4 moje koleżanki wybierają najlepsze kosmetyki tego lata

   “Always regarding women’s needs, close to their joys and problems”, “independence and endurance comes from ideally red lips”, “sweets that don’t give extra weight”. You may think that these are phrases taken out of poor motivational handbooks, but no – these are quotes taken from newspapers and cosmetic advertisements. And even though few of us think that hair spray can replace our friend and that an appropriate lipstick can help you to attain professional success, marketing agencies still base their moves on strange and awkward slogans instead of tangible benefits resulting from using a given product.The leaflet phrases are often catchy, but mostly these are only empty promises. They usually refer to our self-assessment, lack of confidence, and the need for quick pleasure. And we’re searching for specific results – information on what and in what time a given cosmetic will do to our body.  

   If you prefer reading about real attainable effects, you will surely like today’s post. I asked my friends to write a review of their favourite cosmetics – simple and to the point, without the needless adjectives. That was how I created a list of the four highly recommended cosmetic products. I tested these as well, so you can find my comments under each of the photos as well.

* * *

   „Zawsze blisko kobiet, ich radości, problemów i potrzeb”, „niezależność i wytrwałość bierze się z idealnie czerwonych ust”, „słodkości, które nie tuczą”. Być może wydaje Wam się, że to sentencje z kiepskich poradników motywujących, ale nie – to cytaty z notatek prasowych i reklam kosmetyków. I chociaż mało która z nas myśli, że lakier do włosów zastąpi przyjaciółkę, a odpowiednia szminka pomoże w osiągnięciu zawodowego sukcesu, to agencje marketingowe wciąż opierają swoje działania na sloganach dziwnej treści zamiast na namacalnych korzyściach płynących ze stosowania danego produktu.
Hasła z ulotek bywają chwytliwe, ale w większości to tylko puste obietnice. Zwykle odnoszą się do naszej samooceny, braku pewności siebie i potrzeby szybkiej przyjemności. A przecież nam chodzi o konkrety – informacje co i w jakim czasie kosmetyk zrobi z naszym ciałem.
   Jeśli wolicie czytać o realnych efektach, dzisiejszy post powinien się Wam spodobać. Poprosiłam swoje koleżanki o napisanie recenzji ulubionych kosmetyków – prosto i na temat, bez zbędnych przymiotników. W ten sposób stworzyłam listę czterech godnych polecenia artykułów pielęgnacyjnych. Sama również je przetestowałam, więc pod każdym zdjęciem znajdziecie kilka słów także ode mnie.

Serum polecone przez Monikę odczarowało moje zdanie na temat tego rodzaju kosmetyków. Teraz nie wyobrażam sobie codziennej pielęgnacji bez niego. Faktycznie po jego użyciu trochę piecze skóra, ale w moim przypadku na pierwsze efekty nawet nie trzeba czekać do rana. Tuż po nałożeniu wydawało mi się, że skóra wygląda na bardziej rozświetloną i promienną (wyglądała „zdrowo”). I co dla manie jest bardzo ważne, wchłania się od razu – nie zostawia śliskiej powłoki. Prawdopodobnie nigdy bym się o tych dobrodziejstwach nie przekonała, gdyby nie koleżanka – żadna reklama nie przekonałaby mnie do poszerzenie swojej kosmetyczki o taki właśnie produkt. A ten, mam, używam i jestem zadowolona z tego jak wygląda po nim moja skóra. W wolnej chwili warto też obejrzeć asortyment ze sklepu Cosibella.pl mają bardzo dużo fajnych niszowych marek.

Monika, 26, works at a marketing company.  

Timeless – Skin Care Serum – 20% Vitamin C + E Ferulic Acid is my greatest cosmetic skincare discovery. Already after the first use, I noticed that my skin is visibly brightened (the cosmetic should be used at night, and you’ll notice the first effects already in the morning). I even had the impression that the fine discolouration spots (that were the leftovers of imperfections) were also slightly less visible. The serum has light and liquidy texture. You can really feel that it’s working – right after the application, your skin becomes slightly itchy – it’s the effect of high vitamin C concentration. The serum has almost no traceable fragrance so it will be ideal for people who aren’t into intense smells. I now recommend it to all of my friends.

* * *

Monika, 26 lat, pracuje w firmie marketingowej.

   Moim największym pielęgnacyjnym odkryciem jest serum Timeless – Skin Care – 20% Vitamin C + E Ferulic Acid. Już po pierwszym użyciu zauważyłam, że moja skóra jest wyraźnie rozświetlona (kosmetyku używamy na noc, a pierwsze efekty możemy zobaczyć następnego dnia rano). Miałam nawet wrażenie, że moje drobne przebarwienia (powstałych pod zagojeniu się niedoskonałości) również „zgasły” i stały się mniej widoczne. Serum ma bardzo lekką płynną konsystencję. I naprawdę czuć, że działa – zaraz po aplikacji delikatnie piecze skóra – jest to efekt dużego stężenia witaminy C. Serum jest praktycznie bezwonne, więc dla osób, które nie przepadają za intensywnymi zapachami, będzie idealne. Polecam go teraz każdej mojej koleżance.

    W mojej łazience mam w tym momencie malinowy peeling i krem pod oczy od Balneokosmetyki i powiem szczerze, że żelu jeszcze nie testowałam, ale jestem pewna ze będzie świetny – te kosmetyki nigdy mnie nie zawodzą. I faktycznie na promocje w tym sklepie można często liczyć – teraz na kod rabatowy LIPIEC można uzyskać 20% zniżki na cały asortyment w sklepie Balneokosmetyki.pl

Helena, 34, a maths teacher.  

   I  became familiar with Balneokosmetyki thanks to Gosia and her skincare posts. I love their biosulphide mineral bath, and now I fell in love with their face cleansing gel also with biosulphide water and vitamins – especially C. It is very pleasant in use, it doesn’t foam too much, and it refreshes and cleanses your skin. It doesn’t, however, dry it (I don’t like the effect of “drawn” skin). Thanks to a 200-mililitre package, it will last for a very long time. It’s also very affordable, and there are often attractive discounts and promotion on Balneokosmetyki website so it isn’t that difficult to get a discount.

* * *

Helena, 34 lata, nauczycielka matematyki.

   Markę Balneokosmetyki poznałam dzięki Gosi i jej pielęgnacyjnym wpisom. Uwielbiam ich biosiarczkową kąpiel mineralną, a teraz pokochałam żel do mycia twarzy również z biosiarczkową wodą i witaminami – zwłaszcza C, jest bardzo przyjemny w użyciu, nie pieni się za mocno, szybko odświeża i dobrze oczyszcza skórę, ale jej nie wysusza (bardzo nie lubię efektu „ściągniętej" buzi). Dzięki opakowaniu o pojemności 200 ml, wystarcza na długi czas. Jest też niedrogi, a na stronie Balneokosmetyki bardzo często są atrakcyjne promocje, więc nie jest trudno załapać się na zniżkę.

Ola już od dawna namawiała mnie na kupno samoopalacza Get Brush Tan. Teraz mogę mieć jedynie do siebie pretensje, że tak długo zwlekałam. To zdecydowanie najlepszy kosmetyk samoopalający, jaki kiedykolwiek miałam (a uwierzcie mi, że jako właścicielka jasnej karnacji wypróbowałam ich hektolitry). Warto podkreślić, że butelka nadaje się do wielokrotnego napełniania, a kolory można wybierać spośród 3 różnych odcieni – uniwersalny (złote opakowanie), ciemny i wyjątkowo ciemny. Get Brush Ten jest wolny od parabenów i formaldehydów, nie jest testowany na zwierzętach i pasuje do wszystkich rodzajów skóry. Dobry efekt utrzymuje się przez 3 do 5 dni.

Ola, 36, mom of three kids.  

   My opinion on self-tanners had been adamant for many years – self-tanners give you an orange tan, leave stains, have unpleasant smell, stain clothes, and I’d never come round to any of them. It was only recently that I discovered Get Brush Tan by Crissa. I call it a special task cosmetic as owing to the simple application, you can quickly and easily apply it almost anywhere. It also has a small capacity, owing to which it is ideal to fit into carry-on baggage or even your purse. However, getting to the crux of the matter – it is a cosmetic that guarantees attaining a really dark tan. In my opinion, its application gives the same results as professional spray tanning.

* * *

Ola, lat 36, wychowuje trójkę dzieci.

   Moja opinia o samoopalaczach była od wielu lat niezmienna – samoopalacze opalają na pomarańczowo, plamią, nie najlepiej pachną, brudzą ubrania i do żadnego się nigdy nie przekonam. Dopiero niedawno odkryłam samoopalacz Get Brush Tan marki Crissa. Nazywam go kosmetykiem do zadań specjalnych, bo dzięki łatwej aplikacji, szybko i naprawdę równomiernie można go nałożyć dosłownie wszędzie. Ma też małą pojemność, więc mieści się do bagażu podręcznego, a nawet torebki. Ale przechodząc do meritum – jest to kosmetyk, który gwarantuje uzyskanie naprawdę ciemnej opalenizny. Według mnie po jego użyciu skóra wygląda tak samo, jak po profesjonalnym opalaniu natryskowym.

Ja i Justyna jesteśmy całkowitymi przeciwieństwami, jeśli chodzi o to, czym natura obdarzyła nasze głowy. Jeśli mogłaby oddać mi choć 1/5 swoich włosów, cieszyłabym się z naprawdę grubego warkocza. Ale mimo tego, że nasze kosmyki są tak różne i wymagają zupełnie innej techniki pielęgnacji, to sprej ANTI.GRAVITY.SPRAY Kevina Murphy rozwiązuje większość codziennych problemów.

Justyna, 33, works at a real estate development company.  

   I’ve got long and very thick hair. I live in friendship with the natural waves, but I hate the colour. That’s why I’ve been dying my hair to attain a deep brown shade. In order to tame it a little but, I highlight the curl (as my hair is susceptible to all types of curling ) – that’s why I use curling irons, thermo rollers, and other, most often very hot, devices. I’ve got a real shock of hair, but it is heavy, and it quickly loses its freshness (what can you do about gravity?). That’s why my favourite cosmetics are those that increase the volume, especially down at the roots. Some time ago, I went crazy for the products by Kevin Murphy – ANTI.GRAVITY.SPRAY adds hair volume without burdening it. It also strengthens its glow.

* * *

Justyna, lat 33, pracuje w firmie deweloperskiej.

   Mam długie i bardzo grube włosy. Z naturalnymi falami żyję w przyjaźni, ale koloru nie znoszę, dlatego od dawna farbuję je na odcienie głębokiego brązu. By je odrobinę ujarzmić, podkreślam ich skręt (a na wszelkie kręcenie są bardzo podatne) – dlatego często używam lokówek, termoloków i innych najczęściej mocno rozgrzanych urządzeń. Włosów mam bardzo dużo, ale są tak ciężkie, że szybko tracą swoją świeżość (cóż zrobić, grawitacja), dlatego moimi ulubionymi kosmetykami są te, zwiększające objętość, głównie u nasady. Jakiś czas temu oszalałam na punkcie produktów Kevina Murphy – sprej ANTI.GRAVITY.SPRAY dodaje włosom objętości przy czym ich nie obciąża i wzmacnia. ich blask.

LOOK OF THE DAY – La Belle Epoque with modern touch

rings and earrings / pierścionek, obrączka i kolczyki koła – YES

silk dress and leather sandals / jedwabna sukienka i sandały – &Otherstories

   

 The canons of evening style are in principle resistant to the influence of new trends in comparison to what we wear on a daily basis. Thus, it’s more difficult to notice that the high heels that have been perfectly practical for the last seven seasons have gone out of fashion. It seems that everything is all right, and yet it still seems to us that our tried and tested date or event outfit needs a refreshment. So what should we pay attention to? We don’t have to go for the famous model of Dior shoes right away, but surely it’s worth paying attention to something fresher than a pair of classic high heels. The delicate sandals endorsed by The Row are definitely a great inspiration – I chose a considerably cheaper (but leather) model from a chain store.  

   What about the outfit? I think that it’s fair to say that white and all of its cousins have now supplanted black colour. A sure thing that will definitely look modern is the delicate airy fabric, like silk, in all of its variations. You can check out a few inspirations hereherehere and here, and you’ll surely figure out what everything is about. I also added my favourite hoops as it is a detail, owing to which I always feel feminine. 

* * *

Kanony stylu wieczorowego są z założenia bardziej oporne na wpływ nowych trendów, niż to co nosimy na co dzień. Trudniej więc dostrzec, że szpilki, które świetnie się sprawdzały przez ostatnie siedem sezonów stały się niemodne. Niby wszystko jest w porządku, a jednak mamy wrażenie, że nasz sprawdzony zestaw na randkę czy imprezę potrzebuje odświeżenia. Na co więc zwrócić uwagę? Nie musimy wskakiwać w słynny model pantofli Dior, ale na pewno warto zwrócić uwagę na coś świeższego niż klasyczne szpilki. Delikatne sandałki lansowane przez markę The Row to na pewno dobra inspiracja – ja wybrałam znacznie tańszy (ale też skórzany) model z sieciówki.  

   A co z kreacją? Myślę, że można pokusić się o tezę, że biel i jej wszystkie kuzynki wyparły na ten moment czerń. Pewniakiem, który na pewno będzie wyglądał nowocześnie, jest delikatny, zwiewny, jak jedwab materiał w różnych wariacjach. Zerknijcie na kilka inspiracji tutaj, tutajtutaj i tutaj, a na pewno zorientujecie się o co chodzi. Ja dodałam jeszcze moje ulubione kolczyki koła, bo to detal, dzięki któremu zawsze czuję się kobieco. 

Blanc et Noir – Paryż i nowa odsłona kolorów według CHANEL

   Ktoś kiedyś powiedział, że Paryż jest niezgłębiony, jak ocean – zmienia się, rozszerza i co chwilę pokazuje inne oblicze. Zawsze gdzieś pod skórą to czułam, gdy zmęczona, z tysiącem nowych zdjęć na aparacie czekałam, aby wejść na pokład samolotu odlatującego do Polski. „Byłam tu już tyle razy, a z każdą wizytą dostrzegam coś innego, wracam w innym nastroju”. Nie inaczej było teraz – w nowej roli, odrobinę zakręcona, ale szczęśliwa, że podołałam z organizacją tej przedziwnej eskapady. Chociaż towarzyszył mi mąż i nasze siedmio-kilogramowe szczęście to przyczyna mojej podróży była stricte służbowa. Na kilka godzin przeniosłam się do świata, w którym luksus pędzi za prostotą, sztuka przeplata się z technologią, a biel z czernią. To ostatnie połączenie stało się w pewnym momencie znakiem rozpoznawczym najsłynniejszego na świecie domu mody.

   Barwy mają potężną moc. Komunikują nam, z kim mamy do czynienia, czasem są wyrazem propagowanych wartości czy umiejętności przestrzegania ogólnie przyjętych norm zachowania. A biel i czerń są z nich wszystkich najpotężniejsze. To kolory początku i końca, ślubów i pogrzebów, czystości i mroku, yin i yang. Zależnie od kultury mają odmienne, niekiedy przeciwstawne znaczenie. Biel według europejskich tradycji kojarzy się z niewinnością, jest barwą aniołów i życia. W dalekiej Azji uważa się ją jednak za kolor nieszczęścia i żałoby. Natomiast czerń to w Chinach symbol szczęścia, w kulturze Egiptu kolor kojarzony z życiodajnym mułem Nilu i potencjałem czarnej ziemi dającej urodzajne plony. W Japonii czarny pas oznacza osiągnięcie mistrzostwa, biały – najniższy stopień wtajemniczenia. Z kolei według Lucii Pici, dyrektor kreatywnej CHANEL Beauty, te dwa kolory tworzą perfekcyjną harmonię i to na nich postanowiła skupić się tworząc swój najnowszy projekt.

To zdjęcie to oczywiście żart – w trakcie tego wyjazdu ani przez chwilę nie miałam czasu czytać ;). Do Paryża dotarliśmy po południu więc czas upłynął nam na rozgoszczeniu się w hotelu i kolacji. 

   To właśnie na premierę jej kolekcji zostałam zaproszona nad Sekwanę. Tuż po śniadaniu, wraz z naczelną ELLE: Martą Drożdż, redaktor magazynu Pani: Danutą Bybrowską i z pewnością dobrze Wam znaną Jessicą Mercedes, ruszyłyśmy w stronę Grand Palais. Z pokazów CHANEL kojarzymy główną przestrzeń pałacu znajdującą się pod słynną przeszkloną kopułą, ale tym razem marka postanowiła zabrać nas w nieznane zakamarki. Czułam się trochę, jak bohater filmu „Hugo i jego wynalazek”, który zamieszkał w meandrach paryskiego dworca, wśród jego metalowych trzewi i nikomu nieznanych kryjówek. Z tą różnicą, że o żadnym nieporządku czy chaosie nie było mowy – polowy salon, od którego zaczęłyśmy naszą wycieczkę, wyglądał, jak wyjęty z żurnala.

Makijaż wykonany przy użyciu kosmetyków CHANEL z kolekcji NOIR ET BLANC w mojej minimalistycznej wersji. 

   Po krótkim przywitaniu i pokonaniu sporej liczby schodów przeciwpożarowych dotarłyśmy do poddasza pałacu, aby zobaczyć tam krótkie filmy autorstwa Clary Cullen – CHANEL potrafi zaprezentować nową linię kosmetyków w taki sposób, że czujesz się, jak na wystawie sztuki nowoczesnej w najlepszym wydaniu. Za kolejnymi drzwiami czekała już na nas Lucia we własnej osobie. Dokładnie opisała swoją pracę nad nowymi kosmetykami i pokazała, jak je stosować – myślałam, że po magicznym rozświetlającym podkładzie (również od CHANEL), o którym pisałam tutaj już niewiele rzeczy mnie zdziwi, ale dyrektor kreatywna CHANEL wciąż zaskakuje swoim nowatorskim podejściem do błysku na twarzy.

Lucia Pica. 

Produkty z kolekcji NOIR ET BLANC DE CHANEL:

Rozświetlacz w żelu Le gel paillete // dwa zestawy cieni Les 4 ombres (334 modern glamour i 332 noir supreme) // Cienie rozświetlające Ombre premiere top coat (327 penombre i 317 carte blanche) // Błyszczyki w kolorze czerni i krystalicznej bieli Rouge coco gloss (816 laque noire i 814 crystal clear) // kredki do oczu stylo yeux waterproof (88 noir intense i 949 blanc graphique) // Tusz do rzęs Le volume ultra-noir de Chanel (90 ultra-noir) // Matowe pomadki Rouge allure velvet extreme (130 rouge obscur i 128 rose nocturne) // Matowe pomadki w płynie Rouge allure liquid powder (974 timeless i 978 bois de nuit) // Lakiery do paznokci Le vernis (713 Pure black i 711 pure white).

   Możecie się tylko domyślać, że chociaż prezentacja była dla mnie prawdziwą estetyczną ucztą, to do hotelu pędziłam, jak na skrzydłach – nie przywykłam do kilkugodzinnych rozstań. A poza tym, mieliśmy w planie odwiedzić kilka ulubionych miejsc. „Zdjęcia obrobię później, tekst i tak muszę przemyśleć, a Paryż nie będzie czekał” – pomyślałam. Pozwólcie więc, że przemycę tu jeszcze kilka zdjęć z beztroskiego spaceru po paryskich ulicach.

I jeszcze jedna krótka informacja na koniec. Kosmetyki z tej kolekcji dostępne będą w butiku CHANEL w Galerii Mokotów od 15 lipca, w perfumeriach miesiąc później. 

* * * 

 

 

Król serników czyli pieczony z białą czekoladą i musem z porzeczek

I need to confess that when it comes to cheesecakes, I’m pretty demanding – I’m trying to bake them with the use of real curd cheese. The fatter, the better. I avoid all types of curd cheese-like products, that can be found packed on the shelves. In the past, I wasn’t able to tell the difference. Now, it’s important for me. When blending the curd cheese, however, I take the short route by using a manual blender. I remember to add milk or sour cream to make the product easier to blend. That’s how you avoid overheating or burning the blender. I like when the texture of the cheesecake is creamy with a slightly sourish flavour – owing to the grated lime zest and lime juice. The white chocolate will delicately sweeten its taste as there is considerably little sugar in it. And one more important issue – forget about adding raisins! And what are your favourite cheesecakes? Baked or served cold? Creamy of heavier classic Polish ones?

*   *   *

Muszę Wam się przyznać, że w kwestii serników jestem dość wymagająca – staram się piec z prawdziwego twarogu. Im tłustszy tym lepszy. Unikam wszelkich produktów twarogowych, czyli z tzw. pudełku. Kiedyś nie rozpoznawałam różnicy, teraz ma to dla mnie znaczenie. Przy mieleniu twarogu, idę jednak na skróty korzystając z ręcznego blendera, pamiętając o dodaniu odrobiny mleka lub śmietanki, aby masa łatwiej się mieliła. Unikniemy wówczas przegrzania lub spalenia blendera. Lubię jak konsystencja sernika jest kremowa o nieco kwaskowatym smaku – dzięki otartej skórce i soku z limonki. Biała czekolada delikatnie osłodzi smak, bo cukru jest stosunkowo mało. I jeszcze jedna ważna sprawa – nie ma mowy o dodaniu rodzynków! A jakie Wy najbardziej lubicie serniki? Pieczone czy na zimno? Kremowe czy bardziej z tych ciężkich, polskich klasycznych?

Ingredients:

1 kg of full fat curd cheese (milled*)

4 eggs

3 tablespoon of potato flour

150 g of sugar

lime zest and juice from 1 lime

100 g of white chocolate

mousse:

large handful of red currant

2 tablespoons of gelatine + a little bit of water

2-3 tablespoons of brown sugar

* * *

Skład:

1 kg tłustego twarogu (zmielonego*)

4 jajka

3 łyżki mąki ziemniaczanej

150 g cukru

otarta skórka i sok z 1 limonki

100 g białej czekolady

mus:

duża garść czerwonych porzeczek

2 łyżki żelatyny + odrobina wody

2-3 łyżki brązowego cukru

Directions:

  1. Preheat the oven to 200ºC. Melt the chocolate in a water bath and leave it aside until cools. Blend the curd cheese until smooth (I use a manual blender, add a little bit of milk to avoid dryness). Combine the milled curd cheese with sugar, eggs, potato flour, melted chocolate, grated lime zest, and lime juice. Stir everything thoroughly with a spatula (don’t use a blender to avoid filling the mixture with air).
  2. Place the mixture in a baking tray lined with parchment paper. Decrease the temperature in the oven to 160ºC. Place a baking tray with water on the lower level and the baking tray with the mixture on the higher level. Bake the cheesecake for 60 minutes. Turn off the oven, leave the oven ajar and wait until it cools down. Take it out carefully after 15 minutes, and leave it on a cooling rack to cool off.
  3. To prepare the currant mousse: cover peeled currant with sugar and delicately fry them in a pot. When the fruit releases juices, add gelatine mixed with water. Stir everything thoroughly and cool it off in the fridge. After one hour, the texture should be thicker – spread it on top of the cheesecake and cool it off some more (it’s best to cool it off 2-3 hours before serving).

* * *

A oto jak to zrobić:

1. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni C. Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej i odstawiamy aż ostygnie. Twaróg miksujemy na gładką masę (korzystam z ręcznego blendera, dodaję odrobinę mleka, żeby masa nie była zbyt sucha). Do zmielonej masy dodaję cukier, jajka, mąką ziemniaczaną, roztopioną czekoladę, otartą skórkę i sok z limonki. Całość dokładnie mieszam za pomocą szpatułki (nie mikserem, gdyż chcę uniknąć napowietrzenia się masy).

2. Masę przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Temperaturę piekarnika zmniejszamy do 160 stopni C. Na najniższym poziomie umieszczamy blachę z wodą, na wyższym piętrze formę z ciastem. Sernik pieczemy 60 minut. Wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki i czekamy, aż ostygnie sernik. Po 15 minutach ostrożnie wyjmujemy z piekarnika i studzimy na kratce cukierniczej.

3. Aby przygotować mus porzeczkowy: obrane porzeczki zasypujemy cukrem i delikatnie podsmażamy w garnuszku. Gdy owoce puszczą sok dodajemy wymieszaną z wodą żelatynę. Całość dokładnie mieszamy i schładzamy w lodówce. Po godzinie konsystencja powinna być bardziej gęsta – rozkładamy ją na powierzchni sernika i dalej schładzamy (najlepiej 2-3 godziny przed podaniem).

LOOK OF THE DAY – czyli jak plażować w dobrym stylu.

skirt / spódnica – MLE Collection 

swimsuit / kostium kąpielowy – Moiess

shoes / klapki – Saint Laurent

bag / torba – CHANEL

    Recently, there has been much fuss about beach fashion and everything around it. Even though no more than a week ago, I came across a man wearing only briefs at my grocery store, I feel that a considerable part of tourists is trying to adjust the generally accepted norms and avoid parading around the city half naked. In this post, however, I won’t be focusing on the obvious issues – I’m sure that the readers of Makelifeeasier.pl are well aware that the beach is a beach and the city is still a city.  

   There exist many canons of holiday outfits that are more difficult to spot right away. Resting is not about racking one’s brain about whether we’re dealing with some kind of faux-pas, but I think that no one likes a situation when our shortcomings in upbringing lead to other people’s confusion. Some will think – stop exaggerating, me running through a restaurant and ordering a coke is not that big of a deal, that will only take a moment and I’m back at the beach in next to no time – not going into much detail, I’ll just say that no waiter or restaurant manager won’t say a word in my home town, Sopot, but abroad there’s a risk of a short sharp exchange of opinions if you don’t follow the generally accepted beach etiquette. These rules, however, aren’t a result of the restaurant staff having a snob nature, but a result of taking care of other guests. I think that regardless of whether we are sunbathing in Biarritz, on the coast of Amalfi, camping on a peninsula, or at a stone’s throw away from Jastarnia, it’s best to follow the highest standards.

1. I chose this beach already some time ago.  

   The beach savoir-vivre is not only about the outfit. Especially in case you chose the sunny Italy as your holiday destination, remember that people approach the topic of taking a scrap of the beach for yourself differently. The Italians really appreciate their space, but, at the same time, they are very meticulous in avoiding to trespass the space of other beachgoers. They also try to take as little space as possible – only as much as they need, which is very important at rocky and narrow beaches. I remember how after a three-hour hike (you can read the blood-curdling post here), I made it to the famous Cala Goloritze on Sardinia. Each beachgoer had a really tiny towel, no larger than hand towels, all items such as shoes, clothes, or water bottles were placed in order behind them, instead of being scattered all around, and even despite the fact that the beachgoers were setting up their austere camps very close to each other (there were plenty of people and the beach was really tiny), each person was trying not to disrupt the peace of other people around them. No one was skimming three square metres with a windbreaker or other items – the beach was perceived to be common good requiring compromises and humbleness.

2. When a swimsuit is not enough?  

   In order to avoid talking about the beach dress code for hours on end, I’ll put it as simple as possible. If we want to sit at a table to eat or drink, regardless of whether it’s a restaurant or a beach, fish and chip shops, or hotel terrace by the pool, we should wear some clothes (and not only cover ourselves with a towel). An airy even slightly see-through dress is enough in case of a bikini or a pareo, shorts, or a skirt in case of a one-piece swimsuit. Men have a simple task, it’s enough for them to forego wearing close-fitting swim shorts and replace them with regular shorts – then, it’s enough to wear a t-shirt (or even better – an airy shirt). If the tables are located on the beach, we should be wearing some kind of footwear.  

   Some claim that if we are ordering food to the deck chair, we should also wear clothes if the meal requires using cutlery (when we are using a fork and a knife we are forced to acquire the same position to the one by the table as well).

3. When in Rome, do as the Romans do.  

   The above-mentioned rules are surely valid in Europe, but it’s also great to remember about some regional nuances. In Poland, topless sunbathing is seen as something eccentric, but you shouldn’t be surprised that it’s something ordinary on the southern coast of France.  

At most Italian beaches, local dwellers are really silent and calm, and there is an unwritten rule not to bring your own food to the beach. Don’t be surprised when a moment after you spread your towel on the sand, a waiter appears out of nowhere by your side wanting to take your order – it means that the beach is, in fact, private and you need to hire a deck chair or order something to eat if you want to use it (it often happens that you are simply required to pay an entrance fee).  

   I’m sure that some of you have discovered other nuances that you should follow to avoid awkward situations. I’ll eagerly read about them in the comments. By the way, I’d like to also inform you about the MLE Collection sale. You can buy all products at lower prices starting from Friday.

* * *

   O modzie plażowej i „około plażowej” mówi się w ostatnim czasie całkiem sporo. I chociaż nie dalej niż tydzień temu spotkałam w swoim warzywniaku pana ubranego w same slipki, to mam wrażenie, że spora część turystów stara się dostosować do ogólnie przyjętych norm i nie paradować po mieście na wpół nago. W tym wpisie nie będę więc skupiać się na tak oczywistych kwestiach – jestem pewna, że Czytelniczki Makelifeeasier.pl doskonale zdają sobie sprawę, że plaża to plaża, a miasto to miasto.

   Istnieje jednak wiele kanonów wakacyjnego stroju, które trudniej wyłapać na pierwszy rzut oka. W wypoczynku nie chodzi co prawda o to, aby wciąż zakrzątać sobie głowę tym, czy nie popełniamy jakiegoś faux-pas, ale chyba nikt z nas nie lubi sytuacji, kiedy nasze braki w wychowaniu powodują konsternacje wśród innych. Niektórzy pomyślą sobie – bez przesady, co to za problem, że przebiegnę w kostiumie kąpielowym przez tę restaurację i zamówię przy barze colę, przecież to tylko moment i zaraz wracam na plażę – nie wdając się w szczegóły, powiem tylko, że o ile w moim rodzimym Sopocie pewnie żaden menadżer ani kelner nie zwrócą Wam uwagi, to za granicą istnieje ryzyko ostrej wymiany zdań, jeśli nie zastosujecie się do ogólnie przyjętej plażowej etykiety. Te zasady nie biorą się jednak z bufoniarstwa restauracyjnego personelu, a z troski o komfort pozostałych gości. W moim przekonaniu niezależnie od tego, czy opalamy się w Biarritz, na wybrzeżu Amalfi, półwyspowym campingu czy nieopodal Jastarni warto spełniać najwyższe standardy.

1. Zaklepałam sobie tę plażę.

   Plażowy savoir-vivre nie dotyczy jedynie stroju. Zwłaszcza jeśli za kierunek wybraliście sobie słoneczną Italię to pamiętajcie, że inaczej podchodzi się tam do tematu „zagarniania plaży” dla siebie. Włosi bardzo cenią sobie swoją przestrzeń, ale jednocześnie skrupulatnie dbają o to, aby nie naruszać przestrzeni innych osób. Starają się też nie zagarniać zbyt wiele miejsca – tylko tyle ile trzeba, a to na wąskich i skalistych plażach jest bardzo ważne. Pamiętam, jak po trzygodzinnej wspinaczce (mrożący krew w żyłach wpis przeczytacie tutaj) dotarłam do słynnej Cala Goloritze na Sardynii. Każdy miał tam ręcznik nie większy niż te używane do rąk, wszystkie przedmioty takie jak buty, ubranie czy butelka wody były ustawione na nim, a nie porozrzucane naokoło i chociaż plażowicze rozkładali swoje ascetyczne obozy bardzo blisko siebie (ludzi było mnóstwo a plaża maleńka), to każdy dbał o to, aby swoją obecnością nie naruszać spokoju innych osób. Nie było mowy o tym, aby ktoś zagarnął sobie trzy metry kwadratowe parawanem, czy innymi sprzętami – plaża, jako dobro wspólne, wymaga ze strony zwiedzających kompromisów i pokory.

2. Kiedy kostium to za mało?

   Aby specjalnie się nie rozwodzić, na temat plażowego dresscode'u ujmę to najprościej, jak się da. Jeśli siadamy do stołu, to niezależnie od tego, czy jest to restauracja na plaży, smażalnia ryb czy hotelowy taras przy basenie, powinniśmy się ubrać (a nie tylko owinąć ręcznikiem). Wystarczy zwiewna, nawet prześwitująca sukienka w przypadku bikini lub pareo, szorty albo spódnica w przypadku kostiumu jednoczęściowego. Mężczyźni mają proste zadanie, bo wystarczy, że zrezygnują z obcisłych kąpielówek i zastąpią je szortami – wtedy wystarczy, że włożą t-shirt (albo jeszcze lepiej – przewiewną koszulę). O ile stoliki nie są ustawione na piasku, to powinniśmy mieć na nogach obuwie.

   Niektórzy twierdzą, że jeśli do leżaka zamawiamy jedzenie, to również powinniśmy się ubrać, jeśli posiłek wymaga użycia sztućców (posługując się nożem i widelcem także jesteśmy zmuszeni do przyjęcia pozycji podobnej do tej przy stole).

3. Co kraj to obyczaj.

   Powyższe zasady sprawdzą się z pewnością w całej Europie, ale dobrze jest też pamiętać o pewnych regionalnych niuansach. W Polsce opalanie się topless jest uważane za coś ekscentrycznego, ale niech nie zdziwi Was fakt, że na południowym wybrzeżu Francji już zupełnie nie.

   Na większości włoskich plaż tubylcy są naprawdę bardzo bardzo cicho, a niepisaną zasadą jest nieprzynoszenie ze sobą własnego jedzenia. Nie zdziwcie się jeśli minutę po tym, jak rozłożycie swój ręcznik, znikąd pojawi się kelner, który będzie chciał przyjąć zamówienie – to oznacza, że plaża w gruncie rzeczy jest prywatna i aby na niej przebywać należy wynająć leżak lub zamówić coś do jedzenia (często trzeba też po prostu zapłacić za wstęp).

   Jestem pewna, że niektóre z Was odkryły jeszcze inne niuanse, których przestrzeganie pozwoli nam uniknąć skrępowania. Bardzo chętnie poczytam o nich w komentarzach. Przy okazji tego wpisu chciałabym też poinformować Was o wyprzedaży MLE Collection. Od piątku można kupić wszystkie produkty w niższej cenie.

Last Month

   Punnets of strawberries, armfuls of fragrant peonies, handfuls of green pea, and the sun so strong that it would be a pity not to use it – this June was really beautiful. I was trying to grab the camera as often as possible (which is extremely infrequently, as my hands are usually occupied with a 7-kilogramme toddler) to make sure that I can share with you a few snapshots from the last few weeks. There’s a little bit of Warsaw, Kashubia, and food. The dominant element is the beach and the sea as the weather was effectively driving me out of my home.

* * *

   Kobiałki truskawek, naręcza pachnących piwonii, garście przepełnione świeżym zielonym groszkiem i słońce prażące z taką siłą, że aż żal z niego nie korzystać – ten czerwiec był naprawdę piękny. Starałam się sięgać po aparat tak często, jak to tylko było możliwe (czyli nadzwyczaj rzadko, bo moje ręcę zajęte są zwykle noszeniem siedmiokilogramowego bobasa), aby dziś móc podzielić się z Wami ujęciami z ostatnich kilku tygodni. Jest trochę Warszawy, Kaszub i jedzenia. Prym wiedzie jednak plaża i morze, bo pogoda skutecznie wypędzała mnie z domu.

1. Moje ulubione jedwabne gumki do włosów. // 2. Kolejna podróż przed nami, więc zabieramy się za pakowanie. Fotel 366 w wersji mini jest od Muppetshop. // 3. Orłowskie molo widoczne z psiej plaży w Sopocie. Piękne o każdej porze dnia. // 4. Pierwsze treningi po naprawdę długiej przerwie. Bez wiatraka byłoby ciężko ;). // Kaszuby to moja miłość z dzieciństwa. To tu łapałam żaby, uczyłam się pływać w Jeziorze Gowidlińskim i pierwszy raz w życiu zostałam użądlona przez pszczołę. Łączyno, Sierakowice, Kistowo, Sulęczyno to miejsca, do których wracam co roku – chociaż na kilka godzin. Oj, jak bardzo bym chciała nauczyć miłości do wsi nowe pokolenie! Portosowi, jakby ktoś pytał, nie przeszkadzał brak zasięgu ani komary.Słodkości z wiejskiej piekarni, świeże powietrze, sielankowy klimat – czy może być coś lepszego? Uprzedzając Wasze pytania – kurtka pochodzi z H&M.Portos w swoim stadzie.1. Idealny strój na upalny dzień ;). Kostium kupiony w Oysho. // 2. Długo nie mogłam się zdecydować na tę torebkę, ale nie żałuję. // 3. Niby tak spokojnie, ale w tle słyszę już zniecierpliwione gaworzenie. // 4. Gdy masz wrażenie, że upijasz się zapachem…//Paleta morskich kolorów.1. Mogłabym tak spędzać całe dnie… // 2. Dla każdego coś dobrego! Bolognese w wersji beglutenowej i bardzo glutenowej ;). // 3. Myślicie, że minęłam się z powołaniem? ;)  // 4. Plażowanie zakończone sukcesem – opalenizna na złoty medal. //Kawa dla dziewczyn, ciasto dla mnie. W moim domowym biurze praca wre.SAM na Żoliborzu. Super śniadania i obsługa miła dla Portosa.Gdybym mieszkała w stolicy, myślę że każdego dnia spacerowałabym w warszawskich Łazienkach.1. Zimny arbuz. Czego chcieć więcej? // 2. Pozdrowienia dla wszystkich mam prowadzących własną działalność. // 3. Warszawski antykwariat. // 4. Wycieczka po Żoliborzu. //W trakcie wizyty w Warszawie nasz przyjaciel, Maciek, który z zawodu jest architektem, wziął nas na wycieczkę po Żoliborzu. Przez prawie trzy godziny dreptaliśmy sobie po tej dzielnicy – gdybym miałam kiedyś zamieszkać w Warszawie to tylko tu!Dziwne ale pyszne specjały w słynnej Reginie. 1. Morelowy sezon już się skończył, ale uwierzcie mi, że robiąc słynne "morelowe ciasto" miałam ich tyle kilogramów, że na spokojnie mogłam otworzyć na podwórku stragan i sprzedawać je hurtowo. // 2. Najlepsze zakupy. // 3. Łazienki po raz kolejny. // 4. Sopocka plaża i nasz służbowy dresscode. Najgorętszy dzień w tym roku. Nawet na plaży w Orłowie pełno ludzi. 1.  Jaśminowiec w ogrodzie moich rodziców. Rozpanoszył się tak bardzo, że aby przejść na drugą stronę ogrodu, trzeba utonąć na chwilę w jego kwiatach. // 2. Te małe chmurki absolutnie nie przeszkadzały w plażowaniu. // 3. Nadmorska bryza, czyli czerwcowe zbawienie.  // 4. Najszybszy deser na świecie. //Kaszubskie truskawki ze śmietaną zawsze zażeraliśmy razem z tatą. Dziś dzieli nas dokładnie 1346 kilometrów ale ja wiem, że on zawsze jest obok. Dzień Taty upłynął nam pod znakiem tego deseru – w Sopocie częstowałam kogoś, kto świętował tę okazję po raz pierwszy :). Gdy afrykańskie upały dokuczały nad morzem… Czy to nie jest kwintesencja lata? Nastrój francuskiej riviery zapewniają spienione fale i sukienka w stylu vintage. Te pierwsze znajdziecie w Sopocie, tej drugiej poszukajcie w sklepie internetowym polskiej marki LABO. Mój model jest perfekcyjnie odszyty i posiada kieszenie.1. Bita śmietana, mogłabym ją jeść łyżkami. // 2. Ekhm… nie zwracajcie uwagi na Portosa, nie on miał być bohaterem tego zdjęcia więc walcząc o uwagę postanowił się popisywać. To czerwone drewniane krzesełko to słynny Tripp Trapp, który został zaprojektowany w 1972 roku. Jestem fanką klasycznych mebli z historią i nie chcę co roku kupować nowego krzesełka dla dziecka – to miło że jest jakaś alternatywa dla plastikowych wielgachnych instalacji z milionem funkcji, na które i tak nie mam miejsca. // 3. Kocham to poranne światło. // 4. Wiosenne bukiety. Piwonie i rumianek. //Gdy jesteśmy głodni, ale nie chce nam się iść do sklepu ;). Po pięciu minutach dodają makaron i obiad gotowy.      1. Wejście na plażę numer… ha! Nie powiem :). // 2. Gdy piątego czerwca opublikowałam na blogu artykuł z tym przepisem nie spodziewałam się, że połowa Użytkowniczek Instagrama ruszy do kuchni. Nie ma dnia, żebyście nie oznaczały mnie na stories i na zdjęciach z Waszymi wypiekami. Bardzo się cieszę, jak piszecie mi, że znika w oka mgnieniu. Przetestowałam już wersję z borówkami i truskawkami i też polecam. Słynny przepis znajdziecie tutaj.  // 3. Kostium o który pytałyście w całej okazałości. // 4. Pierwsza i ostatnia kawa. A Wy ile filiżanek dziennie pijecie? //      Co wybrać? Co wybrać?!
Jeśli chcecie dowiedzieć się o tym, jaka jest różnica między setkami szamponów dostępnych na rynku, czy produkty "nietestowane na zwierzętach" rzeczywiście takie są i które kosmetyki anti-age są rzeczywiście skuteczne to zajrzyjcie do książki "Bez parabenów" autorstwa Beautrice Mautino – włoskiej biotechnolog. Świetny zdroworozsądkowy, poparty badaniami naukowymi i demaskujący nieuczciwe praktyki marketingowe poradnik na temat kosmetyków oraz pielęgnacji.W moim ogródku pojawił się nowy kącik relaksacyjny.
Kojący Bałtyk. Kto zawitał już w moje strony?

* * *