czasu (konkretnie raz w roku :)) moja praca polega głównie na tym, aby pochwalić się przed innymi tym, co stworzyłyśmy w MLE.  
Po raz kolejny podczas projektowania kolekcji sięgnęłyśmy po element związany z polskim wybrzeżem. Jesienny Bałtyk podsunął nam odcień, który stał się jednym z najmocniejszych punktów tej kolekcji. Tu macie link do całej kolekcji "Fall Baltic Navy".

Te desery… mini pączki z pistacjami, mini beza Pavlova z truskawkami, mini ptysie z kremem waniliowym, galaretka z owocami i ciastko francuskie z malinami i ganaszem z białej czekolady. Można pakować do kieszeni?Gdy w czasie największego huraganu, tego zawodowego i prywatnego, koleżanki wyciągają cię na sztukę do Warszawy. Takie sytuacje wywołują we mnie z jednej strony złość i irytację… a z drugiej: nieopisaną wdzięczność. Po zobaczeniu Mai w tym swetrze, stwierdziłam, że jednak muszę go mieć. Przyszedł więc czas na mały remanent w szafie, bo w przeciwnym razie już żaden sweter od MLE się nie zmieści. Zachęcam Was do zajrzenia na moje aukcje na Vinted, bo dosłownie przed chwilą wrzuciłam tam kilka rzeczy, które czekają na nowy dom. 

Zdjęcia wywołane!

Z serii: co w tym tygodniu przyniósł mi kurier, czyli moje pierwsze październikowe zakupy. Forma do ciasta i stalowa taca z H&M, kosmetyki od Say Hi (mój makijaż znów będzie miał glow!), oraz halloweenowe ozdoby na imprezę dla dzieci. 

1. Rozpoczynamy odliczanie! // 2. Duet, który dba o rozświetlenie mojej skóry. Serum GLAZED SKIN bazuje na ceramidach i peptydzie, wspiera barierę ochronną skóry, regeneruje, intensywnie nawilża i pomaga przywrócić jej komfort, jędrność oraz blask. GLAZED EYES  to pierwsze serum od Say Hi stworzone specjalnie do pielęgnacji okolicy oczu. Serum ujędrnia, wygładza, regeneruje, nawilża i rozświetla, a jednocześnie pomaga zmniejszyć widoczność oznak zmęczenia, w tym cieni i opuchlizny. Razem tworzą THE GLAZED ROUTINE – dwa obszary, dwie formuły, jedna rutyna. 

Marka Say Hi gości w mojej kosmetyczce już od dłuższego czasu, a bez GLAZED SKIN nie potrafię już osiągnąć ładnego błysku na twarzy. Dla mnie to idealny zamiennik dla pewnego kultowego produktu od marki na literę R… Teraz można go kupić w mniejszym opakowaniu. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% rabatu na wszystkie produkty w Say Hi (kod działa do końca października). Do tego gorąco Was zachęcam do zapisania się do newslettera, aby nie ominąć wyjątkowych ofert, które marka szykuje na Black Friday (dlatego im szybciej się zapiszecie, tym lepiej!). 
"Lalka", kolejny sezon "Dżentelmenów", "Kulawe konie", a może kurs o sztuce od "Poza ramami"? Co obejrzycie dziś wieczorem?
Gdy połowa zespołu na sesji jest przeziębiona i zakatarzona, więc…
…przynosisz na plan miód z pomarańczą i goździkami. Czasem wystarczy jeden taki słoik, aby wszystkim zrobiło się jakoś milej.Miód z pomarańczą i goździkami od Pasieki Rodziny Sadowskich to niezbędnik tej jesieni – sam w sobie smakuje jak zimowa herbata albo grzaniec. Polecam! Z kodem Makelife10 otrzymacie 10% rabatu na zakupy w sklepie. Gdy w trakcie zdjęć produktowych okazuje się, że połowa modeli jednak nie wejdzie do sprzedaży w planowanym terminie, ale Wy się tym średnio przejmujecie, bo właśnie jedna z Was dostała wiadomość, że dziecko dostało w szkole gorączki, a druga, że niania złożyła wypowiedzenie z dnia na dzień. 
Ten sweter to moja ukochana opcja dla wszystkich tych z Was, które nawet na imprezy chcą wkładać sweter :). 
Mimo wszystkich trudności, stresu, nieprzewidzianych sytuacji i niestabilności tego biznesu, chciałabym tylko powiedzieć, że nadal lubię robić to, co robię. A ten różowy akcent to niespodzianka, która ma Wam przypominać o czymś bardzo ważnym. Październik to miesiąc profilaktyki raka piersi, więc będziemy Was próbować przekonać do badań. 

Bardziej cieszy mnie coś, co mam od pięciu lat, niż rzecz, którą mam od pięciu dni. Jako przykład podaję te kozaki, które możecie pamiętać jeszcze z czasów pandemii ;). 

Aaaaa psik!

No dobrze, a teraz czas na mały tour po moim wrześniowym Sopocie. Mam wrażenie, że przez cały lipiec i sierpień nie było u nas tak pogodnie, jak teraz. Tak jakby lato chciało na koniec wszystko nam wynagrodzić. Park Południowy to jedno z moich ulubionych miejsc w Sopocie. Tuż obok kultowego Grand Hotelu, z różanymi rabatami, w których można odnaleźć najróżniejsze odmiany, takie jak "Comte de Chambord", "Victor Verdier" czy "Ballerina".Chyba każdy ma w życiu taki moment, kiedy wydaje mu się, że gdzieś indziej wszystko byłoby trochę piękniejsze. Że najwspanialsze poranki zdarzają się w Paryżu, a prawdziwe życie zaczyna się dopiero tam, gdzie są wielkie miasta, dużo świateł i przynajmniej trzy dobre piekarnie w promieniu pięciuset metrów.  

I dobrze. Nadal potrafię zachwycić się obcym miastem, krajobrazem czy miejscem, do którego chciałabym kiedyś wrócić. Ale z czasem coraz bardziej doceniam też ten zwykły, lokalny rodzaj przywiązania. Ten, który sprawia, że znany od lat widok nadal potrafi zatrzymać człowieka w pół kroku, a spacer tą samą drogą, po raz setny, wcale nie musi być nudny.Jak tu nudno… i pięknie.Jesienią nie zmniejsza się we mnie ciekawość świata, ale bardzo cieszy mnie to, że umiem już odnaleźć radość także tam, gdzie akurat toczy się codzienne życie. Nie potrzebuję zmieniać szerokości geograficznej, żeby mieć poczucie, że coś się wydarza.  Mam nadzieję, że czasem czujecie podobnie — bez względu na to, gdzie akurat jesteście. I bardzo się cieszę, że we wszystkich tych miejscach macie internet, żeby od czasu do czasu tu do mnie zajrzeć. ;) Dziękuję Wam za ten czas.

 

*  *  *

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Desenio, Sensum Mare i platformą do nauki angielskiego Akcent, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Lato się skończyło. Jeszcze chwilę temu zastanawiałam się, czy zdążymy na plażę przed zachodem słońca, czy dzieci zjedzą kolację przed dziewiątą i dlaczego znowu wniosły pół kilo piasku do domu.

   Zapomniałam już, jakie to uczucie, kiedy wraz z wrześniem zaczyna się nie tylko jesień, ale też szkoła. Podejrzewam nawet, że właśnie dlatego przez większość dorosłego życia tak bardzo lubiłam tę porę roku. Mogłam wreszcie doceniać złote światło, pierwsze swetry i chłodne poranki bez tego ukłucia gdzieś w środku, że w tle czeka kartkówka z fizyki. 

   Szkoły podstawowej nie wspominam najlepiej, ale długo wydawało mi się, że ten temat mam już ze sobą przepracowany. A potem zostałam mamą i okazało się, że psychika ma swoje małe archiwum, do którego bardzo chętnie zagląda przy okazji pierwszego września. Dowodem na to jest chociażby fakt, że ostatnio znów śniła mi się pani od matematyki z podstawówki, aby przypomnieć mi przy tablicy, dlaczego nic mi nie wychodzi. 

   Oczywiście wiem, że moje dzieci mają przed sobą własną historię i że ich szkoła wcale nie musi przypominać mojej. Mimo to przełom sierpnia i września uruchomił we mnie dziwną mieszankę nostalgii, lekkiego napięcia i irracjonalnej potrzeby sprawdzania, czy na pewno wszyscy mają dobrze spakowany piórnik. 

   Odkrywam więc jesień na nowo. Tylko tym razem trochę trudniej odnaleźć w niej to całe „hygge”, którego przecież przez lata byłam gorliwą propagatorką. Kiedyś wystarczały mi świeca, koc i kubek czegoś ciepłego. Teraz mam wrażenie, że niezbędnym i właściwie jedynym liczącym się warunkiem jest niezachwiane poczucie, że wszyscy są zaopiekowani tak, jak powinni. To dużo trudniejsze niż zamówienie „pumpkin spice latte”.

   Jeśli więc macie swoje sprawdzone sposoby na odzyskanie jesiennego spokoju pomiędzy szkolnymi planami, budzikami a pytaniem samej siebie, co jeszcze można było zrobić lepiej, to bardzo chętnie je poznam. 

  A póki co, wracam do Was z dowodami na to, że życie jest piękne, nawet jeśli beztroska to tylko przerywnik. Na szczęście to właśnie ją najczęściej fotografujemy. Dzięki temu, po czasie można odnieść całkiem przyjemne wrażenie, że wakacje były dłuższe, dzieci mniej się kłóciły, a my naprawdę przez chwilę niczym się nie martwiłyśmy.

 

To tylko ja, nosząca ubrania od mojej własnej marki, w moim własnym mieście. Nie udało mi się być na sopockiej plaży tak często, jak planowałam. Ale podejrzewam, że nie tylko ja oceniam swoją wydajność tego lata na takie mocne trzy na dziesięć ;). 

Plaża – i to nie zawsze ta sopocka – kojarzy mi się zawsze z najpiękniejszymi wspomnieniami. I nie mam tu na myśli momentów, w których działo się coś niezwykłego. Nikt nie miał urodzin, nie byliśmy na drugim końcu świata, nie wydarzyło się nic, co "trzeba" sfotografować. A potem mijają długie lata i okazuje się, że właśnie do tych chwil najbardziej chcemy wrócić. 

Nasza pamięć nie jest jak archiwum, w którym wszystko czeka na nas w niezmienionej formie. Z czasem jedne rzeczy blakną, inne nabierają znaczenia, a jeszcze inne zupełnie nam umykają. A skoro moja pamięć i tak zamierza z czasem trochę poprzekręcać fakty, to wolę podsuwać jej dobre materiały źródłowe. W jakiś listopadowy poniedziałek chciałabym mieć niezbity dowód na to, że życie jest pełne pięknych chwil – nawet jeśli nie zawsze potrafimy je docenić, gdy jesteśmy w samym centrum wydarzeń. Ta mała galeria ze zdjęciami z poprzednich wakacji będzie moim materiałem dowodowym ;).Jeśli chcecie, aby galeria nie wyglądała infantylnie, pamiętajcie, aby ramki były tej samej wielkości i koloru (moje mają wymiar 30x40cm), żeby były cienkie, z szerokim passe-partout. Czarno-białe fotografie to niezawodny sposób, aby całość była spójna. Ja dodałam jeszcze cytaty, które kojarzą mi się z daną osobą/miejscem/chwilą. Oprawianie zdjęcia w ramki od Desenio trwa kilka sekund. A tak wygląda gotowy efekt. Zostawić na parapecie czy powiesić w równym rzędzie na ścianie? Mam dla Was kod rabatowy – MAKELIFEEASIER, który daje 45% zniżki na plakaty, 25% na obrazy na płótnie, 20% zniżki na ramki oraz plakaty personalizowane w Desenio. Kod jest ważny do 30 września. Myślicie, że jestem po prostu sentymentalnym mięczakiem? No to czytajcie: 

1. Wracanie do dobrych wspomnień po stresie zmniejszało wzrost kortyzolu i negatywne emocje (Speer & Delgado, Nature Human Behaviour, 2017). 

2. Oglądanie zdjęć związanych z dobrymi wspomnieniami poprawiało nastrój po negatywnym doświadczeniu (Current Psychology, 2023). 

3. Osoby oglądające własne zdjęcia ze szczęśliwych chwil odczuwały więcej pozytywnych emocji niż te, którym pokazywano po prostu pozytywne, ale obce obrazy (Carretero et al., Frontiers in Psychology, 2020). 1. Cały rok czekałam na ten moment. // 2. Mamulek :*. // 3. Obraz w kolorach lata. Jak to teraz zjeść? // 4. Cykady gdzieś tam na górze właśnie urządzają koncert. // Lubię odkrywać nowe miejsca, ale zdecydowanie bardziej lubię wracać do tych, które już pokochałam. W przewodnikach po Prowansji częściej polecają lawendę, ale jeśli wolicie mniej oczywiste miejsca związane ze sztuką, to zabieram Was tam, gdzie Van Gogh spędził jeden z najtrudniejszych i najbardziej twórczych okresów swojego życia. 

Monastère Saint-Paul de Mausole 
2 VC des Carrières
13210 Saint-Rémy-de-Provence 
Francja 

To około piętnaście minut spacerem od centrum Saint-Rémy-de-Provence i dosłownie kilka kroków od ruin rzymskiego miasta Glanum. 

1. Zwiedzając klasztor i starą część szpitala, można na chwilę poczuć się jak ktoś żyjący pod koniec XIX wieku, kto właśnie został przyjęty na oddział. Nie jest to szczególnie przyjemne uczucie, ale z pewnością trudno o nim zapomnieć. // 2. W miejscu, do którego trafił, bo jego psychika nie dawała już rady, stworzył jedne z najbardziej rozpoznawalnych obrazów w historii sztuki. To właśnie tutaj powstały "Irysy" czy "Gwiaździsta noc". // 3. Nic tak nie napędza do zgłębiania wiedzy jak fakt, że można pokonać potem w jakimś quizie tę mistrzynię (nie udało się jeszcze nikomu nigdy). // 4. Instrument w pokoju to dosyć przyjazne warunki dla pacjentów, nawet jak na dzisiejsze czasy, prawda?// Klasztor i część szpitalna zostały naprawdę dobrze odwzorowane. Poszliśmy tym razem z dziećmi, ale na szczęście nie udzieliła im się lekko mroczna atmosfera tego miejsca.XIX-wieczna garderoba, ale "make it MLE". To właśnie tutaj Vincent van Gogh dobrowolnie zgłosił się na leczenie psychiatryczne po kryzysie w Arles. Spędził w Saint-Paul-de-Mausole niemal rok.Van Gogh miał niewielki pokój, farby i wąskie okno wychodzące na gaj oliwny. Patrzył na ten sam fragment krajobrazu przez wiele miesięcy, a mimo to potrafił zobaczyć w nim wystarczająco dużo, aby stworzyć obrazy, które ponad sto lat później nadal zachwycają cały świat. A jaki my mamy dziś dostęp do piękna? Możemy każdego dnia oglądać setki idealnych wnętrz, krajobrazów, twarzy i miejsc z całego świata. Mamy dostęp do większej ilości pięknych obrazów i miejsc niż jakiekolwiek wcześniej pokolenie, a jednak najczęściej nic konstruktywnego z tego nie wynika.Mój osobisty propagator sztuki. Prowansalski mix. ​Zaprojektowane w Sopocie. Uszyte w Polsce. Noszone w Prowansji.1. A dziś za oknem taka pogoda, że bez marynarki nie wyszłabym z domu. // 2. Mogłabym to jeść na śniadanie, obiad i kolację. // 3. Gdy architekt wnętrz ma nieco ułatwione zadanie, bo zieleń jest tak piękna, że właściwie wystarczy rozstawić stoły i stoliki. // 4. Gdy żyją w Tobie dwa demony: pierwszy chce nosić koszulki z Demon Hunters, a drugi mówi, że woli biel i czerń, żeby wyglądać jak mama. // 

Pilates: 0. Balans między wypoczynkiem a pracą: 0. Wymodelowanie włosów Dysonem: 0. 

Kolejny dzień, kolejny żar. Mój top od MLE znajdziecie tutaj. 

Aż strach wchodzić w tę filmową inscenizację, aby jej nie zepsuć. 

Nie pokazuję Wam tutaj, co spakowałam do walizki, tylko co faktycznie nosiłam. Jak wiadomo, jedno z drugim nie zawsze idzie w parze. Przy 37 stopniach wszystkie dopasowane, przemyślane i wysublimowane zestawy mogłyby równie dobrze zgubić się na lotnisku. Bo jest tak gorąco, że najchętniej nie zakładałabyś nic poza kostiumem kąpielowym, ale jednocześnie chciałabyś wyglądać jak osoba, która ma jakiś styl, a nie uciekła z basenu po alarmie przeciwpożarowym. Bo w hotelu nie ma żelazka. A nawet jeśli jest, trochę boisz się go użyć, bo nigdy nie wiadomo, czy wypuści parę, czy rdzawą wodę. Bo po prostu, życie szybko weryfikuje to, jak wyobrażałaś sobie wakacje, stojąc przed lustrem w swoim mieszkaniu, a jak wyglądają one naprawdę.

No więc nosiłam tylko MLE. Nie dlatego, że czuję obowiązek noszenia własnej marki, ale dlatego, że najwyraźniej ubrania szyte w Polsce mają w sobie tę samą cechę co Polki: muszą być przygotowane na wszystko. 

A dziś wracamy do mojego ukochanego miejsca w Prowansji. W dawnych kamieniołomach wapienia w Les Baux-de-Provence oglądam Fridę Kahlo w giga-skali (i przy okazji chowam się w chłodnych murach, bo na zewnątrz jedyne trzydzieści osiem stopni).

W czasach Fridy kobiece ciało miało być przede wszystkim zdrowe, piękne i płodne. Jej ciało nie posiadało żadnej z tych cech. Ale my, patrząc dziś na jej talent, wiemy doskonale, że wartość kobiety – i człowieka w ogóle – zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się lista cudzych oczekiwań. 

Byłaś niezwykle dzielna. Potrafiłaś zamienić cierpienie w sztukę, która do dziś daje siłę innym.Uwielbiam prowadzić własną firmę, ale czasem chciałabym, żeby urlop był urlopem ;). Sierpień to w MLE czas wielkich przygotowań i nie można było odłożyć laptopa na bok.
"Mamo, dajemy Ci dokładnie jedenaście minut na obejrzenie wszystkich dzieł Joana Miró, Caldera czy Kandinsky'ego. Czas start! Wykorzystaj ten czas mądrze."Fondation Maeght, czyli miejsce do którego bardzo chcę jeszcze wrócić.I wyprawa dobiega końca. Zostawiam Was z rolką o polskich ubraniach w Prowansji, które zawsze są gotowe na wszystko. A ja ruszam dalej…Mała podpowiedź od Sofonisby…Florencja i okolice. Odwiedzamy miejscówki znane z "Kaczych opowieści". Kto zna komiks o RaKWAelu Santi? ;)
Jakiś ojciec z córką piją kawę i chyba nie są stąd.
Żegnamy Florencję, Włochy i witamy szczyty górskie z prania. 
Zieleń w różnych odsłonach. Im jej więcej w mojej codzienności tym lepiej. Pokochałam ten sweter. W tym kolorze zostały nam ostatnie sztuki, ale mamy też już bardziej jesienną wersję.1. Świat właśnie docenił estetykę, która od lat jest częścią naszego codziennego krajobrazu — i wpływa także na projekty MLE. Modernistyczne centrum Gdyni trafiło na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. I nie chodzi tu o jeden wyjątkowy budynek, ale o całe założenie miasta.// 2. Gorąco, w domu nie ma słodyczy, więc robimy lody kokosowe. // "Pańcia powiedziała, że lody nie są dla psów". A teraz ruszamy do prawdziwej pracy. Takiej bez komputera. W sierpniu zorganizowałyśmy w Gdańsku selekcję specjalną w MLE. Trzeba było przygotować lemoniadę dla stu osób, wyprasować niezliczoną liczbę ubrań i sprawić, aby Wasze pierwsze spotkanie z marką w prawdziwym świecie było idealne.Od szklanek „Polka”, przez gruszki na stole, aż po ubrania — zależało nam, żeby wszystko, co tego dnia Was otaczało, było polskie. Jak się okazuje, całkiem sporo rzeczy można znaleźć blisko domu. Łącznie z najlepszymi Klientkami. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem to przepis naszej mistrzyni Oli. 
Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądało całe wydarzenie. 

Myślałyśmy, że nikt nie przyjdzie, a okazało się, że kolejka była dłuższa niż do sopockiego kebaba ;). 

Chyba muszę powiedzieć mamie, że spóźnię się na obiad. 

To był szalony i piękny dzień! Nie będę się z nikim spierać o to, kto ma najlepsze Klientki. Zwłaszcza że sprawa dawno temu została ostatecznie rozstrzygnięta. 
W Gdańsku zawsze natrafię na coś ciekawego. W Zbrojowni przy ulicy Piwnej trwa sprzedaż prac studentów Akademii Sztuk Pięknych. Wstęp wolny :).1. Nasz kotek miał w sierpniu swoje święto. Czy to normalne, że wzruszam się przy takich okazjach do łez? // 2. Dostawy świeżych prac zapewnione każdego dnia. // 3. W poszukiwaniu tęczy. // 4. Hamburgerowy torcik, a może koci hamburger? // 

Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Gdyni i jej architekturze, to proponuję zajrzeć do budynku PLO. 

1. Pytacie mnie, czy na spacer po gdyńskim bulwarze trzeba chodzić w swetrze, który przypomina sieć rybacką. No cóż. Projektując go, nie planowałyśmy aż tak daleko idącej spójności z lokalnym krajobrazem. Ale wyszło jak wyszło. 2. W roku 1920 mieszkało w Gdyni około 1200 osób. Niespełna dwie dekady później – już około 120 tysięcy (sto razy więcej mieszkańców w niecałe 20 lat!) Miasto budowano praktycznie od zera, według bardzo nowoczesnych, jak na tamte czasy, zasad. Szerokie ulice, dużo światła, funkcjonalność, modernistyczne kamienice – to znaki rozpoznawcze Gdyni.

W ostatni weekend sierpnia wiedziałam już, że w te wakacje nie dałam rady zrobić remontu kuchni. Po dwóch miesiącach odkładania go na później zrozumiałam, że nie chcę go robić. Polecam tę metodę. Ale za to udało mi się odnaleźć dziwną przyjemność w tym, że czasu nie da się zatrzymać. Natura jakoś nie boi się przemijania. Jej młodość już za nią, niebawem przyjdzie zimowy kres, a ona błyszczy jak nigdy, powoli obsypując się złotem. 

Gdy pod koniec wakacji stwierdzasz, że zdecydowanie za rzadko korzystałaś z ogrodu, więc pomimo tego, że jest zimno i nie ma słońca, to drugiego dnia września przenosisz tam swoje domowe biuro.Ale za pielęgnację w te wakacje stawiam sobie piątkę z plusem. Sama nie wierzę w to, jak moja cera się poprawiła w ciągu ostatniego roku! Przypominam Wam artykuł o tym, dlaczego postanowiłam zrezygnować z kupnych słodyczy. Na szczęście tej jesieni nie chodzi już o naprawianie skóry po kolejnej serii stanów zapalnych, tylko o znacznie przyjemniejsze problemy: nawilżenie, jędrność i zmarszczki. Te dwa produkty z egzosomami od Sensum Mare (serum oraz krem regenerujący) zaraz mi się skończą, więc nim wyrzucę opakowania, przypominam Wam o nich. Egzosomy w tych formułach działają jak małe nośniki sygnałów między komórkami skóry – wspierają jej regenerację, wzmacniają barierę hydrolipidową i procesy związane z poprawą jędrności oraz wygładzeniem. Pamiętajcie, że z kodem MLE30 otrzymacie aż 30% rabatu w Sensum Mare (kod działa do 15 września). 
A na temat tego swetra nie mogę nic powiedzieć, poza tym, żebyście oglądali w sobotę rano Dzień Dobry TVN albo zajrzeli tutaj :).

Ale do takiej szkoły to akurat mogę wracać! Kursy online to coś, w czym świetnie się odnajduję i właściwie nie ma miesiąca, abym nie zaczęła (i może, co ważniejsze: nie skończyła!) jakiegoś szkolenia. Najczęściej dotyczą one pracy (PR, marketing, social media manager, zarządzanie i tak dalej) ale niektóre robię dla przyjemności i poczucia, że po prostu poszerzam horyzonty. Jeśli chodzi o naukę angielskiego, to od kilku lat korzystam z Platformy Akcent i bardzo odpowiada mi to, że nie muszę sama układać sobie planu ani zastanawiać się, czego właściwie powinnam uczyć się dalej. Materiał prowadzi krok po kroku, od słownictwa i gramatyki po czytanie, powtórki i testy, a poziom można dopasować od A1 aż do C2. Są też kursy bardziej specjalistyczne, na przykład Business English. 
Istnieje również możliwość zakupu e-booków do nauki angielskiego, jeśli ktoś woli uczyć się w ten sposób. Z kodem MLEnglish (działa przez dwa tygodnie od dzisiaj) otrzymacie 15% rabatu. 

"Kasia, czy Ty trochę nie przesadzasz? I Ty mówisz, że masz problem z hygge? Jest trzeci września, a Ty już biegasz w wełnianych kapciach!"

Tak! Muszę przyznać, że samo pisanie tego tekstu dla Was poprawiło mi humor. Wygadałam się, trochę pomarudziłam i chyba właśnie tego było mi trzeba, żeby móc ruszyć dalej. Mam nadzieję, że dla Was to też była mała odskocznia od pierwszych wrześniowych dni i przypomnienie, że nie wszystko od razu musi wejść na właściwe tory. Do zobaczenia niebawem!

 

*  *  *

 

 

Dlaczego zrezygnowałam z kupnych słodyczy?

Wpis zawiera lokowanie marki własnej i marki Sensum Mare.

 

  To nie wydarzyło się w liceum, kiedy niedoskonałości na skórze są właściwie jednym z obowiązkowych punktów programu. Nie wydarzyło się też w czasie, gdy szczególnie eksperymentowałam z pielęgnacją czy makijażem. Miałam grubo po trzydziestce, swoją sprawdzoną kosmetyczkę, dwie ciąże za sobą (czyli największe hormonalne huśtawki w życiu) i mniej więcej wiedziałam już, co mojej skórze służy, a czego lepiej nie stawiać nawet na półce w łazience. I dokładnie w chwili, w której powinnam raczej zacząć interesować się utratą kolagenu i kremami przeciwzmarszczkowymi, moja skóra postanowiła cofnąć się do okresu dojrzewania. Najpierw pojawiło się kilka drobnych stanów zapalnych. Potem kolejne. Wypryski przestały znikać po dwóch czy trzech dniach. Zamiast tego zostawiały po sobie czerwone ślady, a zanim jeden zdążył się zagoić, obok pojawiał się następny. „Nie dramatyzuj, zaraz minie” — powtarzałam sobie. Nie mijało. Wręcz przeciwnie.

  Kto nigdy nie miał poważniejszych problemów z cerą, może mieć trudność z wyobrażeniem sobie, jak bardzo kilka małych czerwonych punktów potrafi zdemolować pewność siebie. To nie jest złamana noga ani życiowa tragedia. A jednak nagle zaczynasz myśleć o swoim wyglądzie inaczej. W samochodzie odruchowo opuszczasz lusterko i sprawdzasz, czy „to” nadal widać (oczywiście, że tak). Zaczynasz tłumaczyć się przed znajomymi ze swojego wyglądu, chociaż nikt o żadne wyjaśnienia nie prosił. Ba, dochodzisz nawet do absurdalnego wniosku, że powinnaś przeprosić innych za to, że muszą patrzeć na stany zapalne na twojej twarzy. Jakbyś przyniosła je na spotkanie w ramach jakiegoś niezbyt apetycznego performansu artystycznego. 

 

top z trenem – MLE // dżinsy – Zara // klapki – Ancient Greek Sandals // torebka – Bottega Veneta // okulary – Shevoke

 

  Wydawało mi się, że etap analizowania każdego centymetra swojej twarzy zostawiłam gdzieś dalekooo, dalekooo za sobą. Nigdy też nie należałam do osób, dla których wygląd był najważniejszą sprawą na świecie. Mam dzieci, pracę, firmę, terminy, rachunki i wystarczająco dużo prawdziwych powodów do zmartwień. A jednak rano stałam przed lustrem i chociaż rozsądek mówił jedno, to własne odbicie sugerowało mi, że jednak mam problem. Najgorsze było chyba to, że kompletnie nie wiedziałam, dlaczego nagle się to dzieje. Zaczęłam więc robić to, co robi prawdopodobnie każda osoba, która chce odzyskać choć odrobinę kontroli nad sytuacją: szukać winnego. Kosmetyki? Hormony? Stres? Jelita? Za mało snu? Dieta? Merkury w retrogradacji? Przez kolejne miesiące sprawdziłam chyba każdy z tych tropów. No dobrze, poza Merkurym.

  Pragmatycznie podeszłam do tematu i zaczęłam od badań krwi, które nie przyniosły żadnej odpowiedzi. Wizyty i zabiegi u dermatologa pomagały, ale zwykle przez chwilę: tydzień skóra się goiła, a po trzech problem wracał. I chociaż dziś wiem, że w przypadku trądziku dorosłych rzadko istnieje jeden prosty winowajca, to jedna zmiana okazała się u mnie zaskakująco istotna. Tyle że przez długi czas w ogóle nie brałam jej pod uwagę. Albo — co chyba bliższe prawdy — bardzo nie chciałam brać. Bo trop prowadził prosto do mojej szuflady ze słodyczami.

  A ja ze słodyczami zawsze miałam bardzo emocjonalną relację. Uwielbiam je. Są dla mnie nagrodą za trudy dnia, drobną ulgą w stresujących momentach i chwilą dla siebie, najlepiej wtedy, gdy nikt nie patrzy (nie piszę o tym, aby usłyszeć, że to nie jest dobre, piszę o tym, bo wiem, że są osoby, które też mają złe nawyki i ciężko im znaleźć motywacje do zmiany). Co ciekawe, jeśli chodzi o własne dzieci, bez najmniejszego problemu potrafię wygłosić wykład o tym, dlaczego słodycze nie są najlepszym pomysłem. Jak widać, kompetencje rodzicielskie i umiejętność stosowania własnych rad w praktyce to dwie zupełnie odrębne specjalizacje.

  Nie było tak, że pewnego dnia wyrzuciłam cały cukier z domu i rozpoczęłam nowe życie z selerem naciowym w dłoni. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że ciastko owsiane, które upiekłam z dziewczynkami w domu, to jednak trochę inna historia niż trójpak Kinder Bueno zjedzony po cichu między kolacją a myciem zębów.

  Poczytałam badania i postanowiłam zacząć od rzeczy, która wydawała mi się wykonalna: rezygnuję z kupnych słodyczy. Knoppersy, Schoko-Bonsy, czekolada z orzechami, Kinder Cards, wafelki, a nawet orzechowe cukierki Geisha — wszystko poszło w odstawkę. To znaczy, najpierw zjadłam wszystkie zapasy, bo przecież nie będziemy marnować jedzenia, a dopiero potem przestałam kupować nowe ;).

  Nie zobaczyłam różnicy następnego ranka. I byłoby zresztą mocno podejrzane, gdybym zobaczyła. W tym samym czasie wprowadziłam też kilka innych zmian: wróciłam do nakładania makijażu palcami zamiast gąbeczką, zupełnie zrezygnowałam z ciężkich podkładów, zaczęłam bardzo dokładnie, dwuetapowo oczyszczać twarz wieczorem. Dlatego nie zamierzam dziś twierdzić, że odkryłam jedną cudowną metodę leczenia trądziku i wystarczy ominąć alejkę ze słodyczami w supermarkecie. Ale po mniej więcej trzech tygodniach zaczęłam zauważać poprawę. Najpierw przestały pojawiać się nowe stany zapalne. Potem stare zaczęły się wreszcie goić. Po kolejnych tygodniach różnica była już na tyle duża, że trudno było ją zignorować. Sama trochę nie chciałam w to wierzyć — głównie dlatego, że dużo wygodniej byłoby mi odkryć, że winny jest na przykład konkretny składnik kremu, który mogę po prostu wyrzucić do kosza i nadal spokojnie kupować Kinder Bueno. 

  Od tego skórnego kryzysu minął już prawie rok. Oczywiście od czasu do czasu coś na mojej twarzy się pojawia. Nie mam skóry z reklamy podkładu i chyba już pogodziłam się z tym, że nigdy nie będę jej miała. Jem też czasem deser, piekę z dziewczynkami ciastka i nie zamierzam spędzić reszty życia, uciekając przed kawałkiem tortu na urodzinach. Do kupnych słodyczy boję się jednak wrócić bo moja skóra bardzo wyraźnie zareagowała na tę zmianę. Zaczęłam się też zastanawiać, czy to, co zobaczyłam we własnym lustrze, ma jakiekolwiek potwierdzenie w badaniach.

  I tu zaczyna się ciekawsza część tej historii. Bo okazuje się, że nauka nie mówi wcale: „zjesz czekoladę, dostaniesz pryszcza”. Związek między dietą a skórą jest znacznie bardziej skomplikowany — i właśnie dlatego dużo ciekawszy. Chodzi między innymi o indeks i ładunek glikemiczny, insulinę, IGF-1, stany zapalne, a nawet proces, który może wpływać na kolagen i elastynę. Domyślam się, że większość z Was ma silniejszy charakter ode mnie i w Żabce nigdy nie zagląda do działu ze słodyczami, ale gdyby jednak na blogu pojawiła się jakaś zbłąkana fanka Raffaello albo Kasztanków, to przygotowałam dla Was zestawienie badań, które najbardziej przemówiły mi do rozsądku. 

 

 1. Mniej zmian trądzikowych po 12 tygodniach diety.

W randomizowanym badaniu 43 osoby z trądzikiem przez 12 tygodni stosowały dietę o niskim lub wysokim ładunku glikemicznym. W grupie low-GL liczba zmian spadła średnio o 23,5, a w kontrolnej o 12. Poprawiła się też wrażliwość na insulinę. Ważne: grupa low-GL również schudła, więc nie można przypisać całego efektu wyłącznie zmianie ładunku glikemicznego.

Źródło: Smith R.N. i wsp., A low-glycemic-load diet improves symptoms in acne vulgaris patients: a randomized controlled trial, American Journal of Clinical Nutrition, 2007. PubMed.

 

2. Mniej stanu zapalnego — i to nie tylko „na oko”. 

32 osoby z trądzikiem przez 10 tygodni stosowały dietę low-GL lub zwykłą dietę. W grupie low-GL zmniejszyła się liczba zapalnych zmian trądzikowych, ale naukowcy zbadali też próbki skóry. Stwierdzili mniejszy stan zapalny, mniejsze gruczoły łojowe i niższą ekspresję prozapalnej IL-8.

Źródło: Kwon H.H. i wsp., Clinical and histological effect of a low glycaemic load diet in treatment of acne vulgaris in Korean patients, Acta Dermato-Venereologica, 2012. PubMed.

 

3. Słodzone napoje i wzrost markera stanu zapalnego.

Już po trzech tygodniach 29 zdrowych mężczyzn piło przez trzytygodniowe okresy napoje zawierające różne ilości glukozy, fruktozy lub sacharozy. Po interwencjach poziom hs-CRP — markera ogólnoustrojowego stanu zapalnego — wzrósł o 60–109% względem wartości początkowych. To małe badanie i dotyczy napojów słodzonych, więc nie oznacza, że jedno ciastko wywołuje stan zapalny. Ale wynik jest zdecydowanie wart uwagi.

Źródło: Aeberli I. i wsp., Low to moderate sugar-sweetened beverage consumption impairs glucose and lipid metabolism and promotes inflammation in healthy young men, American Journal of Clinical Nutrition, 2011. PubMed.

 

4. A na koniec: czy to wszystko nie jest przypadkiem zbiegiem okoliczności?

W 2022 roku opublikowano systematyczny przegląd 34 badań dotyczących diety i trądziku. Wniosek? Wysoki indeks glikemiczny, wysoki ładunek glikemiczny i większe spożycie węglowodanów mają niewielki, ale istotny efekt sprzyjający trądzikowi, a związek ten potwierdzały również badania randomizowane.

Źródło: Meixiong J. i wsp., Diet and acne: A systematic review, JAAD International, 2022. PubMed.

 

 

  Dietę zmieniłam. Ulubione marki kosmetyczne zostały. Pielęgnacja wróciła wreszcie do problemów odpowiednich dla mojego PESEL-u, zamiast ciągłego gaszenia kolejnych stanów zapalnych. Moja skóra od dawna nie podobała mi się tak bardzo. I chyba właśnie dlatego znów mam ochotę myśleć o pielęgnacji nie jak o akcji ratunkowej, tylko o czymś, co ma sprawić, że ten stan utrzyma się jak najdłużej. A skoro zmarszczki ponownie awansowały na pierwsze miejsce mojej listy problemów, to mogę oficjalnie uznać ostatni rok za sukces ;).

  Sensum Mare to specjalista w tym temacie i polecam Wam serum z egzosomami, peptydami i adenozyną ukierunkowane na jędrność, nawilżenie i zmarszczki, kojąco-regenerujący krem z egzosomami, który wspiera barierę hydrolipidową i łagodzi zaczerwienienia, oraz antyglikacyjny krem-maskę pod oczy z egzosomami i peptydem, ukierunkowany na wygładzenie i oznaki starzenia. Kod MLE30 daje 30% zniżki na wszystkie produkty Sensum Mare i jest ważny do 31 sierpnia. 

  Jeśli dotarłyście aż tutaj, to mam świadomość, że tekst o ograniczeniu słodyczy zakończony przepisem na lody może wyglądać jak pewna niekonsekwencja. Pozwólcie więc, że się wytłumaczę. Te domowe lody kokosowe mają kilka składników, robi się je chwilę, a ponieważ ostatnio znikają u nas szybciej niż Schoko-Bonsy w moim poprzednim życiu, uznałam, że przepis powinien trafić również tutaj. 

 

PRZEPIS NA DOMOWE LODY KOKOSOWE

Skład:

– 3/4 szklanki jogurtu naturalnego

– 3/4 szklanki mleczka kokosowego

– pół szklanki wiórków kokosowych

– 3 łyżki syropu klonowego

– pół szklanki śmietanki 36%  

 

 

A oto jak to zrobiłam:  

Do miski wlałam pół szklanki śmietanki 36% i ubiłam ją za pomocą miksera. Do ubitej śmietany dodałam jogurt naturalny, mleczko kokosowe, wiórki kokosowe i syrop klonowy (możecie użyć również innego słodzika typu syrop daktylowy). Wszystko delikatnie wymieszałam łyżką, a następnie przelałam do gotowych foremek na lody i umieściłam w zamrażalniku. Po około 3 godzinach lody były gotowe.

 

  Na koniec pozwolę sobie na dość śmiałe połączenie Pascala z alejką ze słodyczami w Żabce. Jego słynny „zakład” można bardzo swobodnie sprowadzić do pewnej logiki: jeśli podejmujesz decyzję, która w jednym scenariuszu może przynieść ci dużą korzyść, a w drugim właściwie niczego ważnego nie tracisz, to może warto zaryzykować.

  I trochę tak zaczęłam patrzeć na swoją decyzję o ograniczeniu kupnych słodyczy. Jeśli rzeczywiście mają wpływ na moją cerę — świetnie, właśnie znalazłam jeden ze sposobów, żeby jej pomóc. Jeśli za rok okaże się, że cała poprawa była dziełem przypadku, hormonów, zmiany pielęgnacji albo Merkurego, którego jednak zbyt pochopnie wykreśliłam z listy podejrzanych — też nic straconego. Bo niezależnie od tego, co zobaczę w lustrze, ograniczenie wysokoprzetworzonych produktów pełnych cukrów jest jedną z tych rzeczy, za które reszta organizmu raczej nie będzie miała do mnie pretensji. Pascal prawdopodobnie nie dokładnie to miał na myśli. Ale podejrzewam, że nie miał też w szufladzie Schoko-Bonsów.

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką BasicLab, Farminą i z Pasiekami Rodziny Sadowskich, oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Zanim sierpień rozpędzi się na dobre, wracam do lipca – miesiąca, który miał być długi i leniwy, a tradycyjnie umknął mi mniej więcej tak szybko, jak wolny stolik w sopockiej restauracji w samym środku sezonu.

  Gdybym miała opisać ostatni miesiąc jednym zdaniem, powiedziałabym, że był inspirujący aż do bólu głowy. Dzieci zaczęły wakacje, a ja wróciłam do nauki, snułam wielkie plany, które zdążyły mnie przestraszyć, zanim jeszcze na dobre ruszyły, i dowiedziałam się o sobie kilku nowych rzeczy.

  Nie wszystko uda mi się tutaj opisać, ale podejrzewam, że gdzieś między słowami (i zdjęciami) bez trudu wyłapiecie, o czym mówię.

 

 

1. Sama wyhodowałam i jestem z nich dumna. Zaczynam też rozumieć ten specyficzny rodzaj przywiązania do roślin, kiedy ma się wrażenie, że doceniają one nowe podwiązanie czy delikatne przycięcie… Co ja gadam? ;) // 2. Te dżinsy są już dostępne w MLE, ale tu widzicie moment mierzenia ostatniego wzoru. Wiem, jak pokochałyście biały model krótszych dżinsów. Ten jest wydłużony, z prostą nogawką. // 3. Toczki w wydaniu wakacyjnym, bo naoglądałam się za dużo Freakery ;). // 4. I pomyśleć, że AI nie miało nic wspólnego ze stworzeniem piwonii, a wydają się przecież takie nierealne. // "Camping core", ale "make it MLE". Do teraz nie wiem, jak udało się mnie przekonać, aby wyjechać pod namiot.A tę sukienkę mam czwarty rok. 
Trzy dni jedzenia lodów i kąpania się w morzu. Łapcie mój "protip": spanie w namiocie, wśród pająków i bez klimatyzacji, to najlepszy sposób, aby zmotywować siebie i dzieci do spędzania czasu na zewnątrz od rana do wieczora. Zatrzymać się, aby obejrzeć zachód słońca. W dzisiejszych czasach to coraz rzadsza umiejętność. Zgaduję, że gdy myślicie o ubraniach na kemping czy pod namiot, to MLE nie jest pierwszą marką, która przychodzi Wam do głowy. A tu niespodzianka! Dobrze zaprojektowana kolekcja polega na tym, że sprawdzi się w różnych sytuacjach. Ten czarny asymetryczny top jest najlepiej sprzedającym się produktem sezonu i… właśnie wrócił do sprzedaży (mam też na sobie spódnicę Bremę i klapki z Tkees, ale niestety okazały się średnio wygodne). Ostatni wieczór po dniu pełnym przygód. Nie jestem typem festiwalowej dziewczyny i nie wiem, jak to się dzieje, że co roku można mnie spotkać na Openerze. 
Może dzieje się tak, bo w gruncie rzeczy przychodzę zjeść dobre pączki? 1. Chowam się z moimi brylancikami przy oczach, gdy widzę takie rozgwieżdżone cuda u Magdy. // 2. Teddy Swims i jego "Lose Control", które od dnia tego koncertu codziennie wybrzmiewa z głośników mojego samochodu ;). // 3. Wewnętrzna strona drzwi w toalecie na festiwalu. Uroczy podpis czy wandalizm? // 4. Ten jeden lipcowy dzień, gdy wszystkie wyciągamy kalosze, choć wcale nie pada. // Jak miło było spotkać tyle Czytelniczek bloga! Czyli ta festiwalowa krew gdzieś tam głęboko płynie w żyłach milenialsów.

Gdy sesja miała być w plenerze, ale mamy lipcopad, więc jednak idziemy do mnie.  

1. Ale tej dziewczynie nic nie przeszkadza. // 2. Właśnie tak wygląda wybieranie kolorów do naszej jesiennej kolekcji. // 3. No więc miało przestać padać, ale okazało się, że nie dzisiaj, tylko jutro. // 4. "Zmiana planu" to nasze drugie imię. // Uniform na sopocką pogodę. Nasze kurtki Tilburg przydają nam się częściej, niż sądziłyśmy.Długo nie mogłam zrozumieć fenomenu kombuchy, uznając, że to pewnie kolejna krótkotrwała moda, ale teraz jest to dla mnie jeden z ulubionych letnich napojów. Kombucha od Rodziny Sadowskich w wersji brzoskwiniowej jest delikatna i smaczna, ja dorzuciłam kilka kostek lodu i miętę (kod Makelife10 da Wam 10% rabatu). To co, Portos? Po tym tygodniu zasłużyliśmy na duży kieliszek kombuchy i szaloną imprezę z "Kaczymi opowieściami", co nie?No i dotarł do nas upał. I to jaki!1. To co? Robimy lemoniadę? (Taką w polskim stylu, bez jakichś tam marakui czy yuzu.) // 2. Czas oderwać metkę od szortów. // 3. To będzie naprawdę ciepły dzień w Sopocie. Już to czuję w powietrzu. // 4. Czy nasze babcie były pierwszymi ekspertkami od "passive cooling"?  Dlaczego polskie lato ma gorszy PR, niż na to zasługuje? Jakie są moje 4 ulubione filmy na upalne wieczory? O wszystkim przeczytacie w tym wpisie. //Niezastąpiona kruszarka do lodu w każdym polskim domu.  1. No to idę częstować. // 2. Mural promujący badania kontrolne. Jak Wam się podoba? // 3. Pierwsze testy na sopockim molo. Kampania Resort 2026 zaraz ruszy. // 4. "Mamo, a mogę zrobić z nich maseczkę na twarz?" // Gdy widzisz to inne spojrzenie na świat i zastanawiasz się, co możesz zrobić, żeby je pielęgnować, a nie równać do reszty.Poduszka z H&M Home. Niby minął już rok od czasu, gdy moje problemy z cerą się skończyły, ale obawiam się ich powrotu tak bardzo, że ani mi się śni powracać do starych nawyków. Jeśli pytacie mnie, co miało największy wpływ na zmniejszenie stanów zapalnych na twarzy, to odpowiem bez zastanowienia – ograniczenia do minimum wysokoprzetworzonych słodyczy. Dziś pielęgnacja to nie jest już dla mnie takie źródło stresu (czy faktycznie pomoże? A może pogorszy sprawę?) i mogę zająć się innymi tematami niż pryszcze (w sumie zbliżam się do czterdziestki, więc miło ;)). Do codziennej pielęgnacji i nazwijmy do "pokonywania konkretnych problemów" szukam przede wszystkim marek, które potrafią bardzo jasno wyjaśnić, dlaczego akurat ich kosmetyk ma zadziałać. I jak dobrze wie cały Instagram, taką marką jest BasicLab.

To serum w fioletowym kolorze jest pierwszym na polskim rynku serum z peptydami miedzi. Łączy wysokie stężenia peptydów miedzi, kompleksu peptydów prokolagenowych i PDRN. Pierwsze efekty działania – uczucie napięcia i wygładzenia – mogą być zauważalne już po pierwszej aplikacji, natomiast przy regularnym stosowaniu, po około miesiącu, skóra zyskuje widoczną poprawę jędrności, sprężystości i ogólnej kondycji.   BasicLab i mój niezawodny duet, po którym zobaczycie różnicę: ujędrniające serum wygładzające 0,7% czystych peptydów miedziowych oraz krem aktywnie rewitalizujący pod oczy na dzień z 3% aminokwasów. W okresie od 1.08 do 5.08 z kodem MLE25 macie 25% zniżki na wszystkie nieprzecenione produkty na stronie BasicLab. Po tym czasie działa stały kod MLE, który daje 20% zniżki. 1. Tym razem pogodę na sesję mamy idealną, ale… // 2. … widać, że nie wszyscy w zespole są zadowoleni. Tak wygląda spontaniczna reakcja Oli, gdy dowiadujemy się, że coś, co planujemy w naszym dziale marketingu od tygodni, właśnie zostało zaprezentowane przez inną markę. Samo życie :). // I pamiętajcie Dziewczyny. Zawsze wierzcie w siebie równie mocno, jak kiedyś wierzyłyście w to, że już nigdy nie włożycie rybaczek.Bo w Sopocie w końcu nie pada i miło wyjść na zewnątrz z kubkiem porannej kawy. Tutaj możecie zobaczyć rolkę z makijażem. 

Gdy dawno temu byłaś czołową polską influencerką, a teraz to twój pies jest zapraszany na najfajniejsze sesje zdjęciowe. To jest Twoja chwila prawdy, Portos. I pamiętaj: postaraj się nie wskakiwać na ławkę. 

I jak mi idzie? 

Świetnie. 

Za ciężko wykonaną pracę należy się psie wynagrodzenie, a o nie, jak zawsze dba Farmina. 

Cały ten dzień stał u nas pod znakiem mojego ukochanego Sopotu. Chciałyśmy, przy okazji premiery kolekcji resort w MLE, pokazać Wam to miasto z innej strony. Ale Sopot nie jest dla MLE tylko źródłem inspiracji. Właściwie to jest też adresem pracowni :). Straciliśmy tę pracę Portos.  Tak! Wraca kamienny trencz!Jeszcze raz, ktoś mi powie, że rzeczy MLE nie wyglądają dobrze na brunetkach ;).1. Do Sopotu przyjeżdża się na wakacje od ponad stu lat. // 2. Ten jeden sweter, którego miałam nie brać, ale teraz, jak zobaczyłam go na Zuzi, to jednak biorę.  //1. Ten kardigan ma w sobie 95% wełny merynosowej. Został zaprojektowany w Sopocie, a wyprodukowany w Polsce. // 2. To będzie długi i gorący dzień, ale wsparcie właśnie nadchodzi. // Niezależnie od tego, czy Portos poradził sobie na sesji, czy nie, to kurier i tak przyniósł dla niego najlepsze jedzonko na świecie. Od lat karmimy go Farminą, ostrożnie zmieniając mu typy karmy, bo springer spaniele to bardzo delikatne psy. W Farminie znajdziecie  stałą i bezpłatną pomoc dietetyków zwierzęcych, którzy dostępni są również pod telefonem +48 732 070 652 (dzwońcie śmiało!). Znajdziecie tam też różne promocje, które pozwolą Czytelnikom wprowadzić rytuały zdrowego żywienia z Farminą w jeszcze przyjemniejszy sposób: Przysmak jako prezent (99% zniżki): przy wyborze specjalistycznego przysmaku dentystycznego dla psa lub przysmaku typu cream dla kota czytelnicy mogą otrzymać jedno opakowanie z rabatem aż 99%. Na stronie czekają kupony uprawniające do zniżki sięgającej nawet 50% na zakupy online lub prezent w postaci kuponu do 50 zł do wykorzystania podczas wizyty w partnerskich stacjonarnych sklepach zoologicznych.  

Na zdrowie nasz kochany, słabo słyszący Spanielku. Dokładnie w tym miesiącu będzie kończył dziewięć lat!

Hej, Warszawo. Poproszę duuuuużą kawę i odrobinę wielkomiejskiej energii, abym chodziła dziś chociaż w połowie tak szybko, jak mieszkańcy stolicy. 

Praca w modzie, odcinek 284. Dziś w programie: ochraniacze na buty i wysokie składowanie.   Ja jadąca do innego kraju, bo głupio mi było powiedzieć kierowcy Ubera, że jedzie w złą stronę.   A może i dobrze, bo przynajmniej zahaczyłam o Mokotów i kupię coś swojemu psiecku.   Schrupałabym Cię Leny (i Portos pewnie też, ale tak inaczej).  Zajrzyjcie, jeśli szukacie estetycznych i niebanalnych rzeczy dla swoich czworonogów.Wybieramy nowe miski dla Portosa.Zostały nam 3h w Warszawie i jakieś 8 lokali do obejrzenia. A może Wy macie jakieś lokale spod lady, albo słyszałyście, że ktoś będzie coś wynajmować?  Szukamy i szukamy, ale MLE to nie jest marka, która za wszelką cenę chce się rozrastać. Pewnie dlatego tak trudno nam znaleźć odpowiednią przestrzeń – nie chcemy robić nic na siłę czy otwierać butik byle gdzie tylko dlatego, że konkurencja ma już trzy. Tak więc, jeśli słyszałyście o lokalu, który czeka właśnie na MLE, to odzywajcie się! Chodzi o lokal do wynajęcia, w Warszawie Śródmieście, na parterze, z fajną witryną (może być do odnowienia), metraż między 40 a 80 metrów (plus minus). 
Kierunek: dom. 

Trochę smutno, a trochę wesoło. Kończymy w MLE ten sezon, jesteśmy mądrzejsze o wiele rzeczy i wiemy na przykład, że jednak nie zostaniemy z Asią informatykami. Za to ubrania wyszły nam najlepiej ever. Ja się cieszę, Asia trochę mniej, bo wie, że nowy sezon oznacza też całą masę moich nowych pomysłów :).

(Za to żadna z nas, na szczęście, nie wpadła jeszcze na pomysł, aby szyć ubrania MLE poza Polską.)

A to miejsce nazywa się BRUT i znajduje się w samym sercu Dolnego Miasta w Gdańsku.

Moja marynarka to model Roscoff, który możecie pamiętać z naszej kampanii wiosna/lato. Mamy jeszcze kilka ostatnich rozmiarów. Zawsze zależało nam, żeby polskie ubrania nie traciły nagle połowy swojej wartości tylko dlatego, że minął kolejny tydzień. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec pracy, którą wkładamy w każdą kolekcję. Nasze rzeczy nie mają sztucznie zawyżonych marży, z których można schodzić bez końca, a poza tym jest ich po prostu niewiele – to dlatego przeceny trwały tak krótko.

Ze smutkiem patrzę na kilka polskich marek, które w ostatnich tygodniach się zamknęły – mam nadzieję, że coraz więcej osób zacznie dostrzegać różnicę i doceniać wysiłki tych firm, które całą swoją produkcję opierają na polskich zakładach. Pamiętajcie, że marki odzieżowe komunikujące się jako "polskie" wcale nie muszą szyć ubrań w naszym kraju. Warto to sprawdzić, jeśli jest to dla Was ważne.

Są w tym zespole też inne dzielne żuczki, bez których ten sezon by się nie udał! No i Wy. Dziękuję za Wasze zaufanie!

Kampanię naszej kolekcji Resort zrealizowałyśmy w najbardziej, moim zdaniem, fotogenicznym miejscu w Polsce. Wiadomo, że chodzi o Trójmiasto ;). Pomyślałyśmy więc, że same musicie się o tym przekonać i porobić trochę zdjęć…
Do zamówień powyżej tysiąca złotych w MLE dołączamy jednorazowy aparat z filmem – aby te wakacje stały się odrobinę bardziej analogowe. 

Kocham fotografię, ale trochę inaczej wyobrażałam sobie "pracę z aparatem" w swojej firmie. 

Jak już Wam wspominałam – przetworzonych słodyczy brak, ale cały czas wyszukuję zdrowsze alternatywy. Ananas liofizowany i poziomki liofizowane – gdy najdzie Cię ochota na czipsy, ale wiesz, że to zły pomysł. Jeśli chcecie zrobić zapasy, to łapcie kod Makelife10 rabatowy dający 10% na zamówienie w Manufakturze Rodziny Sadowskich.
Przedszkole już zamknięte. Czas rozpocząć praktyki u mamy w pracy.Ostatnie kadry robiliśmy w Gdyni już po zachodzie słońca. Zostawiam Wam link do kampanii, gdybyście jeszcze jej nie widziały. 

A wywołane zdjęcia pokażę Wam pewnie w kolejnym Last Month ;). Brrr… na myśl o wrześniu przechodzi mnie dreszcz.

A kilka dni po tym, jak robiliśmy tu zdjęcia, czytam o tym, że… modernistyczne centrum Gdyni znalazło się na Liście światowego dziedzictwa UNESCO. Miła informacja dla mieszkanki Trójmiasta :). Niezmiennie dziękuję Wam za uwagę i mam nadzieję, że kolejny miesiąc wakacji Was miło zaskoczy!

 

*  *  *

 

 

Lipcowe umilacze, czyli upały w polskim stylu

  Wpis powstał we współpracy z Krosno i Topestetic oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Pewne rzeczy się nie zmieniają. W lipcowe upały Polska pachnie dokładnie tak samo jak dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt lat temu. Rozgrzanym asfaltem, lipami, jagodziankami, suchą trawą i wodą z pobliskiego jeziora. Lada dzień Instagram znowu zaleją zdjęcia termometrów, ktoś napisze, że „35 stopni w Polsce to nie to samo co 35 stopni we Włoszech”, a Castorama poinformuje, że właśnie sprzedała ostatni wiatrak. Jak co roku będziemy zachowywać się tak, jakby lato postanowiło zaskoczyć nas zupełnie bez zapowiedzi. Tymczasem nasi rodzice i dziadkowie też przeżyli niejeden gorący lipiec. Nie mieli klimatyzacji, aplikacji pogodowych ani butelek termicznych, które utrzymują temperaturę frappucino przez dwanaście godzin i kosztują tyle, co weekendowy wyjazd. A mimo to, potrafili znaleźć własny sposób na przetrwanie najbardziej gorących dni, nim ktokolwiek wymyślił pojęcie „wellbeing”.

   A ponieważ druga połowa lipca zapowiada się wyjątkowo gorąco, pomyślałam, że zamiast szukać inspiracji na południu Europy, warto zajrzeć do naszego własnego letniego archiwum. Polskie lato nie potrzebuje egzotyki. Dzisiejsze umilacze będą o tym, że mamy w własne rytuały, własne smaki i własne piękno, które od lat towarzyszą nam w najcieplejszych miesiącach roku.  

 

1. Nasi dziadkowie znali patenty na upały. Architekci właśnie odkrywają je na nowo.  

   Kiedy dziś czytamy o projektowaniu domów odpornych na fale upałów, łatwo odnieść wrażenie, że to zupełnie nowa wiedza. Tymczasem wiele rozwiązań, które architekci określają dziś mianem”passive cooling”, czyli pasywnego chłodzenia budynków, opiera się na zasadach doskonale znanych naszym babciom i dziadkom. Nie używali modnych angielskich nazw. Po prostu wiedzieli, że najważniejsze jest jedno – nie wpuszczać gorąca do domu. Weźmy choćby „night flushing”. Brzmi jak technologia rodem z Doliny Krzemowej, ale w praktyce oznacza po prostu otwieranie okien na noc i zamykanie ich rano. Innymi słowy – dokładnie to, co przez lata robiła każda babcia, powtarzając: „Nie otwieraj teraz, bo całe gorąco wejdzie do środka.”

   Dzisiaj architekci projektują budynki dokładnie według tej samej zasady. Zewnętrzne żaluzje, rolety typu screen czy ruchome drewniane lamele mają zatrzymać promienie słoneczne zanim dotrą do szyby. To bardzo ważna różnica. Gdy słońce nagrzeje szybę, większość ciepła i tak przedostanie się do wnętrza. Dlatego współczesne osłony montuje się na zewnątrz budynku, podobnie jak dawniej okiennice chroniły wnętrza wiejskich domów.

   A jeśli pamiętacie mokre prześcieradło wiszące w oknie, to nie był to odpowiednik foliowej czapeczki na przeziębienie, tylko całkiem sensowna metoda chłodzenia. Woda, parując, odbiera ciepło z otoczenia. Dziś tę samą zasadę wykorzystują nowoczesne systemy chłodzenia wyparnego. Okazuje się, że nie wszystkie domowe patenty naszych babć czekały na obalenie przez naukę. Niektóre nauka po prostu po latach potwierdziła.

2. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem i historia jednej szklanki.  

  Po zamknięciu okien przychodził czas na drugi, równie ważny rytuał – coś zimnego do picia. Najczęściej był to kompot, woda z domowym sokiem albo oranżada na specjalne okazje.I prawdopodobnie wszystko podawano w tej samej szklance.  Szklanka Polka to jeden z tych przedmiotów, których przez lata właściwie nie zauważaliśmy. Była po prostu obecna – w kredensach naszych babć, na kuchennych półkach i w niemal każdym przepisie rozpoczynającym się od słów: „wsyp jedną szklankę mąki”. Zaprojektowana ponad osiemdziesiąt lat temu miała pojemność 250 ml i szybko stała się nieformalnym standardem w polskich domach.

  Dziś, dzięki polskiej marce Krosno, wraca w odświeżonej formie – lżejsza, cieńsza i odporna na temperaturę. Na szczęście zachowała swój charakterystyczny kształt. Bo są rzeczy, których naprawdę nie trzeba było projektować od nowa.

   Gdyby ktoś po lekturze doszedł do wniosku, że jednak potrzebuje w domu tej słynnej „szklanki z przepisu babci”, która stała się ikoną polskiego wzornictwa, to mam małą podpowiedź. Do 26 lipca kolekcja Polka marki Krosno jest objęta 15% rabatem z kodem MLE.  

   A skoro już mowa o letnich rytuałach, poniżej zostawiam przepis na napój, który w ostatnich tygodniach przygotowuję najczęściej. Gruszki, odrobina tymianku i dużo lodu.

 

Składniki:

4 miękkie gruszki

1 cytryna

kilka gałązek świeżego tymianku

ok. 500 ml wody gazowanej

2 łyżki miodu

2 szklanki kruszonego lodu

 

Sposób przygotowania:

Gruszki umyj, obierz, usuń gniazda nasienne i pokrój na małe kawałki. Wrzuć je do misy blendera razem z odciśniętym sokiem z całej cytryny i miodem. Zblenduj tak, aby nie było grudek, wrzuć kilka gałązek tymianku i odstaw na mniej więcej 2 godziny do lodówki (dzięki temu aromat tymianku stanie się lepiej wyczuwalny). Po tym czasie umieść w dzbanku kruszony lód, wlej lemoniadę i dolej wodę gazowaną. Na tym etapie możesz wszystko dokładnie wymieszać, a następnie dosłodzić lub dokwasić wedle uznania.

3. Cztery filmy, które najlepiej ogląda się wtedy, kiedy za oknem jest 33 stopnie.  

   Skoro już siedzimy zamknięci w mieszkaniu, z zaciągniętymi zasłonami, i próbujemy się schłodzić po całym dniu spędzonym w upale to przestańmy mieć wyrzuty sumienia, że cały wieczór spędzimy przed telewizorem. Przygotowałam cztery filmy, które najlepiej ogląda się z otwartymi oknami i szklanką czegoś zimnego w ręku.

„Utalentowany pan Ripley” (1999)

Jeżeli istnieje film, który skuteczniej niż Pinterest przekonuje do lnianych koszul, okularów przeciwsłonecznych i wakacji we Włoszech, to jest nim „Utalentowany pan Ripley”. Włochy końca lat 50., leniwe dni nad morzem, aperitivo, łodzie kołyszące się w porcie i poczucie, że czas płynie trochę wolniej. Oczywiście tylko do pewnego momentu, bo to jednak thriller.

 

„Heartbraker. Licencja na uwodzenie.” (2010)

Są filmy, które polecam tak często, że powinnam dostawać prowizję od platform streamingowych. „Heartbreaker. Licencja na uwodzenie” jest jednym z nich. To lekka francuska komedia z Monako w tle, świetnymi kostiumami i humorem, który nie obraża inteligencji widza. Jeśli po całym dniu upału marzy Wam się film, który poprawia nastrój równie skutecznie jak lemoniada, którą piję na tych zdjęciach, właśnie go znaleźliście.  

 

„La Piscine” (1969)

Ten film udowadnia, że południe Francji potrafi być równie piękne, co niepokojące. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut kadry przypominają reklamę wakacji, na które wszyscy chcielibyśmy pojechać – elegancka willa, rozgrzane słońcem tarasy, cykady, błękitny basen i wnętrza, które mimo upływu lat wciąż wyglądają niezwykle stylowo. Jacques Deray wykorzystuje ten letni bezruch po mistrzowsku, stopniowo budując napięcie tam, gdzie pozornie nic się nie dzieje. Dodatkowego wymiaru całej historii dodaje fakt, że Alain Delon i Romy Schneider spotkali się na planie kilka lat po zakończeniu swojego głośnego związku. Widzowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że ekranowa chemia między nimi wykracza daleko poza aktorskie rzemiosło.

 

„Ziemia obiecana" (1975)

Na pierwszy rzut oka to dziwny wybór do letniego zestawienia. Ale wystarczy przypomnieć sobie sceny rozgrywające się w dusznych fabrykach, rozgrzanych kamienicach i zakurzonych ulicach XIX-wiecznej Łodzi. Czuć tam ciężkie, stojące powietrze, od którego aż chce się otworzyć okno. Jeśli nie widzieliście, to warto nadrobić – zwłaszcza z perspektywy dorosłego millenialsa.  

4. Wieczór po plaży i kilka sposobów na schłodzenie rozgrzanej do czerwoności skóry.  

  Mam teorię, że polskie słońce ma najlepszy PR na świecie. Wyjeżdżając do Włoch czy Grecji, wszyscy nagle przypominamy sobie o SPF 50, kapeluszu i cieniu między 12.00 a 15.00. W Polsce? Przecież to tylko odrobina witaminy D…. Tymczasem temperatura i promieniowanie UV to dwie zupełnie różne rzeczy. W słoneczne dni indeks UV nad Bałtykiem czy w górach bardzo często osiąga latem 7–8, a zdarza się, że dochodzi do 9. To poziom, przy którym dermatolodzy zalecają wysoką ochronę przeciwsłoneczną i ograniczenie ekspozycji na słońce. Mimo to sama łapię się na tym, że to właśnie z plaży w Trójmieście najczęściej wracam z ramionami w kolorze pomidora. Najwyraźniej mój mózg uznaje, że skoro w zasięgu wzroku jest budka z goframi, zagrożenie nie może być poważne.

  Po powrocie do domu plażowy kosz lądują na podłodze i natychmiast wysypuje z siebie pół plaży, a ja żałuję, że wychodząc nie wpakowałam do torby dodatkowo kremu spf do ciała zamiast oliwki przyspieszającej opalanie (nic się nie zmienia u mnie w kwestii kremu z filtrem do twarzy, to mój obowiązkowy ostatni krok porannej pielęgnacji i w moim przypadku spf do twarzy łączy pielęgnację, ochronę i makijaż). Schłodzony tonik wyjęty z lodówki, letni prysznic, lekki balsam po opalaniu i luźna bawełniana albo jedwabna piżama – brzmi, jak drobiazgi, ale naprawdę robią różnicę. Oto kilka moich poleceń na ten wieczór, kiedy pielęgnacja bardziej przypomina gaszenie pożaru niż wieczorne SPA.

BEIGIC Treatment Essence

To jeden z niewielu kosmetyków, który po upalnym dniu trzymam w lodówce. Nie wiem, czy działa lepiej, ale twarz jest zdecydowanie bardziej przekonana, że właśnie dostała urlop. Ta koreańska nawilżająco-rozświetlająca esencja działa wręcz jak serum. Oparta jest na zielonej kawie, peptydach i niacynamidzie. Ma bardzo wodnistą konsystencję, dlatego po dniu na plaży działa niemal jak pierwszy łyk zimnej wody dla odwodnionej skóry. W zależności od kondycji i potrzeb skóry esencję można zastosować na kilka sposobów – ja wybieram stosowanie warstwowe (zobaczcie na stronie Topestetic jak polecają kosmetolodzy).

 

JOONBYRD Moon Swim Hydrating Body Wash

Jeśli do tej pory (tak jak ja) uważałyście, że żel do mycia ciała może być byle jaki, to po użyciu tego produktu zmienicie zdanie. To nie jest zwykły żel pod prysznic. Zawiera kwas hialuronowy, witaminę E, prebiotyk (inulinę) i ashwagandhę, czyli adaptogen, który ma wspierać skórę narażoną na stres środowiskowy. Po dniu spędzonym na plaży ważne jest, żeby nie przesuszyć dodatkowo skóry agresywnymi detergentami, dlatego łagodne formuły mają tutaj sens. Zapach (wanilia, kawa i karmel) też robi swoje.  

 

JOONBYRD Daydreamer Body Serum

To serum do ciała o żelowo-olejowej formule stworzone z myślą o skórze wymagającej ujędrnienia, ale i takiej zaawansowanej pielęgnacji. Nuty zapachowe tego serum otulają eleganckimi aromatami kaszmirowego piżma, bursztynu, drewna gwajakowego, jaśminu oraz karmelu. Ten kosmetyk zawiera biomimetyczny kompleks peptydowy z szafirem, który wspiera syntezę kolagenu i elastyny, poprawia gęstość skóry i wzmacnia jej barierę ochronną. Zielona kawa pobudza mikrokrążenie, a także działa ujędrniająco, a ekstrakt z parakrzesu zapewnia efekt wygładzenia i poprawy napięcia (koniecznie zobaczcie zdjęcia przed i po 4 tygodniach stosowania na stronie Topestetic, to w pełni zrozumiecie, jak ważny jest ten produkt w pielęgnacji ciała ;) ). 

SKYMILK Panthenol Cream With Donkey Milk

A to już prawdziwa karetka na sygnale dla naszej skóry – krem z pantenolem i oślim mlekiem. Intensywnie nawilża, łagodzi wszelkie podrażnienia i przynosi natychmiastową ulgę – po długiej kąpieli słonecznej, albo męczącym dniu w upale, będzie jak plaster dla naszego ciała. Co więcej, ten krem jest odpowiedni do pielęgnacji każdego rodzaju skóry i dla każdej grupy wiekowej – od niemowląt po osoby dorosłe.  

 

Physical Protectant Tinted SPF 30 Light To Medium

Ten spf już pewnie dobrze znacie z moich wcześniejszych poleceń blogowych – od lat po niego sięgam i niezmiennie jest w gronie moich ulubieńców. Daje piękny efekt na skórze twarzy. To ostatni krok mojej codziennej porannej pielęgnacji. Ale czasami stosuję go nawet na wieczorne wyjścia latem – po całym dniu na plaży często nie mam ochoty nakładać podkładu, a taki produkt załatwia trzy sprawy naraz (pielęgnuje, chroni i wyrównuje koloryt). Filtry mineralne (tlenek cynku i dwutlenek tytanu) działają od razu po aplikacji i są dobrze tolerowane przez skórę wrażliwą.  

5. Dom MLE (mój top wchodzi do sprzedaży już w ten piątek).

  Na koniec dwie krótkie informacje. Pierwsza jest taka, że to już ostatni moment aby kupić coś w czasie wyprzedaży w MLE. Nigdy nie lubiłam sytuacji, w której ubranie z tygodnia na tydzień traci kolejne 10 czy 20 procent swojej wartości. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec naszej pracy. Dlatego jeśli coś od dawna było na Waszej liście, to jest dobry moment. Jeśli nie było, to i tak nie powinnyście tego kupować tylko dlatego, że nagle stało się tańsze.  

  A druga informacja to raczej zaproszenie. Od kilku miesięcy rozwijamy coś, co nazwałyśmy Domem MLE. Od dawna mam poczucie, chociażby po naszych przypadkowych spotkaniach czy wiadomościach, które od Was dostaję, że łączy nas znacznie więcej niż ubrania. MLE i nasze projekty są raczej wynikiem tych wspólnych upodobań niż ich przyczyną. Ono po prostu sprawiło, że łatwiej było nam się odnaleźć. Dlatego pomyślałyśmy o miejscu dla tych z Was, które chciałyby być trochę bliżej. Nie tylko nowych kolekcji, ale też wszystkiego, co nas inspiruje i z czego to MLE właściwie się bierze. Do Domu MLE możecie zapisać wchodząc na naszą stronę (po kilku sekundach pojawi wyskakujące okienko, w którym podajecie potrzebne dane). 

  Mam wrażenie, że najłatwiej zachwycamy się tym, co nowe, egzotyczne albo trudno dostępne. Tymczasem przez cały ten wpis wracałam do rzeczy, które większość z nas zna od dziecka albo które otaczają nas przez cały czas. Z polskimi produktami często jest podobnie. Czasem trzeba, żeby ktoś opowiedział ich historię, zanim zauważymy, że od dawna mamy je obok siebie. I że ciężko jest znaleźć coś lepszego nawet na końcu świata.

  Właśnie tego chciałabym sobie i Wam życzyć tego lata — żeby jak najczęściej zachwycać się tym, co nie próbuje na siłę zwrócić naszej uwagi.

 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Newby Teas, Handy Lab i Wydawnictwem PWN, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  W maju łatwo było sobie powiedzieć, że odpoczniemy za kilka tygodni, że znajdziemy czas na książkę, dłuższy spacer czy kolację z przyjaciółmi, kiedy tylko zrobi się cieplej. A potem przyszedł czerwiec i okazało się, że lato nie zaczyna się w kalendarzu. Ono zaczyna się w chwili, kiedy po raz pierwszy wybiegam z domu bez żadnej bluzy czy marynarki. Rozpoczyna się wtedy, gdy potrafię spontanicznie zamienić wieczór na kanapie w niekończący się plac zabaw i oglądanie zachodu słońca z wyładowanym telefonem w kieszeni.  

  Lato zaczyna się od decyzji: „jest czerwiec i muszę z niego korzystać, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi”. I nawet nie wiecie, jak bardzo jestem z siebie dumna, że kończę ten miesiąc z poczuciem, że akurat to mi się udało. A zresztą same oceńcie! Zapraszam na wpis pachnący jaśminem i morzem, będący dowodem na to, że latem nawet ja potrafię być odrobinę spontaniczna.

 

 

Gdyby ktoś myślał, że w czerwcu nad polskim morzem nosi się bikini… Początek tego miesiąca nie zwiastował żadnej fali upałów.
(Mój sweter to oczywiście MLE).Ukochane Lubiatowo, którego krajobraz wciąż się zmienia (ku naszemu niezadowoleniu). Jazda konna w Folwarku Jackowo, opalanie w Sasinie i oczywiście obiad w Ewie Zaprasza (niektórzy przyjeżdżają do tej restauracji nawet z Krakowa ;)). Konie na prawdziwym pastwisku. Wiele z nich miało swoje przejścia, ale odnalazły swój szczęśliwy przystanek. 1. Gdy nudzi Ci się powoli Twoje wnętrze, ale na myśl o remoncie od razu stwierdzasz, że jest ślicznie i jednak nic nie chcesz zmieniać. // 2. Gdy w końcu mogłaś spać do dziewiątej, ale od piątej nie możesz zmrużyć oka. // 3. Mini szampon, maska do włosów, balsam, płyn do mycia ciała i twarzy od Sensum Mare. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam na mój wyjazd pod namiot. A wiecie, że do 30 czerwca w Sensum Mare jest 30% zniżki na wszystkie kosmetyki?  4. A gdyby ktokolwiek chciał się schronić przed upałem… lub wiatrem… albo przed całym światem. /// Nawigator taksówkarza – i od razu wiadomo, że jesteśmy w Paryżu!Taka tam zwykła pierwsza lepsza uliczka w Paryżu. Ależ dobrą robotę wykonał ten Haussmann.
1. Gdy bardzo się śpieszymy, więc zamawiamy, co jest. // 2. Od lat wierzymy w nasze tenisistki i zawsze kupujemy bilety tylko na kobiecy finał – możecie się więc domyśleć, jaka to była radość, gdy okazało się, że niespodziewanie zagra w nim Maja Chwalińska. //Marynarka w tenisowy prążek nada się na tę okazję idealnie. 1. Krótka przerwa między gemami – przyglądam się więc widowni. // 2. Maja Chwalińska została pierwszą kwalifikantką w historii, która awansowała do finału French Open. Wcześniej żadna zawodniczka, która przebijała się przez kwalifikacje, nie zagrała w finale Rolanda Garrosa. 

(Postanowiłam tylko o tym szepnąć, gdyby ktoś już postanowił gdakać, że coś mu się nie podobało. Brawo, Maja Chwalińska!)

Łatwo podziwiać dwie godziny meczu, dużo trudniej pamiętać o tysiącach godzin treningów, których nikt nie ogląda. Będąc na trybunach, chyba łatwiej dojrzeć to, że oglądamy tak naprawdę człowieka z krwi i kości, który toczy właśnie najważniejszą walkę w swoim dotychczasowym życiu. 
Niezależnie od tego, jak skończył się tamten mecz – Maja i tak sprawiła nam niesamowitą niespodziankę. //Jeśli coraz częściej masz poczucie, że zaczynasz być brzydka i bez filtrów wyglądasz okropnie…… I że Twoje ubrania do niczego się nie nadają…… I że Twoje mieszkanie przestało Ci się już podobać…

… I że jesteś ze wszystkim w tyle i nie ogarniasz tak, jak inni…

… I że u Ciebie jest zawsze brzydka pogoda…… I Twoja codzienność zaczęła wydawać Ci się nudna…

… I że jesteś złą mamą…
To czas odłożyć telefon.  

A z Tobą jest wszystko w porządku. Problemem nie jest Twoje życie. Problemem jest Twój czas przed ekranem.  Dawniej mieliśmy małe pole do porównywania się z innymi. Sąsiadka, mama koleżanki synka, kuzynostwo, koleżanki z pracy. Dziś zarzucane jesteśmy setkami obrazów cudzych żyć każdego dnia. Widzimy wyłącznie wycinki rzeczywistości – najładniejsze kadry, największe sukcesy, najbardziej uporządkowane momenty. Trudno czuć się wystarczającą, gdy nieustannie porównujesz swoje kulisy do czyjejś starannie wyreżyserowanej sceny. Nasz mózg nie został stworzony do tego, by codziennie mierzyć się z życiem setek innych ludzi naraz.

1. Gdy w radiu grają piosenkę "Torn" to millenialsom jakoś łatwiej wtedy wstać. // 2. Moje marne zbiory i stary pumpernikiel… zaraz coś z tego wyczaruję. //

„Dziś wiszą dumnie w salach polskich muzeów, ale zanim się tam znalazły, prowadziły zaskakująco bujne życie. Zaszywane w jedwabie, kradzione, darowane w prezencie lub przywożone jako pamiątki z podróży. Przenoszone z miejsca na miejsce albo ukrywane na długie lata. Mowa o dziełach najwybitniejszych mistrzów malarstwa europejskiego, które w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności trafiły do naszych rodzimych zbiorów.” To wielki talent opowiadać o sztuce tak, aby zainteresować każdego, nawet najbardziej zniechęconego słuchacza. Tę umiejętność posiada niewątpliwie Paweł Bień, a jego książka "Nieobce" od PWN sprawiła, że w ostatnich dniach chodziłam niewyspana.  

Być może o niektórych historiach tych obrazów słyszałyście, ale sposób, w jaki opowiada o nich pan Bień sprawia, że każdy wątek chcecie zapamiętać, aby umieć potem przekazać to dalej.   

(Kod MLE25 daje -25% od ceny okładkowej na wszystkie papierowe publikacje PWN. Kod jest już ważny i będzie działał do 31.07. :))1. Szczypiorek czyli moje największe rolnicze osiągnięcie ostatnich lat. // 2. W sumie nie jestem pewna, czy jestem w piżamie i ubrałam na siebie byle co, aby wyjść po zioła na taras, czy jednak wymyśliłam cool zestaw na festiwal. // Mój najwierniejszy asystent kucharza. Dba o zatowarowanie (albo jego brak). 

1. Błagam, żeby dzieci nie były dziś głodne, to może jedna czwarta jednej z tych kanapek zostanie dla mnie. Przepis jest banalnie prosty (najważniejsze jest idealnie ugotowane, siedmiominutowe jajko). 

Pieczywo (ja używam razowego) smarujemy miękkim awokado, mrożony groszek zalewam wrzątkiem na dwie minuty, aby się sparzył. Kluczem jest idealne jajko – zależy mi na ściętym białku i lekko płynnym żółtku – u mnie gotowanie trwa dokładnie 7 minut! Dla smaku dodajemy sól i pieprz i ozdabiam szczypiorkiem lub koperkiem. 

Trzynaście stopni, bo przecież połowa czerwca. Jak dobrze, że mam w swojej szafie naprawdę sporo swetrów. MLExMORDOR, czyli comiesięczna sesja produktowa. Praca w taki dzień jest powtarzalna i trwa zawsze sporo czasu, ale i tak jestem dumna z tej zmiany, bo zdjęcia na stronie wyglądają teraz znacznie bardziej profesjonalnie. Mam wrażenie, że w MLE ogromną uwagę skupiamy na produktach, aby były dopracowane do ostatniej niteczki i potem brakuje nam już trochę tego zapału, aby móc zaprezentować efekty w odpowiedni sposób (Z kolei w dzisiejszej branży odzieżowej sukcesy odnoszą te marki, które robią dokładnie na odwrót ;)). A może to tylko moje subiektywne wrażenie?1. z cyklu "Rozmowy dwóch CEO": "Asia, raz, dwa, trzy, ja zaklepuję ten sweter na Openera". // 2. Ale na dzisiejszą pogodę w Trójmieście to zdecydowanie ta sukienka lepiej się sprawdzi. // Poczułam pierwszą kroplę, więc wbiegam do środka – wiem doskonale , gdzie w Gdańsku schować się przed deszczem.1. Za oknem grzmi, ale ja skryłam się w bezpiecznych murach galerii NOMUS. To jedna z tych codziennych sytuacji, które łatwo przeoczyć, choć architekci od stuleci poświęcają im ogrom uwagi (schronienie jest przecież jedną z najbardziej podstawowych potrzeb, na które odpowiada architektura). // 2. Modernizm miał ambicje znacznie większe niż projektowanie ładnych budynków. Jego zwolennicy wierzyli, że architektura może naprawiać świat. Brzmi naiwnie? Trochę tak. Ale po doświadczeniach rewolucji przemysłowej, przeludnionych kamienic i dwóch wojen światowych wizja mieszkań pełnych światła, zielonych osiedli i racjonalnie zaplanowanych miast wydawała się całkiem rozsądną odpowiedzią na chaos rzeczywistości. // Nicolas Grospierre kieruje obiektyw na budynki epoki modernizmu, obok których codziennie przechodzimy bez większych emocji. To, co zwykle wydaje się zwyczajne, nagle zaczyna wyglądać jak scenografia do futurystycznego filmu o przyszłości, który ktoś nakręcił kilkadziesiąt lat temu.  Czasem ciężko zdecydować, czy blokowiska i powojenny modernizm kochać, czy wyburzać. Wiele rozwiązań architektonicznych o światowym poziomie nie przetrwało zderzenia z bylejakością codziennego utrzymania. Dopiero teraz, po kosztownych remontach, odkrywamy zalety i skromną, ale na swój sposób fascynującą urodę takich dzieł architektury jak Dworzec Centralny czy katowicki Spodek. Trzeba uznać fakt, że każdy budynek stanie się obrzydliwy, jeśli przez 30 lat nie będziemy go myć, naprawiać i sprzątać. Galeria NOMUS "Nicolas Grospierre. Permakryzys" 14.05 – 6.09.2026, Gdańsk.A na parterze budynku, w którym mieści się galeria, możecie zjeść pyszną drożdżówkę, albo wypić pyszną kawę. Pokazywać Wam więcej nieoczywistych miejsc związanych ze sztuką w Trójmieście?A ten napis czekał na mnie tuż po wyjściu…Czerwcowa puszcza za oknem.

Co tu zrobić, aby nigdy nie zadeptać tej artystycznej spontaniczności?

Ja i koncerty to rzadkie połączenie, ale skoro Sopot jest taki "małomiasteczkowy"……to żal nie skorzystać z takiej okazji. Chyba jesteśmy za młode na takie szalone wieczory ;). 1. Najlepsze polskie czerwcowe obiady. // 2. I najlepsze czerwcowe kwiaty…// Kwitnący jaśmin to moja najlepsza motywacja do wspinaczki. 
1. Herbata parzona na zimno. Znacie? Na pewno tak, ale wiem, że o dobrych rzeczach czasem warto przypomnieć (mi przypomniała o tym Meghan Markle, ale nie żebym oglądała jej program ;)). // 2. Upalne wieczory w Sopocie i podejrzliwi sąsiedzi. // Herbatę parzoną na zimno polecam szczególnie tym z was, które nie przepadają za smakiem zielonej herbaty, ale chciałyby ją pić z prozdrowotnych względów. Herbata parzona na zimno jest zdecydowanie delikatniejsza, ma ładniejszy kolor i dużo przyjemniej się ją pije – jestem pewna, że gdy raz spróbujecie, to stanie się ona Waszym ulubionym rodzajem lipcowego nawodnienia. Ja wybrałam „Green Lemon” od Newby Teas, czyli mieszankę wyselekcjonowanych długich liści chińskiej zielonej herbaty typu sencha z kawałkami aromatycznej cytryny.  Gatunek ma tutaj kluczowe znaczenie, ale o tym, że herbatę należy kupować z pewnego źródła na pewno wiecie – tę od Newby Teas kupuję od lat i ciężko przerzucić mi się na coś innego – do dobrego szybko się przyzwyczajamy (Kod KASIA20 daje 20% zniżki na cały asortyment -działa na wszystko do 20 lipca). 

Wystarczy dobrej jakości herbata z jakimiś owocowymi akcentami – zalewamy ją chłodną wodą i zostawiamy na godzinę. 

Te dwie rzeczy razem oznaczają, że w mieszkaniu pachnie poezją. "Slow" na Garnizonie.1. Omlet, bo nawet ja uległam trochę tej białkowej propagandzie ;).  // 2. "Drogi Panie Informatyku, niestety sweter padł i strona nie dziala. To znaczy swerter. To znaczy swerwer. To znaczy SERWER" – czyli ja i Monika gasimy poniedziałkowe pożary. Nawodnienie od wewnątrz zamówiłam, a to od zewnątrz wyciągnęłam z torebki. Miło mieć taki krem do rąk, który nie dość, że pielęgnuje, to jeszcze cieszy oko. Te dwie tubki o nowoczesnym kształcie są od Handy Lab. Macie dwie opcje do wyboru: Glow&Go lub Energy & Fresh (kod "Make" daje rabat  -15% w sklepie Handy Lab). 1. Kocham tę spódnicę! // 2. Kompaktowy, ładny. Skuteczność oparta na składnikach naturalnych z kompaktowym designem może iść w parze.  :).  // 

"Jak myśleć o sztuce" Ryszarda Kasperowicza 

Często targam swoje dzieci po muzeach (nie po wszystkich i nie zawsze) i to one są dla mnie najlepszym dowodem na to, że sztuki nie trzeba rozumieć, aby się nią zachwycać. Ale będę też zawsze stała na stanowisku, że warto ją zrozumieć, jeśli chcemy zachwycać się nią jeszcze bardziej. Rozumienie sztuki sprawia, że kontakt z nią przestaje być jedynie emocją, a zaczyna być doświadczeniem – a tym kluczem, który otwiera nam drzwi, jest szczere zainteresowanie. Im więcej wiemy, tym więcej chcemy wiedzieć i tym po trudniejsze rzeczy sięgamy. 

Jeśli mainstreamowe treści dotyczące sztuki już Was męczą i potrzebujecie czegoś naprawdę wnikliwego, co rozgrzeje Wasze neurony do czerwoności, to ta pozycja Was nie zawiedzie (na tę książkę też działa kod do PWN, który podałam wyżej).Magia hamaka. 
A tu magia Sopotu.Udawajmy turystki, kupmy gofra! Wszystkie trójmiejskie odcienie błękitów.Analogowe życie. Trzeba się postarać, aby do niego wrócić, ale warto (zwłaszcza w wakacje).

W kolejnym Last Month pokażę Wam, jak wyszło, bo jutro odbieram zdjęcia!

I to by było na tyle, bo wszystko inne, co wydarzyło się w moim życiu w tym miesiącu, było nudne, niezbyt ładne, albo byłam w tym momencie tak zakręcona, że przez myśl by mi nie przeszło, aby wyciągnąć telefon ;). … A teraz pakuję plecak, bo chyba wszyscy wkoło widzą, że czas się na sekundkę wylogować. Ale wrócę!

 

*  *  *