
Wpis powstał we współpracy z Krosno i Topestetic oraz zawiera lokowanie marki własnej.
Pewne rzeczy się nie zmieniają. W lipcowe upały Polska pachnie dokładnie tak samo jak dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt lat temu. Rozgrzanym asfaltem, lipami, jagodziankami, suchą trawą i wodą z pobliskiego jeziora. Lada dzień Instagram znowu zaleją zdjęcia termometrów, ktoś napisze, że „35 stopni w Polsce to nie to samo co 35 stopni we Włoszech”, a Castorama poinformuje, że właśnie sprzedała ostatni wiatrak. Jak co roku będziemy zachowywać się tak, jakby lato postanowiło zaskoczyć nas zupełnie bez zapowiedzi. Tymczasem nasi rodzice i dziadkowie też przeżyli niejeden gorący lipiec. Nie mieli klimatyzacji, aplikacji pogodowych ani butelek termicznych, które utrzymują temperaturę frappucino przez dwanaście godzin i kosztują tyle, co weekendowy wyjazd. A mimo to, potrafili znaleźć własny sposób na przetrwanie najbardziej gorących dni, nim ktokolwiek wymyślił pojęcie „wellbeing”.
A ponieważ druga połowa lipca zapowiada się wyjątkowo gorąco, pomyślałam, że zamiast szukać inspiracji na południu Europy, warto zajrzeć do naszego własnego letniego archiwum. Polskie lato nie potrzebuje egzotyki. Dzisiejsze umilacze będą o tym, że mamy w własne rytuały, własne smaki i własne piękno, które od lat towarzyszą nam w najcieplejszych miesiącach roku.
1. Nasi dziadkowie znali patenty na upały. Architekci właśnie odkrywają je na nowo.
Kiedy dziś czytamy o projektowaniu domów odpornych na fale upałów, łatwo odnieść wrażenie, że to zupełnie nowa wiedza. Tymczasem wiele rozwiązań, które architekci określają dziś mianem”passive cooling”, czyli pasywnego chłodzenia budynków, opiera się na zasadach doskonale znanych naszym babciom i dziadkom. Nie używali modnych angielskich nazw. Po prostu wiedzieli, że najważniejsze jest jedno – nie wpuszczać gorąca do domu. Weźmy choćby „night flushing”. Brzmi jak technologia rodem z Doliny Krzemowej, ale w praktyce oznacza po prostu otwieranie okien na noc i zamykanie ich rano. Innymi słowy – dokładnie to, co przez lata robiła każda babcia, powtarzając: „Nie otwieraj teraz, bo całe gorąco wejdzie do środka.”
Dzisiaj architekci projektują budynki dokładnie według tej samej zasady. Zewnętrzne żaluzje, rolety typu screen czy ruchome drewniane lamele mają zatrzymać promienie słoneczne zanim dotrą do szyby. To bardzo ważna różnica. Gdy słońce nagrzeje szybę, większość ciepła i tak przedostanie się do wnętrza. Dlatego współczesne osłony montuje się na zewnątrz budynku, podobnie jak dawniej okiennice chroniły wnętrza wiejskich domów.
A jeśli pamiętacie mokre prześcieradło wiszące w oknie, to nie był to odpowiednik foliowej czapeczki na przeziębienie, tylko całkiem sensowna metoda chłodzenia. Woda, parując, odbiera ciepło z otoczenia. Dziś tę samą zasadę wykorzystują nowoczesne systemy chłodzenia wyparnego. Okazuje się, że nie wszystkie domowe patenty naszych babć czekały na obalenie przez naukę. Niektóre nauka po prostu po latach potwierdziła.

2. Lemoniada gruszkowa z tymiankiem i historia jednej szklanki.
Po zamknięciu okien przychodził czas na drugi, równie ważny rytuał – coś zimnego do picia. Najczęściej był to kompot, woda z domowym sokiem albo oranżada na specjalne okazje.I prawdopodobnie wszystko podawano w tej samej szklance. Szklanka Polka to jeden z tych przedmiotów, których przez lata właściwie nie zauważaliśmy. Była po prostu obecna – w kredensach naszych babć, na kuchennych półkach i w niemal każdym przepisie rozpoczynającym się od słów: „wsyp jedną szklankę mąki”. Zaprojektowana ponad osiemdziesiąt lat temu miała pojemność 250 ml i szybko stała się nieformalnym standardem w polskich domach.
Dziś, dzięki polskiej marce Krosno, wraca w odświeżonej formie – lżejsza, cieńsza i odporna na temperaturę. Na szczęście zachowała swój charakterystyczny kształt. Bo są rzeczy, których naprawdę nie trzeba było projektować od nowa.

Gdyby ktoś po lekturze doszedł do wniosku, że jednak potrzebuje w domu tej słynnej „szklanki z przepisu babci”, która stała się ikoną polskiego wzornictwa, to mam małą podpowiedź. Do 26 lipca kolekcja Polka marki Krosno jest objęta 15% rabatem z kodem MLE.

A skoro już mowa o letnich rytuałach, poniżej zostawiam przepis na napój, który w ostatnich tygodniach przygotowuję najczęściej. Gruszki, odrobina tymianku i dużo lodu.
Składniki:
4 miękkie gruszki
1 cytryna
kilka gałązek świeżego tymianku
ok. 500 ml wody gazowanej
2 łyżki miodu
2 szklanki kruszonego lodu

Sposób przygotowania:
Gruszki umyj, obierz, usuń gniazda nasienne i pokrój na małe kawałki. Wrzuć je do misy blendera razem z odciśniętym sokiem z całej cytryny i miodem. Zblenduj tak, aby nie było grudek, wrzuć kilka gałązek tymianku i odstaw na mniej więcej 2 godziny do lodówki (dzięki temu aromat tymianku stanie się lepiej wyczuwalny). Po tym czasie umieść w dzbanku kruszony lód, wlej lemoniadę i dolej wodę gazowaną. Na tym etapie możesz wszystko dokładnie wymieszać, a następnie dosłodzić lub dokwasić wedle uznania.

3. Cztery filmy, które najlepiej ogląda się wtedy, kiedy za oknem jest 33 stopnie.
Skoro już siedzimy zamknięci w mieszkaniu, z zaciągniętymi zasłonami, i próbujemy się schłodzić po całym dniu spędzonym w upale to przestańmy mieć wyrzuty sumienia, że cały wieczór spędzimy przed telewizorem. Przygotowałam cztery filmy, które najlepiej ogląda się z otwartymi oknami i szklanką czegoś zimnego w ręku.

„Utalentowany pan Ripley” (1999)
Jeżeli istnieje film, który skuteczniej niż Pinterest przekonuje do lnianych koszul, okularów przeciwsłonecznych i wakacji we Włoszech, to jest nim „Utalentowany pan Ripley”. Włochy końca lat 50., leniwe dni nad morzem, aperitivo, łodzie kołyszące się w porcie i poczucie, że czas płynie trochę wolniej. Oczywiście tylko do pewnego momentu, bo to jednak thriller.
„Heartbraker. Licencja na uwodzenie.” (2010)
Są filmy, które polecam tak często, że powinnam dostawać prowizję od platform streamingowych. „Heartbreaker. Licencja na uwodzenie” jest jednym z nich. To lekka francuska komedia z Monako w tle, świetnymi kostiumami i humorem, który nie obraża inteligencji widza. Jeśli po całym dniu upału marzy Wam się film, który poprawia nastrój równie skutecznie jak lemoniada, którą piję na tych zdjęciach, właśnie go znaleźliście.
„La Piscine” (1969)
Ten film udowadnia, że południe Francji potrafi być równie piękne, co niepokojące. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut kadry przypominają reklamę wakacji, na które wszyscy chcielibyśmy pojechać – elegancka willa, rozgrzane słońcem tarasy, cykady, błękitny basen i wnętrza, które mimo upływu lat wciąż wyglądają niezwykle stylowo. Jacques Deray wykorzystuje ten letni bezruch po mistrzowsku, stopniowo budując napięcie tam, gdzie pozornie nic się nie dzieje. Dodatkowego wymiaru całej historii dodaje fakt, że Alain Delon i Romy Schneider spotkali się na planie kilka lat po zakończeniu swojego głośnego związku. Widzowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że ekranowa chemia między nimi wykracza daleko poza aktorskie rzemiosło.
„Ziemia obiecana" (1975)
Na pierwszy rzut oka to dziwny wybór do letniego zestawienia. Ale wystarczy przypomnieć sobie sceny rozgrywające się w dusznych fabrykach, rozgrzanych kamienicach i zakurzonych ulicach XIX-wiecznej Łodzi. Czuć tam ciężkie, stojące powietrze, od którego aż chce się otworzyć okno. Jeśli nie widzieliście, to warto nadrobić – zwłaszcza z perspektywy dorosłego millenialsa.

4. Wieczór po plaży i kilka sposobów na schłodzenie rozgrzanej do czerwoności skóry.
Mam teorię, że polskie słońce ma najlepszy PR na świecie. Wyjeżdżając do Włoch czy Grecji, wszyscy nagle przypominamy sobie o SPF 50, kapeluszu i cieniu między 12.00 a 15.00. W Polsce? Przecież to tylko odrobina witaminy D…. Tymczasem temperatura i promieniowanie UV to dwie zupełnie różne rzeczy. W słoneczne dni indeks UV nad Bałtykiem czy w górach bardzo często osiąga latem 7–8, a zdarza się, że dochodzi do 9. To poziom, przy którym dermatolodzy zalecają wysoką ochronę przeciwsłoneczną i ograniczenie ekspozycji na słońce. Mimo to sama łapię się na tym, że to właśnie z plaży w Trójmieście najczęściej wracam z ramionami w kolorze pomidora. Najwyraźniej mój mózg uznaje, że skoro w zasięgu wzroku jest budka z goframi, zagrożenie nie może być poważne.
Po powrocie do domu plażowy kosz lądują na podłodze i natychmiast wysypuje z siebie pół plaży, a ja żałuję, że wychodząc nie wpakowałam do torby dodatkowo kremu spf do ciała zamiast oliwki przyspieszającej opalanie (nic się nie zmienia u mnie w kwestii kremu z filtrem do twarzy, to mój obowiązkowy ostatni krok porannej pielęgnacji i w moim przypadku spf do twarzy łączy pielęgnację, ochronę i makijaż). Schłodzony tonik wyjęty z lodówki, letni prysznic, lekki balsam po opalaniu i luźna bawełniana albo jedwabna piżama – brzmi, jak drobiazgi, ale naprawdę robią różnicę. Oto kilka moich poleceń na ten wieczór, kiedy pielęgnacja bardziej przypomina gaszenie pożaru niż wieczorne SPA.

To jeden z niewielu kosmetyków, który po upalnym dniu trzymam w lodówce. Nie wiem, czy działa lepiej, ale twarz jest zdecydowanie bardziej przekonana, że właśnie dostała urlop. Ta koreańska nawilżająco-rozświetlająca esencja działa wręcz jak serum. Oparta jest na zielonej kawie, peptydach i niacynamidzie. Ma bardzo wodnistą konsystencję, dlatego po dniu na plaży działa niemal jak pierwszy łyk zimnej wody dla odwodnionej skóry. W zależności od kondycji i potrzeb skóry esencję można zastosować na kilka sposobów – ja wybieram stosowanie warstwowe (zobaczcie na stronie Topestetic jak polecają kosmetolodzy).
JOONBYRD Moon Swim Hydrating Body Wash
Jeśli do tej pory (tak jak ja) uważałyście, że żel do mycia ciała może być byle jaki, to po użyciu tego produktu zmienicie zdanie. To nie jest zwykły żel pod prysznic. Zawiera kwas hialuronowy, witaminę E, prebiotyk (inulinę) i ashwagandhę, czyli adaptogen, który ma wspierać skórę narażoną na stres środowiskowy. Po dniu spędzonym na plaży ważne jest, żeby nie przesuszyć dodatkowo skóry agresywnymi detergentami, dlatego łagodne formuły mają tutaj sens. Zapach (wanilia, kawa i karmel) też robi swoje.
JOONBYRD Daydreamer Body Serum
To serum do ciała o żelowo-olejowej formule stworzone z myślą o skórze wymagającej ujędrnienia, ale i takiej zaawansowanej pielęgnacji. Nuty zapachowe tego serum otulają eleganckimi aromatami kaszmirowego piżma, bursztynu, drewna gwajakowego, jaśminu oraz karmelu. Ten kosmetyk zawiera biomimetyczny kompleks peptydowy z szafirem, który wspiera syntezę kolagenu i elastyny, poprawia gęstość skóry i wzmacnia jej barierę ochronną. Zielona kawa pobudza mikrokrążenie, a także działa ujędrniająco, a ekstrakt z parakrzesu zapewnia efekt wygładzenia i poprawy napięcia (koniecznie zobaczcie zdjęcia przed i po 4 tygodniach stosowania na stronie Topestetic, to w pełni zrozumiecie, jak ważny jest ten produkt w pielęgnacji ciała ;) ).

SKYMILK Panthenol Cream With Donkey Milk
A to już prawdziwa karetka na sygnale dla naszej skóry – krem z pantenolem i oślim mlekiem. Intensywnie nawilża, łagodzi wszelkie podrażnienia i przynosi natychmiastową ulgę – po długiej kąpieli słonecznej, albo męczącym dniu w upale, będzie jak plaster dla naszego ciała. Co więcej, ten krem jest odpowiedni do pielęgnacji każdego rodzaju skóry i dla każdej grupy wiekowej – od niemowląt po osoby dorosłe.
Physical Protectant Tinted SPF 30 Light To Medium
Ten spf już pewnie dobrze znacie z moich wcześniejszych poleceń blogowych – od lat po niego sięgam i niezmiennie jest w gronie moich ulubieńców. Daje piękny efekt na skórze twarzy. To ostatni krok mojej codziennej porannej pielęgnacji. Ale czasami stosuję go nawet na wieczorne wyjścia latem – po całym dniu na plaży często nie mam ochoty nakładać podkładu, a taki produkt załatwia trzy sprawy naraz (pielęgnuje, chroni i wyrównuje koloryt). Filtry mineralne (tlenek cynku i dwutlenek tytanu) działają od razu po aplikacji i są dobrze tolerowane przez skórę wrażliwą.

5. Dom MLE (mój top wchodzi do sprzedaży już w ten piątek).
Na koniec dwie krótkie informacje. Pierwsza jest taka, że to już ostatni moment aby kupić coś w czasie wyprzedaży w MLE. Nigdy nie lubiłam sytuacji, w której ubranie z tygodnia na tydzień traci kolejne 10 czy 20 procent swojej wartości. To nie byłoby fair ani wobec osób, które kupiły je wcześniej, ani wobec naszej pracy. Dlatego jeśli coś od dawna było na Waszej liście, to jest dobry moment. Jeśli nie było, to i tak nie powinnyście tego kupować tylko dlatego, że nagle stało się tańsze.
A druga informacja to raczej zaproszenie. Od kilku miesięcy rozwijamy coś, co nazwałyśmy Domem MLE. Od dawna mam poczucie, chociażby po naszych przypadkowych spotkaniach czy wiadomościach, które od Was dostaję, że łączy nas znacznie więcej niż ubrania. MLE i nasze projekty są raczej wynikiem tych wspólnych upodobań niż ich przyczyną. Ono po prostu sprawiło, że łatwiej było nam się odnaleźć. Dlatego pomyślałyśmy o miejscu dla tych z Was, które chciałyby być trochę bliżej. Nie tylko nowych kolekcji, ale też wszystkiego, co nas inspiruje i z czego to MLE właściwie się bierze. Do Domu MLE możecie zapisać wchodząc na naszą stronę (po kilku sekundach pojawi wyskakujące okienko, w którym podajecie potrzebne dane).

Mam wrażenie, że najłatwiej zachwycamy się tym, co nowe, egzotyczne albo trudno dostępne. Tymczasem przez cały ten wpis wracałam do rzeczy, które większość z nas zna od dziecka albo które otaczają nas przez cały czas. Z polskimi produktami często jest podobnie. Czasem trzeba, żeby ktoś opowiedział ich historię, zanim zauważymy, że od dawna mamy je obok siebie. I że ciężko jest znaleźć coś lepszego nawet na końcu świata.
Właśnie tego chciałabym sobie i Wam życzyć tego lata — żeby jak najczęściej zachwycać się tym, co nie próbuje na siłę zwrócić naszej uwagi.
* * *


Gdyby ktoś myślał, że w czerwcu nad polskim morzem nosi się bikini… Początek tego miesiąca nie zwiastował żadnej fali upałów.
Ukochane Lubiatowo, którego krajobraz wciąż się zmienia (ku naszemu niezadowoleniu).
Jazda konna w Folwarku Jackowo, opalanie w Sasinie i oczywiście obiad w Ewie Zaprasza (niektórzy przyjeżdżają do tej restauracji nawet z Krakowa ;)).
Konie na prawdziwym pastwisku. Wiele z nich miało swoje przejścia, ale odnalazły swój szczęśliwy przystanek.
1. Gdy nudzi Ci się powoli Twoje wnętrze, ale na myśl o remoncie od razu stwierdzasz, że jest ślicznie i jednak nic nie chcesz zmieniać. // 2. Gdy w końcu mogłaś spać do dziewiątej, ale od piątej nie możesz zmrużyć oka. // 3. Mini szampon, maska do włosów, balsam, płyn do mycia ciała i twarzy od Sensum Mare. Właśnie czegoś takiego potrzebowałam na mój wyjazd pod namiot. A wiecie, że do 30 czerwca w
Nawigator taksówkarza – i od razu wiadomo, że jesteśmy w Paryżu!
Taka tam zwykła pierwsza lepsza uliczka w Paryżu. Ależ dobrą robotę wykonał ten Haussmann.
1. Gdy bardzo się śpieszymy, więc zamawiamy, co jest. // 2. Od lat wierzymy w nasze tenisistki i zawsze kupujemy bilety tylko na kobiecy finał – możecie się więc domyśleć, jaka to była radość, gdy okazało się, że niespodziewanie zagra w nim Maja Chwalińska. //
1. Krótka przerwa między gemami – przyglądam się więc widowni. // 2. Maja Chwalińska została pierwszą kwalifikantką w historii, która awansowała do finału French Open. Wcześniej żadna zawodniczka, która przebijała się przez kwalifikacje, nie zagrała w finale Rolanda Garrosa.
Łatwo podziwiać dwie godziny meczu, dużo trudniej pamiętać o tysiącach godzin treningów, których nikt nie ogląda. Będąc na trybunach, chyba łatwiej dojrzeć to, że oglądamy tak naprawdę człowieka z krwi i kości, który toczy właśnie najważniejszą walkę w swoim dotychczasowym życiu.
Niezależnie od tego, jak skończył się tamten mecz – Maja i tak sprawiła nam niesamowitą niespodziankę. //
Jeśli coraz częściej masz poczucie, że zaczynasz być brzydka i bez filtrów wyglądasz okropnie…
… I że Twoje ubrania do niczego się nie nadają…
… I że Twoje mieszkanie przestało Ci się już podobać…
… I że u Ciebie jest zawsze brzydka pogoda…
… I Twoja codzienność zaczęła wydawać Ci się nudna…
… I że jesteś złą mamą…
1. Gdy w radiu grają piosenkę "Torn" to millenialsom jakoś łatwiej wtedy wstać. // 2. Moje marne zbiory i stary pumpernikiel… zaraz coś z tego wyczaruję. //
„Dziś wiszą dumnie w salach polskich muzeów, ale zanim się tam znalazły, prowadziły zaskakująco bujne życie. Zaszywane w jedwabie, kradzione, darowane w prezencie lub przywożone jako pamiątki z podróży. Przenoszone z miejsca na miejsce albo ukrywane na długie lata. Mowa o dziełach najwybitniejszych mistrzów malarstwa europejskiego, które w wyniku przedziwnych zbiegów okoliczności trafiły do naszych rodzimych zbiorów.” To wielki talent opowiadać o sztuce tak, aby zainteresować każdego, nawet najbardziej zniechęconego słuchacza. Tę umiejętność posiada niewątpliwie Paweł Bień, a jego książka "
Być może o niektórych historiach tych obrazów słyszałyście, ale sposób, w jaki opowiada o nich pan Bień sprawia, że każdy wątek chcecie zapamiętać, aby umieć potem przekazać to dalej.
1. Szczypiorek czyli moje największe rolnicze osiągnięcie ostatnich lat. // 2. W sumie nie jestem pewna, czy jestem w piżamie i ubrałam na siebie byle co, aby wyjść po zioła na taras, czy jednak wymyśliłam cool zestaw na festiwal. //
Mój najwierniejszy asystent kucharza. Dba o zatowarowanie (albo jego brak). 
Trzynaście stopni, bo przecież połowa czerwca. Jak dobrze, że mam w swojej szafie naprawdę sporo swetrów.
MLExMORDOR, czyli comiesięczna sesja produktowa. Praca w taki dzień jest powtarzalna i trwa zawsze sporo czasu, ale i tak jestem dumna z tej zmiany, bo zdjęcia na stronie wyglądają teraz znacznie bardziej profesjonalnie. Mam wrażenie, że w MLE ogromną uwagę skupiamy na produktach, aby były dopracowane do ostatniej niteczki i potem brakuje nam już trochę tego zapału, aby móc zaprezentować efekty w odpowiedni sposób (Z kolei w dzisiejszej branży odzieżowej sukcesy odnoszą te marki, które robią dokładnie na odwrót ;)). A może to tylko moje subiektywne wrażenie?
1. z cyklu "Rozmowy dwóch CEO": "Asia, raz, dwa, trzy, ja zaklepuję ten
Poczułam pierwszą kroplę, więc wbiegam do środka – wiem doskonale , gdzie w Gdańsku schować się przed deszczem.
1. Za oknem grzmi, ale ja skryłam się w bezpiecznych murach galerii
Nicolas Grospierre kieruje obiektyw na budynki epoki modernizmu, obok których codziennie przechodzimy bez większych emocji. To, co zwykle wydaje się zwyczajne, nagle zaczyna wyglądać jak scenografia do futurystycznego filmu o przyszłości, który ktoś nakręcił kilkadziesiąt lat temu.
Czasem ciężko zdecydować, czy blokowiska i powojenny modernizm kochać, czy wyburzać. Wiele rozwiązań architektonicznych o światowym poziomie nie przetrwało zderzenia z bylejakością codziennego utrzymania. 
Dopiero teraz, po kosztownych remontach, odkrywamy zalety i skromną, ale na swój sposób fascynującą urodę takich dzieł architektury jak Dworzec Centralny czy katowicki Spodek. Trzeba uznać fakt, że każdy budynek stanie się obrzydliwy, jeśli przez 30 lat nie będziemy go myć, naprawiać i sprzątać.
Galeria NOMUS "Nicolas Grospierre. Permakryzys" 14.05 – 6.09.2026, Gdańsk.
A na parterze budynku, w którym mieści się galeria, możecie zjeść pyszną drożdżówkę, albo wypić pyszną kawę.
Pokazywać Wam więcej nieoczywistych miejsc związanych ze sztuką w Trójmieście?
A ten napis czekał na mnie tuż po wyjściu…
Czerwcowa puszcza za oknem.
Ja i koncerty to rzadkie połączenie, ale skoro Sopot jest taki "małomiasteczkowy"…
…to żal nie skorzystać z takiej okazji.
Chyba jesteśmy za młode na takie szalone wieczory ;).
1. Najlepsze polskie czerwcowe obiady. // 2. I najlepsze czerwcowe kwiaty…//
Kwitnący jaśmin to moja najlepsza motywacja do wspinaczki.
1. Herbata parzona na zimno. Znacie? Na pewno tak, ale wiem, że o dobrych rzeczach czasem warto przypomnieć (mi przypomniała o tym Meghan Markle, ale nie żebym oglądała jej program ;)). // 2. Upalne wieczory w Sopocie i podejrzliwi sąsiedzi. //
Herbatę parzoną na zimno polecam szczególnie tym z was, które nie przepadają za smakiem zielonej herbaty, ale chciałyby ją pić z prozdrowotnych względów. Herbata parzona na zimno jest zdecydowanie delikatniejsza, ma ładniejszy kolor i dużo przyjemniej się ją pije – jestem pewna, że gdy raz spróbujecie, to stanie się ona Waszym ulubionym rodzajem lipcowego nawodnienia.
Ja wybrałam „Green Lemon” od
Wystarczy dobrej jakości herbata z jakimiś owocowymi akcentami – zalewamy ją chłodną wodą i zostawiamy na godzinę.
Te dwie rzeczy razem oznaczają, że w mieszkaniu pachnie poezją.
"Slow" na Garnizonie.
1. Omlet, bo nawet ja uległam trochę tej białkowej propagandzie ;). // 2. "Drogi Panie Informatyku, niestety sweter padł i strona nie dziala. To znaczy swerter. To znaczy swerwer. To znaczy SERWER" – czyli ja i Monika gasimy poniedziałkowe pożary.
Nawodnienie od wewnątrz zamówiłam, a to od zewnątrz wyciągnęłam z torebki. Miło mieć taki krem do rąk, który nie dość, że pielęgnuje, to jeszcze cieszy oko. Te dwie tubki o nowoczesnym kształcie są od
1. Kocham tę spódnicę! // 2. Kompaktowy, ładny. Skuteczność oparta na składnikach naturalnych z kompaktowym designem może iść w parze. :). // 
Jeśli mainstreamowe treści dotyczące sztuki już Was męczą i potrzebujecie czegoś naprawdę wnikliwego, co rozgrzeje Wasze neurony do czerwoności, to ta pozycja Was nie zawiedzie (na tę książkę też działa kod do
Magia hamaka.
A tu magia Sopotu.
Udawajmy turystki, kupmy gofra!
Wszystkie trójmiejskie odcienie błękitów.
Analogowe życie. Trzeba się postarać, aby do niego wrócić, ale warto (zwłaszcza w wakacje).






Wpis powstał we współpracy z marką Wild Hill Coffee, wydawnictwem Media Rodzina, marką Francine&Mat oraz zawiera lokowanie marki własnej.
Na początku maja ropoczęłam swoją najdalszą podróż w życiu. Japonia marzyła mi się od lat i powiem Wam, że już trochę za nią tęsknię – tutaj pierwszy przystanek, czyli Nikko.
Po prostu typowy dzień w Japonii. 
1. Nigdy nie czułam się jednocześnie tak spokojna i tak zagubiona, jak tu – w Japonii. // 2. Mój ulubiony zestaw w tym sezonie (pomijając oczywiście siedem innych). Linkuję dla Was
– Jaką chcesz herbatę?
Dla wszystkich, którzy kochają drewno.

2. Wytwórnia Ghibli i „Mój sąsiad Totoro”.
3. Matcha.
5. Spokój, harmonię, szanowanie granic innych.
Tak wygląda wnętrze torebki, gdy wyruszam na lotnisko. Kilka godzin później, okazuje się, że w ciągu dnia moja torebka pełniła funkcję śmietnika do odpadów zmieszanych. 
Wygląda pięknie. Kuchnia japońska jest zaskakująca, ale na dłuższą metę wolę chybą naszą polską ;).
Niestety, tylko replika. Oryginał schowany dla bezpieczeństwa. W prawie całym muzeum nie można robić zdjęć z obawy o flesz, który może uszkodzić dzieła, a sale są tak ciemne, że czasem trudno jest odnaleźć drzwi.
Nieco dziwna instalacja przedstawiająca starego Hokusaia pracującego nad rysunkiem obok jego córki, Katsushika Ōi. Wokół panował chaos — porozrzucane narzędzia, papiery, nieład. Podobno naprawdę tak żył i tworzył. Do późnej starości pracował niemal bez wytchnienia, a pod koniec życia mówił, że dopiero zaczyna rozumieć sztukę. Patrząc na tę scenę, myślę o tych wszystkich współczesnych opiniach, że „kiedyś nie było ADHD” albo innych neuroatypowości. Kiedy czyta się biografie wielkich artystów, wynalazców czy twórców, bardzo często widać ludzi bezgranicznie skupionych na swojej pasji, niepasujących do społecznych norm swoich czasów. Często byli samotni i niezrozumiani. Ich życie bywało trudne, ale właśnie ta inność mogła popychać ich do tworzenia rzeczy, których świat początkowo nie umiał pojąć.
Jeśli chcecie zobaczyć twórczość tego słynnego artysty to wybierzcie się do Muzeum Sumidy Hokusai. Przybijam sobie sama piątkę, że mimo głośnych protestów, postawiłam na swoim i udało mi się przywlec tu moją rodzinę, przeciągając ją przez całe Tokio (jedyne 14 milionów mieszkańców). I myślę, że nasi milczący współpasażerowie w metrze też są ze mnie dumni. 

Po powrocie rzuciłam się w wir pracy i rodzicielskich zajęć. Przez dobrych kilka dni nie włączyłam nawet aparatu w telefonie (co najwyżej po to, aby sfotografować lekarskie zalecenia czy plan przedszkolnej wycieczki wywieszony w szatni). Tempo codziennego życia było naprawdę bardzo szybkie… aż nagle zwolniło. Na lotnisku. Podróże to momenty, w których znów czuję tę młodzieńczą potrzebę fotografowania. Tyle że piętnaście lat temu za Chiny nie pojechałabym w takim stroju do miejsca, w którym właśnie wylądowałam.
1. Uznajcie tę kamienicę za podpowiedź. // 2. "Bardzo się cieszymy, że Pani przyjechała. Pokój będzie gotowy za 6 godzin, czy chce Pani w tym czasie napić się wody?" // 3. "Za sześć godzin, Madame, to ja będę mieć w aplikacji Zdrowie szesnaście tysięcy kroków. 4. Delikatne jak kamień. Rzeźby w Muzeum Orsay zawsze zatrzymują wzrok na dłużej. //
To oczywiście Van Gogh a nie Renoir, ale gdyby wystawa, którą polecałam Wam się nie spodobała, to na innych piętrach Muzeum Orsay znajdziecie tak nieprawdopodobne zbiory najsłynniejszych artystów w historii, że nikt nie wyjdzie stamtąd zawiedziony. A jeśli wybieracie się do Paryża, to zachęcam jeszcze raz do lektury
No i jestem. Świeżutka jak bułka z Żabki o godzinie 20:00.
Chlebek bananowy czy jednak ciasteczko z Matchą w ramach wspominania Japonii?
Moje ukochane spodnie, które noszę już trzeci rok wróciły do sprzedaży.
Wnętrze Grand Palais, które można też podejrzeć przy okazji wystawy Matisse'a.
Ok, czy mam w walizce jeszcze jakieś buty, które mnie nie obtarły?
Milion bezsensownych zdjęć Paryża i wyładowana bateria, gdy w końca chciałaś sfotografować coś ważnego.
Znalazłam w Paryżu idealny lokal dla MLE.
Ten trochę gorszy, ale od biedy może być.
Nie wiem czy można czuć większe „fomo” niż wtedy, gdy cały Paryż czeka na Ciebie, a Ty musisz usiąść do laptopa i odbębnić kolejne dwie godziny na szkoleniu. Chyba te wszystkie rolki na Instagramie o samorozwoju weszły trochę za mocno ;).
A skoro już mowa o obtartych stopach, to czas na pierwsze obcasy na tym wyjeździe.
Brasserie l’Emil. Idealna opcja, gdy w Paryżu pada. Tuż obok słynnej paryskiej opery.
Gdy od lat nie potrafisz zrobić czegoś dla siebie samej, ale Twoja przyjaciółka wręcz przeciwnie, wiec podłączasz się pod jej „dla siebie samej” i tym sposobem wchodzisz z nią teraz do Opery Paryskiej na Damę Kameliową.
Piękna i smutna historia o nieszczęśliwej miłości, chociaż jak dla mnie, to przede wszystkim opowieść o tym, że za błędy serca największą cenę na tym świecie zawsze płaci kobieta.
Kolejny dzień mamy w Sopocie piękną pogodę. A przynajmniej tak słyszałam ;). Wczoraj wróciłam z Paryża, a dziś znów jesteśmy w naszym MLE Mordorze i robimy zdjęcia produktowe. Ale obiecałam sobie, że wieczór spędzę na hamaku! :)
1. Gdy bardzo chcesz coś pokazać, ale naprawdę nie możesz tego zrobić. Jesień będzie piękna! // 2. Oj, jak dobrze wiem, że można wyglądać tak, jakby się skrolowało Tiktoka, a tak naprawdę właśnie ogarnia się logistyczną machinę. Prawda, Monika? //
Patrzę na te wszystkie nasze zestawy i myślę sobie, że ja już naprawdę nic poza MLE w szafie nie potrzebuję.
A w studio jest tak zimno, że aż miło omawiać swetry na sezon jesień/zima 2026/27.
Gdy wszyscy znajomi są na plaży ;).
Wszystkie w MLE jesteśmy znad morza. I powiem Wam, że klimat spacerów po plaży, to my naprawdę rozumiemy, jak nikt inny.
Szklanka do połowy pełna czy do połowy pusta? Jakim typem osobowości jesteście?
Ten moment, gdy nadal zapominasz ze Dzień Mamy to też Twoje święto, więc na żadne niespodzianki nie czekasz, tylko wstajesz i jedziesz do swojej mamy.
Gdy cała Polska rusza w moje strony, ja jadę dokładnie w przeciwnym kierunku.
Boję się turbulencji, ale dzięki nim czytam więcej niż przez resztę roku.
Ale zapeszyłam z tymi turbulencjami.
Książka "
Dzień dobry. Nie, nie jesteśmy akwizytorkami, a ja nie mam w walizce nieoryginalnych części do Termomixa.
Jeśli wydaje się Wam, że przedkładamy z Asią nasze potrzeby nad Wasze, to chciałam tylko dać, że po Dniu Mamy zabrakło dla nas tych ortalionowych kurtek. Przed tym wyjazdem została w magazynie jedna sztuka i uznałyśmy, że dopóki któraś z Was jakiejś nie zwróci to musimy się nią dzielić ;).
Jeśli jesteście z okolic, to teraz możecie przymierzyć i kupić nasze rzeczy w LA'ANA (Tadeusza Kościuszki 27, 30-105 Kraków).
A tuż obok… Zaczyn.
Może to miejsce Was naprowadzi, gdy będziecie poszukiwały kolejnego showroomu z MLE – dawny, średniowieczny klasztor, w którym obecnie znajduje się Muzeum Architektury. Mini Bebe jest dosłownie tuż obok!
MLE jest teraz także w Mini Bebe we Wrocławiu – zapiszcie sobie adres: Bernardyńska 4B, Wrocław.
Czy dorosła kobieta może mieć taką torebkę? Nie odpowiadajcie. Chcę wierzyć, że tak.
1. Wiemy, że zakupy na żywo, to coś, czego Wam czasami brakowało. // 2. Są jeszcze miejsca, gdzie można kupić nasze dżinsowie kurtki ;). //
Jaka to przyjemność chodzić, patrzeć i dotykać!
Nic nie kupuj… nic nie kupuj… nic nie kupuj…
Co kupiłam.
Co miałam kupić.
Zapomniałam już jak miło podróżuje się pociągami (oczywiście, tylko pod warunkiem, że wykupiliście siedzącą miejscówkę i zdążyliście na pociąg).
O nie, nie, nie. Jeśli faktycznie mam ogarnąć te porządki i wrzucić coś na Vinted, to najpierw potrzebuję drugiej kawy. 
Lubię produkty, za którymi stoi nie tylko dobry smak, ale też konkretna jakość. Kawy Wild Hill Coffee pochodzą z certyfikowanych upraw organicznych, a każda partia ziaren przechodzi szczegółowe badania laboratoryjne pod kątem obecności pleśni, mykotoksyn i akrylamidu. To właśnie dzięki temu mam pewność, że w filiżance znajduje się wyłącznie wysokiej jakości kawa – czysta, bezpieczna i wolna od niepożądanych substancji, które niestety mogą pojawiać się w źle przechowywanych lub niskiej jakości ziarnach.
Dzisiaj wszystko idzie jak po maśle.
U mnie od naprawdę długiego czasu, jak kawa to Wild Hill Coffee. Jest organiczna, uprawiana bez pestycydów, z poszanowaniem ekosystemu oraz zdrowia ludzi pracujących na plantacjach. Najważniejszym powodem, dla którego powinnaś kupować kawę "specialty" nie jest smak, a ochrona Twojego zdrowia.
No dobra, to ruszamy! Tej sukienki jednak nie oddaję! Pamiętacie ją z zeszłorocznych wpisów?
Wszystkie wystawione przeze mnie rzeczy na Vinted znajdziecie
To był tak stresujący dzień, że gdy w końcu weszłam do pociągu, gapiłam się w ten widok przez dłuższy czas, aby uspokoić nerwy. Są takie momenty, że chciałabym ponarzekać na rolę córki premiera i powiedzieć trochę więcej z czym to się wiążę ;). Ale na szczęście, szybko wracam na ziemię i przypominam sobie, że naprawdę może być gorzej, a uzewnętrznianie się jeszcze nigdy nie przyniosło mi nic dobrego. Dygresja, która nic nie wniosła, ale wiem, że mam tu wiele życzliwych osób, które rozumieją więcej niż mi się wydaje.
Jeszcze przez te kilka dni mogę cieszyć się zapachem bzu… Mecz tenisa tak mnie stresuje, że na chwilę uciekam do ogrodu, żeby ochłonąć.
To będzie długi wieczór… widzę, że z wiekiem nabyłam pewną umiejętność. Nawet, gdy moją głowę zaprzątają niemiłe myśli, albo wiem, że kolejny dzień będzie ciężki, to coraz łatwiej przychodzi mi nie tyle zapominanie o złych emocjach, co zamykanie ich w osobnej szufladzie. To że mamy cięższy czas, wcale nie oznacza, że nie możemy przeżywać miłych chwil, śiac się z dziecmi, pozwalać sobie na przyjemności. Perfekcyjne okresy zdarzają się rzadko (a mam wrażenie, że wraz z upływem lat zdarzają się coraz rzadziej) więc trzeba nauczyć się żonglerki trudami i radościami, bo zawsze będą się one przeplatać ze sobą. Nie wiem, czy w ogóle potrafię wytłumaczyć o co mi chodzi ;).
A co to za piękna paczuszka do mnie dotarła?
Little Pleasure Set to nowość w
Wymarzona kompozycja szlachetnych olejów roślinnych dla mojej skóry – migdał słodki, morela, makadamia, dzika róża. Olejek Marrakesh wygrał Glammies 2026 magazynu Glamour w kategorii ciało. Dla marki Francine&Mat to wielkie wyróżnienie i na pewno motywacja do dalszej pracy. I z tej okazji wyjątkowo chcą zachęcić Czytelniczki MLE, aby same sprawdziły czy wart jest tych nagród: kod MLE15 da Wam -15 % (ważny do 12 czerwca).
1. Gdy do końca blefuję, że będziemy mogły spać w ogrodzie, bo wiem, że lada moment powiedzą, że jednak nie chcą. // 2. Nikt w MLE nie spodziewał się, aż tylu zamówień z okazji Dnia Mamy. Nie było więc żadnych wyjątków i przez Wasze zakupy wszystkie musiałyśmy pakować paczki. Jeśli więc ktoś z Was dostał pomylone zamówienie – no cóż, to może być dosłownie moja wina.
Leci na Ciebie, gdy przychodzi wieczór. Wiecie kogo mam na myśli? 







