Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Wild Hill Coffee, wydawnictwem Media Rodzina, marką Francine&Mat oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Właśnie wróciłam z mojego ogrodu. Narwałam chyba ostatnie już kwitnące gałązki bzu – z większości sypią się już fioletowe płatki, które na trawie wyglądają jak confetti. Gdy położę dzieci, skończę zaległości w pracy i pisanie tego wpisu, to wrócę do oglądania „Nocy i dni” – nie wiem, jak to się mogło stać, że przez 38 lat omijała mnie ta ekranizacja, ale nie ma chyba lepszego momentu aby ją zobaczyć, niż przełom maja i czerwca. Trudno o piękniejszy obraz polskiej wiosny – rozkwitającej, pachnącej i nostalgicznej.  

  Lada moment jedne pejzaże ustąpią miejsca kolejnym. Bez odejdzie w zapomnienie, a w zamian na jeziorach zakwitną nenufary. Być może problemy, które zaprzątały mi głowę w maju, stracą na znaczeniu (choć zapewne pojawią się nowe). A może któreś ze wspomnień ostatnich tygodni szczególnie zapadnie mi w pamięć i będzie wracało każdej kolejnej wiosny? Zaraz przejrzę razem z Wami majowe kadry i sprawdzę, które z nich mają na to największą szansę.

 

Na początku maja ropoczęłam swoją najdalszą podróż w życiu. Japonia marzyła mi się od lat i powiem Wam, że już trochę za nią tęsknię – tutaj pierwszy przystanek, czyli Nikko.  Po prostu typowy dzień w Japonii. 

Nara Park, niedaleko Kioto. Jelonki (w teorii bardzo łagodne) zamieszkują jego teren i czekają na specjalne przekąski. 

1. Nigdy nie czułam się jednocześnie tak spokojna i tak zagubiona, jak tu – w Japonii. // 2. Mój ulubiony zestaw w tym sezonie (pomijając oczywiście siedem innych). Linkuję dla Was kurtkę i dżinsy. // 3. Kupiłam w słynnym parku Nara specjalne przekąski dla tych niewinnych jelonków i prawie zostałam przez nie pożarta żywcem. // 4. Spokojnie, czekają nas tylko cztery przesiadki Szinkansenem :). // 

– Jaką chcesz herbatę?

– Obojętnie jaką.  

Tymczasem „obojętnie jaka herbata” w Japonii.  

Dla wszystkich, którzy kochają drewno.

Co pokochałam w Japonii? I dlaczego tak łatwo romantyzować ten kraj z perspektywy Europejki? Swoje wyliczanie rozpoczynam od…

1. Japandi i estetyczny reset.

Czy właśnie przyszedł ten moment, kiedy po latach życia w miękkim, przytulnym „hygge wnętrzu” człowiek zaczyna potrzebować już nie tylko ukojenia, ale też ciszy wizualnej i porządku? Japońskie wnętrza były dla mnie zawsze czymś w rodzaju „podziwiam, ale nie zamieszkam”.  

Jednak zetknięcie ze stylem „Japandi” w jego bardzo dopracowanej wersji sprawiło, że całkowicie przewartościowałam to myślenie. Spotkanie dwóch porządków – skandynawskiego hygge i japońskiego wabi-sabi okazuje się być idealną syntezą.  

 2. Wytwórnia Ghibli i „Mój sąsiad Totoro”.  

O filmach wytwórni Ghibli pisze się dziś prace akademickie i eseje kulturoznawcze – i trudno się dziwić. To piękne opowieści, na czele z „Moim sąsiadem Totoro”, w których dzieci nie dostają pełnej kontroli nad sytuacją, nie „ratują” dorosłych i nie sprawiają magicznie, że cierpienie znika. Widzą natomiast, że mimo różnych trudności, wciąż można czuć się bezpiecznie i uczyć się być szczęśliwym. Dla mnie, to świetna alternatywa dla bajek zachodniego świata, które w ostatnim czasie stały się pobudzającą, dopaminową sieczką.  

3. Matcha.

Faktycznie nie smakuje jak "trawa po deszczu". Ta w Japonii jest kremowa, lekko umami, wręcz maślana.

4. Styl, w którym każdemu jest wygodnie, a jednocześnie, jest w nim coś wyrazistego.  

Japoński styl ma w sobie coś uwalniającego psychicznie. Tam nikt nie wygląda, jakby panicznie próbował być młodszy, sexy albo bardziej modny od innych. Trochę jakby moda przestała służyć ocenianiu, a raczej tworzyła własną, komfortową, przestrzeń wokół siebie.    

5. Spokój, harmonię, szanowanie granic innych.  

  Japonia działa tak, jakby ktoś ściszył świat o 40%. Przestrzeń publiczna opiera się na niepisanej zasadzie: „nie utrudniaj życia innym”. Co ciekawe – ten system działa dzięki społecznej świadomości, a nie ciągłym zakazom. Szacunek widać w drobiazgach. W nieprzepychaniu się, nawet, gdy jest tłum. W tym, że kierowca autobusu przeprasza za 30 sekund opóźnienia. Albo że nawet w zatłoczonym Tokio człowiek ma poczucie mniejszego przebodźcowania niż w europejskim sklepie w sobotę o 15:00.  

 Ten porządek bywa momentami komicznie doprowadzony do perfekcji. Istnieją instrukcje dotyczące ustawiania walizek w pociągu, odpowiednie kąty ukłonu i cała kultura „czy przypadkiem nie zajmuję za dużo przestrzeni swoim istnieniem”. Europejczyk początkowo jest zachwycony, a potem zaczyna się zastanawiać, czy właśnie nie przeprosił automatu z napojami za to, że za długo wybierał herbatę. Ale im więcej czytam o Japonii, tym bardziej widzę też drugą stronę… 

Tak wygląda wnętrze torebki, gdy wyruszam na lotnisko. Kilka godzin później, okazuje się, że w ciągu dnia moja torebka pełniła funkcję śmietnika do odpadów zmieszanych. Spódnicę znajdziecie tutaj, natomiast sweterek wraca czasami w pojedynczych sztukach i jest jeszcze do dorwania. Wygląda pięknie. Kuchnia japońska jest zaskakująca, ale na dłuższą metę wolę chybą naszą polską ;).  Niestety, tylko replika. Oryginał schowany dla bezpieczeństwa. W prawie całym muzeum nie można robić zdjęć z obawy o flesz, który może uszkodzić dzieła, a sale są tak ciemne, że czasem trudno jest odnaleźć drzwi. ​Nieco dziwna instalacja przedstawiająca starego Hokusaia pracującego nad rysunkiem obok jego córki, Katsushika Ōi. Wokół panował chaos — porozrzucane narzędzia, papiery, nieład. Podobno naprawdę tak żył i tworzył. Do późnej starości pracował niemal bez wytchnienia, a pod koniec życia mówił, że dopiero zaczyna rozumieć sztukę. Patrząc na tę scenę, myślę o tych wszystkich współczesnych opiniach, że „kiedyś nie było ADHD” albo innych neuroatypowości. Kiedy czyta się biografie wielkich artystów, wynalazców czy twórców, bardzo często widać ludzi bezgranicznie skupionych na swojej pasji, niepasujących do społecznych norm swoich czasów. Często byli samotni i niezrozumiani. Ich życie bywało trudne, ale właśnie ta inność mogła popychać ich do tworzenia rzeczy, których świat początkowo nie umiał pojąć.  

Czasem to właśnie z tej nieoczywistej wrażliwości, z chaosu i nadmiaru myśli rodzi się coś wyjątkowego. I może najważniejsze jest nie to, żeby je na siłę dopasować, ale żeby pomóc im odnaleźć miejsce, w którym ich sposób istnienia stanie się siłą, a nie ciężarem.  

Jeśli chcecie zobaczyć twórczość tego słynnego artysty to wybierzcie się do Muzeum Sumidy Hokusai. Przybijam sobie sama piątkę, że mimo głośnych protestów, postawiłam na swoim i udało mi się przywlec tu moją rodzinę, przeciągając ją przez całe Tokio (jedyne 14 milionów mieszkańców). I myślę, że nasi milczący współpasażerowie w metrze też są ze mnie dumni.  

Wymarzona marynarka do Japonii, ściągnięta prosto z maszyny do szycia, tuż przed wyjazdem. To taka moja europejska wersja geishy. ;)

Specjalnie dla tych wszystkich, którzy pytali o marynarkę – dodałyśmy już produkt jako "cooming soon", abyście mogły się zapisać na listę oczekujących – dostaniecie mejla, gdy tylko pojawi się w sprzedaży. Ten materiał jest wyjątkowy i bardzo trudno go było zdobyć, więc podejrzewam, że doszywek nie będzie.

Przyjeżdżając z Europy, bardzo łatwo można dać się uwieść elementom japońskiej kultury. Ale kraj ciszy, matchy, Hello Kitty i porządku ma też swoją drugą stronę.  Od ponad 30 lat mierzy się ze stagnacją ekonomiczną, samotnością, nierównościami płciowymi i narastającą frustracją swoich obywateli. To kraj, który przeżył bomby atomowe, katastrofy naturalne, atak terrorystyczny i utratę poczucia stabilności, na którym zbudowano powojenny sukces.  

Poza zbiorem pięknych nostalgicznych obrazów, zaskakującego jedzenia i postaci anime, jest też opowieścią o cenie, jaką płaci się za społeczną harmonię i nieustanny wymóg dostosowania się.  Japonia działa dziś trochę jak lustro dla Zachodu — pokazuje nie tylko to, czym chcielibyśmy się stać, ale też to, czego najbardziej się boimy: samotność mimo dobrobytu, kryzys więzi i zmęczenie społeczeństwa, które przez dekady próbowało spełniać narzucone sobie standardy.

Po powrocie rzuciłam się w wir pracy i rodzicielskich zajęć. Przez dobrych kilka dni nie włączyłam nawet aparatu w telefonie (co najwyżej po to, aby sfotografować lekarskie zalecenia czy plan przedszkolnej wycieczki wywieszony w szatni). Tempo codziennego życia było naprawdę bardzo szybkie… aż nagle zwolniło. Na lotnisku. Podróże to momenty, w których znów czuję tę młodzieńczą potrzebę fotografowania. Tyle że piętnaście lat temu za Chiny nie pojechałabym w takim stroju do miejsca, w którym właśnie wylądowałam.  1. Uznajcie tę kamienicę za podpowiedź. // 2. "Bardzo się cieszymy, że Pani przyjechała. Pokój będzie gotowy za 6 godzin, czy chce Pani w tym czasie napić się wody?" // 3. "Za sześć godzin, Madame, to ja będę mieć w aplikacji Zdrowie szesnaście tysięcy kroków. 4. Delikatne jak kamień. Rzeźby w Muzeum Orsay zawsze zatrzymują wzrok na dłużej. // To oczywiście Van Gogh a nie Renoir, ale gdyby wystawa, którą polecałam Wam się nie spodobała, to na innych piętrach Muzeum Orsay znajdziecie tak nieprawdopodobne zbiory najsłynniejszych artystów w historii, że nikt nie wyjdzie stamtąd zawiedziony. A jeśli wybieracie się do Paryża, to zachęcam jeszcze raz do lektury tego wpisu, gdzie znajdziecie trzy aktualne i najlepsze moim zdaniem wystawy nad Sekwaną.No i jestem. Świeżutka jak bułka z Żabki o godzinie 20:00.  Chlebek bananowy czy jednak ciasteczko z Matchą w ramach wspominania Japonii?Moje ukochane spodnie, które noszę już trzeci rok wróciły do sprzedaży. Model Ossie to nasz absolutny bestseller (jeśli wahacie się  między rozmiarami, to wybierzcie ten mniejszy). Wnętrze Grand Palais, które można też podejrzeć przy okazji wystawy Matisse'a. Ok, czy mam w walizce jeszcze jakieś buty, które mnie nie obtarły?
Milion bezsensownych zdjęć Paryża i wyładowana bateria, gdy w końca chciałaś sfotografować coś ważnego. Znalazłam w Paryżu idealny lokal dla MLE.  Ten trochę gorszy, ale od biedy może być.  Nie wiem czy można czuć większe „fomo” niż wtedy, gdy cały Paryż czeka na Ciebie, a Ty musisz usiąść do laptopa i odbębnić kolejne dwie godziny na szkoleniu. Chyba te wszystkie rolki na Instagramie o samorozwoju weszły trochę za mocno ;). A skoro już mowa o obtartych stopach, to czas na pierwsze obcasy na tym wyjeździe.Brasserie l’Emil. Idealna opcja, gdy w Paryżu pada. Tuż obok słynnej paryskiej opery.   Gdy od lat nie potrafisz zrobić czegoś dla siebie samej, ale Twoja przyjaciółka wręcz przeciwnie, wiec podłączasz się pod jej „dla siebie samej” i tym sposobem wchodzisz z nią teraz do Opery Paryskiej na Damę Kameliową.   Piękna i smutna historia o nieszczęśliwej miłości, chociaż jak dla mnie, to przede wszystkim opowieść o tym, że za błędy serca największą cenę na tym świecie zawsze płaci kobieta. 

Au revoir, Paris!  

Kolejny dzień mamy w Sopocie​ piękną pogodę. A przynajmniej tak słyszałam ;). Wczoraj wróciłam z Paryża, a dziś znów jesteśmy w naszym MLE Mordorze i robimy zdjęcia produktowe. Ale obiecałam sobie, że wieczór spędzę na hamaku! :)1. Gdy bardzo chcesz coś pokazać, ale naprawdę nie możesz tego zrobić. Jesień będzie piękna! // 2. Oj, jak dobrze wiem, że można wyglądać tak, jakby się skrolowało Tiktoka, a tak naprawdę właśnie ogarnia się logistyczną machinę. Prawda, Monika? // Patrzę na te wszystkie nasze zestawy i myślę sobie, że ja już naprawdę nic poza MLE w szafie nie potrzebuję.A w studio jest tak zimno, że aż miło omawiać swetry na sezon jesień/zima 2026/27.   Gdy wszyscy znajomi są na plaży ;). 
Wszystkie w MLE jesteśmy znad morza. I powiem Wam, że klimat spacerów po plaży, to my naprawdę rozumiemy, jak nikt inny. Ten sweter, piasek pod stopami i zapach opalonej skóry, to dla mnie kwintesencja eleganckiego (ale nadal "cool"), letniego stylu. Szklanka do połowy pełna czy do połowy pusta? Jakim typem osobowości jesteście?Ten moment, gdy nadal zapominasz ze Dzień Mamy to też Twoje święto, więc na żadne niespodzianki nie czekasz, tylko wstajesz i jedziesz do swojej mamy. A tu możecie zobaczyć moją mamę w jej zestawach od MLE. Gdy cała Polska rusza w moje strony, ja jadę dokładnie w przeciwnym kierunku. 
Czy zastanę kogoś w Krakowie i Wrocławiu?Boję się turbulencji, ale dzięki nim czytam więcej niż przez resztę roku. 
Trochę żartuję, a trochę nie. Samolot to jedno z niewielu miejsc, w którym nie mam wyrzutów sumienia, że czytam dla przyjemności. Ale zapeszyłam z tymi turbulencjami. Książka "Theo z Golden" Levi Allen. Myślałam, że dostanę książkę o sztuce. Dostałam książkę o tym, że ludzie też są dziełami sztuki. Cała historia kręci się wokół 92 portretów mieszkańców Golden, które wiszą w kawiarni. Tutułowy Theo wykupuje je, jeden po drugim. Ale to nie jest książka o obrazach. To książka o tym, jak bardzo wszyscy chcemy być przez kogoś zobaczeni. Dzień dobry. Nie, nie jesteśmy akwizytorkami, a ja nie mam w walizce nieoryginalnych części do Termomixa. Jeśli wydaje się Wam, że przedkładamy z Asią nasze potrzeby nad Wasze, to chciałam tylko dać, że po Dniu Mamy zabrakło dla nas tych ortalionowych kurtek. Przed tym wyjazdem została w magazynie jedna sztuka i uznałyśmy, że dopóki któraś z Was jakiejś nie zwróci to musimy się nią dzielić ;).

MLE jest już teraz także w Krakowie!

Jeśli jesteście z okolic, to teraz możecie przymierzyć i kupić nasze rzeczy w LA'ANA (Tadeusza Kościuszki 27, 30-105 Kraków).A tuż obok… Zaczyn.   
To danie zamówiłam dwa razy. I to nie w ciągu jednego dnia. W ciągu godziny. 

Może to miejsce Was naprowadzi, gdy będziecie poszukiwały kolejnego showroomu z MLE – dawny, średniowieczny klasztor, w którym obecnie znajduje się Muzeum Architektury. Mini Bebe jest dosłownie tuż obok! MLE jest teraz także w Mini Bebe we Wrocławiu – zapiszcie sobie adres: Bernardyńska 4B, Wrocław. Czy dorosła kobieta może mieć taką torebkę?  Nie odpowiadajcie. Chcę wierzyć, że tak.  1. Wiemy, że zakupy na żywo, to coś, czego Wam czasami brakowało. // 2. Są jeszcze miejsca, gdzie można kupić nasze dżinsowie kurtki ;). // Jaka to przyjemność chodzić, patrzeć i dotykać!

Nic nie kupuj… nic nie kupuj… nic nie kupuj…Co kupiłam. Co miałam kupić. 

Zapomniałam już jak miło podróżuje się pociągami (oczywiście, tylko pod warunkiem, że wykupiliście siedzącą miejscówkę i zdążyliście na pociąg). O nie, nie, nie. Jeśli faktycznie mam ogarnąć te porządki i wrzucić coś na Vinted, to najpierw potrzebuję drugiej kawy. 

Na szczęście w kuchni czeka na mnie dostawa moich dwóch ulubionych kaw. „Pocałunek Słońca w Jaen" (karmel, mleczna czekolada, mandarynka) i „Tajemnica Sierra Madre" (głębokie nuty czekolady i prażonych orzechów przełamane słodyczą maliny) od Wild Will Coffee.  

Lubię produkty, za którymi stoi nie tylko dobry smak, ale też konkretna jakość. Kawy Wild Hill Coffee pochodzą z certyfikowanych upraw organicznych, a każda partia ziaren przechodzi szczegółowe badania laboratoryjne pod kątem obecności pleśni, mykotoksyn i akrylamidu. To właśnie dzięki temu mam pewność, że w filiżance znajduje się wyłącznie wysokiej jakości kawa – czysta, bezpieczna i wolna od niepożądanych substancji, które niestety mogą pojawiać się w źle przechowywanych lub niskiej jakości ziarnach.
 
Kod "MAJ" daje 10% rabaty na nieprzecenione kawy Wild Hill Coffee (działa do końca czerwca). Dzisiaj wszystko idzie jak po maśle. U mnie od naprawdę długiego czasu, jak kawa to Wild Hill Coffee. Jest organiczna, uprawiana bez pestycydów, z poszanowaniem ekosystemu oraz zdrowia ludzi pracujących na plantacjach. Najważniejszym powodem, dla którego powinnaś kupować kawę "specialty" nie jest smak, a ochrona Twojego zdrowia.  No dobra, to ruszamy! Tej sukienki jednak nie oddaję! Pamiętacie ją z zeszłorocznych wpisów?Wszystkie wystawione przeze mnie rzeczy na Vinted znajdziecie tutajTo był tak stresujący dzień, że gdy w końcu weszłam do pociągu, gapiłam się w ten widok przez dłuższy czas, aby uspokoić nerwy. Są takie momenty, że chciałabym ponarzekać na rolę córki premiera i powiedzieć trochę więcej z czym to się wiążę ;). Ale na szczęście, szybko wracam na ziemię i przypominam sobie, że naprawdę może być gorzej, a uzewnętrznianie się jeszcze nigdy nie przyniosło mi nic dobrego. Dygresja, która nic nie wniosła, ale wiem, że mam tu wiele życzliwych osób, które rozumieją więcej niż mi się wydaje. Jeszcze przez te kilka dni mogę cieszyć się zapachem bzu… Mecz tenisa tak mnie stresuje, że na chwilę uciekam do ogrodu, żeby ochłonąć. 
To będzie długi wieczór… widzę, że z wiekiem nabyłam pewną umiejętność. Nawet, gdy moją głowę zaprzątają niemiłe myśli, albo wiem, że kolejny dzień będzie ciężki, to coraz łatwiej przychodzi mi nie tyle zapominanie o złych emocjach, co zamykanie ich w osobnej szufladzie. To że mamy cięższy czas, wcale nie oznacza, że nie możemy przeżywać miłych chwil, śiac się z dziecmi, pozwalać sobie na przyjemności. Perfekcyjne okresy zdarzają się rzadko (a mam wrażenie, że wraz z upływem lat zdarzają się coraz rzadziej) więc trzeba nauczyć się żonglerki trudami i radościami, bo zawsze będą się one przeplatać ze sobą. Nie wiem, czy w ogóle potrafię wytłumaczyć o co mi chodzi ;). A co to za piękna paczuszka do mnie dotarła?Little Pleasure Set to nowość w Francine&Mat – zestaw trzech mgiełek pielęgnacyjnych do ciała po 10 ml – po jednej z każdej kolekcji Francine & Mat: świeży Monterey Matcha Bay to mój ulubieniec. Zabieram jedną z tych buteleczek w kolejną podróż! Wymarzona kompozycja szlachetnych olejów roślinnych dla mojej skóry – migdał słodki, morela, makadamia, dzika róża. Olejek Marrakesh wygrał Glammies 2026 magazynu Glamour w kategorii ciało. Dla marki Francine&Mat to wielkie wyróżnienie i na pewno motywacja do dalszej pracy. I z tej okazji wyjątkowo chcą zachęcić Czytelniczki MLE, aby same sprawdziły czy wart jest tych nagród: kod MLE15 da Wam -15 %  (ważny do 12 czerwca). 1. Gdy do końca blefuję, że będziemy mogły spać w ogrodzie, bo wiem, że lada moment powiedzą, że jednak nie chcą. // 2. Nikt w MLE nie spodziewał się, aż tylu zamówień z okazji Dnia Mamy. Nie było więc żadnych wyjątków i przez Wasze zakupy wszystkie musiałyśmy pakować paczki. Jeśli więc ktoś z Was dostał pomylone zamówienie – no cóż, to może być dosłownie moja wina. Leci na Ciebie, gdy przychodzi wieczór. Wiecie kogo mam na myśli? 

Ślę do Was najszczersze pozdrowienia o zapachu bzu, licząc na to, że nie zanudziłam Was na śmierć tym wpisem. Czekam na Wasze komentarze, na które (mam nadzieję) w związku z długim weekendem będę mogła odpisać. 

Mam nadzieję, że czerwiec przyniesie Wam jak najwięcej zwyczajnych dni, które po czasie okazują się wyjątkowe.

*  *  *

 

Zapiski o modzie i stylu. Eleganckie „capri” czy swojskie „rybaczki”?

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 
 
kolczyki – YES 
marynarka w paski – MLE 
krótkie legginsy – MLE 
topk – Skims
aponki – Ancient Greek Sandals
torebka – Bottega Veneta
 

  Spodnie "capri", a może po prostu swojskie rybaczki? Czy nazwa ubrania może mieć znaczenie w jego odbiorze?

   „Capri” brzmi jak włoskie lato, espresso wypite o 11:30 i lniana koszula przewiązana nonszalancko na biodrach. „Rybaczki” brzmią bardziej jak komunikat: „weź robaki na przynętę i suche skarpety na zmianę do traperów”. Branża modowa od lat doskonale wie, że trendy często wracają, ale muszą po drodze przejść mały rebranding.

   Nazwa oczywiście pochodzi od włoskiej wyspy Capri — miejsca kojarzonego z luksusowym wypoczynkiem, stylem "old money" i estetyką „wealth whispers”. I trzeba przyznać: marketingowo trudno konkurować z takim klimatem. Bo choć konstrukcyjnie to nadal spodnie 7/8, to „capri” od razu sprzedają wizję życia, w którym jedynym problemem jest wybór między bankietem nad basenem a kolacją na jachcie.

  Psychologia od lat potwierdza, że słowa realnie wpływają na nasze postrzeganie produktów. Badania Daniela Kahnemana i Amosa Tversky’ego pokazały, że ludzie inaczej oceniają dokładnie tę samą rzecz w zależności od tego, jak została nazwana lub przedstawiona.

  Moda wykorzystuje ten mechanizm perfekcyjnie i jest mistrzynią sprzedawania nam nostalgii w nowym opakowaniu. W branży od dawna wiadomo, że język potrafi nadać produktowi zupełnie nowe cechy — nawet jeśli fizycznie nic się nie zmieniło. Nie bez powodu second-hand stał się „vintage concept store”, a ortalionowa kurtka zmieniła się w „technical outerwear”.

  W każdym razie – mi się podoba. Ale tylko i wyłącznie w minimalistycznych kombinacjach. No i z moją ulubioną biżuterią, czyli złotymi klasycznymi kolczykami. Jeśli jesteście już w YES Club to przy zakupach za minimum 349 zł otrzymacie -20% (jeśli nie jesteście, to koniecznie dołączcie!). Promocja jest ważna do 26 maja, czyli do Dnia Mamy.

 

Dzień Mamy w MLE

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Zanim zbudowałam własny styl, najpierw podkradałam Jej. Pamiętam bardzo dokładnie tę jedną rzecz, którą pożyczałam regularnie — po jakimś czasie już nawet bez pytania. Trencz, z którego moja mama była bardzo dumna. Z ciasno tkanej bawełny, wiązany w pasie, z dwoma rzędami szylkretowych guzików. Kupiony w jednej z sieciówek — ale dwadzieścia lat temu jakość w sieciówkach znaczyła coś zupełnie innego niż dziś.  

  Pamiętam, jak opowiadała mi o „Śniadaniu u Tiffany’ego” i słynnej scenie, w której Holly Golightly, ubrana właśnie w beżowy prochowiec, szuka kota w czasie ulewy. O tym, jak wiele ikon stylu nosiło taki płaszcz. I jak bardzo cieszy się, że w końcu znalazła swój. Pamiętam też moment, w którym natychmiast wyłapała, jak bardzo mi się podobał. I bez chwili zawahania powiedziała: „Możesz jutro pożyczyć go do szkoły, jeśli tylko masz ochotę”.  

  Ten trencz — a właściwie zamiłowanie mamy do kultowych klasyków — ukształtowało mój styl na wiele lat.  

 

top Latina czarny  // spodnie Latina ecru //  piżama Forcey // kurtka Carniac // marynarka Larino // legginsy Caiolo // sweter Forio // sukienka Vence // trencz Leiden beżowy // top Latina ecru // spódnica Brema // 

 

  W MLE wyznajemy zasadę, że moda może łączyć pokolenia, pod warunkiem, że ubrania są piękne, dobrze odszyte i nowoczesne — mimo upływu lat. Dlatego z okazji Dnia Mamy mam dla Was -26% na wszystko, co warto pożyczać sobie nawzajem: od ulubionej pary dżinsów, po idealną letnią sukienkę. Wpiszcie kod MAMA a otrzymacie rabat -26% na wszystko w MLE.

 

*  *  *

Last Month

Wpis powstał we współpracy z marką Say Hi, Nanuki oraz zawiera lokowanie marki własnej. 

 

   Co to za śmieszny wynalazek, ta wiosna. Jak wiele mówi nam o nas samych. Czuję tę niewypowiedzianą presję od natury, która niby niczego nie wymaga, a jednak mówi wszystko: „Rozkwitaj. Ja już zaczęłam i nie zamierzam się zatrzymać. Czas leci.” Jest w tym coś pięknego i bezwzględnego jednocześnie. Świat przyspiesza, robi się jaśniej, cieplej, lżej – a ja nagle widzę wyraźniej, ile rzeczy na mnie czeka. Ile planów jeszcze nie ma początku. Ile myśli krąży gdzieś pomiędzy „zaraz” a „kiedyś”. Chciałabym się na chwilę zatrzymać. Wyjść bez listy rzeczy do zrobienia. Po prostu popatrzeć, jak wszystko budzi się do życia – bez potrzeby nadążania. Docenić ten mój Sopot w kwietniu. 

  Jak zawsze, trochę pomogły mi w tym zdjęcia. Dzielę się nimi z Wami, mając nadzieję, że połączą nas te same emocje, tęsknoty i radości.  

Wielkanoc? Kiedy to było?! Patrzę na te zdjęcia i przypominam sobie, ile to spokoju – my, mamy – jesteśmy w stanie wyczarować, gdy chodzi o piękne święta dla naszych dzieci. Dom. Widzę tyle błędów i niedoskonałości. A jednak staram się sobie cały czas powtarzać, że za trzydzieści lat nikt nie powie: "A pamiętasz tę Wielkanoc w 2026 roku? Utkwiła mi w pamięci, bo mieszkanie było dobrze wysprzątane". 

Jejku, jak ja doceniam, że w Wielkanoc mogłam przez chwilę o tak, jak na tym zdjęciu. Prywatność, spokój, niespełnianie oczekiwań całego świata, to ogromne przywileje. Czasami zazdrościmy komuś czegoś, czego tak naprawdę nigdy byśmy nie chcieli. 

Dzień na wsi, wyrwany prawie siłą z miejskiego chaosu. Pogodę mieliśmy dla koneserów, ale tym ciaśniej siedzieliśmy dzięki temu na kanapie :). Poza tym, rozgrzewały nas gorące placki z jabłkami od ukochanej cioci Ani. To był jeden z tych nielicznych momentów, kiedy modlisz się o to, aby dzieci nie były głodne i zjadły jak najmniej.

Skaczę ostatnio z książki na książkę, aby liznąć każdej po trochu przed moją wielką wyprawą. A to drewniane jajko – nie wiem, skąd się tutaj wzięło.

Po ponad sześciu godzinach dotarłam na drugi koniec Polski. Czy takie mieszczuszki jak my, będą potrafiły się tu odnaleźć? Odpowiedź brzmi: niestety, nie będą miały żadnego wyboru, bo nie dla przyjemności tu przyjechałyśmy. 
To znaczy, gwoli ścisłości: ja przyjechałam tutaj, żeby z bezpiecznej odległości, z kawką w dłoni pracować na laptopie, sprawdzać, jak radzi sobie zespół MLE i doglądać, czy cały plan został wykonany, ewentualnie sprawdzić czy faktury wystawiono poprawnie, i żeby udawać bardzo ważną i zajętą osobę w białych spodniach na wsi. Plan był dobry. Naprawdę dobry. 

Ale wtedy wydarzyło się to… i cały plan legł w gruzach, a ja zapomniałam o białych spodniach.

Siedząc trzy godziny w oborze, dowiedziałam się jak skomplikowane bywa życie owiec. Miałyśmy tu najsłodszy i najbardziej puszysty oddział położniczy na świecie. I wiecie, co jest najlepsze? Że w którymś momencie usłyszałam: "Jedną owieczkę trzeba dokarmiać z butelki". Do wszystkich mam, które pamiętają swoje mniej lub bardziej mleczne przygody – to, co jest w teorii całkowicie naturalne, w prawdziwym życiu nie jest proste nawet dla owiec. Owcze mamy też potrzebują pomocy przy dostawianiu dzieci, a nierzadko zdarza się, że trzeba je dokarmiać z butelki. 
W Dworze Sanna do zagrody z noworodkami kilka razy dziennie przychodzi pan, który pomaga owczym mamom nakarmić młode.  

A teraz wracając do rzeczy, bo to jednak nie jest program "Damy i wieśniaczki" (chociaż… materiał by się znalazł). Sprawdźcie jak nasze wełniane swetry zrecenzowały owce.

Ostatnie przypomnienie o naszej akcji – kupując w MLE jakikolwiek sweter, dodajemy do niego teraz specjalny grzebień do czesania wełny. Akcja potrwa już tylko kilka dni. Mamy tu nawet Portosa w wersji owczarkowatej. Pamiątki z podróży do Roztocza.Żal niszczyć. 
Podobno żeby zasnąć, trzeba liczyć owce. Ja wiem, że zamiast je liczyć, będę za nimi trochę tęsknić. 
Bardzo, ale to bardzo chciałam mieć dzisiaj zły humor, ale widzę to i jakoś mi teraz trudniej w tym postanowieniu.  Do restauracji "Brut" mamy z Sopotu dosyć daleko, bo znajduje się ona w dzielnicy "Dolne Miasto" w Gdańsku. Zajrzyjcie, jeśli będziecie niedaleko. Można z dziećmi, ale najlepszy klimat poczujecie tam wieczorem. A skoro już nas wywiało do Gdańska w sobotę, to odwiedzamy jeszcze ulubiony Garnizon. 1. Jeśli macie przyjaciółkę, którą uwielbiacie, ale też trochę nienawidzicie, bo zawsze we wszystkim wygląda najlepiej, to naprawdę wiem, co czujecie. Asia od stóp do głów ubrana jest w MLE – od spodni, przez marynarkę, aż po torebkę. // 2. Czaję się na te wazy w Moodstore już tak długo!Co to się porobiło z tymi zakupami w "prawdziwych sklepach"?! Po pandemii mówiło się, że już zawsze będziemy zamawiać ubrania tylko w internecie, a kurier to nowy najlepszy przyjaciel człowieka. A teraz widzimy wyraźnie, że Wam to nie wystarcza i chcecie alternatywy. Kilka słów na ten temat i mapę Polski z miejscami, w których można kupić MLE stacjonarnie, znajdziecie tutaj (lada moment dojdą kolejne miejsca!). Teraz jest jeszcze miło, ale Asia lada moment powie, co tam słychać w księgowości i procedurach KSeF, i to skutecznie popsuje mi humor na resztę dnia ;). Nike, która w ostatnich miesiącach – mimo woli – usłyszała więcej zwierzeń, niż by chciała. ​1. Górny Sopot obsypany pachnącą bielą. // 2. Pijecie olej z czarnuszki? U mnie to już prawie rok! // 3. Bezsenność to podobno zaraza naszych czasów. Wiele czasu zajęło mi wyrobienie zdrowych nawyków, ale na szczęście było warto (wyjście na świeże powietrze przed godziną dziewiątą, opaska na oczy, brak telefonu w łóżku). // 4. Dodruk potrzebny do naszej swetrowej akcji. Jakoś nie spodziewałyśmy się, że wiosną spotka się z tak dobrym odbiorem :). // Paczka prawie gotowa do wysyłki!  Odpowiadam zbiorowo: mam rozmiar "s". Sweter zdążył się wyprzedać, ale niebawem wróci.Kwietniowe nudy: biuro w domu, wizyty przedszkolnych koleżanek i jaskry.

Pięć rzeczy, które chciałabym robić codziennie:

1. Ćwiczyć hula-hop (to trwa ledwie dwanaście minut dziennie, a i tak mi nie wychodzi).

2. Chociaż raz dziennie zastąpić samochód własnymi nogami. Albo rowerem! 

3. Pić olej z czarnuszki. 

4. Po godzinie 18:00 wyciszyć telefon. Albo jeszcze lepiej – odcinać go od internetu. 

5. Pić dwa litry płynów dziennie.

Spokojny dzień w Trójmieście, ale u nas od rana panowało napięcie. Przeżywaliśmy wybory u naszych sąsiadów i, co tu ukrywać, cieszyliśmy się, że Węgry wybrały nową drogę. Zapraszam do mojego klubu filmowego i służę poleceniami, jeśli tak jak ja, szukacie czasem wymówek, żeby z nikim się nie widzieć. 
Świeża pościel, piżama, naładowany laptop, czytaj: kwintesencja idealnej imprezy przed czterdziestką. Na Netflix trafiło niedawno 36 klasyków polskiego kina. Część z nich pewnie znacie, a część możecie kojarzyć z tego, że czasem tata męczył Was przed niedzielnym obiadem, aby obejrzeć jego ulubiony film, bo właśnie leci na "Jedynce". Dziś już dorośli, z różnymi doświadczeniami i w nowej (ale też skomplikowanej) rzeczywistości politycznej, warto się przeprosić z niektórymi tytułami. Jednym z nich jest na pewno "Człowiek z żelaza". 
Ten film powstał dosłownie rok po strajkach w sierpniu 1980 roku. To nie jest historia pisana z dystansu, tylko opowieść tworzona na gorąco, kiedy emocje, napięcia i nadzieje były bardzo świeże. Andrzej Wajda zrobił coś wyjątkowego – połączył fabułę z prawdziwymi wydarzeniami i postaciami (gościnnie pojawia się tam Lech Wałęsa), a część scen powstała w autentycznych przestrzeniach stoczni. Dzięki temu czuć w filmie atmosferę życia w tamtym czasie: niepewność, strach, ale też ogromną siłę i solidarność. Więcej filmowych ciekawostek znajdziecie w tym poście na moim Instagramie. Kosmetyki, do których powracam.Ten zestaw zawsze powraca do mnie na wiosnę. Serum Sunrise od Say Hi  działa rozjaśniająco, antyoksydacyjnie i zawiera stabilną witaminę C. Nawilża, wygładza i napina skórę. Ponadto, redukuje niedoskonałości i ślady potrądzikowe. Idealne zarówno na dzień, jak i na noc. Intensywnie nawilża, wygładza, napina i wypełnia zmarszczki. Redukuje niedoskonałości i ślady potrądzikowe. Idealne na dzień i na noc do każdego rodzaju skóry i wieku. Krem Bright Vibes natomiast sprawia, że moja skóra jest rozświetlona, zmniejsza przebarwienia i zmiany pigmentacyjne, a cera wygląda lepiej. Kosmetyczny duet idealny. 

Z kodem MLE20 możecie uzupełnić swoje kosmetyczne zapasy otrzymując 20% rabatu na zakupy w Say Hi. 

Gdy nadchodzi ten jeden dzień w tygodniu, gdy możesz wstać po dziewiątej, więc oczywicie budzisz się sama z siebie przed siódmą. Ale dobrze wykorzystam ten czas i po ulubionej pielęgnacji zrobię takie śniadanie, że piżamy im pospadają!  Co chciałam przygotować…. (japońskie puszyste placuszki).A co przygotowałam. Dzieeeeci! Śniadanie!Na szczęście w lodówce coś się znalazło.
To pozwoli nam przetrwać do obiadu u Babci. 
Gruby sweter i letnia spódnica – co myślicie o takim połączeniu?

Z majówki prosto do MLE Mordoru. 

Fotografujemy nowości na najbliższych kilka tygodni.
Jadąc tu, zgarnęłam z paczkomatu najwspanialszy przebłysk lata – kolekcję makijażową Les Beiges od CHANEL. 

Odłóżcie jedną dla mnie, bo do klapek też będzie dobrze wyglądać (nie pamiętam już, kiedy miałam na sobie obcasy)!

Chciałam Wam się pochwalić, że mamy w MLE niebieskie dżinsy, ale zanim się zebrałam, zostały już ostatnie sztuki. Ale dla tych zapisanych do powiadomień na pewno niedługo coś się znajdzie. 
W poszukiwaniu utraconego „summer healthy glow” z Les Beiges od CHANEL Beauty. Jakim cudem CHANEL przewidziało, że ja w ten poniedziałek wybiegnę z domu bez makijażu i okażę się idealną testerką? :)

Poniedziałek po majówce kończy się za trzy, dwa… 

Las i zawilce, po których nie wolno deptać. Moja wymarzona kwietniowa godzina – ileż to rzeczy się musiało wydarzyć, abym w końcu stwierdziła, że niektórych z nich nie wolno przekładać na później.Ornitolożka.To tylko majówkowe widoki i gra o ptaszkach, które można znaleźć w polskich lasach. Te ze zdjęcia udało nam się zobaczyć (a raczej tak nam się wydawało ;)). Ta gra to tak zwane "karty spacerowe" od NANUKI. To drobiazg, który może zmienić zwykły spacer w przyrodniczą przygodę. 

Na froncie każdej karty znajduje się realistyczna ilustracja ptaka oraz jego nazwa. Na odwrocie z kolei znajdziecie ciekawostki o gatunku, rysunek jaja w rzeczywistych rozmiarach, informację, czy ptak odlatuje na zimę, czy zostaje w Polsce. Bardzo serdecznie polecam :). 

Jak miło usłyszeć pod koniec spaceru, że jednak było fajnie, a przecież wychodząc z domu, słyszałam, że to najgorszy dzień ever. 
Kwietniowy banał musi być, bo czym byłby "Last Month" bez odrobiny kitnących drzew?Co ja tam widzę na horyzoncie? Czyżby wołał mnie zew podróży? Zdecydowanie nie! Im bliżej jakichkolwiek wyjazdów, tym mocniej zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nigdzie nie chcę się ruszać. Dysonans poznawczy wyraźny, jak w podręczniku dla pierwszego roku Psychologii :). Ale skoro już mowa o podróżach, to…… wyruszam w pogoń za ostatnimi kwitnącymi wiśniami. Ja mata!

*  *  *

 

 

LOOK OF THE DAY – sezon na krótkie spódnice i trampki uważam za otwarty (mimo wieku?!)

Wpis powstał we współpracy z marką YES. 

 

kolczyki i obrączka – Biżuteria YES

sweter Tornio i spódnica Brema – MLE

buty – New Balance (model 530)

kurtka – Wakaku

 

  Odkąd skończyłam trzydzieści lat (a było to już jakiś czas temu), co rusz czytam komentarze na temat tego, że w czymś już nie wypada mi chodzić (naprawdę). Spodziewam się więc dziś wysypu uwag o tym, że spódnica jest za krótka, że nie potrafię pogodzić się z przemijającym czasem, że to strój dla gimnazjalistki, a nie dorosłej kobiety, i tym podobne.

  Mam sporo koleżanek po czterdziestce (i kilka po pięćdziesiątce) i wiecie, jaka jest jedyna myśl, która przychodzi mi do głowy, gdy widzę je w stroju podobnym do mojego? Oby jak najdłużej czuły się ze sobą tak dobrze, aby móc nosić to, na co tylko mają ochotę.

  Z kolei, jeśli chodzi o biżuterię, to chyba nikt nigdy nie powiedział, że jestem w tym temacie kontrowersyjna. Ale tu też istnieją dwa typy ludzi. Pierwszy — taki, który lubi zmieniać kolczyki. I drugi — taki, który lubi zmieniać kolczyki, ale właściwie wszystkie wyglądają podobnie (to ja!). Obydwa typy osobowości odnajdą się na stronie YES.

 

Nowy wiosenny cykl wełny – wyczesz swoje swetry z grzebieniem MLE

Wpis zawiera lokowanie marki własnej. 

 

  Przyszła wiosna. W naturze zaczyna się nowy cykl. Zbliża się wielkie strzyżenie owiec. Gdy robi się cieplej, potrzebują zrzucić z siebie nadmiar wełny. My również chcemy spojrzeć na naszą wełnę inaczej, świeżym okiem. To idealny czas, by odświeżyć swetry MLE po zimie. Nie chowamy ich na najwyższej półce, bo – jeśli są wykonane z naturalnej przędzy – są całoroczne. 

  Chcemy i, co najważniejsze, wiemy, jak Wam w tym pomóc. Tu możecie obejrzeć instruktażowy film, przygotowany specjalnie dla Was. A gdybyście miały wątpliwości, które swetry są najlepszy, to odsyłam do tych specjalistek

  Wyczesywanie wełnianych swetrów specjalnym grzebieniem, to najlepszy sposób, aby przędza odzyskała swój blask. Dlatego od teraz, do wszystkich swetrów dostępnych na stronie MLE, otrzymacie nasze limitowane grzebienie do czyszczenia wełnianych ubrań. Aż do wyczerpania zapasów.