If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Drożdżowa choinka z gorgonzolą i rozmarynem, jako miły sposób spędzenia grudniowego popołudnia

*     *    *

Mam słabość do drożdżowych wytrawnych wypieków. Po pierwsze – są uniwersalne, można je podać z czymkolwiek mamy ochotę, po drugie – są doskonałym pretekstem do wspólnych zabaw w kuchni. Wnętrze bułeczki drożdżowej wypełniam kawałkiem gorgonzoli, która wtapia się w ciasto nadając szlachetności.

Skład:

500 g mąki pszennej typu OO

25 g świeżych drożdży

300 ml ciepłej wody

2 łyżki oliwy z oliwek extra vergine

farsz: 2 gałązki świeżego rozmarynu

szczypta płatków chili

garść orzechów włoskich

3 łyżki oliwy

ok. 150 g sera gorgonzola

konfitura:

ok. 200 g świeżej żurawiny

3-4 miodu

1-2 łyżki octu balsamicznego

A oto jak to zrobić:

1. Świeże drożdże mieszamy z ciepłą wodą i odstawiamy na 10 minut. Mąkę przesiewamy z szczyptą soli, dodajemy drożdże i wyrabiamy ciasto. Formujemy kule. Przekładamy do miski wysmarowanej oliwą, przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na 30 minut, tak by podwoiło swoją swoją objętość.

2. Z ciasta formujemy kulę, dzielimy ją na pół, każdą połowę na trzy kolejne równe części – które w efekcie końcowym dzielimy na 5 równych. Powinniśmy uzyskać 30 kształtnych kulek w wielkości dużego orzecha włoskiego. Do każdej kulki umieszczamy kawałek sera gorgonzola i zawijamy. Gdy wypełnimy wszystkie kulki serem, formujemy je na kształt choinki (patrz na poniższych zdjęciach). Drożdżową choinkę układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku w 180 stopniach C, opcja: góra-dół przez 20 minut. Wyjmujemy i posypujemy świeżym rozmarynem i płatkami chili. Możemy skropić oliwą z oliwek. Podajemy z gorącą konfiturą z żurawin.

3. Aby zrobić konfiturę z żurawiny: w garnku o żeliwnym dnie podsmażamy na maśle pokrojoną żurawinę, dodajemy miód i ocet balsamiczny. Gdy powstanie sok zredukujmy go. Konfiturę pozostawiamy na małym ogniu jeszcze przez 8-10 minut. Możemy doprawić szczyptą pieprzu lub gałki muszkatołowej.

Świeże drożdże mieszamy z ciepłą wodą i odstawiamy na 10 minut. Mąkę przesiewamy z szczyptą soli, dodajemy drożdże i wyrabiamy ciasto. Formujemy kule. Przekładamy do miski wysmarowanej oliwą, przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy w ciepłe miejsce na 30 minut, tak by podwoiło swoją swoją objętość.

Z ciasta formujemy kulę, dzielimy ją na pół, każdą połowę na trzy kolejne równe części – które w efekcie końcowym dzielimy na 5 równych. Powinniśmy uzyskać 30 kształtnych kulek w wielkości dużego orzecha włoskiego.

Do każdej kulki umieszczamy kawałek sera gorgonzola i zawijamy.

Gdy wypełnimy wszystkie kulki serem, formujemy je na kształt choinki (patrz na poniższych zdjęciach). Drożdżową choinkę układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Pieczemy w rozgrzanym piekarniku w 180 stopniach C, opcja: góra-dół przez 20 minut. Wyjmujemy i posypujemy świeżym rozmarynem i płatkami chili. Możemy skropić oliwą z oliwek.  Gorące bułeczki podajemy z gorącą konfiturą z żurawin.

 

LOOK OF THE DAY – BABY IT’S REAAAAALLLY COLD OUTSIDE

shoes / buty – Ugg on Eobuwie.pl

wool sweater & cap / wełniany sweter i czapka – MLE

puffer jacket / puchowa kurtka – Moncler (możecie ją pamiętać z poprzednich sezonów)

blue jeans / niebieskie dżinsy – Arket

wool scarf / wełniany szal – Acne

tights / rajstopy – Calzedonia

Kto by się spodziewał takiej zimy jeszcze przed świętami? Nawet w Sopocie mamy prawie tyle śniegu co na Wieżycy ;). Z tej okazji jak co roku pojawiają się w komentarzach pytania o najlepsze zimowe buty. Które wybrać na stok narciarski? Które będą dobrze wyglądać w mieście, a które są najtrwalsze? I najwygodniejsze? W telegraficznym skrócie ocenię wady i zalety moich trzech ulubionych modeli.

  1. Ugg Pytacie mnie dlaczego wybieram Uggi a nie Emu. Wydaje mi się, że te pierwsze dłużej zachowują fason i według mnie są ciut cieplejsze dzięki grubszej podeszwie. Zaletami Uggów są niewątpliwie wygoda (w noszeniu, zakładaniu i ściąganiu ;)), można już chyba powiedzieć, że ponadczasowy wygląd (mają wzloty i upadki, ale nosimy je już od blisko 20 lat, więc chyba coś muszą w sobie mieć). Specjalnie pokazuję Wam dziś na zdjęciach, jak wyglądają po spacerze w śniegu – te ciemne plamy (o ile śnieg jest w miarę czysty) to przez wilgoć, ale po pół godzinie nie ma już po nich śladu. Uggi dobrze sprawdzą na mrozy i świeży śnieg. Chlapy nie lubią. Średnio komponują się z bardziej eleganckimi zestawami ;). Para którą widzicie ma już trzy lata i pewnie zostanie ze mną kolejny rok. Noszę je średnio 2 razy w tygodniu od listopada do marca – wspominam o tym, abyście same mogły ocenić ich trwałość).

  2. Inuikii  Swoją parę pokazywałam Wam dwa tygodnie temu. Te buty również mam już któryś sezon z rzędu i właściwie wyglądają jak nowe (użytkowane średnio raz,dwa razy  tygodniu od listopada do marca). Są dosyć ciepłe i nieźle sprawdzają się w śnieżnej brei i czasie odwilży. Nie mają aż tak weekendowego charakteru jak Uggi i są trochę mniej wygodne (no i trzeba je wiązać).  

3. Moon Boots  Niezastąpione buty na wielkie mrozy i zaspy śnieżne. Niestety w każdej innej sytuacji wyglądają trochę dziwnie. Nie przemakają i są na tyle wysokie, że śnieg nie wsypuje się do środka. Ciężko ocenić ich wygodę, bo to trochę jakby astronauta miał ocenić swój skafander – to nie jest obuwie do codziennych spacerów, ale jeśli jest bardzo, bardzo zimno to adidasów i tak nie włożymy ;). Okazji do ich używania jest niewiele: w Sopocie w ciągu roku pewnie włożyłam je z cztery razy, ale na wyjazdach narciarskich są nieocenione.  

Wszystkie wymienione rodzaje butów znajdziecie na tej stronie. 

Prezentownik na przedziwny 2021 rok, czyli co kupić najbliższej osobie, dzieciom w różnym wieku, minimalistce i tym, którzy grymaszą pod choinką.

   Zacznę optymistycznie – mamy dziś w Europie kryzys pandemiczny, ekologiczny i ekonomiczny. Dla jednych oznacza to, że tak trywialnymi rzeczami jak gwiazdkowe prezenty w ogóle nie powinniśmy się przejmować. Inni z kolei próbują wszystkimi siłami przenieść swoją uwagę właśnie na świąteczne przygotowania, aby nie zwariować od ataku złych newsów.

   Niezależnie od tego, do której z tych dwóch grup się zaliczacie, każdy z wielkich problemów tego świata powinien skłonić nas do przeanalizowania ustaleń ze świętym Mikołajem. Nawet jeśli (patrząc egoistycznie) mamy poczucie, że ani koronawirus, ani inflacja, ani nawet smog nie wpłynęły znacząco na nasze codzienne życie, to i tak naprawdę warto dobrze przemyśleć sprawę prezentów. I nie mam tu na myśli wyświechtanych rad typu „zaplanuj upominki z wyprzedzeniem, aby potem nie łapać za skarpety przy kasie w supermarkecie”.

   W czasach nadmiaru i dostępu do wszystkiego kupowanie prezentów powinno być łatwizną. Tymczasem coraz rzadziej udaje się nam podarować coś, co wzbudzi w najbliższych autentyczną radość i zaskoczenie. No i to miłe uczucie, że ktoś naprawdę o nas pomyślał, a nie tylko „słajpnął” kartą kredytową w Empiku. Mamy sklepy internetowe, porównywarki cenowe, centra handlowe, dostęp do produktów z Indii, Nowego Jorku i Gwatemalii – przy tych możliwościach to naprawdę powinien być banał, a nie jest! Jeśli wydaje się Wam, że nie mam racji, to przypomnijcie sobie opowieści naszych rodziców o tym, że w ich młodości najbardziej upragnionym prezentem pod choinkę była siatka pomarańczy. Proste, prawda?

   Nie, nie jestem tak naiwna, aby przekonywać Was teraz do zwrócenia stajni z Lego do Smyka i pójścia po prezenty do warzywniaka. Przykład pomarańczy przywołuję tutaj tylko po to, aby w dobitny sposób pokazać, że najbardziej pożądane rzeczy to te, które są trudno dostępne, unikatowe, wyszperane spośród reszty. Często wcale nie najdroższe.

   Niestety, nasz umysł jest tak skonstruowany, że to, co łatwo osiągalne natychmiast staje się mniej wartościowe, nawet jeśli w niedalekiej przeszłości wydawało nam się spełnieniem marzeń (wspomnę tylko o tym, jak niecałe dwanaście miesięcy temu zabijaliśmy się o dostęp do szczepionek, a dziś trzeba wielu namawiać). Coraz częściej zaplątani w codzienną gonitwę chętniej idziemy na łatwiznę, gdy zbliżają się Święta. Co w takim razie jest tą najbardziej upragnioną walutą, dzięki której możemy zdobyć wymarzone prezenty? To oczywiście czas – spróbujcie znaleźć go choć trochę, a ja postaram się Wam pomóc.

Jestem szczęśliwa gdy widzę, że Czytelniczki Makelifeeasier.pl tworzą własne rzeczy, które okazują się być idealne w każdym calu. Tak jest w przypadku Oli, która pisze rewelacyjnego bloga kulinarnego (Przytulny Zakątek) i prowadzi swój profil na Instagramie. Jestem pewna, że gdybyśmy miały okazję poznać się poza wirtualnym światem, to zostałybyśmy dobrymi koleżankami.  „Przepiśnik” Oli widziałyście na blogu już dawno temu (w zeszłym roku o ile mnie pamięć nie myli) i w dalszym ciągu uważam, że to genialny prezent dla każdego kto lubi gotować i ceni sobie wydawnicze perełki. Owsianka, którą widzicie na zdjęciach to właśnie jeden z przepisów Oli. 

 W Przepiśniku z lnianą okładką i złotym tłoczeniem znajdziecie 72 strony dedykowane Waszym przepisom, 10 autorskich przepisów (5 słonych i 5 słodkich), miejsca na notatki i uwagi oraz eko kopertę na karteczki z przepisami, które leżą luzem w Waszych szufladach. Jeśli macie w swoim otoczeniu osobę, której taki Przepiśnik sprawiłby radość to mam dla Was kod rabatowy dający 20% rabatu na jego zakup. Wystarczy, że do 11 grudnia użyjecie hasła Kasia20.

   Chociaż każdy z nas jest inny, ma różne potrzeby i upodobania, to istnieją pewne schematy, którymi możemy się posłużyć, aby znaleźć idealny prezent – także w tej nowej i dziwnej rzeczywistości. Idealny, czyli taki, który trafnie przekazuje bliskim ile dla nas znaczą. Mam nadzieję, że parę moich rad, osobistych historii i konkretnych propozycji pomoże Wam wybrać taki upominek, który będzie przedłużeniem Waszych ciepłych uczuć do drugiej osoby.  

Roboty ręczne.

   Jestem już za duża, aby podarować moim rodzicom własnoręcznie zrobiony łańcuch choinkowy (idę o zakład, że moja mama wciąż trzyma w pawlaczu, któryś z tych pięciometrowych wykonanych przez „Kasię przedszkolaka”), ale uważam, że prezenty będące efektem pracy czyichś rąk przechodzą dziś prawdziwy renesans. Tyle, że w nieco innej formie niż dziwaczne ramki na zdjęcia wykonane techniką decoupage (mam już jedną Kochanie i bardzo dziękuję!) czy poduszki na kanapę, nad którymi ciocia siedziała przez dwa dni, a i tak nie bardzo mi pasują. Doceniam poświęcenie, ale to trochę zbyt dosłowna interpretacja mojej rady z poprzedniego akapitu. Nie chodzi tu bowiem  t y l k o  o to, aby za wszelką cenę pokazać ile czasu zmarnowaliśmy na wykonanie takiego prezentu…

    Jeden z fajniejszych prezentów podarował ostatnio mój brat swojej żonie. Kilka lat temu z jednego z jej ukochanych kolczyków wypadł mały diament. Od tego czasu ich nie nosiła, ale średnio raz w miesiącu mówiła nam o tym, jak bardzo żałuje, że leżą nieużywane w szkatułce. Nie zorientowała się co prawda, że na dwa miesiące z niej zniknęły, ale wszyscy zapamiętamy jej minę, gdy je zobaczyła – wypolerowane, wyczyszczone i naprawione. Oczywiście mój brat nie wprawił diamentu własnoręcznie, ale poświęcił swój czas i jeszcze dał pracę komuś innemu. Ta sytuacja rozpoczęła w mojej rodzinie prawdziwą lawinę życzeń podobnego rodzaju… :).

    Ja sama liczę zresztą na to, że ktoś podaruje mi prezent w podobnym tonie. Mam ukochany portfel od Chanel, który sporo już przeszedł, a ja za żadne skarby nie chce go wymieniać na nowszy model – jeśli święty Mikołaj czyta ten artykuł, to delikatnie zasugeruję, że można go ładnie odnowić! Podsunąć Wam inne pomysły? Może komuś w Waszej rodzinie zbiła się szyba od obrazu i można go oprawić? Albo krzesło wymaga nowego obicia? Myślę, że większość z nas wyszła już z epoki „zepsuło się to kupię nowe” i tylko największy snob (którego w rodzinie na pewno nie macie) nie doceniłby wysiłku, który wykonaliście z myślą o naprawieniu ukochanych przedmiotów Waszych bliskich. 

Grafiki, pasujące do nich ramki i Passe-Partout, to prezenty które miło jest przygotowywać i jeszcze milej dostawać! Z moim kodem zniżkowym KASIADESENIO dostaniecie aż 40% zniżki na plakaty w Desenio. Kod jest ważny do 16.12, czyli w sam raz bo dostawa na Święta jest możliwa przy zamówieniach do 17.12 (promocja nie dotyczy ramek i plakatów z kategorii "Personalizowane"). Ważne! Po 16.12 do 31.12 ten sam kod będzie dawał dodatkowe 10% rabatu do 40% na stronie internetowej. Zerknijcie na ich stronę jeśli chcecie zobaczyć kilka nowych plakatów, które dodałam do mojej kolekcji „Selected By Katarzyna Tusk". Na zdjęciach widzicie: Woodpecker Garden, Ohara Koson – Blossoming Cherry On a Moonlit Night, Rousseau – In a Tropical Forest. Struggle Between Tiger and Bull.

Dla Ciebie i tylko dla Ciebie.

   Przez lata, przyglądając się reakcjom domowników, dalszej rodziny i znajomym opracowałam w głowie osobisty poradnik savoir vivre dotyczący prezentów. Zauważyłam na przykład, że czasem wręcz nie należy trafiać z nim „za dobrze”. Ktoś prawie nam obcy, może czuć się skrępowany jeśli dostanie od nas prezent, po którym od razu widać, że kosztował nas sporo wysiłku i został wybrany z przesadną dbałością. To zresztą stały motyw świątecznych filmów: ona – zakochana po uszy – wręcza wybrankowi (którego wcześniej widziała trzy razy w życiu, ale już wie, że to ten jedyny) pierwsze wydanie powieści Dickensa, którą on uwielbia (chociaż sam nie zdążył jej o tym nawet powiedzieć), a w zamian dostaje od niego zestaw bombek z logo stacji benzynowej.

    Gdy w grę wchodzą feromony sprawy się bardzo komplikują, ale czasem popełniamy takie błędy także wtedy, gdy chodzi o nową dziewczynę kuzyna z Anglii czy przyszłych teściów. Niektórzy z nas mają poczucie, że prezent jest niejako prezentacją naszej osoby i jeśli jest za skromny, to zrobimy kiepskie wrażenie. Tymczasem nie tylko moja intuicja, ale także badania, pokazują, że zbyt okazały prezent wzbudza w obdarowywanym więcej negatywnych niż pozytywnych emocji. Efekt ten wynika z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy podarunek w jakimś sensie „lepszy” niż ten, który sami daliśmy czujemy się niekomfortowo. Zasada wzajemności jest odpowiedzialna za większość najpiękniejszych ludzkich czynów w historii naszej cywilizacji, ale akurat w przypadku gwiazdkowych prezentów może prowadzić do dziwacznej spirali, zataczającej z roku na rok coraz szerszy krąg, więc lepiej na nią uważać ;).

Jeśli w swojej szkatułce nie macie żadnych kolczyków, które mógłby naprawić Wasz mąż to nic nie szkodzi ;). Proponuję zajrzeć do oferty sklepu StagJewels (być może pamiętacie biżuterię z tego, tego i tego wpisu). Stag Jewels to polska marka, a jej produkty są naprawdę wyjątkowe. Najchętniej podarowałabym taką biżuterię każdej bliskiej mi kobiecie. Wiem, że jedna z moich przyjaciółek wyczekuje na kod, więc może i którejś z Was się przyda? :) Z hasłem MLEXMAS kupicie biżuterię z 20% rabatem (kod działa do 24 grudnia).

    Inaczej ma się sprawa z prezentami dla najbliższych nam osób. Tutaj uniwersalność przedmiotu nie jest mile widziana. Drobna podpowiedź dla Panów: jeśli Wasz prezent dla żony, można by równie dobrze podarować szefowi, bratankowi i własnej mamie to znaczy, że trzeba się bardziej wysilić. Co dokładnie mam na myśli? W kredensie mojej mamy stoi serwis z Miśni. Ma go odkąd pamiętam. Odkąd pamiętam brakowało też do niego jednej filiżanki ze spodkiem, którą podobno zbiliśmy kiedyś z bratem biegając wokół wigilijnego stołu. Po urodzinowym obiedzie u mamy (na którym brak filiżanki znów dawał się we znaki), postanowiłam coś z tym zrobić. Po kilku tygodniach regularnego przeglądania Amazona pojawiła się aukcja dwóch filiżanek z tej kolekcji, w której oczywiście wzięłam udział. Dla kogoś innego byłby to pewnie kolejny bibelot do postawienia na regał, ale dla mojej mamy był to prezent idealny – cenny (chociaż niezbyt drogi), osobisty (bo niewiele osób wpadłoby na ten pomysł), no i oczywiście użyteczny. Jej szczery uśmiech zapamiętam na długo i był dla mnie najlepszą pochwałą.

   Kupowanie rzeczy „do kompletu” to w ogóle dobry pomysł. I nie musi dotyczyć tylko porcelany. Może ktoś potrzebuje większej walizki, a chciałby z tej samej firmy co podręczną? Albo zbiera książki kucharskie Nigelli i brakuje mu nadal paru części? Na pewno wpadniecie na coś mądrego! Inny sprawdzony sposób na to, aby udowodnić, że nasz prezent nie jest przypadkowy to sugerowanie się marką. Wiem, że nie brzmi to najlepiej, ale nie chodzi tu bynajmniej o snobowanie się. Jeśli ktoś kocha na przykład polską markę Moye, ale my nie chcemy wydawać fortuny na pidżamę czy sukienkę, to kupmy jakiś drobiazg (opaskę, gumkę do włosów albo maseczkę). Być może to malusieńki prezent, ale przynajmniej mamy pewność, że udany. 

Nie zapominajcie o miodach! Ci którzy już wcześniej zamawiali miodową prenumeratę z Apimelium teraz nie martwią się o prezenty dla swoich łasuchów, ale jeśli słyszycie o tym projekcie po raz pierwszy, to nie martwcie się! Pszczoły z najlepszych polskich pasiek mają też coś dla spóźnialskich – specjalną edycję Miodowej Paczki Świątecznej z czerwoną wstążką i świąteczną kartką w środku. My jeszcze nigdy nie zawiedliśmy się na produktach Apimelium z co miesiąc zamawiamy nową dostawę. 

Sprawdzone pewniaki

    Część osób kiedy myśli o kupowaniu prezentów świątecznych, zwłaszcza tych na ostatnią chwilę, myśli często „wystarczy kupić książkę”. W pewnym sensie mają rację, ale z drugiej strony – nie mogłyby się bardziej mylić. Pamiętam Święta, gdy pod choinką znalazłam cztery książki Harry'ego Pottera. Jako wielka fanka sagi o młodych czarodziejach powinnam się cieszyć, tyle tylko, że nie były to niestety cztery różne części, a jedna i ta sama. Dwa dni przed Wigilią swoją premierę miała „Czara Ognia” i wiele osób w rodzinie słusznie zauważyło, że chciałabym ją mieć (dlatego też sama ją sobie kupiłam w dniu premiery, co dawało mi już pięć takich samych książek). To taka anegdota wyjęta z kontekstu, bo generalnie uważam książki za bardzo dobry pomysł na prezent. O ile ktoś faktycznie czyta, a my wiemy co. I tu znów kłania się zasada, o której wspominałam wcześniej – prezent musi być dobrany do konkretnej osoby. Nie łudźmy się, że ktoś sięgnie po „Księgi Jakubowe” jeśli jest fanem gier komputerowych. Wujkowi głosującemu na PiS nie kupujmy pod żadnym pozorem tej książki (a może jednak warto zaryzykować?), a artystce z prawdziwego zdarzenia nie podsuwajmy poradnika „jak ulepić kota z gumy do żucia”. Myślicie sobie pewnie „ale dlaczego, przecież jako artystka na pewno lubi lepić różne figurki”. Mhm… na pewno. Idąc dalej – nie kupujmy tego genialnego notatnika z przepisami komuś kto mniej mniej więcej wie, gdzie w jego domu jest kuchnia i czasem do niej wchodzi żeby zrobić herbatę. Uważajmy też na „najgorętsze bestsellery” – jeśli nie mamy okazji ustalić z resztą rodziny co kto komu kupuję idę o zakład, że co najmniej dwie kobiety na dziesięć dostaną w tym roku „Czułą przewodniczkę”. I w sumie dobrze, bo to akurat super książka, którą każda z nas powinna przeczytać.

"Zimowa wyprawa Olego". Tę książkę wyszperałam w internecie już wiele tygodni temu, ale cierpliwie czekałam do 6 grudnia ;). Jeśli szukacie najpiękniejszych książeczek dla dzieci to zajrzyjcie tutaj

Szukasz prezentu dla swojej pociechy? Twoja koleżanka oczekuje dziecka? A może sama szykujesz wyprawkę? W drugiej ciąży podeszłam do zakupów bardziej świadomie i kupiłam znacznie mniej rzeczy. Jeśli już decydowałam się na coś nowego, to szukałam tego właśnie w kokosek.pl, bo wiem, że jest tam najlepsza selekcja dziecięcych produktów. No i piękne zabawki dla starszej siostry, które nie nudzą się po pięciu minutach. (Te ciepłe buty ze zdjęcia i wszystkie podarunki od św. Mikołaja też tam znajdziecie.)

    Przez wiele lat naszym ulubionym „pewniakiem” były bony podarunkowe. Do sieciówki, salonu kosmetycznego, restauracji i tak dalej. Idealny sposób na to, aby szybko, prosto i bez ryzyka mieć prezent z głowy. Tylko, że „bez ryzyka nie ma wygranej”. Święta to taki czas, kiedy każdy z nas trochę zamienia się w dziecko. A czy dziecko ucieszyłoby się z bonu podarunkowego? Nie sądzę. A skoro już jesteśmy przy naszych kochanych maluchach – jeśli jeszcze szukacie dla nich prezentów (albo dla ich mam) to ta strona jest po prostu genialna.  

   Podobno wcale nie byli królami, a raczej astrologami (to wyjaśniałoby skąd wiedzieli za którą gwiazdą należy podążać). Jeśli więc chcemy szukać winnych tego całego prezentowego zamieszania, to podaję Wam ich dane osobowe – Kacper, Melchior i Baltazar, pseudonim „mędrcy”. Podarki, które sprezentowali nowo narodzonemu dziecku były po stokroć przemyślane i z pewnością, jak na tamte czasy, trafione (mirra chociażby przyśpiesza gojenie ran, działa przeciwbólowo, tamuje krwawienia). Zapewne nie wiedzieli, że zdarzenie, którego byli świadkami zapoczątkuje ponad dwutysięczną tradycję obdarowywania się upominkami, pisania listów do wesołego staruszka z brodą, pieczenia pierników, wyglądania latających reniferów przez okno i śpiewania Last Christmas przy każdej nadarzającej się okazji. Ale tak właśnie się stało. Łatwo jest rzucić hasłem, aby prezentów po prostu nie robić, ale może lepiej zamiast zbędnych kupujmy potrzebne, zamiast jednorazowych – trwałe. A planując je, zastanówmy się, które z naszych marzeń zostały sztucznie wykreowane, a które naprawdę umilą nam życie? To oczywiście prawda, że Święta Bożego Narodzenia już od wielu lat są wielką pochwałą konsumpcjonizmu, ale może zamiast odmawiać babci czy córeczce jednego prezentu pod choinką, wszyscy spróbujmy żyć mądrzej prze cały rok?

*  *  *

moja pidżama – Mango // piżamka dziecięca – Sophie Kids

 

 

 

Przepis na czekoladowy klasyk

*    *    *

Nadszedł grudzień, a w grudniu zawsze najwięcej pieczemy. Ciasto marchewkowe, wieńce drożdżowe, pierniczki. Część dla bliskich w prezencie lub dla niespodziewanych gości. Pieczemy też bez powodu – po prostu żeby pobyć ze sobą razem. Póki są chęci do krzątania się w kuchni, to korzystam z tego ile mogę. W końcu zawsze marzyłam o licznej rodzinie i małych rączkach, które rwą się do pracy! Już się nauczyłam, że kiedy ma się małe dzieci, trzeba działać szybko, wybierać w miarę proste przepisy, a efekt najlepiej, gdy jest prawie od razu. Z tym prawie to trochę się zawahałam, bo dzisiejszy blok czekoladowy jest gotowy dopiero po kilkugodzinnym schłodzeniu. Ale w oczekiwaniu na kawałek, zawsze można rozpocząć ugniatanie ciasta na maraton piernikowy, czyż nie?

Skład:

(wymiary keksówki to ok. 21 cm x 11 cm x 7,5 cm)

180 g masła

120 g cukru

1 tabliczka mlecznej czekolady

1/2 szklanki mleka lub wody

100 ml likieru typu Cointreau (opcjonalnie)

3 czubate łyżki sproszkowanego kakao

ok. 250 g kruchych herbatników

300 g mleka w proszku

ok. 100 g suszonych moreli

ok. 1/2 szklanki orzechów laskowych

ok. 1/2 szklanki sułtańskich rodzynków

A oto jak to zrobić:

1. Podłużną formę wykładamy folią bądź papierem do pieczenia. Orzechy laskowe prażymy na suchej patelni.

2. Masło przekładamy do rondla wraz z czekoladą, dolewamy wodę lub mleko i dodajemy cukier. Podgrzewamy do rozpuszczenia składników. Zostawiamy do lekkiego wystudzenia, następnie dodajemy do mleka w proszku i energicznie mieszamy. Na koniec mieszamy z bakaliami oraz kawałkami herbatników. Masę wykładamy do foremki i wyrównujemy, dociskając palcami. Wkładamy do lodówki na całą noc lub kilka godzin. Kroimy ostrym nożem na kawałki.

Masło przekładamy do rondla wraz z czekoladą, dolewamy wodę lub mleko i dodajemy cukier. Podgrzewamy do rozpuszczenia składników. Zostawiamy do lekkiego wystudzenia, następnie dodajemy do mleka w proszku i energicznie mieszamy.

Na koniec mieszamy z bakaliami oraz kawałkami herbatników.

Masę wykładamy do foremki i wyrównujemy, dociskając palcami. Wkładamy do lodówki na całą noc lub kilka godzin.

Wskazówki:

1. Podstawowymi składnikami bloku czekoladowego są: mleko w proszku, masło, cukier, kakao, bakalie i herbatniki. Smak można urozmaicić pomijając kakao, a dodając białą czekoladę – wówczas polecam dodać kandyzowane wiśnie lub kandyzowaną skórkę pomarańczową.

2. Przed włożeniem masy do formy, warto wyłożyć ją folią lub wysmarować olejem – schłodzony blok będzie lepiej odchodził.

3. Pamiętajmy o gładkiej konsystencji masy – cukier rozpuszczamy w gorącym tłuszczu (nie będzie zgrzytał między zębami).

4. Zdarza się, że po schłodzeniu masy, odrobinę masła wypłynie – wówczas polecam podsypać kakao i ubić palcami mase. Być może na początku zbyt dużo dodaliśmy masła.