Last Month

Wpis powstał we współpracy z Newby Teas, Aruelle, Apimelium, Embryolisse i wydawnictwem PWN, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Październik to miesiąc moich urodzin, a więc teoretycznie czas, w którym wypadałoby wyciągnąć wnioski i podzielić się kilkoma życiowymi mądrościami. W praktyce kolejne lata uczą mnie przede wszystkim ostrożności wobec ludzi, którzy zbyt chętnie udzielają innym życiowych lekcji. Nie chciałabym więc dołączać do tego grona.

  A może to błąd? Może w świecie, w którym coraz częściej łagodność uznawana jest za słabość, warto jednak się przełamać i odważniej mówić o tym, co uważamy za słuszne? Zwłaszcza gdy tak wielu ludzi bez najmniejszego skrępowania zabiera głos tylko po to, by powielać nieprawdę albo obrażać tych, którzy ośmielają się myśleć inaczej. Nie chodzi przecież o to, żeby na każdą opinię odpowiadać własną. Raczej o to, by w imię dobrego wychowania nie przemilczać spraw, które naprawdę mają znaczenie. Uprzejmość jest wielką zaletą, ale nie powinna być wymówką dla obojętności. Być może więc najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić z okazji kolejnych urodzin, jest wreszcie przestać mylić bycie miłą z obowiązkiem podobania się wszystkim. Zwłaszcza, że jak zdążyłam się już przekonać, tego drugiego i tak nie da się osiągnąć.

  Mam jednak nadzieję, że mimo tych nieco bardziej stanowczych niż zwykle wynurzeń nadal macie ochotę, aby tu ze mną zostać. W końcu znamy się już na tyle długo, że chyba już dawno przeszłyśmy z trybu "zdystansowanej uprzejmości" do bardziej zażyłej (a tym samym szczerszej) relacji. 

  A teraz, skoro urodzinowe przemówienie mamy już za sobą, zapraszam na małe podsumowanie października i całkiem sporo dowodów na to, że poza sprawami, które zaprzątają nam głowę, życie toczy się również swoim zwyczajnym rytmem. A jesień – w swojej najpiękniejszej odsłonie – jest dla tej codzienności idealnym tłem. 

 

Gdyby ktoś zapytał mnie, dokąd chciałabym wybrać się tej jesieni, Anglia pewnie nie byłaby moim pierwszym wyborem. Nie wdając się w szczegóły, tak się jednak złożyło, że właśnie tam wylądowałam. I uznałam, że to dobry moment, żeby przyjrzeć się bliżej krajowi, który w ostatnich latach przeżywa prawdziwy renesans na małym ekranie. „Dżentelmeni”, „Strefa gangsterów”, „Kulawe konie” — brytyjskich seriali, od których trudno się oderwać, nie brakuje. Co ciekawe, ich twórcy wcale nie próbują przekonać nas, że Anglia jest krainą ludzi o nienagannych manierach i równie nieskazitelnych intencjach. Wręcz przeciwnie. Za fasadami imponujących rezydencji kryją się szemrane interesy, a przedstawiciele wyższych sfer mają zaskakująco niskie standardy moralne. Brytyjczycy doskonale wiedzą, jak wykorzystać własne dziedzictwo, ale coraz chętniej pozwalają sobie również z niego zakpić.

A teraz dom kobiety, która wiedziała o angielskiej hipokryzji niemal wszystko. Nawet jeśli dziś kojarzy nam się z kwintesencją tradycyjnej Anglii. 

Zestaw na angielską wieś, muzeum The Wallace Collection, dom Jane Austen i wszystko, co pomiędzy. Moja marynarka z szalikiem i satynowe spodnie to oczywiście MLE.1. Przechodzę przez furtkę i wkraczam do epoki georgiańskiej. Jedyny słuszny podkład muzyczny do tej sceny to "Dawn" z ekranizacji "Dumy i uprzedzenia". Prawda? // 2. Nie wierzę! Naprawdę jestem w domu Jane Austen w Chawton w hrabstwie Hampshire. To tu napisała swoje najsłynniejsze powieści. // 3. Wyprzedzała czasy, w których żyła. W swoich powieściach dawała bohaterkom to, co dla kobiet na przełomie XVIII i XIX wieku wcale nie było oczywiste: miłość, bezpieczeństwo, stabilność – i luksus nad luksusy – możliwość dokonywania wyboru. Stworzyła dla swoich bohaterek życie, którego sama nie miała. // 4. Nigdy nie wyszła za mąż, nie doczekała się też ani wielkich pieniędzy, ani sławy. A dziś uznana jest za jedną z najznakomitszych pisarek w historii. // Elisabeth, śpisz jeszcze? Podobno to przy tym biurku Jane pisała swoje powieści.Gdy jesteś w tym wieku, w którym wycieczka do domu pisarki z przełomu XVIII i XIX brzmi lepiej niż najlepsza impreza. A tu już słynne The Wallace Collection i "Huśtawka" autorstwa Fragonarda. Rokoko nigdy nie będzie moją ulubioną epoką, ale niech ten obraz będzie małym wyjątkiem. Na pierwszy rzut oka: sielanka. W rzeczywistości – obraz pełen erotycznych aluzji i dyskretnych znaków. Samo zamówienie brzmiało mniej więcej tak: moja kochanka na huśtawce, ja poniżej, z widokiem pod jej suknię, a huśtawkę popycha… biskup. Dla Fragonarda było to chyba o jedną fantazję za dużo, więc biskupa zamienił na starszego pana. W każdym razie nie wiem, co oni mieli wtedy w głowach, ale patrząc na ten obraz ma się wrażenie, że nie mogła tego stworzyć ręka człowieka. Pudding bananowy tak dobry, że cofam (część) rzeczy, które mówiłam o angielskiej kuchni.  ​W żadnym innym europejskim mieście nie odczułam tak wyraźnie przywiązania do dawnej hierarchii i ceremoniału. I nie piszę z zachwytem. Jest coś absurdalnego w tym, jak bardzo Londyn pozostaje wierny swoim klasowym tradycjom. W niektórych restauracjach człowiek ma wrażenie, że za chwilę pojawi się lord, któremu trzeba będzie nie tylko otworzyć drzwi, ale i oznajmić jego przybycie. Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas tradycyjnego "afternoon tea". Całą tę operację obserwowałam z zainteresowaniem, ale też z rosnącym przekonaniem, że niektóre przyjemności mogą stać się utrapieniem, jeśli wymagają aż tylu zasad. Na pewno pozwala to potem docenić powrót do flanelowej piżamy i jedzenia kanapek w łóżku, krusząc przy tym na świeżo zmienioną pościel. Najwyraźniej nie każdego da się uszlachetnić.No dobrze, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie było pięknie!​No i przetestowałam nasze puchówki na wietrznych wzgórzach. I dalej potwierdzam, że są najlepsze na świecie. Jednak dzwony, a nie rurki ;). 
No i koniec! Skończyło się rumakowanie. Kierunek: lotnisko Stansted.
Nie wiem, co się wydarzyło, że w końcu znalazłam czas, aby pójść z koleżankami na pilates (mój pierwszy raz w życiu). I w to w piątek rano!
Aaaaa, już sobie przypomniałam. Bo mam urodziny! Dziękuję Gosi i Asi za to, że mogłam przez chwilę żyć jak prawdziwa influencerka ;). 1. Godzina ćwiczeń i zakwasy przez tydzień. // 2. Jesień w takich dresach? W MLE udowodniłyśmy, że satynowe spodnie nie muszą mieć w sobie poliestru. // I te jedyne w swoim rodzaju polskie przyjemności. Z wieloma rzeczami chętnie się z Wami dzielę, ale moje grzybowe punkty pozostawię póki co dla siebie ;).
Moja mina, gdy okazuje się, że w poniedziałkowy wieczór mam trochę czasu dla siebie. Nie chcę eskalować jednego z największych narodowych konfliktów tej jesieni, ale nie mogę się powstrzymać, aby nie zapytać: "Lalka" kinowa czy netflixowa? 

Portosiku nasz kochany. Czy Ciebie kiedyś coś powstrzyma przed gonitwą za jedzeniem?

1. Publikuję ostatnio z częstotliwością kwartalnika, więc teoretycznie każda rzecz, którą tu wrzucam, powinna być starannie wyselekcjonowana. Słuszna teoria, więc może dziwić, że po miesiącu znowu pokazuję ten sam przepis na chlebek bananowy. To nie dlatego, że nie mam nic ciekawszego do pokazania (chociaż to też jest możliwe). To w sumie Wasza wina, bo przez ostatnich kilka dni zasypałyście mnie zdjęciami swoich chlebków bananowych, które wyszły idealnie. // 2. Muszę przyznać, że rola influencerki kulinarnej jest niezwykle wdzięczna. Człowiek miesza banany z mąką, a potem przez tydzień dostaje dowody swojego wpływu społecznego. // 3. A więc jakie są Twoje plany na niedzielny wieczór? Domowe ciasto, "Lalka" i kołdra. Przepis znajdziecie tutaj. // 4. Dziś do Netflixa, a jutro do szkolnego lunchboxa.  

Portos ewidentnie poczuł "Łęcka vibe".  1. Wstałam o szóstej rano, objechałam z Asią połowę Warszawy i marzę, aby teraz pójść do koleżanki na najlepszą pumpkin spice latte w stolicy. // 2. Taki spokój na zdjęciu i w ogóle nie widać, że lada moment spóźnimy się na pociąg powrotny. // 3. Asia i nasz najdelikatniejszy sweter dla tych, których wszystko gryzie. 4. Październik w kubku. // Bo moje dłonie to też jesieniary. Październik jest dla wełnianych swetrów, brązów, chlebka bananowego i gorących naparów.W październiku można było zobaczyć nasz gigasweter w witrynie Lui Store na ulicy Mokotowskiej. Teraz sweter rusza dalej w trasę.1. Ta jedna odnaleziona belka idealnej wełny, dzięki której możesz doszyć kilka sztuk ukochanej marynarki (niestety zdążyła się ponownie wyprzedać). // 2., 3. i 4. Chociaż w Warszawie naszego gigaswetra już nie ma, to wciąż możecie się wybrać do Lui, aby zobaczyć nową kolekcję MLE. Gdy stwierdzasz, że jednak nie zapłacisz 150 złotych za pięciominutowy kurs taksówką z dworca do hotelu, dzięki czemu zyskujesz wcześniejszy dostęp do halloweenowych wrażeń. Wciskamy hamulec i wracamy do trójmiejskiego tempa, domowego jedzenia i Librusa.Gdyby szara jesień była swetrem, to wyglądałaby właśnie tak. 1. Ciepła zupa na stole stygnie, ale nie mogę się powstrzymać. Czytanie i jedzenie jednocześnie to moje ulubione połączenie. // 2. Paryski tłum sprzed 150 lat autorstwa Moneta („Bulwar Kapucynów”). // Francja nie przeżywa obecnie najspokojniejszego momentu w swojej historii. Chociaż gdy zajrzymy do albumu „Francja. Śladami wielkich artystów”, szybko okaże się, że spokój nigdy nie był szczególnie mocną stroną tego kraju. Na szczęście sztuka ma tę przewagę nad polityką, że do wielu jej najciekawszych momentów można wracać z prawdziwą przyjemnością. A patrząc na biografie niektórych artystów, trudno oprzeć się wrażeniu, że Francuzi od zawsze mieli szczególny talent do robienia zamieszania. Nie tylko na płótnie. 1. „Loża w Théâtre des Italiens” z 1874 roku to dzieło Evy Gonzalès, jednej z nielicznych kobiet, którym udało się zdobyć uznanie w zdominowanym przez mężczyzn świecie XIX-wiecznego malarstwa. Artystka była uczennicą Édouarda Maneta, ale z czasem wypracowała własny styl. Na obrazie uchwyciła scenę z paryskiego teatru, który w tamtych czasach był nie tylko miejscem obcowania ze sztuką, ale również okazją do zaprezentowania się towarzystwu. // 2. Okładka. To jeden z najciekawszych albumów o sztuce, jaki trzymałam w dłoniach.

„Francja. Śladami wielkich artystów” to coś pomiędzy albumem o sztuce, książką podróżniczą a przewodnikiem po miejscach, w których powstawały jedne z najsłynniejszych dzieł świata. Od przedrewolucyjnego Wersalu i dworu Marii Antoniny, przez Prowansję Cézanne’a i Van Gogha, aż po francuską Riwierę Picassa. PWN postawił też na naprawdę wysokiej jakości oprawę.

A Ty co się tak głupio uśmiechasz i udajesz, że nie wiesz, o co chodzi?

Jesień oczami Van Gogha. „Boulevard de Clichy” z 1887 roku przedstawia jedną z ulic Montmartre, którą malarz dobrze znał z codziennych spacerów. Zanim przeniósł się na południe Francji i zaczął malować swoje słynne słoneczniki, przez dwa lata mieszkał w Paryżu, gdzie odkrywał zupełnie nowe podejście do koloru i światła. 

1. Mówię Wam, Dziewczyny, czarna góra i białe spodnie to jest top zestaw forever. Staramy się pokazać w MLE, że to połączenie może być ciekawe, jeśli trochę pobawimy się proporcjami i fakturami. // 2. Ten moment, w którym narzekasz na pogodę, dzięki czemu wydaje Ci się, że nie masz większych problemów.  // Tak, tak, tak. W MLE pojawi się jeszcze kilka pięknych nowości. "Proszę Państwa, właśnie nadeszło załamanie pogody" – moje ulubione zdanie tego tygodnia. Październik to czas, kiedy nawet najbardziej zagorzali zwolennicy kuchni śródziemnomorskiej zaczynają szukać pocieszenia w kotlecie z ziemniakami. To idealne danie po długim spotkaniu w urzędzie skarbowym.
1. Jak ja czekałam na to zimno od wiosny! // 2. My z kawą. Na świeżym powietrzu, a nie przy komputerach. Monika, co się z nami dzieje?? // 3. Dodałam to zdjęcie do wpisu i przypomniałam sobie, że już miesiąc temu miałam powiesić te zdjęcia na ścianie. // 4. Książka, która zmieniła mój sposób patrzenia na świat. Polecałam ją już parę lat temu, ale może któraś z Was przeoczyła. Polecam! // Mam od MLE wszystkie możliwe wełniane dodatki, więc może dlatego tak się cieszę na niższe temperatury. Mamy czapki, kominiarki, chustki, eleganckie kapturki z szalikiem, rękawiczki – wykonane z pięknej, lśniącej przędzy (65% super kid moher). Można się tym wszystkim owinąć i cieszyć się wiatrem i deszczem.  Uwielbiam ten pielęgnacyjny minimalizm na hotelowej półce w łazience, gdy zapomnę spakować kosmetyczki. 
Rozstępowanie po szalonym galopie (przynajmniej dla mnie, bo Hermes to się chyba nawet dobrze nie obudził). Folwark Jackowo. Magiczne miejsce, w którym uczą i jazdy, i miłości do koni. W październiku chciałyśmy, aby nasze wełniane akcesoria w kolorze różowym zmotywowały Was do badań. I nieskromnie powiem, że chyba się udało.  1. Gdy o szesnastej robi się ciemno, trudno znaleźć powód, żeby wyjść z domu. Na szczęście znalazłam kolejny powód, żeby w nim zostać. Wiecie co z tego powstanie? Coś, co będzie mi przypominać o mojej miłości do sztuki. // 2. Gdy po piętnastu minutach biadolenia, że na pewno zapomnieli wpakować tego klocka do Twojego zestawu, znajdujesz go jednak w misce psa. // W październiku przez kilka wieczorów mogłam pobawić się w impresjonistkę. Z instrukcją, rzecz jasna. 
Nowa formuła kremu Embryolisse pomaga mi zminimalizować używanie pudru. Lait-Crème Matifiant jest z kultowej rodziny kremów Lait-Crème o lżejszej formule stworzonej z myślą o skórach tłustych i mieszanych. Jego formuła, tak jak w przypadku oryginalnego Lait-Crème Concentre świetnie sprawdza się jako krem nawilżająco-odżywczy na co dzień, ale też na przykład jako baza pod makijaż. Formuła Sebum-Control pomaga redukować nadmiar sebum i zapewnia lekko matowe wykończenie (do tego jest aż w 99% naturalny i wegański).

Z kodem MLE20 moje Czytelniczki dostaną -20% na całe zamówienie na oficjalnej stronie Embryolisse  (kod nie łączy się z innymi ofertami i zestawami).  

Skorzystajcie z kodu, jeśli szukacie też innych nawilżających produktów na jesień – marka Embryolisse ma proste, ale ładne opakowania, które nie kłują w oczy, gdy rozpanoszą się po mieszkaniu.Gdy nadchodzi już piękny jesienny wieczór i na światłach przypominasz sobie, że jutro jest kiermasz w szkole, na który miałaś przygotować pączki.Dzień dobry w kolejny październikowy poniedziałek. Póki co wszystko idzie zgodnie z planem. Szkoda tylko, że nie z moim. W październiku zdarzały się momenty, kiedy granica między ubraniem domowym a piżamą stawała się naprawdę niewyraźna. Podejrzewam, że to skutek zbyt częstego obcowania ze środowiskiem informatyków, w którym pojęcie biurowego dress code'u ma dość umowny charakter. Dziś nie mogę jeszcze zdradzić szczegółów, ale jeśli w listopadzie uda nam się doprowadzić pewien projekt do końca, poczuję się chyba jak Elon Musk. Na razie z branży technologicznej zapożyczyłam przekonanie, że do pracy z domu nie trzeba się specjalnie przebierać.

 Flanelowa piżama od Aruelle, w brązową kratę, jest wykonana w 100% z bawełny. I chociaż nie zamierzam przekonywać, że odpowiednia piżama odmienia życie, to w tej wyjątkowo miło było mi odkrywać wszystkie te rzeczy, na których (jeszcze) kompletnie się nie znam. Z kodem KASIA20 możecie otrzymać 20% zniżki na cały asortyment Aruelle (z wyjątkiem kart podarunkowych i nie łączy się z innymi promocjami). Kod działa do końca listopada. Gdy przez okno widzisz kogoś, kto łudząco Ci kogoś przypomina…Zgadnijcie kogo. Tak, to naprawdę kawałki migdałów, a nie jakieś bliżej nieokreślone drobinki, którym producent postanowił przypisać orzechowy smak. Lubię, kiedy po otwarciu puszki można zobaczyć coś więcej niż obietnice z etykiety. W przypadku tej herbaty od Newby Teas warto jednak zwrócić uwagę nie tylko na dodatki. Jej podstawą jest Assam z drugiego zbioru (second flush), pochodzący z doliny Brahmaputry w Indiach. To właśnie ten zbiór ceniony jest za głęboki, słodowy smak i wyrazisty aromat.Newby Teas podchodzi do produkcji herbaty z niemal aptekarską dokładnością. Liście zbierane są ręcznie w najlepszym okresie sezonu, a następnie trafiają do specjalnego centrum w Indiach, gdzie kontroluje się temperaturę i wilgotność, aby nie straciły swojego aromatu. Marka zleca też niezależnemu laboratorium badania herbat pod kątem setek substancji, w tym pozostałości pestycydów. 1. Gdy masz "matchy matchy outfit" z własnym psem. // 2. Największe herbaciane zagrożenie? Przyzwyczaiłaś się do tej dobrej jakości i teraz nie chcesz już pić tych z supermarketu. // 

Jesienny zestaw ratunkowy. Z kodem KASIA20 otrzymacie 20% zniżki na cały asortyment w Newby Teas (z kodu możecie korzystać do 20 listopada). Coś tam wyżej wspominałam o czarno-białych połączeniach. Tutaj nasza kurtka, w której wygląda się jak Kaia Gerber, i nasze spodnie o kroju barrel (jeśli się wahacie, to wybierzcie większy rozmiar). Gdy jesteś tą mamą, która ma dwa oblicza: przed szkołą i po szkole. No kto pamięta? Ta książka ma więcej lat niż Instagram, Facebook, a nawet GaduGadu (R.I.P.).  

Czy przedmioty mogą przekazywać wspomnienia? Najwyraźniej tak. Pod warunkiem, że ktoś zaprojektował je na tyle dobrze, żeby przetrwały dłużej niż trzy kolejne remonty kuchni i fascynacje minimalizmem. Książka kucharska Kubusia Puchatka to wielki powrót do moich dziecięcych wspomnień – i okazja do stworzenia zupełnie nowych. Potrzebujemy tylko kilku składników. 

Moja jesienna już tradycja od lat, czyli Miodowa Paczka od Apimelium. Bo są takie rzeczy, które wracają na bloga co roku i Miodowa Paczka jest jedną z nich. Jesienią pięć słoików miodu wydaje mi się znacznie rozsądniejszym zapasem niż pięć nowych swetrów (chociaż nie zamierzam udawać, że nie mam słabości do jednych i drugich). W zestawie znalazły się: miód wielokwiatowy, lipowy, akacjowy, leśny i rzepakowy – od delikatnych i kremowych po bardziej wyraziste. Do porannej owsianki, kanapek, jesiennych wypieków i herbaty, którą o tej porze roku pijemy właściwie bez przerwy. Są też miodowe krówki, ale ich obecność w pudełku trwa zwykle zaledwie kilka sekund.
 
O Miodowej Paczce pisałam już tyle razy, że jej ponowne przedstawianie zaczyna przypominać zapoznawanie ze sobą osób, które od lat spędzają wspólnie święta. Ale różnica jest taka, że miody się zjada i trzeba je domawiać, gdy się skończą, więc przypominanie o tym ma nieco większy sens. Z kodem MLE otrzymacie 5% rabatu na zamówienie w Apimelium. To dobra okazja, aby zrobić słodkie zapasy. 

Mieszanka na wszystkie jesienne smutki.

My już testujemy naszą kolekcję rodzinnych swetrów. W składzie 100% wełny merynosowej. 
A oto cały przepis na kultowe "Jeżyki Sowy Przemądrzałej":

 

Składniki: 
50 g margaryny (zmieniłam na masło) 
50 g cukru pudru (ja daję 30 g)
75 g płatków kukurydzianych 
2 łyżki lejącego się miodu 
2 łyżki kakao (ja dałam czekoladę w proszku)
garnek 
drewniana łyżka 
półmisek 
16 papierków do ciastek 
 

 

Do garnka włóż cukier puder, margarynę, kakao i miód. Trzymaj na małym ogniu, cały czas mieszając, aż wszystkie składniki wymieszają się ze sobą. Zgaś gaz, wsyp płatki kukurydziane i dobrze wymieszaj. Papierki do ciastek ułóż na półmisku. Garnek postaw obok na ognioodpornej podstawce. Łyżeczką do herbaty nakładaj jeżyki do papierków. Drugą łyżeczką możesz sobie pomóc zdejmować je z łyżeczki. ​Włóż do lodówki, aby trochę stwardniały.

Jeśli myślicie, że większość tych jeżyków zjadły dzieci, to jesteście w błędzie. Oczywiście, że zjadłam je ja. 

Gdy chcesz wyglądać elegancko, ale cały dzień siedzisz w domu. 

Kiedy ktoś nakręci film, który pokaże piękno polskiej jesieni? Marzy mi się jakiś odpowiednik "Masz wiadomość", ale z Sopotem w roli głównej.

Gdy cieszysz się, że jest okazja i jednocześnie myślisz już o piżamie (ta jedwabna bluzka jest od Kazara). 

Czy to oznacza, że od teraz będę codziennie oglądać świąteczne reklamy w telewizji? Macie jakieś sposoby, aby media nie zdetonowały u Was za szybko świątecznego nastroju?

Jeszcze tylko kilkanaście dni i cały nasz zespół MLE będzie mógł odpocząć przez chwilę od programowania i siedzenia przy komputerze. Taką przynajmniej mamy nadzieję ;).

Suzanne Valadon, autorka tego obrazu z 1912 roku, do dziś bywa opisywana przede wszystkim przez pryzmat swoich kochanków, skandali i znajomości ze sławnymi malarzami. Była muzą Renoira, kochanką Erika Satiego, matką Maurice’a Utrilla. A przecież przede wszystkim sama była niezwykłą artystką. Z czasem całe bogactwo czyjegoś życia potrafimy sprowadzić do kilku najbardziej kontrowersyjnych historii. Nie dlatego, że były najważniejsze, ale dlatego, że wzbudzały największą ciekawość. Może więc warto zachować pewien dystans do tego, co myślą o nas inni. I robić swoje. (Obraz pochodzi z książki "Francja. Śladami wielkich artystów".)

Dni są coraz krótsze, ale ten wpis wyszedł mi zaskakująco długi. Mam nadzieję, że ten przegląd października umilił Wam choć kilka minut listopada. Dziękuję za Waszą obecność :*. 

 

*  *  *

 

 

Zapiski o modzie i stylu – SKOŃCZYŁAM 39 LAT I…

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 
 

kolczyki – YES
marynarka z szarfą i spodnie – MLE (obecna kolekcja)
buty na obcasie- YSL 
torebka – Bottega Veneta 

 

  Na co w tym wieku nadal nie szkoda mi pieniędzy? Nie wiem, czy to kwestia doświadczenia, czy po prostu coraz mniejszej wyrozumiałości wobec siebie w przypadku nietrafionych zakupów, ale z biegiem lat moja lista zachcianek wyraźnie się skróciła. Zrobiłam więc mały rachunek — tym razem całkiem dosłowny — i okazało się, że jest kilka rzeczy, na które wciąż chętnie bym się połasiła. Gdybym, rzecz jasna, nie kupiła ich już wcześniej.

  Na przykład wartościowe kursy. Kiedyś odliczałam minuty do końca lekcji, dziś dobrowolnie zapisuję się na kolejne. Najwyraźniej nauka staje się znacznie przyjemniejsza, kiedy nikt nas do niej nie zmusza. Nie będę jednak udawać, że wszystkie moje słabości mieszczą się w kategorii rozwoju osobistego. Nadal potrafię zachwycić się doskonale skrojoną czarną marynarką. Zwłaszcza taką, którą równie dobrze można założyć na elegancką kolację, jak i do New Balance'ów (zdecydowanie częściej wybieram tę drugą opcję).

   Podobnie mam z klasycznymi czarnymi szpilkami. Chociaż już dawno przestałam uważać, że elegancka kobieta powinna je nosić, wcale nie przestałam ich lubić. Być może właśnie dlatego, że dziś zakładam je wyłącznie wtedy, kiedy naprawdę mam na to ochotę. Zresztą mój stosunek do mody zmienił się chyba najbardziej w kwestii dodatków. Są rzeczy, które kupujemy, żeby nadążyć za modą. I takie, które kupujemy, bo nie mamy już na to ochoty. Do tej drugiej kategorii zaliczam klasyczne złote kolczyki.  

  Na mojej liście niezmiennie znajduje się też dobre jedzenie — świeże, sezonowe i możliwie najmniej przetworzone. Z wiekiem coraz większą przyjemność sprawiają mi proste rzeczy przygotowane z naprawdę dobrych składników. I chociaż nadal zdarza mi się zjeść na obiad coś, czego żaden dietetyk by nie pochwalił, to właśnie na jakości codziennych produktów najmniej mam ochotę oszczędzać.

  A gdybym mogła dopisać do tej listy jeszcze jedną pozycję, bez wahania wybrałabym zwykły, poczciwy… święty spokój. Ale tego, niestety, wciąż nie da się zamówić przez internet.

  Skoro już mowa o rzeczach, na które nie szkoda mi pieniędzy, to tylko dziś, 25 października, w YES trwa jednodniowa promocja na wybraną biżuterię w ramach YES Club: – 10% rabatu na złoto i diamenty przy zakupach od 699 zł, – 15% rabatu na srebro i stal przy zakupach od 299 zł. Złote kolczyki, które widzicie na zdjęciach, również biorą w niej udział.

 

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi oraz Pasiekami Rodziny Sadowskich, a także zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Zacznę może od tego, że pamięć ma dziwną skłonność do wygładzania ostrych krawędzi. Kiedy dziś próbuję sobie przypomnieć, z jakimi emocjami i lękami wchodziłam we wrzesień, wyraźnie widzę, jak wiele z nich zdążyło już odpłynąć w drugą stronę. Pierwsze huragany mam więc za sobą — choć nie te pogodowe, bo w Sopocie trwa właśnie prawdziwe babie lato. Mam raczej na myśli ten rodzaj zamieszania, który na początku wydaje się większy od nas, a po kilku tygodniach okazuje się czymś, przez co po prostu trzeba było przejść.

  Kilka tygodni temu usłyszałam od kogoś: „pamiętaj, żeby po tym, jak stworzysz już w głowie najgorszy możliwy scenariusz, spróbować wyobrazić sobie także ten najlepszy”. Skoro miesiąc temu nie bardzo mi się to udało, może teraz pójdzie lepiej. Myślę więc o długich spacerach, które w teorii będą grzybobraniem, a w praktyce zwyczajnym chodzeniem z koszykiem bez większego celu. O pieczeniu z dziećmi ciasta marchewkowego. O kilku wieczorach z zaległymi serialami – z „Lalką” na czele – i o tych momentach w pracy, które są tak absurdalnie zabawne, że później opowiadamy je sobie przez kolejne tygodnie. Myślę o tym, jak mimo upływającego czasu, wciąż cieszą mnie te same rzeczy. Na przykład ozłocone drzewa przy sopockiej plaży. W zachodzącym słońcu wyglądają tak, że nie sposób oderwać od nich wzroku.  

  Ale wróćmy jeszcze do tego września…

 

 

Po tygodniach słońca i niebieskiego nieba nareszcie przyszła gorsza pogoda. Jednym do szczęścia potrzebne jest lazurowe morze, a mi czasem potrzeba chmur i deszczu. A skoro przyszedł już ten pierwszy ponury dzień, to zatapiam się w różnych myślach i nadrabiam zaległości. Dzieci ćwiczą swoje pierwsze utwory, a ja poświęcam chwilę, aby napisać kilka słów, bo ktoś po prostu mnie o to poprosił. No więc, czy mogę na chwilę poprosić o Waszą uwagę?

Wielu z nas może się wydawać, że w obliczu choroby onkologicznej dziecka liczą się przede wszystkim wielkie pieniądze. I oczywiście, są one ogromnie ważne. Ale podczas wielomiesięcznego leczenia znaczenie mają również rzeczy pozornie drobne. Takie, które wydarzą się dziś, jutro i pojutrze na szpitalnym oddziale. Z perspektywy domowej kanapy, kiedy właściwie od naszego lenistwa zależy czy zrobimy danego dnia coś ciekawego, zajęcia plastyczne mogą wydawać się czymś niewielkim. 

Ale gdy dzień po dniu otaczają Cię ból i szpitalne ściany, a stan zdrowia nie pozwala korzystać z większości atrakcji dostępnych dla zdrowych dzieci, godzina śmiechu i lepienia z plasteliny nagle staje się prawdziwą przygodą. Czymś, co choć na chwilę pozwala myślom odpocząć od choroby. 

Fundacja z Pompą to nieduża organizacja, bez gigantycznych zasięgów, za to z ogromną energią, żeby codzienność na dziecięcych oddziałach onkologicznych była choć trochę bardziej normalna. Choćby przez godzinę czy dwie dziennie. W teorii takie zajęcia nie kosztują wiele. W praktyce ktoś musi poświęcić swój czas, odpowiednio się przygotować, przyjechać na oddział i zrezygnować w tym czasie z pracy zarobkowej. I robić to nie raz, ale regularnie. 

Jeśli uważacie, że to mało – przeklikajcie dalej. Jeśli jednak czujecie, że poświęcenie własnego czasu i energii po to, by dać trochę radości dzieciom, które bez żadnej swojej winy mierzą się z czymś, co byłoby próbą ponad siły dla większości dorosłych, ma znaczenie – kliknijcie w link i razem ze mną wesprzyjcie Fundację z Pompą. 

Można pomóc także inaczej. Fundacja z Pompą organizuje między innymi warsztaty z pierwszej pomocy, a dochód z wielu jej inicjatyw pozwala finansować codzienną działalność na oddziałach. Zapisując się na takie warsztaty, można więc nauczyć się czegoś naprawdę przydatnego. 

Dziękuję za Waszą uwagę i przepraszam, że skradłam trochę Waszego czasu na takie ogłoszenia – mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. 

Pakuj się, lapku, do torby, bo dziś zabieram Cię na kilka spotkań. Czas, abyś po tygodniu leżenia na moim kuchennym stole, ruszył się z domu!Sopot to symbol eleganckiego kurortu. 
Ale to też miasto, w którym żyję, więc obiektywizm mam ograniczony. We wrześniu często zaglądałam do słynnego Grand Hotelu, ale niestety nie dla przyjemności (chociaż taka praca to sama przyjemność). Czekała nas tam kolejna operacja MLE pod kryptonimem "Wiatr od morza". Pamiątka z 7:30 rano, kiedy dzień wciąż wydawał się całkiem dobrze zaplanowany (ale potem było już standardowo). Mam pewną teorię: jesień najbardziej lubią ci, którzy zapomnieli już, że we wrześniu zaczyna się szkoła. A tu podglądamy naszą tegoroczną kampanię. Nie wiem, ile jeszcze zostało mi czasu, nim AI zrobi to lepiej, ale na szczęście nadal bardziej interesuje nas tworzenie niż generowanie. Przyznam jednak, że stawianie oporu temu technologicznemu wyjadaczowi, to dosyć pracochłonna próba. Po raz kolejny oddałyśmy naszą kampanię w ręce Jakuba Pleśniarskiego. Tym razem jego obiektyw skierował się w stronę Bałtyku. Miejsca, które od początku jest częścią historii MLE. Więcej słów od Kuby na temat tej kampanii zobaczycie tutaj. 
Jeśli macie kupić tej jesieni tylko jeden sweter, niech będzie inny niż wszystkie (no i niech będzie wyprodukowany w Polsce). Model Auronzo jest już dostępny. 
 AI nadal nie ma przerwy obiadowej i nie zmarzła na wietrze. Punkty dla niej. Czy ekipa DDTVN jechałaby przez pół Polski, tylko po to żeby zobaczyć nasz backstage? Oglądałyście efekty?Nasz kultowy model, który moim zdaniem jest najlepszą puchową kurtką na świecie. W tym sezonie wraca w ciemym, zgaszonym odcieniu granatu. Oczywiście z certyfikatem RDS, z którego jesteśmy niezwykle dumne, bo bardzo trudno spełnić standardy pozwalające na jego przyznanie (nr TE-00297313).Wklej prompt: "Wyobraź sobie, że jesteś scenografem pracującym przy kampanii marki modowej znad polskiego wybrzeża i musisz oprawić morze w ramę nierealistycznych rozmiarów". Byłoby trochę prościej, co nie? A jednak postanowiłyśmy zrobić to naprawdę. Zamiataliśmy plażę, walczyliśmy z wiatrem i chyba staliśmy się pośmiewiskiem dla mew. Mogłyśmy to wygenerować, ale nie po to ludzkość zaszła tak daleko, żebyśmy teraz korzystały z jej osiągnięć tylko po to, aby ułatwić sobie życie. W końcu: Make Life Hard… znaczy Easier. Trochę Botticelli, a trochę Skagen. 
1. Rekwizyty. // 2. Było wiele zapytań, czy wróci – i wrócił. Sweter Corvara ecru jest ponownie dostępny w MLE i wcale się nie dziwię, że właściwie żadna z Was go nie zwróciła. // 3. Halo, halo? Paryż? Tak tylko dzwonię, żeby powiedzieć, że możecie już odpocząć. Modową zmianę przejmuje polskie wybrzeże. // 4. Co tam wiatraki w komfortowym studio, skoro możemy mieć prawdziwą bryzę nad morzem. // 
Porządki po sesji zdjęciowej. Wiem, że nie mogę zatrzymać wszystkich, ale w tym sezonie naprawdę bym chciała :). 

Nie wiem, czy bardziej stresuje się Kasia w telewizji, czy Kasia oglądająca Kasię w telewizji. W każdym razie, telewizja to nie jest mój żywioł i raczej nigdy nim nie będzie, ale ktoś mądry mi kiedyś powiedział, że jeśli już chcesz się za coś zabrać, to daj z siebie wszystko, w przeciwnym razie w ogóle nie zaczynaj. A że mamy w MLE najpiękniejszą kolekcję inspirowaną Bałtykiem i polskim wybrzeżem, którą naprawdę chcemy się pochwalić, to można zrobić coś nierozsądnego. Na przykład pójść do DDTVN, a potem przez resztę dnia analizować każde swoje zdanie z dokładnością komisji śledczej. 
Wciąż wydaje mi się, że nie wszystko, co zainteresuje innych, trzeba pokazywać w internecie. Niewiele tu rodzinnych kadrów, ale wrzesień zdecydowanie stał pod znakiem domowych spraw. 21:05 – "Mamusiu, jutro jest kiermasz w szkole i każdy musi przynieść ciasto." "Sopot by night but make it MLE" . 
Nie za często włóczę się wieczorami po moim mieście, ale gdy przyjeżdża tyle wspaniałych dziewczyn, to nie wypada siedzieć w domu.O, a tego pana w Polsce lubimy szczególnie. On z kolei najwyraźniej lubił Sopot. Charles de Gaulle nocował w Grand Hotelu w 1967 roku i dziś jeden z apartamentów nosi jego imię.  Rozpędzamy się też z innymi inicjatywami. Mamy już za sobą pierwsze spotkania z Klientkami (aby dostawać informacje o spotkaniach, trzeba zapisać się do Domu MLE na stronie sklepu).
Kolacja w ogrodzie Grand Hotelu. Dziękujemy za te piękne okoliczności i idealną wrześniową pogodę. :) Poranna droga do pracy, gdy mieszkasz w Sopocie.  Mój jesienny uniform na plażę, do biura i do wszystkiego, co pomiędzy. Wiem, że jesteście zaskoczone, ale wszystko jest z MLE ;). Jeśli szukasz kogoś, kto zorganizuje piknik na plaży i pokaże polskie wybrzeże od najlepszej strony, to MLE się poleca (jak tylko uznamy z Asią, że mamy już dosyć prowadzenia marki odzieżowej przestawiamy się na eventy ;)). 
No dobrze, ale to wszystko nie wyszłoby tak ładnie, gdyby nie Oficyna i agencja Fashion Valley. POLECAJKA Z SERCA.  1. Nie chcę nic mówić, ale właśnie zaczyna się najlepsze pół roku dla ludzi, którzy na plaży wolą być ubrani. Ten sweter jest ponownie dostępny. // 2. Śniadanie na plaży. // 3. Wełna i kalosze to najlepsze atrybuty jesiennej plażowiczki. // 4. Mieszkam w Sopocie od ponad 30 lat i pomyśleć, że dopiero teraz zjadłam swoją pierwszą jajecznicę na plaży. // Podejrzewam, że większość z Was zna już Maję Michalak z Poza Ramami, ale jeśli nie, to koniecznie musicie to nadrobić. Strasznie mi miło, że w trakcie swojego pobytu w Sopocie nosiła jeden z moich ulubionych projektów tego sezonu. 1. Ze wspaniałymi redaktorkami! Anią Tobiasz ze Zwierciadła oraz Eweliną Kołodziej z Vogue.  // 2. Pierwszy dzień poniżej 15 stopni i od razu jakoś lżej na sercu każdej jesieniarze.  // Mówiłam, że po Sopocie chodzą najlepiej ubrane dziewczyny ever?  Ahoj! We wrześniu sporo czasu spędziłam w sopockiej marinie – urządzałyśmy rejsy dla redaktorek, ale także dla Klientek zapisanych do Domu MLE. 1. W tej mojej pracy najdziwniejsze jest to, że jednego dnia planuję SKU na następny sezon, a drugiego muszę się uczyć węzłów żeglarskich. W Sopocie "coastal girl" to nie trend, tylko obowiązkowy element CV. // 2. Oj, przyda się na pokładzie ta gorąca herbata! // These beauties on board :). Mogłybyśmy wyjechać gdzieś daleko i znaleźć jakieś spektakularne widoki, które miałyby udowodnić, że MLE jest marką premium, ale myślę, że polskie wybrzeże ma zdecydowanie największy potencjał, aby Was do tego przekonać. 

Sweter z frędzlami, które miały wyglądać jak grzywy fal. Fajnie wygląda na tle takiego szarego morza. 

Lubię te aparaty, które jakiś czas temu dołączałyśmy do zamówień. To była super akcja i mam nadzieję, że udało Wam się dzięki nim stworzyć kilka pamiątek z wakacji. Coś czuję, że w najbliższych tygodniach pojawi się tu sporo analogowych zdjęć ;). Miejsce, do którego chce się wracać i pokazywać go innym.  ​"The blogger cartel." Kojarzycie Angelikę Warlikowską? Obwieściła niedawno wielki powrót blogów. Czekam z niecierpliwością na to, czy ta przepowiednia się sprawdzi. Bardzo doceniam fakt, że od czasu do czasu (konkretnie raz w roku :)) moja praca polega głównie na tym, aby pochwalić się przed innymi tym, co stworzyłyśmy w MLE.  
Po raz kolejny podczas projektowania kolekcji sięgnęłyśmy po element związany z polskim wybrzeżem. Jesienny Bałtyk podsunął nam odcień, który stał się jednym z najmocniejszych punktów tej kolekcji. Tu macie link do całej kolekcji "Fall Baltic Navy".

Te desery… mini pączki z pistacjami, mini beza Pavlova z truskawkami, mini ptysie z kremem waniliowym, galaretka z owocami i ciastko francuskie z malinami i ganaszem z białej czekolady. Można pakować do kieszeni?Gdy w czasie największego huraganu, tego zawodowego i prywatnego, koleżanki wyciągają cię na sztukę do Warszawy. Takie sytuacje wywołują we mnie z jednej strony złość i irytację… a z drugiej: nieopisaną wdzięczność. Po zobaczeniu Mai w tym swetrze, stwierdziłam, że jednak muszę go mieć. Przyszedł więc czas na mały remanent w szafie, bo w przeciwnym razie już żaden sweter od MLE się nie zmieści. Zachęcam Was do zajrzenia na moje aukcje na Vinted, bo dosłownie przed chwilą wrzuciłam tam kilka rzeczy, które czekają na nowy dom. 

Zdjęcia wywołane!

Z serii: co w tym tygodniu przyniósł mi kurier, czyli moje pierwsze październikowe zakupy. Forma do ciasta i stalowa taca z H&M, kosmetyki od Say Hi (mój makijaż znów będzie miał glow!), oraz halloweenowe ozdoby na imprezę dla dzieci. 

1. Rozpoczynamy odliczanie! // 2. Duet, który dba o rozświetlenie mojej skóry. Serum GLAZED SKIN bazuje na ceramidach i peptydzie, wspiera barierę ochronną skóry, regeneruje, intensywnie nawilża i pomaga przywrócić jej komfort, jędrność oraz blask. GLAZED EYES  to pierwsze serum od Say Hi stworzone specjalnie do pielęgnacji okolicy oczu. Serum ujędrnia, wygładza, regeneruje, nawilża i rozświetla, a jednocześnie pomaga zmniejszyć widoczność oznak zmęczenia, w tym cieni i opuchlizny. Razem tworzą THE GLAZED ROUTINE – dwa obszary, dwie formuły, jedna rutyna. 

Marka Say Hi gości w mojej kosmetyczce już od dłuższego czasu, a bez GLAZED SKIN nie potrafię już osiągnąć ładnego błysku na twarzy. Dla mnie to idealny zamiennik dla pewnego kultowego produktu od marki na literę R… Teraz można go kupić w mniejszym opakowaniu. Z kodem MLE20 otrzymacie 20% rabatu na wszystkie produkty w Say Hi (kod działa do końca października). Do tego gorąco Was zachęcam do zapisania się do newslettera, aby nie ominąć wyjątkowych ofert, które marka szykuje na Black Friday (dlatego im szybciej się zapiszecie, tym lepiej!). 
"Lalka", kolejny sezon "Dżentelmenów", "Kulawe konie", a może kurs o sztuce od "Poza ramami"? Co obejrzycie dziś wieczorem?
Gdy połowa zespołu na sesji jest przeziębiona i zakatarzona, więc…
…przynosisz na plan miód z pomarańczą i goździkami. Czasem wystarczy jeden taki słoik, aby wszystkim zrobiło się jakoś milej.Miód z pomarańczą i goździkami od Pasieki Rodziny Sadowskich to niezbędnik tej jesieni – sam w sobie smakuje jak zimowa herbata albo grzaniec. Polecam! Z kodem Makelife10 otrzymacie 10% rabatu na zakupy w sklepie. Gdy w trakcie zdjęć produktowych okazuje się, że połowa modeli jednak nie wejdzie do sprzedaży w planowanym terminie, ale Wy się tym średnio przejmujecie, bo właśnie jedna z Was dostała wiadomość, że dziecko dostało w szkole gorączki, a druga, że niania złożyła wypowiedzenie z dnia na dzień. 
Ten sweter to moja ukochana opcja dla wszystkich tych z Was, które nawet na imprezy chcą wkładać sweter :). 
Mimo wszystkich trudności, stresu, nieprzewidzianych sytuacji i niestabilności tego biznesu, chciałabym tylko powiedzieć, że nadal lubię robić to, co robię. A ten różowy akcent to niespodzianka, która ma Wam przypominać o czymś bardzo ważnym. Październik to miesiąc profilaktyki raka piersi, więc będziemy Was próbować przekonać do badań. 

Bardziej cieszy mnie coś, co mam od pięciu lat, niż rzecz, którą mam od pięciu dni. Jako przykład podaję te kozaki, które możecie pamiętać jeszcze z czasów pandemii ;). 

Aaaaa psik!

No dobrze, a teraz czas na mały tour po moim wrześniowym Sopocie. Mam wrażenie, że przez cały lipiec i sierpień nie było u nas tak pogodnie, jak teraz. Tak jakby lato chciało na koniec wszystko nam wynagrodzić. Park Południowy to jedno z moich ulubionych miejsc w Sopocie. Tuż obok kultowego Grand Hotelu, z różanymi rabatami, w których można odnaleźć najróżniejsze odmiany, takie jak "Comte de Chambord", "Victor Verdier" czy "Ballerina".Chyba każdy ma w życiu taki moment, kiedy wydaje mu się, że gdzieś indziej wszystko byłoby trochę piękniejsze. Że najwspanialsze poranki zdarzają się w Paryżu, a prawdziwe życie zaczyna się dopiero tam, gdzie są wielkie miasta, dużo świateł i przynajmniej trzy dobre piekarnie w promieniu pięciuset metrów.  

I dobrze. Nadal potrafię zachwycić się obcym miastem, krajobrazem czy miejscem, do którego chciałabym kiedyś wrócić. Ale z czasem coraz bardziej doceniam też ten zwykły, lokalny rodzaj przywiązania. Ten, który sprawia, że znany od lat widok nadal potrafi zatrzymać człowieka w pół kroku, a spacer tą samą drogą, po raz setny, wcale nie musi być nudny.Jak tu nudno… i pięknie.Jesienią nie zmniejsza się we mnie ciekawość świata, ale bardzo cieszy mnie to, że umiem już odnaleźć radość także tam, gdzie akurat toczy się codzienne życie. Nie potrzebuję zmieniać szerokości geograficznej, żeby mieć poczucie, że coś się wydarza.  Mam nadzieję, że czasem czujecie podobnie — bez względu na to, gdzie akurat jesteście. I bardzo się cieszę, że we wszystkich tych miejscach macie internet, żeby od czasu do czasu tu do mnie zajrzeć. ;) Dziękuję Wam za ten czas.

 

*  *  *

 

Zapiski o modzie i stylu – chyba jestem kiepską influencerką

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 

 

kolczyki – YES (kolekcja Bubble)

sweter z frędzlami, marynarka i satynowe spodnie – MLE

wysokie kozaki – Gianvito Rossi

torebka – Bottega Veneta

 

  Influencerka z definicji powinna „wpływać”. Najlepiej regularnie, skutecznie i w sposób, który da się później zmierzyć w kliknięciach, zasięgach i sprzedaży. Powinna być obecna, odkrywać nowości i nieustannie nadążać za tym, co akurat staje się viralem. Biorąc pod uwagę te kryteria, jestem dość beznadziejną influencerką.

  Publikuję za rzadko. Potrafię przez kilka dni nie wrzucić niczego na Instagram i, co gorsza, nie towarzyszy mi wtedy szczególne poczucie winy. W gąszczu codziennych spraw i obowiązków związanych z MLE zwyczajnie nie mam zbyt wiele czasu, żeby zastanawiać się, czy ktoś zdążył już zauważyć moją nieobecność (na szczęście nie należę do osób, które po kilku dniach ciszy wracają ze słowami „przepraszam, że zniknęłam” – naprawdę nikt nigdy nie czuł się urażony chwilowym milczeniem na Instagramie).

  Do tego chodzę głównie w rzeczach własnej marki, co z punktu widzenia influencera jest prawdopodobnie jeszcze mniej rozsądne. „Co masz na sobie?” jest pytaniem, na które zdecydowanie zbyt często odpowiadam tak samo. Czasami mam wrażenie, że mój codzienny strój wygląda jak wyjątkowo konsekwentne lokowanie produktu. Problem w tym, że to nie jest lokowanie. To po prostu moje ubrania. Skoro sama je projektuję, chyba nikogo nie powinno dziwić, że mam później ochotę je nosić.

  Mój styl jest też nudny do bólu. Nawet jeśli sama mam poczucie, że w ostatnich latach bardzo się zmienił, bo musiał dopasować się do zupełnie innego trybu życia – w międzyczasie pojawiły się dzieci, ciężar mojej pracy przeniósł się na MLE, a zamiast kolejnej podróży do Paryża coraz częściej wybieram spacer po pustej plaży – to większość z Was słusznie zauważa, że w mojej garderobie rzadko pojawia się coś naprawdę zaskakującego. Rozumiem to i nawet się z tym zgadzam. Nie potrafię jednak założyć czegoś, w czym sama czuję się źle, tylko po to, żeby ktoś inny mógł powiedzieć, że w końcu zrobiło się ciekawie.

  To samo dotyczy biżuterii. Najlepsze kolczyki nie są dla mnie tymi, które robią największe wrażenie na zdjęciu. Są nimi te, które zakładam rano, a przypominam sobie o nich dopiero wieczorem. Jeśli coś trzeba zdejmować przed każdą normalną czynnością życiową, nasza relacja prawdopodobnie nie potrwa długo. Dobra rzecz powinna wejść w życie na tyle naturalnie, że po pewnym czasie przestaje być „contentem”, a staje się po prostu częścią codzienności.

  Może więc rzeczywiście nie jestem szczególnie dobrą influencerką w klasycznym rozumieniu tego słowa.  Jeśli rzeczywiście, choćby w niewielkim stopniu, mam wpływ na Wasze wybory, chciałabym korzystać z niego w taki sposób, żebym sama czuła się z tym dobrze. Nie brzmi to może jak wielka filozofia, ale w internecie nawet o takich banałach całkiem łatwo zapomnieć. 

 

*  *  *

  Moje kolczyki o czystej i nowoczesnej formie są z Bubble od YES. Nie posiadają żadnej ostrej krawędzi, także przy zapięciu, dzięki czemu właściwie nie czujemy, że je nosimy.

Look of The Day

Wpis powstał we współpracy z marką L37. 

 

skórzane oficerki – L37 

sweter z frędzlami – MLE 

torebka – Bottega Veneta

 

Pierwszy chłodny weekend za nami, więc korzystając z uprawnień, których nikt mi nigdy nie nadał, oficjalnie ogłaszam sezon na oficerki za otwarty.

Konia nadal nie mam, ale z całą pewnością nie muszę nikomu tłumaczyć, że buty stworzone kiedyś właśnie do jazdy konnej, od dziesięcioleci należą do kategorii „forever fashion favorites”. Moda może co kilka sezonów ogłaszać ich wielki powrót, ale trudno wrócić, jeśli właściwie nigdzie się nie poszło. Mój model ma wbudowaną platformę i został wykonany z delikatnej skóry.

A skoro już udało mi się znaleźć jeden powód, żeby cieszyć się z pierwszego chłodnego weekendu, to dorzucę drugi: z kodem MLE15 kolekcję jesień–zima 26/27 w L37 kupicie teraz 15% taniej. Nie twierdzę, że rabat wynagradza koniec lata, ale być może klasyczne buty pasujące do wszystkiego ułatwią Wam codzienne wyjście z domu (kod ważny do 20.09, rabat nie łączy się z innymi promocjami).

 

MLE kadruje Bałtyk po swojemu. Nowa kolekcja AW26/27 wyrasta z krajobrazu polskiego wybrzeża

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Czy miejsce, na które patrzymy przez całe życie, może wpłynąć na to, jak projektujemy ubrania? W przypadku najnowszej kolekcji MLE odpowiedź pewnie przyjdzie do Was sama. No bo jeśli przez lata oglądasz Bałtyk w każdym możliwym wydaniu, od stalowej tafli po sztormowe odmęty, pewne obrazy po prostu zostają z Tobą na dłużej.

  Kolekcja jesień/zima 26/27 wyrasta z krajobrazu polskiego wybrzeża – ale bez dosłownych marynistycznych odniesień. Zamiast granatowych pasków są miękkie dzianiny z merynosa i wełny owczej, puchowe okrycia wierzchnie i frędzle przypominające spienione grzywy fal.

  To kolekcja o miejscu, które od początku kształtuje estetykę MLE. Od ponad dekady projektujemy nad Bałtykiem i właśnie tę perspektywę coraz wyraźniej traktujemy jako część własnego języka, szczególnie w kontekście jesienno-zimowych projektów, gdy robi się chłodniej, wiatr staje się mocniejszy, plaże pustoszeją, a paleta krajobrazu ogranicza się niemal do bieli, piasku, szarości i błękitu.

  Najbardziej dosłownym śladem Bałtyku są frędzle. Pojawiają się na dzianinach jak piana na grzywach fal – czasem miękkie i uporządkowane, innym razem niemal niesforne. Obok nich pojawiają się obszerne swetry, miękkie warstwy i czyste, oszczędne sylwetki. To zestawienie dwóch rzeczy, które nad polskim morzem istnieją obok siebie przez cały rok: surowości i miękkości. Geometryczna scenografia, ustawiona bezpośrednio na plaży, tworzy ramę dla Bałtyku, zmieniając go w część kompozycji. Postanowiłyśmy dosłownie skadrować morze, bo to jest właśnie nasz punkt widzenia.

  MLE od początku projektuje i produkuje w Polsce. Lokalność nie jest deklaracją dopisaną do kolekcji. Jest jej punktem wyjścia: od miejsca, w którym powstają projekty, przez krajobraz, który wpływa na ich estetykę, po rzemiosło stojące za gotowym ubraniem.

 

SESJĘ ZREALIZOWALI:

Fotograf: Jakub Pleśniarski

Stylizacje: Anna Dobrzańska

Asystent Stylisty: Max Pawełek

Makijaż: Katarzyna Korszla

Włosy: Patryk Nadolny

Scenografia: Piotr Piwowar

Wsparcie techniczne: Pin Up Studio

 

Ten sweter jest chyba jednym z tych projektów, w których najłatwiej zobaczyć, jak bardzo morze potrafi wejść człowiekowi do głowy. Frędzle miały przypominać morską pianę i chociaż w fazie projektu wydawało mi się, że to może zbyt odważny pomysł, to dziś uważam, że wyszło idealnie. Sweter Corvara jest już dostępny na stronie.  

Przez kilka miesięcy ten sweter funkcjonował u nas pod roboczą nazwą „Rekonstrukcja” i chyba trudno byłoby znaleźć dla niego lepsze określenie. Wzięłyśmy sploty z kilku naszych najbardziej charakterystycznych modeli, rozłożyłyśmy je na czynniki pierwsze, a później zaczęłyśmy układać od nowa. Trochę jak zabawa z własnym archiwum – znajome elementy połączyły się w coś, czego wcześniej w MLE nie było. ​Sweter Auronzo również jest już dostępny.

Kurtka Ortisei (dostępna od 11.09) i kapturek to nasze propozycje na chłodne dni. 

Gdy kochasz klasykę, a Twoja garderoba to głównie minimalistyczne ubrania, to może przyjść taki moment, kiedy będziesz chciała w prosty sposób ożywić swój styl. Jeśli masz czasem takie przemyślenia, to ten sweter jest dla Ciebie. Wchodzi do sprzedaży w przyszły piątek. 

Sweter Deia Ecru (dostępny od 11.09) 

Sweter Sora to model, który pojawi się u nas w opcjach dla całej rodziny. Wykonany jest w 100% z wełny merynosowej i pojawi się w MLE na przełomie października i listopada.

Płaszcz i chusta Megeve (dostępne pod koniec października) to zestaw, dzięki któremu jesień wydaje mi się jakaś taka elegancka i dostojna. 

Asia chce ten zestaw nosić na wieczorne wyjścia, a dla mnie jest to elegancka i zmysłowa alternatywa dla dresów. O czym to świadczy? Że obydwie jesteśmy zmarzlakami ;). Sweter i spódnica Lerici są już dostępne na stronie. 

 

***

 

Śledźcie MLE aby odkryć jeszcze więcej naszych nowości i pamiętajcie, aby w miarę możliwości, wybierać rzeczy polskiej produkcji.