If you are interested in advertisment on this site, send the message to:

Jeśli jesteś zainteresowany reklamą na tej stronie lub na moich kanałach SM, wyślij wiadomość na adres:

[email protected]

Czy kosmetologiczne odkrycia XXI wieku to tylko chwyty marketingowe? Co naprawdę działa a kiedy producenci kosmetyków cynicznie kłamią?

   A long, long time ago, just like today, women wanted to look good and were applying different products to keep their youth and smooth skin. Since the times when Cleopatra bathed in goat milk, everything has changed in the field of cosmetology. The development of technology allows us now to land on Mars and clone animals so we can easily assume that cosmetics should be more effective than those used before the discovery of print, steam engine, penicillin, or radio. But is that really the case? Are novel and original ingredients and products better than what we’ve known for centuries? And maybe it’s only an advertising ploy to catch our attention and convince us to buy new products? Which ingredients are really effective, and which are only an ornamental caption on the packaging? Today’s post is to help you dispel your doubts.

* * *

   Dawno dawno temu, tak samo jak my dziś, kobiety chciały dobrze wyglądać i stosowały różne specyfiki, aby zachować młodość i gładką skórę. Od czasów, gdy Kleopatra kąpała się w kozim mleku w kosmetologii zmieniło się wszystko. Rozwój technologii pozwala nam teraz lądować na Marsie i klonować zwierzęta, można więc założyć, że kosmetyki powinny być znacznie bardziej skuteczne, niż przed wynalezieniem druku, silnika parowego, penicyliny czy radia. Ale czy tak jest w istocie? Czy to, co nowe, oryginalne, jest lepsze od tego, co znane od wieków? A może to tylko chwyt reklamowy, mający zwrócić naszą uwagę i przekonać do zakupu? Które składniki naprawdę działają, a które jedynie są ozdobnym napisem na opakowaniu? Dzisiejszy wpis jest po to, aby pomóc nam rozwiać te wątpliwości.

Snail slime  

   Slime used in the production of cosmetics is sourced from Helixa Aspersa Mullera snails. It is bred at specially prepared snail farms. Even though it might seem that it’s a novelty (the studies were started in the 90s, but I’ll write more about it in a second), the properties of snail slime have been known since the times of ancient Greeks – it was not only used to improve appearance, but also as medicine, especially to treat wounds. Since the 80s of the previous century, the slime caught the attention of the industry anew – after numerous studies that took more than a decade, a cream, and then other cosmetics, containing snail slime was created. The technique of sourcing of this precious slime is not that simple and some companies have their own ways to do that – for example, they put snails into vibration to increase the slime production. That’s why it’s important to check whether the product that we want to buy is cruelty free – it is a guarantee that animals don’t suffer during the production process.  

    The name of the ingredient itself is not that encouraging. That’s why it doesn’t come as a surprise that some people (especially men) don’t really understand how we can apply that on our skin. Probably most of you imagine the marks left by these little (cute?) creatures after a spell of rain.    

   But does it work at all? Snail slime is an ideal support for skin that needs regeneration. Since it has regenerative properties, it propels the healing of post-acne wounds and smoothes shallow wrinkles as well as scars and stretch marks. However, for the cosmetic to work, it really has to contain snail slime. That’s why you should always read the composition and look for something that contains “snail” in its name. You should also make sure that there is more than 5% of snail slime in the cosmetic (such information should be present on the package).

Precious collagen?  

   We know that collagen in precious that’s why we allow ourselves to be fooled by cosmetics that contain it. It seems to us that by rubbing into our skin, we’ll improve its state. You can't be further from the truth!  

   Collagen is responsible for the elasticity of our skin. Over time, we’ve got less and less of collagen the result of which are wrinkles. Cosmetic producers suggest that’s enough to rub it into our body. However, the problem is that collagen works only in the deep layers of our skin that are areas unreachable for any cream, gel, or serum. Our skin is secured by the calloused layer of epidermis which protects our organism against losing too much water and against chemical substances and germs. It’s a superb shield also for collagen whose particles are too large to break inside.

   A breakthrough was made in 2006, when Nature Biotechnology published an article proving that there exists a protein with a larger mass that has a chance to reach the deeper layers of our skin (it was discovered that skin has greater permeability that it had been assumed). On the basis of these studies, scientists started to work on a method to translate the discovery into new solutions in the world of cosmetics. This resulted in the analysis of collagen particles sourced from fish scales. From a chemical perspective, collagen in the form of tropocollagen molecules penetrates skin layers and reached dermis through skin pores. Fish collagen is additionally “able” to stimulate our organism to produce our own collagen which results in improved elasticity.  

When it comes to captions on packages, we often reach for creams that claim to have 100% of collagen concentration. Such concentration would turn our cream or serum into a jelly. 3% or 4% is the maximum. Don’t be fooled and in case of doubt, ask the seller.  

To sum up, creams with collages are effective only if appropriate technology is used. Unfortunately, not every producer that uses it boasts that fact. I found such cream here.

* * *

Śluz ślimaka

   Śluz stosowany w produkcji kosmetyków pozyskiwany jest ze ślimaka o nazwie Helixa Aspersa Mullera. Hoduje się go w specjalnie przystosowanych do tego fermach. Choć mogłoby się wydawać, że to nowość (dokładne badania zaczęto w latach 90., ale o tym za chwilę), właściwości śluzu ślimaków znane były już starożytnym Grekom – stosowano go nie tylko dla poprawy urody, ale jako środek leczniczy, zwłaszcza na rany. Od lat 80. poprzedniego wieku na nowo zaczęto interesować się tym składnikiem – po licznych badaniach, które trwały ponad dekadę, stworzono krem, a później inne specyfiki zawierające ślimaczy śluz. Technika zbierania tej cudownej mazi nie jest łatwa, a niektóre firmy mają swoje sekretne sposoby – np. wprowadzają ślimaki w wibrację, by zwiększyć produkcję śluzu. Dlatego ważne, żeby przed zakupem sprawdzić, czy na opakowaniu jest napis „cruelty free” – to gwarancja, że zwierzęta nie cierpią podczas „produkcji”.

   Sama nazwa składnika brzmi dość zniechęcająco. Nic dziwnego, że niektórzy (zwłaszcza mężczyźni) zupełnie nie rozumieją tego, jak możemy godzić się na styczność naszej skóry z czymś takim. Pewnie większość ma przed oczami ślady zostawiane po deszczu przez te małe (urocze?) stworzonka.

   Ale czy to w ogóle działa? Śluz ślimaka jest doskonałym wsparciem dla skóry, która potrzebuje regeneracji. Skoro ma właściwości naprawcze, przyspiesza gojenie się ran potrądzikowych, ale i wygładza zmarszczki płytkie oraz blizny i rozstępy. Żeby jednak kosmetyk zadziałał, musi naprawdę zawierać w składzie śluz. Dlatego zawsze czytajmy spis składników i po pierwsze szukajmy czegoś z nazwą „snail”, a po drugie upewnijmy się, że jest go więcej niż 5% (taka informacja powinna znaleźć się na opakowaniu).

Cenny kolagen?

   Wiemy jak cenny jest dla nas kolagen, dlatego łatwo dajemy się nabrać na kosmetyki, które mają go w swoim składzie. Wydaje nam się, że wcierając go w skórę, znacznie poprawiamy jej kondycję. Nic bardziej mylnego!

   Kolagen odpowiada za elastyczność skóry. Z upływem czasu jest go coraz mniej, dlatego pojawiają się zmarszczki. Producenci kosmetyków sugerują, że wystarczy go uzupełnić wsmarowując w ciało. Problem jednak w tym, że kolagen działa w głębokich warstwach skóry, do której krem, żel, serum nie mają szansy dotrzeć. Nasza skóra zabezpieczona jest zrogowaciałą warstwą naskórka, która pilnuje, by z organizmu nie uciekało za dużo wody, a substancje chemiczne i drobnoustroje nie dostawały się do wewnątrz. To doskonała tarcza także dla kolagenu, którego cząsteczki są zbyt duże, by przebić się do środka.

   Przełom nastąpił w 2006 roku, kiedy na łamach „Nature Biotechnology” udowodniono, że istnieje białko o większej masie, które ma szansę przedostać się przez skórę głębiej (odkryto, że skóra ma większą przepuszczalność niż sądzono). Na podstawie tych badań zaczęto opracowywać metodę przełożenia tego odkrycia na skuteczność kosmetyków, aż dotarto do analizy cząstek kolagenu pozyskiwanego z rybich skór. Chemicznie to ujmując kolagen w postaci cząstek tropokolagenu przenika do skóry właściwej, a jego „drzwiami” są pory skórne. Kolagen rybi dodatkowo „potrafi” stymulować organizm do produkcji własnego kolagenu, co realnie przekłada się na elastyczność skóry.

   Co do napisów na opakowaniach, bardzo często sięgamy po produkty 100% kolagen. Takie stężenie sprawiłoby, że mielibyśmy do czynienia z twardą galaretką, a nie płynem czy kremem. 3% lub 4% to maksimum. Nie dajmy się nabrać i w razie wątpliwości dopytajmy o szczegóły sprzedawcę.

   Reasumując, kremy z kolagenem są skuteczne tylko wtedy, jeśli zastosowana jest odpowiednia technologia. Niestety, nie każdy producent, który ją stosuje potrafi się tym pochwalić. Ja znalazłam taki krem tutaj.

Controversial vitamin C  

   Did you know that vitamin C sparks heated emotions, even similar to vaccines, carrying children in carriers, or using cinnamon in face masks? Some use this ingredient as a cure for everything and in all forms, others perceive it as the greatest myth of our times. What’s the truth?  

   Vitamin C works and may have beneficial influence on our health and beauty problems, but it has to be appropriately applied. That’s why whenever your choice is dictated by the fact that vitamin C is one of the cream ingredients, you should forget about this product altogether. Lipids, and that’s how it is served in a cream, are a terrible medium. You’ll notice it’s effect only when you’ll use it in a liquid form, that is in a concentrated serum. Vitamin C can be added as ascorbic acid. It has been present on the market in this form for years. However, people with sensitive skin should pass on applying it. I know something about it as I once used too much and I ended up with an unpleasant skin irritation. Back then, I thought that the more, the better so I learned that I should always meticulously follow instruction and do tests in areas that aren’t immediately visible (e. g. behind your ears). However, getting back to ascorbic acid – it’s the cheapest option, but it has a major drawback – a short expiry date.  

   When it comes to delicate skin types, it’s worth using vitamin C in the form of tetrahexyldecyl ascorbate that is not only milder, but also has a longer expiry date after you open it. It also works in lower concentrations and it can be bought in the form of oil (oil serum).  There is also ascorbyl glucoside, that is vitamin C that reaches deeper skin layers. It works for a longer period of time, but the effects are less visible from the outside.  

   The fact that vitamin C works wonders when it comes to wrinkles is common knowledge (everything is useful in our battle against wrinkles in today’s world as these are our greatest enemies). However, the most important effect that we get after applying a serum with vitamin C is the improvement of our complexion. Skin that has been treated with vitamin C has visible smaller pores and gains youthful elasticity. Good cosmetics can also visibly brighten our skin already after 2 weeks. Grey lacklustre complexion will gain healthy colour. Discolorations, even though resulting from acne, have a change to disappear (or be less visible). Additionally, an appropriately chosen serum will help you with leaking blood vessels – vitamin C tightens them and improves blood circulation.  

   Supplementing vitamin C in order to improve the appearance of your skin is hopeless (skin is the element in the chain that is reached last if you consume vitamin C in that particular oral form). That’s why we need to take action on the outside if we want to improve the appearance of our skin. Recently, I recommended vitamin C serum by Timeless (you can find the post here) and I still think that the product is superb, yet I’d like to check out another brand after I am finished with the bottle. I confess – I saw these products on Instagram belonging to one of the Kardashians and I just “had to try”. Paula's Choice is not popular in Poland (but you can easily get it from a Polish distributer – Cosibella.pl), but I think that it’s only a matter of time and it will settle on our market for good. The great asset of „C15 Super Booster” is that it doesn’t prick your skin after application. It can be mixed with face cream and used on an everyday basis. It’s strong enough to brighten all types of sun discolorations.

Pure truth – coenzyme Q10  

   Products with coenzyme Q10 should be the first ones that are used in anti-aging cosmetics that we use in our twenties. Dermatologists are blunt about its effectiveness in getting rid of small wrinkles and making deeper ones shallower. It’s also great for improving skin elasticity. It’s one of the most effective methods in fighting wrinkles. It has been proved that it is an ingredient protecting against ageing of skin suffering from too long sun exposure. More specialist cosmetics decrease the symptoms of inflammation, including acne (common and erythemosa) and atopic dermatitis.  

   What’s behind the coenzyme known to all women? It was discovered by professor Karl Folkers at the end of the 50s (it was sourced from an ox’s heart. The Japanese, in turn, were able to devise a method of mass “production”. The extent and importance of these achievements are corroborated by the fact that coenzyme Q10 is referred to by some as the greatest scientific achievement of the 20th century.  

   Our organisms stop producing it in an appropriate amount already around our 25th birthday. And the problem doesn’t only concern the state of our skin, but also our arteries and, at the same time, our fitness – as Q10 is responsible not only for our appearance, but also for our general health. In 2005 also in Japan, it was proved that the best results are yield when you combine cosmetics with an appropriately adjusted diet. It’s important that coenzyme Q10 is applied with fats (as a medium). That’s why we need to consume it, for example, accompanied by olive oil. Its greatest concentration can be found in fish, giblets, broccoli, and spinach.

* * *

Kontrowersyjna Witamina C

   Wiecie, że temat Witaminy C budzi na forach internetowych podobne emocje, jak szczepionki, noszenie dzieci w nosidełku lub stosowanie cynamonu w maseczkach? Jedni ten składnik stosują na wszystko i w każdej postaci, inni mają go za największy mit naszych czasów. Jaka jest prawda?

   Witamina C działa i może poprawić pewne sprawy zdrowotne czy urodowe, ale musi być odpowiednio podana. Dlatego jeśli wybór jakiegoś kremu podyktowany jest wyłącznie tym, że wymieniona jest w składzie, od razu odpuśćmy. Lipidy, a tak podana jest w kremie, są dla niej fatalnym nośnikiem. Efekt jej działania zauważymy dopiero, gdy sięgniemy po kosmetyki w formie płynnej, czyli skoncentrowanego serum. Witamina C może być dodawana jako kwas askorbinowy. Tak funkcjonuje na rynku od lat, ale o ile jej skuteczności raczej nie da się podważyć, o tyle osoby o wrażliwej skórze nie powinny jej stosować. Wiem coś o tym, bo kiedyś przesadziłam i skończyłam z nieprzyjemnym podrażnieniem. Wydawało mi się wtedy, że im więcej tym lepiej, co nauczyło mnie dokładnego przestrzegania instrukcji i robienia testów w niewidocznym miejscu (np, za uchem). Wracając jednak do kwasu askorbinowego – to najtańsza opcja, ma jednak wadę w postaci krótkiego terminu przydatności – nie wolno przekroczyć 3 miesięcy po otwarciu, a opakowanie trzeba przechowywać w ciemnym pomieszczeniu lub lodówce.

   Przy delikatniejszej cerze warto stosować Witaminę C w postaci tetraizopalmitynianu askorbylu, który nie tylko jest bardziej łagodny, ale ma o wiele dłuższy termin ważności po otwarciu. Działa już w mniejszym stężeniu i można go kupić jako olejek (olejowe serum).  Jest jeszcze glukozyd askorbylu, czyli witamina C, która wnika w głębsze warstwy, działa tam dłużej, choć na zewnątrz efekty są mniej widoczne.

   To że Witamina C działa na zmarszczki jest dość oczywiste (wszystko w dzisiejszych czasach działa na zmarszczki, w końcu to główny wróg). Najważniejszym jednak efektem jaki osiągniemy po zastosowaniu serum z witaminą C jest poprawa kolorytu cery. Skóra potraktowana Witaminą C ma widocznie zmniejszone pory i nabiera młodzieńczej elastyczności. Dobre kosmetyki mogą zauważalnie rozświetlić skórę już po 2 tygodniach stosowania. Szara, ziemista cera nabierze zdrowego kolorytu. Przebarwienia, nawet te po trądziku, mają szansę zniknąć (lub stać się mniej widoczne). Dodatkowo odpowiednio dobrane  serum rozwiązuje kłopoty z rozszerzonymi i pękającymi naczynkami – witamina C uszczelnia je i poprawia cyrkulację krwi.

   Suplementowanie witaminy C w celu poprawienia stanu skóry jest bez sensu (skóra jest ostatnim ogniwem, do którego dociera po jej doustnym przyjmowaniu). Dlatego jeśli chcemy zadbać o jej wygląd, musimy działać od zewnątrz. Ostatnio polecałam Wam serum Timeless z Witaminą C (tutaj wpis) i nadal uważam, że jest to świetny produkt, ale po jego wykończeniu chciałam wypróbować inną markę. Przyznaję się – widziałam te produkty na Instagramie u którejś z Kardashianek i „dałam się namówić”. Paula's Choice nie jest popularny w Polsce (można go jednak bez problemu zamówić przez polskiego dystrybutora – Cosibella.pl), ale myślę, że to kwestia czasu kiedy u nas zadomowi się na dłużej. Ogromną zaletą „C15 Super Booster” jest to, że nie szczypie po aplikacji. Można go mieszać z kremem do twarzy i używać na co dzień. Jest na tyle silny, że rozświetla nawet niewielkie przebarwienia po słońcu.

Czysta prawda, czyli koenzym Q10

   Produkty z koenzymem Q10 powinny być pierwszymi przeciwzmarszczkowymi kosmetykami, po które sięgamy jeszcze przed trzydziestką. Dermatolodzy wprost mówią, o ich skuteczności w niwelowaniu drobnych zmarszczek, spłycaniu większych i poprawianiu elastyczności skóry. To jedna z najskuteczniejszych metod w walce ze zmarszczkami. Udowodniono, że jest to składnik chroniący przed starzeniem się skóry spowodowanym nadmierną ekspozycją na słońce. Bardziej specjalistyczne kosmetyki zmniejszają objawy stanów zapalnych, między innymi trądziku (pospolitego, różowatego) i atopowego zapalenia skóry.

   Pytanie, czym jest koenzym o nazwie, którą zna każda kobieta? Odkrył go profesor Karl Folkers pod koniec lat pięćdziesiątych (wyodrębniony został z wołowego serca). Japończykom natomiast udało się stworzyć metodę masowej „produkcji”. O wadze tych dokonań niech świadczy fakt, że odkrycie koenzymu Q10 w niektórych kręgach nazywane jest największym osiągnięciem nauki XX wieku.

   Nasze organizmy zaprzestają produkcji odpowiedniej ilości koenzymu już w okolicach 25 urodzin. I zmartwienie nie dotyczy jedynie stanu naszej skóry, ale i naszych tętnic, a tym samym ogólnej wydolności – bo Q10 odpowiada nie tylko za wygląd, ale również za nasze ogólne zdrowie). W 2005 roku także w Japonii dowiedziono, że najlepsze rezultaty daje połączenie kosmetyków z odpowiednio dobraną dietą. Ważne, by koenzym Q10 miał towarzystwo tłuszczów (jako nośnika), dlatego spożywajmy go np. z oliwą z oliwek. A najwięcej znajdziemy go w rybach, podrobach, brokułach i szpinaku.

Teraz w sklepie Love me Green obowiązuje 20% zniżka na cały asortyment (promocja trwa do 15 listopada). Wystarczy użyć kodu: LMG202019 . Udanych zakupów :)

Kind mother nature  

   I won’t go into analysing the properties of swallows’ nests, bulls’ semen, and other thing. I’d rather focus on the less extravagant ingredients that don’t have to be gathered during the full moon on some kind of exotic island. Our backyard is full of undervalued blessings that bring better results than the drug store bestsellers.   Something what works doesn’t have to me a substance with an original name that is an extract from a strange plant or an effect of the rituals of an exotic animal. Sometimes you don’t have to smash the molecules to create an effective cosmetic – you can just use formulas that have been around for years. Maybe walking barefoot around the garden and gathering herbs is too much, but the knowledge about the properties of honey or nuts will be really helpful.  

   The already mentioned honey is a precious ingredient in itself – the fall season is coming, and I don’t really know a better way to get rid of chapped lips than a honey mask (it’s enough to apply it on your lips for a few minutes). Its antibacterial and anti-inflammatory properties will also help you to tackle acne – wounds are healing faster, and the scars and discolorations are scarcer. Dry and fatigued skin that is treated with honey regains its lustre and appropriate level of moisturisation. The cosmetic isn’t worth our attention if it’s not reversing time – owing to the presence of vitamin (A, E, C) honey battles free radicals and delays the appearance of deep wrinkles.  

   Nuts, in turn, are best in their oily form – on the condition that these are pure oil, without the addition of chemical substances – they can be only enriched with vitamins. You’ll find information on that on the packaging – the list on ingredients shouldn’t be longer than 2-3 items.  

   It is one of the better hair cosmetics: brittle and fragile hair will be thankful for the sweet almond oil – it will regenerate, moisturise, and protect it against the harmful hair dryer and sun rays. Almond oil is the main ingredient of my beloved body balm by Love Me Green – a brand whose formulas are developed with the use of the recent innovations and discoveries of natural cosmetics industry. Additionally, they have really beautiful fragrances as they contain various extracts and plant oils. Now, I’ve hot one that smells of green tea. In turn, the state of your hair suffering from split ends will be improved by argan oil – it will strengthen is and help you to battle dandruff. For falling hair, it’s best to use coconut oil sourced from coconut pulp – it will make your hair soft and shiny. It also strengthens our hair bulbs and cares for curly hair.

* * *

Łaskawa matka natura

   Odpuszczę analizowanie właściwości gniazd jaskółek, nasienia byków i innych. Wolę się skupić na mniej ekstrawaganckich składnikach, których nie trzeba zbierać przy pełni księżyca na jakiejś egzotycznej wyspie. Na naszym podwórku znajdziemy wiele niedocenianych dobrodziejstw, o działaniu często lepszym niż większość drogeryjnych bestsellerów.

   Coś, co działa, wcale nie musi być substancją o oryginalnej nazwie będącą ekstraktem z dziwnej rośliny lub efektem działań egzotycznego zwierzęcia. Czasami nie trzeba rozbijać molekuł, aby stworzyć skuteczny kosmetyk – można sięgnąć po receptury znane od wielu lat. Może chodzenie boso po ogródku i zbieranie ziół to za dużo, ale wiedza o właściwościach np. miodu czy orzechów bardzo się przyda.

   Wspomniany miód sam w sobie działa doskonale – zbliża się jesień, a ja nie znam lepszego sposobu na spierzchnięte usta, niż miodowa maseczka (wystarczy posmarować i potrzymać kilka minut). Jego antybakteryjne i przeciwzapalne właściwości pomagają w walce z trądzikiem – rany goją się szybciej, a blizny i przebarwienia są rzadsze. Sucha i zmęczona skóra potraktowana miodem odzyskuje blask i odpowiedni poziom nawilżenia. Co to byłby za kosmetyk, jeśli nie odmładzałby naszej skóry – dzięki zawartości witamin (A,E,C) przeciwdziała wolnym rodnikom i opóźnia pogłębianie się zmarszczek.

   Orzechy natomiast polecam w postaci olejków – pod warunkiem, że są to czyste olejki, bez dodatku chemii – ewentualnie z witaminami. Informacje na ten temat znajdziecie na opakowaniu – lista składników nie powinna przekraczać 2-3 pozycji.

   To jeden z lepszych kosmetyków na włosy: kruche i łamliwe podziękują za olejek ze słodkich migdałów – zregeneruje je, nawilży i będzie chronił przed szkodliwym ciepłem z suszarki oraz promieniami słonecznymi. Olejek migdałowy jest głównym składnikiem mojego ukochanego balsamu do ciała od Love Me Green – marki, której receptury są opracowane z wykorzystaniem ostatnich dokonań i osiągnięć kosmetyki naturalnej. Do tego wyjątkowo pięknie pachną, ponieważ zawierają różne ekstrakty i olejki roślinne. Teraz mam ten o zapachu zielonej herbaty. Z kolei kondycję włosów z rozdwajającymi się końcówkami poprawi olejek arganowy – wzmocni je, wygładzi i pomoże w walce z łupieżem. Na wypadające włosy natomiast najlepiej zadziała pozyskiwany z miąższu kokosa olejek kokosowy – sprawi, że staną się miękkie i lśnią. Wzmacnia także cebulki i dba o włosy kręcone.

Look of The Day – Niedzielne smuteczki

leather slippers / skórzane klapki – Högl on eobuwie.pl

wool coat / wełniany płaszcz – MLE Collection (nowa kolekcja)

white t-shirt & jeans / biały t-shirt i dżinsy  – H&M

leather bag / skórzana torebka – Balagan

   For good 40 minutes, I’ve been trying to come up with a few sentences about today’s outfit. Why am I wearing the same mules? Why do I have the same handbag? Do I always have to carry the same sack with me? These are only a few questions that haven’t been asked yet, and I already wanted to start explain myself. This week was a bit of a nuisance for me and today, I’d like to curl up in a ball on my sofa and get a nice hearty portion of ice-cream from the freezer (which I’ll do in a second) rather than go into details about clothes. Last week, I promised one of you that this “look” will be embellished with a text ;). Well, I could put on the mules without the need to bend, the handbag was big enough to store diapers, tissues, a bib, and a few toys, and the stroller and its sweet contents are with me all the time. And speaking dead serious now – today’s outfit is an ideal way to avoid running around the city wearing sweatpants and yet it still allows me to feel comfortable. 

* * *

   Przez dobre czterdzieści minut próbowałam wykrzesać z siebie kilka zdań na temat dzisiejszego stroju. Skąd u mnie te klapki? Czemu znów ta sama torebka? Czy zawsze musi być ze mną ten wózek? To tylko kilka pytań, które jeszcze nie padły, a ja już chciałam zacząć się tłumaczyć. Miniony tydzień dał mi trochę w kość i dziś wolałabym się zwinąć w kłębek na kanapie i wygrzebać z zamrażarki porządną porcję lodów (co zresztą lada moment uczynię) niż rozwijać się na temat ubrań. W zeszłym tygodniu obiecałam jednak jednej z Was, że ten "look" będzie opatrzony jakimś tekstem ;). No więc tak, klapki można włożyć nie używając rąk i się nie schylając, torebka pomieści pieluchy, chusteczki, śliniak i parę zabawek, za to wózek, a raczej jego słodka zawartość, jest przy mnie przez cały czas. A tak na serio – dzisiejszy zestaw to dla mnie idealny sposób na to, aby jednak nie biegać po mieście w dresie, ale wciąż czuć się super komfortowo.  

Jak ujarzmiłam światło w mieszkaniu, czyli lepsza codzienność w stylu duńskiego Hygge i linki do tanich klasyków.

   Within only a few days, Sopot turned from a sunny resort into a calm autumn city. A week ago, I was lying on the beach. Yesterday, I was running away from the rain, wearing a sweater and a rain coat, and drinking tea to warm myself up. The sudden change of weather turns our homes into cosy strongholds and dream places to spend the evening – a retreat that is perfect enough to keep us home despite the upcoming party. I was postponing today’s post for that time in the year, when the short days and long evenings make light at home a very precious element of our households.   

   I wanted today’s post to be not only an answer to your questions that you’ve been asking me in reference to the lamps that I have at home, but mostly to allow you to easily understand how you can illuminate your house to create a calm and friendly space that is pleasant to the eye and soothes the senses and to show you the importance of an appropriate approach to light and lighting.

Let there be light.   

   In the beginning, there was fire, then there was oil lamp, until there was a breakthrough and electricity came into existence. When in 1879, Thomas Edison created the bulb that could beam even for up to several dozen hours, people all around the globe were heading for a great change. This invention enabled us to work, run a household, and have a social life round the clock in totally new and more comfortable surroundings. Over time, Edison’s invention was improved and now, we can choose from hundreds of different bulb types. Before you’ll assume that lamps at your home aren’t useful at all, check out whether they need a new bulb to work perfectly well. 

   We usually buy the strongest bulb that a given lamp model allows us to use – we simply want to get as much light as possible. It is the most common mistake that we make. Atmospheric brackets or decorative table lamps won’t fulfil their role if we equip them with 75 watt bulbs (remember that differentiating the strength of the bulb in different light sources creates both brilliant atmosphere in the room and allows you to save energy).

* * *

   W ciągu zaledwie kilku dni Sopot ze słonecznego kurortu zmienił się w jesienne, spokojne miasto. Tydzień temu leżałam na plaży. Wczoraj ubrana w kalosze, sweter i parkę uciekałam przed deszczem i piłam herbatę na rozgrzanie. Nagłe załamanie pogody powoduje, że nasz dom znów staje się ostoją, wymarzonym miejscem na spędzenie wieczoru, schronem, z którego nie wyciągnie nas nawet najlepiej zapowiadająca się impreza. Z dzisiejszym wpisem czekałam więc właśnie do tego czasu w roku, kiedy krótkie dni i długie wieczory sprawiają, że światło w mieszkaniu zaczyna być dla nas szczególnie cenne. 

   Chciałam, aby dzisiejszy artykuł nie tylko odpowiedział na Wasze pytania, które zadawałyście mi na temat lamp w moim mieszkaniu, ale przede wszystkim, aby w prosty sposób, pomógł Wam zrozumieć, jak łatwo można rozświetlić nasz dom, sprawić, aby był ciepłym i przyjaznym miejscem, które cieszy oko i koi zmysły i jak wielkie znaczenie ma tutaj odpowiednie podejście do światła.

I stała się jasność. 

   Na początku był ogień, później lampa naftowa, aż w końcu nastąpił przełom i nadeszła era elektryczności. Gdy w 1879 roku Thomas Edison stworzył żarówkę, która mogła świecić nawet przez kilkadziesiąt godzin, życie ludzi na całym świecie czekała wielka zmiana. Ten wynalazek umożliwił nam pracę, prowadzenie domu i życia towarzyskiego przez całą dobę w zupełnie nowych i bardziej komfortowych warunkach. Z upływem lat udoskonalano dzieło Edisona i dziś możemy przebierać między setkami różnych rodzai żarówek. Nim więc uznacie, że lampy w Waszym mieszkaniu do niczego się nie nadają, sprawdźcie czy przypadkiem nie wystarczy wymienić właśnie tego drobiazgu.

  Zwykle kupujemy najmocniejszą żarówką na jaką pozwala nam dany model lampy – w końcu chcemy, aby w mieszkaniu było jak najjaśniej. To najczęstszy błąd, który popełniamy. Nastrojowe kinkiety czy dekoracyjne lampy stołowe nie spełnią swojej roli, jeśli wyposażymy je w 75 Wat-owe żarówki (pamiętajcie też, że zróżnicowanie siły żarówki w poszczególnym rodzaju oświetlenia, to nie tylko przyjemny klimat we wnętrzu, ale i oszczędność prądu).

Moja sypialnia w bardzo ponury dzień. Cała pościel z podwójnie wyszywanym wzorem, koc i piękny miś jest ze sklepu SPENSEN, w którym znajdziecie mnóstwo wysmakowanych rzeczy do domu i naprawdę piękne lampy. 

    Most of us instinctively recognise places where light sources are well-planned, but we are not always able to transfer the ambiance to our own household. The general and most important rule says that the room should have different light sources with varying strength and dispersion. One central light source always diminishes the room atmosphere. That’s why you should try to place a strong ceiling lamp with two other more delicate light sources. The truth is that evening light should really give you a feeling of warmth and calm and be used as the main light source thoroughly illuminating the whole room only when you are doing certain activities (for example, cutting onion or looking for a lost set of keys). Home is not an operating room – if you aren’t able to see all of the book titles on a shelf located five metres away, nothing wrong will happen ;).

* * *

   Większość z nas instynktownie wyczuwa miejsca, w których oświetlenie zostało dobrze rozplanowane, ale nie zawsze potrafimy przenieść ten nastrój do swoich czterech ścian. Ogólna i najważniejsza zasada mówi, że w pomieszczeniu powinniśmy mieć różne źródła światła o różnej mocy i rozproszeniu. Jedno centralne oświetlenie zawsze ujmuje pomieszczeniu charakteru, dlatego poza mocną lampą sufitową postarajcie się ulokować w pomieszczeniu jeszcze minimum dwa delikatniejsze źródła światła. Prawda jest taka, że wieczorem światło powinno dawać nam przede wszystkim poczucie ciepła i spokoju, a tylko w trakcie wykonywania konkretnych czynności (jak krojenie cebuli czy szukanie zgubionych kluczy) dokładnie oświetlać pomieszczenie. Dom to nie sala operacyjna – jeśli wieczorami nie będziemy widzieć wszystkich tytułów książek na regale oddalonym od nas o pięć metrów, to nic się nie stanie ;).

Nazwy wszystkich lamp znajdziecie na samym dole wpisu. 

  That’s exactly what I did in the bedroom. That’s the best place light-wise in my whole house. The strong ceiling lamp is used on very rare occasions, but sometimes it is useful (for example, when I'm packing a suitcase or cleaning). We also have a hanging lamp that I use for reading and working in the evenings (I use a pet name for it – “angel”) and simple Christmas tree lamps on a transparent cable that I hung on the window. They add some climate in the evening and since we’ve got a child, they’ve been useful during night feeding – they are delicate enough and won’t wake anybody up, but they allow me to avoid bumping into Portos lying right by the bed ;).  

   A simple remark concerning light colour – it has been proved that blue colour can hamper the excretion of melatonin and disrupt our internal clock. That’s why we should go for light in warm hues.

* * *

   Tak właśnie zrobiłam w sypialni i pod względem oświetlenia jest to najlepiej zaprojektowane pomieszczenie w moim mieszkaniu. Górną, mocną, lampę zapalamy najrzadziej, ale jednak czasem się przydaje (przy pakowaniu walizki czy robieniu porządków), mamy też wiszącą lampkę, przy której czytam i pracuje wieczorami (nazywamy ją pieszczotliwie "aniołkiem") i zwykłe lampki choinkowe na przezroczystym kablu, które zawiesiłam na oknie. Dodają one nastroju wieczorem, a odkąd mamy dziecko przydają się na przykład w trakcie nocnego karmienia – są na tyle delikatne, że nikogo nie rozbudzą, ale pozwolą uniknąć zderzenia ze śpiącym przy łóżku Portosem ;).

   Drobna uwaga na temat koloru światła – uwodniono, że to w niebieskik kolorze może hamować wydzielanie melatoniny i rozstrajać nasz wewnętrzny zegar, dlatego zdecydujmy się na ten w ciepłych odcieniach. 

Gdy dni zaczynają robić się szare i bure to właśnie odpowiednie oświetlenie, ulubiony koc i porcja gorących kopytek sprawiają, że od razu robi się milej. Ten piękny wełniany koc znajdziecie tutaj, a kopytka musicie zrobić sobie sami ;). 

„Levende lys” („Candlelight”).  

   Once, I met a Dane who moved from Copenhagen to Tricity because of the woman with whom he fell in love. He told me about the differences in lifestyle and approach to reality between us and our neighbours living on across the Baltic Sea. He was an architect so he was moved by things connected with interior design. For example, he told me about his first meeting with this parents-in-law during which he felt like a questioned witness – the upper strong light on the ceiling wasn’t creating any ambiance and he started pondering whether it was left on purpose by his fiancée’s parents. He was squirming on his chair and looking sideways in search of other lamps that would disenchant the gloomy atmosphere. His “light neurosis” has certain justification – the Danish and Scandinavians in general always suffer from scarce sunrays and that’s why they’ve mastered taming it. The lamp designs that they created have become part of their national identity. They are recognised as the classic lighting designs at its best worldwide. And it’s not only about its appearance. The most famous design by Poul Henningsen in 1958 was not only pretty – as the Danish architect had been investigating materials, checking the angles at which the light illuminated objects, analysing geometry for years only to create a three-shade construction (the light rays fall downwards and sideways) which ensured delicate light that is light enough for working, eating, or reading.

* * *

„Levende lys” („Żywe światło”).

   Spotkałam kiedyś Duńczyka, który z miłości do kobiety postanowił pożegnać się z życiem w Kopenhadze i przeprowadzić do Trójmiasta. Opowiadał mi o różnicach w sposobie życia i patrzenia na świat między nami i sąsiadami zza Bałtyku, a że był architektem, to kwestie związane z urządzaniem wnętrz wzbudzały w nim silne emocje. Przytoczył mi na przykład swoje pierwsze spotkanie z teściami, na którym czuł się, jak świadek w trakcie przesłuchania – górne, oślepiające światło na suficie nie tworzyło nastroju i przez cały wieczór zastanawiał się czy nie był to przypadkiem celowy zabieg ze strony rodziców jego narzeczonej. Mówił, że wiercił się na krześle i rozglądał na boki w poszukiwaniu innych lamp, które mogłyby stworzyć bardziej przyjazny klimat. Jego „świetlna nerwica” ma pewne uzasadnienie – Duńczycy i w ogóle Skandynawowie, cierpiący na niedosyt słonecznego światła, osiągneli mistrzostwo w jego ujarzmianiu. Projekty lamp, które stworzyli, stały się częścią narodowej tożsamości, na świecie z kolei, uznawane są za klasykę wzornictwa w najlepszym wydaniu. I nie chodzi tu jedynie o wygląd lampy. Ta najsłynniejsza, zaprojektowana przez Poula Henningsena w 1958 roku, była nie tylko ładna – duński architekt latami dociekliwie badał materiały, sprawdzał kąty padania światła, analizował geometrię, aby w efekcie stworzyć trzy-cieniową konstrukcję (promienie światła padają w dół i na boki), która zapewnia rozproszone delikatne światło, ale na tyle jasne, by móc przy nim pracować, jeść czy czytać.

Słynna lampa PH nad moim stołem była używana, ale dzięki temu znacznie tańsza.

     It seems to me that in our part of the world, we pay considerably greater attention to furniture (such as sofas) or household appliances. Lamps are treated as a necessary evil. How many times did I see a two-wing fridge with ice grinder and an inbuilt iPad showing weather forecast and a sad bulb silently hanging from a cable sticking out of the ceiling in the hallway at my friends’ house.   

   If you embark on even the shortest interior design course, already during the first meeting, you’ll learn that lamps and the placement of light sources have key influence on whether we want to stay in that place or not. In my bedroom, I use an empty apple crate for PLN 2 (bought in a grocery store) and a spire made of books as bedside tables, and the bed frame cost less than PLN 600 and I had to save for the lamps, but it doesn’t mean that I had to dive into my pocket. Most of the iconic lamp models were designed years ago, so the Internet is full of original designs that are still working and looking for new owners (these are not only more affordable solutions, but also more eco-friendly ones). I found the famous PH5 model that I’ve described above cost PLN 550 (it was produced in 1985), it works perfectly well, the only thing that gives away its age is when you need to change the bulb as it takes a little bit of effort – however, being aware that a neon lamp costs sometimes even four thousand zlotys, you easily bite the bullet to unscrew a few of these screws. If you’re not fans of Scandinavian design and you’d like to find lamps that will add some ambiance to your space, you should follow mostly one rule – the less visible the light source, the better effect you’ll attain. An exception here is incandescent bulbs that give really delicate illumination.

4 corners of the world. 

    Some of the photos for today’s post were taken on Tuesday when even the thinnest sun ray couldn’t break through the dense layer of clouds. It was cold, windy, rainy, and bleak. On such days like that, I’ve noticed that I spend more time in my bedroom than usual. I work there, take my child’s toys there, and I start treating my bed as a sofa. Why? Because bedroom is the brightest and most illuminated place out of all the rooms at my home. Of course, it’s a typical mistake – bedroom should be in the eastern part or the north-eastern part of your home, and not in the southern part, but I need to point out in the beginning that our home is not a typical home – we’ve got a transitional room, kitchen where veranda should be, and a cul-de-sac hallway (the strange layout translated into a more affordable price so I won’t complain). Getting back to the crux of the matter, on my own example, I can see that people, a little bit like plants, instinctively stick to places that are more illuminated than others. Following that observation, we should arrange our spaces so that we use the presence of natural light to the maximum. The table in the living room is placed by the window, the two-wing door between one bedroom and the rest of the home are always open and the curtains are always unveiled. 

* * *

   Mam z kolei wrażenie, że w naszej części świata zdecydowanie większą uwagę przykłada się do mebli (jak kanapa) czy urządzeń AGD. Lampy traktuje się raczej, jako zło konieczne. Ileż to razy widziałam u znajomych dwuskrzydłową lodówkę z kruszarką do lodu i wbudowanym ipadem pokazującym prognozę pogody, podczas gdy w przedpokoju z sufitu dyndała na kablu smutna żarówka. 

   Jeśli wybierzemy się nawet na najkrótszy kurs architektury wnętrz, już na pierwszym spotkaniu dowiemy się, że lampy i ich rozmieszczenie mają kluczowy wpływ na to, czy w danym miejscu będziemy chcieli przebywać czy nie. W mojej sypialni rolę stolików nocnych spełnia skrzynka po jabłkach za dwa złote (kupiona w warzywniaku) i wieża z książek, a rama od łóżka kosztowała niecałe sześćset złotych, za to na lampy odkładałam, ale to wcale nie znaczy, że się wykosztowałam. Większość kultowych modeli lamp zaprojektowano lata temu, a więc internet pęka w szwach od oryginałów, które wciąż świetnie działają i szukają nowych właścicieli (to nie tylko tańsze rozwiązanie, ale również bardziej ekologiczne). Słynny model PH5, o którym pisałam powyżej, wyszukałam za 550 złotych (rok produkcji to 1985 rok), działa bez zarzutu, duch czasu odczuwamy tylko w czasie wymiany żarówki, bo trzeba się przy tym trochę namęczyć – mając jednak świadomość, że nówka sztuka kosztuje nawet cztery tysiące łatwo zacisnąć zęby przy odkręcaniu tych kilku śrubek. Jeśli nie jesteście fanami skandynawskiego dizajnu, a chcecie znaleźć lampy, które dodadzą klimatu, to kierujcie się przede wszystkim jedną zasadą – im mniej widoczne jest źródło światła, tym lepszy efekt uzyskamy. Wyjątkiem są żarówki żarowe, które dają bardzo delikatny blask. 

4 strony świata.

  Część zdjęć do dzisiejszego wpisu robiłam we wtorek, kiedy nawet najmniejszy promyk słońca nie umiał przedrzeć się przez chmury. Było zimno, wietrznie, deszczowo i ponuro. W takie dni jak tamten, łapię się na tym, że spędzam w sypialni więcej czasu. Przenoszę tam pracę, zabawki dziecka i zaczynam traktować łóżko, jak kanapę. Dlaczego? Bo sypialnia jest najjaśniejszym ze wszystkich pomieszczeń w mieszkaniu. To oczywiście typowy błąd w sztuce – sypialnia powinna bowiem wychodzić na wschód lub północny zachód, a nie południe, ale trzeba na wstępie powiedzieć, że nasze mieszkanie nie jest normalne – mamy pokój przechodni, kuchnię na werandzie i ślepy przedpokój (dziwny rozkład miał swoje odzwierciedlenie w cenie, więc nie narzekam). Wracając do meritum, na własnym przykładzie widzę, że ludzie są trochę, jak rośliny – instynktownie lgną do miejsc, do których wpada dużo dziennego światła. Idąc za tym spostrzeżeniem powinnyśmy tak aranżować przestrzeń, aby maksymalnie korzystać z ożywiającej obecności naturalnego światła. Stół w salonie przysunięty jest u mnie do okna, dwuskrzydłowe drzwi między jasną sypialnią, a resztą mieszkania są zawsze otwarte, a zasłony dokładnie rozsunięte.  

  And since I’ve mentioned curtains – the circadian cycle of light and darkness shapes the sense of time. It has impact on our bodily and mental health Seeing the sun rays in the morning is a signal for our body that a new day is starting. Unveiling the curtains in the whole house is something similar to stretching in the morning for me. Now, I can see that it’s an important ritual for my child as well. It is also a natural reason for happiness (all colours behind the window, the sky, leaves dancing on the wind, and trees). The lighting helps us to survive when it’s dark outside, but remember to use the potential of the sun to the fullest. Don’t cover the windows by placing dark objects in the way, avoid blinds and heavy dark curtains.      

   In fact, no house will be explicitly attractive judging by the windows exposition. Much depends on the lifestyle of the household dwellers. Besides, everything can be turned to your advantage by appropriately planning the interiors of each of your rooms.   

   A few words about the lighting in a child’s room. When planning the interior, we remembered to add a second light switch by the door that is connected to the switch by the bed. We connected a lamp to it and owing to that we don’t have to turn on strong light or search for another lamp switch in total darkness at night. It seems a detail, but I’m sure that fledgling parents will appreciate it sooner or later. 

* * *

   A skoro już mowa o zasłonach – dobowy cykl światła i ciemności kształtuje nasze poczucie czasu, ma wpływ na zdrowie i psychikę. Ujrzenie promieni słońca rankiem, to sygnał dla całego naszego ciała, że zaczyna się nowy dzień. Rozsuwanie zasłon w całym mieszkaniu jest dla mnie niczym przeciąganie się rano w łóżku. Teraz widzę, że dla dziecka również jest to ważny rytuał i naturalny powód do radości (wszystkie kolory za oknem, widok nieba, liści szalejących na wietrze, drzew). Oświetlenie pomaga nam przetrwać czas, kiedy na zewnątrz jest ciemno, ale pamiętajmy też o tym, aby wyczerpać potencjał słońca od początku do końca. Nie zasłaniajmy okien stawiając na parapecie masę ciemnych przedmiotów, unikajmy żaluzji i ciężkich, ciemnych zasłon.    

   Tak naprawdę żadne mieszkanie nie jest jednoznacznie atrakcyjne ze względu na ekspozycję okien. Wiele zależy od stylu życia lokatorów, a poza tym, każdy kierunek można przekuć na własną korzyść odpowiednio zagospodarowując poszczególne pomieszczenia. 

   Kilka słów o oświetleniu w dziecięcym pokoju. Urządzając tę przestrzeń pamiętaliśmy, aby dodać drugi włącznik światła przy drzwiach, który jest podpięty do kontaktu przy łóżeczku. Podłączyliśmy do niego lampkę i dzięki temu wchodząc w nocy do pokoju nie musimy włączać górnego, mocnego światła, ani szukać po omacku przełącznika przy lampce. To wydaje się drobiazgiem, ale jestem pewna, że świeżo upieczeni rodzice prędzej czy później go docenią. 

A ten króliczek to nasza ulubiona "lampka" w całym mieszkaniu. Nie dość, że daje delikatne światło (można wybrać kolor), to jeszcze wydaje z siebie uspokajające dźwięki (nowy model posiada również opcję świecenia bez dźwięku). Nie potrzebuje baterii, bo ładuje się go jak telefon, przez kabel USB. W ciągu dnia z kolei, jest szefem gangu królików, który u nas zamieszkał ;). Bardzo, ale to bardzo podoba mi się ta maskotka od polskiej marki Moonie. Wiele z Was pyta mnie o boazerię ścienną, którą widzicie na dzisiejszych zdjęciach. Można ją znaleźć w sklepie Foge.pl (znajdziecie tam też białe listwy przypodłogowe, które mam w mieszkaniu). Boazeria jest niezwykle łatwa w montażu, a wygląda jak wykonana przez stolarza. 

    Ellen Key, a Swedish writer from the turn of the 19th and the 20th century, said that beauty lies in that what’s practical, useful, informed by its purpose, and expressive of the soul of its user or creator. Key asserted that the new aesthetic sensibility must begin in the domestic setting. Key thought that everyone has potential for creating a pleasant and aesthetic living space and, in doing so, change their lives. I won’t be getting into too many philosophical details as I’m not that skilled at it in comparison to Ellen Key, but I know one thing – in order to be happy at your own house, your interior doesn’t have to be fashionable or luxurious. It’s enough that it’s cosy, warm, friendly for the household dwellers and deliberately planned. That’s why I hope that you won’t’ run to do the shopping after reading this post (I remember that my greatest motivation for changes at home were shopping at IKEA, fortunately I’m over it ;)), and you’ll calmly analyse the space around you to adjust the lighting to your individual lifestyle. The lamps about which you ask most often: 

– “Angel” on a black long cable by the bed is by Unika. It gives delicate light that is strong enough for me to read in the evenings. Unfortunately, I couldn't find that lamp in a second-hand version. – Christmas tree lamps on the window are from IKEA. They are equipped with a transparent cable which increases the visibility of the lamps themselves.

– Ceiling lamp in the bedroom is a Ingo Maurer design. The lamp comes with pieces of paper so you can decide on your own whether you want to use them to write something. I bought a second-hand version and I got only some of these pieces, but I was able to create the rest of them on my own :).

– PH5 above the table in the living room is precisely the famous model that I’ve mentioned before, but in a vintage version. I found it online (it’s from 1985). Today, within literally a few minutes, I was able to find a few auctions online with second-hand PH lamps (here, here, and here).

– The white table lamp on the chair is by GUBI (the last photo) – you can find it at  Muppetshop store (if you think that it’s only a store with children’s items, you’re wrong ;)). 

* * *

   Ellen Key, szwedzka pisarka przełomu XIX i XX wieku, mawiała, że „piękne jest to, co praktyczne, przydatne, zaprojektowane z myślą o swoim przeznaczeniu i wyrażające ducha użytkownika lub twórcy”. Twierdziła też, że piękno zaczyna się w domu. Key uważała, że każdy ma potencjał do tworzenia przyjemnej estetycznie przestrzeni mieszkalnej, a czyniąc to jest w stanie zmienić swoje życie. Ja nie będę nadmiernie filozofować, bo zapewne nie wyjdzie mi to tak dobrze jak pani Key, ale wiem jedno – aby być szczęśliwym we własnym domu jego wnętrze nie musi podążać za modą, nie musi epatować przepychem, wystarczy, że będzie przytulne, ciepłe, przyjazne domownikom i zaplanowane z rozmysłem. Mam więc nadzieję, że po tym wpisie nie pobiegniecie od razu robić zakupów (pamiętam, jak największą motywacją do zmian w mieszkaniu dawały mi zakupy w IKEA, na szczęście ten czas mam już za sobą ;)), a spokojnie przeanalizujecie przestrzeń wokół siebie i dopasujecie światło do Waszego indywidualnego stylu życia. 

Lampy, o które pytacie najczęściej:  

– „Aniołek” na czarnym długim kablu przy łóżku jest marki Unika. Daje delikatne światło, ale na tyle mocne, abym mogła przy nim czytać wieczorami. Niestety tej lampy nie udało mi się znaleźć w wersji używanej. 

– Lampki choinkowe na oknie w sypialni są z IKEA, mają przezroczysty sznur i dzięki temu z większej odległości widać tylko delikatne światełka.

– Lampa sufitowa w sypialni to projekt Ingo Maurer. Do lampy dołączone są kartki więc sami decydujemy ile ma ich być i czy chcemy je czymś zapełnić. Kupiłam wersję używaną i trafiła mi się chyba tylko niewielka część tych kartek, ale z powodzeniem dorobiłam kilka własnych :). 

– PH5 nad stołem w salonie to właśnie ten słynny model, o którym pisałam wyżej, ale w wersji „vintage”. Znalazłam ją w internecie (data produkcji to 1985 rok). Dziś w zaledwie kilka minut znalazłam w Internecie kilka aukcji z używanym PH w roli głównej (tutaj, tutaj i tutaj)

– Biała nablatowa lampka na krześle jest marki GUBI (ostatnie zdjęcie) – można ją znaleźć w sklepie Muppetshop (jeśli myśleliście, że to sklep tylko z rzeczami dla dzieci to jesteście w błędzie ;))  

 

szafka – Woodszczęścia // lampka – Muppetshop // krzesło – Osiek10

* * *

 

 

 

 

Na osłodzenie rozpoczęcia jesieni czyli maślane drożdżówki z białą czekoladą, cynamonem, owocami i kruszonką

Przepis na ciasto:

400 g mąki + garść do podsypania

150 ml ciepłego mleka

30 g świeżych drożdży

50 ml oleju roślinnego

2 jajka

60 g cukru

100 g masła

farsz:

2 tabliczki białej czekolady

1 łyżka mielonego cynamonu

garść papierówek + garść śliwek

kruszonka:

50 g masła

50 g mąki pszennej

30 g cukru

A oto jak to zrobić:

1. Świeże drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku z łyżką cukru i 2 łyżkami mąki. Zaczyn odstawiamy w ciepłe miejsce (najlepiej przykrywając lnianą serwetą). Po 15 minutach powinien podrosnąć.

2. Do oddzielnej miski przesiewamy pozostałą mąkę, cukier i jajka. Dodajemy wyrośnięty zaczyn i jednocześnie mieszamy. Następnie dodajmy rozpuszczone i ostudzone (nie gorące!) masło i wyrabiamy ciasto (wyrabiam mechanicznie za pomocą haka). Po kilku minutach wyrabiania ciasta dolewamy cienkim strumieniem olej i ponownie ugniatamy ciasto. W efekcie końcowym ciasto nie powinno kleić się do rąk. Gotowe ciasto umieszczamy do naczynia i przykrywamy lnianą serwetką. Pozostawiamy ciasto na ok. 1,5 godziny do wyrośnięcia (ja stawiam przy otwartych drzwiczkach piekarnika).

3. Aby przygotować farsz: czekoladę z cynamonem ucieramy w moździerzu (ale nie na krem, tylko na kruchą miazgę).

4. Aby przygotować kruszonkę: wszystkie składniki zagniatamy do uzyskania kuli z ciasta i schładzamy w zamrażarce max. 20 minut.

5. Wyrośnięte ciasto ponownie zagniatamy i dzielimy na kilka części. Z jednej części formujemy kulkę, lekko spłaszczamy i umieszczamy na niej kawałki owoców oraz czekoladę z cynamonem. Schłodzoną kruszonkę ścieramy na tarce i posypujemy drożdżówki. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku w 200 stopniach C przez 15-18 minut.

Wyrośnięte ciasto ponownie zagniatamy i dzielimy na kilka części. Z jednej części formujemy kulkę, lekko spłaszczamy i umieszczamy na niej kawałki owoców oraz czekoladę z cynamonem.

Schłodzoną kruszonkę ścieramy na tarce i posypujemy drożdżówki.