Last Month

   Między początkiem a końcem sierpnia wiele się zmieniło. Przeglądając dzisiejsze zdjęcia wpadam w lekką panikę – jak to możliwe, że to wszystko minęło tak szybko? Ja mam nieodparte wrażenie, że czas się teraz zatrzymał, a w rzeczywistości pędzi jak nigdy wcześniej. Nawet nie będę próbować omijać tutaj prywatnych wątków – "Last Month" oparty jest na retrospekcjach, a w ostatnich tygodniach prawie cała moja uwaga skupiona była na rodzinie i ciężko by było stworzyć ten wpis ograniczając się do tematów związanych z pracą. Mamy więc tutaj sporo domowych pieleszy, różne moje spożywcze dziwactwa i trochę poleceń z internetu.

   Zostawiam Was z tą sierpniową fotorelacją i wracam do swojej wesołej ferajny, która jakimś cudem jeszcze nie zauważyła, że przez chwilę mnie nie było. 

   *  *  *

Na początku czerwca, po powrocie z Włoch, musieliśmy już zrezygnować ze wszystkich dalszych podróży. Reszta wakacji upłynęła nam więc pod znakiem Lubiatowa. To tam spędzaliśmy weekendy, jeśli tylko pogoda na to pozwoliła. 

1. Nie nudziliśmy się nawet wtedy, gdy nie było typowo plażowej pogody. // 2. Mocny filtr na twarz i można dalej pracować nad opalenizną. // 3. Restauracja "Ping Pong" w Gdańsku. Dania nie są najlżejsze, ale warte grzechu. // 4. Ukochana droga przez Krokową. Ciekawe kiedy znów zaprowadzi nas do morza. // 

Ależ te opakowania są piękne! A to co w środku nie jest wcale gorsze – kosmetyki od Oio Lab odkryłam na początku sierpnia i od razu bardzo je polubiłam. Które kosmetyki przetestowałam? 

Oio Lab Wyciszająca kuracja adaptogenna do twarzy The Forest Retreat oraz wielopoziomowe serum nawilżające do twarzy Aquapshere to dwa produkty, których używałam. Ich skuteczność została potwierdzona badaniami wykorzystującymi najnowsze metody biotechnologiczne pod nadzorem naukowców Uniwersytetu Przyrodniczego i Medycznego w Poznaniu. Z mojego punktu widzenia skóra po codziennym używaniu kuracji (serum używałam od czasu do czasu) ma równiejszy koloryt i wygląda na bardziej wypoczętą. Produkt składa się w ponad 99% z substancji pochodzenia naturalnego. Marka deklaruje również, że za każdy zakup tego kosmetyku posadzi 1 m2 bioróżnorodnego lasu (!). Z przyjemnością więc dzielę się z Wami specjalnym rabatem. Z kodem MLE15 otrzymacie 15% zniżki na zakupy w Oiolab. Kod działa przez tydzień, więc spieszcie się z zakupami! 1. Opakowania niczym abstrakcyjny obraz. // 2. Coś czuję, że ten sweter zrobi furorę, a jego właścicielki nigdy się z nim nie rozstaną. // 3. "Wyśpij się na zapas" to rada, która irytowała mnie najbardziej ;). // 4. Słabości ostatnich tygodni. Ogórki gruntowe w każdej ilości! // Miodowa paczka od Apimelium. Czekaliśmy już na nią bardzo niecierpliwie. Zapas miodów i… krówek miodowych. Najlepsze na świecie. Chowam do szafki nim reszta się zorientuje. 1. Będzie też wersja szara! Liczba sztuk jak zwykle ograniczona! // 2. Rewa, czyli kolejne piękne plenery na polskim wybrzeżu. // 3. Zamówiłyście coś z mojej kolekcji dla Desenio? // 4. Kazałyśmy Wam długo czekać na tę wełnianą kurtkę-misia, ale zapewniam, że warto. // Ironman w Gdyni. Kibicowaliśmy do samego końca! Dziękujemy Józikowi za tyle emocji!Lokomotywy, tramwaje, samoloty – pierwsze pasje, które pielęgnujemy chociaż nie mamy pojęcia skąd się wzięły ;). A to już Wasze wypieki! To ciasto naprawdę zawładnęło internetem. Może ktoś próbował już w wersji jesiennej ze śliwkami? 

1. @dreamyalex // 2. @moomie.home // 3. @domnamazowszu // 4. @minimalist_girls

Podobno mało Wam poleceń książkowych dla najmłodszych. "Historia muzyki dla dzieci" to jedna z tych pozycji, którą na pewno warto mieć!Od Bacha do Billie Eilish, od Mozarta do Miriam Makeby – czym jest muzyka i dlaczego ją tworzymy? W tej książce znajdziecie też playlistę z utworami, których można słuchać w trakcie lektury (i nie tylko).1. Jedno wydanie, cztery okładki. Która najbardziej Wam się podoba? // 2 i 3. Poczta kwiatowa! Ciekawe z jakiej okazji? ;) // 4. Czy te ciepłe wieczory jeszcze wrócą? // Wszyscy razem. Portos jak zwykle w centrum sterowania. 1. Tak wygląda sierpień na papierze. W rzeczywistości było trochę zimniej… // 2. Niebo w lecie. // 3. Bo symetria to estetyka głupców ;). // 4. Zimna kawa, szlafrok, plamy z mleka. Ale ona czysta i pachnąca! // Ciocia Asia i ciocia Gosia. Towarzystwo to najlepszy sposób na emocjonalne sinusoidy świeżo upieczonych mam!1. Mój rekord to pięć godzin w tej pozycji. // 2. Jeszcze w piżamie ale spineczka we włosach musi być. // 3. Pytałyście o postępy… // 4. Koszulę Brescia zawsze możecie obejrzeć na żywo w showroomie i przekonać się jak ten klasyk sprawdzi się w Waszej garderobie. // Czyli zgodnie z planem wprowadzamy się za tydzień?
1. Zapasy na jesienne popołudnia z herbatą. // 2. W otoczeniu dobrego malarstwa nawet kolki mniej straszne. // 3. Poranek po burzliwych wydarzeniach w sejmie. Nie chciało nam się wstawać i nastrój siadł. // 4. Moja druga szafa. Mam świetną wymówkę, że niby prowadzę markę odzieżową, a moje mieszkanie to trochę biuro, ale i tak nie mogę patrzeć na ten fotel… // Dochodzimy do siebie. W domu najlepiej. 1. Melon ze świeżą miętą. Uwielbiam! // 2. Siostry. // 3. Zmieniam galerię, aby lepiej pokazać Wam wybrane przeze mnie grafiki. // 4. Angielska pogoda nie wszystkim przeszkadza. // Pierwsze spacery w czwórkę. Pogoda nam co prawda nie sprzyja, ale nadal liczymy na babie lato. 1. Babka. Prosta, nieprzereklamowana, pyszna. Kilogram powinien mi wystarczyć (do południa). // 2. Rozpływam się. // 3. Rozpływam się jeszcze bardziej. // 4. Zmierzamy w stronę ulicy Wajdeloty po najlepsze lody w mieście. // Molo w sierpniu. A we wrześniu jest jeszcze ładniej i cała plaża dla nas!Filmowe wieczory w doborowym towarzystwie. 1. Panie z gdyńskiego Narcyza przybyły z niespodzianką. Najlepsza kwiaciarnia w Trójmieście! // 2. Pierwsze chwile i polaroidy. // 3. Lista książek, które mogą odmienić podejście do sztuki. Całą listę znajdziecie w tym wpisie. // 4. Aparat rozgrzany do czerwoności. // Jestem pewna, że to słońce jeszcze do nas wróci w tym roku!
Pasażer na gapę. Jakby wyjęte z obrazu Van Gogh'a. A może Moneta? Które wolicie?
1. Mamy nowa półkę ale miejsca na książki nadal za mało… // 2. Tak, to tu spędzam teraz najwięcej czasu. // 3. Temat przewodni nowego wydania Vogue'a. Chyba do mnie pasuje! // 4. Migdałowy. Nie wiem czy się podzielę. // A gdy za oknem pada to Tour de Pologne przenosi się do salonu.Nowa kolekcja na wieszakach prezentuje się całkiem ładnie!A to jedna z nowości którą szykujemy dla Was na jesień czyli golf  z wycięciem. Sama zrobiłam! :)Deszcz za oknem, gorąca herbata, nawet jeż się pojawił – idzie jesień jak nic! Jeśli szukacie najlepszej z możliwych herbat na wrześniowe wieczory to Milk Oolong od Newbytea na pewno sprosta Waszym oczekiwaniom. 
"Wielowarstwowa kwiatowo-kremowa nuta" – tak brzmi opis tej herbaty, a ja Wam mówię, że jest po prostu przepyszna. 

Sierpniowy spokojny wieczór. Na szczęście nikt jutro nie idzie do szkoły. Kładę się spać chociaż wiem, że zaraz ktoś mnie obudzi. Dziękuję za uwagę! 

*  *  *

 

Sztuka dla (nie)wybranych, czyli jak ją przenieść do codzienności, aby mogła przetrwać, meble z przeszłości nadzieją na przyszłość i wiele więcej. Wasze ulubione umilacze na styku lata i jesieni.

   Za oknem romans lata i jesieni trwa w najlepsze. Poranny chłód spiera się z wciąż ciepłymi promieniami słońca, a parę żółtych liści kasztanowca opadło przy kwitnącej jeszcze hortensji w moim ogrodzie. Uwielbiam ten czas w roku – z zawodowego punktu widzenia to dla mnie od paru lat zapowiedź czegoś nowego. Wypuszczenie kolejnej kolekcji to chyba podobne emocje jak rozpoczęcie roku szkolnego, tyle że bez kartkówek z matematyki. To także wytężony czas pracy twórczej – przygotowywanie moodboardów do kampanii i większości zdjęć dla całej marki odzieżowej może wydawać się nieco przytłaczające, ale to ten element pracy, który lubię najbardziej i cieszę się, że przypadł mi on właśnie teraz. W zaciszu czterech ścian i z mini tobołkiem na brzuchu mogę godzinami przeglądać albumy i tworzyć w głowie kadry, bo w związku z pojawieniem się nowego członka rodziny wszystkie inne sprawy zawodowe odłożyłam na później.

    Na „pierwszy rzut” idzie wtedy zawartość mojej biblioteczki i notes, czyli szukanie inspiracji w bardzo tradycyjny sposób. Później wkracza do akcji Pinterest, którego algorytm działa już tak perfekcyjnie, że po skonkretyzowaniu ogólnej wizji zanurzam się w dziesiątkach pięknych zdjęć, stylizacji, obrazów i grafik. Plaża w surowym, zimowym wydaniu? Proszę bardzo. Kadry, które wydobędą z wełnianych swetrów strukturę warkoczowych splotów? A masz tu pięćdziesiąt opcji. Szukasz spójnej palety barw, która ożywi neutralne kolory ubrań? Już podpowiadam, a ty wybieraj co się podoba. Napakowana po korek pięknymi obrazami odkładam na bok sprawy MLE Collection i wracam do czytania perfekcyjnej „Ulicy Czereśniowej”! Siedzimy sobie w trójkę na dziecięcych krzesełkach, które znalazłam razem ze stolikiem w sklepie vintage (ciekawe do kogo należał ten zestaw sześćdziesiąt lat temu i w co bawiły się przy nim dzieci?) i zaraz sięgamy po pisaki, aby tworzyć dzieła na wzór Pollocka. Wstaję aby nalać sobie kawy do ulubionego kubeczka, który wygląda jak mini rzeźba i wracam do pokoju dziecinnego – czeka już na mnie mały fotograf, który odkrył sposób działania polaroida i zaraz wypstryka ostatnią kliszę.

    Sztuka przenika do mojego codziennego życia i pełni w nim aktywną, praktyczną rolę. Widzę ją w książkach dla dzieci, ręcznie wykonanych ceramicznych naczyniach, lampce na stoliku, czy w butelce ulubionych perfum, której kształt i logo też ktoś dawno temu zaprojektował. Oczywiście w pełni zdaję sobie sprawę z tego, że sztuka ma nas nie tylko koić i zadowalać estetyczne zmysły, ale też szokować i uczyć. Mam jednak spore obawy czy w świecie, w którym nie mamy nawet czasu na przeczytanie czegoś więcej niż tytułu artykułu na Onecie, bardziej wymagające treści mają jakąś szansę na przetrwanie. Co jakiś czas do mediów przebijają się informacje, które potrafią zainteresować szerszą publikę (jak prace Banksy'ego czy „Kobieta jedząca banany”), ale nie zmienia to faktu, że dziś sztuka w klasycznym rozumieniu zaczyna być coraz bardziej hermetyczna, a krąg osób, dla których jest ważna zawęża się niebezpiecznie szybko.

   Chciałam więc aby dzisiejszy artykuł z serii „Umilaczy” był czymś w rodzaju nowego otwarcia na ten temat. Świat się zmienia i nie ma co oszukiwać samych siebie, że sztuka i sposób jej przekazu oraz odbioru mogą pozostać takie, jak kiedyś. Pozbierałam więc materiały, przedmioty i książki, które, chociaż ze sztuką niewątpliwie są związane, to nie odstraszają, tak jak to czasem bywa, gdy znawca tematu postanawia zaprezentować nam cały wachlarz swoich spostrzeżeń na temat walorów formalnych malarstwa holenderskiego używając przy tym tylko jednego tonu głosu („naprawdę bardzo ciekawe proszę Pana, nie wiem czemu po godzinie zaczęłam chrapać”). No to zaczynamy… 

Od lewej: Balance // Paul Klee – Movement of Vaulted Chambers // Les Nymphes // Monet – The Artist's Garden at Vétheuil // Le Jardin No 1 // Monochrome Abstract No1 // Still Line //

Dzieła mistrzów w moim salonie.

    Nie wiem czy we współczesnych pokojach nastolatków na ścianach także królują plakaty, wycinki z gazet poprzeplatane ze zdjęciami z polaroidów, pocztówkami od pierwszej sympatii i przypiętym pinezką pamiątkowym biletem z Opener'a, ale gdy ja chodziłam do gimnazjum i liceum to tworzenie takich osobliwych kolaży bardzo mnie zajmowało. Zamiast minimalistycznych ramek – tablica korkowa z IKEA, zamiast obrazów – ulubione „stylówki” Kate Moss i Sienny Miller. Później, łącząc się z internetem przez kabel od telefonu stacjonarnego, odkryłam Tumblr i ku rozpaczy mojej mamy zużywałam w naszej domowej drukarce cały tusz, aby móc powiesić na ścianie cytaty, pierwsze zdjęcia influencerek z kawą ze starbunia i inne słodkie obrazki, których dziś pewnie nie trzymałabym nawet w piwnicy. Bardzo jednak lubiłam ten sposób ekspresji, a słabość do zbierania wszelkiego rodzaju grafik, obrazów i zdjęć pozostała mi do dziś. Często zadajecie mi w komentarzach pytanie, które – nie będę ukrywać – bardzo mnie irytuje, bo regularnie słyszę je również od mojego męża, a częstotliwość jego zadawania wcale nie wpływa dobrze na formułowanie logicznej odpowiedzi z mojej strony. „Po co ci u licha tyle grafik i obrazów?” (bo mi się podobają). „Czemu ich nie wieszasz?” (bo nie mam już miejsca na ścianach, poza tym wciąż nie mogę zdecydować, które wyglądają najlepiej). „Czy nie przeszkadza ci, że opierają ścianę?!” (gdyby tak było, to schowałabym je gdzieś głęboko w szafie). Moje argumenty niestety nie trafiają do drugiej strony więc trwamy w tym graficznym impasie już parę lat – spora część grafik nadal podpiera ścianę i z każdym rokiem jest ich więcej. Moje zacięcie minimalistki całkowicie wymięka w tym temacie i wcale, ale to wcale nie mam ochoty na żadne sortowanie i pozbywanie się jakiegokolwiek elementu z mojego zbioru. Znajduję dobrą wymówkę, że przynajmniej nikomu nie szkodzę – zbieranie grafik i obrazów, nawet w nadmiarze, nie ma takiego wpływu na środowisko jak chociażby kupowanie ubrań…

Od lilii Moneta, przez sztukę abstrakcyjną, aż po delikatne kreski w stylu szkiców Matisse'a – jestem przekonana, że bez trudu znajdziecie coś dla siebie w specjalnie wybranej przeze mnie kolekcji obrazów i grafik. Od lewej znajdują się: La Maison D'Art No2 i Van Gogh – Wheat Field with Cypresses.

    Kiedyś grafiki przywoziłam z podróży, bo w sklepach internetowych królowały wydruki o słabej jakości przedstawiające głównie oklepaną plażę z palmą albo panoramę Nowego Jorku, ale dziś sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Jeszcze dwa lata temu musiałam się naprawdę naszukać, aby znaleźć w internecie wycinanki Matisse'a, więc prawie padłam z radości, gdy Desenio zaproponowało mi wybór ulubionych grafik i obrazów wielkich malarzy tak, aby tworzyły razem spójną całość. Współpraca marzeń! Nie dość, że sporo tych plakatów sama bym kupiła, to jeszcze mogę przyczynić się do tego, że w Waszych domach pojawią się piękne reprodukcje. Mam więc przyjemność przedstawić Wam szanownych panów: Vincenta van Gogha, Paula Klee, Hokusai i Claude'a Moneta. Do swojej kolekcji Selected by Katarzyna Tusk dobrałam także parę delikatnych grafik – całość możecie zobaczyć tutaj.

Plakat przedstawiający akwarelę Paula Klee w wielkoformatowej wersji. Prezent ode mnie dla mnie ;). Cieszy bardziej niż markowa torebka. Tutaj macie dokładny link do grafiki (mój rozmiar plakatu to 50×70 cm).

   Naiwnie wierzę, że samo posiadanie kopii obrazu może już wzbudzić w nas głód wiedzy na temat jego twórcy i stylu jakim się posługiwał. Może zechcemy dowiedzieć się dlaczego Vincent van Gogh malował słoneczniki? Czy naprawdę był szalony? Wiedziałyście, że swoje pierwsze obrazy zaczął tworzyć dopiero w wieku 27 lat? Albo że słynny „Kwitnący migdałowiec” powstał jako prezent z okazji narodzin jego bratanka? Taką kartkę z życzeniami to ja rozumiem! 

Sztuka przeszłości dla przyszłości.

   Sztuka w naszym umyśle i codziennym życiu coraz częściej wypierana jest przez nowocześnie brzmiący dizajn, który pozwala wrażenia estetyczne połączyć z funkcjonalnością. Łatwiej zainteresować nim przypadkowego odbiorcę, bo otacza nas w codziennym życiu, a urządzanie wnętrz to coś, co cieszy się dziś powszechnym zainteresowaniem (jak pokazują telewizyjne metamorfozy mieszkań – niestety z różnym efektem). Może tu tkwi klucz do serc mas?

  Sztuka, według jednej z wielu definicji (z której każda wydaje się być niekompletna) to pewnego rodzaju doświadczenie wzbogacające życie. I nie musi dotyczyć tylko obrazów wiszących na ścianie. Łatwiej jest nam uzasadnić zakup krzesła czy lampy do wnętrza niż obrazu z prawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza jeśli za projektem stoi prawdziwy mistrz wzornictwa – w takim wypadku dana rzecz trzyma cenę znacznie lepiej niż najbardziej pożądane modele torebek od topowych marek. Przykład? Swój fotel 366 z PRL-u kupiłam jakieś pięć lat temu. Był w pełni odrestaurowany i kosztował niecałe pięćset złotych. Gdy dziś wchodzę na stronę Yestersena (to właśnie tam go wtedy znalazłam) nie znajdę nic podobnego poniżej dwóch tysięcy złotych (!).

Zdjęcie powyżej i dwa zdjęcia poniżej: zaledwie część moich mebli "z drugiego obiegu". Kultowy model 366, krzesło "muszelka" które doczekało się już trzeciego obicia, taboret z Indii, szafka przy łóżku i stolik z krzesełkami dla dziecka. Wyszperane na stronach internetowych, małych sklepikach połączonych z usługami renowacji, albo przejęte od rodziny i odnowione.

  W meblach vintage największą zaletą nie jest chyba ich nieprzemijająca wartość materialna. Mamy dziś na Ziemi tyle krzeseł, że powinny nam one spokojnie starczyć na najbliższych dwieście lat. Domyślacie się pewnie, że w związku z tym wcale nie zaprzestano produkcji kolejnych dziesiątek tysięcy. Po co w ogóle projektować coś jeszcze? Największe autorytety wzornictwa nie mają wątpliwości (polecam te podcasty na Spotify), że w najbliższych latach zmieni się podejście do projektowania mebli, a do głównych założeń (piękno i funkcjonalność) dojdzie jeszcze jedno, być może najtrudniejsze – powtórne wykorzystanie materiałów.   Nim jednak do tego dojdzie skupmy się na tym, co dwadzieścia lat temu nasi rodzice wynosili z domu „na wystawkę”, aby zrobić miejsce na modne wówczas meble z IKEA. Po przeliczeniu mebli w moim mieszkaniu z dumą stwierdzam, że tylko dwa krzesła, rama łóżka, kanapa i fotel w salonie nie miały przede mną żadnego właściciela! 


Podziwiając ceramikę od AOOMI naprawdę trudno zaprzeczyć temu, że przedmioty codziennego użytku mogą być jak małe dzieła sztuki. Patrycja, która jest założycielką, ukończyła angielską uczelnię w Leicester na Wydziale Projektowania Produktu i Mebla. Proste kształty kubków, misek i talerzy do wyboru jednokolorowe, dwukolorowe lub artystycznie nakrapiane kontrastowym kolorem aż proszą się, aby przygotować w nich coś wyjątkowego. Chociaż nawet poczciwe naleśniki wyglądają na nich bardziej awangardowo ;). Pamiętajcie, że z kodem MAKELIFEEASIER otrzymacie 20% zniżki na asortyment w AOOMI .

Każdy element naszego codziennego życia można zamienić w sztukę. Przygotowywanie posiłków można potraktować jak linię produkcyjną albo prawdziwy spektakl, którego finałem jest coś namacalnego, pięknego i wyjątkowego. Przekonałam się o tym odkąd mam przy sobie czujną widownię w kuchni, która śledzi każdy mój ruch, a po każdym wbitym jajku do ciasta wykrzykuje głośne "tadaaaam", jakbym właśnie wykonała cyrkową akrobację. (Rozmiar talerzy na zdjęciu to ten.)

Bądźmy jak dzieci.

   O sztuce trzeba umieć opowiadać. Potrzebna jest tutaj kombinacja dwóch cech – wiedzy (której ja niestety nie posiadam w wystarczającym stopniu) i charyzmy. Im cięższy temat tym bardziej niezbędne jest lekkie pióro. Plotkę o tym, która gwiazda jest w ciąży może napisać każdy – liczy się sucha informacja, a nie to czy redaktor portalu plotkarskiego posiada warsztat i poczucie humoru. I tak wszyscy z wypiekami na twarzy przeczytamy artykuł do końca. Ale gdy idzie na przykład o historię rzeźby, to sprawa robi się bardziej skomplikowana. Tym bardziej cieszę się, że mam na półkach kilka perełek, które traktują o sztuce w taki sposób, że naprawdę ciężko się oderwać. Zacznę tu od książek dla dzieci i rodziców, chociaż w gruncie rzeczy uważam, że każdy mógłby je przeczytać, bo ich przyjazna forma może skutecznie zainteresować nawet najbardziej sceptycznego nowicjusza.

   Czy dzisiejsze bajki są „fast-foodem” dla umysłu? Dlaczego „Psi patrol” jest jak hot dog, a „101 dalmatyńczyków” z 1961 roku jak dobry, pełnowartościowy posiłek? Odpowiedzi znajdziecie w „Wychowaniu przez sztukę” autorstwa Anny Weber. Wstyd się przyznać, ale dopiero parę tygodni temu sięgnęłam po tę książkę chociaż dostałam ją dobry rok temu. Jak to mówią „lepiej późno niż wcale”. Autorka przekonuje (i to bardzo skutecznie), że zamiłowania do sztuki można się nauczyć oraz że rozwijanie naszej artystycznej wrażliwości to nie jest jedynie fiu bździu nadto świadomych „madek”, a ponieważ program edukacji podchodzi do zajęć plastyczno-muzycznych trochę jak do przerywnika między „naprawdę ważnymi przedmiotami” to rola rodzica jest tutaj nieoceniona.

U nas do szkoły jeszcze nikt nie idzie, ale nowe przybory piśmienniczo-papiernicze i tak chciałam zamówić. Produkt pierwszej potrzeby w mojej pracy to notes. Musi być „otwierany na płasko” i nie posiadać linii, bo czasem służy też jako szkicownik. Wybrałam ten z kolekcji Libri Muti w sklepie NOTEKA. Wytworzono go we florenckim laboratorium marki Slow Design, która reinterpretuje klasyczne tytuły znanych dzieł literatury, łącząc przy tym tradycyjną technikę druku i oprawy ze świeżym duchem – dodanym przez ręcznie barwione brzegi. Obejrzyjcie koniecznie inne opcje! Mogłabym mieć je wszystkie! Z moim kodem MLE2021 otrzymacie 15% rabatu. Kod działa tylko przez tydzień. (W sklepie znajdziecie też widoczną na zdjęciu kartkę urodzinową i ołówki.)

W środku 320 kremowych, gładkich stron o gramaturze 80g z bezkwasowego, odpornego na starzenie się papieru. Sklep NOTEKA ma osobną zakładkę zatytułowaną „Sztuka użytkowa” – zobaczcie jakie cuda można tam znaleźć (i nie zapomnijcie o moim kodzie jeśli zdecydujecie się coś kupić). 

   Kolejna świetna pozycja to „Dlaczego sztuka pełna jest golasów?”. Moja córeczka jest jeszcze za mała, aby cokolwiek z niej zrozumieć, za to ja przeczytałam tę książkę od deski do deski! Dzieła sztuki pełne są nagich ludzi i owoców, niektóre wyglądają, jakby namalował je pięciolatek. Często są strasznie drogie. Skąd wiadomo, które dzieła są dobre, a które nie? Właściwie po co ludziom sztuka? Autorka to absolwentka wydziału sztuki na londyńskim uniwersytecie, historyk, artystka i wykładowczyni. Od malowideł naskalnych do kubizmu, od renesansu do sztuki współczesnej – wszystko podane w merytoryczny, a jednocześnie bardzo przystępny sposób i w niczym nie przypomina typowej wycieczki szkolnej po Muzeum Narodowym.

   „Historia obrazów rozpoczęła się w jaskini i tymczasem kończy się na iPadzie. Kto wie, w jakim kierunku pójdzie?” powiedział kiedyś jeden z moich ukochanych artystów – David Hockney. Wraz ze swoim przyjacielem, Davidem Gayfordem, napisał książkę dla dzieci z porywającą prostotą i jasnością. "Historia obrazów dla dzieci" ma też swoją wersję dla dorosłych, ale właśnie do tej pierwszej sięgam wyjątkowo często. 

  Książki, które z kolei widzicie na zdjęciu to już propozycję stricte dla dorosłych. Mamy tu felietony pióra Fran Lebowitz, która (być może nie wiecie) swoją zawrotną karierę rozpoczęła w magazynie „Interview” założonego przez najsłynniejszego artystę minionego wieku – Andy'ego Warhola. Kolejna pozycja to wielokrotnie już polecana przeze mnie „Historia Piękna” Umberto Eco. Tytuł poradnika „A Poor Collector's Guide to Buying Great Art”  w języku angielskim brzmi bardzo dosłownie, ale ja patrzę z przymrużeniem oka na rady stricte inwestycyjne, za to z ciekawością czytałam o tym, jak samemu wyczuć, czy dane dzieło sztuki jest faktycznie dobre. Albumy wielkich malarzy od wydawnictwa Taschen już teraz zajmują pierwsze miejsce w liście do św. Mikołaja. Póki co mam w swojej kolekcji tylko ten o Modliglianim. „Rzeczy Pospolite. Polskie Wyroby 1899-1999” to historia polskiego wzornictwa przemysłowego XX wieku – idealna pozycja dla fanów vintage. Album stanowi zwieńczenie wystawy, która pod tym samym tytułem była prezentowana w Warszawie, Krakowie i Poznaniu.

   Sztuka nie zna dziś granic i tak jak nigdy wcześniej jest na wyciągnięcie ręki – dostępna i przyjazna, a jednocześnie – również jak nigdy wcześniej – niedoceniana i niezauważana. Z jednej strony na aukcjach bite są rekordowe kwoty za obrazy, z drugiej – coraz mniej ludzi szuka na co dzień kontaktu ze sztuką mając do wyboru Netflixa. Jest zawieszona gdzieś między tradycją a innowacją, starym i nowym, nudnym i intrygującym. Być może odwieczne formuły stały się nieadekwatne w świecie Ipadów i TikToka? Szeroko rozumiani Influencerzy –  czy nam się to podoba czy nie – mają dziś większy wpływ na to, jak wygląda ulica, nasze mieszkania czy zawartość szafy niż słynne nazwiska i uznane autorytety. Spoczywa więc chyba na nas coś w rodzaju obowiązku przypominania obserwatorom, że każdy powinien rozwijać w sobie twórczą postawę wobec świata i że kreatywność człowieka niezależnie od tego, w czym się przejawia, jest wartością samą w sobie.

   Na koniec chciałam tylko dodać, że wszystkie Wasze wiadomości i gratulacje, które otrzymywałam od Was w ostatnich dniach, były dla mnie naprawdę ważne. Przepraszam, że nie na każdy komentarz odpisałam – tłumaczę się, chociaż wiem, że każda z Was to doskonale rozumie. Mogłabym tą życzliwością i ciepłymi słowami obdzielić z dziesiątkę świeżo upieczonych mam. Dziękuję Wam. 

 

Mieszkanie w upale czyli wnętrzarskie umilacze na najgorętszy miesiąc w roku

   Pełnia lata. Dla większości to ukochany czas w roku. Gdybym miała wybierać to wolę jednak listopad i grudzień, ale na upały raczej nigdy nie narzekałam. Uwielbiam słońce, plażę, zwiewne sukienki, opalone plecy i gofry na każdym rogu. Ale to wszystko ma swój urok, gdy można z tej pogody bez ograniczeń korzystać. Jeśli nie czujesz się najlepiej lub po prostu masz masę spraw do ogarnięcia, to marzysz raczej o wiadrze frappucino i przyklejeniu twarzy do łazienkowych kafelek niż o staniu w kolejce do warzywniaka. Nawet mieszkając w Sopocie niecodziennie ma się wakacje i niecodziennie można korzystać z pogody.

    To już standard, że w lecie intensywnie pracuję nad tym, co wychodzi na światło dzienne (albo raczej jesienne) kilka miesięcy później. Próbujemy więc w miarę normalnie funkcjonować w te dzikie upały i kryć się przed nimi gdzie się da. To zresztą naprawdę zabawne, że akurat w tym roku, gdy temperatura powyżej piętnastu stopni naprawdę nie wpływa na mnie najlepiej, a na plaży wytrzymam maksymalnie godzinę, pogoda postanowiła obdarować nas latem stulecia. Oj daje mi się we znaki ten żar spływający z nieba, oj daje…

   To że mieszkanie jest naszym ukochanym schronieniem, gdy na zewnątrz jest zimno i brzydko to jasne jak słońce, ale fajnie jeśli daje nam ukojenie również w gorące lipcowe popołudnie, gdy ze spuchniętymi stopami i mokrym karkiem przekraczamy jego próg. W te wakacje musiałam o to zadbać w szczególny sposób, a że prawdziwe fronty z Sahary podobno dopiero przed nami, to podzielę się z Wami paroma schładzającymi „umilaczami”.

1. Chyba nie mam co liczyć na współpracę z producentem klimatyzatorów :D.

    Wydawać by się mogło, że przyjemne 21 stopni Celsjusza w salonie można osiągnąć bardzo prosto – przecież wystarczy zamontować klimatyzację. W tym roku bardziej niż kiedykolwiek przerażają mnie pogodowe anomalie, które spustoszyły wiele pięknych europejskich regionów. Ciężko mieć uszy i oczy zamknięte i nie dostrzegać problemu, nawet jeśli strużka potu ścieka ci właśnie po czole. A nie każdy wie, że klimatyzacja – chociaż chłodzi nasze mieszkania – tak naprawdę produkuje do atmosfery więcej ciepła niż zimna. Jeszcze kilkanaście lat temu urządzenia chłodzące w prywatnych mieszkaniach można by policzyć u nas na placach jednej ręki, ale dziś popyt na nie wzrasta bardzo szybko – nie tylko ze względu na coraz większą liczbę gorących dni w ciągu roku, ale także z powodu bogacenia się społeczeństwa i tym samym chęci podniesienia komfortu życia – po prostu robimy się wygodniccy pod wieloma względami. Systemy klimatyzacji, choć przynoszą nam dużą ulgę w czasie upałów, mają jednak zły wpływ na klimat. Dzieje się tak nie tylko ze względu na ogromne zużycie energii – naukowcy z Arizona State University udowodnili, że włączane masowo klimatyzatory oddają na zewnątrz budynków ciepło, które potęguje efekt miejskiej wyspy ciepła. W systemach klimatyzacji stosowane są fluorowane gazy cieplarniane i substancje zubożające warstwę ozonową (źródło). Z edukacyjnego filmiku przygotowanego przez "The Guardian" wynika, że korzystanie z systemów klimatyzacji powoduje cztery razy więcej emisji niż transport lotniczy (! ! !) na całym świecie. Trochę podgrzałam atmosferę co nie?

Cytryny. W lecie zawsze mam ich dużo – przydają się do lemoniady, wyciskam je do sałatek i ryb, które teraz jemy naprawdę często. Aby muszki owocówki nie oblazły całkiem tych przekrojonych wykorzystajcie moją miksturę – zmieszajcie dwie łyżki soku z cytryny z płynem do mycia naczyń (koniecznie "tym zielonym z drogerii" ;)) i odrobiną wody i ustawcie w małym spodeczku lub kubeczku w kuchni. Gwarantuję, że niechciani lokatorzy znikną. Misa jest z Jotex, na samym dole znajdziecie na nią kod zniżkowy.

   Muszę tutaj oddać sprawiedliwość – podobno najnowsze mechanizmy schładzające oparte o pompy ciepła produkują mniej szkodliwych substancji i są dla środowiska przyjaźniejsze, ale sama nie wiem czy nie jest to kolejny przykład „greenwashingu” i podobna akcja jak w przypadku badań udowadniających, że masło jest bardzo zdrowe (a stały za nimi hodowle przemysłowe). Dajcie znać jeśli macie na ten temat sprawdzone dane!

2. Okna – nasz wróg czy sprzymierzeniec?

    Kilka banałów, ale w dobie klimatyzowanych pomieszczeń niektórzy mogli już zapomnieć o tym, kiedy i jak otwieramy okna, gdy na zewnątrz jest gorąco. Mieszkanie wietrzymy tylko wczesnym rankiem lub nocą, szczególnie w jej drugiej połowie. Dlaczego? Pierwsze godziny po zachodzie słońca to czas, gdy ziemia oddaje ciepło. Wyprażone słońcem mury domów działają niczym kaloryfery i nawet jeśli temperatura powietrza już nieco spadła to wokół budynku wciąż utrzymuje się na tym samym poziomie.

    Kierunki świata też mają znaczenie – najlepiej otwierać okna od strony wschodniej wczesnym świtem i po południu, natomiast od zachodu – do południa.Otwieramy je najszerzej jak się da, a jeśli to możliwe – w dwóch przeciwległych pomieszczeniach aby zrobić przeciąg.   Podstawową ochroną przed upałami jest zasłanianie okien, przez które ciepło wdziera się do mieszkania. W środku dnia, gdy temperatury są najwyższe w ogóle nie otwieramy okien i zasłaniamy je czym się da. Może się to wydać niektórym z nas zupełnie absurdalne, bo przecież świeże powietrze powinno nam przynieść ulgę, ale to tylko przyczyni się do większego nagrzewania się pomieszczeń.

Ten lniany komplet mam od polskiej marki HIBOU

3. Tryb „off”.

    Rozejrzyjcie się czy w Waszym mieszkaniu nie działają niepotrzebnie jakieś urządzenia elektryczne. Najwięcej ciepła generują: kuchenka, piekarnik, telewizor, pralka, odkurzacz, suszarka, żelazko, oświetlenie i lodówka, ale tak naprawdę każde urządzenie podłączone do kontaktu może się przyczynić do zwiększenia temperatury w mieszkaniu.  Nawet człowiek generuje w pomieszczeniu około 120 wat na godzinę (trójka gości nagrzeje więc Wam salon tak samo jak pralka na wysokich obrotach ;)).

   O ile w ogóle gotuję to decyduję się na szybkie dania, najlepiej takie, które dobrze smakują też na zimno. Nie piekę ciast i nie smażę placków (za to ten sernik na zimno polecam wszystkim łasuchom). Wiele przekąsek wkładam do lodówki rano, aby w ciągu dnia były przyjemnie zimne. Nie mam na myśli tylko owoców i napojów. Rzodkiewki, ogórki, kalarepa, marchew, papryka czy seler naciowy, a nawet orzechy to produkty, które w gorący dzień można schłodzić nieco mocniej. Poniżej znajdziecie bardzo krótki przepis na sałatkę – składniki są bardzo umowne i zmieniam je regularnie w zależności od tego co akurat mam w lodówce. Bataty spokojnie można zastąpić korzeniem pietruszki albo ziemniakami, które zostały z poprzedniego dnia, granat drobno pociętymi truskawkami, dodać inne orzechy czy sałatę – chodzi raczej o ogólną zasadę połączenia „węglowodany, liście, słodko-kwaśny owoc, coś chrupiącego”. 

Cała porcelana widoczna na dzisiejszych zdjęciach jest z Jotex (to ta sama, którą pamiętacie ze świątecznego wpisu). Biała misa z cytrynami, talerze, szklanki, wełniany dywan na innych zdjęciach, a nawet ta rzeźba konik – na wszystko działa mój kod zniżkowy, który podaję na dole wpisu. 

SKŁADNIKI: 

1 batat, ok. 300 g

sól, pieprz, 1 łyżka oliwy, szczypta płatków chili i opcjonalnie gałązka rozmarynu

50 g orzechów włoskich lub pekan

1/2 owocu granatu

1 awokado

100 g rukoli

SOS:

2 łyżeczki miodu lub syropu klonowego

1 łyżka oliwy extra vergine

1 łyżka soku z cytryny

Sposób przygotowania:

Bataty obrać, pokroić w kosteczkę. Skropić oliwą, doprawić solą, pieprzem, chili i listkami rozmarynu jeśli ich używamy. Wymieszać i ułożyć na blaszce do pieczenia lub w naczyniu żaroodpornym, wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni C i piec przez około 30 minut lub do miękkości. Na 10 minut przed końcem dodać do pieczenia orzechy.Wyłuskać owoce z granatu. Awokado obrać, usunąć pestkę i pokroić w kosteczkę. Wszystkie składniki wyłożyć na talerz, doprawić solą i pieprzem, wymieszać składniki sosu i dodać do sałatki (przepis znalazłam na Kwestii Smaku ale trochę go zmodyfikowałam). 

4. Wyszperane i wyselekcjonowane.

    To już tradycja, że w umilaczach podaję też parę ciekawych linków z sieci. Spośród całej masy według mnie niezbyt ciekawych publikacji wybrałam dla Was kilka pięknych albumów o wnętrzach. Niektóre miałam okazję tylko przeglądać u przyjaciół, inne zamówiłam i czekam na dostawę, a jedną mam w domu.

"Live Beautiful", Athena Calderone

"Habitat", Lauren Liess

"Made for Living" Amber Lewis

"The Monocle Guide to Cosy Homes" od Gestalten

– "Interior Portraits" Victoria Hagan

5. Jaki zapach najlepiej sprawdzi się w mieszkaniu latem?

    I czy w ogóle są one ważne o tej porze roku? Ciepłe powietrze potęguje wszelkiego rodzaju wonie, więc odczuwamy je mocniej. Z jednej strony trzeba w związku z tym częściej myć zlew w kuchni, a z drugiej – niewielki wkład w dobór odpowiedniego odświeżacza może dać naprawdę mocny efekt.  Drzewo sandałowe lub herbaciane, cedr, cytrusy i eukaliptus to zapachy, które są dobrze tolerowane przez większość z nas, pasują do każdego pomieszczenia, nie przytłaczają intensywnością i nie powinny się nam szybko znudzić. Przeciwieństwem są z kolei nuty kwiatowe – w pierwszym momencie pomyślimy pewnie „jak tu pięknie pachnie”, ale po paru dniach będziemy mieli ich serdecznie dosyć, a już po kilkudziesięciu minutach może rozboleć nas głowa. Ja uwielbiam też zapach świeżego prania i parę razy natknęłam się w sklepach na coś, co go przypominało (takie odświeżacze najczęściej opisane były po prostu jako zapach bawełny).

    Z oczywistych względów świece zapachowe nie bardzo sprawdzą się latem – chyba, że dotrze do nas ochłodzenie. Odświeżaczy w spray-u w ogóle nie używam, bo naczytałam się o nich strasznych rzeczy. Zostają mi więc odświeżacze w formie olejków z patyczkami.   Pewnie pomyślałyście, że o czymś zapomniałam. Skoro mowa o zapachu w mieszkaniu, to czemu nie piszę nic o prawdziwych kwiatach, które są teraz w pełnym rozkwicie. Otóż gdy upał jest nie do zniesienia, ja z kwiatów ciętych do wazonu właściwie rezygnuję. Po pierwsze dlatego, że bardzo szybko więdną, a nie chcę ich wymieniać co drugi dzień. Trzeba też dużo częściej dolewać do nich wody, a przy wysokich temperaturach ich zapach nie zawsze jest taki jaki sobie wyobrażałyśmy ;). Dużo lepiej sprawdzają się wtedy u mnie delikatne gałązki eukaliptusa albo drzewa oliwnego – potrzebują mniej wody i dłużej wytrzymają w wazonie w dobrym stanie.  

lniana góra od pidżamy – Hibou / lustro – Jotex (kod zniżkowy pod zdjęciem z fotelem) / obraz – kopia Matisse'a na płótnie

 6. Len i biel.

    Len to jedno z najcudowniejszych odkryć na ziemi – właściwie całą roślinę można wykorzystać, jej jedynym odpadem w trakcie obróbki jest nietoksyczny pył. Pozyskuje się z niej nie tylko włókna na materiał, ale także olej (bardzo zdrowy), suplementy i leki, wysokiej jakości papier, płytę paździerzową, a nawet paszę dla zwierząt. Uprawa nie wymaga pestycydów (len jest odporny na szkodniki) i dodatkowego nawadniania (mniejsze zużycie wody niż w przypadku chociażby bawełny).

    Właściwości samej rośliny to jednak tylko wstęp do tego ile zalet mają ubrania i tekstylia domowe wykonane z lnu. Są przewiewne, bardzo trwałe, pozwalają skórze oddychać (w przeszłości z lnu robione nawet bandaże i opatrunki), nie uczulają. Latem korzystam więc jak się da z dobrodziejstw tej tkaniny. Ubrania, pościel, a nawet nowe obicie na fotelowe poduszki – upał w w lnianym wydaniu naprawdę jest trochę bardziej znośny. Wiem, że pisałam już o tym wiele razy, ale nasze mieszkanie naprawdę nam się odwdzięczy, jeśli w trakcie jego urządzania zastosujemy jak najwięcej naturalnych tkanin. Białe zasłony z gęsto-tkanego naturalnego materiału nie tylko wyglądają dobrze, ale też najlepiej chronią wnętrze przed ciepłem (syntetyczne włókna po nagrzaniu mogą wydzielać nieprzyjemny zapach).   W lecie staram się zmieniać pościel jeszcze częściej – w jakiś podprogowy sposób taka świeża poszewka zawsze wydaje nam się chłodniejsza ;). Pościel ze zdjęcia również jest od Jotex (widziałyście ją u mnie już parę razy). Jest lniana, dobrze się pierze, a guziczki przetrwały już nie jeden magiel ;). Na pościel również obowiązuje kod, który podaję poniżej.

Wymieniliśmy się z mężem fotelami. On wziął do swojego biura ten bez oparć, a do mieszkania trafiło w związku z tym to cudo (za jakiś czas fotel z oparciami będzie mi po prostu bardziej potrzebny). W oryginale fotel ma właśnie takie obicie, ale na lato postanowiłam je zmienić na jaśniejsze z lnu. Wyjątkowo nie skorzystałam z usług tapicera – koszt obszycia samych poduch w takim miejscu był dosyć wysoki, a bez problemu zrobiła to zaprzyjaźniona krawcowa. Fotel to również Jotex i dla cierpliwych mam kod zniżkowy. Z hasłem KASIATUSKJULY30 dostaniecie 30% rabatu na całe zamówienie + 5% dodatkowego rabatu* dla cen na czerwono (z promocji jeden klient można skorzystać tylko raz). Macie czas do 31.08.2021.

   Mój osobisty i ukochany sposób na sen w upale, to zjedzenie porządnej porcji lodów – już w łóżku, najlepiej w towarzystwie jakiegoś filmu, którego akcja rozgrywa się w malowniczych zakątkach Europy. Kupujemy czasem nawet kilogram lodów na wynos (u Ruszczyka albo w Miło Mi w Orłowie, ale najczęściej jednak w Słonym Karmelu gdzie smaki zmieniają się każdego dnia i trzeba polować na swoje ulubione) i jemy je tak długo, aż dostaniemy dreszczy ;). To ma być czas dla nas, bo Mała teoretycznie już słodko śpi, ale tak naprawdę czeka cichutko, aż usłyszy, że zakradamy się do zamrażalnika (chwilę później z przedpokoju dobiega nas tupot małych stópek i trzeba iść po trzecią łyżeczkę…).

    Dziś w Trójmieście jest całkiem przyjemnie – przez chwilę myślałam nawet o tym aby włożyć na siebie bluzę. Po weekendzie fala upałów ma jednak wrócić i podobno nawet najstraszniejsze burze nie przyniosą ukojenia. Oby to gorące i słoneczne lato przyniosło Wam samą przyjemność – słuchając specjalistów od klimatu powinnyśmy się do takich warunków przyzwyczaić jak najszybciej. 

*  *  *

Last Month

   "To co? Jemy lody?" – to zdanie padało u nas w domu dosyć często w ostatnich tygodniach. Nasze ulubione trójmiejskie lodowe manufaktury znów się pootwierały i korzystamy z tego na całego. Macham też ręką, gdy widzę, że kupują kolejnego gofra z bitą śmietaną i truskawkami – w domu czeka zupa, a tego białego sweterka już pewnie nie upiorę, ale udziela mi się nastrój wolności i radości. Burgery na plaży? Nie ma problemu. Skakanie w błocie? Chętnie się przyłączę. W ogrodzie rwę bez z drzewa jakby jutra miało nie być (a tak go zawsze żałowałam w poprzednich latach) i rozstawiam po całym mieszkaniu. Pierwsze truskawki jemy garściami i nie szczędzimy do nich miodu. I ciągle się spóźniamy, bo "żal było się zbierać". 

   Żegnam ten wyjątkowo zimny maj długą fotograficzną relacją. Wydawało mi się, że w ostatnich tygodniach odpuściłam trochę ze zdjęciami – bardzo chciałam być "tu i teraz" i przeżywać chwilę zamiast je uwieczniać, ale jak widać wyszło na opak ;). 

1. Powoli wracamy do normalności. Podróż w nowej rzeczywistości była ciut inna, czasem bardziej skomplikowana, ale cieszyła jak nigdy. // 2. Ten zestaw uratował moją wyjazdową garderobę – uwielbiam go. // 3. Naprawdę ciężko mi uwierzyć, że w przypadku tego zdjęcia hasztag #tbt zupełnie nie pasuje. // 4. Pierwsze wakacje bez wózka! // Kamenjak. Odkrywamy chorwackie zakątki.1. Valamar, czyli raj dla dzieci… i dla rodziców w sumie też! Znacie? // 2. Chociaż kupowałam te brzydactwa z bólem serca to muszę przyznać, że świetnie się sprawdziły. // 3. Mój basenowy niezbędnik. // 4. Wnętrze nie musi być w paryskim stylu, żeby mnie ujęło. // Mój zestaw na spacer po Rovinj. Maseczkę mam od Moye, torebkę z Chanel, kurtka to oczywiście MLE, a klapki – Hermes. 1. Niebieski dresik wrócił z prania! // 2. Piękne lobby hotelu Grand Park. // 3. Poranna kawa pomaga złapać kontakt z rzeczywistością. // 4. Moja mama kupiła ten plecak, gdy miałam 12 lat (czyli nosi go od 22 lat). A ja wciąż jej go zazdroszczę :). // Mój sweter to kolekcja MLE sprzed dwóch lat, legginsy to jakieś zwyklaki – chyba z H&M. 1. Wyjazdowy zapas kosmetyków. // 2. Łapię słońce – pierwszy raz w tym roku! // 3. Najfajniejsza para jaką znam! // 4. Proste zestawy są najlepsze. // Ruszamy w drogę powrotną. I już nie możemy doczekać się kolejnej wyprawy!1. Tak. To już na pewno maj. // 2. A u nas w Trójmieście temperatura wciąż rześka. // 3. Oczekiwanie na otwarcie restauracji. Chociaż do takich pikników można było się przyzwyczaić. Tę kolację na wynos zamówiliśmy w gdyńskim Luisie.. // 4. Ok. Byle nie w poniedziałek. // Długie majowe (i chłodne) wieczory. Cały ten wpis zobaczycie tutaj1. Resztki z bukietów trafiają na ten stolik. // 2. Nieee… moje stroje w maju w ogóle nie były monotonne… // 3. Jednego dnia wydają mi się za ciemne, a innego za jasne. // 4. Gdy idziesz zajrzeć do pokoju córki i widzisz, że łóżko samo się przesunęło… // Wybieracie się do Trójmiasta? Jeśli przyjedziecie i zorientujecie się, że Wasza walizka nie ma tego, czego potrzebujecie to wpadajcie do Iconic w Gdańsku. Znajdziecie u nas opcję na plażę, imprezę, spotkanie ze znajomymi i przede wszystkim sporo cieplejszych miękkich i świetnie jakościowych ubrań, które po powrocie z wakacji też będą Wam służyć. 1. A jeśli pogoda w Trójmieście Was zaskoczy (co jest u nas zupełnie normalne ;)) to w showroomie w Gdańsku znajdziecie ratunek. // 2. One się ewidentnie opalają. // 3. Summer gold. W tym wpisie znajdziecie dokładny link do modelu kolczyków ze zdjęcia. // 4. Ulubione okulary w tym sezonie. // Przepis na idealne placki? Bardzo proszęKiedyś nagram Portosa jak wita swoją paczkę. Niby wszystko hermetycznie zapakowane, ale on dostaje świra i wygląda jakby stepował ;). Bardzo ostrożnie podchodzę do karm dla psów, ale tę mamy już dobrze przetestowaną i wiem, że mogę ją spokojnie polecić (a od razu mówię, że spanielowy żołądek nie należy do mało wymagających). Fitmin to karma półmiękka (znacznie trudniej dostępna niż klasyczna "sucha"), dzięki czemu zadowoli nawet najwybredniejszego czworonoga. Oczywiście nie posiada konserwantów ani niezdrowych dodatków. Zresztą najlepiej same sprawdźcie skład. Z kodem MLE25 otrzymacie 25% rabatu na wszystkie produkty. Będzie łączył się także z aktualnymi promocjami, czas działania kodu to 1.06-30.06.1. Jest zimno i mokro, ale i tak chodzimy po Sopocie ile się da! // 2. Słońce to najlepszy budzik. // 3. Jedna z moich trzech propozycji fryzur na lato. Więcej znajdziecie w tym wpisie. // 4. Czas na zimny prysznic. // Szykujemy się na sesję MLE – gdzieś w szafie zgubiłam naszą prototypową sukienkę – będzie dym, jak Asia się dowie ;). 
1. Akurat był w niej elementarny porządek więc zajrzałam z aparatem do środka. // 2. Tak, czuję się niewyraźnie ;). // 3. To jest ten moment w roku. Właściwie to już po nim. // 4. Najlepszy odświeżacz powietrza. // Po powrocie z Chorwacji powitała nas taka eksplozja zieleni. "Przestańmy być grzeczni, bądźmy sobą". Jeśli miałyście kiedyś poczucie, że za wszelką cenę chcecie sprostać oczekiwaniom otoczenia i macie problem z otwartym komunikowaniem swoich poglądów i potrzeb to warto zajrzeć do tej książki. Ja już jakiś czas temu zrozumiałam, że niezależnie od tego jak poprawnie się zachowuję i jak bardzo unikam kontrowersji nie każdy będzie mnie lubił – dobrze było po tej lekturze utwierdzić się w przekonaniu, że każdy z nas ma prawo głosu i tłamszenie go nie ma sensu. Groszek to moje prawdziwe uzależnienie. A sukienka jest z &Other Stories. 1. Można walczyć o swoje i jednocześnie szanować innych. Tak przynajmniej twierdzi autor ;). // 2. Wełniany sweter na przełomie maja i czerwca to teraz standard.  // 3. Poczta kwiatowa w Dniu Mamy. Albo mamy nad wyraz zaradną dwulatkę albo jej tata się pod nią podszywa ;). // 4. Łupy z rynku. Smakują już naprawdę nieźle! // Lubię ten zlew. Jest z IKEA, ale kupiliśmy "używkę" z olx :D. I planujemy przemontować go też do nowej kuchni :). Te dwa detergenty, które stoją u mnie na zlewie to płyn do mycia kuchni i płyn do mycia naczyń od Herbi Clean. Wszystkie produkty Herbi Clean – w tym ziołowy płyn do mycia kuchni – zostały stworzone na bazie składników pochodzenia naturalnego, nie zawierają związków chloru, amoniaku, EDTA, etanoloaminy, triklosanu, fosforanów, glikolu etylenowego, SLS, składników pochodzenia zwierzęcego, ani PEG-ów. Są w pełni bezpieczne dla zdrowia, przyjazne ludziom i nie są testowane na zwierzętach. Obydwa produkty zawierają ekstrakt z żołędzi – badania naukowe, przeprowadzone m.in. przez polskich naukowców, zaowocowały odkryciem wysokiej skuteczności zawartych w żołędziach tanin. Silne działanie antybakteryjne tych naturalnych związków chemicznych wytwarzanych przez rośliny jest porównywalne do działania antybiotyków – a to oznacza, że skutecznie czyszczą nasz dom. Płyn do mycia naczyń dodatkowo zawiera ekstrakt z aloesu, dzięki czemu nie podrażnia skóry dłoni i ma 90% składników pochodzenia naturalnego. Jest tylko jeden problem – po ich stosowaniu ciężko wrócić do detergentów z drogerii ;). 
Przy okazji mam dla Was kod rabatowy na cały asortyment w sklepie Herbi Shop o wartości 20%. Wystarczy, że użyjecie hasła MLE (kod ważny do 6 czerwca).  Pracujemy w ogrodzie, wspólnie najmilej! W Dzień Dziecka kolekcjonujemy wspomnienia – nie przedmioty. O tę sukienkę miałam w ostatnim tygodniu dziesiątki zapytań więc odpowiadam wszystkim za jednym razem. To sukienka od Carry (wybrałam rozmiar 34), którą nosi się po prostu świetnie. Ktoś tu kocha prace ogrodowe (w przeciwieństwie do rodziców).Z tego zaraz zrobię coś pysznego.
Najpierw złapałam się za głowę, że w naszej maleńkiej kuchni pojawił się kolejny przedmiot, ale teraz już się z nim przeprosiłam i wygospodarowałam nawet stałe miejsce na blacie. To podobno mercedes wśród wyciskarek – tylko 40 obrotów ślimaka na 1 min. (cokolwiek to znaczy), aż 430 W mocy wyciskania, laserowa metoda cięcia sita oraz konstrukcja umożliwiająca wyciskanie większości warzyw i owoców w całości i bez obierania. Przekładając to na język laika – po prostu działa super. Nieprzekonanym powiem tylko, że można też w niej przygotować masę na placki ziemniaczane :D. Podaję dokładną nazwę modelu: 4Swiss BM202 x JJ (jakość i bezpieczeństwo wyciskarek 4Swiss potwierdzają badania szwajcarskiego Laboratorium Intertek).Zamiast kawy. Aby zrobić taki sok potrzebujecie: 3 jabłka, 2 gruszki, 2 pomarańcze, 6 łodyg selera naciowego i sporą garść świeżych liści szpinaku (no i oczywiście wyciskarkę). Owoce i warzywa dokładnie myjemy. Jabłka i gruszki obieramy ze skórki, kroimy na kawałki i wraz z gniazdami nasiennymi przerzucamy do miski. Podobnie robimy z pomarańczami. Łodygi selera naciowego kroimy na kawałki i wrzucamy do miski dodając jeszcze szpinak. W ten sposób przygotowane składniki możemy przepuścić przez wyciskarkę. Szpinak najlepiej dodawać partiami pomiędzy owocami i selerem. Smacznego! 1. A w czym Wy pijecie lemoniadę? // 2. Takie prezenty cieszą najbardziej. // 3. Pobudka z dinozaurem i panem Nene. Kiedyś to było podobno łóżko rodziców. // 4. Moje ulubione smaki…słony karmel, śmietanka, hibiskus i Knoppers. Taki kilogram na jeden wieczór jest idealny. //Z mojego ogrodu. 1. Dlaczego nie ma takich perfum? // 2. Truskawka, koperek, tymianek – zobaczymy co wyrośnie. // 3. Widok z okna w sypialni. // 4. Nagrodę za najlepszy balsam do ciała dostaje w tym miesiącu Amaderm. // O wilku mowa. Balsam nawilżający od Amaderm to delikatny preparat do ciała przeznaczony do pielęgnacji skóry suchej, szorstkiej i odwodnionej. Dzięki lekkiej konsystencji balsam łatwo się rozprowadza i szybko wchłania, nie pozostawiając uczucia lepkości. Nie wiem czy słyszałyście kiedyś o działaniu mocznika ale to najbardziej skuteczny, naturalny humektant (czyli walżacz). W zależności od wykorzystanego stężenia może dodatkowo posiadać działanie kreatolityczne (zmiękczające) oraz keratoplastyczne (złuszczające). 1. Te brzoskwinie jeszcze nie wiedzą co je czeka… na stories podrzuciłam Wam ostatnio link do jednego z najczęściej odtwarzanych przez Was blogowych przepisów (dodaję również tutaj). Wiem, że wiele z Was pokochało to ciasto i wcale się temu nie dziwię. Jeśli macie w domu jajka, mąkę, cukier puder, olej (najlepiej roślinny), jogurt naturalny, białą czekoladę, morele, cytrynę i proszek do pieczenia to możecie śmiało zaczynać pieczenie. // 2. Piękne stare wydania. // 3. Witamy na pokładzie. // 4. Dzień dobry, pobudka śpioszku.  // Gdy ukochana Kuzynka pozwala się pobawić swoim mysim domkiem. A ja wciąż nie mogę się zdecydować czy decydujemy się właśnie na zbieranie Sylvanianek, Playmobila czy Maileg. Wszystkiego po trochu chyba nie ma sensu, ale tak ciężko postawić na jedno ;). 1. Bądźmy dziećmi dziś i na zawsze! // 2. Na Dzień Dziecka proste desery są najlepsze. // 3. Rozpoczynamy przetwarzanie! // 4. Mały postój na przekąskę. Każdy dobiera własne dodatki do zapiekanki. // Ja w Dzień Dziecka dostałam najlepszy prezent z możliwych – kwiaty do grządek. Dziękuję Paniom z NarcyzaMój kochany zwierzyniec. 
Takie niebo to zapowiedź pięknego lata…

*  *  *

 

 

Majowe umilacze, czyli dokąd jechać po poluzowaniu restrykcji + przepis na placki, który zdetronizuje wszystkie inne (i nie tylko)

   Domyślam się, że w tę majówkę w wielu domach słychać było narzekanie. Jedni narzekają na to, że nigdzie nie wyjechali, inni marudzą, że chociaż udało im się wyjechać to przez obostrzenia urlop nie jest taki, jaki powinien. Ktoś doda, że do pandemii to już się nawet przyzwyczaił, ale śnieg w maju i pięć stopni na plusie uniemożliwiają nawet zwykłą przejażdżkę rowerową wokół osiedla. Oczywiście są też tacy, którym jednak udało się znaleźć ciocię w Trójmieście (biorąc pod uwagę to, jak w weekend wyglądał Monciak tych świeżo odnowionych relacji rodzinnych jest naprawdę bardzo dużo), a w Zakopanem na Krupówkach tańczono ponoć wczoraj masowo Macarenę. Takie doniesienia dodatkowo wzmagają frustrację tych, którzy z różnych powodów siedzą od piątku w domach z braku lepszych planów. Z tego co widzę, to nawet w krainie wiecznej tęczy, czyli na Instagramie, słychać szczere utyskiwania na to, że jeden z fajniejszych momentów w roku nie został w należyty sposób wykorzystany. Na zdjęciach brakuje tego, do oglądania czego przywykłyśmy kiedyś – turkusowej wody, opalania na leżakach, relacji z podróży. Tak jest przynajmniej na moich ulubionych profilach. 

   Dzisiejszy wpis będzie więc umilaczem w najczystszej postaci – chciałabym podsunąć Wam banalny przepis, który stłumi na chwilę tęsknotę za wieczorem w knajpce (do otwarcia restauracyjnych ogródków zostało dokładnie 11 dni i 8 godzin, ale kto by tam liczył). Na spokojnie, posługując się informacjami na temat obostrzeń i moją subiektywną oceną spróbuję wybrać najlepsze miejsce na letni wypoczynek, albo chociaż przenieść nas na chwilę do wakacyjnych utopii. I to nie wszystko, ale nie marnuję już więcej literek, tylko przechodzę do rzeczy.

1. Majówka w Internecie. Eksplozja informacji i rozpad jakości.

    W długi weekend mamy więcej czasu na to, aby wejść na ulubione strony czy przeczytać dłuższy artykuł. Wczoraj chciałam zajrzeć do paru moich ulubionych blogerek, aby po chwili ze smutkiem wyłączyć wszystkie strony – najnowszy tekst, jaki u nich znalazłam był ze stycznia. Skrolowanie Instagrama nie potrafi zastąpić mi kilku minut czytania czegoś mądrego, więc jak zwykle skończyłam na Polityce – na tym portalu mam wykupioną płatną subskrypcję i zaczynam odnosić wrażenie, że to jedyny sposób, aby znaleźć w sieci coś mądrzejszego niż tylko kolejny artykuł pod tytułem „tego sposobu na brudne szyby jeszcze niż znałaś”, który okazuje się być kilkuzdaniowym bełkotem. Jeden z najpopularniejszych portali o modzie w Polsce jest tak nafaszerowany wyskakującymi reklamami, że niestety nie sposób dokopać się do tekstu, nie mówiąc już o przejrzeniu zdjęć (po każdym kliknięciu parada banerów pojawia się na nowo, a mi z poirytowania coraz trudniej trafić w krzyżyk, więc za którymś razem i tak otwiera mi się strona z lekiem na prostatę). Dlaczego tak jest? Rewolucja technologiczna ostatnich lat sprawiła, że każdy z nas dostał w swoje ręce nieograniczony dostęp do przeróżnych treści. Nie musiałyśmy już kupować książki, aby przeczytać coś interesującego. Nie musiałyśmy kupować magazynów modowych, aby zobaczyć relacje z paryskich pokazów mody. Wystarczyło nam tylko jedno narzędzie, aby znaleźć informacje na temat każdej możliwej dziedziny. Streszczenie lektury, przewodnik turystyczny po Chorwacji, przepis na tartę tatin, wiadomości ze świata – wystarczyło wyklikać odpowiednią frazę i już wszystko było wiadomo. Ta transformacja wniosła oczywiście wiele korzyści, ale dziś coraz więcej myślicieli zgadza się z tym, że ceną jaką zapłaciliśmy za błyskawiczny dostęp do informacji, jest spadek ich jakości.

   Mniejsza, jeśli chodzi o sprawdzoną recepturę na deser, gorzej gdy poszukujemy na przykład istotnych danych o szczepieniu, a po godzinnym szperaniu dochodzimy do wniosku, że nie jesteśmy pewni naszego źródła i w gruncie rzeczy nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Nawet te lekkie i lifestylowe treści są coraz bardziej powtarzalne, przepuszczane przez niezliczoną liczbę kalek, tak aby wujek Google myślał, że to teksty organiczne (co powoduje, że strona jest wyżej pozycjonowana). Twórcy, którzy do tej pory publikowali prawdziwe artykuły przerzucają się na e-booki, dzięki którym dostają wynagrodzenie za swoją pracę – ciężko się temu dziwić. Jednocześnie znów uciekają nam z pola widzenia, gdy po prostu z nudów chcemy przeczytać coś nowego.

John Cleese jest zaprzeczeniem tego, co w nowoczesnym świecie jest byle jakie. Na pewno kojarzycie jego postać – to współzałożyciel legendarnej grupy Monthy Pythona i autor wielu znakomitych scenariuszy. No po prostu ktoś, kto umiałby dziś zażartować z Hotelu Paradise tak, że byłoby to śmieszne i eleganckie jednocześnie. W latach 80 ubiegłego wieku wydał swoją pierwszą książkę „Żyć w rodzinie i przetrwać” która została świetnie przyjęta przez krytyków, a dziś wraca do nas z tytułem „Kreatywność. Krótki i optymistyczny poradnik.”, który dla ludzi pozbawionych ostatnio źródła inspiracji (chociażby w związku z pandemią) może być naprawdę zbawienny. 

    Te moje utyskiwania nie sprowadzają się bynajmniej do wniosku, że „jednak książka papierowa jest najlepsza”, chociaż pewnie znalazłabym parę argumentów „za”. Odkąd powszechnie dostępne treści w Internecie są coraz słabszej jakości, ja chętniej szukam inspiracji właśnie w swojej biblioteczce. Jak miło przeczytać w końcu rozpoczętą, rozwiniętą i dokończoną myśl, na dodatek zredagowaną i bez błędów… Albo znaleźć zdjęcie, które kojarzę z bezrefleksyjnego repostowania na Instagramie i dowiedzieć się kto je zrobił, gdzie i dlaczego. To niby drobiazgi, ale jeszcze bardziej uzmysławiają, jak niewiele ostatnio czerpię z tego, co czytam. A może to tylko mój problem?

Fragment moich książkowych zbiorów i kilka pozycji, które obecnie czytam. No i moje piękne podpórki, na które tak długo czekałam! Wejdźcie na stronę Jotex i zobaczcie jeszcze parę innych niebanalnych rzeczy do domu, które w niczym nie przypominają tych z sieciówek. 

2. Wyjeżdżamy?

   Podejście do wyjazdów wiele mówi o naszym podejściu do pandemii w ogóle. Część osób uważa, że dla bezpieczeństwa lepiej jest nie ruszać się ze swojego miasta, chociaż jako mieszkanka Sopotu mam spore wątpliwości czy ta zasada sprawdza się w obleganych przez turystów miejscach. Część jest już zaszczepiona i, co zrozumiałe, chce ruszyć w świat i korzystać z jako takiej odzyskanej normalności (przypominam, że dziś zapisy dla mojego rocznika!). Jest też oczywiście grupa, która niezależnie od liczby zachorowań podróżowała wszędzie, gdzie się dało. Ale nie o tym jest ten wpis. Wiele z nas planuje pewnie wakacje i zdaje sobie sprawę, że pod uwagę należy wziąć teraz kilka nowych aspektów. Czy trzeba mieć test? Czy po przylocie zostaniemy odesłani na kwarantannę? Czy będziemy mogli pójść na obiad do restauracji? Czy nasze dzieci też muszą mieć zrobiony test? To tylko parę pytań, które przychodzą mi do głowy, gdy myślę o swoich ukochanych kierunkach.

    Czemu w tym zestawieniu znajdują się takie, a nie inne destynacje? Na przeanalizowanie całego świata nie starczyłoby mi sił (ba! Samej Europy chyba też) więc ograniczyłam się tylko do tych miejsc, które wydawały mi się najfajniejsze. Wychodzę też z założenia, że w granicach UE obostrzenia są względnie ustandaryzowane – testy zostały dopuszczone przez powołane do tego instytucje, znamy przybliżoną dzienną liczbę zakażeń w danych krajach, poziom opieki zdrowotnej jest wyrównany (przynajmniej w porównaniu do Azji, Afryki czy Ameryki Południowej).

Włochy.

    Krążą plotki, że od 15 maja, a najpóźniej od 3 czerwca, słoneczna Italia otworzy się na turystów i aby móc rozkoszować się toskańskimi widokami czy pływać u wybrzeża Amalfi wymagany będzie jedynie negatywny wynik testu. W tym momencie sytuacja jest jednak dokładnie odwrotna – Włochy mówią otwarcie, że turyści spoza kraju nie są teraz mile widziani. Po przylocie czeka nas test, pięciodniowa kwarantanna i ponowny test. Jeśli jesteście zdeterminowane, aby w wakacje wyjechać właśnie do Włoch lepiej poczekać, aż restrykcje się zmienią. Wszyscy liczyli, że ten kraj otworzy się tuż po majówce, ale nic takiego się nie wydarzyło – domyślam się, że parę wymarzonych urlopów przepadło, bo ktoś za bardzo się pospieszył. 

AKTUALIZACJA: Premier Włoch postanowił dłużej nie czekać i ogłosił w tym tygodniu, że już po 15 maja kraj otwiera się na turystów i gorąco ich zaprasza. Niezbędny jest negatywny wynik testu lub zaświadczenie o zakończonym procesie szczepienia. To kto się wybiera? :)

Francja

    Lazurowe wybrzeże to jedna z najbardziej kuszących opcji, ale… liczba zachorowań nad Sekwaną wciąż martwi. I chociaż dla Polaków nie ma szczególnie utrudniających wjazd obostrzeń (wystarczy negatywny wynik testu oraz oświadczenie o braku symptomów) to na wakacje we Francji w najbliższych tygodniach raczej nie ma co liczyć. Co prawda w poprzednim tygodniu po wielu miesiącach zniesiono w końcu zakaz poruszania się między regionami, a niebawem mają zostać otwarte także restauracyjne ogródki, ale nie planowałabym wyjazdu w te strony. Hotele (przynajmniej formalnie) są zamknięte i chociaż pojawiają się głosy, że mają zostać otwarte po 19 maja, to są to póki co jedynie dywagacje niepodparte twardymi deklaracjami rządu.

Jeśli wolicie poczekać do momentu, gdy będziemy mieli większy wybór w wyborze kierunków podróży, to polecam Wam profil @seehura na Instagramie. Znajdziecie tam zdjęcia z najpiękniejszych hoteli, willi, plaż, restauracji i innych bajkowych miejsc. 

Hiszpania

    Choć Hiszpania otworzyła swoje granice dla turystów z innych krajów Unii Europejskiej, musimy pamiętać, że na miejscu wciąż obowiązują liczne ograniczenia, które mogą utrudnić nam wypoczynek. Ani rząd, ani król Hiszpanii nie powiedzieli też jednoznacznie, że kraj otwiera się na turystów. Każda osoba przylatująca do Hiszpanii musi mieć negatywny wynik testu PCR zrobionego maksymalnie 72h przed podróżą, wypełnić specjalny formularz i wygenerować kod QR, bez którego nie będziemy w stanie przejść kontroli sanitarnej na lotnisku po przylocie (cytując za doBarcelony.pl). Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca unikanie podróży zagranicznych, jeśli nie są one niezbędne. Przed powrotem do Polski musimy znów poddać się testowi przed przekroczeniem granicy (wynik testu jest ważny 48 godzin od jego otrzymania), w przeciwnym razie mamy obowiązek poddania się 10-dniowej kwarantannie. Hotele są otwarte, restauracje mogą przyjmować gości od godziny 7.30 do 17.00.. Istnieje jednak wiele zaleceń, które wskazują na to, że Hiszpania nie jest jeszcze na nas gotowa (godzina policyjna czy ogólne „zalecenie” aby nie wychodzić z domu bez potrzeby).

Grecja

    Pewnie sporo z Was już wie, że Grecja od końca kwietnia liberalnie podchodzi do turystów z UE. Po pierwsze – rząd otwarcie mówi o tym, że zaprasza turystów. Po drugie, wystarczy negatywny wynik testu i wypełnienie kilku dokumentów (lub otrzymanie dwóch dawek szczepionek co najmniej 14 dni wcześniej plus dokument to potwierdzający). Problemem mogą być loty, bo z Gdańska pierwsze bezpośrednie połączenie pojawi się dopiero w czerwcu, ale być może u Was sytuacja wygląda inaczej. Na tej stronie znalazłam dokładne informacje na temat wszystkich niezbędnych formalności potrzebnych w podróży do Grecji. Za Helladą przemawia też to, że możliwości mamy naprawdę wiele. Nie trzeba od razu pędzić na Santorini i zamieszkać w samym centrum miasteczka – ciekawych i mniej zaludnionych wysp jest mnóstwo (wschodnia część Krety, Milos, Rodos). Zresztą, przed pandemią, nawet w popularnym Mykonos można było bez problemu znaleźć ustronne miejsca i przez tydzień nie spotkać nikogo poza ciekawską kozą.

Chorwacja

   Kraj pięknych plaż, słońca i z liberalnym podejściem do turystów z UE już został okrzyknięty hitem lata 2021. Aby przekroczyć granicę niezbędny jest negatywny wynik testu i trochę biurokracji (tutaj więcej informacji). Hotele, plaże i restauracje są otwarte, obowiązują oczywiście limity gości, więc wyjazd trzeba dobrze zaplanować i nie zapominać o rezerwowaniu stolika na wieczór. Wada? Może się okazać, że wiele osób wpadnie na ten sam pomysł skoro możliwości podróżowania po Europie są tak ograniczone. Tak jak w przypadku Grecji – warto poszukać mniej popularnych kierunków podróży, wybrać małe miasteczka, albo tak planować zwiedzanie, aby nie trafiać na godziny szczytów.

   Uwaga! To, że wyjeżdżamy do miejsca, które jest dla nas otwarte nie oznacza, że tuż po wyjściu z samolotu możemy zapomnieć o epidemii. Dbajmy o bezpieczeństwo swoje i innych także na wakacjach. Unikajmy deptaków w najgorszych godzinach, zachowujmy dystans, nośmy maski, szanujmy zasady panujące w danym kraju – bądźmy solidarni nawet jeśli jesteśmy już po szczepieniu. Podane restrykcje są aktualne na dzień 3 maj – w każdej chwili mogą się zmienić na lepsze… lub gorsze. 

dress / sukienka – vintage

3. Przepis na "Najlepsze na świecie placki z owocami"

   Ten przepis wypatrzyłam kiedyś u Elizy z Whiteplate (jakżeby inaczej), ale nieco go zmodyfikowałam. Przede wszystkim dlatego, że z podanych proporcji placków wyszłoby za mało dla mojej ekipy, a po drugie dlatego, że wydawały mi się jednak ciut za ciężkie. A dlaczego aż tak go zachwalam? Bo jedyne narzędzia jakich potrzebujemy do ich wykonania to widelec i jedna miska. Żadnych mikserów, trzepaczek, miarek i przelewania. Poza tym, te placki wyparły u nas właściwie wszystkie inne podobne desery – naleśniki, racuchy, pancakesy – wszystko poszło w odstawkę. Proporcje mąki i mleka są – nie boję się użyć tego słowa – umowne. Czasem trafi się gęstszy twaróg albo większe jajko, a to taki przepis „na oko” który za którymś razem robi się już z zamkniętymi oczami. 

Skład:

200 g twarogu wiejskiego

150 g mąki pszennej (w wersji bezglutenowej mieszamy po równo mąkę ziemniaczaną, kukurydzianą i bezglutenową owsianą)

2 jajka kilka łyżek mleka (dodajemy na oko, aby ciasto nie było za suche)

dwie łyżki cukru z wanilią (może być domowej roboty)

pół kilo śliwek (nadadzą się też jabłka czy truskawki)

pół łyżeczki proszku do pieczenia

olej roślinny do smażenia (na przykład rzepakowy)

 

Sposób przygotowania:

   Przekładamy do miski twaróg i rozgniatamy widelcem razem z mąką i proszkiem do pieczenia, dodajemy jajka i cukier. Aby nieco rozcieńczyć masę dodajemy trochę mleka. Ciasto powinno gęstością przypominać to na pączki. Nie trzeba go mieszać bardzo dokładnie – ja robię to wyłącznie widelcem przez dwie minuty, nawet jeśli zostaną grudki twarogu to nie szkodzi. Śliwki kroimy w półksiężyce. Rozgrzewamy olej na patelni i łyżką nakładamy ciasto. Dopiero wtedy szybkim ruchem nakładamy na wierzch owoce. Po paru minutach przewracamy placki na drugą stronę. Po zdjęciu placków z patelni odkładamy je na papier aby wyciągnął zbędny tłuszcz i posypujemy cukrem pudrem. 

Cała zastawa (poza małym talerzykiem), eleganckie szklanki i obrus z delikatnym stebnowaniem są z Jotexu. Już trzeci raz robiłam zakupy w tym sklepie i naprawdę jestem miło zaskoczona stosunkiem ceny do jakości. Poniżej znajdziecie też pościel i lampkę, którą tam znalazłam. AKTUALIZACJA: właśnie otrzymałam wiadomość, że jest jednak kod dla Was na zakupy w Jotex i to aż na 25% :). Skorzystajcie z kodu KASIAMAJ25 na całe zamówienie. Promocja nie łączy się z innymi ofertami i rabatami. Nie dotyczy produktów przecenionych lub oznaczonych „Deal!". Kod jest ważny do 25.05.2021.Widziałam, że bardzo spodobał się Wam ten post na Instagramie, więc jeśli komuś ukmnęło tamto zdjęcie to daje znać, że na te piękne świece Lile Things nadal obowiązuje kod MLE15 który upoważnia do 15% zniżki zarówno na świeczki, jak i pozostałe produkty oferty Lile Things (kod będzie ważny do 15/05/21). Modele Madame i Pilier to w całości autorski projekt marki – od zaprojektowania kształtu, przeniesienia go na model fizyczny, stworzenia prototypu matrycy, aż po sam odlew (tak, wiem, że na allieexpress można znaleźć podobne, ale moim zdaniem nie są tak ładne, a jakość wosku pozostawia wiele do życzenia). Dla mnie ważne jest to, że wykonano je z wosku sojowego, który jest produktem naturalnym, biodegradowalnym, przyjaznym środowisku. W przeciwieństwie do powszechnie stosowanej parafiny, nie jest szkodliwy dla zdrowia. Świece z wosku sojowego są nietoksyczne, nie zawierają szkodliwych pestycydów i herbicydów, a podczas ich spalania wytwarza się o wiele mniej dwutlenku węgla i sadzy – nie kopcą, nie dymią, nie pozostawiają ciemnego nalotu na ścianach. Palą się od 30 do 50 % dłużej niż parafinowe. To takie drobiazgi, ale jeśli ktoś często pali świece na pewno je doceni. ​Jeśli zostaną Wam śliwki możecie śmiało wrzucić je na patelnie po smażeniu placków i tylko delikatnie podsypać cukrem lub dodać łyżkę miodu. Być może pasuje do nich śmietana, ale my zabijamy się o każdego placka więc szkoda nam czasu na dodatki. Kto pierwszy ten lepszy!

4. Gdy nawet Netflix wymięka w proponowaniu nowych tytułów. 

   Nie wiem o jakiej godzinie zajrzałyście na bloga, ale u nas w ciągu minuty zaszło słońce, a z nieba zaczął (kolejny raz w ciągu ostatnich kilku dni) padać grad. Na ponury finał majówki szukam czegoś przyjemnego do obejrzenia na wieczór. Ja lobbuję za pewniakami: „Rzymskie wakacje”, „La Dolce Vita” albo „Czekolada”. Mąż chciałby w końcu zobaczyć coś nowego, ale też we włosko-francuskim klimacie (chociaż smakiem się obejdziemy) i proponuje „Anonimowy wenecjanin”, „Zapiski z Toskanii” albo „Opowieści czterech pór roku”, a ja obawiam się, że nie zdążycie napisać mi w komentarzach, aby jednak wybrać coś innego ;). Jeśli macie podobne dylematy, to powiem Wam tylko, że codziennie o 20.00 na Kuchnia+ leci program Anthony'ego Bourdain i nasze negocjacje zwykle kończą się właśnie takim kompromisem. 

Pozornie banalne pytania o pościel, które bardzo często pojawiają się na blogu jakoś szczególnie mnie nie dziwią. To niby dwa zszyte ze sobą kawałki materiału, ale wiem, że czasem potrafią doprowadzić do szału. Za szerokie otwory między guzikami, w których zaplątują się stopy, guziki, które same się rozpinają, za płytka zakładka przez którą kołdra wychodzi na wierzch, wyciąganie się rogów po praniu i tak dalej. Pościel ze zdjęcia pokazywałam Wam już w zeszłorocznym wpisie i nadal bardzo ją polecam. Jest na zamek, dobrze się pierze, wygląda super. Ogólnie rzecz biorąc nie ma wad. Jeśli szukacie czegoś mniej eleganckiego to mam również ten komplet. A lampkę znajdziecie tutaj. Często pytacie też o prześcieradła z tak zwanym lambrekinem – w Jotex macie spory wybór. (dziś rano udało mi się zdobyć dla Was kod do Jotexu więc szybko go dodaję nim zrobicie zakupy – KASIAMAJ25 da Wam 25% zniżki na całe zakupy).

LuiLuk album na zdjęcia wklejane z pergaminem (kolor natural linen). Kupiony dawno temu. Za jednym zamachem kupiłam kilka sztuk, bo czasem potrzebuję ładnego albumu na prezent i zwykle nie mam już wtedy czasu na to, aby zamawaić go w internecie. Te od luiluk są najładniejsze, w płóciennej oprawie i z tłoczonym złoconym napisem. W ofercie są też albumy "Twoje Dzieciństwo" – idealny prezent dla przyszłej lub świeżo upieczonej mamy albo z okazji chrzcin. Możecie skorzystać z mojego kodu MLE15 (sama też nie omieszkam), który upoważnia do 15% zniżki.

 

5. Jeszcze trochę.

    No i udało się – od kilku godzin, pisząc ten post, walczyliśmy jednocześnie z zapisywaniem się na szczepienie. Na szczęście walkę wygraliśmy i teraz nawet siedzenie przed telewizorem w długi weekend nie wydaje się takie straszne. Właściwie to trzeba się tym cieszyć póki jeszcze można ;). A tak na serio – wyciągnęłam wczoraj z szuflady albumy, które kupiłam chyba ponad rok temu i wypełniłam je zdjęciami z pandemicznego roku. Są zdjęcia w maseczkach, Wielkanoc w ogrodzie, zamiast włoskich nart sporo zdjęć na sankach (bo zima to jednak dopisała!) i wiele innych momentów, które z perspektywy czasu nie wydają się wcale takie złe. To będzie wyjątkowy album i… może jedyny taki ;). 

*  *  *

 

 

Last Month

   Podobno maj będzie zwiastował powrót do normalności – nawet jeśli tylko na chwilę. Ciekawe, czy w kolejnym Last Month pełno będzie tu zdjęć z dopiero otwartych restauracji (w końcu branżę gastronomiczną trzeba wspierać! wszystkie brzuchy na pokład!), ciutkę dalszych podróży i pierwszych ciepłych wieczorów. A póki co, zapraszam Was na fotograficzną relację z pierwszych tygodni wiosny, która chyba dopiero się rozkręca…

No to zaczynamy! Dla każdego kawa, żeby łatwiej było przetrwać pracę w grupie ;). Spotkań służbowych ostatnio niewiele, więc bardziej je doceniamy. Filiżanka w dolnym prawym rogu (ta największa) to Rosehntal (Biała Maria), natomiast ta z czarną lamówką pochodzi z Westwinga. Inne to starocie, których już raczej nigdzie się nie kupi (aktualizacja: czujna Czytelniczka podpowiada w komentarzu, gdzie można znaleźć tę z prawego górnego rogu ;)).  1.  Czytałam ostatnio analizę specjalistów odpowiedzialnych za wyłapywanie nadchodzących trendów na temat tego, jak pandemia odbije się na modzie za kilka miesięcy. To, że przez ostatni rok dresy wiodły prym już wiemy. Za to sezon letni ma być podobno całkowitą przeciwnością tego, co lubimy mieć na sobie zalegając na kanapie. I nie chodzi o to, aby wracać do szpilek na molo, ale żeby z większą dbałością celebrować to, co w pandemicznej rzeczywistości nam wolno. Podejrzewam więc, że garnitury w wersji casualowej będą w tym sezonie hitem. // 2. Ten zapach! U mnie wielkanocne wypieki nie mogą się obyć bez tego składnika. Talerzyk to marka Rosenthal (Sanssouci). // 3. Popołudniowe drzemki. Czyżbyśmy śniły o wyprawie na safari? A może uda się wybrać do Zoo w majówkę? // 4. Pierwsze wietrzenie szafy dwulatki. //W ostatniej chwili, bo już wygrzebywaliśmy resztki ze słoika! Miodowa Paczka Pełna Naturalnej Słodyczy od Apimelium ukazuje się co dwa miesiące. W edycji majowej znajdują się miody, które kupujecie najczęściej, więc jest to idealna okazja na zrobienie małych zapasów. My jesteśmy amatorami miodów, więc taki słodki abonament to dla nas super sprawa, aby nie kupować przypadkowych produktów w supermarketach. To od którego zaczynamy?1. Dziadek wkupuje się w łaski i pokazuje łabędzie. // 2. Łóżko rodziców opanowane. Pościel pochodzi ze starej kolekcji Zary. // 3. Wszystko w biegu. Nie sądziłam, że w tej koszulowej wełniano-bawełnianej kurtce będą chodzić jeszcze w maju. Na sukienki za zimno, a ona fajnie je zastępuje. // 4. Tupot małych stóp na orłowskim molo. Patrzymy w chmury i cieszymy się chwilą. Następnego dnia w Trójmieście spadł grad. //W tym roku sezon na rowerowe wycieczki uważamy za rozpoczęty. Więcej zdjęć z tego spaceru znajdziecie tutajW domu. I też jest miło. Krzesła nie do pary, blat zbity z desek ze starego młyna i trzydziestoletnia lampa – taki miszmasz właśnie lubię. Więcej informacji o świetle w mieszkaniu znajdziecie w tym starym artykule Oto co bym chciała włożyć, gdyby za oknem nie padał grad  ;). Ta szara sukienka to nasza majowa nowość. Nawiązuje krojem do Waszego ulubionego modelu z zeszłego sezonu i jestem pewna, że pokochacie ją równie mocno. 1. i 4. // Kolejna klasyczna sukienka, która sprawdzi się w wielu sytuacjach (również pojawi się w maju) // 2. i 3. Przy stole. //Kolibki, czyli jedno z naszych ulubionych miejsc na spacery. Portosowi podoba się wielka przestrzeń, a nam, że przychodzą tu tylko tubylcy (ta pikowana kurtka wróci jeszcze w paru sztukach, warto użyć opcji "powiadom o dostępności" na stronie produktu). 1. i 4. // Kolibki słyną z zawilców. Są pod ochroną więc tylko się im przyglądamy i staramy się nie podeptać. // 2. Wielkanoc coraz bliżej. // 3. Gdy prosicie, abym pokazywała przepisy na to, co naprawdę jem w ciągu dnia… yyy – bardzo proszę. Bierzemy mrożoną fasolkę, gotujemy ją przez parę minut, a potem dodajemy oliwy i świeżo mielonego pieprzu :D. Myślicie, że powinnam zrobić z tym przepisem osobny post? :D // Lasopark. Oby więcej takich miejsc. (Nie)tradycyjne dania wielkanocne.1. Jutro piątek prawda? // 2. Dzień dobry. Czy to już po szóstej? // 3. Gdy dusza czeka na lato, ale umysł już musi pracować nad jesiennymi swetrami. // 4. Kolejna Wielkanoc z pandemią.  //Czy to galeria w Mediolanie? A może jednak Gdańsk, showroom Iconic i Asia w naszej czarnej klasycznej sukience, która wchodzi już jutro?Gdybyście były w Trójmieście i odkryły, że w majówkę potrzeba Wam jednak czegoś cieplejszego, to zapraszamy do Iconic Design. Możecie tu przymierzyć nasze dzianinowe dresy ze stuprocentowej wełny merynosowej. Można też oczywiście zamówić je wirtualnie na naszej stronie
 A to dla tych, którym już jest za gorąco, albo szykują garderobę na lato…
A tego modelu niestety już nie ma. Może inny kolor za rok? Co Wy na to? (aktualizacja: na stan wróciło dziś dołownie kilkanaście sztuk)
1. Tak. Na co dzień też chodzimy prawie tylko w ubraniach MLE :). // 2. Te szorty leżą idealnie. // 3. Fajnie, że jest słońce. Szkoda tylko, że temperatura odczuwalna to 3 stopnie. // 4. Rowerek i lizak – nie może być lepiej. Beztroskie dzieciństwo, to między innymi radość z najprostszych rzeczy.  //Ten krótki moment, gdy na stole jest pusto i mogę sobie przysiąść z dużym kubkiem gorącej herbaty.1. Zielona herbata. Nie każdą lubię i toleruję – musi być naprawdę dobra (ja nie zawiodłam się nigdy na tych) // 2. W "Narcyzie" w Gdyni znajdziecie nawet takie nietypowe kwiaty. // 3. Czekając na maj. // 4. Wygląda jak porządny zapas, a starczy na miesiąc :D. //Herbata jak z obrazu Van Gogh'a. Sunflower Dew Van Gogh od NewbyTeas, to jedna z niewielu zielonych herbat, która mi podpasowała. Smak delikatnych liści potęguje dodatek płatków słonecznika i wyjątkowy, lekki zapach jaśminu. Jeśli szukacie herbat najwyższej jakości (na przykład na Dzień Mamy) to jestem pewna, że oferta sklepu NewbyTeas Was nie zawiedzie. Poczytajcie o tym, z czego zrobione są chociażby torebki na herbatę…1. Coś tu się projektuje. // 2. Nasz ulubiony współtowarzysz zdjęć, którego nigdy nie widać. // 3. Domowe biuro, albo raczej przedszkole połączone z Zoo.  // 4. To prawdziwy deser dla mojej skóry. //A to krem, który widziałyście powyżej. Opakowanie jest piękne, a to co w środku jest jeszcze lepsze (cena 69 złotych). Olejek z orzechów laskowych, słodkich migdałów, arganowy, z rokitnika to tylko część aktywnych składników kremu Make Me Bio No. 173 Formuła dla sprężystości. Testuję go już drugi tydzień i bardzo go lubię. … no i wygląda tak ładnie, że nie trzeba go chować do szafki :). 1. Gdy walczymy z infekcją i wszyscy, nawet Portos, trochę się martwią. // 2. Nowy dres i jakoś człowiek od razu czuje się bardziej elegancki na tej kanapie (wchodzi do sprzedaży już jutro). // 3. Szukam i szukam, ale nazwy tego gatunku kwiatu nie mogę znaleźć. // 4. Uwielbiam rzeczy robione z sercem. Podczas gdy sieciówki oferują nijakie i nieprzemyślane pościele dla dzieci, my mamy prawdziwą polską perełkę. //W takiej pięknej kołderce od razu milej sie czyta. Pościele i wszystkie tekstylia od polskiej marki Layette są produkowane z najwyższą dbałością. Nasz Komplet dwustronnej pościeli wykonano z wysokiej jakości certyfikowanej tkaniny bambusowej, która ma właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne, doskonale chłonie wodę, ma działanie termoregulujące i jest niezwykle delikatna dla wrażliwej skóry. Kołderka jest też pięknie wykończona na krawędzi ciemniejszą lamówką.  Do wyboru są 3 rozmiary. Wzory to oryginalne obrazki malowane akwarelami. Autorką ilustracji oraz dyrektorem artystycznym marki Layette jest Agata Gusia Brzozowska absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi oraz mama trójki dzieci – dwóch córeczek i synka. 1. Lwia skała. // 2. Kolejne danie z serii "wyszukane przepisy mamy". Tym razem – krem z kalafiora. // 3. Jest OK. // 4. Coraz częściej budzę się rano i myślę sobie, że wiem w co mam się ubrać. To chyba starość ;). //Wyszło słońce. Ustał wiatr. Wkładam buty, Portos skacze koło mnie, a córeczka już łapie za rowerek. Idziemy!Jakoś tak ciepło robi mi się na sercu, gdy widzę jak autorka mojej ulubionej książki o stylu "Lekcje Madame Chic" będącej dla mnie wielką inspiracją do zmian, wraca z książką dla mam. Jej życie, tak jak i moje, przez te dziesięć lat nieco się zmieniło. "Jak nauczyć dzieci dobrych manier" autorstwa Sccott Jenniffer L. to poradnik z przymrużeniemm oka, który w niezobowiązującym stylu przypomina nam o tym, jak wprowadzać dziecko w świat kultury. W tej książce dzieci oraz ich dorośli opiekunowie wspólnie spędzają czas na poznawaniu zasad savoir-vivre’u – czytają, piszą listy, śpiewają, rymują, gotują i zajmują się domowymi zwierzętami…Sprzątanie pokoju… Lekcja numer jeden dla córki i taty :D. Jesteśmy gotowi na kolejne przygody! Portos! Nie spuszczaj jej z oka!

*  *  *